Saturday, 30 May 2009

Bristolski tren



Bristolski tren

Choć tytuł poważny, to ten tekst jest zwykłym żartem, choć jak można zobaczyć, z pewnością zabarwionym lekką dozą goryczy. Dostało się dziś Anglikom ode mnie:). Generalnie jednak mój pesymizm nie jest aż tak kliniczny jak wynikałoby z tego tekstu. Ot czasami trzeba sobie ponarzekać:). Choć tyle z mojego dzisiejszego wypadu do parku.

Słońce pokolorowało Bristol na złoto-zielono. Westbury Park, choć pełen Anglików, nabrał letniego uroku. Turkusowe niebo przecinane było od czasu do czasu przez jaskrawo-kolorowe latawce, do których przyczepieni byli ludzie, ślizgający się na napędzanych wiatrem deskorolkach.

Widać też było smużki dymu z jednorazowych grillów. Poczerniałe, nad ranem zostaną pozbierane przez śmieciarzy.

Ostatni dzień weekendu zwykle jest dla mnie bezowocnym sprintem, kiedy próbuję złapać i choć przez chwilę utrzymać w dłoni umykające momenty. Trzymam je delikatnie w rękach, jakby to były motyle, czując delikatne trzepotanie sekund. Kiedy jednak otwieram klatkę z dłoni, okazuje się, że w środku jest całkiem pusto. Kolejna chwila uciekła. To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie momenty z weekendu od tych z pracy. Kiedy mam dwunastogodzinną zmianę, kawałki czasu obłażą mnie beznamiętnie, jak oślizgłe ślimaki i męczą monotonnym śluzotokiem. Nie ma co ukrywać – nigdy nie polubię idei sprzedawania swojego bezcennego czasu za pieniądze.

Na początku, kiedy znalazłem się w Bristolu, łaziłem do parku, mając nadzieję, że znajdę choć kilka dusz, jak ja szukających kosmicznego kontaktu. (Mówiąc „kosmicznego” mam na myśli zwykłe, czterowymiarowe spotkanie wędrujących po wszechświecie dusz, które utknęły na tej zapomnianej przez Boga planecie.)

Z czasem zdałem sobie sprawę, że w tym kraju nie wylądowało zbyt wielu rozbitków i większość żyznej, angielskiej ziemi zajmują zadowoleni tubylcy. Uprzejmych, zdystansowanych tuziemców nie interesują dziwaczni kosmici, o barbarzyńskich akcentach. Rzadko który spyta z jakiej jesteś planety. „Łatwiej ci się tu żyje?”, „U was pijecie wódkę, aren’t you?”, A! Byłem w Krakowie!”. Możecie być pewni, że zwykle nie interesują ich odpowiedzi. Anglicy już tak mają.

Wrócę lepiej do natury. Siedziałem w kaczeńcach. Kiedy byłem mały, mama zawsze ostrzegała mnie, żebym nie dotykał kaczeńców, bo jeśli to zrobię, a później przez przypadek dotknę oczu, mogę stracić wzrok. To zabawne, ale nawet teraz, w wieku trzydziestu trzech lat, nikt nie przekonałby mnie, żebym chociaż zbliżył twarz do kwiatu kaczeńca. Nawet nie dotknę drania i choć to łagodny kwiatek, to dla mnie już zawsze będzie miał w sobie coś złowieszczego.

To nie jedyny kwiat, jaki spieprzyła mi mama. Boję się również tulipanów. Kiedy miałem z cztery, albo pięć lat, sąsiadka poprosiła ją, żeby namalowała jej na ścianie ogród pełen tulipanów. W góralskiej wiosce, w latach osiemdziesiątych, malowanie na ścianach motywów kwietnych było bardzo popularnym sposobem ozdabiania domów.

Tak więc mama dostała zamówienie na namalowanie tulipanów. Kiedy sąsiadka od nas wyszła, powiedziała do ojca: „Leszek, ja się boję tych tulipanów.” Nie domyślała się, że sięgający jej do kolan brzdąc, słysząc te słowa, przeraził się aż do szpiku kości. Wyobraził sobie krwiste, tłuste tulipany, które czają się na drewnianych ścianach starych domów, gotowe, żeby na ciebie wyskoczyć i przerazić na śmierć.
No i tak mu już zostało: kaczeńce wypalają oczy, a krwiożercze tulipany to kosmiczne rosiczki, które wzbudzają strach nawet w jednym z dwóch najważniejszych w twoim czteroletnim życiu bogów (tzn. w mamie – czasami nie jestem pewny, czy moje metafory są zrozumiałe.)



Okej, powracając do dnia dzisiejszego: wziąłem ze sobą dwie butelki cydru (o wiele bardziej podoba mi się to słowo od popularnego wśród Polaków na Wyspach spolszczenia „sajder”. W sumie nie wiem, czy oprócz mnie ktoś jeszcze mówi „cydr”) i trochę tytoniu.

Najpierw usiadłem pod miłymi krzakami, w których cieniu mogłem się schować, ale wkrótce dosiadła się przeraźliwie głośna rodzinka. Nawet nie próbowałem się zaaklimatyzować. Zrezygnowany poszedłem poszukać nowego, niezaludnionego krzaka. Nie było łatwo, zważywszy na tłumy ludzi, nie będących w stanie zdecydować, czy chcą się opalać, czy chłodzić w cieniu.

Wreszcie jednak udało się. Usiadłem pod niedużym jesionem, ulepiłem koślawego skręta (wiatr zwiał mi połowę jego zawartości) i włączyłem „Psią Krew”. Góralskie rytmy, podrasowane dobrym basem, podgrzały mi krew. Chciało mi się wyć na myśl, że parę tysięcy kilometrów stąd, ciągle stoją, nie zwracające uwagi na moją nieobecność, góry, wioski i schroniska, o tej porze roku pewnie już pełne leśnych włóczęgów.

Wypaliłem skręta, napiłem się cydru, trochę pożonglowałem, poczytałem książkę, ale nie udało mi się uciec przed nostalgią.

Zrozumiałem, że muszę uruchomić wibrujący bodhisattvą nadajnik. Strzyknąłem więc odstającym uchem, dostroiłem się do pielgrzymich częstotliwości i wystukałem pustą butelką o rower: „Dziewczyny i chłopaki, dziewczyny i chłopaki, przydałoby się pogadać. Over.”
Poplątały się nagle latawce, gałęzie jesiona zostały przygniecione prawie do samej ziemi podmuchem nieoczekiwanego wiatru, a dwóm, tłustym Angielkom zwiało z obfitych piersi staniki.
- Cześć Marcinsen.
Przede mną stał chudy, długowłosy chłopak. Dopiero kiedy odwrócił się do mnie profilem, zobaczyłem, że włosy wyrastały mu tylko z jednej połowy głowy; druga była ogolona na łyso. Widać było, że jest trochę speszony swoją ekstrawaganckością. Stał lekko przygarbiony, nie wyciągając rąk z kieszeni. Zobaczyłem, że na grzbiecie ma skórzaną papę (jak kiedyś mówiło się na punkowe, czarne, łuszczące się kurtki).
- Cześć koleżko – odpowiedziałem, po czym tknięty przeczuciem, dodałem – Odwróciłbyś się na chwilę?
Tak jak myślałem, na plecach napisane było białym sprayem: „Sid OK.”
- Skąd masz tę kurtkę? – spytałem lekko zaniepokojony.
Chudzielec odgarnął sobie z twarzy wyraźnie tłuste włosy.
- Marcinsen, nie rób sobie jaj. Przecież ja to ty. Nie mów, że wszystko zapomniałeś?
Przyjrzałem się mu uważniej. Rzadki wąsik, wątła klatka piersiowa, zamiast glanów przerobione opinacze, które choć jakbym się nie starał, nigdy nie miały przypominać martensów.
- Punio?



