Monday, 13 June 2016

Podróż w tonacji molowej - część trzecia

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część trzecia 
Z powrotem

29.04.2016

   Viseu
   wieczór
   No i wyjechałem. Stwierdziłem, że nie chce mi się czekać, aż ktoś z Rainbow pojedzie na wschód. Koło południa spakowałem plecak, namiot (nie jest aż tak źle wagowo, jak się bałem) i poszedłem. Po drodze spotkałem Nicka, pożegnałem się. Później zatrzymałem się w „moim” barze. Plan miałem taki, żeby dojść do Aguiar da Beira i tam złapać autobus do Viseu. Okazało się jednak, że grupka ludzi z Rainbow jechała do Porto, a Viseu jest po drodze. Zabrali mnie więc ze sobą, dzięki czemu zaoszczędziłem energii, pieniędzy i czasu.
   W Viseu poszedłem do hotelu, tego samego, w którym zatrzymałem się po przybyciu do Portugalii. Dostałem miły pokój z balkonem, lepszy niż ostatnio. Poszedłem połazić po mieście. Odwiedziłem też supermarket i zrobiłem zapasy na drogę i na wieczór. Wziąłem prysznic, pojadłem, pogadałem z Petią i teraz odpoczywam przy telewizorze.


















   Pod hotelem zapytałem taksówkarza, ile będzie kosztował mnie przejazd na stację benzynową na autostradzie. Tylko dziesięć euro. Skorzystam.
   To był dobry wyjazd, ale jednocześnie czuję ulgę, że wyrwałem się z Rainbow.
   Poczułem bardzo mocno, że nie chcę już „przesuwać granic”. Ekspandować i łamać tabu. Mam coraz silniejsze pragnienie spokoju, znalezienie swojej niszy, zaakceptowania swoich ograniczeń. Chciałbym zbudować swój mały azyl, w którym będę mógł się schronić, tworzyć, kochać. Od czasu do czasu wyrwę się gdzieś na poniewierkę, tak jak teraz, ale najbardziej chce mi się Domu. Chyba zawsze tak było, teraz jednak widzę to jaśniej. Jestem zmęczony podróżą. Tą konkretną i ogólnie, życiową.

***

   Boli mnie gardło. Nie doleczyłem przeziębienia. Ostatni miesiąc sporo wymarzłem, ale na szczęście nie zachorowałem na żołądek. Na Rainbow sporo ludzi miało problemy. Myślę, że z jednej strony to była wina niepewnego źródła wody, a z drugiej braku higieny. Kiedy dziś rano okazało się, że pewien chłopak złapał salmonellę, to naprawdę poczułem, że czas się zbierać.
   Spacerując po Viseu, zauważyłem:
   - Portugalczycy mają grube, krzaczaste brwi. Nawet dziewczyny.
   - Dziewczyny mają duże tyłki.
   - Jest tutaj kiepski wybór egzotycznego jedzenia, gorszy nawet niż w Polsce.
   - Żyje się tu powoli i cicho. Widać to nawet w sposobie, w jaki ludzie chodzą po ulicy. Powoli, leniwie. Jak antyteza Hiszpanii.
   - Ale łóżka w hotelach ścieli się tutaj tak samo, jak w Hiszpanii. Nie istnieją kołdry (hiszp. „nordicos”). Śpi się po prześcieradłami i kocami.
   - Tani chleb, tanie wino, drogie słodycze i sery.
   Delektuję się czystą pościelą. Cicho brzęczy telewizor. Sączę czerwone wino i czytam książkę.

30.04.2016

   gdzieś w Portugalii
   przed południem
   Początek podróży mam z przygodami. Spod hotelu wziąłem taksówkę. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Niestety, okazało się, że stacja była zamknięta. Musiałem jechać do następnej. Z dziesięciu euro zrobiło się siedemdziesiąt. Z goryczą pomyślałem, że za tyle, to mógłbym polecieć samolotem. Tak czy inaczej miałem tylko czterdzieści. Umówiłem się z taksówkarzem, że resztę przyślę mu po powrocie do domu. Tak więc na wstępie rozpieprzyłem więcej kasy, niż miałem na całą podróż. Takie są uroki włóczęgi.
   Stacja jest mała, pusta. Stoi tylko jeden tir na czeskich blachach. Porozmawiałem z kierowcą, ale okazało się, że jest ich dwóch. Uzbrajam się więc w cierpliwość. Ciężarówki śmigają autostradą, a ja siedzę, samotny, biały żagiel, na pustej stacji. Na szczęście pogoda i humor dopisują. Na wszelki wypadek rozglądam się za miejscem do obozowania. Wąska ścieżka prowadzi pod górę do małego zagajnika. Jeśli trzeba będzie, to znajdę miejsce na rozbicie namiotu.

   po południu
   Nic się nie dzieje. martwo. Zjadłem chleb z oliwkami, pomidorem i kawałkiem bri, zapaliłem papierosa.
   Podoba mi się podróżowanie samemu. Jest w tym spokój, wolność. Nikt nic nie mówi, niczego ode mnie nie chce, nigdzie się nie śpieszę. Ktoś się zatrzyma, czuję radość. Nikt? Wreszcie ktoś musi mnie zabrać.

   pod Madrytem
   18:00
   Zabierałem się właśnie za książkę na tej cichej stacyjce w Portugalii, kiedy zatrzymał się chłopak, Walley. Okazało się, że jest Giblartarczykiem, mieszkającym na stałe w Portugalii. Wybierał się do Murcii w Hiszpanii, żeby poprowadzić kurs permakultury. Gadaliśmy całą drogę. Najpierw o pierdołach, później weszło na związki, bitników, literaturę, duchowość, muzykę. Kiedy rozmawiam z kimś oczytanym, to mam wrażenie, jakbym stał w nurcie orzeźwiającego strumienia. Rzadko mam okazję.
   Miał mnie wysadzić pod Salamanką, ponieważ odbijał w stronę Madrytu, a ja planowałem wracać tą samą drogą, jaką przyjechałem, czyli przez San Sebastian. Stacja pod Salamanką była jednak kiepska i w końcu zadecydowałem, że pojadę w stronę Madrytu, a stamtąd pokieruje się na Barcelonę.
   Tak się zagadaliśmy, że przejechaliśmy ostatnia stację przed jego zjazdem. Choć miło spędzaliśmy czas, nie miałem ochoty skończyć w Murcji. Wysadził mnie więc na autostradzie i musiałem wrócić piechotą jakieś dwa kilometry.


























   Na stacji nic się nie dzieje. Stoją trzy polskie vany, ale okna zasłonięte, chłopaki najwidoczniej śpią. Usiadłem w cieniu i czekam, aż któryś się obudzi. Zobaczymy, czy będę miał szczęście.



























   wieczór
   Nie udało się nic złapać, ale jeden z polskich kierowców zaproponował, żebym rozłożył sobie śpiwór na pace jego ciężarówki. Ulżyło mi, bo nie miałem gdzie rozbić namiotu, a wieje straszliwie i ziąb, więc nie było mowy, żebym spał pod gołym niebem. Do tego kręci się tutaj jakieś szemrane towarzystwo. Młody Cygan, narkoman obmacuje wzrokiem mój plecak i próbuje od wszystkich wysępić na benzynę, bo skończyło mu się paliwo. Nie czuję się tutaj bezpiecznie.
















  Na pace nie wieje, choć cała ciężarówka kolebie się od wiatru. Czuję się, jak na łajbie. Rozłożyłem karimatę, śpiwór i od razu poczułem się lepiej. Jakieś schronienie jest. Mam też książkę.
   Pozostali dwaj kierowcy byli w supermarkecie. Kupili mi wino na rozgrzewkę. Miło z ich strony. Za to z prowiantem kiepsko. Taksówka z Viseu rozpieprzyła mi budżet. Przekąsiłem coś z moich skromnych zapasów (bułkę, czekoladę, ciastko i jabłko). Zaraz pewnie zasnę, jestem zmęczony.

01.05.2016

   pod Madrytem
  11:00
   Gdyby nie gościna chłopaków, to kiepsko byłoby ze mną w nocy. Bardzo spadła temperatura. Myślę, że mogło być nawet jeden, dwa stopnie. Wiatr również wcale nie zelżał. Nad ranem nawet tutaj, w środku, nie było łatwo. Nie spałem już gdzieś od czwartej, nie dałem rady. Dopiero około siódmej zaczęło się ocieplać.
   Wczoraj chłopaki zaprosili mnie na pogaduszki przy piwie. Sympatyczni, młodzi ludzie. Najstarszy miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Na koniec imprezy zagrałem im kilka swoich kawałków. Widziałem, że docenili. Każdy nagrywał filmik, przeżywając, że odbył się u nich niespodziewany koncert, który ocieplił trochę obcość tej brudnej, pełnej ćpunów i prostytutek, stacji benzynowej.
   Dziś niedziela. Nie wiążę wielkiej nadziei z wyjazdem. Chłopaki dopiero jutro dostaną zlecenia. Jeden z nich, Bartek, zaproponował, że mogę się z nim zabrać.

   14:30
   Postałem na chwilę przy wylocie ze stacji, ale nie miało to większego sensu. Nie było żadnego ruchu. Podszedł do mnie Jose, bezdomny starszy pan, który od miesięcy mieszka z psem na tej stacji. Miał szczere, mądre oczy. Ostrzegł mnie przed narkomanami i złodziejami, od których się tutaj roi. Sam to już zauważyłem. Zaprosił mnie na jedzenie, a na koniec dał cztery papierosy. Powiedział, że ludzie ulicy muszą sobie pomagać.
   Ciągle wieje, więc wróciłem na pakę ciężarówki.
   Tęsknię za Petią. Jutro ma urodziny. Narysuję jej coś w prezencie.



























