Wednesday, 4 October 2017

2017 Free Writing 2

 




















   Początek. Od tego pierwszego słowa spróbuję wystartować. Poczatek nowego życia, początek wieczoru, początek znajomości z Kosheen, jeszcze nie wiem, czy ją lubię, ale mam ochotę na damski wokal i trochę elektroniki.
   Ciepło. Wziąłem długą kąpiel z książką. M. Scott Peck „The Road Less Travelled and Beyond”. Ma już sześćdziesiąt lat. Kiedy ją pisze, mija dwadzieścia od jego pierwszej książki. Ciekaw jestem, gdzie poprowadziła go jego droga. Dla mnie ta podróż to kwestia kilku tygodni (The Road Less Travelled i Further Along the Road Less Travelled przeczytane we wrześniu). Lubię go. Pisze o tym, że życie nie jest łatwe, że nie ma prostych odpowiedzi. W tym szukam otuchy: że mój życiowy chaos to nie tylko błądzenie, ale właśnie okazja do postępu, zgłębienia życia, odkrycia siebie. Czasami jest to wszystko bolesne, ale skoro nie ma prostych odpowiedzi, to chyba dobrze, że boli. To znaczy, że nie może się ustać życiowa zupa, nie robi się na niej niesmaczny korzuch, zawsze pozostaje świeża. Tak w końcu zawsze chciałem, choć kiedyś, te dwadzieścia lat temu nie wiedziałem do końca, co to oznacza. W swojej niewinności oczekiwałem łagodnego, radosnego postępu, w bezpiecznym otoczeniu, podążając po prostu za tym ciepłym, harmonijnym kącikiem w sercu. Okazało się, ze harmonia rodzi się z chaosu, niepowodzeń, wewnętrznych zmagań.
   To tak w ramach filozoficznego wstępu.
   Dziś rano znów biegałem. Wczorajsze zakwasy sprawiały przyjemny w sumie ból. Biegłem wzdłuż rzeki, wsłuchując się w swój oddech i szum wody. Powietrze pachnie już jesiennie. Niedługo zacznie pachnieć zimowo i to najbardziej lubię. Śnieg skrzypiący pod butami, rozgwieżdżone mroźne niebo i świadomość, że bez kalesonów, grubych skarpet, czapki, rękawiczek i kurtki, umarłbym w kilkanaście minut. Po powrocie próbowałem medytować na mojej mantrze, a później spędziłem kilka godzin na pracy przy domu. Układałem drewno pod ścianą, część wrzuciłem do drewutni, przygotowałem też miejsce na czereśnię. Biedaczka została skazana na ścięcie, bo przestała dawać owoce, a do tego niszczy dach i blokuje rynnę. Będzie z niej drewna na parę miesięcy zimy. Jestem jej wdzięczny i też zawstydzony, że dla mojej wygody straci życie. Ale tak to wygląda. Przestałem jeść mięso, żeby nie ranić zwierząt, ale nie mogę rozciągać ahimsy w nieskończoność. Ze względów praktycznych, z lenistwa, z nieczułości.
   Bieganie i ciężka praca sprawiły mi dużą satysfakcję. To działa. Ostatnie kilka miesięcy wegetowałem pomiędzy imprezowaniem w schronisku, a wegetacją domową przy serialach, telewizji i marudzeniu. Niedawno postanowiłem zmusić się do pewnej rutyny, żeby wyrwać się z marazmu właśnie przez zmuszanie się do wykonywania pewnych rzeczy, narzucenie sobie dyscypliny. Zrobiłem nawet listę do odfajkowywania:

Plan dnia

1. Medytacja (mantrowanie, Bhagavatam, modlitwa)
2. Bieganie (albo inny sport, w zależności od pogody)
3. Praca wokół domu (drewno, piece, etc.)
4. Śniadanie
5. Pisanie
6. Rysowanie
7. Nauka gry na instrumencie
8. Reszta (filmy, relaks, więcej twórczości, nauki, spotkania, posiłki, etc.)