- No jasne – powiedział i usiadł obok mnie, ocierając z czoła pot.
- Nie za gorąco na taką kurtkę? – spytałem wskazując na grubą, sztywną skórę.
- Marcinsen, wiesz, że mnie niepokoisz?
- Co?
- Przecież powinieneś pamiętać. Punio nigdy nie ściąga papy ani glanów. Nawet w środku lata, kiedy większość ludzi siedzi nad rzeką w samych majtkach.
Z tym nie mogłem się kłócić. Punio nie ściąga papy. Kropka.
Mój gość popatrzył łakomie na dwie, tłuste dziewczyny, które wcale nie przejęły się brakiem staników.
- Jak się tu bawisz? – spytał.
Rozejrzałem się dookoła.
- Niezbyt.
- No co ty? Wygląda, że to całkiem miłe miejsce. Słońce, zieleń, to – wskazał głową na Angielki.– Przyroda, relaks, oprócz tego masz pracę, dziewczynę. Wydaje się, że dobrze się urządziłeś.
Skrzywiłem się.
- Co ty, Punio. To wszystko iluzja. Tak naprawdę równie dobrze mógłbym siedzieć na pustyni. Nie wiem co stało się tym ludziom, ale już dałem sobie spokój z próbowaniem nawiązania kontaktu. Jakieś kalectwo emocjonalne.
- Poważnie? – zapytał z powątpiewaniem. Popatrzyłem na niego poirytowany. Jednak drażnił mnie tak samo jak kiedyś.
- Nie wierzysz? W porządku. Widzisz tamtą grupkę? Tam po lewej, obok tego drzewa z czerwonymi kwiatami? - pokazałem palcem.
- Masz na myśli głóg?
- Punio, nie popisuj się. Przecież ja to ty, jak sam mądrze zauważyłeś. Nie masz więc przed kim brylować.
Zaśmiał się lekko zmieszany.
- No dobra, widzę ich całkiem wyraźnie. Wydają się sympatyczni. I co?
- Idź do nich. Przywitaj się, zagadaj.

Moje przeszłe "ja" zmierzyło taksującym wzrokiem kilku opalonych młodzieniaszków, każdy w przeciwsłonecznych okularach i towarzyszące im dziewczyny, wciśnięte, w ciasne, białe szorty. Dziewczyny, jak mogłem zrozumieć z dobiegających nas pojedynczych słów, rozmawiały o tym, który z bohaterów „Lost” jest przystojniejszy.
- Co to jest „Lost”? – zapytał zaciekawiony Punio.
- To jest to, co zastąpi dobre seriale w dwudziestym pierwszym wieku. No ale masz jeszcze trochę czasu, została ci jeszcze większość lat dziewięćdziesiątych i możesz cieszyć się do woli „Archiwum X”.
Długowłosy „ja”, zdecydowanie nabrał powietrza w płuca.
- W takim razie... - Powietrze uszło z niego ze świstem - Ale po co mam do nich iść? - zreflektował się.
- Po prostu przywitaj się, zagadaj, wymień grzeczności, cokolwiek chcesz.
- Przecież nie mówię po angielsku – spróbował się wykręcić.
- Punio, nie pieprz. Jesteś tylko w mojej wyobraźni. Właśnie sobie wyobraziłem, że znasz angielski, chiński i marsjański. Nie masz więc żadnego ekskjuzu.
- Faktycznie! Zrozumiałem co to znaczy „ekskjuz”! – zawołał podekscytowany. Następnie wstał, otrzepał papę z kaczeńców, uważając, żeby śmiertelnie toksyczny, żółty pyłek nie wleciał mu do oczu i z ociąganiem poszedł przywitać się z sąsiadami.

Wszystkie rozmowy ucichły.
- How can I help you? – spytał chłodno przystojny blondyn, odsuwając na czoło markowe okulary.
- Cześć chłopaki i dziewczyny – powiedział zmieszany, ale zdeterminowany, żeby spróbować Punio. – Czy nie spotkaliśmy się czasem na podniebnych szlakach? Pamiętam astralne imprezy i jestem prawie pewny, że widziałem tam wasze twarze...
Odpowiedziała mu niechętna cisza. Nie dał za wygraną. Wyciągnął z kieszeni papy do połowy wypitą butelkę Karo. „Ciekawe, czy jeszcze produkują to wino?” – pomyślałem. Spróbował podać napój dziewczynie siedzącej najbliżej.
- Napijesz się?
Nie wyciągnęła ręki. Nie zrażony kontynuował.
- Za dwa złote ...
- Funty! – podpowiedziałem mu z oddali.
- Za dwa funty – poprawił się – nauczę was ujeżdżać promienie gwiazd. Zobaczycie dalekie krainy, gdzie drzewa rodzą fortepiany, na których grają kosmiczne wiewiórki, a najpiękniejsze dziewczyny... i mężczyźni – dodał szybko, uśmiechając się przepraszająco do chłodno spoglądających Angielek– tańczą fokstrota, do wtóru orkiestry, uratowanej z Titanica, przez kosmitę – melomana...

Cisza stawała się coraz bardziej wroga. Jedna z dziewczyn, ta najbardziej wymalowana dotknęła ramienia swojego towarzysza i zaczęła mu coś szeptać na ucho.
Punio odchrząknął.
- A co z podróżami w czasie, koledzy? – miało to zabrzmieć mocno, ale przeważyła wrodzona wstydliwość i brak charyzmy. – Nie chcielibyście spotkać starożytnych bogów i pić z nimi złociste wino w zbudowanych z białego marmuru świątynkach? A co powiecie na skoczne festyny, w dniach pomiędzy wielkimi wojnami, kiedy ludzie myśleli, że najgorsze mają za sobą i teraz ludzkość będzie się miała już tylko lepiej? Wtedy ludzie wiedzieli jak się bawić... – Zabrakło mu słów i rzucił mi przez ramię bezradne, wołające o pomoc spojrzenie. Wskazał na mnie palcem.
- Sam właśnie przewędrowałem piętnaście lat, żeby spotkać samego siebie i pocieszyć go w potrzebie.
Zawstydzony pokiwałem im niepewnie.
Dziewczyna przestała wreszcie szeptać. Jej chłopak wstał i podszedł do Punia.
- Fuck off – powiedział.

Punio wrócił i usiadł obok mnie.
- Faktycznie ciężko, Marcinsen. Niewesoło.
- Sam teraz widzisz.
- Co ty tu w ogóle robisz? – spytał.
- W parku, czy w ogóle?
- W parku to widzę. Oglądasz dziewczyny w topless i pijesz piwo.
- Cydra.
- Niech będzie cydra. Pytam co robisz tutaj, w Bristolu? Zapewniam cię (i kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć), że jest wiele o niebo ciekawszych i przyjemniejszych miejsc. Przyznam ci się, że wcale nie uśmiecha mi się tu skończyć.
- Wcale nie skończyłem.
- Na pewno? – powiedział sceptycznie.
- Wiesz co? – nie wytrzymałem. – Szukałem kogoś, z kim mógłbym pogadać, a nie chodzącego wyrzutu sumienia.
Anglicy pakowali swoje burgery, komórki, dymiące grille i paletki do badmintona. Rzucali nam przy tym potępiające spojrzenia.
Punio popatrzył na mnie przepraszająco.
- Sorry Marcinsen. Nie mam wyczucia.
Zrobiło się cicho.
- To ja będę już spadał – powiedział, wyciągając do mnie rękę. – Jutro mam klasówkę z polaka.
Uścisnąłem sobie dłoń. Mile zaskoczył mnie mój mocny uścisk.
- To trzymaj się Punio. Uważaj na siebie.
- Dzięki.
- I jeszcze pamiętaj, że w 1995... – Nie dokończyłem.
Punio uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Przecież dobrze wiesz, że aż nie mogę się doczekać, żeby popełnić te wszystkie pomyłki, które na mnie czekają – powiedział, szczerząc do mnie zęby.
Wiedziałem. Dlatego nie miało sensu próbować coś zmienić. Pokiwał mi ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.

Słońce pożarło mój kawałek cienia. Dwie tłuste Angielki znów miały na sobie staniki. Niebo jeszcze bardziej zagęściło się od latawców. „Naprawdę chce ci się to ciągnąć?” – pomyślałem i schowałem notatnik do torby.

