Wednesday, 6 December 2017

Mag i Najwyższa Kapłanka

   Wysłałem dziś mój tekst reklamowy do szefa firmy i spodobał mu się. Co najprawdopodobniej oznacza, że dostanę tę pracę. Choć dowiem się dopiero pod koniec tygodnia. Przyznam się, że zależy mi na tym. Chcę wykazać się na nowym polu, chcę poczuć, że mam w tym talent i mogę zarobić dobre pieniądze. Nie chodzi o samą kasę, choć w sumie mam już dość życia na krawędzi, ale chcę wyjść z karty Głupca i poznać energię Maga.
   To ciekawe uczucie, nie myślałem, że mam to w sobie w takim stopniu: pragnienie wykazania się, dobrych zarobków, miłości pięknej kobiety.
   Kupiłem swój pierwszy samochód (powoli kończę naprawy), zestaw dobrej jakości ubrań, mniej piję. Za to palę jak lokomotywa. Ogarnianie wszystkich tych nowych rzeczy stresuje mnie, papierosy dają mi trochę ulgi. Nie wiem, w jakim kierunku to wszystko pójdzie, ale czuję ekscytację, inspirację, ambicję.
   Nie zapominam jednak o krainie Najwyższej Kapłanki. Odwiedzam ją co noc i proszę, żebym nie zgubił drogi.



Tuesday, 5 December 2017

Kariera, love, terapia

 















   Ostatnie dwa tygodnie pod znakiem stawiania na nową karierę: copywriting. Zastanawiałem się od dłuższego czasu czym się zająć, skoro już postanowiłem zakorzenić się w tej Polsce. Kuchnia odpada, mam już dość wypruwania sobie żył w restauracjach za marne grosze. Praca w szkole: kuszące, ale pieniądze jeszcze gorsze. Zacząłem myśleć w kierunku kreatywności, pisania i wtedy odezwał się stary znajomy i zaoferował, że przekaże moje CV szefowi w jego firmie. Byłem na interview i dostałem próbne zlecenie napisania tekstu reklamowego. Temat średni: pigułki odchudzające, ale dałem z siebie, ile mogłem i teraz czekam na decyzję. Jeśli mój styl przypadnie do gustu, dostanę etat i dobre pieniądze. Byłby to jakiś punkt wyjścia i mógłbym się rozwijać w tym kierunku. Trzymajcie kciuki.
   Oprócz tego budowanie relacji z M. Czasami jest wspaniale, czasami wcale nie łatwo, ale tak jak powyżej: daję z siebie wszystko, a rezultaty w rękach Wszechświata. Dziewczyna przechodzi obecnie przez bardzo trudną sytuację (ciężka choroba w rodzinie). Staram się ją wspierać i być obecny, choć fizyczna odległość nie pomaga. Jadę do niej w czwartek. Ugotuję jej coś dobrego, postaram się rozweselić, pokazać, że nie jest sama.
   Zacząłem terapię DDA. Na razie mam indywidualne sesje, ale od stycznia zaczynam sesje grupowe. Terapia ma trwać cały rok, raz w tygodniu, a co kwartał weekendowy wyjazd z grupą. Nie mogę się doczekać. Pamiętam, kiedy przechodziłem terapię kilka lat temu, to wreszcie czułem się, jak w normalnym świecie: wszyscy otwarcie mówiący o swoich najgłębszych uczuciach, lękach, nadziejach. To jest otoczenie dla mnie. Bez ścian.
   I na razie tyle:)
   PS. Wciągnąłem się w Mad Mena, dla inspiracji w nowym zawodzie;)

Sunday, 26 November 2017

Dikanda - Love



   Niedawno byłem na koncercie i odkryłem Dikandę na nowo. Kawałek "Miłość" jest z najnowszej płyty, zachęcam.

