Wednesday, 26 January 2011

Sen utopijny



Sen utopijny

Znów sen z tych katastroficznych, które często mnie nawiedzają, ten jednak był bardzo fajny.
Świat po jakimś katakliźmie, chyba wojnie totalnej. Najpierw byłem sam. Na zgliszczach cywilizacji szukałem innych ludzi. Wkrótce odkryłem z ulgą, że są inni. Odkrywaliśmy się nawzajem – zdziwieni, nieśmiali, trochę wystraszeni – skąd mieliśmy widzieć, czy ci inni mieli przyjazne zamiary? Stowrzyliśmy małą społeczność. Zamieszkaliśmy w wielkim, opuszczonym budynku starego dworca kolejowego.

Pamiętam wyprawę, żeby znaleźć kogoś, kto jeszcze mógł ocaleć. Ruszyliśmy w kilka osób, a nastroju beztroskiej wycieczki. Szliśmy z niepewnością przez zniszczone miasto, wypatrując ocalałych rozbitków. Wieczorem, idąc przez tunel, zobaczyliśmy idącego ze zwieszoną głową mężczyznę.
- Dobry wieczór! – zawołałem z radością.
- Spierdalaj – odpowiedział i poszedł dalej.
Trochę nam to zepsuło humor – skoro ludzie odyzwają się to do siebie w ten sposób, może lepiej ich nie szukać? Na odwrót było jednak za późno. Usłyszeliśmy zbliżające się głosy. Z naprzeciwka wyszła rozgadana grupka. Dostrzegli nas i stanęli jak wryci. Patrzeli na nas z otwartymi szeroko ustami, jak i my na nich. Najpierw było czuć tylko napięcie i strach przed obcymi, wkrótce jednak pojawiła się ciekawość i podekscytowanie.
- Cześć! Zjecie coś? – powiedział w końcu jeden z nich. Odetchnęliśmy z ulgą i zaczęliśmy się obejmować, potrząsać dłońmi, wypytywać. Gospodarze zaprowadzili nas do swojego domu. Przedstawili nas reszcie. Okazało się, że tutaj też stworzyli wspólnotę i razem starają się jakoś żyć, zdobywać pożywienie, kochać. Tylko jeden człowiek, ten mężczyzna, którego spotkaliśmy, zdecydował się żyć oddzielnie, ale pomimo swojej opryskliwości to dobry człowiek i czasami wpada pogadać.

Siedzieliśmy do późna, opowiadając sobie o naszych społecznościach, sposobach na życie, rozwiązaniach praktycznych, itd. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że będziemy mogli się od siebie wiele nauczyć.

Najciekawsze było to, że podobnie jak my, rozwinęli swobodną strukturę społeczną, bez przywódców i hierarchii, na zasadzie zupełnej dobrowolności, spontanicznosci i przyjaźni. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, żeby taka sama struktura powstała niezależni w dwóch oddzielnych miejscach, tak blisko siebie. Doszliśmy do wniosku, że jak widać anarchia to naturalny stan istnienia człowieka, i teraz, kiedy wszystko się sypło, bez przymusowych instytucji, ludzkość osiągnęła swój naturalny poziom.

Rankiem ruszyliśmy w drogę powrotną, wyposażeni przez gospodarzy w prowiant. Byłem szczęśliwy, choć równocześnie trochę smutny. Szedłem z tyłu. Reszta grupy rozmawiała, śmiała się, żartowała, nie mogąc doczekać się, aż przyniesiemy wieści do domu. Mnie natomiast (choć też nie mogłem się doczekać) ogarnęła trochę chandra. Czułem się poza grupą, odseparowany, samotny.

Ktoś wreszcie zauważył, że zostałem z tyłu. Starszy ode mnie mężczyzna, zawsze uśmiechnięty, nie pamiętam jego imienia. Spytał, w czym rzecz. szczerze odpowiedziałem, że kiedy ludzi były miliardy, nie mogłem znaleźć prawdziwego przyjaciela. Teraz została nas, ludzi, garstka i ciągle jestem sam. Jaką mam nadzieję, na znalezienie bratniej duszy? I rozpłakałem się z całego serca. Reszta grupy zatrzymała się, wszyscy podeszli i zaczęli dopytywać się, co się stało. Zaczęli ze mnie żartować, ale w niezłośliwy przyjazny sposób. Uświadomiłem sobie, że nie jest tak źle. To są moi przyjaciele, nawet jeśli nie jesteśmy duchowymi bliźniakami.

