Thursday, 30 July 2009

Spotkanie z Gwiazdą



Spotkanie z Gwiazdą

Potrzebuję refleksji! Dlatego pragnąłem Gwiazdy, ale nie chciałem oszukiwać. Dlatego włożyłem ją głęboko w talię, przetasowałem i dopiero wtedy wyciągnąłem ją uczciwie. Z zamkniętymi oczami.

Bardzo lubię Gwiazdę z Victorian Romantic Tarot. Naga, zmysłowa dziewczyna, o pełnych kształtach, wstydliwie zasłaniająca rękoma piersi, stojąca po uda w jeziorze. Jest noc, niebo rozświetlają gwiazdy. Na horyzoncie woda tylko nieznacznie odrysowuje się od nieboskłonu. Piękna karta.

Gwiazda w Tarocie jest kartą artystów, sztuki, nadziei, zaczątków czegoś nowego, jasnej przyszłości, kontaktu z własnym wnętrzem.

Wracając jeszcze do samego obrazu. Uderza mnie w nim jedna rzecz. Jest głęboka noc, jezioro, poza kadrem najprawdopodobniej dzika natura, a dziewczyna? Ma zamknięte oczy, uśmiecha się delikatnie i wydaje się być rozkosznie spokojna. Żadnego niepokoju. Całkowita harmonia, brak strachu. Uświadomiłem sobie, że dlatego, od samego początku, tak bardzo polubiłem Gwiazdę w tej talii. Dlatego, no i oczywiście ponieważ jest naga i ma trochę tłuszczyku, a to przecież cały ja :).
Czy można być tak spokojnym w obliczu wszystkiego co nas spotyka? I oczywiście wszystkiego co może nas spotkać. Trochę tego jest. To chyba wyjątkowo rzadkie. Nie wiem, czy znam kogoś takiego. Wszyscy czują niepokój. A może to moja wina? Ja tak czuję i myślę, że inni też? To jest problem. Wiadomo, że postrzegamy świat przez pryzmat siebie.

Nie chciałem filozofować. Nie po to wziąłem do ręki karty i długopis. Chcę wejść głębiej. Wyłowić zagubionego „ja”. Zwykle tak się właśnie dzieje – biegam, załatwiam, pracuję (nawet biorąc pod uwagę pisanie) i gubie gdzieś siebie, tracę kontakt. Poznaję to po tym, że rzeczywistość staje się dwuwymiarowa i sucha. Wszystko wydaje się płaskie, bezsmakowe, bezzapachowe. Nie lubię tego. Lubię czuć... Nie wiem jak to opisać... Jakieś głębszy sens życia. Kiedy wiem, przeczuwam istnienie innych światów; wyższych, spokojnych, mądrzejszych niż ten, kiedy prawie mogę poczuć na policzkach kosmiczny, mroźny i orzeźwiający wiatr wiejący z tamtej strony. To właśnie wtedy jestem najbliższy szczęściu i prawdziwego spokoju.
Wiem, że niektórzy mogą myśleć, że to jest właśnie klasyczny przypadek eskapizmu i oszukiwania siebie. To nie tak. Dla mnie jest to raczej przypomnienie sobie, że nie jestem stąd. Gdzieś tam, poza tą marną (marną w pewnym sensie – w innym to i tak jest wspaniały świat) rzeczywistością, znajduje się moje miejsce, gdzie czuję się jak ryba w wodzie.
Dlatego ważne jest mieć ten kontakt z sobą. Żeby nie dać się całkowicie wciągnąć przez ten, jak by to nie było, teatr. Jestem tutaj, mam coś do przerobienia, dostałem te... nie wiem, 60-70 lat jeśli będę miał szczęście i najważniejsze w tym wszystkim jest utrzymanie kontaktu z sobą. Wierności sobie. Nie sprzedawać się, nie pozwolić, żeby ten kołowrót wmówił nam, że jesteśmy jego częścią.

Znowu filozofuję. To właśnie tak jest – jak zmaganie się z prądem rzeki. Nawet jeśli próbujemy, nurt spycha nas na boki, popycha do tyłu, próbuje niezauważalnie zmienić szczery wysiłek na intelektualne wygibasy. Zwykłe ego.

No więc Gwieździsta Dziewczyno! Co chcesz mi powiedzieć swoim monalizowskim uśmiechem? Że czekają mnie niespodzianki? Że wkrótce spełnią się moje marzenia o przyjaciołach – artystach, straceńcach, bohemie? Kieliszek absyntu, joint, nocne eskapady po uliczkach Sewilli, w poszukiwaniu ostatnich, prawdziwych poetów Flamenco. Ciemnookie, tajemnicze Dony i moje heroiczne odrzucanie ich miłości, dla mojej jedynej wybranki serca... czy to właśnie mam z ciebie wyczytać Gwiazdo?



A może jeszcze głębiej, poza blichtrem. Może opowiadasz mi o spokoju, bezpieczeństwie, zrozumieniu, nocy pełnej jasnych gwiazd, blasku ogniska... nie, nie, ognisko to już cywilizacja i oszukiwanie natury. Mówisz o czasach, o których napisałem tyle wierszy. O bezinteresownej przyjaźni, cudach, przejściach do innych światów i poczuciu nieograniczonej wolności...

Pamiętam jak kiedyś mieszkałem w ośrodku wczasowym na Mazurach, pracując przy obsłudze pewnego festiwalu. Do jeziora było jakieś pół kilometra, może trochę więcej, przez las. Dużo zmartwień, konfliktów, niedopasowania, stresu, brak kasy – jednym słowem chaos.
Był lipiec. Około drugiej w nocy. Nie mogłem spać z powodu upału. Wyszedłem na zewnątrz popatrzeć na gwiazdy, posłuchać lasu, pozwolić nocnej bryzie przedmuchać umysł. Pomyślałem, że fajnie byłoby przejść się nad jezioro. I nagle poczułem strach. Drzewa zaczęły wydawać mi się złowrogie i groźne, księżyc drwiąco szczerzył trupie zęby, ciemne okna hotelu opowiadały o chorych tajemnicach, jak tych ze „Lśnienia”. Już miałem wrócić w panice do swojego pokoju, ale nagle powiedziałem sobie – nie! Nie pozwolę, żeby kierowały mną lęki wymuszone przez stres, niepokoje. Jest lato, lipiec pachnący lasem, żywicą, grzybami, niedaleko leży piękne jezioro. I pomaszerowałem wbrew sobie, wbrew irracjonalnemu lękowi. Kiedy doszedłem do plaży, po strachu nie zostało już nic. Czułem się wolny i oczyszczony. Ściągnąłem z siebie ubranie i nagi położyłem się na ciągle ciepłym piasku, patrząc w migoczące gwiazdy (tysiące, tysiące gwiazd!), słuchając szumu fal i drzew. Myślę, że wtedy najbliżej byłem tej nagiej, słodkiej dziewczyny z obrazu.

Jaki z tego morał? Czy ja wiem? Było mi wtedy dobrze. Wiedziałem co jest ważne.




Camino de Santiago 5



01.06.08, Logrono – Najera

Poranek przywitał nas rzęsistym deszczem, ale teraz choc ciągle jest mokro, przynajmniej przestało padać. Może uda nam się przyjść ten dzień na sucho. W jednym miejscu przy wyjściu z Logrono, w tunelu, przy samym wyjściu z miasta było takie jezioro, że mieliśmy do wyboru: albo przejść górą przez autostradę, albo ściągnąć buty i przejść jeziorem. Wody było gdzieś powyżej kostek. Wybraliśmy drugie wyjście. Dziś mamy odcinek troszeczkę nawet dłuższy niż wczorajszy, praktycznie 30 kilometrów. Teraz idziemy przez jakis park pod Logrono, ale podobno spory odcinek drogi ma prowdzić dziś koło autostrady. Rano szliśmy sami, pomantrowaliśmy. Później dołączyliśmy do Garego, zjedliśmy śniadanie, później dołączył do nas jeszcze Nate i teraz idziemy we czwórkę.



- Nate, mógłbyś powiedzieć mi co sprowadziło cię na Camino? Wiem, że powiedziałeś mi wczoraj, ale chciałbym to teraz nagrać.
- Naprawdę lubię chodzić! (Nate) I jeszcze ludzie, no i jedzenie jest wyśmienite.
- Oprócz tego można wyczyścić sobie lata jakie musielibyśmy spędzić w czyśćcu (Gary)
- Hiszpania to fajny kraj, mogę spotkać się z dobrymi peregrinos, to tyle. (Nate)
- W porządku, a teraz Gary.
- Już ci powiedziałem. Czyściec. Ale jeśli będzie lało jeszcze jeden pieprzony dzień wracam do domu! (Gary)
- Hmm, masz jeszcze coś równie inspirującego do powiedzenia?
- Jasne; na pewno uściskam Santiago. To tyle (Gary)
- Dzięki wielkie chłopaki.
- A ty Tulasi?
- Odpierdol się. (Tulasi)
- (po angielsku) Wiecie co Tulasi właśnie powiedziała? Fuck off.
Śmiech.
- Nie, to nieprawda! (Tulasi)



później

Bardzo fajna atmosfera. Może nie sprzyja medytacji i wejściu do wewnątrz; ciągle jesteśmy z ludźmi, ciągle rozmawiamy, ale coś takiego też jest fajne. Można pobyć z ludźmi, posłuchać ich. Może refleksja przyjdzie po powrocie, kiedy człowiek będzie wspominał te chwile, oglądając zdjęcia, czy słuchając tych nagrań. Po drugie kiedy jest się zmęczonym tak jak teraz ciężko być refleksyjnym. Tak jak mówiłem wcześniej, o czym też rzomawiałem z Garym, że właśnie kiedy jest się tak zmęczonym, żyje się tu i teraz. Takie zmęczenie daje radość. W pewnym momencie przychodzi coś takiego, że rezygnujesz z walki i wtedy jest miło.
Tak jak na przykład wczoraj, kiedy szliśmy byliśmy bardzo zmęczeni, Tulasi o mało co nie płakała, widziałem to, buzia się jej skrzywiła w podkówkę. Gary też był zmęczony. Ale i tak trzyma się nieźle. Widać jak dolega mu to kolano, ale pomimo bólu zawsze idzie z uśmiechem i mówi, że w najgorszym wypadku dojedzie autobusem. Naśmiewa się ze wszystkiego; z religii, z pielgrzymów, z Amerykanów, z Polaków, z siebie.

później

Gary właśnie opowiedział historię o tym jak…
- Kiedy to było?
- W dziewietnastym wieku, pod koniec (Gary).
No więc pod koniec dziewiętnastego wieku jakaś choroba zabiła praktycznie wszystkie winnice w Europie i Europejczycy musieli sprowadzić winorośla na nowo z Ameryki.
- Gary, w takim razie to znaczy, że teraz być może nigdy już nie będziemy wiedzieć jak smakowało wino sprzed tego okresu?
- Dokładnie, nigdy już się nie dowiemy jak smakowało wino, o którym pisał Voltaire.
- Może ciagle są gdzieś jakieś butelki z tym winem?
- Ha, he, coś ty, nawet Bordeaux nie zachowuje się dłużej niż trzydzieści lat.

później

Dochodzimy do Najery. Leje. W sumie lało cały dzień i jesteśmy już wykończeni i przemoczeni. Jesteśmy grupą powierników pierścienia. Przed nami idzie Gandalf Szary, Gimli – karzeł, ja jestem Legolasem, a Tulasi podobno jest Aragornem, choć moim zdaniem jest Samem.
Chyba już dochodzimy. Właśnie minęliśmy jakąś dziwną obwodnicę dla pielgrzymów
- A ty jesteś Golummem Marcinie (Tulasi)
- Nie jestem Golummem! Ja jestem Aragornem, nie ty.
- Nie. (Tulasi)



Wąchamy krzaki róż. W sumie nie wiem dlaczego tak zmęczeni i mokrzy, w ulewie wąchamy krzaki róż. Znaleźliśmy dwa wyrzucone fotele. Usiedliśmy sobie w nich na chwileczkę, zrobiliśmy kilka zdjęć. Były dziś takie momenty, że chodziliśmy po kostki w błocie, tak że teraz już się nie przejmujemy gdzie staniemy. Na początku jeszcze wierzyliśmy, że zachowamy suche stopy, wspinaliśmy się po płocie, żeby uniknąć łażenia po kałużach, ściągaliśmy buty… Dziś mieliśmy 29 kilometrowy tor przeszkód.