Jeśli nie podnosiłbym wzroku za wysoko, to ten kawałek łąki, obok kół roweru, mógłby nawet ujść za Polskę.

30.05.2009, Bristol

Rodzina




W poszukiwaniu skrawków duszy cz.4

Czasami przychodziła do nas Ania, moja mała siostra, nastoletnia intelektualistka, która dodawała nam otuchy swoim bezkrytycznym uwielbieniem naszych osób i dla której w zupełności wystarczyło, że mogła posiedzieć z nami w ciszy, wyczuwając atmosferę azylu, jaką tam sobie stworzyliśmy i słuchając naszych opowieści o egzotycznych miejscach, jak Madryt, Paryż albo Warszawa.

Od czasu do czasu zachodziła też poskarżyć się na życie, albo pijaństwo ojca mama i czasami milkła przyglądając nam się z troską, nie rozumiejąc naszych ścieżek, które ani trochę nie pasowały do obrazu tego, jak według niej powinno wyglądać życie młodego małżeństwa. Z reguły nic na ten temat jednak nie mówiła, wiedząc, że nie posiada niczego, co mogłaby nam zaoferować; jej ciepły i bezpieczny świat komunizmu odszedł w przeszłość i nie miała pojęcia jakie wybory były właściwe teraz. Nie mogła tylko odżałować, że rzuciłem studia i zrezygnowałem tym samym ze spokojnej pracy wiejskiego nauczyciela, którym pewnie mógłbym zostać i przynajmniej raz dziennie nie omieszkała mi tego przypomnieć.

Ojciec raczej nie odwiedzał nas w naszym pokoju, chyba że potrzebował czegoś ze swojej szafki na dokumenty. Myślę, że nie chciał zakłócać nam prywatności, a czasami po ostrym piciu po prostu się nas wstydził. To raczej ja co jakiś czas wynurzałem się z naszego przytulnego gniazda, szedłem do kuchni, siadałem na ławce, obok jego łóżka i wspólnie oglądaliśmy stare westerny z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. To były momenty, w których byliśmy sobie najbliżsi.




Oprócz rodziców i Ani mieszkał z nami jeszcze Łukasz, mój najmłodszy brat, który kiedyś większość czasu spędzał poza domem, surfując po falach młodzieńczych i butnych przygód, pełnych piersiastych dziewczyn, międzywioskowych wojen i honorowych pojedynków, zbyt zajęty pociąganiem z butelki młodości, żeby tracić czas na cztery, nudne ściany i nas, ale teraz wreszcie osiadł na miejscu z Moniką, dziewczyną, którą porwał z domu dziecka. W zamian zdążyła już dać mu małego chłopca.

Szymon, samotnik, urażone, środkowe dziecko wyprowadził się kilka lat wcześniej; włożywszy na siebie białą koszulę, kierpce i góralski kapelusz, zamieszkał w górach, rozdając jedzenie i ludowe nuty. Na kilka lat znalazł swoje schronienie w górskim schronisku, gdzie chciwy pochwał i przyjaźni zbudował sobie swoje własne, kruche jak się później okazało, królestwo.

No i byliśmy też my; cygańska, zdezorientowana para. Tanię złowiłem (a może ona mnie?) pięć lat wcześniej w Krakowie, w hinduskim aśramie, kiedy jej brązowe, śmiejące się oczy i twarz dziecka wyrwały mnie z abstrakcyjnych myśli o Absolucie i sprowadziły z powrotem na ziemię. To przez nią zamieniłem szafranowe szaty i ogoloną głowę, na sztruksy i brodę, ale wcale nie żałowałem. Choć trochę tęskniłem za mantrami o świcie i rozmowami ze starymi mnichami, którzy widzieli rzeczy, o których ja tylko mogłem śnić, to jednak nie zamieniłbym na nic naszych długich spacerów po uliczkach obcych miast, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Lubiłem porównywać się do narratora z „Greka Zorby”, greckiego intelektualisty, który zafascynowany Buddą i jego naukami, poznaje Alexa Zorbę i pod wpływem jego zwierzęcej prawie miłości do życia, wybiera doświadczenie zamiast kontemplacji. W końcu to było tym, co desperacko próbowałem w sobie znaleźć; miłość do świata i ludzi, doświadczenie jedności i zrozumienie co naprawdę oznacza ta afirmacja życia, o której mówi tylu pisarzy. Tania nie była Grekiem Zorbą, ale z pewnością go we mnie obudziła.


c.d.n.

Friday, 29 May 2009

Koniec zimy



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.3

Zima dłużyła mi się tego roku nieziemsko. Śnieg zaczął topnieć już w styczniu, ale szaro-białawe brudne placki nie chciały zniknąć, choć był to już koniec marca. Nagie gałęzie drzew układały się w sieci żył na sinym niebie, a spoglądając przez okno, miałem wrażenie, że mogłem prawie dotknąć zabłoconych melancholią wzgórz, ochlapanych płachtami brudnego śniegu. Niechlujnie rozrzucone traktory szpeciły i tak szpetne wilgotne podwórka, pilnowane przez postrzępione, obojętne kundle. Czułem się tak, jak kiedyś, kiedy nie byłem tutaj tylko gościem, ale kudłatym nastolatkiem, uwięzionym w zapomnianej przez Boga górskiej wiosce, który nie licząc na ratunek, zamknął się w czterech ścianach swoich młodzieńczych, eskapistycznych fantazji, taniego wina i (o zgrozo) okazyjnego woreczka z klejem, dopóki odważne, nieprzemyślane i lekkomyślne decyzje nie rzuciły go poza granice znanego mu świata.

Tak wyglądało to kilkanaście lat wcześniej. Tym razem ta mała wioska i stary, pohabsburski dom stały się zimowym schronieniem dla mnie i mojej małżonki, gdy zawinęliśmy tam po kilkumiesięcznej włóczędze po Europie. Zjawiliśmy się bez pieniędzy i bez pomysłów na przyszłość, skuliliśmy się przy złocistym kominku i zawinąwszy się w grube koce, patrzeliśmy w pląsające płomienie, zabijając czas lekkimi rozmowami z bliskimi i czytaniem starych książek, którymi mój ojciec i w sumie przez kilka lat również ja, zapchaliśmy każdy wolny kąt. Tania zaczytywała się opowieściami o rzymskich cesarzach, z książek Krawczuka i Roberta Gravesa, ja natomiast zakopałem się w stosach pożółkłych numerów Fantastyki i w książkach Bradburego, Strugackich i Bułyczowa, które znałem tak dobrze, że najprawdopodobniej mógłbym sam napisać je od nowa.

c.d.n.

Thursday, 28 May 2009

Noc w namiocie



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.2

Wiatr nie przestawał wyć ani na chwilę i miałem wrażenie, że to jakiś olbrzym śmieje się ze mnie, spoglądając z góry na mój mały, potargany śnieżną wichurą namiot. Oczywiście to było głupie; przecież nikt nie byłby w stanie zobaczyć niczego w środku tej ciemnej, chłostanej deszczem i śniegiem nocy.

Lodowaty i mokry całun namiotu, pod ciężarem śniegu opadł w końcu na moje policzki i zanurzony w mokrych zwojach śpiwora, który zamiast grzać, wysysał ze mnie resztki ciepła, powoli zaczynałem panikować. Nieraz czytałem o podróżnikach, którzy spotkali swój koniec gdzieś daleko, na lodowych pustkowiach Arktyki, albo ośnieżonych szczytach Himalajów, ale przecież to był już koniec marca, na łące pod Gorzowem Wielkopolskim, a nie środek podbiegunowej zimy. Mimo to zaczynałem się trochę bać. Po raz kolejny sięgnąłem po małą latarkę, ukrytą pod zwiniętym swetrem, który służył mi za poduszkę (również przesiąknięty już wodą) i zerknąłem na zegarek. 2:45. Naprawdę minęło tylko pięć minut?!

