Wednesday, 22 February 2017

Rudera Ducha, Oświecenie i Przyjaciel - sen

 





















    Czasami, jak już wiecie, mam mocne, realistyczne sny, układające się w spójną akcję. Jednak raz na kilka lat zdarzy się szczególny sen. Sen pełen głębokich znaczeń, mądrości, inspiracji i drogowskazów. To był właśnie jeden z nich.

Zagubienie

   Jestem w drodze. Towarzyszy mi przyjaciółka. Podróżujemy po małym, azjatyckim kraju, pełnym nędzy i przemocy. Mam już dosyć i chciałbym się wydostać, ale nie mam pieniędzy, nie wiem nawet gdzie dokładnie jestem.
   Nadchodzi noc. Idziemy wystraszeni przez dzielnicę slumsów. Palą się małe kupki śmieci, przy których grzeją się nędzarze, przy stoiskach ze śmierdzącym jedzeniem targują się krzykliwie skośnoocy przechodnie, żebrzą dzieci. W ciemnych bramach stoją groźnie wyglądające indywidua. Boję się. Moja towarzyszka zaczyna płakać ze strachu i głodu.
 
Pomocna dłoń

   Naprzeciwko pojawia się postać. Jest ubrany w łachmany, ale emanuje od niego pogoda ducha. Patrzy prosto na nas i przyjaźnie macha kolorowym skrawkiem materiału.
   - Wyglądacie na zagubionych.
   Przytakuję załamany. Mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej i pokazuje, żebyśmy szli za nim. Nastrój snu się zmienia. Pojawia się nadzieja i dreszcz przygody.
   Dochodzimy do wielkiego budynku. Wydaje się, że cudem stoi. To wielopiętrowy zlepek kawałków blachy, cegieł, drewna, folii, śmieci. Ale jednak bije od niego coś monumentalnego, uduchowionego.
    - Jesteście głodni?
   Przytakujemy żarliwie. Wchodzimy do środka.
   Na miejscu nieznajomy podaje nam chleb i pokazuje na wielki słoik z marynatami, żebyśmy sobie coś wybrali. Spomiędzy marynowanych żab i chrząszczy wybieram kilka ogórków. Jem z lekkim wstrętem, ale głód jest silniejszy niż obrzydzenie.
   Przenika mnie uczucie, że to miejsce jest szczególne, najniezwyklejsze na całym świecie. Postanawiam zostać.

Rudera Ducha

   Mieszkam w Ruderze Ducha już jakiś czas. Moja towarzyszka odeszła. Podoba mi się tutaj, choć panujący chaos wzbudza niepokój. Jeszcze nie do końca należę do tego świata.
   Spotykam Kaffa, starego duńskiego rastamana, którego znam w rzeczywistości. Widzę, że jego oczy pokrył rodzaj bielma. Nie wygląda jednak na niewidomego. Bielmo jest koloru cętkowanego bursztynu i nadaje jego oczom głębi. Jakby widział więcej, niż ludzie z normalnymi oczami. Pytam się go o żonę, pamiętam, że niedawno się ożenił. Odpowiada, że ona na razie robi swoje rzeczy, a on mieszka tutaj. Patrzę na jego podarte ubrania, bród i głęboki uśmiech.
   - Jak możesz tak żyć i być szczęśliwym? – pytam z zazdrością. – Ja próbuję, ale czuję się dziwnie, nieswojo, ciągle mam w sercu strach.
   Kaff śmieje się głośno.
   - Po prostu płynę z nurtem rzeki, stary. Po prostu płynę. Nie walczę, nie buduję, nie próbuję zmieniać rzeczywistości. Rozkładam ręce, patrzę w niebo i daję się unosić Rzece. I to jest szczęście, man, czyste szczęście. Nie ma nudy, zmartwień, strachu. Jesteś jednym z Rzeką.
   Jego słowa uderzają mnie głęboką mądrością. Ich przekaz wpływa we mnie jak obietnica. Rozumiem, że muszę się tego nauczyć, dlatego trafiłem do Rudery Ducha. Tutaj trafiają ci, których nic nie trzyma już w Świecie Wyścigu.