Widać już bloki, tak że to już jest raczej Najera.
Jednak odcinki 30 kilometrowe to trochę too much, chyba powinniśmy to trochę zmniejszyć. Fajnie, żeby jeszcze dziś wyszło słońce, żeby podsuszyć buty. Pewnie zostanie nam tylko suszarka na ubrania, a butów tam przecież nie włożymy. Tymczasem jednak wydaje się, że deszcz nie zamierza się skończyć. Chociaż kiedy na początku wychodziliśmy z Roncesvalles też lało jak z cebra, a później i tak zaczęło świecić słońce. Ciężko wyczuć jak to będzie. Nogi są jak dwa twarde, zimne, zesztywniałe kołki, którymi przekładasz mechanicznie z nadzieją, że kiedyś przecież musisz dojść. Przecież nie można iść w nieskończoność.

W jednym momencie zrobiło mi się słabo, o mało co nie zemdlałem. Myślę, że to od kawy, chyba nie będę już pił kawy w trasie. Zeżarłem w panice całą naszą czekoladę, wielką tabliczkę, wszystkie suszone owoce, jabłko i jogurt, próbując odzyskać energię i dostarczyć organizmowi cukru, ale chyba przesadziłem, bo teraz jest mi niedobrze.
Ale za to, podobno jest tutaj basen! Tylko zastanawiam się, czy będę miał ochoty na jeszcze więcej wody, niż do tej pory. No ale kiedy się już wykąpiemy, coś ugotujemy, to może być miło wybrać się na basen i zaznać wodnego masażu, sauny. To mogłoby być całkiem miłe. Nie mam siły mówić, ale chciałem coś udokumentować, bo po przyjściu na miejsce na pewno nie będę miał siły pisać.

Właśnie wchodzimy do Najery. Z daleka nie wygląda to na bardzo zachęcające miasteczko. Wydaje się, że jest to zwykłe nowoczesne miasto, nie tak starożytne jak te, które do tej pory mijaliśmy.



Tuesday, 28 July 2009

Pieśń studni.



Praca nad horrorem o dzieciach posuwa się do przodu (choć będę to chyba musiał przypłacić nerwicą i nocnymi lękami;). Poniżej mały kawałek, wyrwany z napisanych wczoraj stron.

Pieśń studni

Zaczęli słyszeć melodię studni, jeszcze zanim zostawili za sobą jezioro i zbliżyli się do odłamków starej bramy. Najpierw nie zdawali sobie z tego sprawy. Po prostu przestali się bać. Powoli zaczęło narastać w nich uczucie beztroski i radości. Chłopcy wyprostowali przygarbione od zmartwień plecy i z radością zagwizdali wspólnie melodię, której nigdy wcześniej nie słyszeli. Słodki zapach malin, lasu i grzybów wlał się do ich nozdrzy i płuc. Wydawało się im, że razem z nimi śpiewają drzewa, leśne zwierzęta, a nawet jasne, migoczące figlarnie gwiazdy.

Bzdurek nie wytrzymał i zaczął się głośno śmiać, patrząc z radością i przeczuciem zbliżającej się zabawy na brata. Kłopotek też wybuchnął śmiechem. Melodia stawała się coraz głośniejsza. Wkrótce bracia byli w stanie słyszeć słowa nieznanej im pieśni. Choć słyszeli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, jakby było to coś najbardziej swojskiego i przyjaznego, coś co było z nimi od zawsze, od narodzin, jak kołysanki, których nigdy nie śpiewali im rodzice. Była to pieśń o wolności, miłości, przyjaźni, przygodzie, zabawie. Studnia wołała ich coraz głośniej, aż w końcu chłopcy zaczęli biec, chcąc jak najszybciej do niej dotrzeć, zanim ktoś ich uprzedzi, albo zanim zamknie się brama do innego, lepszego świata. Chłopcy biegli, potykając się, a studnia śpiewała.

Kiedy Kłopotek wyłożył się jak długi, najpierw pomyślał, że musiał zaczepić nogą o jakąś gałąź, ale w świetle księżyca zobaczył metaliczny blask. Chromowana latarka. Nagle uśmiech zamarł mu na twarzy. To była latarka Kropki. Pieśń studni przycichła, i jedno po drugim, powróciły do niego wspomnienia. Ostatecznie melodia stała się tylko drażniącym dźwiękiem na granicy słyszalności. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie słyszał w niej fałszywych nut. Bzdurek ciągle biegł. W świetle księżyca można było zobaczyć ciemny zarys starej, kamiennej cembrowiny, do której zmierzał.
- Bzdurek!
Chłopiec nie zareagował i nie zwracając uwagi na wołanie brata, ciągle biegł, zbliżając się niebezpiecznie do porośniętej krzakami studni. Kłopotek wiedział, że nie uda mu się go dogonić, zanim dotrze do celu. Nagle wymacał pod ręką nieduży kamień. Nie zastanawiając się zbytnio, zamachnął się i rzucił z całej siły.
- Tylko nie w głowę, tylko nie w głowę... – szeptał do siebie zbielałymi wargami, obserwując jak w zwolnionym filmie, lęcący w powietrzu kamień. Paradoksalnie, teraz, oddalając się od niego, wydawał się większy, niż w momencie kiedy nim rzucił. Choć ciągle próbował zakląć tor lotu, był pewien, że kamień uderzy w tył głowy Bzdurka. W ostatniej milisekundzie zamknął oczy. Usłyszał głuchy, mokry – jak się mu wydawało – dźwięk kamienia uderzającego w głowę, a później cichy jęk i szelest osuwającego się na trawę ciała. Kiedy otworzył oczy, zobaczył klęczącego obok studni Bzdurka.

Camino de Santiago 4



31.05.08 Los Arcos – Logrono

Nie doszliśmy jeszcze do pierwszej miejscowości, która nazywa się Sansol. Później będzie Torres del Rio. Następnie dziesięć kilometrów nic, po czym Viana, następnie znowu dziesięć i Logrono, tak więc dzisiaj czeka nas trochę długa droga. Wczoraj się trochę wystraszyłem; coś strasznie mnie rozbolało ścięgno w prawej nodze, ale dziś to trochę rozruszałem i wziąłem tabletkę przeciwbólową, tak że nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Całą noc lało, ale teraz zapowiada się, że chmury się chyba rozejdą, więć dobrze byłoby dojść jak najszybciej, bo jeśli będzie grzało tak jak wczoraj, to lepiej nie być wtedy na otwartej przestrzeni.

Póki co przed nami idą dwie Hiszpanki z Guadalajary, których imiona musze się w końcu dowiedzieć, a za nami Nate ze Stanów, przyszły lekarz. Właśnie doszliśmy do Hiszpanek. Okazało się, że siurały sobie za zakarętem. Wpadły w panikę, kiedy nas zaobaczyły, ale pomachaliśmy, żeby sobie nie przeszkadzały i zatrzymaliśmy się na chwilkę.



później

Przeszliśmy właśnie przez Sansol i schodzimy do następnej wioski, która jest jakiś kilometr od Sansol i już ją nawet widać. Tam właśnie zjemy śniadanie.
Rozmawialiśmy z Tulasi…
-Obgadywaliśmy (Tulasi)
-Ha, ha, obgadywaliśmy? Nie wiem. Gadalismy, że są jednak na trasie osoby, które lubimy, pomimo tego, że na początku obawialiśmy się, że będziemy skazani na francuskich snobów. Tak naprawdę są tutaj bardzo fajne osoby. Wczoraj spędziliśmy z Garym praktycznie cały dzień, wieczorem zrobił zakupy, ugotowaliśmy obiad, gadaliśmy o książkach. Ciężko się z nim trochę gada, bo jest głuchy jak pień, a kiedy wyciągnie z zucha swój aparat słuchowy, to naprawdę trzeba zrobić duży wysiłek, żeby cię usłyszał. Nie spotkaliśmy wczoraj Jurgija. Pewnie zatrzymał się w innym albergue. Z niego też jest bardzo fajny gościu. Kogo jeszcze wczoraj poznaliśmy? Pamiętasz Tulasi?
- Andrea (Tulasi)
- No tak, Andrea. Ma kompleksy z łysiną.
- Myślisz, że dlatego nosi bandamkę?
- Chyba tak.
- No i jeszcze ze swoim homoseksualizmem.
- No właśnie, od razu zaczął się bronić. To jest niesamowite. Ja już tak jakoś mam naturalnie, że czyjaś orientacja seksualna jest czymś tak osobistym, że nie mogę zrozumieć jak ludzie mogą się tego czepiać. To jest chore. Jak ktoś może się dopieprzać do gejów?
- Chuj komuś do tego.
- Dokładnie- chuj komuś do tego. Nie mogę… to jest dla mnie czymś kompletnie crazy.
- Ktoś agresją próbuje zakryć swoje własne problemy emocjonalne.
- Masz rację.
- Tak mi się wydaje.
- Tępota. Ludzie są tępi. Przez swoją tępotę szukają wrogów i czepiają się najsłabszego, czyli mniejszości.
Może tutaj sobie coś zjemy? Jak będziemy wychodzili z wioski? Co myślisz? To jest chyba Rio del Torro, nie?
- To znaczy Rzeka Byków?
- Czekaj, zerknę na mapę… Torres del Rio, a nie Rio del Torro!



