Saturday, 7 January 2017

A ja tobie bajki opowiadam


























A ja tobie bajki opowiadam
Mistrz Il de Fons

A ja tobie bajki opowiadam,
szeptów moich słuchasz bardzo rada.
Lśnień dodaję twym oczom i włosom,
jesteś cała jak srebrny posąg,
a ja biję przed tobą pokłony,
zakochany, zazdrosny, spragniony,
i nazywam ciebie srebrną nocą,
srebrną różą z ręki zwisającą.
Loki twoje mrok barwi na modro
i spokojna jest twoja mądrość.

1953

   Lista króciutka

   1. Przyjechała Petra. Zajęła swój stary pokój, a ja przeniosłem się do living roomu. Mam teraz więcej miejsca i stolik do rysowania.
   2. Złożyłem dziś podanie o pracę w szkole, w której na razie pracuję przez agencję. Jeśli mnie przyjmą, to witajcie płatne urlopy i chorobowe. Będę mógł ruszyć gdzieś w wakacje na półtora miesiąca (jeśli coś odłożę). Albo Camino de Santiago, albo Kostaryka. Płatne kiepsko (tysiąc funtów w Londynie to marny grosz), ale dla mnie cztery miesiące w roku płatnych wakacji przebija stronę finansową.
   3. Wróciłem ostatnio do duchowych poranków. Po obudzeniu się poświęcam jakieś pół godziny na mantrowanie, modlitwę, czytanie książek mojego guru maharaja. Pomaga mi to rozwinąć dystans do codzienności i budować szerszą perspektywę. Jesteśmy tylko małymi duszkami wewnątrz snu Boga.
   4. Oglądam znowu Friendsów. Już szósty sezon. Nie wiem, który to już raz rozgrzewam się przygodami Chandlera, Moniki, Rosa, Rachel, Phoebe i Joey'a.

Wednesday, 21 December 2016

Prawda i piękno


 W radiu Zet chilli, relaksująca muzyka elektroniczna. Gadanie ograniczone do minimum, więc to moja ulubiona stacja na ten moment. Za oknem szum wiatru, albo to samolot. Choinka grzeje pomarańczowym światłem. Ale nie potrafię złapać nastroju. Może to przez lekkie przeziębienie, które dopadło mnie równocześnie z rozpoczęciem urlopu świątecznego. Taki nasz los, los prekariuszy. Płacone mamy za godzinę, świadczenia nas nie dotyczą, więc żeby przetrwać, chorobę zostawiamy sobie na weekendy i urlopy. Ale nie chce mi się w sumie o tym pisać.
   Kontynuuję lekturę Erich Maria Remarque. Po Łuku Triumfalnym, o którym już tutaj pisałem, wziąłem się za Czarny Obelisk. Zmagałem się trochę z tą książką. Ogólnie narracja w czasie teraźniejszym nie współgra ze mną dobrze, ale to nawet nie to. Autor bardzo skupił się na brzydocie, trywialności i głupocie ludzi. Piękno i niewinność bohatera trzeba było wyłuskać spomiędzy tego łajna. Ale w miarę czytania widziałem tego piękna coraz więcej. Tak już mam: w sztuce szukam nie tylko prawdy, ale i piękna. Jeżeli jest tylko jedno z tych dwóch, to nie wpuszczam do środka. Piękno bez prawdy jest głupie i nudne. A prawda bez piękna jest męcząca i bolesna. 
   Po skończeniu Czarnego Obeliska od razu zacząłem Trzech Towarzyszy. Tutaj natychmiast wpadłem w kilmat. Przyjaźń i miłość jest tu opisana lekko, mądrze i w zdrowej proporcji smutku i radości. Nie doszedłem jeszcze nawet do połowy, czeka mnie pewnie jakaś tragedia, ale przecież nie mogę przestać teraz, kiedy wszystko idzie dobrze.
   Od jakiegoś czasu unikam polityki, ale jest to coraz trudniejsze. Na początku jeszcze ukrywałem na facebooku te profile, które zalewały wiadomościami i dyskusjami, ale teraz to musiałbym prawie wszystkich odfollowować. To już praktycznie wojna domowa. Głównym powodem mojego odcięcia jest to, że informacje o tych ludziach budzą we mnie nienawiść. Myśląc o tym, czy tamtym polityku, czuję gnijące pulsowanie w sercu i łapię się na tym, że lałbym ich z mroczną przyjemnością po gębach. A czasami życzę im śmierci. Za puszczę, arogancję, głupotę, fanatyzm, manipulatorstwo, prostactwo, agresję, despotyzm, etc. Niezby to przyjemne uczucie. Zastanawiam się, czy jest we mnie coś, co mogłoby to przezwyciężyć i zamienić negatywne emocje na współczucie. Żebym mógł popatrzeć na prezesa, czy niektórych z jego ministrów i poczuć żal w sercu, "ale biedny człowiek!". Ale na razie nie potrafię, więc unikam.
   Pierwszy dzień urlopu przeleciał raczej bezczynnie, chyba nawet nudno. Ćwiczyłem na ukulele kawałek Nohavicy (Jine to nebude), oglądałem Friendsów, jadłem kiełbaski sojowe i domowej roboty lody malinowe, a na zewnątrz nawet nie wyszedłem, choć pewnie spacer po parku dobrze by mi zrobił. Jutro się postaram. Idę na pocztę odebrać paczkę z Polski, zrobić małe zakupy w Tesco, a później poszwendam się po Battersea Park.
   Już wieczór. Wracam do lektury Trzech Towarzyszy. Dobrej nocy.