Thursday, 23 November 2017

Panna M. (rozprawka zakochanego głupca)

 

























    Myślałem, że to już się nie zdarzy, ale Wszechświat mnie zaskoczył. Spotkałem dziewczynę i oszalałem na jej punkcie… Myślę, co o tym napisać, ale wszystko brzmi trywialnie. Może to dlatego, że o miłości napisano już wszystko. I jak uniknąć patetyczności?:)

   Jest inna niż wszystkie dziewczyny, z którymi miałem do czynienia. Z jednej strony bardzo konserwatywna, zasadnicza, poważna, pełna zasad dotyczących damsko-męskich stosunków, zasad wywodzących się z dawnych wieków. Z drugiej strony jest lekka, dziewczęca, kokietująco-uwodzicielska.
   Czasami budzę się przed nią i przez godzinę, albo i więcej po prostu patrzę, jak śpi, wsłuchuję się w jej oddech, staram się nie poruszyć, żeby nie wyrwać jej ze snu.
   Kiedy opowiada swoje historyjki, mam takie chwile, że zupełnie się zapominam, czasami nawet gubię wątek i słucham jej głosu jak muzyki.
   Lubię też patrzeć, kiedy z powagą i skupieniem stoi przed lustrem i traktuje swoją twarz tajemniczymi specyfikami, pudrami, kremami, pędzelkami, które magicznie sprawiają, że jest jeszcze piękniejsza.
   Czasami na ulicy wskakuje na mnie, obejmuje mocno nogami i rękoma, i śmieje się głośno, nie zważając na przechodniów rzucających nam zaciekawione spojrzenia, a ja trzymam ją mocno, uważając, żeby się nie zachwiać, żeby pokazać, że jestem jej silnym mężczyzną, dla którego jej ciężar jest niezauważalny.
   Kiedy jest rozgniewana, nie krzyczy, nie używa brzydkich słów, ale staje się lodowata niczym królowa śniegu i używa wyrażeń typu „nie życzę sobie” i wtedy boję się i robię wszystko, żeby znów była szczęśliwa.
   Kiedy jesteśmy razem w większej grupie ludzi, nie wstydzi się okazywać mi uczuć. Widząc zazdrosne spojrzenia mężczyzn, czuję dumę i wydaje mi się, że mógłbym dokonać wielkich rzeczy.
   Czasami stwierdza, że mój dom to nora i postanawia dokonać na nim rytualnego sprzątania. Kiedy chcę pomóc, uśmiecha się z politowaniem i radzi mi, żeby usiadł gdzieś z boku (co z radością robię). Później, kiedy zagląda ze szmatką w najmniejszy kącik, wodzę za nią wzrokiem, a kiedy przechodzi obok, zaczepiam ją na różne sposoby, budząc w niej chichoty i żartobliwe oburzenie.
   Kiedy wiozę ją samochodem, ona często dotyka mojego ramienia, jakby od niechcenia, patrzy zrelaksowana na drogę albo na mnie, a ja czuję, że zupełnie na mnie polega i wydaje mi się wtedy, że nie prowadzę Audi 90, ale jestem Pirxem pilotującym statek kosmiczny.
   Dużo pali. Choć czasami nie mam ochoty, to palę z nią, żeby dzielić ten samobójczy rytuał. Kiedy palę z nią papierosa za papierosem, czuję się jednak bezpieczny. Uważam, że rak płuc i choroby serca będą trzymać się od nas z daleka. W końcu ona jest córką Króla Słońca i Królowej Księżyca, chroni ją żelazny glejt bogów, a przez to i mnie.

   To tylko próbka, mógłbym tak pisać godzinami, ale komu się chce czytać zakochanych głupców?