Doszliśmy do domu późnym wieczorem. Wchodziliśmy na nasz dworzec po cichu, żeby nie obudzić śpiących. Nagle zaświeciło się światło – zapłąnęło kilka świec. Okazało się, że nikt nie spał, czekali na nas. Obsypali nas pytaniami.Zalśniły im oczy, kiedy powiedzieliśmy o spotkaniu z innymi. „Jacy oni są? Jacy oni są?” – pytali z obawą i nadzieją. Zaśmiałem się. „Tacy jak my. Dokładnie tacy jak my” – odpowiedziałem. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To oznaczało, że świat się uleczył. Może teraz ludzie mieli naprawdę szansę zacząć od nowa.
- To ja skoczę po piwo – stwierdził ktoś.
- Ja też.
- To przynieś całą skrzynkę – zaproponowałem. – Pal licho, że już późno.
Zapłonęło więcej świec, rozbrzmiał gwar głosów, zaczęło się krzątanie, pojawiło się jedzenie, piwo, ktoś wyciągnął nawet ocalałą paczkę papierosów, zachowaną na szczególną okazję. Świętowaliśmy.

Druga połowa snu dzieje się dwadzieścia cztery lata później. Wiem dokładnie, bo w rozmzowie spytałem pewnej dziewczyny, ile już minęło od katastrofy.
Jest nas więcej. Dołączyli ludzie, najróżniejsi włóczdzy, którzy usłyszeli o nas i zapragnęli wspólnego życia. Druga wioska też się rozwinęła, odwiedzaliśmy się co jakiś czas, organizowaliśmy wspólne święta, wymienialiśmy się ideami, towarami (choć to ostatnie, to raczej symbolicznie, dla towarzystwa, gdyż byliśmy zupełnie samowystarczalni). Takich grup jak nasze było więcej i na tyle, na ile dochodziły nas wieści, rozciągały się po całym kontynencie. Jakimś cudem w każdym miejscu, zupełnie od siebie niezależnie, ludzie zorganizowali się w egalitarne, niehierarchiczne wioski, w których wzajemna pomoc i wolność jednostki były największymi wartościami.

Ciekawe, że ciągle czułem się młody. Miałem już 59 lat, amiałem wrażenie, że mam 30. Pamiętam dokładnie moment, kiedy siedzimy na ziemi, przy wspólnym posiłku, kilkadziesiąt, a może kilkaset osób, na naszych talerzach leżą rzeczy, które wychodowaliśmy sami. Patrzę z radością i dumą na nasze półnagie, szczęśliwe, biegające wspólnie dzieci, które znają tylko nasz świat, a nie to szaleństwo sprzed katastrofy. Patrzę na rozgadane, żywe twarze, które mnie otaczają, na lśniące, mądre oczy, uśmiechy, rozpalone dyskusje i myślę sobie, że ta katastrofa była najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się ludziom.

- Jak myślisz, jak to się stało? – pyta mnie dziewczyna siedząca obok (dziewczyna w moim wieku – około 60tki). Wiem, o co jej chodzi, nie muszę wnikać, często się nad tym zastanawiamy.
- Może ktoś nad nami czuwa? – rzuciłem zaczepnie.
Dziewczyna wybuchnęła śmiechem i pokręciła z głową.
- Ale z ciebie mistyk, szkoda gadać. Może założysz swój własny kościół? – zadrwiła przyjaźnie.
- Dlaczego nie? … Ale masz rację. Nie wierzę, że jeśli jest jakiś Bóg, to wtrąca się w nasze życie. Jeśli istnieje, to musi sobie cenić wolność tak samo, jak my. Może świadomość ludzkości osiągnęła przed katastrofą masę krytyczną, była gotowa na wielką zmianę, dopiero jednak jakiś wielki kryzys był w stanie ją wyzwolić? Może czegoś takiego potrzebowaliśmy, aby przejść od indywidualizmu drapieżnego do indywidualizmu altruistycznego?
Dziewczyna pokiwała w zamyśleniu głową.
- A może… - zawiesiłem głos – to wszystko jest tylko snem?
Dziewczyna znów się zaśmiała.
- Ale czyim? Znowu twojego Boga? Czy może twoim?
- A jeśli moim?
Nachyliła się do mnie i powiedziała konspiracyjnym szeptem:
- W takim spróbuj nie obudzić się za szybko.
Tym razem wybuchnęliśmy śmiechem we dwójkę, aż niektórzy przestali jeść i zaciekawieni odwrócili się w naszą stronę.

