Sunday, 19 June 2011

Powoli do góry, na dwie nogi...



Powoli do góry, na dwie nogi...
(Kopenhaga)

Uff, to był ciężki miesiąc (a w sumie ciężkie trzy miesiące). Dochodzę do siebie małymi kroczkami, choć w pewnym momencie myślałem, że nie dam rady, że coś się we mnie połamało na dobre. Widać z wiekiem odporność na stres maleje, przynajmniej teraz wiem, że muszę być ostrożniejszy.

W skrócie – wpakowaliśmy się w długi, w mieszkaniu nie mogliśmy mieć zameldowania, nie mogliśmy załatwić papierów, właścicielka mieszkania okazała się osobowością niezbyt przyjemną, każda najdrobniejsza sprawa, próba załatwiania czegoś w urzędach spełzała na niczym, ale to naprawdę każda.

Po trzech miesiącach udało mi się wreszcie znaleźć nowe mieszkanie. Nie wiem, jak to wpłynęło na mnie, ale następnego dnia po znalezieniu nowego miejsca obudziłem się w okropnym stanie – nieopanowany niepokój, obcość, panika. Gdybym mógł to do czegoś porównać, to najbardziej przypominało to zły odlot po trawce, z tym, że zamiast trwać godzinę, czy dwie, trwało to prawie dwa tygodnie. Brrr, jeszcze teraz mam dreszcze i piszę o tym z niechęcią. Gdyby nie wsparcie Tani, to mogłoby być jeszcze gorzej...

W każdym bądź razie teraz jest lepiej. Codziennie ładuję się witaminami, dużo ruchu, unikam jak się da stresujących myśli, poza tym wreszcie udało nam się ruszyć z papierami, już prawie wszystko załatwione, nowe mieszkanie jest miłe, dzielimy je polską parą, z hiszpańską parą, z Włochem i Marokańczykiem, jest wesoło, ludnie, dobrze czasami czuć w domu obecność innych ludzi.

Za dwa tygodnie jedziemy do Polski w Sudety, spotkać się wreszcie ze Swamim, naszym duchowym przewodnikiem, którego do tej pory znamy tylko korespondencyjnie i teraz z niecierpliwością odliczamy dni.

To truizm, ale i tak powiem: życie nie jest łatwe, a czasami jest wręcz nie do zniesienia. Trzeba jednak wierzyć w głębszy sens. Czasami nic innego nie pozostaje, niż wbrew wszystkiemu przeć do przodu, bo przecież do tyłu nie da się iść, choćby się nawet chciało.

Thursday, 16 June 2011

Zły sen



Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.

Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.
Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.

Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.
- Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.

Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.

Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.
- Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.
- Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.
Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.
- Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.
Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:
- Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...
- Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.
- Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.

Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.

- Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?

- Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.

Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.

Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.

Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.

Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).

Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami. Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.
Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.

Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.

Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany, czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.

Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...

Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?

Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...

Friday, 3 June 2011

Wynalazek Profesora T.Alenta




Wynalazek Profesora T.Alenta

Przetasowałem talię i wyciągnąłem kartę. Siódemka kijów. Siedmiu zbójów rzuca się na podróżnego.
Głośny huk. Wyrwane z zawiasów drzwi rozbiły lustro na korytarzu. Zamaskowane postacie w mundurach, z pałami, rozświetlone aurą praworządności, wbiegły, krzycząc: „Na ziemię, kurwa, na ziemię!”. Posłusznie położyłem się na dywanie. Nigdy wcześniej nie oglądałem pokoju z tej perspektywy. Przez chwilę poczułem się jak dziecko. Było miło. Później antyterrorysta kopnął mnie w nerki i zarzucił na głowę czarny worek.