   PS. Wczoraj miałem doświadczenie zderzenia się literatury i rzeczywistości. W Łuku Triumfalnym, Remarque opisywał Calvados. Mocny, leżakowany alkohol pędzony z jabłek. W jego książce jest to trunek niebiańskich rozkoszy, słodki, tajemniczy, kochankowie piją go z rozmarzeniem na co drugiej stronie powieści. Wczoraj odwiedziłem kilka sklepów z trunkami, aż wreszcie w jednym z nich, eleganckiej winiarni, właściciel wygrzebał zakurzoną butelkę Calvadosu! 
   - Nikt nie kupił tego od lat - powiedział.
   - W pewnej książce pisarz... Zresztą nieważne. Ile butelka? - spytałem z obawą.
   - Hmm, normalnie pięćdziesiąt... To dobry gatunek. Ale wie pan co? Sprzedam panu za trzydzieści. Pewnie i tak leżałoby to tutaj do Bóg wie kiedy.
   W domu z błogim oczekiwaniem nalałem do kryształowej, wypełnionej lodem szklanki bursztynowego płynu. Zamoczyłem wargi... I skrzywiłem się ze wstrętem. To była jakaś masakra. Jak whiskey z silnym aromatem dębu plus posmak jabłek. A whiskey nie lubię, więc pech. 
   Żałowałem, że skonfrontowałem wizję z rzeczywistością. Mogłem sobie marzyć o niebiańskim, tajemniczym Calvadosie. Może czasami lepiej zostawić marzenia w świecie idei?


Friday, 16 December 2016

Przedświątecznie 2

























   Kupiłem choinkę i ubrałem ją przy kolędach Golców. Jodełka-brzydula z przeceny, nikt jej widać nie chciał. A teraz upijam się, żeby przygasić chandrę choć trochę. Na chandrę najlepsze Calle 13:)

Przedświątecznie

 
