   Nie do końca daję radę ze wszystkim, na przykład nie udało mi się wczoraj uczyć instrumentu, ale dopiero się rozkręcam. Zresztą, kiedy już ogarnę drewno na zimę, to tych obowiązków domowych będzie mniej, więc czas też się znajdzie. Cieszę się na spędzenie jesieni i zimy w ten sposób. Chciałbym, żeby to był czas na otrząśnięcie się z chaosu i zmęczenia, i stworzenie sobie fundamentów.
   Myślę, że w poszukiwaniu doskonałej wolności zabrnąłem za daleko, na niezbadane rubieże, gdzie trochę się zgubiłem. Nie byłem jeszcze dość silny, moja magiczna różdżka nie miała w sobie dość magicznej mocy, a towarzysze podróży odpadli gdzieś po drodze. W końcu przyszedł czas, żeby wycofać się na znajome ziemie, wylizać rany i nabrać siły przed kolejną ekspedycją.
    Jak nazywał się ten arystokrata z W 80 dni dookoła świata? William Fogg? Jakoś tak. Uwielbiałem tę książkę jako dzieciak. Podróż z bohaterami była jasna, klarowna, bez tajemnic, bez błądzenia, bez rozpaczy, bez smoków, trolli i wiedźm. Świat w tej książce wydawał się bezpiecznym miejscem, nawet jeśli czasami chaotycznym, to moralne zasady i spryt Williama Fogga rozwiewały ciemniejsze chmury.
   „Kiedyś, gdy czytałem Verne’a, byłem marynarzem”, śpiewałem, w którejś z moich piosenek.
   Nie pamiętam snów z ostatniej nocy, co jest dla mnie czymś wyjątkowym. Zwykle pamiętam prawie całą fabułę. Choć pamiętam, że obudziłem się w nocy i powtórzyłem sobie jakieś ważne rzeczy ze snu, żeby utkwiły w głowie. No ale nie udało się.
   Dziś nie wspomagam się żadnym trunkiem. Nie mam ochoty. Podoba mi się być tak zupełnie trzeźwym, widzieć wszystko takie, jakim jest. Zresztą gdy unikam alkoholu, to moje emocje są bardziej zbalansowane, łagodne, nie miotają mną od ekstazy do depresji. Mam dość takich huśtawek. Lubię czuć się spokojnym, przytomnym, wyważonym.

Tuesday, 3 October 2017

2017 Free Writing 1




















   (...)
   Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
   Druga książka też jest o mojej duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
   Mam różne pomysły. Na przykład nie robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co jestem przywiązany do tej idei.
   Chcę, żeby te historie były opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu. Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
    Teraz piszę pierwszy raz od lat, tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
    Piję whiskey. Zasmakowałem ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych, pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać, czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
   To nie tak. Nie chcę już nikogo na piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych, doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość, przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia. Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii, ale szczęście też tu pasuje.
   Daleko jeszcze do dwóch stron (to moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę właściwą”. 
   O czym jeszcze napisać? Coś z moich ulubionych rejonów? Snów?

   (tutaj sen, który ocenzurowałem)

   O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres, buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
   Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
   Później medytacja: intonowanie mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej. Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
   Po śniadaniu wziąłem się za noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją osłabiać, wzmocnił.
   Później prysznic, wyprawa do sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
   I już prawie czwarta. Zapada zmrok,  krople deszczu spływają po szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach. Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego, nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę  grubo pociętą wierzbę za parapetem, która będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa.

PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com

Wednesday, 20 September 2017

Pozdro



















    Pozdrowienia z Podziemnego Świata
    Nie było mnie prawie pięć miesięcy. Ciężko byłoby streścić wszystko. Polska, góry, praca w schronisku, lekkie rozpicie się, granie koncertów, krótkotrwałe wakacyjne związki, zostawiające w sercu trochę smutku, trochę pustki i trochę radości. Kupiłem samochód (ledwie zipiący eksponat muzealny), nabawiłem sie zapalenia stawu łokciowego, męczy od prawie trzech miesięcy, przeczytałem kilka książek ("Struktura Wszechświata" - dowiedziałem się, co to fizyka kwantowa, "Opowieść zimowa" Paula Austera, między innymi), obejrzałem drugi raz "Doctor Who", przygotowuję już drewno na zimę.
   Znajomy zaproponował mi niewielkie stypendium, żebym mógł poświęcić się tej jesieni i zimy pisaniu. Mam dwa projekty, które chcę zrobić, muszę tylko strząsnąć apatię.
   Na razie to tyle.