Wednesday, 4 October 2017

2017 Free Writing 2

 




















   Początek. Od tego pierwszego słowa spróbuję wystartować. Poczatek nowego życia, początek wieczoru, początek znajomości z Kosheen, jeszcze nie wiem, czy ją lubię, ale mam ochotę na damski wokal i trochę elektroniki.
   Ciepło. Wziąłem długą kąpiel z książką. M. Scott Peck „The Road Less Travelled and Beyond”. Ma już sześćdziesiąt lat. Kiedy ją pisze, mija dwadzieścia od jego pierwszej książki. Ciekaw jestem, gdzie poprowadziła go jego droga. Dla mnie ta podróż to kwestia kilku tygodni (The Road Less Travelled i Further Along the Road Less Travelled przeczytane we wrześniu). Lubię go. Pisze o tym, że życie nie jest łatwe, że nie ma prostych odpowiedzi. W tym szukam otuchy: że mój życiowy chaos to nie tylko błądzenie, ale właśnie okazja do postępu, zgłębienia życia, odkrycia siebie. Czasami jest to wszystko bolesne, ale skoro nie ma prostych odpowiedzi, to chyba dobrze, że boli. To znaczy, że nie może się ustać życiowa zupa, nie robi się na niej niesmaczny korzuch, zawsze pozostaje świeża. Tak w końcu zawsze chciałem, choć kiedyś, te dwadzieścia lat temu nie wiedziałem do końca, co to oznacza. W swojej niewinności oczekiwałem łagodnego, radosnego postępu, w bezpiecznym otoczeniu, podążając po prostu za tym ciepłym, harmonijnym kącikiem w sercu. Okazało się, ze harmonia rodzi się z chaosu, niepowodzeń, wewnętrznych zmagań.
   To tak w ramach filozoficznego wstępu.
   Dziś rano znów biegałem. Wczorajsze zakwasy sprawiały przyjemny w sumie ból. Biegłem wzdłuż rzeki, wsłuchując się w swój oddech i szum wody. Powietrze pachnie już jesiennie. Niedługo zacznie pachnieć zimowo i to najbardziej lubię. Śnieg skrzypiący pod butami, rozgwieżdżone mroźne niebo i świadomość, że bez kalesonów, grubych skarpet, czapki, rękawiczek i kurtki, umarłbym w kilkanaście minut. Po powrocie próbowałem medytować na mojej mantrze, a później spędziłem kilka godzin na pracy przy domu. Układałem drewno pod ścianą, część wrzuciłem do drewutni, przygotowałem też miejsce na czereśnię. Biedaczka została skazana na ścięcie, bo przestała dawać owoce, a do tego niszczy dach i blokuje rynnę. Będzie z niej drewna na parę miesięcy zimy. Jestem jej wdzięczny i też zawstydzony, że dla mojej wygody straci życie. Ale tak to wygląda. Przestałem jeść mięso, żeby nie ranić zwierząt, ale nie mogę rozciągać ahimsy w nieskończoność. Ze względów praktycznych, z lenistwa, z nieczułości.
   Bieganie i ciężka praca sprawiły mi dużą satysfakcję. To działa. Ostatnie kilka miesięcy wegetowałem pomiędzy imprezowaniem w schronisku, a wegetacją domową przy serialach, telewizji i marudzeniu. Niedawno postanowiłem zmusić się do pewnej rutyny, żeby wyrwać się z marazmu właśnie przez zmuszanie się do wykonywania pewnych rzeczy, narzucenie sobie dyscypliny. Zrobiłem nawet listę do odfajkowywania:

Plan dnia

1. Medytacja (mantrowanie, Bhagavatam, modlitwa)
2. Bieganie (albo inny sport, w zależności od pogody)
3. Praca wokół domu (drewno, piece, etc.)
4. Śniadanie
5. Pisanie
6. Rysowanie
7. Nauka gry na instrumencie
8. Reszta (filmy, relaks, więcej twórczości, nauki, spotkania, posiłki, etc.)