   Obserwacja nowej sytuacji (choć ponad dwa lata, to nie tak znów nowa), w związku ze świętami.
   Co roku na święta ze wszystkich bombek wybieraliśmy z Tanią ozdóbkę roku. Ta jedyna, charakterystyczna, związana z jakimś wspomnieniem, trafiała do specjalnego pudełka, gdzie zbierali się coroczni zwycięzcy. Kochałem to pudełeczko. Tania się tym głównie zajmowała. Podobnie jak ubieraniem choinki. Ja co roku leżałem rozmarzony na podłodze, albo wersalce, i obserwowałem jej każdy ruch, kiedy umieszczala na drzewku światełka, łańcuchy, bombki. To były jedne z moich najukochańszych momentów.
   To pudełko ciągle gdzieś jest w domu, ale nie odważyłbym się do niego zajrzeć. Podobnie jak do starych albumów że zdjęciami. Dziwne jak przygnębiające mogą być pamiątki szczęścia.
   Jestem człowiekiem bez przeszłości. Musiałem ją wyrzucić, żeby nie zwariować. Co do przyszłości, to też średnio. Nie uważam nic za warte zatrzymania, celebrowania, rozwijania. Jest to całkowite przeciwieństwo tego, jak żyłem przed rozstaniem z Tanią. Wtedy każdą chwilę starałem się zatrzymać, uwiecznić, sfotografować, opisać, żeby nigdy nie zniknęła. Teraz żyję z dnia na dzień, wieczorem umierając, rano rodząc się na nowo. Jedyne, co łączy te dni, to ćmiące, zawsze obecne, nieprzyjemne uczucie, że wszystko poszło źle i że życie wypadło ze swoich torów.
   W miarę dobrze udaje mi się funkcjonować. Chodzę do pracy, rozmawiam z ludźmi, chodzę na spacery, żartuję, piję trochę powyżej średniej, ale bez przesady. Ale tak naprawdę to jest to tylko imitacja. Pozbawiony jestem dwóch najważniejszych rzeczy: miłości i nadzieji.
   Ale się przedświąteczny post napisał, cymez;)
   Najsmutniejsze jest to, że nie napisałem go w jednym z ataków rozpaczy, ale zupełnie na trzeźwo.

   PS. Please, bez współczujących, inspirujących komentarzy, tylko mnie wkurzają:)

Monday, 12 December 2016

O egzystencjaliźmie, pełni i inspiracyjnych cytatach

 













   Wczoraj wieczorem, zmęczony współczesną, postmodernistyczną literaturą, postanowiłem wrócić do klasyki. Wziąłem się za "Łuk Triumfalny" Erich Maria Remarque. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, przeczytałem "Na Zachodzie bez zmian". Pamietam, jak głęboki wpływ miała na mnie ta książka. Chciałem spróbować odzyskać tamte uczucia i "Łuk Triumfalny" mnie nie rozczarował.
   Główna obserwacja: jak zmieniło się postrzeganie świata i psychiki ludzkiej. Obecnie cierpienie, egzystencjalny lęk, depresja, są czymś wstydliwym, z czym trzeba walczyć i leczyć się z tego. Facebook jest pełny "inspiracyjnych" cytatów o kochaniu siebie, miłości, szukaniu wewnętrznego szczęścia. Co samo w sobie nie jest złe, ale jest coś chorego w spłyceniu wszystkiego, w tej nachalności, chce się powiedzieć, w miłosnym faszyźmie szczęścia i radości. Każdy jest psychologiem i znawcą duszy. Jest ci źle? W takim razie robisz gdzieś błąd. Skupiasz się na negatywnych rzeczach, nie pozwalasz swojej duszy się wyleczyć. Niesmak pozostaje. Jak w "Donny Darko", kiedy Kitty, nauczycielka w stylu Pani Dulskiej, zmusza młodzież, żeby uprościli całą paletę ludzkich uczuć do linii: strach i miłość, a Donny próbuje wyjaśnić jej, że życie to coś więcej niż modna, newage'owska "psychologia, że paleta ludzkich emocji jest nieograniczona, o niebo bardziej złożona.
   Albo na innym poziomie przypomina się konflikt Greka Zorby i jego przyjaciela i szefa. Z jednej strony człowieczeństwo w całej pełni, z jego pięknem i wzniosłością, jak również brzydotą, zdradą, żądzą, z drugiej jałowa czystość Buddy.
   Wracając do książki Remarqua: tutaj cierpienie, egzystencjalizm są w pewnym sensie czymś pięknym. Człowiek z krwi i kości, Ravic, niemiecki uchodźca z nazistowskich Niemiec, mieszkający nielegalnie w Paryżu, jest zraniony, samotny, pozbawiony złudzeń. A jednak w swoim nihiliźmie nie przestaje być autentycznym człowiekiem. Jest wrażliwy na krzywdę i cierpienie innych. Choć zmęczony, znudzony, cyniczny, pomaga zagubionej, nieatrakcyjnej kobiecie (która później okazuje się jednak atrakcyjna;), kierowany poczuciem sprawiedliwości, rusza w nocy do domorosłej ginekolożki, pod której nożem giną dziewczyny, dokonujące aborcji i próbuje odzyskać pieniądze za zabieg, które mogłby pomóc jednej z ocalałych dziewczyn. Cierpi, kiedy musi ukrywać przed przyjaciółką, że ma ona raka w zaawansowanym stadium. Ravic czuje swój ból i tak samo, a może bardziej, ból innych. Dlatego pije: na każdej stronie książki wylewają się litry najróżniejszych alkoholi. Szuka zbawienia w alkoholu i choć tęskni za miłością, to nie jest w stanie otworzyć serca, broni się przed uczuciem, choć chce wierzyć, nie wierzy.
   Jestem w jakiejś jednej trzeciej książki i cieszę się, że jeszcze tyle zostało. Po "Łuku Triumfalnym" z pewnością wrócę do "Na Zachodzie bez zmian".