Zgasiłem latarkę i bez nadziei na sen, podciągnąłem kolana pod brodę, próbując choć trochę się ogrzać. Chciało mi się płakać i miałem za złe temu komuś, kto co i rusz wymierzał mi policzek mokrym, targanym podmuchami wiatru brezentem namiotu. Choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma tam na zewnątrz nikogo – jedynie parę drzew, niezbyt odległa szosa i cholerna, niespodziewana ulewo-śnieżyca, to jednak jakaś atawistyczna, pierwotna cząstka mojej świadomości, której istnienia do tej pory nawet nie podejrzewałem, wyobrażała sobie, stojącą za tym wszystkim, potężną istotę, która cieszyła się, że jakiś osioł postanowił porzucić przytulne objęcia cywilizacji i z beztroską tarotowego Głupca, oddał się w ofierze złośliwym bóstwom lasu.

Zmęczony zimnem, strachem i samotnością stałem się przesądnym neandertalczykiem, outsiderem, który szukając chwały i wolności, porzucił swoje plemię, ale którego odwaga stopniała w zetknięciu z bogami natury; okrutną Panią Śniegu, szalonym Markizem Deszczem i nieobliczalnym Baronem Wyjącym Wiatrem i teraz kulił się on w płytkiej jamie, niczym głupi, wystraszony zając.

Tamtej nocy, zostałem obdarty z romantyzmu, arogancji, nonszalancji oraz zadufania i stałem się nagim, płaczącym dzieckiem natury, przerażonym zbyt bliską obecnością swojej matki. To nie było miłe doświadczenie, ale z całą pewnością każda minuta spędzona wtedy w moim nadtopionym, miniaturowym, klaustrofobicznym namiociku była warta więcej niż rok na niejednym uniwersytecie. A przecież był to dopiero początek atrakcji, które miały mnie spotkać w czasie tej podróży.

c.d.n.

Wednesday, 27 May 2009

Pożegnanie z Miastem Jastrzębi



Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu.
(fragment z "Byli też ciemnoocy")


Żegnając się z moim hotelikiem w Granadzie, pożegnałem się też z urlopowym paleniem fajek. Wrzuciłem do śmieci pozostały tytoń, bibułki, oraz filtry i powiedziałem do siebie trzy razy: „Nie jestem palaczem”, żeby w ten sposób utożsamić się z moim niepalącym „ja”. Mogłem podziwiać Hiszpanów za ich beztroskę w podejściu do palenia, która odzwierciedlała całokształt ich podejścia do życia, mogłem im nawet tego zazdrościć, ale miałem za dużo zdrowego rozsądku, żeby oddać się tej zdradliwej kochance, której tak bezgranicznie ufają Hiszpanie.

Następnie zarzuciłem na plecy mój bagaż, postawiłem na stoliku pożegnalny list i poszedłem w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z żalem parkom, piekarniom, Marokańczykom, pięknym, smagłym dziewczynom, skuterom i po raz ostatni wciągając głęboko w płuca pachnące kwiatami i porannymi spalinami granadyjskie powietrze.

* * * * * * * * *

Wysiadłem z autobusu w Maladze, z dotkliwym uczuciem głodu. Rozpocząłem więc bezowocny tur po biurach informacji turystycznej, gdzie zwykle w odpowiedzi na pytanie o restaurację wegetariańską, dostawałem zmieszane, puste spojrzenia i próby skierowania mnie do zwykłej restauracji, gdzie „na pewno mają dania dla wegetarian”. W końcu poszedłem do kafejki internetowej i wkrótce znalazłem kilka miejsc, gdzie mógłbym zjeść dosyć tanio.

Zdecydowałem się na tajski bufet, na C/Peregrinos. Jedzenie było ok., choć nie jestem fanem dalekowschodniej kuchni, która jest dla mnie trochę mdła. Za to obsługa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Starszy pan, właściciel restauracji zajął się mną, jakbym odwiedził go w jego własnym domu i łamanym hiszpańskim zaczął opowiadać mi o chwałach wegetarianizmu i o tym, że świat potrzebuje zmiany.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu poprosiłem o deser. Gospodarz zdziwił się, że zjadłem tak niedużo (a zjadłem normalny, porządny obiad) i próbował namówić mnie na (gratisowe) dokładki. W końcu dał za wygraną i przyniósł mi deser, plus herbatę na koszt domu.

Kiedy powiedziałem mu, że jedzenie było przepyszne, bardzo się ucieszył i z dumą zaczął wołać coś do swoich pracowników.

To było na prawdę miłe doświadczenie szczerej gościnności i uprzejmości, tak różne od chłodnego profesjonalizmu z północy Europy, gdzie w jakimś chorym zaprzeczeniu domowości i swojskości, najważniejszy jest przyklejony uśmiech, oficjalność i dystans pomiędzy gośćmi, a „gospodarzami”.

Syty i zadowolony, chciałem odwdzięczyć się za przemiłą obsługę napiwkiem. Skośnooki gospodarz jednak zdecydowanie odmówił, a kiedy dowiedział się, że szukam taniego hotelu, zostawił swoim podwładnym jakieś wskazówki i wyszedł ze mną, żeby zaprowadzić mnie do najtańszego hotelu, który znajdował się kilka ulic dalej, po czym życząc mi szczęścia, wrócił do swojej pustej, niedocenionej restauracji.



Ostatecznie nie zatrzymałem się w tamtym hotelu. Pokój był ciasny, ciemny i obleśny. Hospitalero, mówiący z rosyjskim akcentem, smażył w swoim pokoju, na kuchence gazowej jajka sadzone na boczku, a na stole stała butelka wódki. Pół godziny później zawinąłem do Pension Costa Rica, gdzie za dwadzieścia euro miałem spędzić moją ostatnią noc w Hiszpanii.

* * * * * * * * *

Nie byłem w nastroju do zwiedzania, zostawiłem więc miasto za sobą i rozłożyłem się na plaży, żeby posłuchać szumu fal i odpocząć od wrażeń. Choć było słonecznie, to jednak ciągle był to marzec i poza kilkoma śmiałkami, większość ludzi trzymała się z daleka od wody (która jak przypuszczałem miała temperaturę Bałtyku w sezonie letnim).

Był to ostatni dzień mojej wycieczki. Czułem się zmęczony i po kilku dniach włóczenia się po ulicach, poznawania nowych ludzi, miejsc, czyli tego wszystkiego, za czym tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, teraz marzyłem jedynie o swojskim, znajomym domu, z czekającą tam Tulasi.

Zawsze tak jest. Zmęczony codzienną rutyną, pracą, każdego dnia tymi samymi twarzami, człowiek zaczyna marzyć o oderwaniu się od tego wszystkiego i o przygodzie.
Zostawić za sobą znajomy świat i zanurzyć się w ulicach, rozbrzmiewających obcymi dźwiękami, gdzie nie dostrzegają nas twarze, inne niż te, które nie dostrzegają nas w mieście rodzinnym.

Czasami marzy nam się, żeby z podnieceniem i otwartością dziecka, obudzić się pewnego dnia w obcym mieście. Chciwy jego darów i świadomy swojego uprzywilejowanego statusu gościa, człowiek najpierw poddaje się odurzeniu. Wszystko jest inne; ulice pachną inaczej, kawa smakuje inaczej, ludzie reagują inaczej, dziewczyny są piękne w inny sposób.

Dumny, że dzielisz język (a przynajmniej próbujesz) z tubylcami, dźwięcznie i głośno naśladujesz, albo nawet tworzysz fantazyjny akcent i używasz soczystych zwrotów, których kiedyś nauczyłeś się z nadzieją, że pewnego dnia będziesz mógł się nimi popisać.

Pijesz poranną kawę z mlekiem, w małej kafejce, czytając miejscową gazetę i wyobrażając sobie, że jesteś mieszkańcem tego obcego, tajemniczego miasta, a wieczorem zawierasz znajomości z przypadkowymi ludźmi (zawsze kierując się instynktem).