Tuesday, 25 April 2017

Pocztówki, pocztówki!:)

Hej
Zjechałem już do Polski. W ramach kupowania chleba i dodatków do tegoż, typu ser i musztarda, wpadłem na pomysł wydrukowania pocztówek z kilkoma ilustracjami, tak że zapraszam na email po szczegóły: kalpatarudasa@gmail.com.
Trzymajcie się.



Sunday, 26 March 2017

Tożsamość

    Leniwa niedziela w łóżku. Obejrzałem „Ocho Apellidos Vascos”. Lekka romantyczna komedia pomyłek. Andaluzyjczyk zakochuje się w Baskijce i wynikają z tego zabawne perypetie.
    Poczułem silnie, jak brakuje mi tożsamości. Narodowej, lokalnej, kulturowej, społecznej, emocjonalnej. Tożsamość polska z jakiegoś powodu mnie brzydzi. Większość czasu wstydzę się Polski, jak pijanego, chamskiego stryjka-prostaka. Lokalnie też nie czuję się góralem. Miałem kiedyś tożsamość, która dawała mi sens przynależności. To była tożsamość „Marcin, mąż Tatiany”. Dawała mi do jakiegoś stopnia spełnienie i pozwalała nie cierpieć zbyt bardzo z powodu braku tych innych. Teraz, kiedy tego zabrakło, zupełnie nie wiem, kim jestem. Teoretyczne przyjęcie duchowego, teologicznego paradygmatu: „jestem transcendentalną duszą”, choć wydaje się obejmować w sobie wszystkie podzbiory, to jest na tym etapie konstrukcją czysto intelektualną. Nie jest w stanie zharmonizować wewnętrznych konfliktów i spełnić potrzeb ojczyzny, miłości, sensu i przynależności. Jest to stan niewygodny, ciasny, drażniący. Ciężko mi zrozumieć, jak moje pragnienie wolności, którym zawsze się kierowałem, przełamywanie schematów, rozpychanie się w przymałej rzeczywistości dla rozszerzenia jej granic, głód wiedzy i zrozumienia „innego”, znajdującego się poza  ramami mojego świata, mogło połamać mi skrzydła. Oznacza to albo, że jestem w okresie przejściowym, po którym poznam radości większej wolności (nagrody poszukiwacza), albo moje założenia były błędne i mój głód wyzwolenia prowadzi mnie (jeśli już nie doprowadził) do katastrofy.Inna możliwość jest taka, że to nie głód wolności i wiedzy mną kierował, ale jakieś nieuświadomione uwarunkowania, żądze, chaotyczny, bezsensowny zbiór przypadków i neurotycznych impulsów.
   Jedno jest pewne: nie mogę "wymyślić" drogi wyjścia z tego galimatiasu. To nie intelekt, ale jedynie zaspokojenie potrzeb serca może stworzyć mnie na nowo: całego i spełnionego.


Friday, 17 March 2017

Wyjazd

   Zwijam się do kraju w kwietniu. Kolano daje w kość, nie będę w stanie związać się na dłuższą metę ze szkołą, gdzie teraz pracuję. A bez pracy czynsz się sam nie zapłaci. Znajomy zaproponował mi dorywcze zajęcie w schronisku górskim niedaleko domu, więc jakiś dopływ gotówki będzie.
   Ogólnie się cieszę. Po dłuższym czasie w jednej pracy czuję się jak w więzieniu. Taki nagły wyjazd to dla mnie radość. Oczywiście stres jest: transport rzeczy, bilety, etc, ale nic, czego nie robiłbym wcześniej.
   Cygańska klątwa nie popuszcza:)
 

