Thursday, 23 July 2009

Przedostatni dzień



Na przełomie maja i lipca 2008 roku wybraliśmy się z Tulasi w podróż naszych marzeń (choć kiedy pierwszy raz powiedziałem jej o moim pomyśle, to prawie chciała się rozwodzić - obawiała się, że to kolejny z moich nieprzemyślanych i niebezpiecznych pomysłów;)). Postanowiliśmy przejść starożytne Camino de Santiago - tysiącletnią trasę pielgrzymów prowadzącą do grobu św. Jakuba w Hiszpanii. Trasa zaczyna się na granicy z Francją i prowadzi na drugą stronę kraju. Nie jesteśmy katolikami, ale porwała nas idea pójścia przed siebie, ot tak, bez martwienia się przyszłością, spotykając poszukiwaczy (i zgubywaczy też), łowienie chwil... Okazało się, że to był chyba najlepszy czas jaki spędziliśmy w życiu. Tutaj są fragmenty dziennika i zdjęcia z trasy. Poniższy fragment pochodzi z mojej nagrywarki mp3 (nie zawsze chciało się pisać, no a czasami trzeba było uchwycić rzeczy na gorąco).

Camino de Santiago 2008

Dziś nasz przedostatni dzień drogi. Dopiero 10:30, a już zaraz dochodzimy do schroniska i będziemy się już relaksować. Może coś ugotujemy? Zobaczymy czy będzie kuchnia i jakiś sklep.
Wczoraj wieczorem złapała mnie lekka depresja. Sytuacja z tatą. Znowu powróciły myśli o pieniądzach i przyszłości. Ciężko mi się stawia czoło tym wszystkim niepokojom, choć czasami wydają się one małe i ma się wrażenie, że bez problemu można im podołać.
Dziś jest fajna pogoda; słonecznie, ale nie grzeje za bardzo. Jest miło, wieje wiatr, zieleń, bardziej letnio niż wiosennie.

Dziś się raczej nie rozdzielamy, ale trzymamy razem, w grupie; Martial, Gary, Nick, Tulasi, ja. Nasze ostatnie dni razem. Nick wyjeżdza już jutro w nocy, ale może się jeszcze spotkamy. Namówiliśmy go na Woodstock. Próbowaliśmy też przekonać na przyjazd do Polski Garego. Byłoby super gdyby obydwaj zjawili się na Woodstocku. Żartowałem do Nicka, że mielibyśmy nasze Camino Fellowship (Bractwo Camino) i moglibyśmy sobie nawet kupić te same koszulki z żółtą strzałką i może nawet z nadrukiem z naszymi imionami.

No więc minął miesiąc. Jutro już koniec. Nie wiem czy jestem w stanie zrobić jakiś bilans tego co doświadczyłem. To co w tym momencie widzę najcenniejszego, to spotkanie tych ludzi. Podniósł mnie na duchu fakt, że inni też mają podobne problemy, jak na przykład Nick z jego depresją i szukaniem duchowości. Natomiast Gary powiedział, że nie wie co to jest depresja, chociaż przecież w jego wieku, z tak zniszczonymi nogami, słuchem, oczami, zostawiła go żona; jak w takich warunkach można zachować pogodę ducha?

Cieszyły mnie też spotkania z innymi ludźmi, którzy byli z nami tylko przez chwilę. Pepe i Jose byli fajni. Ta para, którą wczoraj spotkaliśmy… ona była Helen, on nie pamietam, też bardzo sympatyczni, i wiele, wiele innych.

Co jeszcze? Na pewno niezapomniane widoki. Uczucie, że przeszło się na nogach całą Hiszpanię. Świat znowu zmniejszył się o ten kawałek.

Spytałem też Nicka o jego bilans Camino. Powiedział, że dla niego to był śmiech. Dużo się śmiał. Dużo radości, śmiechu, humoru. A tego nie miał od lat, odkąd rzucił crack i picie.

Mówiłem wcześniej o tym, że nie czuję żeby moje życie jakoś bardzo się zmieniło, ale przypomniałem sobie jak przeczytałem w tamtej książce w albergue Brasil, że to przychodzi z czasem. Kiedy jest się blisko jakiegoś doświadczenia, można go nie dostrzec, ale z czasem… Pamietam jak w Roncesvalles spytałem hospitalero, kiedy kupiliśmy już credentiales, czy ma dla nas jakieś rady; właśnie dopiero co zaczynamy, jesteśmy przejęci i entuzjastyczni. On się po prostu tajemniczo uśmiechnął i powiedział: „Po prostu podążajcie za żółtymi strzałkami.” Zabrzmiało to bardzo mistycznie. Ty po prostu podążaj za żółtymi strzałkami, a rzeczy same się będą wydarzać. Zaufaj drodze.

Może nie działo się nic nadzwyczajnego, ale myślę, że ostatecznie wszystko zależy od tego, jak pokolorujemy te wszystkie rzeczy, wydarzenia, historie. Jeśli nawet puszczę wodzy fantazji, pokoloruję to wszystko, to z czasem będę pamiętał całe Camino, tak jak je sobie zbuduję. Pozostaną migawki, jak na przykład migawka festiwalu w Galicji, z muzyką galicyjską, oraz młoda dziewczyna rozmawiająca z dwoma staruszkami i całująca ich w policzki. Pepe, który płacze, żegnając się z nami, kiedy wraca do domu. Pepe, którego na początku uważaliśmy za gruboskórnego Hiszpana okazał się bardzo miłym, sympatycznym, starszym panem. Starsi państwo, hospitaleros ze Szwajcarii, nie pamiętam, w którym schronisku, którzy nie znali ani hiszpańskiego, ani angielskiego i z wielkim przejęciem, trzymając karteczke w drżących rękach, pan czytał jąkając się wskazówki jak się zachowywać. Schronisko było bardzo zadbane, widać, że oddali tam całe swoje serce ci państwo. To było coś niesamowitego. Albo inne albergue z zapalonymi świecami i kadzidełkami, gdzie czułem się jak w świątyni. Wszystkie te momenty zdarzyły się tak niedawno. Wiem, że wraz z upływem czasu będę patrzył na nie z coraz większym sentymentem.

Kiedy to wszystko zacząłem mówić, łzy napłynęły mi do oczu. Szczęśliwy jestem. Co zrobić?


9 comments:

  1. Szkoda, że tak nietrwałe. Że nie można tak iść przed siebie zawsze. Gdyby tylko ta cholerna szóstka trafiła:)

    ReplyDelete
  2. No i jeszcze pozazdrościć samozaparcia i pogody ducha :)

    ReplyDelete
  3. Jakby tak było zawsze, to by w ogóle nie było. :)

    ReplyDelete
  4. racja! szczęście czujemy na zasadzie kontrastu z całą resztą :-)

    zazdroszczę tej pielgrzymki, musiało być cudnie!

    ReplyDelete
  5. A ja bym się nie zgodził do końca. Nie wydaje mi się, że szczęscie to tylko zaprzeczenie (albo brak) nieszczęścia. Wierzę w szczęście, jako niezależny od niczego byt, stan który niekoniecznie musi oznaczać nieobecność cierpienia, ale po prostu - szczęście - przenikające nas poczucie pełnej wolności, niezależności, bliskości, spełnienia, miłości. Życie (życia - jeśli ktoś wierzy w reinkarnację)jest właśnie próbą zbliżania się do ideału.
    Takie szczęście nie nudzi się. Jak może się znudzić pełnia? Pełnia nie jest jednak statayczna - prawdziwa, autentyczna pełnia ma to do siebie, że z sekundy na sekundę staje się coraz pełniejsza. Amen;))

    ReplyDelete
  6. A pielgrzymka? Było bardziej niż cudnie:). Najlepsza rzecz jaką przeżyłem. Wolność, która pochodzi z koczowniczego trybu życia. Życie tylko i wyłącznie chwilą. Codziennie martwisz się tylko jak dojść, co zjeść, gdzie spać, a to wszystko okraszone rozmowami, śmiechem, odkrywaniem siebie i innych.

    ReplyDelete