* * *

Worek ściągnięto dopiero na miejscu. Stałem przed biurkiem sztywniaka w garniturze, o gładko przylizanych włosach. Przypomniałem sobie Matrixa. Później zobaczyłem obrazek na ścianie. Tarotowy Diabeł. Dopiero wtedy poczułem strach. Na twarzy sztywniaka wykwitł sztywny uśmiech. „Jesteś nam potrzebny, chłopcze” – zasyczał jak żmija. A może tylko mi się wydawało? „Do czego?”. Nie zabrzmiało to ani w połowie tak wyzywająco, jakbym chciał. Coś pomiędzy skomleniem, a kwileniem. Sztywniak pomilczał przez chwilę. W końcu wcisnął wbudowany w blat biurka czerwony guzik. „Obiekt będzie współpracował” – warknął do mikrofonu.

***

Tytus pozwolił wejść tylko mnie. Uzbrojeni antyterroryści musieli zatrzymać się dwadzieścia metrów od wejścia. Posiwiały szympans trzymał kałasznikowa. Owłosioną pierś oplatał labirynt kabli i sześciany ładunków wybuchowych. Kable zwisały również z pilota w dłoni. Nikły za półotwartymi drzwiami, prowadzącymi w głąb budynku. Tytus popatrzył badawczo i twardo. Wreszcie wyraz jego oczu złagodniał. „A jednak to ty. Do końca nie byłem pewny...” – powiedział niezrozumiale. Wyciągnął rękę, coś mi podając. „To od Autora”. Przyjrzałem się karcie. Głupiec. Małpa tańcząca nad przepaścią. Nie zdążyłem spytać o sens. Szympans odwrócił się plecami i ponaglając mnie machnięciem ręki, poszedł do drugiego pokoju. Ruszyłem za nim.


* * *

- Palisz? – popchnął w moim kierunku pudełko z cygarami. – Oryginalne. Kubańskie.
- Rzuciłem.
Nie zareagował. Odpalił zapałkę - moje spojrzenie nerwowo spełzło na ładunki wybuchowe - i z wyraźną rozkoszą zaciągnął się dymem.
- Tam wszystko się zaczęło...
- Tam?
- Kuba.
- Kuba?
Tytus warknął zirytowany, szczerząc kła.
- Piąta Księga? Wannolot? Fidel? Nic ci to nie mówi?
Niby tak. Ale co...
- Po imprezie z okazji wybudowania w Hawanie polskiej fabryki, poprosił mnie o spotkanie sam Castro. Nie zastanawiałem się długo. Zostałem agentem.
Zaśmiał się gorzko. Teraz dopiero zobaczyłem, że drży mu lewa powieka. Z kącika ust ściekała kropla śliny. Rozmawiałem z wrakiem czło...
- Nie spytasz dlaczego? – chyba oczekiwał odpowiedzi.
- Z powodów ideologicznych?
Skrzywił się z niesmakiem.
- Eee tam, ideologicznych... Tam komuna i tu komuna, co za różnica? Banany. Skurwiłem się za banany.
- ?
- Wiesz jak ciężko było o banany w tamtych czasach? Nawet w Warszawie. – Machnął zrezygnowany ręką (łapą?). – Szkoda gadać. Przejdźmy do rzeczy. – Małpie oczy znów rozjaśniła inteligencja i skupienie. Pysk Tytusa zniżył się nad biurkiem. Zaraz usłyszę konspiracyjny szept. Po prostu się to czuło. W międzyczasie zerknąłem na ściany pokoju. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Tarotowa tapeta? Same siódemki mieczy. Cwaniak ucieka z pola bitwy. Chytrze wykrzywia gębę i zwiewa z łupami. Zdrada.