Nauka

   Zostaję adeptem Ścieżki Nurtu. Jest nas wiele osób, ale nikt nie wie ile dokładnie, bo każdy z nas praktykuje osobno. Mieszkańcy Rudery Ducha traktują nas ze szczególnym szacunkiem. Nikt nas nie zaczepia, nie próbuje rozmawiać, jakbyśmy byli częścią innego świata.
   Nauki dotyczące praktyki przychodzą z serca, są jasne i konkretne, jakby wypowiedział je żywy nauczyciel. Czuję spokój i ekscytację. Wiem, że jestem na ścieżce do poznania tajemnicy.

Egzamin

   Wiem, że kiedy będę gotowy, nadejdzie moment egzaminu. Nie wiem, na czym miałoby polegać to moje „bycie gotowym”, ale nie przejmuję się. Kiedy nadejdzie czas, będę wiedział.
   I nadchodzi.
   Pewnego ranka budzę się wypełniony przenikliwą energią. Energia ta unosi mnie nad ziemię. Uczucie jest takie, jakbym to nie ja ją miał, ale ona mnie. Wypełnia mnie euforią, mocą, lekkością, bezpieczeństwem, poczuciem nieograniczonych możliwości. Wiem, że nadszedł czas.
   Z trudem (czuję się, jak pijany, zataczam się, czasami lewituję kilka stóp nad ziemią) udaję się do schodów, które odgrodzone są wysoką ścianą, na której szczycie stoi strażnik. Patrzy na mnie groźnie. Nie zwracam uwagi na jego spojrzenie. Po prostu podnoszę stopę i nagle unoszę się w powietrze i miękko ląduję po drugiej stronie. Strażnik posłusznie odsuwa się na bok. Wie, że nadszedł czas mojego egzaminu.
   Wchodzę po schodach. U ich szczytu są drzwi do zagraconego pokoju. Jest tam kilka osób. Siedzą na podartych fotelach, na matach rozłożonych na podłodze, panuje półmrok, spod bambusowych zasłoń przenika kilka promieni słońca, na których tańczy kurz. Niektórzy rozmawiają, niektórzy patrzą w pustkę. Czuję, że każdy z nich przepełniony jest energią, ale u każdego jest to indywidualna rzecz, objawiająca się inaczej.

Miłość

   Siadam przy stole. Naprzeciwko siedzi dziewczyna, Muzułmanka. Poznaję ją, to Hind. Jej głowa jest okryta hidżabem, jej ciemne oczy patrzą na mnie żartobliwie, z mądrością i przyjazną drwiną.
   - Ty też tu jesteś? – pytam z radością. – Jak to możliwe?
   Hind śmieje się.
   - Do tego pokoju prowadzą różne ścieżki.
   Tonę w jej oczach.
   - Kocham cię tak bardzo – mówię.
   Dziewczyna śmieje się jeszcze głośniej. Nie szydzi. Jej śmiech ma głębsze znaczenie, muszę je tylko uchwycić. To znaczenie jest blisko, tuż zaraz…
   Nagle czuję olśnienie. Wstaję z plecionego z wikliny krzesła i pozwalam przepełniającej energii unieść mnie pod sufit. Ona leci obok mnie. Śmieję się jak szaleniec. Mądrość tej chwili przepełnia mnie i wylewa się na cały świat.
   - Teraz rozumiesz? – pyta Hind przez łzy śmiechu.
   - Tak! Tak!
   Rozumiem doskonale. Miłość do kobiety to piękna rzecz. Ale kiedy skażona jest ego, zamienia się w chęć posiadania. Staje się głupia. Kiedy jednak wznosisz się ponad ego, nagle widzisz harmonię. Miłość jest częścią wszystkiego i wszystko jest częścią miłości. Wszyscy jesteśmy jednym. Jesteśmy kroplami uczucia płynącymi w oceanie miłości.
    - Teraz kocham cię naprawdę – mówię.
    - Teraz kocham cię naprawdę – powtarza.
   I nadal śmiejemy się jak szaleńcy.

Misja

   Nagle z serca przychodzi polecenie. „Dla zakończenia egzaminu, musisz iść w pewne miejsce i coś zrobić”. Dostaję dokładne wskazówki.
   Miejsce znajduje się na skraju slumsów, poza Ruderą Ducha, w najbrudniejszym, najuboższym kącie. Za wrakiem autobusu, z którego stary Chińczyk sprzedaje szczury pieczone na patyku, znajduje się góra śmierdzących śmieci. Moim zadaniem jest kopać, aż znajdę.
   Odurzenie przepełniającą mnie wcześniej energią zamieniło się w trzeźwość i przejrzystość. Kopię w cuchnących odpadkach, ufając Wszechświatowi.
 