Jaki motylek, zobacz! Biedny, w sumie biadna ćma. Rozdeptana.
Fajnie tu. Dwie wioski są obok siebie. Z jednej wyszliśmy i praktycznie od razu wchodzimy do Rio del Torro, czy też Torres del Rio. Fajnie to wygląda. Wcześniej z Sansol robiłem zdjęcie tej wioski poniżej. Tutaj się zatrzymamy i zjemy nasze zapasy. Nie chce mi się jeść słodkich rzeczy, zjadłbym coś słonego.
- Mamy owoce (Tulasi)
- Jak to tylko owoce, musimy mieć siłę.
- No owoce i bułka do tego.
- Wiesz co bym sobie zjadł? Żeby tak mieć z sobą samosy.
- Noooo!
- Takie nafaszerowane, tłuściutkie samosy i przygryzać je sobie.
- Dawno nie jedliśmy smażonek.
- No właśnie, niedługo czas, żeby coś usmażyć. Wszędzie widzę te boczniaki. Trochę mnie to kusi. Wyobraź sobie; boczniaki z chlebem i sałata. Ale by pachniało i ale by nam wszyscy zazdrościli! Chodziliby dookoła nas i się ślinili, ha, ha.
Ciekawe, czy można tutaj kupić bułkę tartą.

później

Jesteśmy pomiędzy Torres del Rio a Vianą. Zatłoczyło się trochę. Kiedy jedliśmy śniadanie dołączył do nas Gary. Musieliśmy się trochę rozebrać, bo mamy właśnie spore wejście pod górę. Tym się nie martwię, ale boję się, że będzie bardzo tłoczno w Logrono. Jest tam tylko jedno albergue, a wydaje się, że zmierzają tam tłumy. Przez chwilę było tak gęsto, że aż się zatrzymaliśmy.
- Myślę, że Logrono będzie dziś zatłoczone?
- Że co? (Gary)
- Powiedziałem, że chyba Logrono będzie zatłoczone!



później

Dochodzimy do Logrono. Jesteśmy wykończeni. 28 masakrycznych kilometrów. Pod samym miastem było już tak brzydko. Dolega mi trochę lewe ścięgno Achillesa, ale raczej dojdziemy. Wszyscy jesteśmy już zmęczeni, Gary też ledwo co już idzie. Włąśnie ubiera peleryne, bo znowu zaczęło lać. Poncho atmosferico. Musimy tutaj przejść przez ruchliwą autostradę, nie wiem dlaczego zrobili to tak dziwnie. Coraz bardziej leje i chyba muszę już schować dyktafon. Buen Camino.



Monday, 27 July 2009

Camino de Santiago 3




28.05.08 Zizur Menor – Puente la Reina

Jest prawie siódma rano i właśnie opuściliśmy schronisko w Zizur Menor. Dziś mamy do przejścia tylko 18 kilometrów, ale podobno czeka nas bardzo ciężkie podejście i jeszcze cięższe zejście. Zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce. Wczoraj po basenie wróciliśmy do schroniska z butelką wina, rozłożyliśmy na stoliku przed schroniskiem nasze zapasy i posiedzieliśmy chwilę.
Znowu zobaczyłem tego Baska, który spał naprzeciwko nas w Larrazoanii i z którym poznałem się przed pójściem na basen. Na imię ma Jurgij. Zaprosiłem go do naszego stolika, posiedzieliśmy trochę razem, opowiedział nam o sobie. Pracuje dla Pepsi i teraz ma dwa tygodnie urlopu. Planuje iść przez te dwa tygodnie i zobaczy jak daleko dojdzie. Bardzo sympatyczny gość, można się znim dogadać i miła z niego odmniana, po starszych francuskich i niemieckich nudziarzach.

Później dosiadł się jeszcze do nas Gary, który jest Kanadyjczykiem, wygląda na jakieś sześćdziesiąt kilka lat, trochę szalony, bardzo entuzjastyczny do nauki języka hiszpańskiego. Gaduła. Dużo mówi, dużo żartuje, śmieje się, jest głośny. Powiedział, że od 2000 roku, kiedy zostawiła go żona został nomadem. Zostawiła go dla Francuza. Próbował powiedzieć to po hiszpańsku i zamiast Francuza wyszła mu Francuzka i mieliśmy trochę śmiechu.
Noc spędziliśmy przy wtórze głośnego chrapania. Chyba trzech facetów chrapało jak piły motorowe i było strasznie duszno, ale dało się przeżyć.



Kiedy wstaliśmy było jeszcze ciemno. Niestety ciągle nie możemy doczekać się jakiegos większego słońca i z tego powodu idziemy objuczeni kilogramami mokrego prania. Dopiero dziś rano zorientowałem się, że w schronisku byłą elektryczna suszarka, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zajarzyłem dopiero, kiedy zobaczylem rano, że żadni z pielgrzymów nie dowieszają do plecaków mokrych ubrań. Znaczyło to, że albo już wysuszyli ubrania, albo schowali mokre do plecaków, żeby nie wyglądać głupio.

Ogólne wrażenia- szlak jest wspaniały i piękny, poczucie wolności itd., jesteśmy tylko rozczarowani pielgrzymami, ale liczę, że to się zmieni w czasie drogi.
Podoba mi się, jak reagują na pielgrzymów miejscowi ludzie; bardzo przyjaźnie i z sympatią.

Później

Zbliżamy się do Utergi. Praktycznie już zeszliśmy z góry, przed którą ostrzgał nas przewowdnik. Góra byłą bardzo piękna. Doszliśmy do wielkich wiatraków, gdzie znajdował się pomnik pielgrzymów, który składał się z wyciętych z metalu postaci pielgrzymów, czy to pieszo, czy na koniu, z osłem, był też pies. Pomimo grubej warstwy rdzy, wyglądały bardzo pięknie.
Po drugiej stronie góry przyroda zaczęła się zmieniać; roślinność przypomina tu Hiszpanię taką jaką ją znam, z czasów kiedy mieszkaliśmy tutaj. Chaszcze w jednym miejscu wyglądały dokładnie jak zarośla koło Brihuegi. Od Roncesvalles do tego miejsca przyroda była francuska, a teraz zaczęła się hiszpańska.

Rano zjedliśmy po jogurcie i po kawałku chleba, do tego czekolada, trochę wody. Dziś planujemy ugotować coś ciepłego, bo już nam się bardzo chce. Na miejscu kupimy garść warzyw, koncentrat pomidorowy, może puszkę fasoli. Wczoraj kupilismy małą buteleczkę oliwy, którą można będzie użyć. Mam nadzieję, że nie pęknie mi w plecaku, właśnie uświadomiłem sobie, że buteleczka jest z plastyku. Z wczoraj zostało mi teżz jeszcze trochę wina, które przelałem do plastykowej butelki po wodzie.

Postanowiliśmy oszczędzać trochę bardziej, bo wczoraj naprawdę pękło za dużo kasy. Musimy zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie wydawać dziennie 20 euro na samo jedzenie.

Nie wiem co jeszcze powiedzieć. Jest pieknie. Jest tak pięknie, że ciężko mi to opisać. Robię zdjęcia, ale widzę, że zdjęcia nie będą w stanie oddać tej przestrzeni, tej panoramy, widoków, ruin zamków i klasztorów. Pola pełne są falującej pszenicy i jęczmienia.
Od jakiegoś czasu idziemy sami. Wcześniej minęliśmy sporo ludzi, (albo oni nas mijali), ale teraz na szczęście zapanował już spokój. Wydaje nam się, jakbysmy byli tutaj sami.
O właśnie jak to powiedziałem, zobaczyłem przed sobą dwóch pielgrzymów.
Wydaje mi się, że dla większości osób nie jest to pielgrzymka z powodów religijnych, ale raczej turystyczno-wyczynowe przeżycie.

Później



Zbliżamy się do Puente la Reina, nasz dzisiejszy przystanek. Tulasi jest trochę obolała, bo wczoraj włożyła sobie do butów wkładki, takie same jak ja kupiłem wczoraj w Trynidad de Arre, ale okazało się, że za bardzo jej podniosły stopy i teraz obciera ją jezyk od buta. Boli ją tak bardzo, że musiała wziąć środek przeciwbólowy. Teraz schodzimy z Obanos i przed nami, w oddali widzimy zdaje się kościół, czy jakąś wysoką wieżę, trzeba będzie obejrzeć ją z bliska.
-Jak dojdziemy to obetniemy mi nogi- mówi Tulasi.

Co szczególnego wydarzyło się dzisiaj? Tulasi była na mnie trochę zła, po tym jak wypiłem wczoraj pół butelki wina i wypaliłem kilka papierosów. Stwierdziła, że po alkoholu zachowuję się głupio i nie może na mnie patrzeć. Wygląda na to, że chyba już jej przeszło, mam przynajmniej taką nadzieję.

Przez chwilę było trochę pochmurnie, ale słońce znowu wyszło zza chmur i przygrzewa dosyć mocno. Wreszcie mogę mieć nadzieję, że moje koszulki, majtki, skarpetki, ręczniki i co tam jeszcze mam, zaczną wreszcie schnąć. Już są w połowie suche, chociaż plecak wcale nie wydaje mi się przez to lżejszy.

Co chwilę z rozrzewnieniem wspominam wczorajszy basen. Oj żeby w każdym miasteczku był taki basen, w którym można by się wymoczyć, zaznać masażu.
-Mi się nie podobało w basenie z masażem, woda byłą za ciepła, jak zupa.
-To czemu siedziałaś w ciepłej zupie?
-Bo smutno mi było samej w normalnej wodzie.
-Mi tam się lepiej siedziało w tej ciepłej zupce, w której miałem dodatkowo masaż.
Dziś parę razy spotkalismy się z jednym Francuzem, nie wiem jak się nazywa…
-General – mówi Tulasi ze śmiechem.
-No tak, nazywamy go General. General de Gaulle. Duży, rubaszny mis. Mówi tylko po francusku, tak, że za bardzo nie możemy sobie pogadać. Wczoraj w schronisku w Zizur Menor wyszedł na patio i… Jednym z pielgrzymów jest starszy Amerykanin. Ciągle na wszystko narzeka i nikt go chyba nie lubi, tak mi się wydaje. Po prostu siedzi, chwali siebie i Ameryke i krytykuje wszystko w Europie. No więc General wyszedł z pokoju i zaczął wołać: „Hej, George Bush! (George wymawiał z francuska, Żorże), George Bush!” Wszyscy zaczęli się śmiać, a Amerykanin gdzieś uciekł. Spotkaliśmy go później przy pomniku pielgrzymów, na szczycie góry. Spytał skąd jesteśmy i kiedy powiedzieliśmy, że z Polski, zaczął wołać „Solidarność, Solidarność”.

Co jeszcze? Acha pamiętam jedną rzecz, powiedział nam o tym Jurgij. Usłyszał o tym, jako o ciekawostce, ale wprowadził ją w życie i mówi, że zdaje egzamin. No więc zamiast wkładek do butów kupuje cieńka podpaskę, która doskonale wciąga wszystkie płyny i oczywiście, jak to podpaska nie wydziela ich z powrotem. Ciekawy sposób, można by kiedys spróbować.
-To były podpaski, czy wkładki higieniczne? Widziałaś?
-Raczej nie.
Przez większość drogi po prawej stronie widzimy ciągnącą się daleko łąkę i kołyszący nią wiatr sprawia wrażenie, jakby były to fale złocisto-zielonego morza. Mijamy też winnice, ale niestety to nie jest jeszcze sezon na winogrona. Zresztą nie jest to chyba sezon na nic, co można by sobie podkraść i się pożywić. Może oprócz czereśni, widzieliśmy chyba w jednym ogrodzie drzewo z czerwonymi, dojrzałymi czereśniami.