   18:00
   Dzień mija leniwie. Kierowcy (Bartek, Mariusz i Piotrek) wrócili z wycieczki do Madrytu. Bartek zaprosił mnie na obiad. Miał kurczaka. Kiedy dowiedział się, że jestem wegetarianinem, zaproponował ziemniaki i jajka. Wprawdzie nie jadam jajek, ale machnąłem ręką i usmażyłem sobie jajek sadzonych (pierwszych od dwudziestu lat). Przezwyciężyłem obrzydzenie i zjadłem je z ziemniakami. Bartek użyczył mi telefonu. Zadzwoniłem do Petii i mamy, żeby się nie martwiły.






















   Teraz z pełnym żołądkiem leżę w ciężarówce i drzemię. Poddałem się nurtowi. Kiedyś wreszcie dojadę do domu, kiedyś spotkam się z Petią, kiedyś dowiem się, o co chodzi w życiu, kiedyś stanie się wszystko, to co ma się stać.

   Droga

Autostradą sunie aut sznur.
Czasami czuje bezkresny mur,
XXI wiek, a wkoło prastary bór.
W nim ja.
Czyżbym tylko ja to czuł?
W słuchawkach DonGuralesko.
Czasami trąci groteską,
a czasami… Wiesz co?
Jakby ktoś otworzył księgę mądrości.
Mądrość, słów roztropność, jak ją posiąść?
Ogarnąć miłością, zrozumieniem?
Samotność.
Sprośność.
Jadąc wstęgą asfaltu,
autostradą,
autostopu mistyką,
czasami rozum błądzi,
syci się filozofią,
oderwaną od lodowca krą,
a czasami zwykłą chucią,
widokiem cycków,
na stacji pod Murcją.

A co?
A ja jadę w przód,
przede mną stary gród.
Gdy go minę, znów benzyny smród.
Czasami mam już dość.
Czasami jestem Buddą Siddhartą,
Wilkiem stepowym,
bitnikiem.
Czasami chłopcem,
co wysyła w gwiazdy
wołanie o obecność.

Bezdomny na trasie,
daje pomidory, cztery fajki, jego blask nie gaśnie.
U stóp czarny pies, to przyjaciel właśnie.
Czarodzieje szos, kula ich nie draśnie.
To są jogini drogi.
Kocham te baśnie.
Nie ma takiej samotności, jak na trasie.
Nie ma takiej ekstazy.
Czasem słońce, czasem deszcz…
To nie Bollywood.
Marzenia, smutki, czasem wkurwia coś.
Wiesz, o łóżku nie marzysz tak nigdy,
jak wtedy, gdy ci drogi zbrzydły.

Obce języki, nieufne twarze,
iluzje prysły.
Ale właśnie wtedy, gdy demony wstają,
pęka mydlana bańka, nic na mnie nie mają.
Bla, bla, bla, niech sobie grają,
niech nęcą i grożą, złoto dają.
Nigdy tak nie czułem miłości,
jak sam, na stacji, nocą,
odpędzając macki nicości.

***

   Oziębia się błyskawicznie. Godzinę temu siedziałem jeszcze bez koszulki, a teraz już włożyłem koszulę, bluzę, kurtkę, a i tak chłód podgryza. Niedługo wskakuję w śpiwór. Napisałem wiersz, czy raczej przelałem na papier strumień świadomości. Koślawy, ale czasami w poezji łatwiej uchwycić subtelne odczucia, nie przekładające się na prozę. Narysowałem też dwóch starożytnych joginów. Siwaitę i Wajsznawę. Moja sympatia kieruje się ku niebieskiemu. Wdzięczny jestem za moje wewnętrzne przywiązanie do osobowego aspektu Absolutu. Jest on moją przytulnością i radością. Ale Siwaitę, impersonalnego nurka po bezosobowym oceanie też lubię. Rzucił się wpław przez wielkie morze, nie wierząc w wielkiego Rybaka. Taka odwaga zasługuje na podziw. A zresztą Rybak i tak mu pomoże, tak samo, jak mi. Dlatego skradł moje serce ten z miłością drwiący z nas Kryszna.



02.05.2016

   pod Madrytem
   południe
   Ciągle czekam. Dziś jakieś święto w Madrycie, więc możliwe, że poczekam do jutra. Przyznam się, że chciałbym już jechać. Gdziekolwiek, żeby tylko już ruszyć się z tej stacji. Kupiłem w sklepie chleb, odrobinę sera i sok. Dokończyłem obrazek dla Petii. Dołożyłem kropkowanie, którego ostatnio sporo używam. Myślę, że dodaje głębi ilustracjom.
   Mimo czekania, czuje się w miarę wyciszony. Czas zabijam książką, rysowaniem i muzyką.

03.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Bardzo dziwną trasą jadę do domu. Bartek dostał wreszcie dzisiaj zlecenie. Niestety nie na wschód, ale na południe, prawie przy samej Granadzie. Byłem już jednak tak zmęczony tamtym miejscem, że machnąłem ręką i pojechałem, żeby tylko zmienić scenerię.
   Patrzę na mapę i wydaje mi się, że mam tyle samo kilometrów do domu, co z Viseu. W piąty dzień podróży. Buhahahaha:)
   Czekamy teraz na następne zlecenie, modląc się o drogę na wschód.
 
***

   Andaluzja przywitała pustynnym gorącem. Było ponad trzydzieści stopni. Teraz jest już wieczór, który przyniósł trochę ulgi, ale i tak siedzę bez koszulki. Kleję się i cuchnę. Ostatni prysznic wziąłem w piątek, w Viseu.
   W restauracji, za ostatnie drobniaki kupiłem sobie szklankę świeżego soku z pomarańczy. Nigdzie pomarańcze nie smakują tak, jak tutaj. Nie zawiodłem się, to była rozkosz.
   Spać będę znów na pace, bo tutaj nie ma się gdzie rozbić. Bartek smaży jajka na cebulce. Mnie upał zupełnie pozbawił apetytu.

   Streszczenie wydarzeń od wczoraj:

   1. Pożegnalna impreza z chłopakami. Zrobiłem dla wszystkich spaghetti z cieciorką, oliwkami i serem. Jedli, aż im się uszy trzęsły. Cieszę się, że mogłem się odwdzięczyć za gościnę.



























   2. Nauczyłem ich grać w kości (w pokera). Rozegraliśmy kilka partyjek przy piwie.
   3. Zadzwoniłem do Petii. Mieliśmy małe spięcie. Wkurzła mnie swoją opryskliwością. Rano dowiedziałem się jednak, że miała trudną sytuację w domu, więc mi przeszło.
   4. Dziś pomagałem Bartkowi załatwiać sprawy w biurach. Przydał się mój hiszpański.

   późna noc
   Nie wiedziałem, co dzisiaj czytać. Miałem trochę dosyć Nekroskopa, zmęczył mnie ten naiwny horror. Zastanawiałem się nad Sołżenicynem, ale dałem sobie spokój. Dobrze się czyta, wciąga, ale nie miałem ochoty na zanurzenie się w oceanie okrucieństwa i totalitaryzmu. Przypomniałem sobie rozmowę z Walley’em, o książkach i bitnikach. Okazało się, że mam na kindlu „W drodze”  Kerouac’a. Zacząłem z oporami. Zmęczony miesiącem podróży, tęskniłem za domem, łóżkiem i wanną, więc przytłoczyła mnie włóczęgowska narracja. Ale niezauważalnie wciągnęło mnie po same uszy i nawet nie chce mi się spać.
   Zmęczenie podróżą zmieniło się nagle w zadowolenie z drogi, wyzwań i przygód.
   Trzeba jednak szykować się do spania, jutro kolejny, długi dzień.
   Bartek ogląda w kabinie jakiś kryminał z Dorocińskim. Na wietrze sucho szeleszczą liście jakiegoś południowego drzewa. Gdzieś obok przyciszona rozmowa po hiszpańsku. Banalna muzyka z baru. Kleją mi się oczy.

04.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Ciepły poranek na andaluzyjskiej stacji. W restauracji kupiłem pączka, sok pomarańczowy i kawę. Zapłaciłem kartą. Myślę, że dobijam już do granic debetu. Czekamy na zlecenie. Ciekaw jestem, gdzie nas rzucą. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby była to Granada. Z chęcią przywitałbym się z Sacromonte, Alhambrą i cyganami.
   Miło obudzić się bez kaca. Lekkość, ciepło, kołyszące się leniwie palmy, ćwierkające ptaki. Rozochocony pogodą, wykąpałem się za samochodem chłodną wodą z butelki. Od razu lepiej.



























   pod Walencją
   wieczór
   Po oliwkowych gajach Andaluzji przyszła kolej na katalońskie sady pomarańczowe. Nie jest już tak gorąco. Tniemy autostradę, ale jestem zbyt zmęczony, żeby się tym cieszyć. Nie interesują mnie już widoki za oknem. Egzotyka straciła urok. Z niechęcią patrzę na obłe, zmurszałe góry i zgniłą, pozbawioną blasku zieleń. Tęsknię za domem, moją żyzną Europą Wschodnią. Najchętniej bym się zdrzemnął, ale nie dam rady. Bartek to prawdziwy pirat drogowy. Pisze smsy, wbija coś w GPSa, dzwoni, je, pije, wyprzedza, hamuje, przyśpiesza. Typowy narwany chłopak.
   W Alicante zapakowaliśmy ładunek do Bratysławy. Dziś w nocy mamy dojechać do Barcelony. Niestety, ładunek jest zbyt mały, Bartek będzie musiał czekać na przynajmniej jeszcze jedno zlecenie.
 
05.05.2016

   pod Barceloną
   południe
   Ogromny parking, a na nim chyba z piętnastu polskich kierowców. Zrobiłem ziemniaczki, mizerię z koperkiem i kotlety z fasoli, Bartek był wniebowzięty. Jeśli chodzi o mnie, to skurczył mi się żołądek, tak że dużo nie zjadłem, a oprócz tego zmagam się ze strawieniem smażonek.
   No i czekam.



























   wieczór
   Jadę do domu! Zmieniłem kierowców. Przeniosłem się do Arka, kierowcy busa, którego spotkałem pod Barceloną. W sobotę ma ślub kolegi, więc śpieszy mu się bardzo, co jest mi na rękę. Droga będzie ciężka. Arek chce jechać bez przerwy, a ja mam pilnować, żeby nie zasnął. Nie wiem, jak wytrzymam, bo już padam na ryj po tylu dniach autostopu.

