Thursday, 28 January 2010

Panika


G. De Chirico "Misterio y melancol�a de una calle"

Panika
fragment opowiadania

Powoli zbliżam się do końca. Potrzebuję jeszcze z dwóch zwrotów akcji, trochę więcej przerażenia i czas na puentę. Może w ten weekend się uda?

Obejrzał się dookoła. Nie był pewny, z której strony przyszli. Każda ciasna uliczka wydawała się taka sama – odpychająca i nieznajoma. Spokojnie. Najpierw na rynek weszła Juana i Alice. Zatrzymały się. Minął je i wtedy coś go sparaliżowało... Walczył przez chwilę. Później upadł na bruk, tutaj, w tym miejscu... Czyli uliczka, którą przyszli, musiała być dokładnie za nim.

Nie zastanawiając się, ruszył prawie biegiem. Odepchnął od siebie myśl, że za cholerę nie przypomina sobie ukruszonego gzymsu, który pomimo wieku, ciągle zachował intensywnie czerwony malunek egzotycznych kwiatów.

Echo kroków odbijało się głucho od ścian. Tak, jakby maszerowało (biegło, Stan, przyznaj to – biegło!) przynajmniej dziesięć osób. Rozważył ściągnięcie butów, ale to oznaczałoby, że musi się zatrzymać. Nie było takiej możliwości.

Panika, piekącymi falami wylewała się z przepony. Czuł bijące w piersi serce, jakby to było przekrojone na pół chili, pocierające się o otwartą ranę. Pięć lat temu uciekał przed bandziorem na Brooklyn Avenue. Było późno, nie mógł złapać taksówki, znikąd zjawił się ten czarny dzieciak. Wyglądał kurewsko groźnie, jak śpiewak z rapowego teledysku. Oddał portfel, ale to mu nie wystarczyło, chyba był na czymś, mówił tak szybko, nerwowo, nie patrzył w oczy, a później wyciągnął nóż i już nie było miejsca na dyplomację i ściąganie zegarka, pozostała jedynie paniczna ucieczka. Jeszcze nigdy tak nie biegł i też paliło go w piersi, a później był z siebie dumny, że wygrał wyścig z tym gówniarzem.

Teraz było gorzej. O wiele gorzej.

Tuesday, 19 January 2010

Idealna książka



Idealna książka

Wymyśliłem idealną dla mnie książkę. W sumie „wymyśliłem” to za dużo powiedziane. „Wymarzyłem” pasowałoby lepiej. Albo „enigmatycznie zarysowałem”. Opowiem wam.

Moja idealna książka z pewnością byłaby zilustrowana przez Jana Marcina Szancera. I to na co drugiej stronie.

Byłaby stara, pachnąca już nie drukiem, ale kurzem, lekarstwami i odciskami tysiąca palców.

Głównym bohaterem byłby mężczyzna, koło trzydziestki, czyli tak jak ja, który pomimo swojego wieku, czuje się dzieckiem i jak dziecko postrzega świat. W ten sposób skrzyżowałyby się w niej świat dorosłych i świat dzieci – ale tylko najlepsze rzeczy z nich dwóch - bez dziecięcego egocentryzmu i dorosłej zgorzkniałości.

Nikt by w niej nie umarł... Nie – to by było nierealistyczne i płytkie. Może ktoś by umarł i na pożółkłych stronach powiałoby smutkiem, ale w świecie tej książki zaświaty i druga szansa byłyby niedyskutowalnym faktem.

Byłaby też miłość – nie współczesna, głęboka, postmodernistyczna i dekadencka, ale prosta i miła. Coś pomiędzy „Pierścieniem i różą”, a pierwszą miłością do Marusi. Erotyka ograniczałaby się do pocałunków, ucieczek przed złoczyńcami oraz jazdą na jednorożcu.



W mojej idealnej książce dobro zatriumfowałoby nad złem. Niech by to byli harcerze triumfujący nad chuliganami, rycerze nad zbójami (albo na odwrót, jeśli zbóje pochodziliby z Tatr, a rycerze z Austrii), czy niebiescy kosmici nad chciwymi Ziemianami - cokolwiek, żeby tylko było wiadomo, że świat jest fair.

Język mojej książki byłby barwny i piękny, pełen słów jak rynsztunek, kawalarz, heca, azaliż, ażurowy, garniec, porywczość, klawo... Żadnych przekleństw i wymądrzań się nad bólami egzystencjalnymi – te rzeczy miałyby zakaz wstępu na strony mojej książki.