   A tak bardziej na osobistą nutę: źlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemi

Tuesday, 6 December 2016

Londyńskie epizody 2

   Ci którzy mnie znają, wiedzą, że rasizm jest dla mnie obcą i zupełnie irracjonalną formą postrzegania świata. Jednak po kilku latach mieszkania w Londynie doszedłem do pewnego wzniosku: jest jedno miejsce, w którym segregacja rasowa jest nie tylko dopuszczalna, ale potrzebna.
   Mam na myśli fryzjera.
   W Londynie do pewnego stopnia to działa. Są fryzjerzy murzyńscy, bo wiadomo: inny rodzaj włosów, biały fryzjer nie wiedziałby, jak się zabrać za te twarde kędziory. Później mamy fryzjerów perskich (wliczam w to również arabskich albo hinduskich). U takiego fryzjera można być pewnym, że każde posunięcie maszynki będzie przemyślane, a każda linia doskonała, geometryczna, nie ma tu miejsca na samotny, odstający włosek. Na koniec można oczekiwać porządnego woskowania albo żelowania. Są też fryzjerzy biali, Europejczycy z krwi i kości, do których jest mi najbliżej, bo lubię mieć włosy obcięte po swojemu, z lekkim nieładem i być może zaplanowaną, ale lubianą przeze mnie niedoskonałością.
   Najgorszym zakładem fryzjerskim jest jednak zakład mieszany. Jest to miejsce zdradliwe. Już wyjaśniam.
   Na początku nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Kilkakrotnie odwiedziłem zakład mieszany i akurat trafiłem na fryzjera perskiego. Pierwszy raz po prostu usiadłem i poprosiłem o skrócenie. Po kilku minutach chciałem płakać. Idealne linie i piękne wygolenie za uszami. Jakby tego było mało, młody fryzjer, patrząc łakomie na mój zarost, zapytał, czy chciałbym przyciąć i ufryzować brodę. Zerwałem się przerażony i stanowczo odmówiłem. Za drugim i trzecim razem (w innym zakładzie), kiedy trafiłem na fryzjera z Bliskiego Wschodu, poświęciłem kilka minut na wyjaśnienie: że lubię nieporządek, nie chcę podgalania, wyrównywania i świecowania. Najlepiej jeśli nie używałby maszynki, tylko machnął kilka razy nożyczkami (im bardziej tępymi, tym lepiej). Uprzejme potakiwania, wyraz zrozumienia na twarzy, a po chwili ta sama historia: doskonała, perska fryzura.
    Od tego czasu straumatyzowany i nauczony doświadczeniem, zanim wejdę do fryzjera, spędzam przed witryną kilka minut, obserwując etniczny skład pracowników. Dopiero, kiedy uznam sytuację za bezpieczną, wchodzę do środka.
   W sobotę postanowiłem ogarnąć trochę włosy. W Clapham Junction znalazłem miły zakład. Przez okno dostrzegłem trzy białe dziewczyny, zdaje się Polki i jednego bruneta, najpewniej Włocha. Uspokojony wszedłem do środka i zająłem miejsce na wygodnym fotelu.
   Wtedy z zaplecza, jakby czaił się tam właśnie na mnie, wyszedł czystej krwi perski fryzjer i skierował się w moją stronę. Zaschło mi w gardle. Popatrzyłem ukradkiem na drzwi, ale było już za późno na ucieczkę.
   - Jak strzyżemy? - zapytał fryzjer z szerokim, przyjaznym uśmiechem.
   - Eeee... Troszkę tylko. Wie pan... Lubię nieporządek na głowie... Nie musi być zbyt dokładnie... - wydukałem.
   Pan fryzjer pokiwał głową ze zrozumieniem.
   - Nie ma najmniejszego problemu.
   Po użyciu maszynki na pięciomilimetrowej nakładce i wygoleniu mi nad uszami dwucentymetrowego, perfekcyjnego szlaczka, zapytał z triumfującym uśmiechem:
   - Woskujemy?
   Machnąłem ręką:
   - A woskuj pan, kurwa, czemu nie.
   Tak więc przyznaję się. Jestem fryzjerskim rasistą.