***

   Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak męczący może być autostop. To nie tylko widoki, przygody i darmowa jazda. Za najbardziej wyczerpujący aspekt uważam konieczność podtrzymywania rozmowy z kierowcami. Człowiek jest już zmęczony, tęskni za samotnością, ciszą, prywatnością, ale przyzwoitość wymaga odpłacenia się jakoś kierowcy, który zdecydował się zabrać kompletnego nieznajomego. Jeszcze pół biedy, jeśli ma się wspólne tematy, jak na przykład było z Walley’em z Gibraltaru, albo Arkiem, z którym dojechałem do Viseu. Jednak z reguły kierowcy profesjonalni to proste chłopaki i jakoś mijamy się w rozmowie. Prostota nie musi być wadą. Gorzej, kiedy wchodzą tematy światopoglądowe i polityczne. Wielu z nich posługuje się światopoglądem będącym mieszanką nacjonalizmu, rasizmu, niechęci do innych nacji, koloru skóry, odmienności seksualnej, etc. Co mam wtedy robić? Unikam tematu.

06.05.2016

   gdzieś we Francji
   rano
   Po trzech godzinach snu (od trzeciej do szóstej) napiliśmy się kawy, odlali i ruszyliśmy w drogę. Za jakąś godzinę mamy wyjechać z Francji. W Tychach powinnyśmy być około północy.
   Pięknie jest we Francji. Sycę oczy soczystą zielenią łąk i lasów, niebieskim niebem, niebieskim do szaleństwa i żółcią rzepaku.


















 Pocieszyłbym się tym w ciszy, ale nie da rady. Arek nie przestaje głośno przeklinać kierowców. „Pedał jebany”, „żabojad pedalski”, „skurwysyn niewyskrobany”, „czarnuch śmierdzący”. Albo dzieli się mądrością: „Ciapaci, kozojebcy pierdoleni przejmą ten gościnny kraj. I dobrze tak tym skurwiałym żabojadom”.
   Kurwa, no próbuję dostrzec w każdym dobre strony, nieraz o tym pisałem. Ale czasami, tak jak teraz, to jest niezmiernie trudna sprawa. Chciałbym, żeby się już zamknął.

   Niemcy
   południe
   Zaraz za granicą natknęliśmy się na pierwszy korek. Trochę dalej następny. Arek postanowił to wykorzystać i zatrzymaliśmy się na godzinną drzemkę. Choć w samochodzie mnie ścinało, to teraz nie mogę spać. Autostrada ryczy, gdzieś tam w tle z trudem przebija się śpiew ptaków. Zdusiłbym z chęcią ten silnikowy, ohydny hałas i posłuchał po prostu śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mierzi mnie trywialność wulgarnych rozmów, nachalnej, głupiej cywilizacji. W bezsensownej gonitwie próbuję usłyszeć dźwięk serca, ale bez powodzenia. Ludzkość się gubi. Nie czuję dziś współczucia. Tylko znużenie i nudę. Gdzie pędzicie ludzie, po co ten pośpiech, głupota i strach?

07.05.2016

   Tychy
   rano
   Jestem, ojczyzno!
   Kiedy wjechaliśmy rankiem do Tychów, z wielką ulgą wysiadłem z samochodu Artura. Nie wiem, co mnie bardziej wykończyło: sama jazda, brak jedzenia, czy on. Tyle złości i frustracji, nie do pojęcia. Wczorajszy dzień upłynął mu na telefonicznych kłótniach z dziewczyną. Przyczepił się do niej o jakąś bzdurę. Wrzeszczał na nią jak szalony, wyzywał od idiotek i pizd. Było mi jej trochę szkoda, ale z drugiej strony to był tylko cholerny telefon. W każdej chwili mogła się rozłączyć.
   No ale to już mam z głowy.
   W Tychach dopisało mi szczęście. Pierwszy trolejbus z przystanku jechał do samego dworca PKP, a już po chwili wsiadłem w pociąg, którym dojadę do samego domu.
   Za jakieś trzy godziny zrzucę śmierdzące łachy, wykąpię się i zjem coś ciepłego.
   Choć zmęczony, czuję radość. Świeci mocno słońce, zapowiada się gorący dzień. Pociąg jest pełen dzieciaków z plecakami, pewnie wybierają się na górską wycieczkę. Podekscytowane, uśmiechnięte, rozmawiają z ożywieniem. Ogarnęło mnie miłe rozleniwienie.

   Na tym zakończę dziennik z podróży. Bez syntezy i poezji, bez puenty.

Podróż w tonacji molowej - część druga

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część druga
Tam
 
  Rainbow
  16:29

























   Już jestem. Rozbiłem namiot na wzniesieniu nad kuchnią. Obok szumi spora rzeczka, gdzie można się będzie wykąpać. Trochę dalej kamienne ruiny młyna. Raz słońce, raz deszcz. Akurat się rozpogodziło, więc szybko wywiesiłem na drzewach mokre ubranie.















   No więc dojechałem. Ale od razu włączyła mi się lekka fobia społeczna. Zawsze tak mam w dużej grupie. Nie lubię grupowej dynamiki, tarć, itd. Wolę kameralnie, twarzą w twarz. Dlatego rozbiłem namiot w krzakach, ale blisko centrum wydarzeń. W ten sposób nie ominą mnie ważne rzeczy, a w każdym momencie będę mógł się schować.
   Pierwszy raz rozbiłem ten namiot porządnie. Naciągnąłem, gdzie miałem naciągnąć i teraz wydaje się dwa razy większy. Ale ciągle, jeśli na przykład chcę ściągnąć koszulę, to muszę wychylić się na zewnątrz.
   Ciekawe. Tutaj też czuję się niedopasowany. Taka natura, co zrobić.
   Nie ma żadnych Słowian. Głównie to Portugalczycy, Francuzi, Niemcy, Hiszpanie. Poznałem też jednego Anglika.
   Odpocznę, poczytam, później się rozejrzę. Mam nadzieję spotkać jakichś przyjaciół.

13.04.2016

   Rainbow
   przed południem
   Nad ranem przestało lać i trochę się ociepliło, ale pogoda może się zmienić w każdej chwili, więc nie mam dużo nadziei na wysuszenie ubrań. Jakoś trzeba będzie wytrzymać z jedną zmianą bielizny, aż słońce pojawi się na dłużej.
   Poranne „rytuały” już zakończone:
   1. Umycie zębów i twarzy z butelki.
   2. Zdobycie gorącej wody na herbatę + papieros.
   3. Znalezienie w miarę odległego miejsca na sranie.
   4. Zrobienie zapasu pitnej wody na dzisiaj.
   5. Śniadanie. Dziś bułka, pół puszki czerwonej fasoli i dwa paski czekolady.
   Myślę, że z tym wszystkim zmieściłem się w półtorej godzinie.
   Wczoraj wieczorem wspólna kolacja była w opuszczonym domu. Nie dało się pod gołym niebem, bo lało.
   Trochę udało mi się wyjść ze skorupy. Posiedziałem z ludźmi przy ognisku, które zapalili w środku. Jedzenie było okropne: ryż z rana wymieszany z surówką z jakichś żółtych liści, twardych badyli i jabłek, ale klimat był bardzo pozytywny.
   Póki co nie udało mi się nawiązać z nikim głębszego kontaktu (piszę jak astronauta na obcej planecie:). Większość to młodzi, entuzjastyczni ludzie, radośni hipisi. Zaiskrzyło tylko z Ingrid. Francuzka, na oko jakieś 26 – 27 lat. Wpadła mi w oko od samego początku. Zamieniliśmy kilka słów. Myślę, że też jej przypadłem do gustu; trzymała się blisko przez większą część wieczoru. Przyznam, że bardzo mi się spodobała. Czarne włosy, czarne oczy, myśląca twarz, lekko zdystansowana, nie narzucająca się.





















   Dziś nanosiłem trochę drewna na główny ogień. Teraz siedzę przy kuchni razem ze wszystkimi. Obserwuję ludzi i cieszę się odrobiną słońca. Jeśli pogoda utrzymałaby się do wieczora, może wreszcie wyschłyby mi ciuchy.
   Narysuję parę charakterów, rzucających mi się w oczy.

























   Tak wygląda mój dzień. Krążę od miejsca do miejsca, siadam w kąciku, piję kawę lub herbatę, palę papierosy, rysuję, od czasu do czasu z kimś zagadam.

   wieczór
   Coraz lepiej się tutaj czuję. Aklimatyzuję się. Rozmawiam z wieloma ludźmi, zaczynam czuć się częścią grupy.
   Poznałem Estrellę, której wesołość  i łatwość obycia zapamiętałem z wczorajszego ogniska w domu na wzgórzu. Jej chłopak to jednak ani Pierre, ani Francuz (tak go narysowałem). Nazywa się Jordan i jest Niemcem. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Nigdy nie miałem skłonności homoseksualnych, więc to chyba nie to. Ma piękną, wyrazistą twarz, o wielkich brązowych oczach i greckim profilu. Jest doskonale piękny.



























   Ingrid nie pokazała się dzisiaj. Może już wyjechała? Smutno by było. Poczułem dużą bliskość.
   Siedzimy wszyscy pod kuchenną plandeką. Ścieśnieni, bo ciągle leje i zimno. Dzisiejszą kolację pewnie też zjemy pod dachem, ale może być problem z pomieszczeniem się. Codziennie przybywa ludzi.