* * *

- Najpierw współpracowałem tylko z Kubą, później oczywiście ze Związkiem Radzieckim. Po kilku latach sytuacja uległa zmianie. Skontaktowali się ze mną Amerykanie, Chińczycy... Irańczycy. Kurwiłem się z każdym.
- Ale co robiłeś? Jakie informacje mogłeś im sprzedawać? – Zaciekawił mnie.
- Jakie? Zapomniałeś, z kim pracowałem? Czyje osiągnięcia mogły zainteresować różne grupy?
- T.Alent – szepnąłem do siebie.
Tytus pokiwał głową. Podniósł z biurka małe zdjęcie w drewnianej ramce. Wyciągnąłem szyję. Znowu Tarot. Mag w białym kitlu i rozwianych, siwych włosach szczerzył sztuczną szczękę.
- We własnej osobie. Profesor T.Alent. Zdziecinniały geniusz. Wieczny harcerz. Niepodejrzewający nawet, że wszystkie jego wynalazki natychmiast trafiały do każdego światowego mocarstwa, które było gotowe zapłacić. Nigdy nie dowiedział się, że to dzięki jego geniuszowi Prasolotowa Flota Indonezji sprasowała na śmierć tysiące Timorczyków, napędzane uranem Wkrętacze Rosjan wwiercały się na tereny sąsiednich krajów, kradnąc niepostrzeżenie bogactwa naturalne, dzieła sztuki oraz kartofle na spirytus, a niewykrywalne przez radary Slajdoloty latały w nocy nad terenami Talibów, wyświetlając na skałach niemieckie i szwedzkie filmy pornograficzne. Na szczęście Tadek... – głos Tytusa zadrżał. Otarł łzę i zmieszany odchrząknął. – Na szczęście Profesor T.Alent zginął, zanim poznał prawdę.
- Profesor nie żyje? – otworzyłem szeroko oczy. To była sensacja. Dlaczego media milczały?

* * *
Wstał i podszedł do okna. Wydawało się, że chce odsłonić firankę. Ręka zawisła w połowie drogi.
- Snajperzy – powiedział, niby do mnie, niby do siebie, po czym wrócił do biurka. – Znalazłem go w tym właśnie pokoju. Leżał przy drzwiach. Myślałem, że to serce. Profesor nie dbał o siebie. Pączki, golonko, piwo... Dopiero, kiedy zobaczyłem krew i dziurę w czole, zrozumiałem, że go dopadli.
- Ale kto? Rosjanie? Amerykanie? Arabscy terroryści? – spytałem z przejęciem.
Tytus wzruszył ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć? To mógł być każdy... Wiedziałem jednak, czego szukali.
- Czego?
- Tego – długa, drżąca ręka wskazała w kąt.
Telewizor?
- Telewizor?
Szympans prychnął.
- Temporelizor.

* * *

- Maszyna czasu...
- Zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem, chłopcze. Nie – nie można jej użyć do podróży w czasie. Profesor już dawno zrozumiał, że to niemożliwe. Ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby „zerknąć” w przyszłość. W końcu jest ona tylko sumą elementów teraźniejszości...
- Ale ile danych trzeba by wprowadzić, żeby prognozy były dokładne...!
Tytus pokręcił głową.
- Dajmy spokój z technicznymi szczegółami. Ty jesteś humanistą, a ja szympansem. Bardziej pasuje do nas mistyka. Ty z twoim tarotem, ja z czekającym mnie przeznaczeniem...
- Przeznaczeniem?
- Sięgnij do kieszeni.
Wyciągnąłem z dżinsów wymiętą kartę. Śmierć pomachała kosą, szczerząc zęby.

* * *



- Najpierw skontaktowali się starzy „przyjaciele”. Kuba, Rosja, CIA. Nawet ETA. Wyrzuty, groźby, oferty. Wszyscy wiedzieli już o wynalazku i każdy chciał położyć na nim łapy. Znając przyszłość, możesz tak manipulować teraźniejszością, żeby kształtowała twoją własną wersję przyszłości. Doskonała władza nad światem... Później „nasi”. Sprawa trochę przerastała polskie służby, ale jednak rozumieli, jakie możliwości oferował temporelizor...
- Co na to Romek i A’Tomek?
Znów gorzki śmiech. Przerodził się w kaszel. Najpierw normalny, suchy, w końcu wybuchający bulgoczącym, rzężącym koncertem. Otarł pysk grzbietem ręki. Na sierści pozostała czerwona smuga.
- Przepraszam. Wiem, że nie jest to przyjemny widok.
- Wszystko w porządku?
- Teraz to i tak nie ma znaczenia... Rak. Z płuc został mi czarny, przegniły worek. Cygara i papierosy. Nerwy.
- Przykro mi. – Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
- Mówię, że to nie ma znaczenia. Nie umrę na raka.
- Aha...
- O tym zaraz... Pytałeś o Romka i A’Tomka.