Później

Jesteśmy już w Puente la Reina. Rozłożyliśmy się w schronisku, wykąpaliśmy się, wreszcie ugotowaliśmy coś ciepłego; parę ziemniaków, warzywa, fasolę, ryż i wyszło z tego kitri. Zaprosiliśmy na jedzenie Jurgija i Tima, Anglika, który mówi bardzo dobrze po hiszpańsku, bo mieszkał przez parę lat w Argentynie i Kolumbii. Chłopaki bardzo się ucieszyli z zaproszenia i było bardzo miło. Doszliśmy do wniosku, że będziemy gotowali codziennie. Rano zjemy sobie jakieś kanapki, a wieczorem, po przyjściu, nie ma przecież problemu, żeby spędzić 20 minut w kuchni i gotowanie nie wychodzi zbyt drogo.

Nie weszliśmy do pierwszego schroniska. Było po chyba 13 euro za osobę i znaleźliśmy schronisko municipal, za 5 euro od łóżka. Jest kuchnia, czyste łazienki. Widzę, że spotykamy się codziennie z tymi samymi osobami i powoli zaczynamy spotykać fajne, ciekawe osoby. Idzie się coraz milej.
Poszliśmy połazić po mieście, znaleźliśmy bankomat, wybraliśmy sto euro. Wyszło nam z obliczeń, że cała podróż (nie licząc tego, co już wydaliśmy na bilety) będzie nas kosztowała 1000 euro i kiedy już zdaliśmy sobie z ztego sprawę, już nas tak nie boli upływ kasy. Teraz idziemy się położyć, zrobić sobie swoją sjestę, poczytać książki. Dobrze jednak, że nabrałem trochę książek.
-Ja mam jeszcze gazetę z Polski- dodaje Tulasi
Tulasi ma jeszcze Focusa. No więc poleżymy chwilę, a kiedy skończy się sjesta, pójdziemy na pocztę wysłać kartki. Znaleźliśmy też malutki sklepik z pamiątkami, gdzie Tulasi będzie mogła sobie wreszcie kupic muszlę.



Właśnie doszliśmy do tej wieży kościelnej, którą widzieliśmy z daleka, dochodząc do miasta. Ciekawie wygląda; cała porośnięta jest jakimiś krzakami i mchem, a u samej góry bocian uwił sobie gniazdo. Myślałem, że wszystkie bociany poleciały już do Polski.
-Wiesz, że ten kościół jest z XI wieku? –mówi Tulasi- strasznie się bałam, jak weszłam do środka, tyle duchów, bardzo ciężka atmosfera.
-Mi się wydaje, że tak jak opisujesz, to jest we wszystkich kościołach.
-Nie, dla mnie dopiero to pierwszy taki straszny kościół.

Później

Właśnie wyszliśmy ze schroniska pod taki daszek, gdzie suszyliśmy pranie, gdy nagle z nieba lunęły potoki deszczu i zaczęły walić pioruny, tak że nie możemy wrócić do łóżka. Utknęliśmy tutaj z trójką hiszpańskich rowerzystów, którzy dzisiaj rano wyruszyli z Roncesvalles.
- Prawdziwe oberwanie chmury – Tulasi.
- Oberwanie chmury i myślimy sobie o ciepłym łóżeczku, które czeka na nas kilkanaście metrów stąd.
- Nie więcej niż dwadzieścia metrów – Tulasi – ale pierwszy raz mamy wszystko suche i nie chcemy od nowa się zmoczyć.
Parę minut wcześniej Tim i Jurgij zaprosili mnie na piwo do baru i prawie uległem, ale nie chciałem zostawiać Tulasi samej i dobrze, że nie poszedłem, nieźle by mnie zlało.
Dobra, wydaje się, że deszcz zaczyna słabnąć.
- Mi się tak wcale nie wydaje – Tulasi.
Ale wali piorunami. Gdyby nas tutaj zabiło, bylibyśmy sławni. Postawiliby pewnie mały pomnik; „Tutaj dwójka polskich pielgrzymów zginęła od ciosu piorunem.”
Może pomnik byłby z mosiądzu; cztery postacie rowerzystów i dwóch Polaków z praniem w rękach.
- Mogliby zrobić pomnik multimedialny, z twoim nagraniem mp3. Słychać by było naszą rozmowę, śmiechy rowerzystów, a tu nagle wielki huk!
He, he, to by było ciekawe.



Sunday, 26 July 2009

Camino de Santiago 2



Larrasoana – Zizur Menor
27.05.08 wtorek, 20,6 km

6:30

Idziemy od jakichś dziesięciu minut. Udało nam się wstać przed szóstą, ale pakowaliśmy się bardzo wolno, tak żeby nie obudzić innych podróżnych. Wstaliśmy pierwsi i później, już w łazience dołączyło do nas jeszcze kilka osób. Na razie nie nawiązaliśmy jeszcze żadnych związków z pielgrzymami, których spotkaliśmy. Nie nasz klimat. W sumie chłopak, który leżał naprzeciwko nas wydawał się bardzo sympatyczny i spokojny. Czytał jakąś książkę o Camino. Inna osoba, która na pierwszy rzut oka przypadła mi do gustu, to pewien Węgier z długimi włosami i brodą. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo z ludźmi, byliśmy za bardzo zmęczeni.
Dzisiaj czeka nas 21 kilometrów, czyli (teoretycznie) siedem kilometrów mniej, niż wczoraj. Na całe szczęście mięśnie bolą nas mniej, niż wczoraj wieczorem. Kiedy się kładłem, nie wiedziałem jak będę w stanie przejść dzisiaj taki kawał drogi.

Wyszliśmy jeszcze przed wschodem słońca, ale robi się coraz jaśniej. Jest mgliście, nie pada. Wczoraj też nie padało tak wcześnie, dopiero kiedy cała mgła podeszła do góry, zaczęło lać.
Minęliśmy stado koni. Domyślam się, że te wielkie dzwonki na szyi są tam dlatego, żeby łatwiej je było znaleźć, tym bardziej, że pasą się swobodnie, nie są przywiązane do niczego. Najpierw pomyślałem, że to okrutne zmuszać je do słuchania tego okropnego hałasu, przez cały czas, ale później doszliśmy z Tulasi do wniosku, że po całym życiu z dzwonkiem na szyi, konie myślą, że takie się już urodziły i śmialiśmy się, że pewnie kiedy spotykają źrebaki bez dzwonków, myślą sobie „O, jakie biedne źrebaki, nie mogą się doczekać, kiedy wyrosną im dzwonki i będą mogły już być normalne.” Tak jak ludzie.

Później

Ciągle rano, nie doszliśmy jeszcze nawet do pierwszej miejscowości. Te ostatnie kilka kilometrów próbowałem się modlić, tak jak wcześniej sobie obiecałem. I jest tak ciężko! Człowiek chciałby tak bardzo poczuć w tej drodze obecność Boga, ale zamiast tego musi zmagać się z całkowitą pustka. Po prostu się idzie, a modlitwa staje się mechanicznym klepaniem mantr i jakby się człowiek nie wysilał, smaku nie ma. Mam jednak ciągle nadzieję, że jeśli będę robił wysiłek…w końcu przed nami jeszcze tyle dni. Może wreszcie zacznie się pojawiać jakieś uczucie, jakaś boska obecność.

W tym momencie czuje się tylko obserwatorem. Idę, rejestruję obrazy, miejsca. Nie wiem…może zacznę to wszystko przetrawiać dopiero jak wrócę do domu? Póki co nic.
Zostało nam jeszcze jakieś pięć kilometrów do Trinidad de Arre, gdzie postanowiliśmy zjeść śniadanie. Jak na razie nie spotkaliśmy żadnych pielgrzymów, ale to pewnie dlatego, że wyszliśmy pierwsi. Tzn. był jeden pan, który minął nas na samym początku, ale później gdzieś usiadł i już nas nie dogonił.
Ścieżka jest całkiem inna niż wczoraj. Prowadzi po zboczu góry, dosyć blisko drogi do Pamplony, przez którą będziemy dzisiaj przechodzili.



Później

Już prawie jesteśmy w Trinidad de Arre. Jesteśmy głodni! Bycie głodnym na szlaku jest czymś niesamowitym. Idziemy przed siebie i myślimy o jedzeniu, a każda myśl jest jak nektar. Wiemy już nawet co kupimy. Na pewno jakieś białe pieczywko, oliwki, ser, Tulasi jeszcze nie wie, że kupimy ser owczy. Ten który mają w Hiszpanii jest wspaniały. Jogurt, pomidor. Na deser czekoladę z całymi migdałami. To wiemy już na pewno.
Może w Pamplonie, jak będziemy mieć szczęście i chęci, zobaczymy, spytamy w informacji turystycznej, czy jest gdzieś w okolicy restauracja wegetariańska. W końcu to całkiem spore miasto. Na myśl o czymś ciepłym robi mi się lepiej.
Ogólnie rzecz biorąc wegetarianie nie maja łatwego życia w Hiszpanii i Camino de Santiago nie jest jakimś wyjątkiem, ale może w Pamplonie coś znajdziemy. Żałuję, że nie sprawdziłem na internecie.
-Powiedz coś teraz ty Tulasi.
-Hello.
-Nie, no powiedz cos z sensem. Jak się czujesz?
-Nogi mnie bolą i jestem głodna jak świnia.
-Tak, co jeszcze?
-Pełno tutaj ślimaków. Jestem tak głodna, że zostanę chyba Francuzem i zacznę je zjadać… I będę mówić w kółko: merci, merci merci, merci (ironicznie)

To była uwaga do Francuzów, których spotkaliśmy. Wszyscy dostosowują się tutaj do faktu, że są w Hiszpanii, mówią „gracias” „Buen Camino” itd., i tylko Francuzi mówią do wszystkich po francusku.
-Nie mogą nauczyć się kilku słów?
-Wydaje mi się, że tutaj nie chodzi o nauczenie się, ale po prostu: „nie powiem, nie będę mówić w jakichś obcych narzeczach i już”. Francuzi są zabawni.

Wczoraj spotkaliśmy jedna parę Francuzów, nie wiem, może byli koło czterdziestki, ale się facet naprał. Kiedy Tulasi szła wieczorem do toalety widziała, że facet był tak pijany, że żona musiała prowadzić go do łóżka. Nie chciałbym być w jego skórze dziś rano. Iść z takim kacem…

Później



Wychodzimy już z Pamplony. Ożywił nas spacer przez miasto, dużo ludzi, wesoło, kolorowo, ciekawa architektura. Chyba lepiej się czujemy przechodząc przez miasteczka, niż przez odludzia i leśne ostępy. Może dlatego, że jesteśmy ze wsi, przynajmniej ja i dość się już napatrzyłem na drzewa. Oczywiście mówię to pół żartem, piękna jest przecież przyroda, która mamy okazję oglądać.