14.04.2016 



























   Rainbow
   poranek
   Kurwa mać! Ale załamka. W trakcie wczołgiwania się do namiotu, oparłem się o coś łokciem. Usłyszałem głośne chrupnięcie. I tak pożegnałem się z kindlem. Mój największy przyjaciel z drogi odszedł w niebyt. Nie mogę w to uwierzyć. Cały czas leje jak z cebra, nie ma gdzie pójść, czym się zająć. Nawet się cieszyłem na ten deszcz, bo lubię czytać w namiocie, kiedy leje. A teraz nie mam pojęcia czym się zająć. Żeby nie lało, pojechałbym od razu do Viseu i kupił nowy czytnik. Wprawdzie nie mam już kasy, ale mam jeszcze debet na angielskim koncie. Później znalazłbym jakiś sposób, żeby przenieść książki ze starego na nowy, może w jakiejś kafejce.
   Właśnie zacząłem świetną książkę jakiejś rosyjskiej pisarki SF. Wciągnęła mnie na całego… Co za durne miejsce, żeby zostawić Kindla. Zaraz przy wejściu. Eh… No nic. Poczekam, aż przestanie lać (jeśli w ogóle przestanie) i pójdę szukać transportu do miasta.


























  po południu
   Deszcz trochę zelżał. Rano polamentowałem nad kindlem, czekając aż przestanie lać. Nie przestało. Wreszcie wyszedłem w mokry świat i poczłapałem przez kałuże na parking, szukać kogoś, kto jechałby do miasta. Nikt się nie wybierał, więc dałem sobie spokój. Przy ognisku pograłem trochę na ukulele. Po obiedzie (warzywa z kuskusem) przez jakieś dwie godziny rozpalałem ognisko w głównym kręgu. Nie było łatwo, drewno jest dosłownie nasiąknięte wodą, ale wreszcie się udało. Zajęły się grube bierwiona, ogień huczy i nie zgaśnie nawet w ulewie.
   Przycupnąłem w kuchni i słucham jam session. Sytuacja z kindlem zmusiła mnie, żeby być bardziej obecnym w grupie. Może to i dobrze.



























   Dziś rano pokazała się Ingrid. Jednak nie wyjechała. Ucieszyłem się, zagadałem. Bardzo sympatyczna, wesoła. Niestety, mam tak, że kiedy ktoś mi się podoba, język mi kołkiem staje.
   Tak więc z braku książki oddaję się wyimaginowanym romansom. Choć pewnie i tak bym się oddawał. Szukam czegoś, szukam intensywnie. Jakiejś doskonałej miłości, oddania, związku serc. Taka idealistyczna fantazja, eskapistyczny odlot. Że w tej miłości utoniemy, uciekniemy przez mechanicznością i zimnem tej niezrozumiałej egzystencji materialnej.

    Napiszę parę słów o ludziach, których poznałem do tej pory.

   Axa – stary fiński hipis. Przyszedł dzisiaj, od razu pomógł mi z ogniskiem. Później zniknął gdzieś w krzakach, żeby sprzedać komuś grama naturalnej trawy.
   Bułgarska Dziewczyna z Parasolem – zjawiła się dzisiaj, emanując wesołością. Schowałem się pod jej parasolem i żartowaliśmy, zaśmiewając się z bzdur. Ma brodawkę z włosami na brodzie.
   Estrella – radosna Hiszpanka, o której już wspomniałem. Sympatyczna, głośna, w centrum uwagi. W pełni zasługuje na swoje imię.

   wieczór w namiocie
   Leje, leje, leje. Dziś były tylko dwie krótkie przerwy w deszczu, dokładnie na posiłki. W namiocie mam w miarę sucho, ale widzę, że na szwach zaczęły się robić zacieki. Nie wiem, czy to od deszczu, czy od skraplającego się oddechu. Trzeba było zaimpregnować, no ale nie spodziewałem się takiej pory monsunowej w Portugalii.
   Brak książek daje mi się dotkliwie we znaki. Włączyłem Kindla, żeby użyć jego lampki do pisania. Na pokiereszowanym ekranie ciągle widać nazwy folderów. Na razie nie poznam dalszych losów Saszy, studentki na uniwersytecie wiedźm i czarowników.
   Widzę, że te dziesięć dni wyrzeczeń (siedem w podróży i trzy tutaj) zmieniają mnie. Powoli twardnieję. Nie mazgaję się, choć dzisiejszy dzień dał mi w kość. Skupiam się na małych radościach. Jak na przykład teraz: mam ciepłe stopy, opatulone w grube skarpety i śpiwór. Pierwszy raz dzisiaj jest mi sucho i ciepło. Potrafi mnie ucieszyć miska ciepłej strawy. W normalnych warunkach z trudem przełknąłbym tutejsze, mdłe jedzenie, a tutaj jem z apetytem i ciągle mi mało. Zostało mi jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady. Dopycham się po sobkowemu, sam w namiocie, po posiłkach.


























   Poprzez uderzenia deszczu o namiot, dobiega mnie dźwięk bębnów i indiańskich zawodzeń. Nie chce mi się jeszcze spać, ale nic innego nie zostało do roboty. Wyłączę lampkę i spróbuję zasnąć.
   Deszczu, idź już sobie, nikt cię tu nie chce.

15.04.2016

   Rainbow
   południe
   Udało mi się dostać do pobliskiego miasteczka (Aguiar da Beira), ale w sklepie elektronicznym nie mieli czytników. Musiałbym pojechać do Viseu albo Satao. Kupiłem za to trochę żywności: owoce, czekoladę, chleb i butelkę porto. Choć nie mam ochoty na alkohol, to kto wie, kiedy znowu uda się złapać samochód wyjeżdżający do cywilizacji. Kupiłem też kawał porządnej folii i sznurek. Przy tym deszczu namiot już zaczyna przepuszczać wodę. Rozepnę dziś płachtę między drzewami, będę miał suchy kawałek ziemi dla siebie. Spytałem sprzedawcy w sklepie o pogodę. Powiedział, że po niedzieli ma być lepiej. Zobaczymy.
   Przyjechałem z Frankiem i Sweney’em. Swenem musiał iść na policję. W tym tygodniu był na basenie, gdzie ktoś ukradł kamery CCTV i teraz podejrzewają, że to mógł być on. Mam nadzieję, że pozytywnie załatwi sprawę.
















   Nie wiem, co więcej napisać. Rzeczywistość na Rainbow zalana deszczem i szarością. Człowiek przemyka między suchymi miejscami  i okresami, skupiając się na utrzymaniu w miarę suchych butów i ubrań. Na razie nie ma jeszcze głównego, zadaszonego miejsca, gdzie mogłaby się schronić większa grupa ludzi, więc wszyscy zbierają się w małych grupkach rozrzuconych po całym lesie, pod rozpiętymi kawałkami folii albo w opuszczonych domach. Nastroje też raczej kiepskie. Ludzie zmęczeniu już są wodą i zimnem. Niektórzy obozują tu prawie trzy tygodnie w takich warunkach.

   wieczór, w śpiworze
  Pozytywny dzień. Po drodze z miasta gadałem ze Swiney’em. To był pierwszy człowiek, jakiego spotkałem na Rainbow. Początkowo zrobił na mnie wrażenie cwaniaka. Dziś okazało się, że to sympatyczny, inteligentny chłopak.


























   Frank, Francuz, który przywiózł nas do miasteczka swoim vanem, też bardzo miły. Szczery, normalny, uczynny. Tłumaczył dla nas na portugalski. Wyskoczył ze mną w deszcz, na pocztę, poprosić o adres poste restante (może namówię Petię, żeby przysłała mi swojego Kindla).


























   Po powrocie do obozu przestało lać i wyszło słońce. Poprosiłem Wowę, litewskiego włóczęgę, żeby pomógł mi skonstruować coś do rozpięcia folii nad namiotem. Otworzyliśmy do tego butelczynę Porto i udało nam się złożyć niezłą nawet konstrukcję. Dołączył do nas Conny, Niemiec, z którym przyjechałem tutaj pierwszego dnia taksówką z Satao.
   Pogadaliśmy, aż skończyło się porto.


























   Na lekkim rauszu poszedłem na „food circle”. Zachęcony portweinem zainicjowałem śpiewnie „The River is Going”. Dobrze, że ludzie znali więcej niż jedną zwrotkę i podchwycili. Powoli się zadomawiam.
   Dobrej nocy.

16.04.2016

   Rainbow
   południe
   Słońce! Jak miło wygrzać wreszcie zmarznięte stopy w jego blasku.



























   Rano przespacerowałem się do pobliskiego baru na kawę i Internet. Wysłałem kilka wiadomości i naładowałem komórkę. Po powrocie w kuchni spotkałem Ingrid. Zjedliśmy razem posiłek. Nie mam żadnej gotówki, a okazało się, że w barze jest prysznic za półtora euro. Ingrid obiecała, że pójdziemy razem i mi pożyczy. Dobrze, bo wczoraj, po wejściu do śpiwora czułem już niezły smrodek.

   wieczór w namiocie
   Piszę przy świetle księżyca, tak że nie wiem, czy to jutro przeczytam. Poszliśmy z Ingrid do baru. Postawiła mi piwo, frytki i prysznic. Kiedy tylko wybiorę gdzieś pieniądze, muszę się jej odwdzięczyć.
   Troszkę się wstawiliśmy. Wydurnialiśmy się, jak dzieciaki, żartowali, flirtowali. Po powrocie do obozu uczyłem ją grać w kości. Kiedy zaczął się wieczorny krąg, zaczęliśmy chichotać, kontestując uroczysty nastrój grupy. Krąg rozszerzał się coraz bardziej, aż wreszcie doszedł do nas. W porywie hultajstwa puściłem głośnego bąka, po czym dusząc się ze śmiechu, uciekliśmy poza zasięg blasku ogniska.
   Teraz zostałem sam, Ingrid już poszła. Dopijam butelkę wina i patrzę w gwiazdy. Okrzyki docierające z ogniska są coraz bardziej szalone. Bębny nabierają mocy. Trans. Choć śmieję się trochę z hipisów i Rainbow, to jest niewinne wyśmiewanie. Lubię tu być.

























