Thursday, 17 March 2011

Kopenhaga - pierwsze dni



Kopenhaga – pierwsze dni

***

Kiedy wygramoliłem się o szóstej rano z autokaru, z bagażami i akordeonem, było jeszcze ciemnawo. Czułem się zbyt zmęczony, żeby cieszyć się z przyjazdu. Dwadzieścia cztery godziny w podróży może wyjałowić człowieka z emocji. Coś tam jednak czułem, albo raczej próbowałem. Widok znajomego dworca i ścieżki rowerowej, którą tyle razy śmigałem po mieście zadziałał optymistycznie.
Prawie wpadłem pod rower wysiadając z autobusu.
Wyciągnąłem z kieszeni numer Joachima, u którego miałem się zahaczyć na jakiś czas. Jeszcze za wcześnie na dzwonienie. Wybrałem z konta parę koron i usiadłem w kawiarni, z kawą i drożdżówką. Co mnie tu czeka? Nie mam na myśli oczywistych wrażeń, jak szukanie mieszkania, roweru, pracy, załatwianie papierkowej roboty, itd. Co czeka mnie głębiej? Co się we mnie zmieni? Kogo spotkam, co zrobię? Jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czy rok?

***

Mieszkanie Joachima i Matijasa spodobało mi się. Brudna, lodowata klitka na poddaszu, wszędzie instrumenty muzyczne, stare aparaty fotograficzne, ciemnia, zardzewiała koza, nie dająca prawie ciepła, wiatr wiejący przez szpary w okiennicach. Przynajmniej wiedziałem, że mogę czuć się swobodnie. Tym bardziej, że chłopaki okazali się sympatycznymi, otwartymi osobami. Joachim zaoferował się z jajecznicą, chlebem i herbatą, poczęstował tytoniem i powiedział, że mogę zostać ile tylko zechcę. Widząc mój cieniutki, marny śpiwór, pożyczył mi coś cieplejszego i dorzucił poduszkę. Dał też klucze i życzył mi szczęścia w poszukiwaniach mieszkania. Acha – nie ma prysznica, a kibel to wychodek na zewnątrz. W centrum miasta. Kocham Kopenhagę (bez ironii – po prostu szczerze podoba mi się taka pogarda dla XXI wieku). Co nie zmienia faktu, że będę w nocy używał słoiczka. Nie zamierzam nad ranem schodzić z poddasza i przechodzić przez podwórze, żeby się wylać. Rano wyleję zawartość przez okno na Vesterbrogade, jak robiło się w średniowieczu.

No więc znalazłem się na moim pierwszym przystanku. Jak na razie przyjaźnie i inspirująco. Zawsze wstydzę się, widząc jak ludzie pokazują czystą bezinteresowność, ot tak sobie, bo tacy są. Wstydzę się, bo zdaję sobie sprawę, że ja muszę robić wysiłek w kierunku bezinteresowności i zwykle nie jest to naturalny odruch, lecz świadoma decyzja.

***

Kiedy po południu wróciłem z biblioteki, okazało się, że Joachim załatwił mi rower. „Załatwił” znaczy „upolował” - nie mylić z „ukradł”. W Kopenhadze panuje niepisane prawo, że niezapięty rower można uznać za porzucony (nie odnosi się to jednak do nowych rowerów). Najlepszym do tego miejscem jest dworzec kolejowy. Matijas powiedział, że zwykle, kiedy upatrzy taki rower, obserwuje go przez kilka dni i jeśli nikt go nie zabierze, dopiero wtedy się nim zajmuje.
Miło było znów mieć dwa kółka. Od razu ruszyłem na miasto, kupując wcześniej zapięcie i światełka. Choć to damka i łańcuch trochę rzęzi, to cudownie pędziło się przez miasto rozświetlone latarniami i światłami wystaw sklepowych, razem z tłumem innych rowerzystów, szybko, swobodnie, bezpiecznie.

***

Joachim – niski, przysadzisty, kręcone szare włosy i ciemnoniebieskie oczy. Smutny w jakiś sposób. Duże poczucie honoru, opiekuńczość, trochę pogubiony. Z jednej strony jest samotny („Dziewczyny mam rzadko, ale jeśli już, to na poważnie” – powiedziane z lekką goryczą), z drugiej strony ma wielu przyjaciół, znają się od wielu lat, są jak plemię, rodzina, jeden za wszystkich. Mówi, że nigdy by tego nie oddał i jest szczęśliwy wiedząc, że za ścianą ktoś jest, coś tworzy i zawsze można pogadać, podzielić się czymś, wyżalić. Nosi zabawną czapkę. Gruba, stara, filcowa, zwęża się z przodu do szpica, z tyłu wychodzi futro.

Matijas – wysoki, szczupły blondyn, poruszający się trochę niezgrabnie, sztywno, niczym nastolatek, na twarzy zawsze uśmiech, jakby lekko drwiący. Oczy zwężone, błyszczące, pełne łotrzykowskich iskier. Lep na baby. Pierwsze wrażenie – dziecko ulicy, wesoły kombinator, najlepszy przyjaciel dla przyjaciół, dla reszty – lepiej uważać. Okazuje się jednak, że jest nauczycielem muzyki w szkole, prowadzi warsztaty, oprócz tego gra w dwóch zespołach. Inteligentny, oczytany, świetne poczucie humoru. Kiedy rozmawialiśmy o filmach, okazało się, że zna z imienia wszystkich aktorów, tytuły, reżyserów. Joachim nie był zainteresowany. Dla niego, jak mówi, to wszystko „blah, blah, blah”.

***

Dzwoniła Tania. Tęskni, martwi się, czeka aż coś się wyklaruje. I chyba coś właśnie się ustawia. Obejrzałem kilka mieszkań – drogie, brzydkie, w nudnej okolicy – załamka. No i wieczorem Joachim i jego zespół miał próbę. Po dwóch godzinach bałkańskich rytmów wdałem się w rozmowę z Simonem. Gra na czymś w rodzaju cymbałów, tylko że zamiast uderzać w struny pałeczkami, szarpie się je palcami. Zdaje się że to bliskowschodni instrument. W każdym bądź razie okazało się, że w lecie pomieszkuje w kampingu, w posiadłości pewnej kobiety, która zdaje się ma pokój do wynajęcia. Pokój w piwniczce, ale choć brzmi to nieciekawie, według niego to naprawdę świetne mieszkanie, z własnym patio, kuchnią, łazienką. Ma skontaktować się z tą babką i dowiedzieć się, czy to aktualne, da mi znać jutro.
Choć jeszcze nie widziałem tego miejsca, to mam przeczucie, że to jest to. Zdaje mi się, że to jest mój dom, który tu na mnie czekał.

***

Odwiedziłem Ruthannę. Siedem lat temu była tu dla mnie najlepszą przyjaciółką. Teraz to właśnie ona załatwiła mi miejsce u chłopaków. Mieszka za Christianią, w baraku, gdzie razem z kilkunastoma innymi osobami za grosze wynajmują blaszane kontenery. Nie zajarzyłem dokładnie, ale uczy coś z tańcem, gimnastyką, jogą – tyle zrozumiałem. Pogadaliśmy o naszych życiach, co się ostatnio działo – ona opowiedziała mi o utracie dziecka, ja o depresji, wypiliśmy po herbacie ze świeżo zerwanej mięty. Przed wyjściem do pracy dała mi klucz i powiedziała, że mogę wpadać kiedy chcę, wziąć prysznic, przeprać się, skorzystać z internetu.

***

Wieczór u chłopaków. Najpierw siedzieliśmy w kuchni. Gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki (na zmianę – ja puszczałem reggae, którego oni nie cierpią, oni puszczali ciężki hard core i punk, który mi się ciężko trawi), paliliśmy trawę. Później namówili mnie na koncert. Wskoczyliśmy na rowery i pomknęliśmy do Christianii, używając skrótów znanych tylko miejscowym. Koncert był w… Zapomniałem nazwy. Duży budynek, zaraz z brzegu, po przejściu przez bramę. Matijas zaraz zniknął w objęciach jakiejś dziewczyny (zdążyłem się już zorientować, że jego dar, to upajające działanie na płeć przeciwną), tak że razem z Joachimem zaczęliśmy stawiać sobie nawzajem kolejki, a w międzyczasie poznawał mnie ze swoimi znajomymi, których było mnóstwo – wydawało się, że zna wszystkich. Sam koncert nie był za dobry, zespołów było kilka, wszystkie mocne i widocznie amatorskie. No ale miło widzieć, że młodzież robi coś sama z siebie. Po kilku latach mieszkania w Anglii poczułem się tutaj jak w niebie. Nie zostałem jednak do końca. Może jestem już za stary; szybko straciłem entuzjazm i myślałem już tylko o ciepłym śpiworze i spaniu. Wymknąłem się, kiedy Joachim zaczął rozmowę z jakąś dziewczyną i wróciłem do domu. Za cholerę nie mogłem znaleźć skrótu, którym przyjechaliśmy. Jakby wszystkie ścieżki zarosły za nami, otwierając się tylko dla tubylców. Wróciłem głównymi ulicami.