Później pijecie wino, rozmawiając o swoim życiu, jakbyście znali się od lat. Czujesz się wolny i szczególnie na początku, te kilka dni wakacji wydaje ci się wiecznością. Takie zauroczenie może przetrwać kilka dni, tygodni, raczej rzadko kilka miesięcy, choć wszystko zależy od osoby; jej entuzjazmu, fantazji i wytrzymałości.

Ja jestem krótkodystansowcem i kiedy nie dzielę swojej podróży z Tulasi, to już po kilku dniach, zasypany wrażeniami, atrakcjami i innością zaczynam czuć przesyt i niepokój.

Próbuję z tym walczyć i mimo utraty entuzjazmu, ciągle staram się czerpać ile się tylko da z tego czasu, który mi został, ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że to już. Podano mi wspaniały posiłek, na który rzuciłem się jak głodomór, ale dość szybko się najadłem i choć było przepyszne, to więcej już nie zmieszczę.

Myślę, że ma to swoje plusy. Po pierwsze wiedziałem, że to, czego udało mi się doświadczyć, wzbogaciło mnie; urodziłem kilka dobrych myśli, dowiedziałem się nowych rzeczy, usłyszałem parę dobrych historii, spotkałem kilka ciekawych osób, tak więc nie byłem rozczarowany. Po drugie nie czułem już tego zmęczenia Bristolem, pracą i codziennością. Wręcz przeciwnie – swojska, ciepła codzienność nabrała znowu blasku i cieszyłem się, że od jutra znowu będę w domu i być może w niedzielę pójdziemy puszczać latawiec.

Natomiast ten urlop w Granadzie poleży chwilę na szafce, pomiędzy starymi dziennikami, tam dojrzeje, nabierze blasku szlachetności, który przychodzi z czasem, a za parę miesięcy, czy lat będę mógł przeżyć ten tydzień jeszcze raz, w swoim pokoju, ze znajomą muzyką z głośników i z bliską osobą obok mnie, jak przystało na prawdziwego domatora.

Lista wieczorna:

1. Nie lubię Malagi. Już kiedy byłem tu ostatnio, nie przypadła mi do gustu. Głośna i arogancka.

2. Choć lubię szelest fal i widok morza, to lubię to tylko przez chwilę. Po pewnym czasie, jako prawdziwy góral, zaczynam jednak czuć się na plaży nieswojo.

3. Poprosiłem hospitalero o czystą pościel i się obraził.

4. Cieszę się, że kiedy jutro wrócę do domu, będę miał jeszcze całą sobotę wolną.

5. Zastanawiałem się, czy zostać na noc w Maladze, czy też pojechać do świątyni Kryszny w pobliskiej Churrianie.

6. Pościel naprawdę była brudna, w przeciwnym wypadku nie sprawiałbym dziadkowi przykrości.

7. Karczochów mam dość przynajmniej na rok.

8. Za oknem kołysankę śpiewają mi samochody, autobusy, skutery, głośne dzieciaki, klaksony, muzyka z baru, ale jednak nie męczy mnie to tak bardzo, jak się obawiałem. Kiedyś w Warszawie mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulicę. Z czasem, ciężko było już zasnąć bez jej melodii.

Friday, 22 May 2009

Ulica szarlatanów - K. I. Gałczyński

Dziś jeden z przyjaciół przesłał mi trochę zdjęć, z pikniku, który odbył się kilka lat temu. To był dzień, kiedy widzieliśmy się ostatni raz, przed jego podróżą dookoła świata, która ciągle jeszcze trwa. Lubię łączyć zdjęcia z tekstem i szperając w twórczości Gałczyńskiego, natrafiłem na ten wiersz. W sumie to nie ma on nic wspólnego z nastrojem tamtego dnia, ale z drugiej strony... czasami też jestem szarlatanem i otaczają mnie szarlatani ;).

Ulica szarlatanów


K. I. Gałczyński

Szarlatanów nikt nie kocha.
Zawsze sami.
Dla nich gwiazdy świecą w górze
i na dole.
W tajnych szynkach piją dziwne
alkohole.
I wieczory przerażają
bluźnierstwami.

Wymyślili swe tablice
szmaragdowe.
Krwią dziewicy wypisali
charaktery.
Strachy w liczbach: 18,
3 i 4.
Przeklinamy Jezu-Chrysta
i Jehowę.

Szarlatani piszą księgi
o papieżach.
Zawsze w nocy mówią źle o
Watykanie.
Zawsze w nocy słychać szklane,
szklane łkanie:
płaczą gwiazdy zaplątane
w szkła na wieżach.

Kiedy miesiąc umęczony
wschodzi na nów,
alkohole z przerażenia
drżą słodyczą.
Nie pomogą alkohole:
W nocy krzyczą
łzy fałszywe szmaragdowych
szarlatanów.

Bardzo cicho i boleśnie
jest nad ranem.
Dzwonią dzwony, świt pochyla
się w pokorze.
Odpuść grzechy szarlatanom,
Panie Boże,
wszak Ty jesteś takim samym
szarlatanem.
























zdjęcia autorstwa Marka Townera

Piaskiem malowane.

Wonderful World.

Znów trochę wizualnej poezji:

Thursday, 21 May 2009

Zorba odźwiernym.



Ale Zorba ani drgnął, stał nieruchomo i patrzył na mnie:

— Posłuchaj, co ci powiem, szefie. Przejrzałem twoje zamiary. Teraz, gdy mówiłeś, miałem, jak to nazywają, objawienie i zrozumiałem!

— Więc jakie mam zamiary, Zorbo? — spytałem zaintrygowany.

— Chcesz wybudować klasztor, w którym zamiast mnichów umieścisz kilku podobnych do siebie gryzipiórków, żeby pisali dniem i nocą swoje bazgroły. A potem, jak się to widzi na niektórych świętych obrazach, z ust waszych wyjdą drukowane wstęgi. No co, odgadłem?

Zasmucony spuściłem głowę. Oto moje dawne, młodzieńcze, wspaniałe sny — jak skrzydła oskubane z piór... Naiwne, szlachetne, wzniosłe marzenia: zorganizować intelektualną wspólnotę, zamknąć się wraz z dziesiątką przyjaciół — muzykami, malarzami, poetami — pracować cały dzień i spotykać się tylko wieczorem, aby razem zjeść posiłek, śpiewać, czytać wspólnie i razem omawiać ważne problemy ludzkości, burząc tradycyjne poglądy. Sporządziłem nawet regulamin takiej wspólnoty, znalazłem także pomieszczenie w górach Hymetu u świętego Jana...

— A jednak zgadłem! — rzekł Zorba zadowolony, że milczę.
— Zgadłeś, Zorbo — odparłem z ukrytym wzruszeniem.
— Mam tedy do ciebie tylko jedną prośbę, świątobliwy przeorze: Uczyń mnie w tym klasztorze odźwiernym, abym mógł od czasu do czasu przeszmuglować do świętego miejsca coś z zewnątrz — kobiety, mandoliny, butelki z wódką, pieczone prosięta... Wszystko po to, byś nie zmarnował całego życia na głupstwa!

Tak, byłem w Sacromonte...



Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę.

(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.

Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy.

Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.

Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.



Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin).

Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas.

Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów.

Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.

Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.

Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.
Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.
- Carmen! Carmen! Quiero solo ayudarte! (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.
- Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie, oparci o laski, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.
W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.
- Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.

Tuesday, 19 May 2009

Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii...



Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Lista południowa:

1. W Vico, na małą wioskę zawalił się kilkuset tonowy głaz, który wisiał nad jej domami od setek lat. Przez jeden dzień przejęci mieszkańcy, na których zawalił się świat są w centrum uwagi całej Hiszpanii.

2. Kupiłem prezenty. Dla Tulasi czerwoną, kwiecistą sukienkę i misternie zdobioną szkatułkę z drewna, jakie na setki sprzedają arabsc
y handlarze. Dla Nicka kupiłem zestaw herbat o szumnie brzmiących nazwach, jak Cuentos de Alhambra, Esplendor Andaluci, Pasion Turca.