Trochę się obkupiliśmy. Kupiłem sobie wreszcie pelerynę, z tych tańszych, plastykowych, bo ta profesjonalna kosztuje ponad trzydzieści euro. Z peleryną czuje się już bardziej bezpiecznie. Tulasi kupiła sobie słuchawki do mp3jki, za dzisieć euro, takie same jak moje. Teraz zmierzamy już do miejsca gdzie spędzimy noc, do Zizur Menor.

Podobnie jak wczoraj, mogę widzieć, że razem ze zmęczeniem i bólem mięśni przychodzi jakieś wewnętrzne zadowolenie. W Trinidad de Arre zjedliśmy też wielkie śniadanie i zostało nam jedzenia jeszcze na obiad , a może i na jutro. Tak to jest, kiedy idzie się na zakupy na głodno.
Zaraz po śniadaniu przyszła do nas porozmawiać siostra zakonna, którą poprosiliśmy o błogosławieństwa i pobłogosławiła nas, żeby całą drogę towarzyszył nam Bóg. Bardzo miła staruszka. Wyściskała nas, wycałowała Tulasi. Wcześniej już zauważyłem, że kiedy zakonnice dowiadują się, że jesteśmy Polakami, stają się bardzo uczuciowe. Domyślam się, że to z powodu papieża.



Później (Zizur Menor)

Jesteśmy już w Zizur Menor i postanowiliśmy się wybrać na basen. Po drodze okazało się, że basen ten jest praktycznie w następnej wiosce, chyba zostaliśmy źle poinformowani. Niby dwa kilometry to nie dużo, ale kiedy przeszło się dwadzieścia, to jednak boli. Jesteśmy trochę dobici i błądzimy po osiedlach. Ja się bardzo nie przejmuję, ale Tulasi ma coraz bardziej dość. Zobaczymy, czy było warto. Myślę, że kiedy zanurzymy się już w wodzie, to będzie radość.
-Chyba, że basen jest już nieczynny- mruknęła Tulasi.
Tulasi uważa, że pewnie zamykają na czas sjesty.
-Jeszcze coś chcesz dodać? – to ja – powiedz coś jeszcze, śmiało.



Schronisko jest bardzo fajne. Wprawdzie aż siedem euro, ale jest miło. Czysta łazienka, kuchnia, świetlica.
Muszę przyznać, że mamy trochę dość tych pielgrzymów, z którymi spotykamy się po drodze. Wydaja się trochę snobistyczni, szczególnie wytrącił nas z równowagi jeden z nich…
-To chyba Grek? – spytała Tulasi.
-Nie, z tego co zrozumiałem, to Francuz, który mówi po węgiersku, albo Węgier mówiący po francusku. Jego pielgrzymka zaczęła się w Grecji. Dziś w kolejce do albergue, spytaliśmy go skąd idzie, opowiedział nam trochę o swojej podróży, byliśmy pod wrażeniem, aż wreszcie spytał gdzie my zaczęliśmy. Odpowiedziałem, że w Roncesvalles, na co on prychnął z pogardą, odwrócił głowę i przestał z nami rozmawiać! Byliśmy w kompletnym szoku. No ale co zrobić, różni ludzie się zdarzają.

****
Z informacji jakie właśnie otrzymaliśmy od bardzo miłego chłopaka wynika, że powoli dochodzimy do basenu, a później, żeby dojść do naszego schroniska, nie będziemy musieli wracać tą samą, długa trasą, ale będziemy mogli użyć prostego skrótu, z czego bardzo się cieszę.
Myśleliśmy, żeby może coś ugotować, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że wydaliśmy w Pamplonie tyle kasy, że po prostu zjemy to co mamy, zrobimy do tego po gorącym kubku i może dokupię mały karton, albo butelkę winka.

Ogólnie czuję się zrelaksowany, tylko Tulasi bolą bardzo nogi i przez to zrobiła się bardzo nerwowa. Ja mógłbym jeszcze łazić, w sumie to lubię spacery po obcych miasteczkach. Będę musiał później sprawdzić na mapie ile takich okazji jeszcze będzie. Dziś pospacerowaliśmy trochę po Pamplonie, ale z plecakami na plecach to nie to samo.

Później

Siedzę i czekam na Tulasi przed damską szatnią, czekając aż się pozbiera i będziemy wracali do schroniska. Boże jak było cudownie w wodzie! Był zwykły basen do pływania, basen z masażem wodnym i sauna. Tulasi nie skorzystała z sauny, bo trzeba by się było rozebrać do naga i nie chciało jej się kombinować, ale ja wypociłem się z radością. Głównie jednak siedzieliśmy w ciepłej wodzie z masażem. Teraz czuję się jakbym za chwilę miał zemdleć; tak mi słabo, ale słabo rozkosznie, nic mnie już nie boli, wszystkie mięśnie odpoczęły. Codziennie przydałoby nam się coś takiego.
Trochę czuję się winny, że nie powiedzieliśmy nikomu w schronisku o tym darmowym basenie, ale pewnie nikomu nie chciałoby się iść tak daleko (usprawiedliwiam się).


Saturday, 25 July 2009

Camino de Santiago 1



Zamieściłem oststnio dwa fragmenty z nagrań jakie zrobiłem w czasie wyprawy do Santiago de Compostella i przypomniało mi się wszystko; jak było fajnie i przygodowo. Postanowiłem więc wkleić więcej fragmentów z transkrypcji tych nagrań. Niestety pewnego dnia, pod koniec wyprawy, niechcący skasowałem większość nagrań (rozmowy, przemyślenia, śpiew tubylców, dźwięki natury itd). Podłamało mnie to trochę (ale nauczyło żeby nie ufać za bardzo elektronice, szczególnie jeśli jest to tania wersja elektroniki z Ludowej Republiki Chińskiej;). Dlatego nie będzie całości.

Roncesvalles – Larrasoana

26.05.08 poniedziałek, 27 km


11:05

Wyszliśmy już z Roncesvalles, jakieś półtorej godziny temu. Na miejsce dojechaliśmy przed szóstą rano, ale nie było gdzie kupić paszportu pielgrzyma, więc położyliśmy się na chwilę w śpiworach pod takim zadaszeniem i przespaliśmy się może z godzinę. Później na szczęście jeden pan otworzył biuro pielgrzyma przed godzinami otwarcia (normalnie biuro otwiera się o dziesiątej rano) i sprzedał nam credentiales (paszport pielgrzymi), a oprócz tego udało nam się zdobyć jedną muszlę i teraz już idziemy.

Na początku sporo lało, teraz też leje, ale na szczęście mniej. Jest bardzo mokro, ale pięknie i wcale nie zimno. Otacza nas soczysta zieleń, soczyste łąki, lasy.
Jedną rzecz mogę powiedzieć już z całą pewnością: żałuję, że nie kupiłem sobie jednak peleryny, takiej jak ma Tulasi. Przygotowywalismy się na gorącą pogodę, ale teraz nie wiemy kiedy w ogóle zaświeci słońce. Na szczęście w największą ulewę udało nam się schronić w kafejce, w pierwszej wiosce za Roncesvalles, Burguete. Wypiliśmy po kawie, zjedlismy kawałek ciasta, kupiłem sobie też pięćdziesiątke wódki, żeby się rozgrzać, bo było mi naprawdę zimno, no a teraz idziemy. Nasz pierwszy dzień.



Później

Trafilismy właśnie na ścieżkę, która tak naprawdę jest rwącym strumieniem, a nie ścieżką. Chyba mogę już zapomnieć o mojej wizji upalnego, piaszczystego i suchego camino. Tyle wilgoci, wody i błota nie doświadczyłem chyba przez cały rok.
Minęliśmy właśnie wielka grupę Hiszpanów. Przepuścili nas przodem, bo szliśmy szybciej od nich i pewnie utonęli za nami w błocie.
Hmm, w sumie lepiej się idzie w tym strumieniu, bo są w nim przynajmniej kamienie, na których można oprzeć stopy, a wcześniej mieliśmy do czynienia tylko z gładziutkim, śliskim błotem. Na nogach mam zwykłe tramki, bez bieżnika, tak, że no cóż, Gorka może miał trochę racji, ale jakos przeżyję.
O, chyba wychodzimy na suchy grunt… nie, zdawało mi się…a jednak doszliśmy do jakiejś drogi.

Później

Teraz idziemy przez… nie wiem jak to nazwać… przez gęste krzewy, które układają się w bardzo ciasny tunel. Przy tej pogodzie, te krzaki wyglądają jak ciemna, wilgotna grota z Władcy Pierścieni. Bardzo baśniowo. Zaczynam coraz bardziej przyzwyczajać się do myśli, że może być mokro, może nawet przez całą drogę, ale to też miałoby swój urok.
Tulasi wreszcie trochę przyśpieszyła, ale to tylko dlatego, że minęliśmy kilka grup pielgrzymów i nie chce, żeby nas dogonili. Najlepszym przyśpieszaczem dla Tulasi jest współzawodnictwo. Dzięki temu będziemy mogli iść naprawdę dobrym tempem. Już się nie boję, że będziemy przychodzić do celu wieczorem.



Z powodu tego błota podwinąłem sobie spodnie pod same uda. Nie wiem dlaczego, ale Tulasi mówi, że wyglądam śmiesznie. W sumie domyślam się, że faktycznie, takie dwie, cienkie, pałąkowate patyki wystające z tych swetrów, kurtek i plecaków muszą wyglądać zabawnie.
Przed nami idzie pani pielgrzymka. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się aż tylu ludzi, myślałem, że sezon zaczyna się dopiero w lipcu, a tutaj wydaje się, że co pięć minut spotykamy albo pojedynczych pielgrzymów, albo całe grupki. Zastanawiam się jak będzie z miejscami w schroniskach, ale nie martwię się tym jakoś bardzo. Dzisiaj przecież spaliśmy praktycznie pod gołym niebem i chociaż było zimno to dało się przeżyć.

12:50

Wreszcie wzeszło słońce. Połowa nieba jest już błękitna, zaczyna coraz bardziej przygrzewać słoneczko i z gór unosi się mgła. Ciągle jest mokro i spotykamy coraz więcej pielgrzymów.
Tulasi dzisiaj udał się dowcip. Zastanawialiśmy się, czy spotkamy jakichś Polaków i Tulasi stwierdziła, że jeśli tak, to będą to dwa rodzaje osób; albo dzieci Jana Pawła II, albo dzieci Paulo Coelho.
Jednak jak do tej pory wydaje się, że większość pielgrzymów to Hiszpanie, Francuzi i Niemcy i z reguły w profesjonalnym, drogim „rynsztunku” turysty, w dobrych butach. Jeszcze nie widziałem nikogo w trampkach, jak ja. Oprócz tego są to w większości starsze osoby, średnio od czterdziestki wzwyż.

Później

Idziemy i przyszło mi do głowy, że cały czas czekam na coś, czekam, aż coś się wydarzy, jakieś mistyczne objawienie, głębokie przeżycie itd., ale nic takiego się nie dzieje. Po prostu idę i nie mam jakichś wzniosłych myśli i przyszło mi do głowy, że może to jest tak, że trzeba nauczyć się prostoty, cieszenia się samą drogą, a nie ciągłego czekania na coś niesamowitego, mistycznego. Poddać się drodze, nie myśleć za dużo, po prostu pozwolić zmęczeniu płynąć przez ciało, czasami zachwycić się jakimś widokiem. Proste rzeczy.



Paulo Coelho napisał w „Pielgrzymie”, że Camino de Santiago to droga objawienia dla prostych ludzi. Mistyczne doświadczenie prostych ludzi… coś w tym rodzaju, nie pamiętam dokładnie.
Muszę sobie uświadomić, że jestem kimś prostym i wszystkie te cierpienia, depresje, ciężkie myśli pochodzą jak mówi z kolei w swoich książkach Carlos Castaneda, z nadmiernego poczucia własnej wartości i to właśnie wygórowane pojęcie o sobie nie pozwala nam cieszyć się normalnym życiem.

Może czas już wyrosnąć z tych oczekiwań na wielką wizję, olśnienie, bowiem być może prawdziwa radość przychodzi z prostoty. Nie wiem jak to jest do końca, coś takiego przyszło mi do głowy w tym momencie. To pierwszy dzień Camino, zobaczymy jak rozwinie się ta myśl z czasem.
Będę też próbował opiekować się jak mogę Tulasi, myśleć o niej, wyjść z tego mojego, małostkowego egoizmu.

Właśnie doszliśmy do jakiegos pomnika. „En memoria de Shingo Yamashita, peregrino Japones, fallecido en Augosto 2002. 64 anos.” To znaczy, że dokładnie w tym miejscu, w wieku 64 lat, w 2002 roku zmarł pielgrzym z Japonii i towarzysze podróży wystawili mu ten właśnie pomnik.

Później

Minęliśmy Zubiri i zmierzamy do ostatniego przystanku dzisiaj; do Larazoana. Najlepsze jest to, że byliśmy na skrzyżowaniu, jakieś sześć, siedem kilometrów stąd i był tam znak na którym pisało, że do Larasoani jest siedem i pół kilometra. Po przejściu siedmiu kilometrów dochodzimy tutaj i okazuje się, że to dopiero Zubiri, z którego czeka nas jeszcze ponad pięć kilometrów. Nie wiem więc jak to jest z tymi oznakowaniami. Tulasi doszła do wniosku, że możliwe, że oni mierzą te odległości na mapie, nie biorąc pod uwagę, że są tutaj góry i dlatego wychodzi im mniej. No ale damy radę. Jesteśmy zmęczeni, ale nie aż tak, jak myśleliśmy, że będziemy.

Pogoda jest już całkiem słoneczna, ale powietrze nasiąknięte jest wilgocią. Czuć jak się wdycha parę wodną, a czasami nawet to widać. Tempo jak na razie mamy zawrotne, co chwila mijamy grupy ludzi, do tej pory w większości byli to starsi ludzie, ale w końcu zaczęliśmy dobijać do młodszych, którzy widocznie wyszli z Roncesvalles wcześniej.



Nie wiem jak to tempo będzie wyglądać jutro, z obolałymi mięśniami i ponaciąganymi ścięgnami. Zresztą po co się martwić- na razie idzie nam dobrze i korzystamy z tego.
Tulasi trzyma się bardzo dzielnie, wcale nie jęczy.
-Aaaaa, już nie mogę! (Tulasi żartobliwie udaje jęczenie.)
Wręcz przeciwnie, podtrzymuje mnie na duchu. Oznaczenie drogi jest pierwszej klasy. Wszędzie widać żółte strzałki, namalowane farbą, albo niebieskie tabliczki ze strzałkami, co krok widać też biało-czerwone flagi, które są flagą tego regionu (Navarry), a oprócz tego tam, gdzie mogą być jakieś wątpliwości, np. jakieś rozwidlenie dróg, bez znaku, pielgrzymi zostawiaja tam strzałki ułożone z kamieni, tak, że praktycznie nie ma szans się zgubić.
-Jak na razie- dodaje Tulasi
-No tak, jak na razie, przynajmniej na tym pierwszym odcinku.

Z praktycznych uwag mogę jeszcze powiedzieć, że takie tramki, jak mam teraz na nogach nie do końca zdają egzamin, przynajmniej nie w taką pogodę, nie wiem jak jest w czasie upału. Raz, że jest błocko, czasami po same kostki i nie dość, że się ślizgam, to czasami mam wrażenie jakby to błoto próbowało ściągnąć mi te buty z nóg. Druga rzecz to fakt, że ścieżki są bardzo kamieniste i przez podeszwę mogę czuć każdy kamyk, na jaki stąpam. Na razie aż tak bardzo nie boli, ale nie mam pojęcia jak będzie wyglądało to jutro. No a jak zrobi się już cieplej będę chciał wypróbować sandały. Raczej teraz, po drodze nie będę już kupował jakichś super butów górskich, nie stać nas na takie wydatki, ale kiedy widzę, jak po pierwszym dniu wyglądają te, które mam na nogach, to pewnie będę jeszcze musiał dokupić parę, albo dwie jakichś tańszych. Mam już taką naturę, że wolę mieć coś lekkiego, czuć się bardziej swobodnie i kiedy założę sandały nie chcę dźwigać na plecach dwukilogramowych buciorów. Czasami wolę mieć mniej wygody, ale za to więcej swobody. Zresztą wszystko się okaże w praktyce.



Póki co słońce grzeje coraz bardziej i zrobiło się parno jak w dżungli amazońskiej i ciągle brodzimy po kostki w błocie. Trochę daje mi się też we znaki ból w lewej pachwinie. Zawsze kiedy robię dłuższy spacer, czy robie wysiłek zaczyna mnie boleć. Nie wiem, może naciąga mi się tam jakieś ścięgno? Zwykle po jednodniowej przerwie w chodzeniu przechodzi, ale nie wiem jak będzie to wyglądało przy dłuższej wędrówce. Mam nadzieję, że to nic poważnego i że moje ciało szybko się przyzwyczai.

Później

Przed chwilą spotkaliśmy chłopaka z Holandii, nazywa się Kai, przez chwilę szliśmy razem. Kai wygląda w stu procentach jak Jezus z obrazów. Ma brodę, długie włosy, 33 lata. Podobnie jak my rzucił właśnie pracę i chciał spędzić czas idąc przez Camino. Zaczął w JPP. Pogadaliśmy przez chwilę, zrobiliśmy sobie zdjęcie i ruszył dalej- miał tempo dwa razy szybsze od naszego i po chwili by już tylko punktem na horyzoncie. Przy jego szybkości, to nie wiem czy jeszcze kiedyś się spotkamy.
Przed nami jeszcze tylko z dwa, trzy kilometry. Przynajmniej teoretycznie, bo Tulasi mówi, że (cytuję) „to mogą być trzy, kurwa, hiszpańskie kilometry”.

Później

Już prawie dochodzimy do naszej wioseczki. Muszę powiedzieć, że jestem kompletnie wykończony, ale też zadowolony. Widzę skąd się to bierze. Kiedy człowiek jest tak zmęczony, bolą go stopy, wszystkie mięśnie, obtarcia od plecaka, to wtedy właśnie zaczyna być tu i teraz i to jest bardzo przyjemne uczucie. To jedna rzecz. A druga rzecz to zadowolenie z osiągnięcia czegoś. Wiem, że przeszliśmy, nie wiem…28-29 kilometrów. To wspaniałe uczucie. Mogę się tylko domyśleć, jakie emocje będę czuł już po całej wyprawie.




Friday, 24 July 2009

Jak to napisać?



Transkrypcja nagrania z hotelu w Santiago de Compostella, po 33 dniach podróży (patrz poprzedni wpis). Tulasi, ja, za oknem bezdomni palą herę w bramie, ciepło, nostalgicznie, w środku czuć pulsujące życie, przemyślenia, nadzieje na przyszłość i duma z siebie, oczekiwanie cudów, uczt i niespodzianek...

Jak to napisać?

- Pomyślałem sobie właśnie, że początkiem książki mógłby być koniec tej historii. Mogłaby zacząć się od momentu, jak jestem w tym hoteliku w Santiago, opisuję sytuację, mówię o swoich uczuciach, a nawet opisuje tych junkich, którzy za oknem palą heroinę w bramie, i o uczuciach radości i smutku, które rozpierają moje serce i dopiero wtedy mógłbym się cofnąć do momentu, kiedy to wszystko się zaczęło. Mogłoby to być ciekawe. O, leżę sobie tutaj, za oknem gwar hiszpańskiej ulicy i jak do tego wszystkiego doszło, od czego się to zaczęło. Mógłbym wspomnieć jakąś pustą butelkę zostawioną przez Garego. To jest dobry sposób, żeby zacząć coś od końca. Budzi to zainteresowanie tym jak doszło do tej sytuacji.

- Gdyby to było tak, że leżysz z połamanymi nogami, a obok ciebie leży ktoś obcy, też z połamanymi nogami, a obok stoi policjant i was pilnuje i jak do tego doszło, to by miało sens, a nie, że leżysz w hotelu w Santiago na kanapie. Wszyscy wiedzą jak do tego doszło. Wyszłeś z Roncesvalles i doszedłeś (mówi Tulasi, śmiejąc się).

- To ma być książka o wewnętrznym odnalezieniu się a nie kryminał. Coś bym wymyślił. W każdym bądź razie, jest to jeden z pomysłów. Albo to, albo w formie całej akcji od początku do końca, ale wtedy mogłoby to być trochę nudne, jako dziennik. Mógłbym też to zrobic w formie listów. Albo…

- Nie, nie. Właśnie fajnie jest, kiedy jest od początku do końca i widać poprawę… postęp w związkach, w ludziach. (Tulasi)

- Tak by właśnie było, tylko sam początek byłby na końcu. Nie masz wyczucia. Masz wyczucie plastyczne, ale nie masz literackiego w ogóle. Masz najpierw jakiś moment, a później powoli jak do niego doszło.

- Mnie to nigdy nie wciągało. (Tulasi)

- Tak? Daj mi jakis przykład książki, która ma taka konstrukcje, którą czytałaś. Masz trzy sekundy. Raz… dwa… trzy. (śmiech)

Albo, jak widziałem w jednej z książek o Camino, tej w albergue Brasil… tej której mi nie pozwoliła zabrać hospitalera i w sumie teraz żałuję, że się w ogóle pytałem i po prostu jej nie ukradłem, że po prostu były tytuły, jakiś temat i rzeczy z całej drogi na ten konkretny temat.

- O! Tak też jest fajnie. Bardzo lubię takie historyjki. Takie rzeczy lubię. (Tulasi)

- Ona zrobiła to o rozwoju wewnętrznym, jakby lekcje, np. jak się nie przywiązywać, nie o to mi chodzi, ale podoba mi się sama idea, żeby nie pisać chronologicznie, ale zebrać powyrywane rzeczy.

- No, fajne. (Tulasi)

- Hmm, tylko to by było cięższe…

- Nie, nie byłoby cięższe. Mógłbyś np. zrobic temat o Niemcach. „Fucking drunk Germans” (śmiech, Tulasi) A później o Francuzach "Fucking nadęci French" (znowu śmiech)

- Ha, ha, to by chyba nie przeszło. Nie w epoce poprawności politycznej.

- Co się martwisz, to jest ich problem. (Tulasi)

- Gdyby to zrobić z humorem i sympatią… Albo… pomyśl; też tytuły, ale chronologicznie...




Thursday, 23 July 2009

Przedostatni dzień



Na przełomie maja i lipca 2008 roku wybraliśmy się z Tulasi w podróż naszych marzeń (choć kiedy pierwszy raz powiedziałem jej o moim pomyśle, to prawie chciała się rozwodzić - obawiała się, że to kolejny z moich nieprzemyślanych i niebezpiecznych pomysłów;)). Postanowiliśmy przejść starożytne Camino de Santiago - tysiącletnią trasę pielgrzymów prowadzącą do grobu św. Jakuba w Hiszpanii. Trasa zaczyna się na granicy z Francją i prowadzi na drugą stronę kraju. Nie jesteśmy katolikami, ale porwała nas idea pójścia przed siebie, ot tak, bez martwienia się przyszłością, spotykając poszukiwaczy (i zgubywaczy też), łowienie chwil... Okazało się, że to był chyba najlepszy czas jaki spędziliśmy w życiu. Tutaj są fragmenty dziennika i zdjęcia z trasy. Poniższy fragment pochodzi z mojej nagrywarki mp3 (nie zawsze chciało się pisać, no a czasami trzeba było uchwycić rzeczy na gorąco).

Camino de Santiago 2008

Dziś nasz przedostatni dzień drogi. Dopiero 10:30, a już zaraz dochodzimy do schroniska i będziemy się już relaksować. Może coś ugotujemy? Zobaczymy czy będzie kuchnia i jakiś sklep.
Wczoraj wieczorem złapała mnie lekka depresja. Sytuacja z tatą. Znowu powróciły myśli o pieniądzach i przyszłości. Ciężko mi się stawia czoło tym wszystkim niepokojom, choć czasami wydają się one małe i ma się wrażenie, że bez problemu można im podołać.
Dziś jest fajna pogoda; słonecznie, ale nie grzeje za bardzo. Jest miło, wieje wiatr, zieleń, bardziej letnio niż wiosennie.

Dziś się raczej nie rozdzielamy, ale trzymamy razem, w grupie; Martial, Gary, Nick, Tulasi, ja. Nasze ostatnie dni razem. Nick wyjeżdza już jutro w nocy, ale może się jeszcze spotkamy. Namówiliśmy go na Woodstock. Próbowaliśmy też przekonać na przyjazd do Polski Garego. Byłoby super gdyby obydwaj zjawili się na Woodstocku. Żartowałem do Nicka, że mielibyśmy nasze Camino Fellowship (Bractwo Camino) i moglibyśmy sobie nawet kupić te same koszulki z żółtą strzałką i może nawet z nadrukiem z naszymi imionami.

No więc minął miesiąc. Jutro już koniec. Nie wiem czy jestem w stanie zrobić jakiś bilans tego co doświadczyłem. To co w tym momencie widzę najcenniejszego, to spotkanie tych ludzi. Podniósł mnie na duchu fakt, że inni też mają podobne problemy, jak na przykład Nick z jego depresją i szukaniem duchowości. Natomiast Gary powiedział, że nie wie co to jest depresja, chociaż przecież w jego wieku, z tak zniszczonymi nogami, słuchem, oczami, zostawiła go żona; jak w takich warunkach można zachować pogodę ducha?

Cieszyły mnie też spotkania z innymi ludźmi, którzy byli z nami tylko przez chwilę. Pepe i Jose byli fajni. Ta para, którą wczoraj spotkaliśmy… ona była Helen, on nie pamietam, też bardzo sympatyczni, i wiele, wiele innych.

Co jeszcze? Na pewno niezapomniane widoki. Uczucie, że przeszło się na nogach całą Hiszpanię. Świat znowu zmniejszył się o ten kawałek.

Spytałem też Nicka o jego bilans Camino. Powiedział, że dla niego to był śmiech. Dużo się śmiał. Dużo radości, śmiechu, humoru. A tego nie miał od lat, odkąd rzucił crack i picie.

Mówiłem wcześniej o tym, że nie czuję żeby moje życie jakoś bardzo się zmieniło, ale przypomniałem sobie jak przeczytałem w tamtej książce w albergue Brasil, że to przychodzi z czasem. Kiedy jest się blisko jakiegoś doświadczenia, można go nie dostrzec, ale z czasem… Pamietam jak w Roncesvalles spytałem hospitalero, kiedy kupiliśmy już credentiales, czy ma dla nas jakieś rady; właśnie dopiero co zaczynamy, jesteśmy przejęci i entuzjastyczni. On się po prostu tajemniczo uśmiechnął i powiedział: „Po prostu podążajcie za żółtymi strzałkami.” Zabrzmiało to bardzo mistycznie. Ty po prostu podążaj za żółtymi strzałkami, a rzeczy same się będą wydarzać. Zaufaj drodze.

Może nie działo się nic nadzwyczajnego, ale myślę, że ostatecznie wszystko zależy od tego, jak pokolorujemy te wszystkie rzeczy, wydarzenia, historie. Jeśli nawet puszczę wodzy fantazji, pokoloruję to wszystko, to z czasem będę pamiętał całe Camino, tak jak je sobie zbuduję. Pozostaną migawki, jak na przykład migawka festiwalu w Galicji, z muzyką galicyjską, oraz młoda dziewczyna rozmawiająca z dwoma staruszkami i całująca ich w policzki. Pepe, który płacze, żegnając się z nami, kiedy wraca do domu. Pepe, którego na początku uważaliśmy za gruboskórnego Hiszpana okazał się bardzo miłym, sympatycznym, starszym panem. Starsi państwo, hospitaleros ze Szwajcarii, nie pamiętam, w którym schronisku, którzy nie znali ani hiszpańskiego, ani angielskiego i z wielkim przejęciem, trzymając karteczke w drżących rękach, pan czytał jąkając się wskazówki jak się zachowywać. Schronisko było bardzo zadbane, widać, że oddali tam całe swoje serce ci państwo. To było coś niesamowitego. Albo inne albergue z zapalonymi świecami i kadzidełkami, gdzie czułem się jak w świątyni. Wszystkie te momenty zdarzyły się tak niedawno. Wiem, że wraz z upływem czasu będę patrzył na nie z coraz większym sentymentem.

Kiedy to wszystko zacząłem mówić, łzy napłynęły mi do oczu. Szczęśliwy jestem. Co zrobić?


Thursday, 16 July 2009

Koszmar



Koszmar
(fragment)

Jest to fragment tego samego opowiadania, z którego pochodzi "Notatnik". Pisanie idzie powoli, ale mam nadzieję, że uda mi się skończyć do końca lipca.

Nadchodził. Coś rozszarpywało tkaninę jej snów, otwierając ją jak skalpel skórę. Pod kolorowymi łąkami, srebrzystymi dzwoneczkami śmiechu, obłokami o kształtach zwierząt rozwarła się czerwona, krwista rana, obnażająca jej kwilące ze strachu serce.

Stała w długim, wilgotnym i ciemnym korytarzu, którego obydwa końce ginęły gdzieś w mroku. Po obu stronach kamiennych ścian czerniły się otwory drzwi. A z przodu dobiegał ją dźwięk kroków i piskliwy śmiech. Nadchodził Pan Zły Szeląg.

- Uciekaj – dobiegł ją szept z czarnej wnęki najbliższych drzwi. Spróbowała przebić wzrokiem mrok i wydało się jej, że w małym okienku zobaczyła bladą twarz dziecka. Nagle cały korytarz wybuchnął szeptanym gwarem dziecięcych głosów.
- Uciekaj, uciekaj, biegnij, uciekaj, nie czekaj, nie stój, nie śpij, uciekaj...

Koniec korytarza rozświetlił się bladą łuną. Pan Zły Szeląg był coraz bliżej. Zaczęła biec ścigana przez upiorny śmiech i ciche, paniczne ostrzeżenia małych więźniów. Boże, jak się bała. Biegła, ale jak to bywa w snach, biegła zbyt wolno. Próbowała chwytać się za nierówne kamienie, z których zbudowane były ściany, żeby móc szybciej uciekać, ale czuła, że coraz bardziej traci siły i wcale nie przyśpiesza, ani odrobinkę. Kroki za jej plecami stawały się coraz głośniejsze, a szepty przerażonych dzieci coraz cichsze.

- Zabajcujemy sobie małego skowronka – usłyszała za sobą cienki, skrzeczący głos, który musiał należeć albo do kogoś bardzo młodego, albo bardzo grubego. Był zbyt blisko! Musi biec! Musi biec! Dzieci już całkiem zamilkły, migały jej tylko przelotnie ich przerażone, blade twarze. Dobiegały ją słowa wypluwane z chciwością przez Pana Złego Szeląga.

- Mała dziewczynka ogrzeje mi łóżko... Małe stworzonko będzie gotowało mi pyszne zupki... po których będą pływać chrupiące strupki... Mała Kropeczka wpadła po uszy... teraz Pan Zły Szeląg będzie miał z kim tańczyć... trupia orkiestra już opłacona... każdy dostał dwie krople śluzu i kwilące niemowlę... Nie uciekaj kruszynko... chciałbym cię poznać z moim szczurem...

Nagle korytarz się skończył. To znaczy nie całkiem. Na wysokości jej kolan otwierała się czarna jama, wysoka na tyle, żeby móc do niej wejść na czworakach. A co, jeśli później będzie jeszcze ciaśniej? A co, jeśli zrobi się tak ciasno, że będzie musiała pełznąć i nagle okaże się, że to koniec, ślepa ściana? Jak wtedy zawróci?
Położyła się na brzuchu i schowała twarz w dłoniach. „Chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę...” – zaczęła powtarzać jak mantrę.
- Chrum, chrum – usłyszała nagle tuż nad uchem i zanim ogarnęła ją ciemność, dobiegł ją jeszcze dziecięcy, odległy głos:
- Uciekaj...

Monday, 6 July 2009

Manifesto magiczne



fragment z "Gdy umierają Bogowie"

Jest to wstęp do dłuższego opowiadania, które zacząłem parę tygodni temu i na razie czeka w kolejce na skończenie (jestem mistrzem rozpoczynania i niekończenia;).

Najlepsze historie często pozostają nieznane. Naoglądaliśmy się filmów, wypełniliśmy głowy dziesiątkami artykułów z National Geographic i teraz myślimy, że nie ma pod słońcem już niczego, co mogłoby nas zadziwić. Jak możemy więc odkryć coś nowego? Od małego wmuszano w nas tak zwany racjonalistyczny pogląd na świat, który nie jest niczym innym niż tchórzowską reakcją na zetknięcie z niedefiniowalnym i niepoznawalnym. Człowiek stojąc twarzą w twarz z ogromnym wszechświatem narobił w spodnie i żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, wymyślił sobie naukę. Nadawszy nazwy rzeczom, wysmarowawszy świat definicjami i wykresami, poczuł się znów bezpiecznie. W końcu mógł śmiało wyprostować plecy i wysłać w kosmicznej rakiecie (z której jest tak dumny) list do bogów: teraz nie chcę mieć z wami już nic wspólnego, gardzę waszymi nienaukowymi metodami działania, śmieję się z waszych boskich mocy i wymazuję z książek wasze bzdurne legendy. Idźcie precz!

Uważając, że zrobił kawał dobrej roboty, racjonalny człowiek usiadł wreszcie w fotelu i wymyślił nowe historie. Miejsce bogów zajęły w nich abstrakcyjne, bezosobowe idee i moralne zasady, a rzeczy do tej pory nieznane i tajemnicze zostały zdeptane butami nowej istoty: dumnego, wszystkowiedzącego, przekonanego o swojej uprzywilejowanej pozycji w świecie zwierząt człowieka.

Od tego momentu imiona bogów mogły być wspominane jedynie z ironicznym uśmieszkiem. Wszechwładni sędziowie współczesnego świata, zamieszkujący instytuty, uniwersytety i naukowe fundacje, skazali ich na wieczną drwinę. Dzieci w szkole od najmłodszych lat uczą się teraz spoglądać z protekcjonalnym uśmiechem na starożytnych głupców, którzy w swoim zacofaniu i głupocie kłaniali się Słońcu, Księżycowi i Gwiazdom. Z wyższością patrzą na opowieści o podniebnych pojedynkach, niebiańskich romansach i kosmicznych wędrówkach.



Na szczęście (jak mówią utuczeni na suchych formułkach nauczyciele) człowiek poszedł wreszcie po rozum do głowy i wyrzucił ofiarne kielichy, spalił drewniane świątynki i wygnał mieszkające w nich bóstwa. Tak skończyły się wieki ciemności i nastała era światła.

O czym ja to mówiłem? Ach, o opowieściach. Wiele najlepszych historii można ciągle znaleźć w wiekowych księgach, które przetrwały w piwnicach starych kamienic, bibliotek i świątyń. Jeśli nie wierzycie, wybierzcie się późnym, letnim popołudniem na spacer po uliczkach waszego miasta. Wybierzcie moment przed samym zachodem słońca, kiedy jego znikający blask pozłaca wygładzone upływem wieków kocie łby oraz sprawia, że samotne, miejskie lipy i jesiony lśnią zielonożółtą aureolą.

Ubierzcie wygodne buty, najlepiej schodzone już trampki, włóżcie do kieszeni zgrabny notes, z miękkimi okładkami (żeby jego krawędzie nie wbijały się wam w tyłek), obgryziony kawałek ołówka i szukajcie znaków. Jeśli naprawdę będzie wam zależało, to wkrótce zobaczycie wpatrującego się w was z piwnicznego okienka szczura, nietypową kołatkę na drewnianych, wyblakłych drzwiach, tajemniczego żula w bramie, albo piękną dziewczynę, która z okna mieszkalnego bloku spuszcza sznur utkany z włosów. Możecie być wtedy pewni, że gdzieś w pobliżu leży ukryta księga. Schował ją tam uciekający przed mordercą młody, pogański kapłan. Morderca trzymał w dłoni brzytwę Ockhama, a opowieść spisana była czerwonym, korzennym winem na liściach klonu i kasztanowca.

Kiedy uda wam się ją znaleźć - podpowiem, że młody poganin lubił chować księgi w wilgotnych zakątkach, gdzie liście mogły zapuścić korzenie i wykiełkować nowymi wątkami i zwrotami akcji - pamiętajcie, że nie wolno wam jej zabrać z sobą. W końcu nie jesteście jedynymi poszukiwaczami opowieści z których upleciona jest materia wszechświata (tak, tak, wszechświat zbudowany jest ze słów, a nie z atomów, jak próbują wmówić nam tyrani w garniturach i laboratoryjnych kitlach). Wyciągnijcie wtedy z kieszeni swój notes i ołówek, i weźcie tyle, ile tylko będziecie mogli unieść...

Tak właśnie znalazłem tę opowieść. Gdyby z podniebnego rydwanu, ciągniętego przez skrzydlate psy, nie wypadł pożółkły pergamin i gdyby uśmiechnięta, drapieżna bogini nie wysłała mi uwodzicielskiego uśmiechu, być może nie zebrałbym się na odwagę. Wtedy najprawdopodobniej nigdy nie mielibyście okazji spotkać smutnego Tlehanoai, ani okrutnej Nabii. Ponadto nikt (oprócz najbliższej rodziny i przyjaciół) nie dowiedziałby się jak Małgosia próbowała ocalić Michała, ani o tym co konkwistadorzy mają wspólnego z konfederatami.

Na szczęście Dusza Wszechświata pozwoliła mi ukraść ze swojej zakurzonej biblioteki kilka manuskryptów. Dzięki temu i wy możecie poznać teraz ich zawartość. Pamiętajcie jednak, że nie ma nic za darmo. Kiedy uda wam się zgubić pomiędzy wysokimi, pełnymi książek półkami, oczekuję, że po przebudzeniu podzielicie się swoimi zdobyczami...





Thursday, 2 July 2009

Notatnik




Ostatnie dziewięć dni spędziłem w łóżku (grypa - chyba nie świńską, skoro jeszcze żyję:) i wykorzystałem tydzień chorobowego i haj gorączkowy, żeby napisać coś nowego. Na razie jestem gdzieś w połowie, opowiadanie będzie miało z sześćdziesiąt stron (chyba, że gorączka utrzyma się dłużej i napiszę powieść- żart). Najpierw spróbuję porozsyłać je po papierowych wydawnictwach - marzy mi się wreszcie debiut, ale póki co wrzucam tutaj fragment surowego tekstu, żeby ożywić trochę bloga - nie pisałem ostatnio, bo przeprowadzka, brak internetu i ta (choć raz) pożyteczna grypa.

Opowiadanie będzie horrorem o dzieciach, koszmarach i tajemnicach. Dorośli występują w nim sporadycznie. Choć jednak będzie to kawałek o dzieciach, to z pewnością nie dla dzieci.
Po kilku dniach pisaniny utknąłem i dziś gryzłem już z tego powodu prześcieradło i co bliższe meble. Dlatego wszystkich gości proszę o wysyłanie w eter pozytywnej energii dla autora:)


Notatnik
(fragment)

Słońce schowało się już prawie całkiem za linią drzew. Ciągle było jasno i dzieci przez chwilę rozważały zbadanie zawartości notatnika na zewnątrz, w ogrodzie, gdzie trawa, drzewa i późnowiosenna, prawie już letnia bryza dodawałaby im otuchy. Kiedy jednak wyobraziły sobie, że zapadający zmrok miałby zastać jepoza bezpiecznymi ścianami domu, porzuciły ten pomysł i zaszyły się w pokoju Kropki.
Chłopcy usiedli na łóżku, Kropka zaciągnęła zasłony, zapaliła górne światło i usiadłszy obok braci, przecięła szwajcarskim scyzorykiem dratwę, która opinała okładki grubego brulionu. Bzdurek otworzył szeroko oczy i usta, a Kłopotek zaczął nerwowo kołysać się na boki. Kropka spiorunowała go wzrokiem.
- Masz chorobę sierocą, czy co?
Chłopiec posłusznie przestał się wiercić.

W większości zeszyt zawierał stare wycinki z gazet, z dopisanymi komentarzami i datami. Tak było przynajmniej gdzieś tak od czwartej strony. Początek zeszytu składał się jedynie z odręcznych notatek, również opatrzonych datami. Przewróciwszy pobieżnie kilka kartek, Kropka ze zgrozą uświadomiła sobie na co patrzy. Każda z notatek mówiła o zaginionym dziecku. Z trzaskiem zamknęła zeszyt i troskliwie spojrzała na braci, zastanawiając się ile zobaczyli.

- Co robisz? – spytał Bzdurek podnosząc zdziwione oczy na siostrę.
- Nie chcę, żebyście to oglądali – odpowiedziała szczerze Kropka. – Tutaj są opisane straszne rzeczy.
Kłopotek i Bzdurek popatrzyli na siebie i znów odwrócili się do dziewczynki. Zaskoczyła ją powaga i dorosłość w ich oczach.
- Siedzimy w tym razem siostrzyczko – powiedział starszy z chłopców. – Odkąd stałem się wilkiem, odkąd Bzdurek spotkał Złotą Kropelkę i odkąd próbowaliśmy ci pomóc uwolnić się od czarów Czarnej Kukułki, siedzimy w tym razem.
Kropka popatrzyła na Bzdurka, który pokiwał poważnie głową i dodał drżącym głosem:
- Strasznie się boję, ale myślę że Kłopotek ma rację.
Dziewczynka zawahała się przez chwilę, aż w końcu wyciągnęła ramiona i cała trójka objęła się mocno. Ostatni raz czuli się tak blisko po walce ze Ślepym Skrzatem, Psubratem i Czarną Kukułką.
- Kocham was maluchy – powiedziała ciepło. Chłopcy z zadowolenia okryli się rumieńcami. W końcu odsunęli się od siebie (ale nie za daleko). Z obawą, ale i z przeczuciem własnej mocy spojrzeli na leżący przed nimi złowrogi notatnik.
- No to zaczynamy – westchnęła Kropka i dotknęła okładki. W pokoju zrobiło się nagle chłodniej. „Ale bym chciał, żeby była tu teraz Złota Kropelka” – pomyślał Bzdurek. „Ale bym chciał, żeby to wszystko nie była prawda” – pomyślał Kłopotek. „Boże. Co my robimy?” – pomyślała Kropka.

Na pierwszej stronie, ktoś starannie wykaligrafował (jak osądziła Kropka, z pewnością dziewczęcym pismem):

1. „Albert Krztyna – listopad 1908, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dwanaście lat. Pierwszy. O porwanie i morderstwo oskarżono włóczęgę, którego w następnego dnia po zaginięciu Alberta znaleziono z przedmiotami skradzionymi z biura dyrektora sierocińca, Anatola Zermana. Dyrektor leżał zakłuty nożem na podłodze swojego biura. Ciała chłopca nigdy nie odnaleziono. Włóczęgę powieszono. Opowiedział w 1933 roku p. Krzysztof Mrozek – w ówczesnym czasie stróż sierocińca, teraz woźny w szkole, w Małych Gajach.”