17.04.2016

   Rainbow
   rano
   Obudziłem się w złym humorze. Deszcz znowu leje. Wczoraj zgubiłem gdzieś kosmetyczkę. Pewnie zostawiłem ją pod prysznicem w barze. A poza tym czuję się jak idiota. Wczoraj po alkoholu puściły zahamowania, czułem się swobodnie i wesoło, ale dziś powrócił wewnętrzny cenzor i zastanawiam się na ile zrobiłem z siebie głupca. Niepotrzebnie powiedziałem jej, że ją lubię. To było chyba zbyt natrętne. Eh, stary dureń.





















   Przydałaby się teraz książka. Przeleżałbym dzień w namiocie z jakąś dobrą opowieścią.
   Wczoraj wieczorem, po ostatnim wpisie, poszedłem jeszcze poszwendać się po obozowisku. Napiłem się w kuchni herbaty, patrząc na ludzi tańczących przy ognisku. Estrella rozebrała się do naga i tańczyła jak prawdziwa wiedźma. Akurat przyszło kilku miejscowych, zobaczyć, jak my tu żyjemy. Szczęki im opadły. Patrzyli na Estrellę jak zaczarowani. Miałem wrażenie, że troszkę przestraszyło ich to wieczorne szaleństwo. Tym bardziej, że kilka osób wzięło LSD i grzyby, więc nastrój był naprawdę dziki, nierealny.
   Przyplątała się Ana – rosyjska bhaktinka. Studiowała w Pradze, mówi więc doskonale po czesku. Wie, że Kryszna jest mi bliski, więc do mnie lgnie. Szkoda mi jej trochę. Duże, brzydkie dziecko. Brak jej obycia, uprzejmości, jest opryskliwa, czasami nachalna. Myślę, że nie będzie miała łatwego życia. Jednocześnie czuję do niej sympatię.

   Praca w kuchni wre. Doczekałem się na herbatę (z czosnkiem!) i przeniosłem do zadaszenia obok głównego kręgu. Nie chciałem, żeby ktoś zaczął mnie angażować do kuchenny prac. Nie mam ochoty na prace społeczne. Mam kaca, jestem aspołeczny. Herbata z czosnkiem jest ohydna, ale przynajmniej gorąca, więc ciało przyjmuje z wdzięcznością.
 
   Uśmiechnięta dziewczyna w śnieżnobiałej sukience podzieliła się ze mną bananem. Smakował bosko (choć nie zabił smaku czosnku). Wyszło słońce.

***

   Wysrałem się w lesie i zakopałem gówno. Później zjadłem dwie kromki z serem i sosem piri-piri (bardziej słony niż ostry), kawałek czekolady i zapiłem to wszystko źródlaną wodą. Oddałem Ingrid jej dziennik, który wczoraj zostawiła mi na przechowanie. Leży teraz obok, drzemie. Nie pali się do rozmowy. Chyba jednak wczoraj przedobrzyłem. Siedzę smętny. Wkurza mnie, że nie mam większej stabilizacji wewnętrznej. Że mój nastrój zależy tak bardzo od nastroju innych. Skąd tak jest? Czy to przez ten brak w środku, tę dziurę, którą próbuję zapełnić?
   Ględzę. Zły nastrój nie chce przejść. Trzeba nauczyć się z siebie śmiać. Poczucie własnej ważności, jak pisze Castaneda, to główne źródło problemów.

***

   Dziś mam ochotę się stąd urwać. Tylko bez gotówki to ciężka sprawa, a zbyt dobrze pamiętam autostopowy znój. Jeszcze nie jestem gotowy. Teraz mam przynajmniej namiot i dwa ciepłe posiłki dziennie. Tylko pogadać z kim nie ma. Dookoła szczęśliwi, uśmiechnięci hipisi. Jak znaleźć płaszczyznę porozumienia z ludźmi będącymi tak daleko?
   Mam w kieszeni jakieś osiemdziesiąt centów. Na kawę powinno wystarczyć. Po jedzeniu przejdę się do baru i poczytam facebooka.

***

   Po drodze do kafejki zatrzymałem się na parkingu. Pogrzałem przy ogniu stopy, napiłem się mocnej kawy, posłuchałem muzyki. Weltschmerz trochę zelżał. Niedługo wszyscy pójdą na obiad do głównego kręgu, ale ja dam sobie spokój. Słowami Świetlickiego: jestem dziś nieprzysiadalny.
   Fiński chłopiec tłumaczy na angielski piosenkę o korzeniach, gałęziach i źródłach. Patrzę na stopy. Obdarte do krwi od mokrych sandałów. Dym gryzie w oczy, kura dziobie coś przy ognisku, kukułka odlicza miliona lat do ślubu. Paolo, szorstki, sympatyczny maczo smaruje mi stopy olejkiem z leczniczymi ziołami.



























***

   Przypomniałem sobie dzisiejszy sen. Dziwny, nie wiem, skąd się taki wziął. Byłem w Stanach. Złapali mnie studenci w jakimś akademiku. Trzymali mnie w pokoju, torturowali, przypalali papierosami, bili. W międzyczasie pili i ćpali. Widać było, że wystraszyli się tej sytuacji, ale zabrnęli za daleko, nie wiedzieli już, jak z tego wybrnąć. Zdałem sobie sprawę, że będą musieli mnie zabić, jeśli mają z tego jakoś wyjść.
   W pewnym momencie zostałem w pokoju sam na sam z jednym ze studentów. Gruby, w okularach, najwidoczniej niepopularny. Był wystraszony kabałą, w jaką się wpakował, ale  chciał się dopasować, zaimponować kolegom. Żeby uciec, musiałem go zabić. Było mi go bardzo szkoda, bo wiedziałem, że tak, jak i ja, stał się więźniem sytuacji, ale to była moja jedyna szansa.
   Roztrzaskałem mu głowę magnetofonem i uciekłem. Biegłem przez zatłoczone korytarze, aż wreszcie jakimś cudem znalazłem się na ulicy. Za sobą dostrzegłem goniących mnie porywaczy, ale wiedziałem, że teraz już nic nie mogą mi zrobić. Odetchnąłem z ulgą. I tylko tego nieśmiałego grubasa było mi żal.

***

   Zbieram się do spania. Skrobnę jeszcze tylko parę słów, ale szybko, bo zimno jak cholera, palce grabieją. Niebo dziś wieczorem jest bezchmurne, nic nie trzyma ciepła.
   Pod wieczór nastrój mi się poprawił. Pogadałem z Ingrid i Frankiem. Zdałem sobie sprawę, że Ingrid nie miała nic do mnie. Po prostu tak, jak ja, miała zły humor. Pożartowaliśmy we trójkę, zjedliśmy i uciekłem wreszcie z zimna.

18.04.2016

   Rainbow
   rano
   Noc była mroźna, najzimniejsza odkąd opuściłem dom. Nie mogłem ogrzać się w śpiworze, udało mi się zasnąć dopiero po północy. Za to poranek przywitał mnie słońcem. Czekam, aż zagotuje się woda na herbatę i ostatni już kisiel przywieziony z Polski. Po śniadaniu jadę do Aguiar da Beira. Grupka ludzi wybiera się busem do miasteczka, dołączę się. Wybiorę parę groszy z konta, żeby tutaj było na kawę i piwo. Humor dzisiaj mam dobry. To wpływ słońca i garstki wczorajszych przemyśleń. Żeby akceptować wszystko, nie porywać się z motyką na słońce. Pozwolić rzeczom płynąć, zobaczyć, gdzie mnie zaniesie fala, nie martwić się tym, że to akurat odpływ albo przypływ.

   Lista niepełna:

   1. Wczoraj wieczorem w namiocie marzyłem sobie o założeniu rodziny. Kobieta, córka, kawałek ziemi, spokój.
   2. Axa, fiński hipis spytał mnie, jak daję radę bez Kindla. Miło, że pamiętał. Teraz krząta się po kuchni, rozpala ogień, szykuje herbatę.
   3. Koniecznie musze kupić pastę do zębów. Przez to, że zgubiłem kosmetyczkę, wczoraj w ogóle nie wyszorowałem paszczęki.
   4. Dawid, Czech, dmucha przez rurkę w zawilgłe drzewo, próbując od godziny zagotować wodę.
   5. Gadałem wczoraj z Zuzą, którą poznałem ostatnio na Krawcowym Wierchu. Przyjeżdża dwudziestego ósmego z koleżanką.
   6. Kopcę jak lokomotywa. Przestałem już nawet kaszleć, najwidoczniej smoła pokryła już całe płuca. Na razie nic z tym nie robię.

* * *

   Jestem w Aguiar da Beira z Ingrid. Wyciągnąłem ją rano na pieszą wyprawę do miasteczka. Po drodze zatrzymał się Frank i podwiózł nas do miasta. Zaprosiłem Ingrid do baru na obiad i wino, żeby odwdzięczyć się za jej ostatni poczęstunek. Później spotkaliśmy na mieście całą watahę hipisów. Dołączyłem się do jam session. Paliliśmy jointy, pili wino, śpiewali. Poza Rainbow czuję się z tymi ludźmi swobodniej. Myślę, że chodzi o to, że tutaj wszyscy jesteśmy „poza nawiasem”, a tam to jednak jest już społeczność, do pewnego stopnia zorganizowana, a na to mam alergię.



