Znalezisko

   Nagle wśród śmieci coś się porusza. Odsuwam się zaskoczony. Z odpadków wysuwa się pomarszczona ręka trzymająca plastykowy widelec i nóż. Po chwili wynurza się postać niemożliwie starej kobiety. Jej bezzębne usta wykrzywione są kpiącym uśmiechem, jej oczy, czarne jak nocne niebo, przewiercają mnie na wylot. Podaje mi nóż i widelec.
   - Tego szukałeś, młodzieńcze?
   Kręcę głową.
   - Nie. Szukałem ciebie.
   Staruszka przestaje się śmiać, choć ciągle czuję wypełniający ją żartobliwy nastrój. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwykła staruszka, ale szamanka, joginka, być może bogini, która mieszka w innym świecie, wymiarze, a ta góra śmieci, to tylko portal.
   Kobieta przytakuje moim myślom.
   - Dobrze to sobie wymyśliłeś, młody człowieku.
   Zastanawiam się, gdzie prowadzi tunel, którym weszła do naszego świata. Znów odpowiada moim myślom.
   - Tuneli jest wiele, łączą się w sieć pod warstwą dotykalnej rzeczywistości. Ten konkretny prowadzi do Jaypur.
   - Do Jaypur w Indiach? – pytam.
   - W pewnym sensie. Do Jaypur, które znajduje się tuż pod indyjskim Jaypur. Ty nazwałbyś to innym wymiarem.
   - A jak ty byś to nazwała?
   - Wymiar jest jeden. Ludzie dotykają tylko skrawka.
   Patrzę łakomie na kupę śmieci.
   Staruszka uśmiecha się zagadkowo.
   - Na twoim miejscu bym nie próbowała. Cała droga jest broniona przez śmierć i choroby. Od setek lat nikomu się nie udało. Ostatnim razem zrobiła to grupka joginów, ale teraz nikt nie ma potrzebnej do tego mocy.
   Cichnie na chwilę.
   Czuję bijąca od niej moc. Kryje się w niej coś więcej…

Przemiana

   Wreszcie kobieta wstaje i otrzepuje się ze śmieci.
   - No dobra – mówi. – Czas na porzucenie tej nudnej formy.
   I w jednej chwili zmienia się w olbrzymiego starca-wojownika, w zbroi samuraja. Ma chyba z trzy metry. Zaśniedziałe łuski zbroi pokryte są misternymi rzeźbami, spod ogromnego hełmu wypływają siwe, uplecione w warkocze włosy, z pochwy na plecach wystaje rękojeść miecza. Zapiera dech w piersiach.
   Patrzy na siebie krytycznie.
   - To jeszcze nie to – mówi.
   Starzec zaczyna młodnieć, kurczyć się do bardziej ludzkich rozmiarów. Wreszcie mam przed sobą uśmiechniętego, dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ubrany jest w dżinsy i białą (choć lekko zakurzoną) koszulę o szerokim kołnierzu. Mruga do mnie zawadiacko i klepie mnie po ramieniu.
   - Tak chyba lepiej, co?
   Nie mogę oderwać od niego oczu. Uświadamiam sobie, że kocham go, jak nikogo wcześniej. Wiem, że to nie jest zwykły chłopak. Wiem, że jest starożytną istotą, mądrą, potężną, kochającą. Oddałbym dla niego życie.

Podróż

   Ruszamy w drogę. Nie wiem, gdzie. Jest nas kilku. Naszym przywódcą jest mój nowy przyjaciel. Wszyscy czują wobec niego respekt i miłość, ale wiem, że w jakiś sposób nasz związek jest najsilniejszy.
   Dochodzimy do jeziora. Przyjaciel krzywi się z niesmakiem.
   - Nie cierpię wody – mówi i mruga do mnie.
   Patrzę, ciekaw, co zrobi. Domyślam się, że będzie w stanie iść po wodzie. On jednak patrzy  żartobliwie na mnie, po czym unosi stopę… i nagle staje się olbrzymem, który jednym krokiem przekracza jezioro. Następnie pochyla się, kładzie mnie sobie na dłoni i stawia obok siebie, po drugiej stronie. Jednak nikt nic nie zauważa, bo tak naprawdę nie zmienił rozmiaru. Równocześnie stał się olbrzymem i pozostał w ludzkim rozmiarze. Patrzę na niego. W jego oczach widzę czystą przyjaźń, miłość, zawadiackość i obietnicę nieskończoności. Przyjaciel na wieczność
   Ruszamy w drogę.