Londyńskie epizody 1

   Londyn to miasto cywilizowane. Dwupiętrowe autobusy, wegetariańskie restauracje, przytulne puby, joggersi, uśmiechnięci policjanci, uprzejmość, tolerancja.
   Ale pod warstwą cywilizacji czai się, jak w każdym z nas, atawistyczny zwierz.
   Dziś w Sheperd's Bush, w drodze z pracy, przechodziłem na światłach przez ulicę. Gęste, popołudniowe korki, samochody próbują wywalczyć kilka metrów, przeciskając się w ostatniej chwili na żółtym, wszyscy spieszą sę do koloacji, prysznica, piwa i wieczornego serialu. 
   Jeden kierowca nie zdążył i utknął na przejściu dla pieszych. Zamiast siedzieć cicho i pokornie unikać potępiającego wzroku przechodniów, nieszczęśnik zatrąbił. 
   Rozpętało się piekło. Twarze zmęczonych po dniu pracy ludzi wykrzywiła niczym nieskażona nienawiść. Tłum zatrzymał się i zaczął okłądać pięściami i parasolami maskę samochodu. Podobnej sceny nie powstydziłaby się Kalkuta. Starszy pan w garniturze i z teczką, zaczął wściekle kopać boczne drzwiczki, dwie nastoletnie dziewczyny wskoczyły na maskę i wyszczerzyły wilcze zęby, korpulentna pani z siatkami zakupów rozbiła lewe światło puszką zielonego groszku. 
   Po dziesięciu sekundach było po wszystkim. Tłum ucichnął i spokojnie ruszył dalej.

Saturday, 3 December 2016

Salam Alejkum. Boginie i bogowie - sny

   Miałem dwa mocne, pełnometrażowe sny. Tak jak lubię.