Acha! Byłbym zapomniał! Moja doskonała książka miałaby przynajmniej dziesięć tomów, a każdy byłby równie dobry, co poprzednie.

Ważny byłby autor. Nie czytałbym byle kogo. Autor byłby jak skrzyżowanie Starszych Panów, Kornela Makuszyńskiego, Jana Brzechwy i mojego taty, kiedy nie pił.

Moja doskonała książka nie miałaby dodruków od wielu, wielu lat i oprócz kilku zapaleńców, nikt by o niej nie słyszał. W ten sposób czułbym, że to tylko moja książka, jak ostatni wojownik, jak ostatnia przystań, jak ostatnia opowieść o prawdziwym człowieku, w zalewie Harrych Potterów, młodocianych wampirów i ... kurde, nie jestem na czasie.

* * *

Patrzę na półkę i za cholerę nie mogę wypatrzyć niczego takiego. Stoją tam dobre książki – mądre, piękne, zaangażowane, buntownicze, smutne, ale nie ma pomiędzy nimi tej konkretnej, mojej idealnej. A tak mi się chce czytać!



Tuesday, 12 January 2010

Klątwa Cthulhu



Co mnie podkusiło, żeby wziąć się za horror? I to o Cthulhu?
Tania na feriach z dzieciakami, czyli dom pusty, czarny wieczór, coś drapie za oknem, a ja piszę o koszmarach, klątwach i pradawnych demonach. Tak, jakbym i tak nie miał swoich problemów...;)
No ale skończyć w połowie nie potrafię...
Pozdrowienia z mrocznych wymiarów :)

Saturday, 9 January 2010

Spóźnione podsumowanie



Spóźnione podsumowanie
(życia, nie filmu)

Obejrzał „Avatara”. Serce zatęskniło za miłością, prawością, życiem zgodnym z naturą, wiarą za kimś, kto czuwa nad nami, przekonaniem, że dobro wygrywa nad złem, miłość triumfuje nad nienawiścią, braterstwo zwycięża pieniądze...

Każdy marzy o wolności. Czasami, kiedy czytam i myślę o tym zbyt wiele, słowo to staje się tylko symbolem, reprezentacją idei, której niemożliwość istnienia w tym świecie wzbudza jedynie gniew i poczucie bezsilności.

Indianie wymordowani kilkaset lat temu, korporacje wycinające odwieczne dżungle, kapitaliści wynajmujący w swoich fabrykach dzieci, wojny o ropę, wpływy, bazy militarne, kiedy giną zwykli ludzie, jak my, rodzice, dzieci, kochankowie, przyjaciele, miłośnicy szachów, kustosze muzeów (rozgrabionych przez żołnierzy), bywalcy kawiarni, czytelnicy książek... Jak nie czuć gniewu i bezsilności? Gdyby tylko wszyscy ludzie zrozumieli, że jest to niewłaściwe, wypaczone i chore, można by zmienić świat...

Ale nie można tylko żyć gniewem, można? Z gniewu nie powstanie miłość, wibracje złości, nie przekształcą się magicznie w wibracje przyjazne, gościnne i godne. Czasami więc odwracam się do środka, próbuję zapomnieć o reszcie świata i zastanawiam się, co ja osobiście mogę znaleźć, jaką wolność, miłość, przyjaźń.

Nie będę owijał w bawełnę – jest ciężko. Łatwo wskazać co jest nie tak na zewnątrz. Ten świat jest tak popier..., że trudno jest nie widzieć tego chaosu i bezsensu. Zobaczyć natomiast co nie gra w środku – to jest wyzwanie.

Marzę o spokoju i harmonii. Zawsze marzyłem. Dlatego zostałem kiedyś mnichem, szukając tego w modlitwie, dlatego później zostawiłem to dla mojej miłości, dlatego wylądowałem w różnych miejscach, próbując znaleźć swoje plemię, pieniądze, wyjście ze ślepej uliczki – tak często ostatnio wydaje mi się, że zabrnąłem gdzieś, zgubiłem się w dziwnym miejscu i za cholerę nie ma tutaj szans na szczęście. Szukanie.

Zaczynam chyba ględzić. Tak to jest, kiedy człowiek pisze o abstraktach, zamiast o konkretach...