   Nie do końca daję radę ze wszystkim, na przykład nie udało mi się wczoraj uczyć instrumentu, ale dopiero się rozkręcam. Zresztą, kiedy już ogarnę drewno na zimę, to tych obowiązków domowych będzie mniej, więc czas też się znajdzie. Cieszę się na spędzenie jesieni i zimy w ten sposób. Chciałbym, żeby to był czas na otrząśnięcie się z chaosu i zmęczenia, i stworzenie sobie fundamentów.
   Myślę, że w poszukiwaniu doskonałej wolności zabrnąłem za daleko, na niezbadane rubieże, gdzie trochę się zgubiłem. Nie byłem jeszcze dość silny, moja magiczna różdżka nie miała w sobie dość magicznej mocy, a towarzysze podróży odpadli gdzieś po drodze. W końcu przyszedł czas, żeby wycofać się na znajome ziemie, wylizać rany i nabrać siły przed kolejną ekspedycją.
    Jak nazywał się ten arystokrata z W 80 dni dookoła świata? William Fogg? Jakoś tak. Uwielbiałem tę książkę jako dzieciak. Podróż z bohaterami była jasna, klarowna, bez tajemnic, bez błądzenia, bez rozpaczy, bez smoków, trolli i wiedźm. Świat w tej książce wydawał się bezpiecznym miejscem, nawet jeśli czasami chaotycznym, to moralne zasady i spryt Williama Fogga rozwiewały ciemniejsze chmury.
   „Kiedyś, gdy czytałem Verne’a, byłem marynarzem”, śpiewałem, w którejś z moich piosenek.
   Nie pamiętam snów z ostatniej nocy, co jest dla mnie czymś wyjątkowym. Zwykle pamiętam prawie całą fabułę. Choć pamiętam, że obudziłem się w nocy i powtórzyłem sobie jakieś ważne rzeczy ze snu, żeby utkwiły w głowie. No ale nie udało się.
   Dziś nie wspomagam się żadnym trunkiem. Nie mam ochoty. Podoba mi się być tak zupełnie trzeźwym, widzieć wszystko takie, jakim jest. Zresztą gdy unikam alkoholu, to moje emocje są bardziej zbalansowane, łagodne, nie miotają mną od ekstazy do depresji. Mam dość takich huśtawek. Lubię czuć się spokojnym, przytomnym, wyważonym.

Tuesday, 3 October 2017

2017 Free Writing 1




















   (...)
   Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
   Druga książka też jest o mojej duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
   Mam różne pomysły. Na przykład nie robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co jestem przywiązany do tej idei.
   Chcę, żeby te historie były opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu. Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
    Teraz piszę pierwszy raz od lat, tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
    Piję whiskey. Zasmakowałem ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych, pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać, czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
   To nie tak. Nie chcę już nikogo na piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych, doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość, przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia. Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii, ale szczęście też tu pasuje.
   Daleko jeszcze do dwóch stron (to moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę właściwą”. 
   O czym jeszcze napisać? Coś z moich ulubionych rejonów? Snów?

   (tutaj sen, który ocenzurowałem)

   O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres, buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
   Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
   Później medytacja: intonowanie mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej. Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
   Po śniadaniu wziąłem się za noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją osłabiać, wzmocnił.
   Później prysznic, wyprawa do sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
   I już prawie czwarta. Zapada zmrok,  krople deszczu spływają po szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach. Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego, nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę  grubo pociętą wierzbę za parapetem, która będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa.

PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com

Wednesday, 20 September 2017

Pozdro



















    Pozdrowienia z Podziemnego Świata
    Nie było mnie prawie pięć miesięcy. Ciężko byłoby streścić wszystko. Polska, góry, praca w schronisku, lekkie rozpicie się, granie koncertów, krótkotrwałe wakacyjne związki, zostawiające w sercu trochę smutku, trochę pustki i trochę radości. Kupiłem samochód (ledwie zipiący eksponat muzealny), nabawiłem sie zapalenia stawu łokciowego, męczy od prawie trzech miesięcy, przeczytałem kilka książek ("Struktura Wszechświata" - dowiedziałem się, co to fizyka kwantowa, "Opowieść zimowa" Paula Austera, między innymi), obejrzałem drugi raz "Doctor Who", przygotowuję już drewno na zimę.
   Znajomy zaproponował mi niewielkie stypendium, żebym mógł poświęcić się tej jesieni i zimy pisaniu. Mam dwa projekty, które chcę zrobić, muszę tylko strząsnąć apatię.
   Na razie to tyle.