19.04.2016

   Rainbow
   rano
   Leje. Jak do tej pory to motyw przewodni tej wycieczki. Jeśli ktoś to kiedyś przeczyta, będzie miał wrażenie, że mieszkałem w stawie.
   Leżę w namiocie i nie chce mi się dupy ruszyć z suchego miejsca. Kiedy przestanie lać, pójdę do kafejki na prysznic i kawę z mlekiem.
   Sny miałem szalone, jak co dzień. Jechałem z Tanią pociągiem. Na jednej ze stacji uparła się, żeby zrobić zakupy w supermarkecie. Nie dało się jej od tego odwieść, zostawiliśmy więc wszystkie rzeczy w pociągu i poszliśmy poszukać sklepu. Popędzałem ją, ale pociąg i tak nam uciekł. A później stara historia: płakałem, żeby mnie nie zostawiała. Na nic się to jednak nie zdało. Nie można kogoś zmusić do miłości.
   W dalszej części snu fruwałem pod niebem i bardzo mi się to podobało. Po smutku nie został ani ślad.

   południe
   Już po prysznicu. Czuję się świeżutki. Wykąpałem się, przeprałem ciuchy, pogadałem na Internecie z rodziną, wypiłem kawę, doładowałem mp3jkę.
   Do obozowiska wróciłem dokładnie na obiad. Kuskus i sałatka owocowa. Axa sprzedawał komuś zioło. Doczepił się do niego stary hipis-ortodoks. Chyba przez godzinę męczył go wykładem o tym, że na Rainbow nie powinno się nic sprzedawać. Idiota. Widać przecież, że Axa to nie jakiś dealer kapitalista, ale stary włóczęga, któremu ta kasa pozwoli przetrwać jakiś czas. Kiedy męczydupa sobie wreszcie poszedł, Axa podszedł do mnie. Zapytał, jakie książki czytam. Pogadaliśmy o literaturze i magii czytania. Opowiedział, jak czytał do snu swoim dzieciom Tolkiena, a teraz czyta wnukom. Jego córka ma męża Polaka, górala. Był pod wrażeniem góralskiego wesela. To było gdzieś w moich okolicach, ale nie pamiętał nazwy wioski.
   Poszedłem poleżeć do namiotu. Przyszedł Wowa poprosić o papierosa. Okazało się, że nie ma już kasy, więc dałem mu paczkę tytoniu z moich zapasów.

***

   DonGuralesko z „Magnus Ignotum” rozpierdala system. Cała płyta to poemat o samotności i wolności płynącej z niezależności od innych. Wolności w odnalezieniu swojego miejsca w naturze i uświadomieniu sobie własnej unikalności i nieważności (w której głębiej kryje się ważność transcendentalna).

„Było nas stu, dziś zaledwie jest kilku, 
kiedy zasypiam, słyszę ujadanie wilków, 
włóczykij znów opuszcza dolinę Muminków,
 zobacz huragan ognia, patrząc na drwa w kominku”

   Axa – czuję ogromną sympatię. Prosty, niewinny człowiek. Stary, a jest jak dziecko. Serdeczny, uczynny, ciągle coś działa dla społeczności, ale nie oczekuje za to żadnej wdzięczności, czy pozycji. Mówi z pewną nieśmiałością, nic nie ukrywa. Jak każdy Fin, z dumą mówi o swoich fińskich lasach i groźnej zimie.





























***

   Już po wczesnej kolacji. Był pyszny makaron. Dziś trafił się kucharz z samego Rzymu. To było czuć. Tylko cholernie mało. Jestem bardziej głodny, niż przed posiłkiem. Gdyby nie deszcz, poszedłbym do baru na frytki, ale nie chce mi się znów moknąć. Już i tak czuję, że wilgoć weszła w każde włókno moich ubrań. Nawet rzeczy, które „wyschły”, są jakby ciężkie, pachnące wodą i szamponem, w którym zwykle piorę. Rozpadało się jeszcze bardziej. Tyle deszczu nigdy nie widziałem. Nawet w Irlandii i Anglii. Chlupoczące kałuże, błoto, cieknące sufity, przemoczone skarpety, nigdy nie schnące, pokryte gliną buty, brunatna zieleń, wilgotne konary, które nie chcą palić się w ogniu i dlatego cuchnący dym zapełnia każde tipi i każde zdarzenie.
   Tak to mniej więcej wygląda.

***

    Alvin to jest charakter. Francuski, aż do poziomu absurdu. Kobieciarz, romantyk, sarkastyczny nihilista, nostalgiczny Arlekin, ukrywający smutek i niespełnienie pod maską humoru. Błyskotliwy. Nieprzeciętna inteligencja, złośliwość błazna, oczytanie artysty.



























***

   Wiem, że sporo narzekam. Proces destylacji duszy nie jest łatwy. Zimno, deszcz, odrzucenie, wyobcowanie, to jak magiczne substancje wspomagające alchemiczne reakcje. Nie odszedłbym stąd (jeszcze nie). Ważność tej chwili, tych momentów jest dla mnie klarownie jasna. Szukam schronienia w oddaniu się Wszechświatowi, podporządkowaniu się jego lekcjom. Uczę się być dzieckiem.





























20.04.2016

   Rainbow
   południe
   Wróciłem właśnie z baru. Zjadłem frytki, wypiłem dwa piwa, poczytałem, co na fejsie. Porozmawialiśmy z Petią. Tęsknię za nią i czuję się winny, że nie doceniam jej bardziej. Ścigam cienie, a przecież mam fajną dziewczynę. Spędziliśmy razem już kawał czasu. Bycie z nią na zasadzie przyjaciel/kochanek, a w międzyczasie szukanie „prawdziwej miłości” jest nie fair. Ale nie jestem jeszcze pewien, co z tym fantem zrobić.
   Grzeję się na słońcu, bez koszulki. W ciepłych promieniach ludzie ożyli.
   Może jakaś lista?

   1. Amerykanka z Idaho śpiewa swingowo „Don’t trust me”. Akompaniuje jej fiński gitarzysta.
   2. Brak kobiety odczuwam coraz większym zwracaniem uwagi na piersi i tyłki.
   3. Nick – angielski facet, mieszkający na stałe w Hiszpanii. Bardzo go lubię. Kulturalny, dowcipny. Można uciąć sobie z nim zbalansowaną, szczerą pogawędkę. Nie jest do końca „zhippisowany”, to dobrze. Taki włóczęgowski, angielski gentelman.

























 4. Palę dużo. Już nawet nie mam ochoty, ale palę dla zabicia czasu albo odnalezienia się w towarzystwie.
   5. Podeszła Ingrid. Zamieniliśmy parę miłych słów, ale raczej unikam, nie narzucam się. Niech ma swoją osobistą przestrzeń.
   6. Fajnie się patrzy na zabawy grupowe (właśnie jakaś się odbywa). Ale chyba jeszcze ze szkoły została mi fobia do tego typu rozrywek. Co nie przeszkadza mi obserwować z lekką zazdrością.
   7. Piję głównie deszczówkę. Czystsza niż woda w rzece.
   8. Pograłbym z kimś w kości. Ale ciężko znaleźć tutaj ludzi do takich indywidualnych rozrywek. Może Nicka namówię, gdzieś się tu szwendał.

   wieczór
   Nie zasymilowałem się dziś ze społecznością. Próbowałem, ale nie dałem rady. W końcu zwinąłem się, rozłożyłem przed namiotem karimatę i słuchałem DonGuralesko, popijając wino. Dziś widzę za dużo pretensjonalności, naciąganej miłości. Lepiej mi samemu z Guralem na słuchawkach.

21.04.2016

   Rainbow
   rano
   Obudziłem się z lekkim kacem. Na szczęście zapobiegawczo kupiłem w barze butelkę oranżady.
   Wczoraj po wieczornym kręgu postanowiliśmy z Nickiem pójść razem do baru napić się i pograć w kości. Było już późno, więc nie spotkaliśmy żadnych hippisów. W barze siedzieli tylko miejscowi. Zamówiliśmy piwo, jedzenie, wyciągnąłem kości. Miejscowy popatrzyli na nas z sympatią. Dostrzegli wspólny kontekst i od razu im ulżyło. Kilku się dosiadło.
   Zaczęliśmy rozmawiać łamanym Hiszpańskim. W międzyczasie postanowili zaprezentować nam lokalne trunki. Jeden za drugim donosili kieliszki najróżniejszych napojów, czekając na nasze reakcje. Nieźle już podchmieleni zabraliśmy się z Nickiem za grę w biliarda. A wymieszana rzeka trunków nie przestawała płynąć. W końcu odłożyliśmy kije, bo już nic z tego nie wychodziło i lekko chwiejnym krokiem wróciliśmy do obozowiska.






 

















   wieczór
   Dzień był pracowity, więc nie pisałem. Tylko streszczę wydarzenia.

   Lista skrótowa:

   1. Napisał do mnie Janusz Deblessem, redaktor z Trójki. Prowadzi audycję „Gitarą i piórem”. Jakimś sposobem trafiła do niego płyta Księżycowego Terrorysty i chciałby coś z tego puścić w audycji.
   2. Poszedłem do Aguiar da Beira. Kindle od Petii już doszedł! Na parking znalazłem kogoś z laptopem i przeniosłem kolekcję książek z zepsutego czytnika do nowego. Więc znów mam swój mały świat.
   3. Chwyciło mnie przeziębienie. W miasteczku kupiłem jakieś proszki, zażyję przed snem.
   4. Jutro wyjeżdża Ingrid. Przejmuję jej duży namiot, ona zabiera mojego liliputa. Rano muszę się spakować i sfinalizować zamianę, zanim wyjedzie.
   5. Teraz trochę lektury przed snem. Wreszcie.

