Saturday, 27 February 2010

Ray Bradbury o pisaniu



Jeżeli piszesz bez zapału, bez entuzjazmu, bez miłości, bez zabawy, jesteś pisarzem tylko w połowie. Oznacza to, że jesteś tak zajęty obserwowaniem komercyjnego rynku, albo podązaniem za trendami avangardowej śmietanki, że zapominasz, jak być sobą. Nie znasz siebie.
Pisarz musi być podekscytowany tym, co robi. Powinien być pełen entuzjazmu i gorączki. Bez tego może równie dobrze pracować przy zbiorach brzoskwiń, albo kopać rowy. Bóg świadkiem, że wyszło by mu to na zdrowie.
Kiedy ostatni raz napisałeś historię, w której twoja prawdziwa miłość, albo nienawiść przedostały się na papier? Kiedy ostatnio pozwoliłeś gnębiącej cię krzywdzie uderzyć w kartkę, jak piorun? Jakie są najlepsze i najgorsze rzeczy w twoim życiu i kiedy zbierzesz się na to, żeby o nich szeptać, albo krzyczeć?

("Zen in the Art of Writing" Ray Bradbury)

Monday, 22 February 2010

To nie był nawet człowiek



Jak to już mam w zwyczaju, wrzucam fragment opowiadania, nad którym teraz pracuję. Chyba robi mi się z tego jakiś przesąd.
Postanowiłem sięgnąć do korzeni i umiejscowić akcję w moich stronach, czyli w Beskidzie Żywieckim. A bohater to w pewnym sensie ja - myślę, że szukam przymierza z sobą sprzed wielu lat. Poróżniliśmy się pewnego dnia i chyba już czas wyciągnąć do siebie prawice. Dlatego próbuję pisać tę opowieść z miłością;). Jeśli nic się nie zmieni, będzie to początek cyklu. Zobaczymy.

To nie był nawet człowiek
(fragment opowiadania)

Kiedy ostatnia łopata ziemi wylądowała na grobie, świt zdążył zafarbować czerń nieba na ciemny granat. Pot spływał mi po plecach zimnym strumieniem. Ciężko dysząc obiecałem sobie, że rzucę palenie jeszcze dziś. Po skończonej harówce padłem na trawę i zapaliłem papierosa. Mokre nogawki nieprzyjemnie kleiły się do łydek, ale nie miałem siły, żeby coś z tym zrobić. Chciałem spać i zapomnieć.

Julek usiadł obok i wytarłszy czoło rękawem popatrzył na mnie. Choć było jeszcze za ciemno na odczytywanie emocji z twarzy, wyczułem emanację współczucia.
- Jak się trzymasz? – zapytał.
- Może być – mruknąłem.
- Przepraszam. Myślałem, że mamy trochę więcej czasu z tym kołkiem,
Przymknąłem oczy. To był błąd. Pod powiekami znów rozegrała się scena sprzed kilkudziesięciu minut.

Retrospekcja:

Wracamy z kołkiem, którego, jak mówi mój nowy przyjaciel, nie mamy czasu naostrzyć. Sygnalizuje, żebym zabrał kamień z nad rzeki. Podnoszę jeden, płaski, okrągły, ciężki. Potykam się i pomimo prób utrzymania równowagi, wpadam po pas do wody.
- Szybciej. Nie mamy czasu – mówi mój towarzysz. Siarczyście klnąc, gramolę się na brzeg. Po chwili idziemy, prawie biegniemy. Widać już ciemniejsze wzniesienie. To nazrywane łopiany okrywają ciało. Julek oddycha z ulgą.
- Zdążyliśmy.

Odrzucamy liście. Przez chwilę mam nadzieję, że nie będzie pod nimi nic. Niestety, trup leży, złośliwie czekając na nasz powrót. Julek przykłada tępy, niczym sztyl od łopaty kołek do mostka. Kiwnięciem głowy wskazuje na kamień. Podnoszę ciężar do góry. Waham się. Przecież to zwykły nieboszczyk. Dałem się nabrać na bajki o wampirach. Nie wezmę w tym udziału. Wystarczy. Już mam powiedzieć to na głos, kiedy wampir wyrywa kołek z ręki Juliusza i ciska go w krzaki. Potwór siada mechanicznie, patrzy na nas, następnie jak sprężyna rzuca się całym ciałem przed siebie.