No więc konkrety. Mieszkam w miłym, angielskim miasteczku. Nie pracuję dla kapitalistycznego wyzyskiwacza – zamiast tego opiekuję się niepełnosprawnymi dziećmi. Praca najlepsza z tych, które do tej pory miałem. Moja małżonka dołączyła do mnie kilka miesięcy temu. Wynajmujemy przyjemne mieszkanko, jeździmy na rowerach, czasami wyskakujemy do wegetariańskiej restauracji, czasem obejrzymy film, zaprosimy znajomych, ale...

Jesteśmy kompletnie nieszczęśliwi. Jesteśmy przesiąknięci brakiem satysfakcji, nie potrafimy pozbyć się uczucia, że nic nie jest fair, że życie przemyka obok, że opuściły nas duchy opiekuńcze – tak! Kiedyś wierzyliśmy w duchy opiekuńcze! :). Staliśmy się zgorzkniali, krytykujemy innych... unikamy innych – tak bardzo mamy dosyć, że unikamy innych ludzi, a kiedy już mamy z nimi coś do czynienia, wynajdujemy w nich wady i męczą nas swoją obecnością, gadaniem... Ufff... Trochę tego jest mr. Ebenezer Scrooge.

Jakby tego było mało, sami też mamy problemy między sobą. Kiedyś, nawet w najgorszych momentach (oj, były takie momenty, że myśleliśmy, że już gorzej być nie może) trzymaliśmy się razem, ale ostatnio coś się psuje. Za dużo stresu, za mało nadziei. Ja się boję, że sobie nie poradzę w byciu głową rodziny, ona boi się mi zaufać. Mi umarł niedawno ojciec i mam za złe Wszechświatowi, bo jeszcze przecież mógł sobie żyć, mieliśmy jeszcze tyle rzeczy do pogadania, a jej umarła mama i w gniewie podarła kalendarz z Kryszną, wołając, że już się do Niego nie odzywa i niech sobie gdzieś włoży wiarę w Siebie i miłość, bo jest niesprawiedliwy i głuchy...
Chociaż nie jest tak źle. Dziś tylko trochę ciężko...



Może zdefiniuj, czym jest dla ciebie szczęście.
Szczęście... Nie wiem. Zmieniają mi się koncepcje z roku na rok. Kiedyś myślałem, że będę szczęśliwy odrzucając świat. Później pomyślałem, że co mi tam – teraz obejmę świat (tak na marginesie – trochę się sparzyłem).
A teraz?
Ale co? Plany, czy marzenia?
Może najpierw marzenia.

To lubię – z planami jest różnie, ale marzenia sobie mogę mieć... No więc...
Kiedyś miałem taki sen. To była jesień, 1998 roku. Jako młody mnich, razem z kilkoma przyjaciółmi mieszkałem w Irlandii, w małym miasteczku, próbując założyć tam mały klasztor Hare Kryszna... No więc sen – W tym śnie obudziłem się. Stałem u podnóża ośnieżonej góry, chyba gdzieś w Himalajach. Obok mnie stało dwóch mężczyzn. Uśmiechali się. „Witaj, wreszcie się doczekałeś” – powiedział jeden z nich. Nabrałem w płuca mroźnego powietrza. Czułem się wolny i lekki. Zrozumiałem, że skończyło się zamieszanie, zmaganie, wyścig, problemy. Doszedłem do końca ścieżki, przeżyłem swoje życie, w miarę wyprostowany, większość czasu nie na kolanach, mogę spojrzeć w lustro prawie bez wstydu i teraz wreszcie doszedłem do miejsca, gdzie zaczyna się wolność.

Zaczęliśmy wchodzić do góry. Choć było mroźnie, choć powietrze było rzadkie, to nie czułem zmęczenia, ani zimna. Zamiast tego rozpierała mnie radość oczekiwania, wszechogarniające poczucie swobody, wiara, że świat nie jest już bezpańskim chaosem, ale harmonijnym, pięknym, mającym głębszy sens miejscem.

Szliśmy wiele dni. Pewnego wieczoru, w przededniu dotarcia do celu (domu?), rozbiliśmy obóz. Mogłem z niego widzieć szczyt, wiedząc, że po drugiej stronie zacznie się coś nowego, ekscytującego, ważnego.

Rozpaliliśmy ognisko. Moi towarzysze uśmiechali się tajemniczo, przyjaźnie. W pełni im ufałem. Spytałem jak tam jest, jacy są ludzie... Odpowiedzieli, że jutro sam zobaczę.
Gdy zasypiałem plecami do ogniska, wpatrując się w tysiące jasnych gwiazd, usłyszałem jeszcze, jak mówią do siebie – „Ten chłopak to ma szczęście” – i zasnąłem.
To było szczęście. Metafizyczne, kompletne, ciepłe szczęście, trwające do porannej pobudki.