22.16.2016

   Rainbow
   rano
   Wycieczka do baru stała się moją codzienną tradycją. Wziąłem długi, gorący prysznic, zrobiłem przepierkę. Jem frytki, piję piwo, ładuję Kindla. Przeziębienie ciągle mnie trzyma, chcę więc doładować czytnik do oporu i przeleżeć parę dni w namiocie, wychodząc tylko na posiłki.
   Dziś przeprowadzam się do namiotu Ingrid.
   Odzyskanie mojej biblioteczki wprawiło mnie w dobry humor. W namiocie mam butelkę wina, chleb i wędzony ser owczy. Ser będę musiał trochę okroić, bo mały, psi skurwysynek wygrzebał go w nocy z namiotu i dogłębnie wylizał. Kiedy znienacka się pojawiłem, wyglądał na rozczarowanego. Patrzył na mnie zirytowany i czekał, kiedy sobie pójdę. Widząc, że nie odpuszczę, obrażony odszedł wolnym krokiem.

   wieczór
   Mam nowy domek. Namiot Ingrid, po trzech tygodniach w mojej trumience, wydaje mi się pałacem. Tyle przestrzeni! Mogę nawet siedzieć. Trochę nie przemyślałem sprawy z wagą. Ingrid powiedziała, że waży dwa i pół kilo. Mój stary ważył kilo osiemdziesiąt, więc nie martwiłem się tą lekką nadwyżką. Okazało się jednak, że źle przeczytała parametry. Dwa i pół to on ma metrów. A waży trzy osiemdziesiąt. Ale na razie się nie martwię, cieszę się po prostu rozmiarem.

























   Położenie też jest świetne. Na górce, w lesie. U moich stóp ściele się soczyście zielona łąka i wstążka rzeki. Naprawdę pięknie, spokojnie. Obok jest „Welcome Center”, zawsze warzą tam kawę albo czaj. Kawałek dalej shit pit.


























   Byłem już zmęczony mieszkaniem w głównym obozowisku. Za dużo ludzi, hałasu, bębnów. Tutaj mogę się wyciszyć.
   Wyciągnąłem japas, wymantrowałem rundę, później modliłem się do Kryszny, żeby wypełnił tę samotność swoją obecnością.
   Nie wiem, czy pójdę dziś na wieczorny krąg. Zostanę raczej w namiocie i poczytam.

   wieczór ciąg dalszy
   A jednak nie udało mi się uciec od towarzystwa, ale nie żałuję. Przyszedł Nick i przesiedzieliśmy kilka godzin przy namiocie. Poczęstowałem go serem, chlebem, winem. Gadaliśmy o wszystkim: o miłości, medytacji, Krysznie, podróżach astralnych, reiki. Inteligentny miły człowiek. W ogóle nie męczę się w jego towarzystwie. On zresztą też się chyba dobrze ze mną czuje. Mamy podobne poczucie humoru.

23.04.2016 

   Rainbow
   południe
   Rano trochę pokropiło, ale przestało, choć niebo zachmurzone. Zrobiłem kawę w Welcome Center, odwiedziłem shit pit, teraz leżę przy ogniu (czyli w dymie) i rozmawiam z ludźmi.
   Miałem ciekawy sen. Chciałem go zapisać od razu po przebudzeniu, ale poddałem się lenistwu. Teraz zostały mi tylko skrawki. Byłem uczennicą uczonego okultysty. Zdobyliśmy starożytną talię kart, zawierającą wszystkie tajemnice wszechświata.

   popołudnie
   W środku kręgu tańczy dziewczyna z wygolonymi bokami głowy. Jest naga od pasa w górę. Ma doskonałe piersi. Nie za duże, nie za małe, kierujące się lekko do góry. Grupka chłopaków gra na bębnach. Gdzieś z tyłu dobiega mnie dźwięk skrzypiec. Jakaś celtycka melodia. Kilku żonglerów ćwiczy skomplikowane układy. Kasia, polska dziewczyna, z którą nie udało mi się kliknąć, daje masaż muskularnemu blondynowi. Dzieci biegają wesoło, bezmyślnie, przez śmiech krzyczą do siebie w mieszance angielskiego, niemieckiego, hiszpańskiego i portugalskiego. Pomiędzy nimi psy. Zachodzące słońce razi w oczy. Nick zastanawia się głośno, czy nie rzucić wszystkiego i nie przyłączyć się do wędrownej grupy cyrkowców. Nie mówi na poważnie. Łaknę słodyczy i smażonek. Przypomina mi się szkocki przysmak: sneackersy w cieście smażone na głębokim oleju. Usta napełniają się gęstą śliną.

   wieczór, w namiocie
   Kolejny dzień przeleciał. To nie jest łatwa podróż. Nie jedna z tych beztroskich wędrówek, o których czasem można poczytać na autostopowych blogach. Jestem w drodze prawie trzy tygodnie i większość czasu zmagam się z sobą. Z samotnością, przeszłością, zmęczeniem, zimnem, czasami głodem. Jestem jednak na tyle świadomy, że akceptuję to, wiedząc, że czasami dobrze, że boli. To znaczy, że w środku coś się oczyszcza, regeneruje.



























   Przy kolacji rozmawiałem trochę z Aną. Ukąsił ją kleszcz i martwiła się boreliozą. Byłem niemiły. Nie chciało mi się słuchać jej biadoleń. Potakiwałem znudzony, aż wreszcie powiedziałem z sarkazmem, że tak, na pewno ma boreliozę i do tygodnia umrze. Rozpłakała się. Zdałem sobie sprawę, że przeholowałem. Przeprosiłem ją, poklepałem po plecach i przekonałem, że na pewno wszystko jest w porządku, nic jej nie będzie. Bidulka.

24.04.2016












   Rainbow
   popołudnie
   Noc skurwysyńsko zimna. Leżałem w śpiworze zawinięty jak mumia, a i tak nie przespałem prawie całej nocy. Wreszcie koło ósmej wyczołgałem się z namiotu i rozpaliłem ognisko. Zaparzyłem dla siebie kawy, a dla potencjalnych gości zrobiłem czaj. Później czytałem książkę, aż zaczęli schodzić się ludzie. Przyjąłem rolę gospodarza. Częstowałem wszystkich gorącym napojem i miłym słowem. Wreszcie koło południa poszedłem do baru.   Doładowałem konto w telefonie, napisałem Petii, że za nią tęsknię, napiłem się porto, zjadłem też talerz miejscowego przysmaku wegetariańskiego: fasoli przysmażanej z kapustą i kawałkami chleba. Nazywa się migas (czyt. migeś).
   Boli mnie gardło i czuję się trochę niepewnie na żołądku.
   W obozowisku spotkałem Nicka. Zdecydowaliśmy przejść się do Aguiar da Beira. Zrobimy większe zakupy, porozmawiamy. Bardzo lubię rozmowy w trakcie długich, pieszych wędrówek.
   Dzień jest fajny. Fizycznie nie czuję się za dobrze, ale duchowo jestem spokojny, zadowolony. Rano dostałem troskliwego, miłego smsa od Petii, a później rozmawiałem z Piotrkiem. Bardzo sympatyczny chłopak. Polecił mi kawałek „Power of Now” Eckharta Tolla, rozdział o związkach. Budująca, rozsądna lektura.

   wieczór, w namiocie
   No i koniec dnia. Minął przyjemnie, spokojnie. Tak, jak planowaliśmy, poszliśmy z Nickiem do miasteczka. Część drogi przeszliśmy, część przejechaliśmy stopem. W supermarkecie kupiłem ser, bułki, kokosanki, czekoladę, owoce.



















 Po powrocie posiedzieliśmy jeszcze w barze przy piwie. Wróciliśmy do obozowiska na kolację, ale byłem tak pełny, że prawie nic nie zjadłem. Oboje zwinęliśmy się wcześnie. Nick chciał poczytać książkę, a mnie coraz bardziej boli gardło.
   W namiocie wziąłem dwa nurofreny, wciągnąłem na siebie dwie pary spodni, koszulę, kamizelkę, sweter i czapkę. Noco, jestem gotowy! Teraz zażyję jeszcze trochę lektury przed snem, jak co dzień. A jutro to, co zwykle: kawa, sranie, jedzenie, szwendanie się, pogaduszki z Nickiem i resztą. Powoli wchodzę w przyjemny, leniwy rytm na tych hipisowskich koloniach wakacyjnych.



























25.04.2016

   Rainbow
   południe
   Dzień zacząłem w barze. Frytki, sałatka, piwo, prysznic, rozmowa z Petią.















   Gardło boli mnie mniej, żołądek już się uspokoił. Dużo osób rzyga i ma sraczkę. Coś nie tak z wodą. Ciągle mam nadzieję, że mnie ominie.
   Teraz siedzę na patio baru z Patrykiem, Karoliną i Inez. Inez to po polsku będzie Agnieszka?



























   wieczór
   Dzień przeleciał spokojnie i leniwie. Przed obiadem zawiązała się z nas paczka Polaków. Posiedzieliśmy, powydurnialiśmy się wspólnie, delektując się żartami, których niepolak by nie zrozumiał. Zaprosiłem ich na popołudnie do mnie, na ciastka i ser, ale jakoś wszyscy się rozeszli i nic z tego nie wyszło. Później, przy namiocie coś mnie wzięło na śpiewanie moich piosenek i posmutniałem (a wiadomo, że dużo mi nie trzeba). Dopiłem resztkę miejscowego wina, westchnąłem z wrodzoną nostalgią i przespacerowałem się do głównego kręgu.
   Patrzę w ogień. Dwóch Hiszpanów gra flamenco. Wokół Estrelli zebrała się grupka ludzi. Uczy ich tańca. Nick też tam jest, wygina się zabawnie i sztywno. Tak wygląda Anglik tańczący flamenco.




























26.04.2016

   Rainbow
   przed południem
   Kolejny słoneczny dzień. Gorąco wygoniło mnie z namiotu już około siódmej. Skacowany zjadłem jogurt, banana, napiłem się soku. Później wylałem na siebie półtoralitrową butelkę wody, żeby ochłodzić się i trochę umyć.
   Kac? No więc wczoraj wieczorem poszliśmy z Nickiem do baru. Wypiliśmy butelkę wina, drugą wzięliśmy ze sobą. Nick przyniósł koc, baranią skórę do siedzenia i świeczkę. Byłem lekko podpity, ale zapaliliśmy jointa i to mnie rozłożyło. Poczułem, że nie jest mi najlepiej. Pożegnałem Nicka i położyłem się z mp3jką na uszach.





