Monday, 13 March 2017

Ove















Nie martwię się rachunkami,
tak naprawdę nie boli mnie,
naprawdę nie boli mnie nic.
Nie boję się aniołów
ani diabłów śmierci.
Tęsknię za Tobą, Księżniczko.
Jak pokazywałaś mi taniec ręki na tle gwiazd,
jak siedzieliśmy na brudnych dworcach,
zapatrzeni albo zagadani na zawsze,
w drodze tam albo z powrotem.
Tęsknię za bursztynową krówką z Sukiennic,
czereśniami na plantach,
rozmowach o Tołstoju i Bogu.
Tęsknię za spacerami krótkimi do sklepu
i długimi do grobu apostoła.
Teraz już cię nie ma,
więc nie potrzebuję nóg.
Cytat z filmu o Ove:
"Przed nią ani po niej nie było ani nie ma już nic".

Saturday, 11 March 2017

46788 3900 22

   Hej
   Weekend, odpoczynek, rysowanie. Nowy dom miły, przytulny, ale jak zwykle nie dane mi jest pocieszenie się spokojem: kolano kompletnie zajechane, wczoraj nie byłem w stanie pójść do pracy. Boli już od ponad miesiąca. Liczyłem na poprawę, a zamiast tego jest pogorszenie. Lekarz przepisał mi ibuprofen. Jeśli sytuacja się nie polepszy, nie będę mógł pracować, nie będę miał na czynsz, a to oznacza powrót do Polski bez grosza.
   Mimo tego nie stresuję się, sam nie wiem dlaczego. Pozwalam wszystkiemu płynąć. I tak nie mam kontroli nad niczym (haha, co za fatalistyczne podejście;), więc po co się spinać. Wszystko ułoży się po swojemu, zawsze tak było. Czy nie szkoda? Jasne, że tak. Miałem swoich planów na życie mnóstwo, wszystkie poszły się jebać, i teraz nie potrafię znaleźć w sobie inspiracji i smaku do tworzenia nowych.
   Jeśli kolano zupełnie się spieprzy, zaszyję się w chatce w górach. No i może wymyślę jakiś zarobek na podstawowe potrzeby, z moich rysunków. Nie mam pojęcia co, nie mam żyłki do interesów, jestem niepraktyczny, ale jakoś, gdzieś, cos się wyklaruje.
   I tyle.
   Poniżej dwie ostatnie ilustracje z serii "z ramką".
























Wednesday, 22 February 2017

Rudera Ducha, Oświecenie i Przyjaciel - sen

 





















    Czasami, jak już wiecie, mam mocne, realistyczne sny, układające się w spójną akcję. Jednak raz na kilka lat zdarzy się szczególny sen. Sen pełen głębokich znaczeń, mądrości, inspiracji i drogowskazów. To był właśnie jeden z nich.

Zagubienie

   Jestem w drodze. Towarzyszy mi przyjaciółka. Podróżujemy po małym, azjatyckim kraju, pełnym nędzy i przemocy. Mam już dosyć i chciałbym się wydostać, ale nie mam pieniędzy, nie wiem nawet gdzie dokładnie jestem.
   Nadchodzi noc. Idziemy wystraszeni przez dzielnicę slumsów. Palą się małe kupki śmieci, przy których grzeją się nędzarze, przy stoiskach ze śmierdzącym jedzeniem targują się krzykliwie skośnoocy przechodnie, żebrzą dzieci. W ciemnych bramach stoją groźnie wyglądające indywidua. Boję się. Moja towarzyszka zaczyna płakać ze strachu i głodu.
 
Pomocna dłoń

   Naprzeciwko pojawia się postać. Jest ubrany w łachmany, ale emanuje od niego pogoda ducha. Patrzy prosto na nas i przyjaźnie macha kolorowym skrawkiem materiału.
   - Wyglądacie na zagubionych.
   Przytakuję załamany. Mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej i pokazuje, żebyśmy szli za nim. Nastrój snu się zmienia. Pojawia się nadzieja i dreszcz przygody.
   Dochodzimy do wielkiego budynku. Wydaje się, że cudem stoi. To wielopiętrowy zlepek kawałków blachy, cegieł, drewna, folii, śmieci. Ale jednak bije od niego coś monumentalnego, uduchowionego.
    - Jesteście głodni?
   Przytakujemy żarliwie. Wchodzimy do środka.
   Na miejscu nieznajomy podaje nam chleb i pokazuje na wielki słoik z marynatami, żebyśmy sobie coś wybrali. Spomiędzy marynowanych żab i chrząszczy wybieram kilka ogórków. Jem z lekkim wstrętem, ale głód jest silniejszy niż obrzydzenie.
   Przenika mnie uczucie, że to miejsce jest szczególne, najniezwyklejsze na całym świecie. Postanawiam zostać.