Tuesday, 25 April 2017

Pocztówki, pocztówki!:)

Hej
Zjechałem już do Polski. W ramach kupowania chleba i dodatków do tegoż, typu ser i musztarda, wpadłem na pomysł wydrukowania pocztówek z kilkoma ilustracjami, tak że zapraszam na email po szczegóły: kalpatarudasa@gmail.com.
Trzymajcie się.



Sunday, 26 March 2017

Tożsamość

    Leniwa niedziela w łóżku. Obejrzałem „Ocho Apellidos Vascos”. Lekka romantyczna komedia pomyłek. Andaluzyjczyk zakochuje się w Baskijce i wynikają z tego zabawne perypetie.
    Poczułem silnie, jak brakuje mi tożsamości. Narodowej, lokalnej, kulturowej, społecznej, emocjonalnej. Tożsamość polska z jakiegoś powodu mnie brzydzi. Większość czasu wstydzę się Polski, jak pijanego, chamskiego stryjka-prostaka. Lokalnie też nie czuję się góralem. Miałem kiedyś tożsamość, która dawała mi sens przynależności. To była tożsamość „Marcin, mąż Tatiany”. Dawała mi do jakiegoś stopnia spełnienie i pozwalała nie cierpieć zbyt bardzo z powodu braku tych innych. Teraz, kiedy tego zabrakło, zupełnie nie wiem, kim jestem. Teoretyczne przyjęcie duchowego, teologicznego paradygmatu: „jestem transcendentalną duszą”, choć wydaje się obejmować w sobie wszystkie podzbiory, to jest na tym etapie konstrukcją czysto intelektualną. Nie jest w stanie zharmonizować wewnętrznych konfliktów i spełnić potrzeb ojczyzny, miłości, sensu i przynależności. Jest to stan niewygodny, ciasny, drażniący. Ciężko mi zrozumieć, jak moje pragnienie wolności, którym zawsze się kierowałem, przełamywanie schematów, rozpychanie się w przymałej rzeczywistości dla rozszerzenia jej granic, głód wiedzy i zrozumienia „innego”, znajdującego się poza  ramami mojego świata, mogło połamać mi skrzydła. Oznacza to albo, że jestem w okresie przejściowym, po którym poznam radości większej wolności (nagrody poszukiwacza), albo moje założenia były błędne i mój głód wyzwolenia prowadzi mnie (jeśli już nie doprowadził) do katastrofy.Inna możliwość jest taka, że to nie głód wolności i wiedzy mną kierował, ale jakieś nieuświadomione uwarunkowania, żądze, chaotyczny, bezsensowny zbiór przypadków i neurotycznych impulsów.
   Jedno jest pewne: nie mogę "wymyślić" drogi wyjścia z tego galimatiasu. To nie intelekt, ale jedynie zaspokojenie potrzeb serca może stworzyć mnie na nowo: całego i spełnionego.


Friday, 17 March 2017

Wyjazd

   Zwijam się do kraju w kwietniu. Kolano daje w kość, nie będę w stanie związać się na dłuższą metę ze szkołą, gdzie teraz pracuję. A bez pracy czynsz się sam nie zapłaci. Znajomy zaproponował mi dorywcze zajęcie w schronisku górskim niedaleko domu, więc jakiś dopływ gotówki będzie.
   Ogólnie się cieszę. Po dłuższym czasie w jednej pracy czuję się jak w więzieniu. Taki nagły wyjazd to dla mnie radość. Oczywiście stres jest: transport rzeczy, bilety, etc, ale nic, czego nie robiłbym wcześniej.
   Cygańska klątwa nie popuszcza:)