Saturday, 30 May 2009

Rodzina




W poszukiwaniu skrawków duszy cz.4

Czasami przychodziła do nas Ania, moja mała siostra, nastoletnia intelektualistka, która dodawała nam otuchy swoim bezkrytycznym uwielbieniem naszych osób i dla której w zupełności wystarczyło, że mogła posiedzieć z nami w ciszy, wyczuwając atmosferę azylu, jaką tam sobie stworzyliśmy i słuchając naszych opowieści o egzotycznych miejscach, jak Madryt, Paryż albo Warszawa.

Od czasu do czasu zachodziła też poskarżyć się na życie, albo pijaństwo ojca mama i czasami milkła przyglądając nam się z troską, nie rozumiejąc naszych ścieżek, które ani trochę nie pasowały do obrazu tego, jak według niej powinno wyglądać życie młodego małżeństwa. Z reguły nic na ten temat jednak nie mówiła, wiedząc, że nie posiada niczego, co mogłaby nam zaoferować; jej ciepły i bezpieczny świat komunizmu odszedł w przeszłość i nie miała pojęcia jakie wybory były właściwe teraz. Nie mogła tylko odżałować, że rzuciłem studia i zrezygnowałem tym samym ze spokojnej pracy wiejskiego nauczyciela, którym pewnie mógłbym zostać i przynajmniej raz dziennie nie omieszkała mi tego przypomnieć.

Ojciec raczej nie odwiedzał nas w naszym pokoju, chyba że potrzebował czegoś ze swojej szafki na dokumenty. Myślę, że nie chciał zakłócać nam prywatności, a czasami po ostrym piciu po prostu się nas wstydził. To raczej ja co jakiś czas wynurzałem się z naszego przytulnego gniazda, szedłem do kuchni, siadałem na ławce, obok jego łóżka i wspólnie oglądaliśmy stare westerny z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. To były momenty, w których byliśmy sobie najbliżsi.




Oprócz rodziców i Ani mieszkał z nami jeszcze Łukasz, mój najmłodszy brat, który kiedyś większość czasu spędzał poza domem, surfując po falach młodzieńczych i butnych przygód, pełnych piersiastych dziewczyn, międzywioskowych wojen i honorowych pojedynków, zbyt zajęty pociąganiem z butelki młodości, żeby tracić czas na cztery, nudne ściany i nas, ale teraz wreszcie osiadł na miejscu z Moniką, dziewczyną, którą porwał z domu dziecka. W zamian zdążyła już dać mu małego chłopca.

Szymon, samotnik, urażone, środkowe dziecko wyprowadził się kilka lat wcześniej; włożywszy na siebie białą koszulę, kierpce i góralski kapelusz, zamieszkał w górach, rozdając jedzenie i ludowe nuty. Na kilka lat znalazł swoje schronienie w górskim schronisku, gdzie chciwy pochwał i przyjaźni zbudował sobie swoje własne, kruche jak się później okazało, królestwo.

No i byliśmy też my; cygańska, zdezorientowana para. Tanię złowiłem (a może ona mnie?) pięć lat wcześniej w Krakowie, w hinduskim aśramie, kiedy jej brązowe, śmiejące się oczy i twarz dziecka wyrwały mnie z abstrakcyjnych myśli o Absolucie i sprowadziły z powrotem na ziemię. To przez nią zamieniłem szafranowe szaty i ogoloną głowę, na sztruksy i brodę, ale wcale nie żałowałem. Choć trochę tęskniłem za mantrami o świcie i rozmowami ze starymi mnichami, którzy widzieli rzeczy, o których ja tylko mogłem śnić, to jednak nie zamieniłbym na nic naszych długich spacerów po uliczkach obcych miast, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Lubiłem porównywać się do narratora z „Greka Zorby”, greckiego intelektualisty, który zafascynowany Buddą i jego naukami, poznaje Alexa Zorbę i pod wpływem jego zwierzęcej prawie miłości do życia, wybiera doświadczenie zamiast kontemplacji. W końcu to było tym, co desperacko próbowałem w sobie znaleźć; miłość do świata i ludzi, doświadczenie jedności i zrozumienie co naprawdę oznacza ta afirmacja życia, o której mówi tylu pisarzy. Tania nie była Grekiem Zorbą, ale z pewnością go we mnie obudziła.


c.d.n.

2 comments:

  1. Pięknie piszesz Marcinie. Bardzo mi się podoba, będę więc tu zaglądać.W profilu widzę, że lubisz Bakszysz, zespół z mojego miasta.
    pozdrawiam ciepło!

    ReplyDelete
  2. Dzięki Monika za odwiedziny:). Zawsze miło widzieć nowe twarze.

    ReplyDelete