***

Dziś zostawiłem chłopaków i ich gościnne, przewiewne progi. Wprowadziłem się do mieszkania, które załatwiłem przez Simona.
Kiedy Matijas poszedł do pracy, a Joachim pojechał na kilka dni na wieś, odpocząć, poszedłem do supermarketu i kupiłem dla nich dwie reklamówki „dóbr”. Lubią dżin z tonikiem, kupiłem więc butelkę trunku, tonik, sok, dwa rodzaje sera, truskawki, kapary, oliwki i jeszcze inne towary delikatesowe. Zostawiłem im to na stole, z listem dziękującym za gościnę.

I znów ruszyłem obładowany jak wielbłąd. Najpierw na nogach, później kolejką, później autobusem. Mieszkanie leży trochę na zadupiu, ale nie jakoś bardzo daleko od centrum, w pół godziny można dojechać rowerem. Pięknie tu jest, miałem rację, że to miejsce na mnie czekało. Ewa, właścicielka domu, ma tutaj sporą posiadłość, z małym jeziorkiem na samym środku, które otaczają drzewa i małe domki, a w nich w lecie pomieszkują różni ludzie (np. Simon). Nasze mieszkanie jest poniżej parteru, ale piwnicą na pewno nie można tego nazwać. Szklane, rozsuwane drzwi prowadzą na patio ocienione gęstwiną pnączy. Po przekroczeniu kilku stopni wychodzi się prosto na małe molo na jeziorku. Osobne wejście, własna kuchnia, łazienka, ogromny pokój - marzenie. Nad kuchnią i łazienką trzeba trochę popracować, poprzedni lokator zapuścił je trochę, ale wystarczy farba, gumolit i trochę środków czyszczących, żeby doprowadzić wszystko do porządku. Jestem w domu.

7 comments:

  1. Świetnie brzmi to, co piszesz. Powodzenia na nowej drodze, jakkolwiek ślubnie by to brzmiało ;))

    ReplyDelete
  2. Marcinie, pozdrowienia i oby się Tobie (potem Wam) tam ułożyło. Pytanko, czy masz stały dostęp do internetu? Chciałbym utrzymać z Tobą kontakt!
    Jeszcze raz pozdrawiam,
    Piotr

    ReplyDelete
  3. WOW! Wiesz, zazdroszczę Tobie, Wam takiej odwagi... Ja się zbieram na wyjazd z miasta, w którym mieszkam całe życie i trudno jest to wszystko przeskoczyć. Ale jestem coraz bliżej... :)

    ReplyDelete
  4. Dzięki za życzenia:) Stały internet będę miał od połowy kwietnia, kto chce mieć ze mną stały kontakt, szczerze zapraszam. No i nie ma się co bać zmian. Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było, jak powiadał Szwejk:)

    ReplyDelete
  5. Z tym rowerem podobnie miałem w Berlinie;-] ...potem zostawiłem przy dworcu...taki stary ,przyrdzewiały...po Berlinie jak po Kopenhadze jeździło sie fantastycznie .Fajna jest ta wzajemna pomoc międzyludzka ...chyba istota człowieczeństwa.Pomyślności

    ReplyDelete
  6. 3V się chłopie i pisz:-) Bo nie dość, że piszesz ciekawie, to jeszcze dobrze :-) Pozdrawiam

    ReplyDelete
  7. Dzięki Balarama i Zbyszek. Będę próbował.

    ReplyDelete