* * * * * * * * *

We wtorek po raz kolejny odwiedziłem Raices, miłą wegetariańską restaurację, w której najadłem się pierwszego dnia pobytu w Granadzie i gdzie, jak podejrzewam, zgubiłem pięćdziesiąt euro. Widząc jak moje konto w banku topnieje szybciej niż śnieg w kwietniowy, słoneczny dzień (facet, to ma być literackie porównanie?!), zamówiłem tylko jedno danie. Patatas de la Casa, czyli frytki zalane śmietaną i obsypane smażonymi pieczarkami. Do tego cierpka Rioja i sernik jagodowy na deser.

Znów obsługiwała mnie ta sama, miła dziewczyna co ostatnio. Długie kręcone włosy, szczery uśmiech i miła twarz; wprawdzie pozbawiona klasycznej, zmysłowej urody, ale ładna dzięki przebijającej z wewnątrz przyjacielskości i prostocie. Bardzo lubię takich ludzi i miałem ochotę porozmawiać z nią przez chwilę, ale po kilku latach pracy w restauracjach wiem, jak męczący są klienci, którzy w godzinach szczytu próbują uszczęśliwić obsługę przyjazną konwersacją.

Sama restauracja też zrobiła na mnie duże wrażenie. Menu mieściło się w grubej, opatrzonej zdjęciami i szczegółowymi opisami księdze i jako były kucharz wiedziałem ile wysiłku kosztuje zaprezentowanie tak zróżnicowanego wyboru potraw. Ceny również były przystępne i gdybym był krytykiem gastronomicznym, Raices dostałoby dziesięć gwiazdek, na dziesięć możliwych.

* * * * * * * * *

Pomimo wyśmienitego posiłku, przegrywałem pojedynek z depresją. Próbowałem walczyć głównie z tego powodu, że chciałem opublikować zapiski z podróży; albo w jakimś czasopiśmie, albo przynajmniej w internecie, a komu chce się czytać o czyichś mentalnych problemach, skoro większość z nas ma swoje? W końcu dałem sobie spokój z próbowaniem na siłę i wrzuciłem na luz. Najważniejsza jest autentyczność i naturalność.

Za oknem było już prawie ciemno. Wysmarowałem swędzącą wysypkę kremem, który w ogóle nie działał, ale nie chciałem rezygnować z choć minimalnego efektu placebo, tym bardziej, że wizytę u lekarza miałem dopiero w następny poniedziałek. Programy w telewizji były marnej jakości, być może jeszcze gorszej niż standardowa, europejska sieka. Nie chciało mi się jeszcze spać, tak więc choć czułem się leniwy i słaby, postanowiłem połazić jeszcze po ulicach i być może napić się piwa w jakimś małym, przyjaznym barze z dobrą muzyką.

Na korytarzu natknąłem się na hospitalero, który stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę.
- Hola caballero! Idziesz na spacer? – zawołał do mnie przyjaźnie.
- Buenas tardes. Tak, ileż można siedzieć w pokoju?
- Dziś jest piękny i ciepły wieczór. Doskonały wieczór na spacer.



Faktycznie wieczór był przyjemny, muskany ciepłą bryzą i przesiąknięty zapachem wiosennych kwiatów z pobliskiego parku. Towarzystwo przechodniów, oraz hałas samochodów i skuterów przegoniły trochę kąsającą samotność. Na Plaza Nueva zastałem grupki włóczęgów, pijących piwo z litrowych, pękatych butelek, kelnerów powoli sprzątających krzesła, marokańskich sklepikarzy, wypatrujących ostatnich klientów i spoglądających z niezdecydowaniem na zegarek oraz przyglądających się przechodniom policjantów. Doszedłem aż na Plaza de St. Anna, gdzie usiadłem na chwilę na ławce, słuchając dobiegającej z nad rzeki melodii granej na flecie.

* * * * * * * * *

Kiedy doszedłem pod Catedral, panowała już noc. Na placu ciągle było jeszcze kilka osób, głównie zakochane pary. Gdzieś na innej ulicy, niewidoczny, stary Rumun, grał coś smutnego na akordeonie. Pod bramą katedry zobaczyłem początkujących cyrkowców, którzy ćwiczyli jazdę na unicyklu, korzystając z nocy, zapewniającej mniejszą liczbę gapiów.



Później dołączył do mnie Paco, kelner. Opowiedział mi jak nienawidzi swojej pracy, w której czuje się jak niewolnik, ale niedawno zakochał się i ożenił, tak że musiał wziąć się za jakąś robotę. Poradził mi też, że jeśli kiedykolwiek będę chciał kupić dobry haszysz, powinienem pójść do przejścia podziemnego, pod parkiem El Triunfo, gdzie muszę wypatrywać młodych Marokańczyków.

Kiedy Paco poszedł odpocząć przed kolejnym dniem zmagań, o mało co nie najechał na mnie chłopak, sunący szybko na biurowym krześle. Za nim biegła zmieszana dziewczyna, która rzuciła mi przepraszające spojrzenie i podniosła w biegu, zgubiony przez jej towarzysza but.

Był też pies, a zakochani cyrkowcy zaczęli całować się namiętnie obok porzuconego unicykla. Trochę dalej, po drugiej stronie placu, młody, czarny jak smoła Afrykańczyk wracał do domu, po całym dniu sprzedawania na ulicy pirackich płyt i chyba z przyzwyczajenia przemykał pod ścianą, rozglądając się ukradkiem na boki.

Zaczęło robić się coraz chłodniej i prawie umilkł szum pojazdów, które dziś już senne, jutro znów miały z rykiem opanować ulice.

Licha, niedokończona katedra i złociste światło latarni.

Lśniący w księżycu granatowy bruk.




Sunday, 17 May 2009

Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.



Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać słonecznego blasku, instynktownie zacząłem przylegać do popękanych, białych ścian, które kusiły ożywczym cieniem. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie poranny, niedzielny spokój, w niczym nie przypominał wczorajszej atmosfery festynu. Zamówiłem kawę, oraz tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu.

Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; biedniejszy, oryginalniejszy i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy, monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, których pokornym prośbom, zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy. Oprócz tego flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki, zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po pałacu i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.

Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, do momentu, gdy młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!”. Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, w ogóle nie pasujący do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą postawę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.

Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której twarzą, pooraną bliznami jaskiń, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata.

Z mojej ławki mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, gdzie byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.



* * * * * * * * *

Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę, w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Niedaleko ode mnie, leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku.

Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.
- Buen dia nino, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?
Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.
- Zapalisz porrito?
- Trawa, czy czekolada?
- Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.
Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągnąwszy dużego łyka, podał mi trunek. Prawie nie poczułem alkoholu w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj.

Pepe należał do typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach które próbował.

Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.
- Hombre, patrz na tę sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:
- Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.
- Y usted jest żonaty? – spytałem.
- Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.

Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki.

Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie, i tak potakująco kiwałem głową.

W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.

Friday, 15 May 2009

Mądrość Greka Zorby.



— Jak sądzisz, szefie? Bóg istnieje czy nie? A jeśli istnieje — bo wszystko jest możliwe — to jak go sobie wyobrażasz?
Wzruszyłem ramionami.
— Widzisz, nie śmiej się ze mnie, ale ja przypuszczam, że Bóg podobny jest do mnie, tylko wyższy, silniejszy, z większą fantazją, i do tego nieśmiertelny. Siedzi wygodnie na miękkich jagnięcych skórkach, a jego barak — niebo — nie jest sklecony ze starych kanistrów jak nasz, tylko z obłoków. W prawej dłoni nie trzyma miecza ani wagi — to dobre dla rzezimieszków i sklepikarzy. On dzierży wielką gąbkę nasyconą wodą jak chmura deszczem. Po jego prawej stronie znajduje się raj, po lewej piekło. Przychodzi biedna dusza — nagusieńka, bo nie ma ciała — i drży. Bóg spogląda na nią i uśmiecha się pod wąsem. Wnet jednak przybiera groźną minę. “Chodź tu — powiada grzmiącym głosem. — Chodź tu, przeklęta!" — i zaczyna ją wypytywać. Dusza rzuca się do stóp Boga. “Litości! Przebacz mi!" — woła, a potem wylicza swoje grzechy. Recytuje je niby litanię bez końca, Bóg wkrótce ma tego dość i ziewa. “Zamilcz już — krzyczy — głowa mi pęka!" — i szast-prast, jednym machnięciem gąbki ściera wszystkie grzechy. “Wynoś się do raju! — mówi. — Piotrze, pozwól wejść tej nieboraczce!" Bo musisz wiedzieć, szefie, że Bóg jest wielkim panem, a wielkość to przebaczenie.