Koniec

 ***
 
   Obudziłem się około czwartej rano. Wypełniony szczęściem i uczuciem ważności tego snu, wstałem i zapisałem każdy zapamiętany szczegół, co nie było trudne, bo sen był bardzo jasny, silny, prawdziwy.
   Mam własną interpretację wydarzeń i słów z tego snu, ale zachowam ją dla siebie. Zostawiam wam wolną rękę do własnej:)

Thursday, 16 February 2017

Japa Dreams



























   Japa oznacza cichą modlitwę. Dziewczyna zasypia i sny niosą ją do Absolutu:)
   Dziś wybił czterdziesty pierwszy rok. Przeleciało. Nigdy nie myślałem, że osiągnę tyle mądrości życiowej, co za szczęscie ;)

Sunday, 5 February 2017

Stresik
















    Drogi pamiętniczku
   Zima w Londynie mokra i wietrzna, śnieg widziałem raz przez dwie minuty, nawet nie zdążył zamienić się w błoto. Odezwała się stara kontuzja kolana. Wystarczył godzinny spacer na Trafalgar Square i od tygodnia kuleję. Gdzie te czasy, że przemierzało się Camino, 800 kilometrów w miesiąc bez jednego jęknięcia? Oprócz tego niespodziewana eksmisja, dwa tygodnie na znalezienie lokum, przy znikomym budżecie. Praca miła, ale nauczycielka pod którą pracuję nie jest dobrą kobietą, więc mdli mnie lekko przed poniedziałkiem. Rower się rozpada.
   Tak więc, jak widzisz, drogi pamiętniczku, rzeczy idą utartym szlakiem. Ale choć stres trochę podgryza, to nie jest źle. Trzy tygodnie bez alkoholu (choć problemy szepczą, ze byłoby lżej, ale odmawiam), zacząłem nowy obrazek, zjadłem właśnie naleśniki z marmoladą pomarańczową i gałką lodów kokosowych, obejrzałem wczoraj piękny serial Louisa C.K. (Horace and Pete), a dziś rozczulałem się przy nowym musicalu (La La Land).

Tuesday, 31 January 2017

Nauczyciel

   Przy wielu okazjach wspominałem o mojej ścieżce duchowej i pewnie domyślacie się, jak ta mistyczna strona życia jest dla mnie ważna. Dziś chciałbym przedstawić wam osobę, która jest dla mnie wielką inspiracją: Swamiego BV Tripurari. Pisarz, filozof, mnich. Poznałem go kilkanaście lat temu, najpierw listownie, później osobiście i od lat staram się (czasami bardziej, czasami mniej;) zagłębić jego idee. Poniżej wrzucam kilka krótkich wypowiedzi na temat natury, nauki, religii.








   A co poza tym?

   1. Dwa tygodnie bez kropli alkoholu. Ileż można uciekać od siebie. Staram się oczyścić życie, zresetować emocje, skupić na czymś większym niż ja sam.
   2. Planuję w lecie zwinąć się do Kostaryki, do klasztoru Swamiego i na jakiś czas skupić się na prostym życiu, pracy w polu, prostocie i modlitwie (uczniem Jody zostać pragnę;)
   3. Materialnie, jakby mało się w kość dostawało, okazało się, że musimy się wyprowadzić z mieszkania. Kiepski moment, bo dopiero co zacząłem odkładać, więc nie ma tego dużo, a Petra nie zaczęła jeszcze pracy. Czachy dymią, co by tu wymyślić, ale jakoś damy radę. Nie z takich opałów wychodziłem. Planujemy wynająć coś oddzielnie, powoli odciąć pępowinę.
   4. Piszę mniej na blogu. Czuję potrzebę zachowania dla siebie pracy nad sobą, którą na ten moment się zajmuję. Dlatego tak się tutaj streszczam.
 
   Trzymajta się i życzcie mi szczęścia.

Wednesday, 25 January 2017

Sny o samsarze

























   Pewnego dnia wszystkie nasze życia będą tylko odległym snem.