Teraz plany.
Niedawno odziedziczyłem kawałek ziemi w górach. Było to całkowicie nieoczekiwane wydarzenie, które zabłysło, jak światełko w tunelu. Czy wreszcie będziemy mieć swoje miejsce?
Obliczyliśmy ile będziemy jeszcze musieli siedzieć na obczyźnie, żeby zbudować choć najmniejszy, najlichszy domek (czyli najtańszy), żeby choć łóżko weszło, stół, parę krzeseł i pokoik dla gości. Przynajmniej dwa lata. Dwa lata. Prawie siedemset dni. Niby nie wydaje się dużo, ale kiedy człowiek ma wrażenie, że dobił już do granic swojej wytrzymałości, to uwierzcie, jest to paskudnie długi kawał czasu.



No ale właśnie – własny domek w górach, w lesie – cholernie piękna wizja. A co potem? Ho, ho – spokojnie – nie zamierzamy planować całego życia. Na razie chatka na kurzej łapce, a czym ją nakarmimy i ogrzejemy, zobaczy się później. Może ten Facet u góry nie obraził się na nas za bardzo (za ten zniszczony kalendarz i w ogóle za obojętność) i ma coś w zanadrzu, albo przynajmniej wyśle jednego, czy dwa, akurat bezrobotne duchy opiekuńcze. W końcu już za długo musieliśmy radzić sobie sami, bez głosu szepczącego do ucha, że wszystko będzie dobrze, wszystko jest pod ochroną, że nie jest z nami jeszcze tak źle.

Na zakończenie może coś... nie wiem. Chyba już na dziś wszystko powiedziałem. Może coś do was. Wiem, że jesteśmy podobni (ja i wy). Może nasze problemu różnią się w szczegółach (na przykład nie mam problemu z pryszczami, czy nadwagą, ale za to łysieję i nie mogę porządnie rzucić fajek:), ale jestem pewny, że takich jak my jest tysiące. Niby biegamy, szukamy lepszej pracy, czasami wyjeżdżamy za nią aż za granicę, niektórzy szukają dziewczyny, chłopaka, martwimy się straconym życiem, samotnością, bezsensem, chorobami, śmiercią.

A w sumie wszystkim nam marzy się spokój, bliskość, przyjaźń, bezpieczeństwo, wiara w coś wyższego (come on – nawet ateista marzy, że chciałby wierzyć :), w sens, w sprawiedliwość, dom...

Pozdrawiam wszystkich czytelników.

Z głębokiego dołu, gdzie wolność i szczęście wydaje się tylko odległym światełkiem i gdzie samotność jest bratem syjamskim Marcinsen



PS. Jeszcze trochę pozytywów (podobno ludzie nie czytają tego, co małym druczkiem na końcu):
1. Friendsi - wiem, petit burgoise, nie ma żadnych czarnych, itd., ale ci goście potrafią wzbudzić uśmiech na mojej twarzy.
2. Stać mnie na kupowanie sobie książek.
3. Rozkręcam się z pisaniem.
...
Myślałem, że będzie więcej, ale się zaciąłem:).
No to nara.

Saturday, 2 January 2010

2012 - nowe opowiadanie



Wreszcie udało mi się zmobilizować i zacząć coś nowego. Na dobry początek roku. Już całe trzy strony. Jak zwykle nie zadbałem o wymyślenie całej fabuły przed rozpoczęciem pisania, tak że nie mam pojęcia gdzie pójdzie moja historia. Tak lubię najbardziej i ta niewiedza zwykle pozwala mi utrzymać entuzjazm potrzebny do skończenia opowiadania. Będzie o roku 2012 (zwykle nie jestem modny w tematyce, ale tym razem samo jakoś poszło w tym kierunku:), podróżach w czasie (w pewnym sensie), reinkarnacji, krysznowcach, wąchaniu kleju i wielu innych ciekawostkach (dużo wątków autobiograficznych ;). Jak zwykle, po skończeniu poproszę pokornie moich stałych edytorów o pomoc.
Pozdrowienia.

PS. Przy okazji zapraszam na un libertario, gdzie zacząłem nową serię "Z esejów Lwa Tołstoja", Wrzucam tam mało znane, wolnościowe wypowiedzi tego pisarza. Teksty tłumaczę z angielskiego.