6 comments:

  1. Musiałem wstać w środku nocy i zapisać wszystkie szczegóły, póki pamiętałem.Lubię takie realistyczne, spójne sny, a ten miał naprawdę szczególną jasność i atmosferę.

    ReplyDelete
  2. Znasz "Drogę" McCarthy'ego? Wcale nie jest taka depresyjna jak wszyscy piszą ;)

    ReplyDelete
  3. Widziałem film, podobał mi sie, ale książki nie czytałem. Widze po opisach, że dobra. gdybym nie przekroczył już kilkakrotnie budżetu książkowego, to bym od razu kupił:)

    ReplyDelete
  4. To o cenieniu sobie wolności ...niezłe,całkiem niezłe.
    Tak nawiązując do depresji z poprzedniego posta i do tej sennej historii...choć to historia rzeczywista, ale trochę ...ok opiszę .Ostatnio miałem naprawdę bardzo przygnębiający nastrój , pomyślałem - może intonować , ale to było naprawdę trudne- nic się nie chce , włączyć jakiś jazz i wylądować pod kołdrą ...przetrwać . Jednak wziąłem japas, obraz z chłopcami pasterzami , Kryszna, Balarama wszyscy zadowoleni, zupełnie nie mogę się przebić . Pomyślałem ,ze po prostu będę intonował w takim depresyjnym nastroju i tyle ,obaczym co będzie...
    "o Kryszno jest beznadziejnie " ...
    po chwili gdzieś wewnątrz " O tak Balaji jest beznadziejnie , zupełnie beznadziejnie, Mama Jasioda mnie nie kocha, przywiązała mnie do mozedzierza...życie jest beznadziejne" Mimowolnie roześmiałem się na .
    " O tak Kryszno beznadzieja"
    " Tak Balaji , jest beznadziejnie , chłopcy pasterze nie chcą się ze Mną bawić , bawią się tylko z Balaramą . Życie jest straszne"
    " O tak Kryszno "
    Potem zwróciłem się w stronę Balaramy "Beznadziejnie Balaramo co ? "
    "No tak beznadziejnie , ale ten księżyc nad nami całkiem ładny "...
    " Tak księżyc jest piękny ale cała reszta beznadziejna" ...
    " O tak , beznadziejnie, ale ten dąb też piękny" ... " Tak , dąb niczego sobie ale ogólnie beznadziejnie " ...
    " No i te sarny , widzisz je , piękne ,ale poza tym beznadziejnie"
    "Nooo-muszę przyznać- sarny też niczego sobie"

    Tak to było z tym depresyjnym intonowaniem ...może trochę dziwne aczkolwiek zabawne i summum sumarum radosne doświadczenie ... a co tam ...opisze

    ReplyDelete
  5. Dzięki Balarama za podzielenie się. Fajny był ten duchowy dialog:)
    Jeśli chodzi o moją depresję, ostatnio zmieniło mi się kompletnie nastawienie. Wcześniej ciężko mi było zaakceptować to, że muszę się tak zmagać ze swoim umysłem. Poczytałem jednak trochę Kazimierza Dąbrowskiego i uświadomił mi, że zawirowania w duszy są oznaką wzrostu i rozwoju. No i całkiem inaczej się teraz z tym czuję.
    Trzymaj się.

    ReplyDelete
  6. Piekna wizja! Marze juz dawno i takim swiecie, tesknie za nim, zaklinam...czaruje jak moge...wprowadzam do moich wyobrazen, dmucham we wnetrze tego obrazu, wdmuchuje ducha. Nadaje zycie.

    Piekny swiat!

    AsHa

    ReplyDelete