Thursday, 30 April 2009

Z życia mnicha 1.



W latach 1996 – 1999 byłem mnichem. Spędziłem te kilka lat w aśramie Kryszny, poszukując siebie i Boga, próbując znaleźć sens życia, przyjaciół, mistrza i spokój. Był to wspaniały, mistyczny czas, choć nie brakowało w nim zmagań, trudności i wątpliwości – jaka jednak ścieżka duchowa może być pozbawiona tych rzeczy? Zapraszam do wspólnej podróży...


1. Poranek.


Jak codziennie, obudziły mnie ciche głosy i człapanie bosych stóp. Gdzieś w innym pokoju zaterkotał budzik. Ktoś zwijał śpiwór, ktoś inny zahaczył mnie karimatą. Z odległej świątynki płynęły melodyjne i ledwo słyszalne dźwięki dzwoneczka, który przegrywał jednak z coraz głośniejszym pluskiem wody, dobiegającym z łazienki obok. „Ale bym jeszcze pospał” – zdążyłem pomyśleć, kiedy ktoś włączył światło. Otworzyłem oczy. Dookoła krzątali się moi współtowarzysze. Mnisi o całej palecie twarzy – poważnych, rozespanych, uśmiechniętych, nieobecnych, skoncentrowanych. Gdyby zjawił się teraz tutaj ktoś z ulicy, doznałby szoku. Ogolone głowy, z potarganym wiechciem, sterczących z czubka głowy, włosów, dźwięk nieznanych modlitw, obce symbole, malowane na ciele grudką białej, mokrej glinki… Dla mnie była to jednak codzienność, pełna swojskości i normalności.

Wreszcie usiadłem i spojrzałem na leżący obok poduszki zegarek. 3:50. Mógłbym jeszcze z dziesięć minut pospać, ale wiedziałem, że wcale nie będzie łatwiej wyrwać mi się wtedy z uchwytu snu. Wyczołgałem się ze śpiwora, złożyłem pokłon i wyszeptałem poranną modlitwę, którą zawsze witałem dzień.

Część chłopaków jeszcze spała, ale już za chwilę, z podłogi miały zniknąć ostatnie karimaty. Podreptałem do łazienki i zacząłem spłukiwać z siebie resztki porannego otępienia. Z każdym dzbankiem chłodnej wody, który wylewałem na siebie, czułem się coraz trzeźwiejszy. Choć pierwsze wrażenie nie było raczej przyjemne i zwykle kusił mnie kurek z gorącą wodą, to wiedziałem, że jeśli nie ulegnę, wyjdzie mi to tylko na zdrowie. Kiedyś nikt nie namówiłby mnie na zimny prysznic; wyrzeczenia kojarzyły mi się jedynie z suchymi pustelnikami, którzy porzucając świat, stracili gdzieś po drodze człowieczeństwo. Dopiero tutaj zdałem sobie sprawę, jak ożywcze może być świadome odrzucanie wygód i ile radości daje przezwyciężanie swoich słabości.

Za oknem było jeszcze ciemno. Listopadowy świt dopiero później miał przywitać mnie szarym, deszczowym niebem i nagimi gałęziami lip oraz jesionów. Jak na razie, czarna szyba oddzielała nas od świata na zewnątrz. Po tej stronie rzeczywistości było ciepło, przyciemnione światło rozlewało się po całym budynku złocistym blaskiem, a ciche, krzątające się postacie mnichów, napawały mnie otuchą.

Po kąpieli, założyłem szafranowe dhoti, namalowałem na czole tilak** i jako, że było już prawie w pół do piątej, zbiegłem po schodach, do świątynki na parterze.

Świątynią był duży pokój, dawniej sala bilardowa i dyskoteka, o czym świadczyły, ciągle wyraźne, zagłębienia w drewnianym parkiecie, pozostawione po butach na wysokim obcasie. Nikt pewnie nie przypuszczał, że dom schadzek, zamieni się kiedyś w hinduski aśram. Teraz, zamiast pijanych biznesmenów i wymalowanych, płatnych dziewczyn, pokój zapełniali spokojni, poważni mnisi, których ledwie było widać, w przytulnym półmroku pomieszczenia.