Jestem sparaliżowany. Kamień wypada mi z rąk. Na szczęścia Julek nie traci razonu. Biegnie w krzaki, w kilka sekund znajduje kołek i woła:
- Kamień! Weź kamień! – po czym rusza w ślady wampira. Jego słowa działają jak wiadro zimnej wody. Chwytam zgubę i biegnę za nimi, na ślepo, w ciemność. Są. Dwa miotające się kształty. Julek trzyma za nogi wyrywającego się mężczyznę. Po krótkiej szarpaninie siada na niego. Przykłada kołek do piersi.
- Wal!
Opuszczam kamień. Za słabo. Gdyby ten cholerny badyl był ostrzejszy... Cios za ciosem. Z każdym uderzeniem drewno wchodzi zaledwie o kilka milimetrów, nie więcej. Wampir miota się i krzyczy. Jezu, co za upiorny skrzek. Okoliczne psy ujadają coraz głośniej. Mam wrażenie, że słyszy nas cała wioska. Wreszcie jednym z ciosów wbijam kołek porządnie, na wylot. Przelatuje mi przez głowę myśl, że musiałem przebić kość, dlatego weszło tak łatwo. Ciało wiotczeje. Gdzieś w oddali, w lesie rozbrzmiewa nieludzki, wściekły wrzask. Przypominam sobie, że było ich dwóch. Wrzask ginie, urwany. Czuję, że ręce i twarz pokrywa lepka krew.

koniec retrospekcji

- Już nigdy nie zjem śliwek z tego drzewa – powiedziałem markotnie, spoglądając na ciężkie od owoców gałęzie.
- Mówiłem, żeby pochować go w lesie.
- Jak wiesz, w lesie czeka jego przyjaciel. Na dziś wystarczy mi nowych znajomości.
Grób wykopaliśmy w ogrodzie za domem. Ziemia wyścielona była śliwkami. Po skończonej robocie zamaskowaliśmy rozkopany grunt owocami. Nie został ślad.
Popatrzyłem do góry. Ciemność. Pewnie chmury ciągle tam były, ale na wschodzie przebijało już czyste niebo. Czekał nas słoneczny dzień. Pociągnąłem nosem. Zapach mokrej ziemi, śliwek i krwi był intensywny i oszałamiający. Powoli dochodziłem do siebie. Spróbowałem poukładać poszatkowany na kawałki świat. To nie był nawet człowiek... Widać powiedziałem to na głos, bo Julek powtórzył za mną:
- To nie był nawet człowiek – wyczułem gorycz. Raczej nie było to jego pierwsze spotkanie z wampirzymi agentami CIA. Nie miałem siły spytać. Jutro. Jutro wszystkiego się dowiem.
- Czeka nas długi, ciężki dzień. Skorzystaj z ostatnich godzin odpoczynku – powiedział.
- A ty? - Nie mogłem zaprosić go do domu. Jak wytłumaczyłbym obecność takiego dziwaka o trzeciej nad ranem? Zresztą według wiedzy rodziców, w tej chwili smacznie spałem we własnym łóżku.
- Co radzisz?
Podrapałem się po głowie. Mam!
- Co powiesz na strych, nad szopą? Jest tam trochę siana, a nawet koc.

Wstaliśmy. Pokazałem Julkowi szopę, a sam, najciszej jak mogłem wdrapałem się z powrotem przez okno. Wyłączyłem telewizor, wziąłem prysznic i w niecałą minutę spałem. Odszedłem do krainy snów tak łagodnie i nieodwołalnie, jakbym nigdy nie spotkał dziewiętnastowiecznego pisarza, z którym zabiłem wampira, podsłuchującego historię o Majowym Uśmiechu oraz trzech, bardzo niesympatycznych braciach. We śnie byłem Foxem Mulderem i próbowałem odnaleźć Scully, która odeszła z przystojnym agentem ubezpieczeniowym. Zapłakany i bezradny usiadłem na leśnej polanie. Z nieba zaczęły spadać złociste, lśniące jaja. Spadały aż do samego rana.