Saturday, 7 January 2017

A ja tobie bajki opowiadam


























A ja tobie bajki opowiadam
Mistrz Il de Fons

A ja tobie bajki opowiadam,
szeptów moich słuchasz bardzo rada.
Lśnień dodaję twym oczom i włosom,
jesteś cała jak srebrny posąg,
a ja biję przed tobą pokłony,
zakochany, zazdrosny, spragniony,
i nazywam ciebie srebrną nocą,
srebrną różą z ręki zwisającą.
Loki twoje mrok barwi na modro
i spokojna jest twoja mądrość.

1953

   Lista króciutka

   1. Przyjechała Petra. Zajęła swój stary pokój, a ja przeniosłem się do living roomu. Mam teraz więcej miejsca i stolik do rysowania.
   2. Złożyłem dziś podanie o pracę w szkole, w której na razie pracuję przez agencję. Jeśli mnie przyjmą, to witajcie płatne urlopy i chorobowe. Będę mógł ruszyć gdzieś w wakacje na półtora miesiąca (jeśli coś odłożę). Albo Camino de Santiago, albo Kostaryka. Płatne kiepsko (tysiąc funtów w Londynie to marny grosz), ale dla mnie cztery miesiące w roku płatnych wakacji przebija stronę finansową.
   3. Wróciłem ostatnio do duchowych poranków. Po obudzeniu się poświęcam jakieś pół godziny na mantrowanie, modlitwę, czytanie książek mojego guru maharaja. Pomaga mi to rozwinąć dystans do codzienności i budować szerszą perspektywę. Jesteśmy tylko małymi duszkami wewnątrz snu Boga.
   4. Oglądam znowu Friendsów. Już szósty sezon. Nie wiem, który to już raz rozgrzewam się przygodami Chandlera, Moniki, Rosa, Rachel, Phoebe i Joey'a.

Wednesday, 21 December 2016

Prawda i piękno


 W radiu Zet chilli, relaksująca muzyka elektroniczna. Gadanie ograniczone do minimum, więc to moja ulubiona stacja na ten moment. Za oknem szum wiatru, albo to samolot. Choinka grzeje pomarańczowym światłem. Ale nie potrafię złapać nastroju. Może to przez lekkie przeziębienie, które dopadło mnie równocześnie z rozpoczęciem urlopu świątecznego. Taki nasz los, los prekariuszy. Płacone mamy za godzinę, świadczenia nas nie dotyczą, więc żeby przetrwać, chorobę zostawiamy sobie na weekendy i urlopy. Ale nie chce mi się w sumie o tym pisać.
   Kontynuuję lekturę Erich Maria Remarque. Po Łuku Triumfalnym, o którym już tutaj pisałem, wziąłem się za Czarny Obelisk. Zmagałem się trochę z tą książką. Ogólnie narracja w czasie teraźniejszym nie współgra ze mną dobrze, ale to nawet nie to. Autor bardzo skupił się na brzydocie, trywialności i głupocie ludzi. Piękno i niewinność bohatera trzeba było wyłuskać spomiędzy tego łajna. Ale w miarę czytania widziałem tego piękna coraz więcej. Tak już mam: w sztuce szukam nie tylko prawdy, ale i piękna. Jeżeli jest tylko jedno z tych dwóch, to nie wpuszczam do środka. Piękno bez prawdy jest głupie i nudne. A prawda bez piękna jest męcząca i bolesna. 
   Po skończeniu Czarnego Obeliska od razu zacząłem Trzech Towarzyszy. Tutaj natychmiast wpadłem w kilmat. Przyjaźń i miłość jest tu opisana lekko, mądrze i w zdrowej proporcji smutku i radości. Nie doszedłem jeszcze nawet do połowy, czeka mnie pewnie jakaś tragedia, ale przecież nie mogę przestać teraz, kiedy wszystko idzie dobrze.
   Od jakiegoś czasu unikam polityki, ale jest to coraz trudniejsze. Na początku jeszcze ukrywałem na facebooku te profile, które zalewały wiadomościami i dyskusjami, ale teraz to musiałbym prawie wszystkich odfollowować. To już praktycznie wojna domowa. Głównym powodem mojego odcięcia jest to, że informacje o tych ludziach budzą we mnie nienawiść. Myśląc o tym, czy tamtym polityku, czuję gnijące pulsowanie w sercu i łapię się na tym, że lałbym ich z mroczną przyjemnością po gębach. A czasami życzę im śmierci. Za puszczę, arogancję, głupotę, fanatyzm, manipulatorstwo, prostactwo, agresję, despotyzm, etc. Niezby to przyjemne uczucie. Zastanawiam się, czy jest we mnie coś, co mogłoby to przezwyciężyć i zamienić negatywne emocje na współczucie. Żebym mógł popatrzeć na prezesa, czy niektórych z jego ministrów i poczuć żal w sercu, "ale biedny człowiek!". Ale na razie nie potrafię, więc unikam.
   Pierwszy dzień urlopu przeleciał raczej bezczynnie, chyba nawet nudno. Ćwiczyłem na ukulele kawałek Nohavicy (Jine to nebude), oglądałem Friendsów, jadłem kiełbaski sojowe i domowej roboty lody malinowe, a na zewnątrz nawet nie wyszedłem, choć pewnie spacer po parku dobrze by mi zrobił. Jutro się postaram. Idę na pocztę odebrać paczkę z Polski, zrobić małe zakupy w Tesco, a później poszwendam się po Battersea Park.
   Już wieczór. Wracam do lektury Trzech Towarzyszy. Dobrej nocy.