Rudera Ducha

   Mieszkam w Ruderze Ducha już jakiś czas. Moja towarzyszka odeszła. Podoba mi się tutaj, choć panujący chaos wzbudza niepokój. Jeszcze nie do końca należę do tego świata.
   Spotykam Kaffa, starego duńskiego rastamana, którego znam w rzeczywistości. Widzę, że jego oczy pokrył rodzaj bielma. Nie wygląda jednak na niewidomego. Bielmo jest koloru cętkowanego bursztynu i nadaje jego oczom głębi. Jakby widział więcej, niż ludzie z normalnymi oczami. Pytam się go o żonę, pamiętam, że niedawno się ożenił. Odpowiada, że ona na razie robi swoje rzeczy, a on mieszka tutaj. Patrzę na jego podarte ubrania, bród i głęboki uśmiech.
   - Jak możesz tak żyć i być szczęśliwym? – pytam z zazdrością. – Ja próbuję, ale czuję się dziwnie, nieswojo, ciągle mam w sercu strach.
   Kaff śmieje się głośno.
   - Po prostu płynę z nurtem rzeki, stary. Po prostu płynę. Nie walczę, nie buduję, nie próbuję zmieniać rzeczywistości. Rozkładam ręce, patrzę w niebo i daję się unosić Rzece. I to jest szczęście, man, czyste szczęście. Nie ma nudy, zmartwień, strachu. Jesteś jednym z Rzeką.
   Jego słowa uderzają mnie głęboką mądrością. Ich przekaz wpływa we mnie jak obietnica. Rozumiem, że muszę się tego nauczyć, dlatego trafiłem do Rudery Ducha. Tutaj trafiają ci, których nic nie trzyma już w Świecie Wyścigu.

Nauka

   Zostaję adeptem Ścieżki Nurtu. Jest nas wiele osób, ale nikt nie wie ile dokładnie, bo każdy z nas praktykuje osobno. Mieszkańcy Rudery Ducha traktują nas ze szczególnym szacunkiem. Nikt nas nie zaczepia, nie próbuje rozmawiać, jakbyśmy byli częścią innego świata.
   Nauki dotyczące praktyki przychodzą z serca, są jasne i konkretne, jakby wypowiedział je żywy nauczyciel. Czuję spokój i ekscytację. Wiem, że jestem na ścieżce do poznania tajemnicy.

Egzamin

   Wiem, że kiedy będę gotowy, nadejdzie moment egzaminu. Nie wiem, na czym miałoby polegać to moje „bycie gotowym”, ale nie przejmuję się. Kiedy nadejdzie czas, będę wiedział.
   I nadchodzi.
   Pewnego ranka budzę się wypełniony przenikliwą energią. Energia ta unosi mnie nad ziemię. Uczucie jest takie, jakbym to nie ja ją miał, ale ona mnie. Wypełnia mnie euforią, mocą, lekkością, bezpieczeństwem, poczuciem nieograniczonych możliwości. Wiem, że nadszedł czas.
   Z trudem (czuję się, jak pijany, zataczam się, czasami lewituję kilka stóp nad ziemią) udaję się do schodów, które odgrodzone są wysoką ścianą, na której szczycie stoi strażnik. Patrzy na mnie groźnie. Nie zwracam uwagi na jego spojrzenie. Po prostu podnoszę stopę i nagle unoszę się w powietrze i miękko ląduję po drugiej stronie. Strażnik posłusznie odsuwa się na bok. Wie, że nadszedł czas mojego egzaminu.
   Wchodzę po schodach. U ich szczytu są drzwi do zagraconego pokoju. Jest tam kilka osób. Siedzą na podartych fotelach, na matach rozłożonych na podłodze, panuje półmrok, spod bambusowych zasłoń przenika kilka promieni słońca, na których tańczy kurz. Niektórzy rozmawiają, niektórzy patrzą w pustkę. Czuję, że każdy z nich przepełniony jest energią, ale u każdego jest to indywidualna rzecz, objawiająca się inaczej.