"Grek Zorba" Nikos Kazantzakis.

Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?



Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Otworzyłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem. Po chwili jęknąłem jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy wczorajszego dnia.

Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę.

Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, usłyszałem głośną muzykę - coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, niczym pijana artystka z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna, która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, siedzących wygodnie pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć taniec nie był profesjonalny i czasami wydawał się przypadkowym zlepkiem kroków i podskoków, to spodobał mi się entuzjazm, z jakim go wykonywała. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem papierosa i łyk wina, co przyjęła z wdzięcznością.
- De donde eres? (Skąd jesteś?) – spytałem.
- Soy Polaca.
- Hej! Ja też!



Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte, gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia.
Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem ją i skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.

Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca.
Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak, w moim wieku i zaczął czytać książkę. Kiedy skończyłem jeść, rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.
- Napijesz się?
Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:
- Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.
- Eduardo.
- Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.



Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.

Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.

Kiedy wrócił, rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół, i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany, więc odłączyliśmy od reszty i za jego namową poszliśmy na piwo i tapas do najbliższego baru.

Odwiedziliśmy dwa lokale, ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, kiedy założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy bufecie. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.
- Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność.

W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu, przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.
Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tę spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami.

Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska, ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.

W końcu, z kolejnym łykiem trunku zawirował mi świat. Z Eduardem za przewodnika, dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.



Tuesday, 12 May 2009

Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.



Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.
(fragment z "Byli też ciemnoocy...")

Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.

Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też osiemnaście euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.

Wziąłem prysznic, rozpakowałem się (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z '68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej.

Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Widziałem jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino, paląc skręty, popisując się przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, albo pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości.

Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.

Lista jednopunktowa:

1. Jestem smutnym gościem, który wpadł tu tylko na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję. W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak, nie przeszkadza im być dumnym z urodzenia się Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.

Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, tak i tutaj są różni ludzie i problemy. Myślę jednak, że ten kraj, jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej), zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.

Wędruję myślami do lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni od Rosjan, czy Chińczyków. W czasie wojny domowej, pomiędzy '34, a '36 rokiem, połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.

Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliły tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, czy też Laurie Lee. Oprócz tego byli też nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem, w wojnie brało udział około pięciu tysięcy osób.

* * * * * * * * *

Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki o słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a zmęczeni, angielscy turyści robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze, oraz przyglądali się ze znudzeniem i niezrozumieniem, głośnym, ruchliwym tubylcom.

Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę. Może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego. Jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.

Mała dziewczynka, bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.

Monday, 11 May 2009

Śmiech to zdrowie.

Planowałem, że na tym blogu będę zamieszczał tylko teksty literacko-podobne, ale ten filmik to prawdziwa poezja:)

Tuesday, 5 May 2009

Pocałunek nieśmiertelności.



Pocałunek nieśmiertelności.
(sen)

Byłem młodym mężczyzną, niedocenionym poetą, mieszkającym w maleńkim pokoiku na poddaszu, w jakimś wielkim mieście. Nie miałem pieniędzy, bywałem głodny, a do tego zakochałem się w dziewczynie z bogatej rodziny. Niestety byłem zbyt nieśmiały, żeby do niej zagadać i jedyne na co mogłem się odważyć, to marzyć o niej.

Któregoś wieczoru, kiedy chłodna noc skryła się pod płaszczem gęstych chmur, usłyszałem pukanie do drzwi. Nigdy nie miałem gości, a już z pewnością nie o tej porze. Zdziwiony otworzyłem drzwi, za którymi stał wysoki, poważny mężczyzna. Choć było w nim coś złowrogiego, poczułem że nie mam się czego obawiać. W jakiś sposób wiedziałem, że przyszedł jako mój przyjaciel.
- Chodź ze mną chłopcze i nie zadawaj pytań – powiedział cicho.
Bez słowa wziąłem do ręki płaszcz i poprawiwszy długie włosy, skinąłem na mojego gościa, że jestem gotowy. To było dziwne, ale w pełni mu ufałem. Poza tym przeczuwałem nadejście wielkich zmian w moim życiu. Mogłem czuć w powietrzu zapach przygody i wiedziałem, że nadchodzi moment, na który długo czekałem; wreszcie zobaczę, co kryje się po drugiej stronie rzeczywistości.

W korytarzu natknęliśmy się na mojego sąsiada-dziwaka, z którym nigdy nie udało mi się zamienić ani słowa. Miałem wrażenie, że mną pogardzał, choć sądząc z jego ubioru, wcale nie był w lepszej sytuacji niż ja. Jak zwykle nie zwrócił na mnie uwagi, ale o dziwo ukłonił się z szacunkiem Nieznajomemu. Domyśliłem się, że wiąże ich jakaś tajemnica, którą wkrótce miałem poznać ja sam.
Wyszliśmy na czarną ulicę pachnącą zgniłymi liśćmi i deszczem.

Czułem się odświętnie, wiedząc, że wkrótce zdarzy się coś cudownego i strasznego zarazem. Choć była noc, w bladym świetle gazowych latarni, byłem w stanie przyjrzeć się Nieznajomemu. Ubrany był w czarny, długi płaszcz, spod którego wystawał kawałek pochwy na szablę. Podobnie jak ja, miał długie, czarne włosy, które związane, ciasno opinały jego głowę i tylko kilka kosmyków opadało na wysokie, dumne czoło. Jakby wyczuwając mój badawczy wzrok, odwrócił się w moim kierunku i uśmiechnął się szeroko.
Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłem jego zęby i zdałem sobie sprawę, że Nieznajomy jest wampirem. Jednakże pomimo niezwykłości sytuacji, nie poczułem żadnego strachu. Wręcz przeciwnie, moje podniecenie jeszcze się zwiększyło.
- Wiesz po co przyszedłem? – zapytał, ciągle się uśmiechając.
- Nie mam pojęcia.
- Obserwowałem cię od dawna. Dziś chcę pokazać ci moje życie. Pod koniec nocy będziesz mógł zadecydować, czy chcesz otrzymać mój dar.
Serce zabiło mi mocniej i nie mogłem ukryć radości. Jednak miałem rację! Dziś w nocy miało zdarzyć się coś szczególnego!
Nieznajomy pokiwał głową, tym razem już poważny i powiedział:
- Zaczekaj, aż skończy się noc.




Po kilkunastu minutach zagłębiliśmy się w dzielnicę, która w całym mieście miała złą sławę. Nie czułem strachu, dopóki nie zobaczyłem, że mój przewodnik rozgląda się z niepokojem dookoła. W jakiś sposób wiedziałem, że nie boi się o siebie, ale o mnie. Przyśpieszyliśmy kroku, który nagle zaczął odbijać się głośnym echem, w złowrogich uliczkach-pułapkach. Wkrótce do stukotu naszych kroków dołączyły się nowe dźwięki – chichotanie, pijackie piosenki w dziwnym języku, przechodzące w poważne, mroczne modlitwy, groźby, których nie mogłem zrozumieć.
Zacząłem naprawdę się bać.
- Biegnij – rzucił Nieznajomy i w geście obrony, rozpostarł swój płaszcz, który wydawał się stapiać z ciemnością dookoła nas. Nie potrzebowałem zachęty. Biegliśmy jak szaleni. Wiedziałem, że od tego zależy moje życie. Zdawałem sobie sprawę, że sam już dawno wpadłbym w ręce naszych prześladowców i tylko moc mojego nowego przyjaciela pozwala mi biec tak szybko.
W pewnym momencie, gdy wydawało się, że zostawiliśmy nasz pościg daleko za sobą, Nieznajomy nagle skręcił w bramę i po chwili byliśmy już na schodach starej kamienicy.
Wreszcie mogłem złapać oddech.
- Kim oni są? – spytałem zdyszany.
Nieznajomy nakazał mi gestem milczenie, po czym szeptem wyjaśnił, że są to wampiry, jak on, które widzą we mnie ofiarę, na której chcą się pożywić, a nie adepta mocy, którym jestem dla niego. Następnie wyjaśnił, że całe miasto pełne jest różnych istot, energii i krain, ukrytych w innych wymiarach, które czają się w nigdy nie uczęszczanych uliczkach. Nasz dzienny świat jest tak naprawdę tylko małym i nudnym wycinkiem rzeczywistości.