Saturday, 13 February 2010

I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...




I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...

Drugi dzień urlopu. A może już trzeci? Sobota. Czyli drugi. Tanię znowu ścięło choróbsko. To drugi raz w tym roku, i chyba szósty w ostatnich sześciu miesiącach. Nie wiem, może to stres, może tęsknota za domem, może grzyb w łazience. Poczytałem jej trochę. „Triumf Pana Kleksa”, ale nie za długo, bo rozbolało mnie gardło. Tylko do wizyty Alojzego Bąbla przebranego za listonosza. W końcu chyba zasnęła. „Pana Kleksa” zamówiłem ostatnio z Polski, w nostalgicznym ataku tęsknoty za utraconym rajem. Spróbuję poczytać do poduszki, choć nie wiem, jak umysł przyzwyczajony do wielopoziomowej i zaangażowanej lektury będzie reagował na książkę dla dzieci.

Poszperałem trochę w sieci za ebookami. Nie, żeby czytać, skąd – nienawidzę czytać z ekranu. Po prostu, żeby zerknąć, może przypomnieć sobie jakąś książkę, która kiedyś mnie ruszyła. Ani się obejrzałem, jak wsiąkłem po uszy. Znajome tytuły i autorzy obudzili wspomnienia. „Dzieci kapitana Granta”, „Trzej muszkieterowie”, Artur Conan Doyle, Edgar Alan Poe, „Cieplarnia” Aldissa, „Kroniki marsjańskie”, „Dzień Tryfidów”. Wszystkie książki, które podsuwał mi ojciec odkąd tylko zacząłem czytać.



U nas domu książka to była świętość, tak samo jak chleb. Pamiętam, jako berbeć, kiedy upuściłem kawałek chleba, albo książkę, musiałem pokornie ucałować, nie było zmiłuj się. Mieszkaliśmy w malutkiej osadzie górskiej, może dziesięć chat, jeden telewizor, do wioski ze sklepem jakaś godzina drogi. Książka to był towar deficytowy. Tak samo zresztą jak czasami chleb. Tata zaszczepiał nam miłość do literatury od samego początku. Pamiętam, jak przychodził z pracy lekko (w sumie częściej „mocno”, ale leśnicy tak już mają) wstawiony i przy wtórze utyskiwań mamy, recytował z pamięci wiersze Mickiewicza. Jego ulubiony był „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Widzę to, jak dziś – zataczający się, pogrążony w roli, podnosi wyimaginowany nóż i wbija go w wyimaginowanego „pana”, gdy tymczasem mama stoi z założonymi rękami i kiwa z politowaniem głową. Uwielbiałem to. Straszne historie wierszem, pomieszane z zapachem wódki. Jak z książki.



Za biblioteczkę służył „ostatni pokój” i tata nie lubił, żebyśmy się tam szwendali – mówię o czasach, kiedy miałem nie więcej niż cztery, pięć lat. Myślę, że bał się, że coś zniszczymy, nie uszanujemy literatury. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Wchodziłem do tamtego pokoju, jak do kościoła, z otwartymi ustami przyglądając się niebosiężnym półkom (teraz pewnie byłyby gdzieś tak do wysokości szyi), na których stały tajemnicze księgi, pełne jeszcze niedostępnych opowieści – niektóre z wesołymi, pociągającymi okładkami, inne niepokojące, mroczne, pełne niewytłumaczalnego, choć bardzo realnego zagrożenia.