   PS. Wczoraj miałem doświadczenie zderzenia się literatury i rzeczywistości. W Łuku Triumfalnym, Remarque opisywał Calvados. Mocny, leżakowany alkohol pędzony z jabłek. W jego książce jest to trunek niebiańskich rozkoszy, słodki, tajemniczy, kochankowie piją go z rozmarzeniem na co drugiej stronie powieści. Wczoraj odwiedziłem kilka sklepów z trunkami, aż wreszcie w jednym z nich, eleganckiej winiarni, właściciel wygrzebał zakurzoną butelkę Calvadosu! 
   - Nikt nie kupił tego od lat - powiedział.
   - W pewnej książce pisarz... Zresztą nieważne. Ile butelka? - spytałem z obawą.
   - Hmm, normalnie pięćdziesiąt... To dobry gatunek. Ale wie pan co? Sprzedam panu za trzydzieści. Pewnie i tak leżałoby to tutaj do Bóg wie kiedy.
   W domu z błogim oczekiwaniem nalałem do kryształowej, wypełnionej lodem szklanki bursztynowego płynu. Zamoczyłem wargi... I skrzywiłem się ze wstrętem. To była jakaś masakra. Jak whiskey z silnym aromatem dębu plus posmak jabłek. A whiskey nie lubię, więc pech. 
   Żałowałem, że skonfrontowałem wizję z rzeczywistością. Mogłem sobie marzyć o niebiańskim, tajemniczym Calvadosie. Może czasami lepiej zostawić marzenia w świecie idei?


Friday, 16 December 2016

Przedświątecznie 2

























   Kupiłem choinkę i ubrałem ją przy kolędach Golców. Jodełka-brzydula z przeceny, nikt jej widać nie chciał. A teraz upijam się, żeby przygasić chandrę choć trochę. Na chandrę najlepsze Calle 13:)

Przedświątecznie

 
















   Obserwacja nowej sytuacji (choć ponad dwa lata, to nie tak znów nowa), w związku ze świętami.
   Co roku na święta ze wszystkich bombek wybieraliśmy z Tanią ozdóbkę roku. Ta jedyna, charakterystyczna, związana z jakimś wspomnieniem, trafiała do specjalnego pudełka, gdzie zbierali się coroczni zwycięzcy. Kochałem to pudełeczko. Tania się tym głównie zajmowała. Podobnie jak ubieraniem choinki. Ja co roku leżałem rozmarzony na podłodze, albo wersalce, i obserwowałem jej każdy ruch, kiedy umieszczala na drzewku światełka, łańcuchy, bombki. To były jedne z moich najukochańszych momentów.
   To pudełko ciągle gdzieś jest w domu, ale nie odważyłbym się do niego zajrzeć. Podobnie jak do starych albumów że zdjęciami. Dziwne jak przygnębiające mogą być pamiątki szczęścia.
   Jestem człowiekiem bez przeszłości. Musiałem ją wyrzucić, żeby nie zwariować. Co do przyszłości, to też średnio. Nie uważam nic za warte zatrzymania, celebrowania, rozwijania. Jest to całkowite przeciwieństwo tego, jak żyłem przed rozstaniem z Tanią. Wtedy każdą chwilę starałem się zatrzymać, uwiecznić, sfotografować, opisać, żeby nigdy nie zniknęła. Teraz żyję z dnia na dzień, wieczorem umierając, rano rodząc się na nowo. Jedyne, co łączy te dni, to ćmiące, zawsze obecne, nieprzyjemne uczucie, że wszystko poszło źle i że życie wypadło ze swoich torów.
   W miarę dobrze udaje mi się funkcjonować. Chodzę do pracy, rozmawiam z ludźmi, chodzę na spacery, żartuję, piję trochę powyżej średniej, ale bez przesady. Ale tak naprawdę to jest to tylko imitacja. Pozbawiony jestem dwóch najważniejszych rzeczy: miłości i nadzieji.
   Ale się przedświąteczny post napisał, cymez;)
   Najsmutniejsze jest to, że nie napisałem go w jednym z ataków rozpaczy, ale zupełnie na trzeźwo.