   Salam Alejkum

   Zakochałem się w młodej muzułmance. Znam ją na jawie, pracujemy razem, słodkie dziewczę:) No więc we śnie podszedłem do niej i wyznałem miłość. Maryam (tak się nazywała), oblała się rumieńcem.
   - Nie wypada się tak zachowywać. To haram (grzech) - I uciekła.
   Z czasem jednak zaczęliśmy się spotykać w tajemnicy. Nic zdrożnego: tylko trzymaliśmy się za rękę i woziłem ją moim motocyklem (!). Któregoś dnia zagapiliśmy się i zrobiło się późno. Wiedzieliśmy, że Maryam nie da rady zataić dłużej przed rodzicami, że się z kimś widuje. Zmartwiony zawiozłem ją do domu.
   Przez kilka dni się nie widzieliśmy. We śnie zobaczyłem scenę z jej punktu widzenia. Jej brodaty, rozgniewany ojciec chodził w tę i  z powrotem po pokoju, mamrocząc do siebie arabskie przekleństwa. Maryam siedziała z opuszczoną głową przy stole. Wreszcie ojciec zatrzymał się i  spojrzał na dziewczynę.
   - Moja córka nigdy nie poślubi ateisty! - krzyknął.
   - On nie jest ateistą - odpowiedziała. - Wierzy w Boga, modli się.
   - Uznaje proroka? - przerwał jej ojciec.
   Maryam zamilkła i opuściła głowę.
   - A może złamałaś śluby czystości?!
   Maryam zaczerwieniła się mocno.
   - Nie! Nigdy!
   - Chociaż tyle dobrze. W takim razie znajdziemy ci dobrego męża i to już.
   Znów mój punkt widzenia. Maryam przesłała mi smsa, w którym opisała, co się dzieje. Załamałem się. Ale po chwili wiedziałem, co muszę zrobić.
   Ubrałem się w garnitur i pojechałem motocyklem do rodzinnego domu  Maryam. Drzwi otworzył jej ojciec. Popatrzył na mnie z niechęcią, ale wpuścił mnie do środka.
   - Dear sir - zacząłem od razu. - Wiem, że ma pan wątpliwości, co do mnie i je rozumiem. Ale musi pan wiedzieć, że kocham pańską córkę z całego serca. Byłbym dla niej dobrym mężem, byłaby szczęśliwa.
   - Nie o to chodzi - ojciec Maryam przerwał mi, ale zobaczyłem, że zmiękł. - Moja córka jest muzułmanką i ...
   - Właśnie o tym przyszedłem porozmawiać. Jestem gotów przyjąć Islam, żeby poślubić pańską córkę.
   Na te słowa wbiegła radośnie Maryam, która ukrywała się w pokoju obok. Popatrzyła na ojca z nadzieją.
   I dostaliśmy błogosławieństwa.





