Miłość

   Siadam przy stole. Naprzeciwko siedzi dziewczyna, Muzułmanka. Poznaję ją, to Hind. Jej głowa jest okryta hidżabem, jej ciemne oczy patrzą na mnie żartobliwie, z mądrością i przyjazną drwiną.
   - Ty też tu jesteś? – pytam z radością. – Jak to możliwe?
   Hind śmieje się.
   - Do tego pokoju prowadzą różne ścieżki.
   Tonę w jej oczach.
   - Kocham cię tak bardzo – mówię.
   Dziewczyna śmieje się jeszcze głośniej. Nie szydzi. Jej śmiech ma głębsze znaczenie, muszę je tylko uchwycić. To znaczenie jest blisko, tuż zaraz…
   Nagle czuję olśnienie. Wstaję z plecionego z wikliny krzesła i pozwalam przepełniającej energii unieść mnie pod sufit. Ona leci obok mnie. Śmieję się jak szaleniec. Mądrość tej chwili przepełnia mnie i wylewa się na cały świat.
   - Teraz rozumiesz? – pyta Hind przez łzy śmiechu.
   - Tak! Tak!
   Rozumiem doskonale. Miłość do kobiety to piękna rzecz. Ale kiedy skażona jest ego, zamienia się w chęć posiadania. Staje się głupia. Kiedy jednak wznosisz się ponad ego, nagle widzisz harmonię. Miłość jest częścią wszystkiego i wszystko jest częścią miłości. Wszyscy jesteśmy jednym. Jesteśmy kroplami uczucia płynącymi w oceanie miłości.
    - Teraz kocham cię naprawdę – mówię.
    - Teraz kocham cię naprawdę – powtarza.
   I nadal śmiejemy się jak szaleńcy.

Misja

   Nagle z serca przychodzi polecenie. „Dla zakończenia egzaminu, musisz iść w pewne miejsce i coś zrobić”. Dostaję dokładne wskazówki.
   Miejsce znajduje się na skraju slumsów, poza Ruderą Ducha, w najbrudniejszym, najuboższym kącie. Za wrakiem autobusu, z którego stary Chińczyk sprzedaje szczury pieczone na patyku, znajduje się góra śmierdzących śmieci. Moim zadaniem jest kopać, aż znajdę.
   Odurzenie przepełniającą mnie wcześniej energią zamieniło się w trzeźwość i przejrzystość. Kopię w cuchnących odpadkach, ufając Wszechświatowi.
 
Znalezisko

   Nagle wśród śmieci coś się porusza. Odsuwam się zaskoczony. Z odpadków wysuwa się pomarszczona ręka trzymająca plastykowy widelec i nóż. Po chwili wynurza się postać niemożliwie starej kobiety. Jej bezzębne usta wykrzywione są kpiącym uśmiechem, jej oczy, czarne jak nocne niebo, przewiercają mnie na wylot. Podaje mi nóż i widelec.
   - Tego szukałeś, młodzieńcze?
   Kręcę głową.
   - Nie. Szukałem ciebie.
   Staruszka przestaje się śmiać, choć ciągle czuję wypełniający ją żartobliwy nastrój. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwykła staruszka, ale szamanka, joginka, być może bogini, która mieszka w innym świecie, wymiarze, a ta góra śmieci, to tylko portal.
   Kobieta przytakuje moim myślom.
   - Dobrze to sobie wymyśliłeś, młody człowieku.
   Zastanawiam się, gdzie prowadzi tunel, którym weszła do naszego świata. Znów odpowiada moim myślom.
   - Tuneli jest wiele, łączą się w sieć pod warstwą dotykalnej rzeczywistości. Ten konkretny prowadzi do Jaypur.
   - Do Jaypur w Indiach? – pytam.
   - W pewnym sensie. Do Jaypur, które znajduje się tuż pod indyjskim Jaypur. Ty nazwałbyś to innym wymiarem.
   - A jak ty byś to nazwała?
   - Wymiar jest jeden. Ludzie dotykają tylko skrawka.
   Patrzę łakomie na kupę śmieci.
   Staruszka uśmiecha się zagadkowo.
   - Na twoim miejscu bym nie próbowała. Cała droga jest broniona przez śmierć i choroby. Od setek lat nikomu się nie udało. Ostatnim razem zrobiła to grupka joginów, ale teraz nikt nie ma potrzebnej do tego mocy.
   Cichnie na chwilę.
   Czuję bijąca od niej moc. Kryje się w niej coś więcej…

Przemiana

   Wreszcie kobieta wstaje i otrzepuje się ze śmieci.
   - No dobra – mówi. – Czas na porzucenie tej nudnej formy.
   I w jednej chwili zmienia się w olbrzymiego starca-wojownika, w zbroi samuraja. Ma chyba z trzy metry. Zaśniedziałe łuski zbroi pokryte są misternymi rzeźbami, spod ogromnego hełmu wypływają siwe, uplecione w warkocze włosy, z pochwy na plecach wystaje rękojeść miecza. Zapiera dech w piersiach.
   Patrzy na siebie krytycznie.
   - To jeszcze nie to – mówi.
   Starzec zaczyna młodnieć, kurczyć się do bardziej ludzkich rozmiarów. Wreszcie mam przed sobą uśmiechniętego, dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ubrany jest w dżinsy i białą (choć lekko zakurzoną) koszulę o szerokim kołnierzu. Mruga do mnie zawadiacko i klepie mnie po ramieniu.
   - Tak chyba lepiej, co?
   Nie mogę oderwać od niego oczu. Uświadamiam sobie, że kocham go, jak nikogo wcześniej. Wiem, że to nie jest zwykły chłopak. Wiem, że jest starożytną istotą, mądrą, potężną, kochającą. Oddałbym dla niego życie.

Podróż

   Ruszamy w drogę. Nie wiem, gdzie. Jest nas kilku. Naszym przywódcą jest mój nowy przyjaciel. Wszyscy czują wobec niego respekt i miłość, ale wiem, że w jakiś sposób nasz związek jest najsilniejszy.
   Dochodzimy do jeziora. Przyjaciel krzywi się z niesmakiem.
   - Nie cierpię wody – mówi i mruga do mnie.
   Patrzę, ciekaw, co zrobi. Domyślam się, że będzie w stanie iść po wodzie. On jednak patrzy  żartobliwie na mnie, po czym unosi stopę… i nagle staje się olbrzymem, który jednym krokiem przekracza jezioro. Następnie pochyla się, kładzie mnie sobie na dłoni i stawia obok siebie, po drugiej stronie. Jednak nikt nic nie zauważa, bo tak naprawdę nie zmienił rozmiaru. Równocześnie stał się olbrzymem i pozostał w ludzkim rozmiarze. Patrzę na niego. W jego oczach widzę czystą przyjaźń, miłość, zawadiackość i obietnicę nieskończoności. Przyjaciel na wieczność
   Ruszamy w drogę.

Koniec

 ***
 
   Obudziłem się około czwartej rano. Wypełniony szczęściem i uczuciem ważności tego snu, wstałem i zapisałem każdy zapamiętany szczegół, co nie było trudne, bo sen był bardzo jasny, silny, prawdziwy.
   Mam własną interpretację wydarzeń i słów z tego snu, ale zachowam ją dla siebie. Zostawiam wam wolną rękę do własnej:)

Thursday, 16 February 2017

Japa Dreams



























   Japa oznacza cichą modlitwę. Dziewczyna zasypia i sny niosą ją do Absolutu:)
   Dziś wybił czterdziesty pierwszy rok. Przeleciało. Nigdy nie myślałem, że osiągnę tyle mądrości życiowej, co za szczęscie ;)