Sunday, 29 November 2009

W Polskim Mieście



W Polskim Mieście

Śpiew i gwizdy pijanych klawiszy prawie zagłuszają skoczne nuty disco polo. Dźwięki keyboarda odbijają się echem od ścian korytarzy. Brzmi to trochę upiornie i surrealistycznie. Jeden z „tych” momentów, kiedy myślisz: „skąd się tu wziąłem?”

Wiecie, co znajduje się w zestawie pokojowym, hotelu służby więziennej? Dwa talerzyki, dwa widelce, dwa noże i dwa kieliszki (co najciekawsze, w pokojach jednoosobowych również nie zapomina się o kieliszku :). Na półce pod telewizorem ułożył je dla nas więzień. W sumie to mówi się „skazany”. „Więzień” uważane jest w kulturze penitencjarnej za obraźliwe. Spotkaliśmy go zaraz po przyjeździe.

- To wy zarezerwowaliście trójkę? – spytał dwudziestopięcioletni na oko chłopak, na którego wpadliśmy na korytarzu.
- My – odpowiedziała Tania.
Chłopak podał jej klucze.
- Ostatnie piętro i na lewo.
- Dzięki.
To tyle? Zdziwiliśmy się trochę. Żadnych formalności, dokumentów, spisywania danych? Wstyd się przyznać, ale w takich momentach czuję sentyment do służb mundurowych, szczególnie instytucji tak swojsko pachnących starymi, socjalistycznymi czasami. Klimat trochę z „Psów”, trochę z „Krolla”. Odrapana lamperia, krzywa boazeria, zarządzenia i plakaty na ścianach.
- To był klawisz? – spytałem, zbity z tropu wyglądem chłopaka (spłoszony wzrok, dziwnie wygolona głowa, niebieski kombinezon).
- Coś ty. Skazany.
- I tak sobie może wszędzie chodzić?
- Pewnie tylko tutaj sprząta, a później wraca do celi.

Jutro rano mieliśmy lecieć z powrotem na Wyspy, a pojutrze już do pracy. Okazało się, że musimy zmienić plany.

Spacerowaliśmy dziś po Polskim Mieście. Chcieliśmy przed wyjazdem pożegnać się z krajem, poszwendać bez celu i choć tego ostatniego dnia urlopu, zapomnieć o zamieszaniu ostatnich dni. Za dwadzieścia sześć zeta zjedliśmy obiad w Vedze. Później pospacerowaliśmy po rynku, pełnym świątecznych bud. Ciągnęło mnie do Empiku, ale Tania lubi cepeliowe klimaty i musiałem ulec. Zresztą po co się śpieszyć? W końcu urlop kończy się dopiero jutro. Przechadzając się wśród obwieszonych światełkami budek i dziewczyn przebranych za anioły i mikołajów, prawie zapomnieliśmy, że to dopiero listopad. Tania zaczęła krzątać się przy stoiskach z choinkowymi ozdobami, wełnianymi czapkami i watą cukrową (teraz robią nawet jabłkową i bananową!), a ja z tęsknotą pociągnąłem nosem w kierunku złotych, pachnących dymem i k..... NIEWEGETARIAŃSKICH (!) oscypków.

W końcu postawiłem na swoim i weszliśmy do księgarni. Najpierw wypatrzyłem ostatni numer „Akcentu”. Leżał ukryty za Zeszytami Literackimi. Z próżnością przekartkowałem go, upewniając się, że moje nazwisko ciągle tam jest, po czym ustawiłem go na wyższej półce, gdzie był bardziej na widoku. Wszystko to z lekkim zawstydzeniem.

Pieniędzy mieliśmy już końcówkę, więc z bólem serca ominąłem masywny „Lód” Dukaja (ponad 1000 stron, za 69 złotych), „Bitwę o Hiszpanię” (59 PLN, mmm...), żeby w końcu zdecydować się na „Rzeczy ulotne” Neila Gaimana za niecałe trzy dychy. Tania wzięła sobie „Angorę” i „Przekrój”. Zostało nam jeszcze na piwo i chipsy.

W więziennym hotelu dancing trwał już na całego. Przemknęliśmy cichaczem pod drzwiami świetlicy, żeby w końcu zamelinować się bezpiecznie pod trójką. Pościeliliśmy łóżko, włączyli telewizor. Miło tak odpocząć po całym dniu podróży. Później zadzwonił telefon. Stan mamy się pogorszył. Leży na OIONie. Czyli zostajemy na razie w kraju.




7 comments:

  1. ALE :)
    jesteście razem w tym więźniu...

    ReplyDelete
  2. O ile nie przepadam za tego typu literaturą, ale "Lód" mnie "wziął".

    ReplyDelete
  3. Rybiooka mówi, że to Wrocław :)Niezłe zdjęcia. Możesz opisać z którego miejsca robione było zdjęcie Ostrowa Tumskiego?
    Mam nadzieję, że z mamą lepiej.

    ReplyDelete
  4. Rybiooka się zna, ale zdjęcia nie moje:) (google)

    ReplyDelete
  5. Ona tam mieszkała, więc wie :)

    ReplyDelete
  6. Byłam dziś w księgarni. Ogrom tego co chciałabym mieć tak mnie przeraził, że uciekłam

    ReplyDelete