   Dziś rano zapaliłem papierosa. Smak dymu wzbudził we mnie taki wstręt, że wyrzuciłem resztkę tytoniu, bibułki i filtry. Miałem dosyć tego ciągłego kopcenia, które już nawet nie daje mi radości. Chcę sobie zrobić choć kilkudniową przerwę. Ten gest sprawił, że poczułem lekkość na duszy. Szedłem sobie przez las i pośpiewywałem wesoło, ciesząc się z wolności.
   Siedzimy z Michałem przy głównym kręgu. Naga, perfekcyjnie zbudowana dziewczyna ćwiczy jogę. Patrzymy łakomie, próbując podtrzymać konwersację.
   - Ta dziewczyna to prawdziwa harpia – mówi Michał łypiąc na nią z mieszaniną niechęci i chęci.
   - Miałeś z nią jakieś przejścia? – pytam.
   - Wczoraj przy kolacji zaatakowała mnie, że paliłem papierosa w kręgu.
   - To jeszcze nic złego –  odpowiadam z roztargnieniem. Naga joginka wypróbowuje karkołomną asanę nie zostawiającą nic dla wyobraźni.
   - Ale to nie było zwykłe zwrócenie uwagi. To był lodowaty, pasywno-agresywny występ, mający pokazać mi moje miejsce.
   Dziewczyna patrzy lodowato z oddali, nie przerywając ćwiczeń. W jej zimnym wzroku jest coś, co sprawia, że wierzę Michałowi.

***

   Złożyłem codzienną wizytę w barze. Piwo i frytki. Kusiły mnie papierosy, więc kupiłem dwie paczki Hallsów do ssania. Przez większość czasu rozmawiałem z Agnieszką, Polką, którą wczoraj poznałem. Miła dziewczyna. Robi biżuterię, wolontariaty, podróżuje. Pełna spokojnej, nieśmiałej energii.
   Świeci słońce, ale nie jest już tak gorąco, jak rano. Słyszę dalekie brzdękanie. Tak dalekie, że wkomponowało się w śpiew ptaków i szum wiatru w koronach drzew. W dole, na łące, jakaś para zbiera zioła i jadalne trawy.

   środek nocy
   Obudził mnie sen. Dziwny, niepokojący, ale nic z niego nie zostało, tylko nieprzyjemne uczucie. Zjadłem ostatniego kokosanka, dwa paski czekolady i dwie łyżki dżemu. Przez wczorajsze niepalenie musiał spaść mi cukier (choć co ja tam wiem o ludzkim ciele). Włączyłem mp3jkę, żeby przegonić ciemne myśli.
   Jestem już zmęczony. Chcę uwolnić się od żalu i poczucia winy. Minęły dwa lata od rozstania, a to ciągle wraca. Jakaś część mnie nie chce puścić. Dziecko w środku chce powrotu do znajomej, bezpiecznej przeszłości. A przecież tak się nie da. Woda już przepłynęła. Rzeka wydaje się ta sama, ale to tylko ramka brzegu. A woda już jest inna. Tamtej nie ma. Odpłynęła do oceanu. A ja już nie jestem dzieckiem. Czas dorosnąć.

27.04.2016

   Rainbow
   rano
   Poranne, gorące słońce przegoniło nocne mary. Otoczył mnie radosny śpiew ptaków i szum wodospadu. Obudziłem się z satysfakcją, że wytrzymałem cały dzień bez papierosów. Dziś może być trudniej. Pierwszy dzień zawsze jest łatwiejszy.
   Plan na dzisiaj:
   - obskoczenie parkingu i wypytanie o kurs do Niemiec (powoli planuję powrót)
   - spacer do baru, Internet i piwko
   - wyprawa do Aguiar da Beira dla uzupełnienia zapasów
   Zaczyna się chmurzyć, ale mam nadzieję, że nie będzie lało.

***

   Siedzimy w barze z Nickiem. Przyplątała się do nas Amerykanka, zapomniałem jak ma na imię. Bardzo drażniący charakter. Unikam jej od wczoraj, odkąd usiadłem obok niej przy kolacji. Doprowadzała mnie do szału. Starsza kobieta, koło pięćdziesiątki, próbująca zachowywać się „cool”, infantylnie przesadzająca z entuzjazmem i swoją hipisownością. Każdy wybuch nienaturalnego śmiechu kończy głośnym chrumknięciem.
   Najgorsze jest to, że usłyszała, że idę do Aguiar da Beira i teraz chce się dołączyć. Zachowuję się opryskliwie, próbując ją odstraszyć.
   Bardzo chce mi się palić.

***

   Ostatecznie nie poszedłem do miasteczka. Odstraszyła mnie ambiwalentna pogoda. Zimny wiatr i chmury nie wróżyły najlepiej.
   Połaziłem po parkingu, ale w najbliższym czasie nikt nie wybiera się w stronę Niemiec. Szkoda, bo mam coraz większą chęć na powrót. Z drugiej strony nic mnie nie trzyma. Robin, rumuński stary włóczęga powiedział mi dzisiaj:
   - Ale czym się martwisz? Jesteś wolny. W każdej chwili możesz sobie pójść, nie musisz na nikogo czekać.
   W sumie racja.

28.04.2016




















   Rainbow
   popołudnie
   Wczoraj chciałem się zerwać, ale dziś czuję się swobodnie i swojsko.
   Rano rozpierała mnie energia. Poszedłem na przechadzkę do Aguiar da Beira (to jakieś osiem kilometrów od obozowiska). Po drodze słuchałem Beaty Bocek i DonGuralesko. Moje myśli stały się przejrzyste, radosne. Rezonowałem z muzyką, z przekazem. Poczułem głęboką wolność i radość, że jestem tutaj, sam, nic mnie nie wiąże, mogę iść, gdzie chcę, zrobić, co chcę. Cudownie wyzwalające doświadczenie.
   W miasteczku kupiłem gofry, dżem, bułki, jogurt i sok. Później usiadłem w kafejce, zamówiłem frytki, sałatę i cydr. Spędziłem tam z dwie godziny. Na Internecie wysłałem trochę wiadomości na couchsurfingu, szukając hosta albo w Lizbonie, albo w Porto. Skoro już jestem w Portugalii, to chciałbym zobaczyć któreś z tych dwóch miast.



























   W drodze powrotnej zatrzymał się Frank i Cecylia. Lubię ich. Z Frankiem miałem wcześniej lekki problem z powodu Ingrid, ale już mi przeszła ta dziecinna zazdrość. Cecylia jest Portugalką. Spokojna, miła, piękna w łagodny, nienarzucający się sposób.


























   Nie wiem, czy to pogoda, długi spacer, czy cydr, ale do obozu wróciłem w wyśmienitym humorze. Nad rzeką spotkałem Piotrka. Dałem się mu namówić na kąpiel w rzece. Woda była lodowata! Kiedy zamoczyłem stopy, prawie stchórzyłem, ale wreszcie przemogłem się i wskoczyłem na golasa. Cudowne orzeźwienie.
   Po wyjściu z wody natknąłem się na Nicka rozmawiającego z jakimś starszym, miejscowym panem. Tubylec mrugnął do mnie porozumiewawczo i odchylił połę marynarki, spod której wystawała szyjka butelki. Wypiłem kieliszek swojskiego bimbru z jagód, szczerze pochwaliłem i poszedłem się wysuszyć.
   Teraz leżę przy głównym kręgu, słucham muzyki i obserwuję ludzi. Relaks.



























   Jestem zadowolony  z tego obrazka. Duża ilość wolnego czasu i brak „praktycznych” obowiązków to najlepszy przepis na kreatywność.
   Myślę o tym uczuciu z dzisiaj, w czasie spaceru do Aguiar da Beira. Człapiąc sobie po portugalskiej szosie, słuchając Beaty Bocek, to była naprawdę fajna sprawa. Dobrze byłoby utrzymać ten stan świadomości cały czas, albo chociaż częściej, niż teraz. Ale to nie jest łatwe. Jestem (albo jesteśmy, jako całość ludzkości) na określonym etapie, na drodze do tej wolności. Utrzymanie takiego stanu nie jest jeszcze możliwe. To długi proces pozbywania się ego, przywiązań, pragnień. Ale nie martwię się. Ta droga też jest ekscytująca. Satysfakcja z przejścia kryzysów i wynurzenie się po drugiej stronie. Choćby nawet na chwilę, na nabranie energii przed kolejnymi próbami.
   Jestem cholernie naładowany seksualnie. Rozłąka z dziewczyną, słońce, nagość, lenistwo. Dobrze jest czuć tę kipiącą w środku energię.

   wieczór, w namiocie
   Jest już koło jedenastej. Choć chłodno, to już nie te chłody, co jeszcze kilka dni temu, kiedy po zachodzie słońca uciekałem do śpiwora. Humor mi dzisiaj dopisywał. Odwiedzili mnie Piotrek i Michał. Chciało im się słodkiego, a wiedzieli, że mam prowiant. Nakarmiłem ich goframi i dżemem. Później włączyłem im „Zabierz mnie do domu”. Odlecieli, nie spodziewali się, że moja muzyka będzie miała ręce i nogi. Pewnie sprawiam takie nieprofesjonalne wrażenie:).



















   Przy ognisku na początku było bardzo fajnie. Muzyka, tańce, śpiewy. Ale w końcu zaczęło mi czegoś brakować. Wprawdzie alkohol jest zabroniony, ale za to wszyscy kopcą tyle zioła, że po pewnym czasie gubię łączność.
   Estrella, bidulka, była bardzo smutna, płakała. Chyba pokłóciła się z chłopakiem. Pogłaskałem ją po dredach, pocieszyłem, jak mogłem.
   Paweł, Polak: ciekawy charakter. Jakoś tak po czterdziestce. Czerwony nos, różowa czapeczka, ciągle w biegu. Sympatyczny, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany, zadowolony w swoim własnym świecie.
   Dobranoc.