Kiedy wszedłem do środka, świątynka była już pełna. Po lewej stronie, prawie niewidoczne, stały kobiety, owinięte w kolorowe sari i czadary. Część z nich skromnie opuściła oczy, reszta z oczekiwaniem spoglądała w kierunku zasłoniętego jeszcze ołtarza. Mężczyźni, szczególnie ci młodsi, starali się ostentacyjnie nie patrzeć w stronę dziewczyn. Większość stała w milczeniu, czekając na rozpoczęcie modlitw. Niektórzy, przewracając w ręku korale, prawie bezgłośnie intonowali mantry.

Rozejrzałem się, próbując wypatrzyć swoich rówieśników. W kącie, pod ścianą zobaczyłem Sebastiana i Bartka, przecisnąłem się więc w ich kierunku, starając się nie rozpychać za bardzo. Przywitaliśmy się uśmiechami. Bartek wyszeptał mi na ucho, że za cholerę nie mógł wstać i gdyby Martanda*** nie zwlókł go z łóżka, pewnie spałby smacznie przynajmniej do siódmej. Spytałem cicho kiedy jedzie do domu, żeby trochę odpocząć, ale nie zdążył mi odpowiedzieć, ponieważ Vanamali przyłożył palec do nosa i syknął na nas karcąco. „Później pogadamy” – rzuciłem jeszcze, kiedy rozległ się dźwięk konchy.

Wstrzymałem oddech, wpatrując się w kurtynę, która zasłaniała mały ołtarzyk w rogu. Pujari**** zadąwszy w konchę trzy razy, odłożył ją na mały stolik i wreszcie, jak co rano, zaczął powoli odsuwać zasłonę. Złote światło zalało pokój i wszyscy złożyliśmy pokłon. Leżąc na podłodze, zamknąłem oczy i wyszeptałem modlitwę, prosząc Najwyższego o opiekę oraz o to, żebym czuł Jego obecność przez cały dzień. Jak każdego dnia o tej porze, czerpałem radość z poczucia niezwykłości i szczególności tego momentu. Czułem dumę i lekkość, myśląc, że jestem tutaj i najbliższe parę godzin spędzę na modlitwie, otoczony duchowymi astronautami, jak ja sam.

Ktoś zaczął śpiewać. To Viśvarupa, swoim lekko chrypiącym głosem, rozpoczął poranną pieśń. Viśvarupa nie śpiewał zbyt dobrze, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Była to stara pieśń, mówiąca o tym, jak bardzo potrzebujemy pomocy, że świat jest płonącym lasem i tylko deszcz może ugasić ten pożar. Po chwili wszyscy dołączyliśmy do niego i kołysząc się delikatnie, powtarzaliśmy za nim mądre słowa, napisane kilkaset lat temu, przez indyjskich mędrców.

Jak co rano musiałem walczyć ze snem, i jak co rano próbowały mnie obleźć nachalne urywki myśli: obrazy z przeszłości, plany na przyszłość, że czeka mnie dentysta, że zostało mi w szafce jeszcze trochę słodyczy z niedzielnej uczty, że się nie nadaję, brązowe oczy nowej mieszkanki aśramu…

Melodia zaczęła nabierać coraz większego tempa. Dźwięk bębnów, dzwoneczków i słowa pieśni pozwoliły mi w końcu wzbić się ponad szum umysłu. Razem z innymi zacząłem kołysać się coraz szybciej. Bartek stanął z boku. Mogłem widzieć, że nie czuje się dziś najlepiej. Uśmiechnąłem się do niego i pomachałem przyjaźnie ręką. Odpowiedział niechętnym ruchem głowy, próbując ukryć zmieszanie pod nonszalanckim uśmiechem.