   Boginie i bogowie

   Drugi sen był zupełnie inny, szalony i monumentalny.
   Odwiedzam znajomych na skłocie. To nie jest zwykły skłot. Ogromna fabryka skrzyżowana ze średniowiecznymi zamkami i ulicami. Wszystko rozpadające się, w ruinie; krzywe wieżyczki, ściany, kościoły. Przeraża mnie ta monumentalność i wrażenie rozkładu. Nie czuję się dobrze.
   Mieszka tam wiele grup skłotersów. Niektórzy to hipisi, inni to punkowcy, albo pijacy, narkomani. Emanują lenistwem, frustracją i samouwielbieniem.
   Rozmawiam z kilkoma. Okazuje się, że skłot jest do likwidacji. Teren wykupił developer i niedługo mają zrównać wszystko z ziemią.
   Kiedy rozmawiamy, nagle czuję drżenie gruntu. Moi znajomi wpadają w panikę. Widzę, jak zapadają się budynki w oddali, odcinając nam drogę ucieczki. Wszyscy rozsypują się w panice. Biegnę za kimś, kto wydaje się znać drogę. Uciekamy, a budynki wokół nas rozpadają się w pył i błoto. Cudem unikam śmierci.
   Zaczynamy się wspinać po kupie gruzu. Jesteśmy coraz wyżej. Z wysoka mogę widzieć aż po horyzont. Wszystko staje się poruszającą się, brązową masą ziemi i cegieł. Wiem, że już nie ma ucieczki. Osoba, za którą biegnę nagle znika za futrynami bez drzwi. Rzucam się za nią.
   I nagle wszystko cichnie. Patrzę ze zdziwieniem.
   Stoję na podwórzu miłego pałacu z białego kamienia. Dookoła misternie rzeźbione ławki, stoliki, zieleń. Podchodzę do krawędzi dachu (podwórze znajduje się na dachu) i spoglądam w dół. Zapiera mi dech w piersiach.
   Budynek, w którym jestem znajduje się na szczycie niebosiężnej góry. Chmury przesuwają się poniżej. Spomiędzy nich widać jeziorka, wzgórza, prostokąciki budynków. Gdzie jestem?
   Słyszę jakieś głosy. Chowam się za załomem muru. Na placu zjawiają się olśniewające postacie. Mężczyźni i kobiety. Każda ma około czterech, pięciu metrów. Są cudownie piękni, szlachetni, ich twarze promieniują siłą, mądrością i boskim poczuciem humoru:) Ubrani są w stroje osiemnastowiecznej Francji.
   Nagle dostrzegam skłotersa, który zjawił się tutaj przede mną. Jego twarz wykrzywiona jest nienawiścią. Trzyma w ręce włócznię. Chcę go powstrzymać, ale za późno. Rzuca włócznią, która zbliża się do jednej z pięknych kobiet. Z gardła wydziera mi się krzyk. Nie chcę, żeby coś jej się stało.
   Kobieta odwraca się. Czas zwalnia. Kobieta patrzy ze zdziwieniem na zbliżający się pocisk. Jej towarzysze też się odwracają. Kobieta robi ręką znak w powietrzu. Włócznia nagle rozbłyska światłem, rośnie i zawraca, zamieniając się w ognistą linę. Lina uderza w skłotersa, paląc go żywcem.
   Wszyscy się śmieją, a ja stoję oniemiały. Podchodzą do mnie. Kobieta, czy raczej bogini, pochyla się nade mną i patrzy przychylnie.
   - Oh, kochaniutki, czy ty nie próbowałeś właśnie ocalić mi życia? - pyta.
   Jej towarzysze śmieją się znowu, tym razem z sympatyczną drwiną.
   - Mam wrażenie, że nie musiałem - odpowiadam.
   - Ależ wręcz przeciwnie - protestuje bogini. - Gdybyś tego nie zrobił, nie wiedziałabym, że mam tak odważnego wielbiciela.
   - A poza tym musielibyśmy cię zrzucić ze skały - dodaje jeden z jej towarzyszy i znów wszyscy wybuchają śmiechem.
   Wcale się nie boję. Prawdę mówiąc czuję się tam cudownie. Niezwykłość sytuacji, piękno tego miejsca, oraz nastrój bogów i bogiń bardzo mi odpowiada. Delektuję się wrażeniem, że otaczają mnie istoty, które są mądrzejsze i potężniejsze niż ja. Czuję, że w ich towarzystwie mogę być sobą, że nie czeka mnie już ani nuda ani rozczarowanie trywialnością i głupotą ludzi. Wiem, że zaczęła się dla mnie nowa, niesamowita przygoda.

Koniec snu
 

Friday, 2 December 2016

Krótkie 01

   Plan na weekend:
   Dziś po pracy: mega sprzątanie, mopowanie, wypranie (wreszcie) pościeli, na kolacje kotlety sojowe z pure ziemniaczanym oraz kilka odcinków Friendsów przy butelce wina.
   Jutro: zakupy w lidlu i tourne po ciucholandach w poszukiwaniu ciepłych swetrów, kalesonów i rękawiczek.
   Niedziela: ?

Tuesday, 29 November 2016

Krótkie 666

   Jeden z tych dni. Wrażenie zmarnowanej szansy, straty, tęsknoty, bezsensu, samotności. Obejrzałem ostatni odcinek Walking Dead, ale serial nie pozwolił się wyłączyć, dopiero książka trochę uspokoiła. Ciągle czytam Cobena. Facet ma spory dorobek, starczy na długo.
   Kiedy wynajdę maszynę czasu, wszystko naprawię. Wymażę błędy, przywołam uśmiech na twarzy, z której go brutalnie starłem, nie pozwolę, żeby zgniłe pnie zawaliły ścieżkę, powstrzymam swoją rękę przed zatruciem rzeki, nie rozgniewam starożytnych bogów, naniosę drewna do kominka i tym razem ogień nie zgaśnie i krasnale nie zamarzną na śmierć w swoich puchowych pierzynach, zabiję złą Czarownicą, a Jaś i Małgosia znajdą drogę do domu.
   Tęsknię za utraconym rajem.

 

Upadate z następnego dnia: uff, weltschmerz zelżał...