   PS. Please, bez współczujących, inspirujących komentarzy, tylko mnie wkurzają:)

Monday, 12 December 2016

O egzystencjaliźmie, pełni i inspiracyjnych cytatach

 













   Wczoraj wieczorem, zmęczony współczesną, postmodernistyczną literaturą, postanowiłem wrócić do klasyki. Wziąłem się za "Łuk Triumfalny" Erich Maria Remarque. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, przeczytałem "Na Zachodzie bez zmian". Pamietam, jak głęboki wpływ miała na mnie ta książka. Chciałem spróbować odzyskać tamte uczucia i "Łuk Triumfalny" mnie nie rozczarował.
   Główna obserwacja: jak zmieniło się postrzeganie świata i psychiki ludzkiej. Obecnie cierpienie, egzystencjalny lęk, depresja, są czymś wstydliwym, z czym trzeba walczyć i leczyć się z tego. Facebook jest pełny "inspiracyjnych" cytatów o kochaniu siebie, miłości, szukaniu wewnętrznego szczęścia. Co samo w sobie nie jest złe, ale jest coś chorego w spłyceniu wszystkiego, w tej nachalności, chce się powiedzieć, w miłosnym faszyźmie szczęścia i radości. Każdy jest psychologiem i znawcą duszy. Jest ci źle? W takim razie robisz gdzieś błąd. Skupiasz się na negatywnych rzeczach, nie pozwalasz swojej duszy się wyleczyć. Niesmak pozostaje. Jak w "Donny Darko", kiedy Kitty, nauczycielka w stylu Pani Dulskiej, zmusza młodzież, żeby uprościli całą paletę ludzkich uczuć do linii: strach i miłość, a Donny próbuje wyjaśnić jej, że życie to coś więcej niż modna, newage'owska "psychologia, że paleta ludzkich emocji jest nieograniczona, o niebo bardziej złożona.
   Albo na innym poziomie przypomina się konflikt Greka Zorby i jego przyjaciela i szefa. Z jednej strony człowieczeństwo w całej pełni, z jego pięknem i wzniosłością, jak również brzydotą, zdradą, żądzą, z drugiej jałowa czystość Buddy.
   Wracając do książki Remarqua: tutaj cierpienie, egzystencjalizm są w pewnym sensie czymś pięknym. Człowiek z krwi i kości, Ravic, niemiecki uchodźca z nazistowskich Niemiec, mieszkający nielegalnie w Paryżu, jest zraniony, samotny, pozbawiony złudzeń. A jednak w swoim nihiliźmie nie przestaje być autentycznym człowiekiem. Jest wrażliwy na krzywdę i cierpienie innych. Choć zmęczony, znudzony, cyniczny, pomaga zagubionej, nieatrakcyjnej kobiecie (która później okazuje się jednak atrakcyjna;), kierowany poczuciem sprawiedliwości, rusza w nocy do domorosłej ginekolożki, pod której nożem giną dziewczyny, dokonujące aborcji i próbuje odzyskać pieniądze za zabieg, które mogłby pomóc jednej z ocalałych dziewczyn. Cierpi, kiedy musi ukrywać przed przyjaciółką, że ma ona raka w zaawansowanym stadium. Ravic czuje swój ból i tak samo, a może bardziej, ból innych. Dlatego pije: na każdej stronie książki wylewają się litry najróżniejszych alkoholi. Szuka zbawienia w alkoholu i choć tęskni za miłością, to nie jest w stanie otworzyć serca, broni się przed uczuciem, choć chce wierzyć, nie wierzy.
   Jestem w jakiejś jednej trzeciej książki i cieszę się, że jeszcze tyle zostało. Po "Łuku Triumfalnym" z pewnością wrócę do "Na Zachodzie bez zmian".

   A tak bardziej na osobistą nutę: źlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemi