
Pętla
(historia bezpuentowa)
Wsiadło do czarnej wołgi. Był środek ciemnej, listopadowej nocy. Króciutkie nóżki zamajtały w powietrzu. Lepka od landrynek rączka przykleiła się do skórzanej tapicerki. Dwóch panów w czarnych prochowcach, o oczach błyszczących lustrzanymi okularami zatrzasnęło drzwi i samochód ruszył z piskiem. Kierowca o grubej szyi i odstających uszach nie odwrócił głowy. Miał zginąć ostatni. Pan siedzący od strony okna wyciągnął strzykawkę. Na chwilę oderwało się od gameboya. Spojrzało ciekawym wzrokiem. Drugi pan wyciągnął skalpel. Wypróbował ostrość na różowej kokardce. Skrawek materiału sfrunął powoli na kolanka w białych rajtuzach. Nagle skoczyło do góry, prawie dotykając głową filcowego sufitu samochodu, przetrącając stopą szczękę i miażdżąc krtań pana ze strzykawką, a uderzeniem karate łamiąc kark temu ze skalpelem. Ostatni impuls umierającego mózgu szarpnął gwałtownie dłonią i skalpel poderżnął gardło odwracającego się właśnie kierowcy. Przecisnęło się ponad drgające w agonii ciała. Już na zewnątrz splunęło z pogardą.
- Pieprzeni anachroniści.

***
- „Pieprzeni anarchiści?” – źle usłyszał, śpiący w bramie punk i rozgniewany namazał na murze swastykę na szubienicy (używając do tego święconej kredy).
Zaciekawiona dziewczynka podeszła bliżej.
- Po co ci święcona kreda? – zapytała.
Punk spojrzał na przedmiot w trzęsącej się dłoni.
- Kreda ta należała do Timura Zdobywcy. To nią właśnie rysował swój los. To dzięki niej stworzył imperium. Niestety nie udało mu się być chanem. Za mało miał we krwi Czyngis-Chana.
- Pieprzysz, intelektualisto. Dobrze wiem, że to na wampiry.
Punk pociągnął obrażony nosem i schował kredę.
***
Widząc to, czarny nietoperz sfrunął z ratusza, zamienił się w rosłego mężczyznę i zatopił ostre kły w szyi nieostrożnego anarchisty. Na dziewczynkę zerknął tylko z niechęcią. Wyszczerzyła groźnie zęby, ale zrozumiała, że jej zło jest młode, nowoczesne i pozbawione jeszcze substancji. Było to zło różowych komórek, rainbow parties, Britney Spears i Harrego Pottera. Nie miała szans z odwiecznym mrokiem i grzechem, zrodzonym w czeluściach wieczności. Wycofała się na czworakach. Zanim zniknęła, podniosła tylną nogę i obsikała drwiąco latarnię. Tupnął groźnie nogą. Zniknęła w mroku.
***
Przegrzebał kieszenie intelektualisty. Piętnaście złotych i index Akademii Górniczo-Hutniczej we Wrocławiu. Schował pieniądze i dokumenty do kieszeni płaszcza. Nogi chłopaka poruszyły się nieznacznie. Po chwili siedział, oparty o mur, rozglądając się błędnym wzrokiem.
- Czy teraz będę taki jak ty?
Wampir wzruszył ramionami.
- Skąd mam wiedzieć? Sprawdź sobie.
Student wstał, skupił się i zamienił w nietoperza. Niezgrabnie zamachał skrzydłami i zniknął w głębi nocy.
***

Leciał daleko, na południowy wschód, mijając miasta, góry, jeziora, lasy. Szukał gniazda, gdzie narodziło się przekleństwo. Zmierzał do Transylwanii. Zbliżał się już do niebosiężnego zamku Draculi, gdzie znalazłby odpowiedzi na nurtujące go pytania. Sam władca ciemności czekał na niego, trzymając w dłoni księgę czasu, wiedzy i mocy. Nie zdążył. Wzeszło słońce i student poszedł z dymem.
***
Garstka popiołu spadła na płaszcz mężczyzny, tuż zanim wsiadł do samochodu. Z obrzydzeniem dotknął pyłu i starł go w palcach. Popiół pozostawił tłustą, czarną warstwę na skórze.
- Co to za gówno?
Jego towarzysz pochylił kamienną twarz nad płaszczem i pociągnął nosem.
- Mówię ci, to zły znak - zawyrokował.
Pierwszy z mężczyzn wzruszył ramionami.
- Pierdolisz – i pstryknął w ucho kierowcę o tłustej szyi i odstających uszach. – Jedziemy!
Czarna wołga ruszyła ku swojej zgubie.