Szczególnie jeden z tomów serii Szczęśliwa Siódemka – „Duchy, zjawy, upiory” budził we mnie grozę. Do tej krwistoczerwonej, przerażającej książki, z której uśmiechała się trupia czaszka, podchodziło się jak do prawdziwego potwora – powoli, na drżących nogach, spoglądając przez ramię, czy droga ucieczki do „środkowego pokoju”, z którego był już tylko krok do swojskiej kuchni, stoi otworem. Podchodziłem na dwa kroki, wyciągałem dłoń, wysuwałem kawałek książki, tylko tyle, żeby zobaczyć kawałek okładki i w długą! Fascynacja trwała przez lata i w końcu przeczytałem ją chyba w drugiej klasie podstawówki. Tak zapoczątkowałem okres dziecięcej paranoi i życia w ciągłym strachu. Do dziesiątego roku życia miałem już przeczytanego po kilka razy całego Poe’go, Opowieści Niesamowite z prozy rosyjskiej, Opowieści Niesamowite francuskie (jasnoniebieska okładka i gdzieś w środku obraz najstraszniejszego diabła, jakiego w życiu widziałem, brrr), „O duchach – opowieści prawdziwe”... Uwielbiałem to, choć spać musiałem przy zapalonym świetle i do dziś pamiętam najgorsze w życiu koszmary z tamtego okresu. Albo przychodząc ze szkoły do pustego domu, wczołgiwałem się pod koc, gdzie drżąc ze strachu, potrafiłem przeczekać kilka godzin do powrotu jakiegoś domownika. Czego nie robi z człowieka miłość do literatury.



Moje zainteresowania nie ograniczały się do literatury grozy. Chwała Bogu, bo kto wie, czy wyrósłbym na w miarę normalnego gościa, za jakiego się uważam. W tym samym czasie (mówię o okresie pomiędzy dziewiątym, a piętnastym rokiem życia), jak pewnie wszyscy w moim wieku, zakochałem się w Tomku na różnych tropach, krainach, i wojennych ścieżkach. Oczywiście „Pan Samochodzik”. Co jeszcze... Juliusz Verne – wszystko, co wpadło w ręce, z czego „W 80 dni dookoła świata” przeczytałem chyba dziesięć razy, podobnie jak „Dzieci kapitana Granta”. „Trzej Muszkieterowie”! To też było ekstatyczne doświadczenie, powtarzane raz za razem. Ojciec któregoś dnia powiedział z tajemniczą miną, że istnieją dalsze części tego arcydzieła. Przez lata szukałem tych mitycznych ksiąg, wątpiąc w ich istnienie, aż w końcu znalazłem w jakimś antykwariacie, choć było już za późno, żebym czerpał z nich tyle radości, ile czerpałbym wtedy, gdy zaczynałem mój związek z Dumasem.

Jeszcze... O! „Nędznicy”. Na tę książkę namawiał mnie zarówno ojciec, jak i mama, ale odstraszała mnie objętość, jak i poważny język. Kiedy w końcu się skusiłem, wpadłem na cały tydzień, zaniedbując jedzenie i sen. To chyba wtedy zaczął się mój romans z klasyką (E. A. Poe nie zaliczałem oczywiście do klasyki. Poe był po prostu cool). Dickens z „Oliwerem Twistem” i „Opowieścią wigilijną” porwał moje serce. To chyba gdzieś w tamtym momencie zaczął się budzić we mnie mały anarchista. Później Sienkiewicz. Do dziś słowo „trylogia” ma dla mnie tylko jedno znaczenie. Frodo z kolegami nie był w stanie odbić miana „trylogia” od Kmicica, Skrzetuskiego, czy Małego Rycerza. Za późno się pojawił.



Przyszedł czas na moją największą miłość, której pozostawałem wierny przez lata. Fantastyka. Był to też konik mojego staruszka, więc nie miałem wyjścia, jak dać się zarazić. Nie pamiętam, co było najpierw. Podobnie jak z innymi książkami dla dorosłych, zacząłem przed dziesiątym rokiem życia. Lubię myśleć, że moja pierwsza książka to były „Kroniki marsjańskie” Bradburego i że to dzieło ukształtowało mnie na resztę życia, ale to tylko wyobraźnia. Przypominam sobie jednak, że podobnie jak „Duchy, zjawy, upiory”, okładka „Kronik marsjańskich” towarzyszyła mi od najmłodszych lat, jeszcze zanim nauczyłem się czytać. Na czarnym tle, pomiędzy czterema, bursztynowymi planetami widać czarną czaszkę. Nie bałem się. Byłem zafascynowany. No i jak się później okazało, miałem rację - jest to jedna z najpiękniejszych książek, na jaką miałem okazję trafić.

