Wednesday, 19 August 2009

Wiedźma wygrała



(fragment opowiadania)

- Wiedźma wygrała – powiedział cicho Omawnakw, Pierzasta Chmura, patrząc w stronę czystego już nieba. Był poranek po tornadzie.
Siedział na trawie, obok zbutwiałego, pachnącego zgniłą korą i mchem pnia. Jego twarz zwrócona była na północ, w stronę miasta białych ludzi, które leżało dziesięć mil od rezerwatu. Obok niego stała stara kobieta. Choć z jej twarzy można było wyczytać podeszły wiek, ciągle potrafiła stać prosto i dumnie. Na imię było jej Awenasa, co znaczy Mój Dom.
Awenasa zbliżyła dłoń do ramienia starca, ale w ostatniej chwili zawahała się i odpowiednia chwila umknęła. Cofnęła rękę.
- Co z Ojcem Gwiazd? – zapytała z troską.
Omawnakw nie przestawał patrzeć w dal. Wiatr rozwiał mu po twarzy białe włosy. Wyglądały jak świeży śnieg okrywający pomarszczoną, brązową korę dębu. Westchnął. Tym razem Awenasa zebrała się na odwagę i położyła swoją dłoń na dłoni męża.
- Czy żyje? – spytała z pełnym napięcia oczekiwaniem.
Starzec nie odpowiedział. Siedział w milczeniu jeszcze przez chwilę, po czym chwycił się ramienia Awenasy.
- Pomóż mi wstać kobieto.

Awenasa pociągnęła go delikatnie w górę, aż stanął na nogi. Następnie zwinęła wytartą derkę ze skóry jelenia i powoli ruszyła za oddalającym się mężem. Ziemia ciągle była nabrzmiała wilgocią. Mokra trawa przyklejała się do mokasynów. Omawnakw szedł przodem, podpierając się kawałkiem kija. Jego żona, choć mogła iść o wiele szybciej, pokornie dreptała za nim. Kiedy zbliżyli się do pierwszych zabudowań wioski, Omawnakw wyrzucił kij i wyprostował z wysiłkiem plecy. Jego twarz pozostawała surowa i nieprzenikniona.
Szli przez ulicę, odpowiadając na ukłony jej mieszkańców, witających z szacunkiem swojego wodza. Kiedy stanęli wreszcie przed chatą, Omawnakw odwrócił się do żony.
- Bitwa trwała trzy lata i Wiedźma ją wygrała, ale Ojciec Gwiazd ciągle opiekuje się plemieniem Jicarilla – powiedział z dźwięczną dumą i przekonaniem, po czym zniknął w drzwiach domu.
Awenasa wspięła się na pierwszy stopień. Odwróciła głowę i spojrzała ze smutkiem w stronę niewidocznego Codell. Oczy miała pełne zwątpienia i łez.

7 comments:

  1. Marcinsenie!
    podziwiam Cię za tę zdolność do snucia opowieści. To wszystko ma płynność, jest plastyczne i działa na wyobraźnię. Zawsze tak chciałam umieć pisać - pisać prozę, bo w poezję nigdy nie mogłam uwierzyć. Ale piszę poezję... :-)
    paranoja!
    ps. zagoniona jestem ostatnimi czasy,mam zaległości z czytaniem :-(
    mam nadzieję że uda mi się je nadrobić!

    ReplyDelete
  2. Zgadzam się z Emmą.

    Tyle poezji w Twojej prozie...

    ReplyDelete
  3. A ja konkretnie: skad wziąłeś imiona indiańskich bohaterów - te obco brzmiące rzecz jasna? Z głowy czy są autentyczne?

    ReplyDelete
  4. Jak zawsze ciekawie i zaskakująco :)

    ReplyDelete
  5. Emma i Zeruya - dzięki, miło mi się zrobiło:). Może uda mi się znowu wyjść z okresu posuchy twórczej.

    Latarnik - imiona są oryginalne, indiańskie, niestety jednak, gdyby to zbadał jakiś znawca zobaczyłby, że wymieszałem imiona z najróżniejszych szczepów.

    Małgosiu - dziękuję, opowiadanaie jeszcze w wpowijakach, mam nadzieję, że utrzymam poziom akcji.

    ReplyDelete
  6. Plemię Jicarilla naprawdę istnieje i to w okolicy Codell, którą opisuję.

    ReplyDelete
  7. Tak podejrzewałem, że imiona są autentyczne... :) O Jicarilla kiedyś czytałem, ale nie wiem gdzie leży Codell :) :)
    P.S. Czyta się przyjemnie Twoje teksty :)

    ReplyDelete