Kołysanie niezauważalnie przeszło w ognisty taniec. Z imionami Boga na ustach skakaliśmy, jak nam się wydawało, prawie pod sam sufit. Objęliśmy się z Marcinem i Sebastianem za szyje i zaczęliśmy wirować jak szaleni, nie potrafiąc powstrzymać wesołego śmiechu. Byliśmy młodzi, zdrowi i przede wszystkim wolni. Wiedzieliśmy, że tam za oknem, cały świat pogrążony jest jeszcze w ciemności snu, ale tutaj, w tym pachnącym kadzidełkami i potem miejscu, pełnym kolorowych, uśmiechniętych ludzi, panował już dzień. Uwielbiałem ten moment porannego wariactwa, kiedy radość istnienia wylewała się z nas w sposób niekontrolowany, kiedy muzyka i taniec w słodkim crescendo, pozwalały dotknąć czegoś niezwykłego, w nas samych, w środku, do czego zwykle nie mamy dostępu. Czystą jaźń, pełną blasku, światła i miłości, którą od tysięcy lat próbują poznać i opisać mędrcy, jogini, święci, Chrześcijanie, Muzułmanie, wolni strzelcy…

Kiedy pieśń umilkła, złożyliśmy pokłon, znów przywołując modlitwą boską opiekę i pomyślność. Po chwili umilkł dźwięk głosów i wszyscy podnieśli się na nogi, wycierając spocone czoła rąbkami dhoti lub sari. Wymknąłem się jeszcze do łazienki i po chwili wróciłem, żeby oddać się cichej, tym razem, modlitwie.

Usiadłem wygodnie przed ołtarzem i wpatrując się w Bóstwo, wziąłem do ręki korale. Po chwili mój szept dołączył do szeleszczącego chóru reszty mnichów. Czerń za oknem zaczęła nabierać szaro - brunatnych odcieni. Byłem już w stanie rozróżnić kształty drzew i budynków, choć jeszcze przynajmniej godzina dzieliła nas od świtu. Starałem się jednak nie wybiegać myślami tak daleko. Teraz stałem się samotną iskrą, na szczycie wysokiej góry, skąd mogłem cicho wołać, prosząc o światło. Moja modlitwa stopiła się z dźwiękiem, pierwszego tego dnia samochodu, krakaniem wrony i cichym bębnieniem deszczu o szybę. Wreszcie byłem tu i teraz.



*dhoti - tradycyjny strój męski noszony w Indiach składający się z upiętego w pasie kawałka materiału (bawełna, jedwab). Dhoti występuje zwykle w jasnych kolorach (białym, szarym, jasnobrązowym, żółtym itp.). Kolor szafranowy zarezerwowany jest dla mnichów żyjących w celibacie

** tilak - w hinduizmie jest to znak na ciele, głównie na czole, przeważnie z glinki lub papki sandałowej, pozwalający odróżnić tradycję, do której należy właściciel tilaki. Glina niezbędna do wykonania tilaki wydobywana jest ze świętej rzeki lub jeziora.

***Martanda – adepci duchowi, w ścieżkach wywodzących się z Hinduizmu, często, w czasie inicjacji, otrzymują nowe imię, co symbolizuje rozpoczęcie nowego życia.

****pujari – kapłan w świątyni.

c.d.n.


4 comments:

  1. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :). Bardzo fajny pomysł.
    Pokłony!!
    Łukasz

    ReplyDelete
  2. Naprawdę masz dar, pisania takich dzienników.
    Pokłony!
    Ania:)

    ReplyDelete
  3. Jestem pod wrażeniem. Chciałbym wiecej, zastanawiam sie co to zamiejsce?

    ReplyDelete
  4. To świątynia w Krakowie na Podedworzu. Więcej może kiedyś będzie. Jeśli chcesz to tutaj jest sporo podobnych klimatów: http://duchwsztruksach.blogspot.com/

    ReplyDelete