Tuesday, 28 April 2009

Wspomnienia z Granady - 2009.




Wspomnienia z Granady - 2009.

(fragment z "Byli też ciemnoocy...")


Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód.


Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy tam dotarłem, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc, całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.



Myślę, że mogłem wtedy lepiej skorzystać ze spędzonego tam czasu. Po pierwsze, w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko dziesięć euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.


Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż pięć euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.


Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie.



Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.


Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.


Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty, dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.



- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.

Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.

- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.

Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.


Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu dziesięć euro.

- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.

Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.


Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni przed naszym spotkaniem. Pierwszy raz zobaczyłem go na dworcu w Maladze, kiedy czekałem na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.


Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi jak znalazł się na dnie. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.


Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.


Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.

- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!

Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.

Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.


2 comments:

  1. Dobrze jest mieć zapisaną swoją własną wersję "on the road". Mam nadzieję, że będzie ciąg dalszy? (zeszyt na ostatnim zdjęciu wydaje się dość pokaźny :)
    Piękne zdjęcia.

    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  2. Tutaj jest całość: http://garsc-drobnych.blogspot.com/2009/03/normal-0-21-false-false-false.html
    a tutaj reszta zdjęć: http://garsc-drobnych.blogspot.com/2009/04/zdjecia-z-granady-marzec-2009.html

    Właśnie dlatego postanowiłem powrzucać fragmenty; żeby oryginalny tekst nie zginął w zapomnieniu:)

    ReplyDelete