No więc fantastyka. Nie pamiętam początku, ale nie zapomnę największych przygód. „Cieplarnia” Aldissa, wow. Świat na drzewie, młodzi chłopcy walczący o przeżycie i jeden z pierwszych, nigdy nie zapomnianych kontaktów z seksem w literaturze. Jeden z chłopców zostaje ostatnim samcem w plemieniu i na nim spoczywa zadanie "rozpładzania" ludzkości. Skubany.
„Bajki robotów” z ilustracjami Mroza, grube tomisko, z pożółkłymi kartkami, też chyba przeczytane ze sto razy. „Opowieści o pilocie Pirxie” – raz za razem. Do dziś „Test pilota Pirxa” podtrzymuje mnie na duchu, kiedy patrzę na moje niepoukładane życie. Trochę później Zajdel – „Limes Inferior”, „Paradyzja”, „Cała prawda o planecie Xsi” – anarchista w środku budził się coraz bardziej. Konrad Fijałkowski – kto go jeszcze pamięta? Tak samo Andrzej Trepka, Czesław Chruszczewski, Bohdan Petecki, Jacek Sawaszkiewicz, Jerzy Żuławski – tymi ludźmi się żyło.



Mówię o drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie było łatwo o książki, a jak już mówiłem, niemożliwością było zdobycie ich, mieszkając na wsi. Mam taką historię – i czerwienie się, gdy o niej opowiadam. Raz wybrałem się na wyprawę do wioski kilkanaście kilometrów od mojej, żeby zobaczyć, co mają w bibliotece. Serce stanęło mi na widok upragnionych, acz niedostępnych autorów. Robert Silverberg, Aldiss, Clark, „K jak Kosmos” Bradburego. Pani bibliotekarka wyszła na kawę. W hipnotycznym transie zgarnąłem do torby całą prawie półkę książek i uciekłem. Później paląc się z poczucia winy, ale równocześnie pogrążony w słodkim, bibliofilskim odurzeniu , rozłożyłem łupy na podłodze w pokoju i długo wpatrywałem się w okładki, wąchałem stronice, przeglądałem spisy treści... Jezu - mam nadzieję, że takie rzeczy też się przedawniają i że nie czeka mnie wizyta z prokuratury.



Następnym razem mi się nie poszczęściło. Spróbowałem szczęścia w antykwariacie, w mieście wojewódzkim. Miałem piętnaście, może szesnaście lat. Przez pół godziny przymierzałem się do porwania brakującego mi tomu trylogii księżycowej Żuławskiego. Wreszcie schowałem książkę pod sweter i ruszyłem do wyjścia.
- Co tam masz? – spytała pani antykwariuszka. Jej głos ociekał jadem. Zimny pot wyszedł mi na twarz. Czułem się jak w sennym koszmarze. Powoli wyciągnąłem książkę zza paska i położywszy ją na ladzie skierowałem się do drzwi. Nie zdążyłem. Jedna ze sprzedawczyń złapała mnie za ubranie, druga wykręciła rękę, a trzecia zawołała policjanta. Skończyło się na zatrzymaniu legitymacji szkolnej i wysłaniu jej do ogólniaka. Na szczęście miałem wtyki, w osobie profesora, który opiekował się kółkiem teatralnym, więc legitymacja niezauważalnie do mnie wróciła. To była ostatnia książka, jaką ukradłem. Choć ojciec zawsze powtarzał, że kradzież książki to nie jest nic złego – książki należą do wszystkich, to jednak wspomnienie bycia przyłapanym było zbyt traumatyczne, żebym mógł kontynuować mój niecny proceder.

Trochę zboczyłem z tematu i nie mam przygotowanego, żadnego płynnego zakończenia.
A może nie trzeba? Może w tej książce ktoś wyrwał ostatnią stronę?



Friday, 12 February 2010

Daj nam szansę, my Friend



Grzebałem w starociach i znalazłem ten wiersz sprzed kilku lat. Trochę młodzieńczego entuzjazmu:)

Daj nam szansę, my Friend


Nie płacz, bracie -
rytm jest tuż za drzwiami
i mieni się kolorami.
Wystarczy, że sięgniesz ręką,
powiesz kilka słów,
uwierzysz w Manitou,
i rytm będzie tuż tuż
właśnie tu - trąbek dźwięk.

Przepis jest prosty -
włącz play w sercu,
podkręć basy w głowie,
weź do kupy garść wspomnień -
kiedy słuch cię nie mylił
i słyszałeś przyjaciół nadających
z małych radiostacji
na punkowch wyspach,
w hipisowskich azylach.

Bo taki jest fakt -
myślisz, że to był tylko sen,
myślisz, że wyrosłeś,
że świat to tylko o punkty gra,
zła karma, dobra karma,
y que pasara con mi pobre alma?

A właśnie, że nie -
świat do odważnych należy,
świat odważnym reggae gra.
Po prostu się wsłuchaj przez chwilę,
słuchaj, jak Pachamama gra
słuchaj, nie gadaj, tsss...

Poeci muszą żyć z dnia na dzień.
Bardowie nie mogą płacić podatków.
Artyście nie wolno zapomnieć,
że szczęście ma smak
przypadkowych spotkań
i niepewności jutra -
jak możesz mówić o szczęściu,
kiedy znasz rozkład
każdego następnego dnia?

Przecież zgodziliśmy się na smutek,
zgodziliśmy się na (czasami) pusty gar
i rosyjską ruletkę,
no bo jaki sens ma trzymanie się życia
tylko po to, by życie przeciekło między palcami?
Życie trzeba przeżyć, nie przeżuć.

Dlatego, my Friend, zrób coś i
daj nam jeszcze jedną szansę,
rozdaj nowe karty.
Daj nam, my Friend, nową szansę
bycia poetami.

Tuesday, 9 February 2010

W bursztynie - sen



W bursztynie
(sen)
1

Jestem na przyjęciu. Mamy po czternaście, piętnaście lat. Może to czyjeś urodziny? A może spotkaliśmy się, ot tak, żeby naśladować dorosłych?
Panuje atmosfera zabawy, świeżości, podekscytowania, elektryczny haj, kiedy w człowieku budzą się dorosłe myśli, uczucia.

Jest tam dziewczyna, w której jestem zakochany. Czarnowłosa, sarniooka, pijąc oranżadę po drugiej stronie pokoju, rzuca mi ukradkowe, zawstydzone spojrzenia. Wiem, że też czuje coś do mnie, ale jestem za młody, żeby skorzystać z tej wiedzy. Zresztą tak jest dobrze. Jestem szczęśliwy.

2

Zjawia się gość. Nie pasuje do naszego towarzystwa. Jest starszy, koło trzydziestki. Kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu, w połączeniu z orlim nosem i czarnymi, lśniącymi oczami nadają mu drapieżnego, nieprzyjemnego wyglądu. Podaje się za magika. Akceptujemy go. Czekamy z ciekawością na pokaz sztuczek. Mężczyzna najpierw zaprzyjaźnia się z każdym z nas, z osobna. Żartuje, śmieje się, łamie lody. Gdy podchodzi do „mojej” dziewczyny, czuję niepokój i niechęć. Chciałbym, żeby go tutaj nie było. Wydaje mi się, że skaził atmosferę naszego dziecięcego spotkania.

Wreszcie mówi, że naszedł czas na sztuczkę. Powoli okręca głowę, przyglądając się każdemu z dzieci osobno, jakby wybierał ofiarę, aż wreszcie zatrzymuje się na rudym chłopcu, zajadającym ciasto. Chłopiec przestaje jeść i lekko wystraszony patrzy na mężczyznę. Ten przymyka oczy i zaczyna mówić o tajemnicach chłopca, o których nie mógł wiedzieć nikt, oprócz niego. O jego zauroczeniu innym chłopcem, jego przyjacielem, o masturbacji, o pieniądzach odkładanych na operację.

Wszyscy się krzywią, już nikt nie czuje nastroju zabawy. Atmosfera się zagęszcza, pojawia się strach. Czujemy się jak więźniowie. Głowa mężczyzny znów obraca się dookoła, jak przerażający łeb mechanicznego klowna. Szuka następnej ofiary.