Nagle ktoś z wściekłością uderzył w drewniane drzwi. Nieznajomy wskazał na schody prowadzące na górę. Zanim nasi prześladowcy rozbili drzwi, udało nam się schronić w jednym z mieszkań. W ciemnym, pachnącym dymem pokoju, siedziała stara kobieta, która popatrzyła na nas z zaciekawieniem, ale nie odezwała się ani słowem. Po chwili usłyszeliśmy uderzenia, drwiące krzyki i drapanie w drzwi, za którymi znaleźliśmy schronienie.
Stara kobieta nie spuszczała z nas wzroku, aż w końcu wskazała na zakratowane okno którego wcześniej nie dostrzegliśmy. Nieznajomy wyrwał kraty jednym ruchem i po chwili znów biegliśmy, tym razem skacząc po dachach i balkonach. Choć czułem strach, na myśl o tym, co mogą nam zrobić ścigający nas mordercy, to było w tej ucieczce coś przyjemnego – pęd, adrenalina i świadomość przeżywania czegoś niezwykłego.

Wreszcie się zatrzymaliśmy. Był to ostatni dach, za nim nie było już nic. Nieznajomy odwrócił się do mnie.
- Nie możemy już dalej uciekać. Przykro mi, że naraziłem cię na to, ale teraz nie masz już wyboru: jeśli zostaniesz człowiekiem, oni cię zabiją. Jeśli zdecydujesz się na moje ukąszenie, będziesz taki jak ja. Wtedy nic nie będą mogli ci zrobić.
- Nie martw się. Nawet gdybyśmy ich nie spotkali, podjąłem decyzję, kiedy tylko zobaczyłem cię w drzwiach. Zrób to.
Nie tracąc czasu chwycił mnie w ramiona, jakby do pocałunku i wgryzł się w moją szyję. Ból był straszliwy. Miałem wrażenie, jakby z jego zębów wylał się jad, który zatruł moją krew ogniem i kosmiczną próżnią. Poczułem jak wycieka ze mnie życie i zwiędłem w jego ramionach, jak marionetka. Po kilku chwilach jednakże, poczułem, że wlewa się we mnie nowe życie: mocniejsze, głębsze i bardziej soczyste, niż to, którego zostałem właśnie pozbawiony.

W tym momencie dopadł nas pościg i znów zaczął się ból. Tym razem jednak wiedziałem, że nic nie mogą nam zrobić. Rzucili się na nas jak dzikie zwierzęta i zaczęli szarpać nas i gryźć w złości, widząc, że jednak, w jakimś sensie udało mi się uciec. W końcu wyładowawszy na nas swoją złość, odeszli w ciemność, szukać nowej ofiary, a my zostaliśmy sami, na wysokim dachu, leżąc i wracając do sił.

Po kilku, może kilkunastu minutach udało mi się wstać. Wciągnąłem w płuca zimne powietrze nocy. Rozejrzałem się dookoła i zdałem sobie sprawę, że świat wygląda inaczej. Pojawiły się nowe kolory, z których nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, wszystkie z nich, będąc odcieniami fioletu, czerwieni i czerni. Przedmioty, które do tej pory wydawały mi się martwą materią, nabrały życia, posągi wydawały się ruszać i rozmawiać. Choć była noc, mogłem patrzeć tak daleko, jak chciałem, zaglądając nawet w okna mieszkań po drugiej stronie miasta. Zobaczyłem nawet mój pusty pokój na poddaszu, a później pokój mojej ukochanej. Wypełniała mnie energia i poczucie wolności oraz nieograniczonej siły. Noc stała się moim żywiołem. Zaśmiałem się głośno.
- Dziękuję – powiedziałem do Nieznajomego, który uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem.
- Teraz powinniśmy wrócić - powiedział cicho.
- Gdzie?
- Do twojego mieszkania. Późno już – dodał z zawadiackim uśmiechem.
Ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Cieszyłem się tym spacerem, delektując się całkiem nowym postrzeganiem miasta. Po drodze spotkaliśmy wiele osób, istot nocy, jak my i patrząc na mijające nas wampiry, wilkołaki, upiory i duchy, zrozumiałem, jak bogatsze jest moje miasto, od tego jakie znałem do tej pory.

Wreszcie doszliśmy z powrotem do mojego mieszkania.
- Tutaj się rozstajemy – powiedział, wyciągając do mnie dłoń. Uściskałem ją mocno.
- Zobaczymy się jeszcze? – spytałem.
Nieznajomy zaśmiał się cicho.
- Jeszcze będziesz miał mnie dość, chłopcze.
Odetchnąłem z ulgą.
- To do widzenia.

W korytarzu znów spotkałem sąsiada. Pierwszy raz w życiu popatrzył na mnie i z uśmiechem pokiwał mi głową. To też wampir! Zaśmiałem się do siebie, kiwając z niedowierzaniem głową. Kto by się spodziewał?

Trzymając dłoń na klamce, pomyślałem nagle o dziewczynie. Hmm, chyba nie byłbym w stanie położyć się teraz spać. Nie, zanim nie zrobię jeszcze jednego szaleństwa. Zbiegłem ze śmiechem po schodach (a może pofrunąłem?) i złapałem stojący pod drzwiami rower. Jazda była inna niż zwykle: nie czułem żadnego wysiłku, serce rozpierała mi radość, która co i rusz wylewała się ze mnie śmiechem, albo piosenką. Już nie jechałem, ale unosiłem się coraz wyżej, jak chłopiec w „ET”, zostawiając pod stopami dachy domów, koty i pojedyncze, oświetlone okna nocnych Marków.

Od tego momentu wszystko stało się pijanym igrzyskiem, chaosem mocy i tajemnicy.
Kiedy przez okno wjechałem rowerem do jej pokoju, nie napotkałem żadnego oporu. Dziewczyna bez słowa usiadła na ramie i objąwszy mnie mocno za szyję, pocałowała w usta, zgadzając się być wieczną towarzyszką naszych wspólnych od teraz, nocnych przygód. Jeszcze tej nocy miałem obdarzyć ją pocałunkiem nieśmiertelności.

Za wzgórzem i Gwiazdy.



„Za wzgórzem”

Powoli spadają ciężary
przypięte kiedyś do stóp
księżyc delikatnie głaszcze twarz
a gwiazdy nucą znajomą melodię

myślę że wystarczy jeden ruch
a pod stopami otworzy się przestrzeń
zaraz pod nią las
(tak często piszę o lesie-
co na to pan Freud?)

wydaje mi się że tak właśnie
dzieje się w moich snach-
ja otwarta przestrzeń i las
gdzieś w dole migocze małe światełko
(to na wszelki wypadek-
gdyby obleciał mnie strach)

myślę że tak też czasem
bywa w moich zabawnych snach

uderzający w policzek wiatr
zapach liści wody i ziół
wiem że za wzgórzem
ktoś na mnie czeka

najważniejsza jest
słodycz oczekiwania

„Gwiazdy”

... i znów taniec, wolny tak,
wirujący w piasku i miękki jak
dotyk matki Luny,
a strach uciekł,
na brzegu rzeki szeleścił wiatr
i dźwięczał śmiech przyjaciół,
po drugiej stronie,
gdzie blask ogniska
budował nam ciepłe gniazda,
pofrunęliśmy w gwiazdy.