3

Leżę na trawie. Otacza mnie piękny ogród. Gorące słońce pieści moją twarz, przez sitko pachnących źdźbeł trawy. Brzęczą pszczoły, pachną kwiaty, płynę w zmysłowej bezczynności. Czas rusza się bardzo leniwie, tak leniwie, że wydaje się, jakby stał w miejscu. Skąd się tutaj wziąłem? Kim jestem? Gdzie?

Lekki niepokój zakłóca idyllę. Podnoszę się na łokciu. Widzę ją. Niepokój mija. Ona leży obok, patrzy na mnie, uśmiecha się omdlewająco. Wyciąga dłoń. Dotykamy się palcami. „Kocham cię” – mówi. Też ją kocham. Jest tylko ogród, słońce i miłość. I bezruch. Statyczność. Zdaję sobie sprawę, że niepokój nie minął do końca. Ciągle jest, raniąc jak ćmiący ząb. Przenika mnie uczucie straty, wrażenie, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Ona ciągle tam jest, ciągle się uśmiecha, ale w jej oczach, głęboko, pod powierzchnią leniwej ni to seksualności, ni to platoniczności, widzę strach i niemoc. Chcę sobie przypomnieć...

4

Nagle ogród znika. Powraca pamięć. Leżę na podłodze mieszkania. Intensywny zapach moczu atakuje nozdrza. Czuję głód i strach. Zniewolenie. Rozglądam się spod półprzymkniętych powiek. Inne dzieci leżą obok mnie. Wychudzone, brudne twarze kryją poruszające się nerwowo powieki. Dzieci śnią. Próbuję przypomnieć sobie, jak długo to już trwa. Godzinę? Dzień? Miesiąc? Gdzie jest...

Słyszę kroki. Zamykam kurczowo powieki. Choć przerażenie zamgliło myśli, wiem, że mężczyzna nie może zdać sobie sprawy, że nie śpię. To moja jedyna szansa. Kroki zatrzymują się przed moją twarzą. Słyszę szelest. Mężczyzna kuca obok. Tak mi się zdaje.
- Nieładnie tak kłamać – mówi drwiąco i zimne, spocone palce dotykają mojego czoła. Zapadam się. Wszystko blaknie...
I znów leżę w ogrodzie zapomnienia, w którym panuje martwy, słoneczny spokój, gdzie ona patrzy na mnie z miłością, pod którą jej oczy krzyczą z przerażenia, a gdzieś w środku ćmi mętne uczucie straty, uwięzienia i oszustwa.

5

Mały chłopiec bawi się z przyjaciółmi pod lasem. Choć jego rówieśnicy biegają, śmieją się, krzyczą, malec nie czuje się najlepiej. Męczy go myśl o śnie, jaki nawiedził go ostatniej nocy. To był okropny koszmar. Były w nim dzieci, trochę tylko starsze od niego, zły pan, więzienie. Chłopiec czuje wielki smutek.

Patrzy na zrujnowaną chatę pod lasem i nagle przypomina sobie, że wygląda ona dokładnie tak, jak dom z jego snu. Zostawia przyjaciół i powoli idzie w kierunku drewnianego, starego budynku, który stoi tam pusty już od lat. Matki zabroniły się tam bawić, ostrzegając przed duchami i zgniłymi deskami. Chłopiec dochodzi do ruiny. Stoi przed drzwiami, z wahaniem wyciągając rękę do klamki. Nie chce otwierać tych drzwi, ale myśl o dzieciach ze snu zmusza go do tego. Otwiera. Wchodzi. Na podłodze leżą dzieci. Kilkanaście brudnych, wychudzonych ciał. Wydaje się, że śpią, ale chłopiec wie, że to tylko iluzja. Gdyby żyły, ciągle byłyby w świecie słonecznego ogrodu. Sen o nich nawiedził go tylko dlatego, że ostatni z więźniów złego pana, zmarł właśnie tej nocy.

Chłopiec płacze, coraz bardziej, coraz więcej łez, chciałby przytulić zmarłego chłopca, tego, który leży pod samym oknem. Rozpoznał w nim głównego bohatera snu, ale zbyt się boi, żeby podejść bliżej. Więc ucieka i z płaczem biegnie do przyjaciół, żeby opowiedzieć im o swoim odkryciu.