* * *

- Romek zdemaskował mnie w ’89. Coca-Cola i Pepsi licytowały się o mapy Wysp Nonsensu. To był wielki rynek, wart miliardy dolarów. Przedstawiciele korporacji ustawili spotkanie w Mariocie, na Alejach Jerozolimskich. Wysłali po mnie limuzynę. Wpadłem na Romka przed hotelem. Popatrzył na garnitur, samochód, czarną teczkę pod pachą i nie powiedział ani słowa. Odwrócił się na pięcie i poszedł... Uwierz mi, poczułem się jak ścierwo. Po tylu latach razem... Nie wiedziałem, czy mam jeszcze po co wracać do Instytutu. Romek był inteligentnym gościem. Umiał wiązać fakty. Oglądał przecież wiadomości. Nieraz zastanawiali się z Profesorem i A’Tomkiem, jak to możliwe, że niektóre z państw dokonały odkryć technicznych wykazujących duże podobieństwa do prac naukowca.

Gdy po spotkaniu z koncernami wróciłem do Instytutu, okazało się, że Romek zniknął. Ani A’Tomek, ani Profesor nie mieli pojęcia, gdzie jest (ani, co przyjąłem z wielką ulgą, wydawali się nie wiedzieć nic o moim podwójnym życiu). Najpierw pomyślałem, że służby któregoś z moich „pracodawców” zlikwidowały chłopaka, po tym, jak zdemaskował moją grę. Na szczęście obawy okazały się płonne. Po kilku miesiącach dostałem kartkę pocztową. Z Indii. Najwyższa Kapłanka o ośmiu ramionach i niebieskiej opaleniźnie spoglądała na mnie kosmicznie spokojnym wzrokiem. Z tyłu napisano:

Wszystko jest iluzją. Jesteś małpą czy człowiekiem? Czy jeszcze czymś innym? Nie winię Cię. To my próbowaliśmy Cię uczłowieczyć. Teraz wiem, że to był błąd. Powinniśmy raczej pomóc Ci odkryć, kim naprawdę jesteś (byłeś? – czy jest już za późno?). Zamiast tego, napchaliśmy Ci głowę i serce ludzkimi przypadłościami i ambicjami. Pragnieniem władzy, chciwością, dwulicowością. Czuję się winny i potrzebuję odkupienia. Szukam harmonii i połączenia z Wielkim Duchem. Nie martw się o mnie. Kocham was wszystkich.
Romekananda Swami

PS. Profesor jest w niebezpieczeństwie. Jeszcze masz czas.


* * *

- A jednak się mylił... Nie miałem czasu... A może miałem, tylko go zmarnowałem?
Westchnął. Popatrzył na zapalnik w dłoni, pokręcił ze zrezygnowaniem głową i odłożył go na biurko. Gdybym chciał, mógłbym sięgnąć. Z pewnością byłem szybszy od chorej małpy. Ale nie poznałem jeszcze całej historii.
- Co z A’Tomkiem?
- Skubaniec wiedział.
- O wszystkim?
- Tak, o wszystkim. Teraz wiem, że Romek przed swoim zniknięciem podzielił się z nim swoimi wnioskami. Ale A’Tomek zachował to dla siebie. Czułem, że zaszły jakieś zmiany, że patrzy na mnie inaczej, że przestał być protekcjonalny. Podejrzewałem, że wie, ale pewności nabrałem dopiero tamtego dnia... W noc po zamordowaniu Profesora T.Alenta.

* * *

- A’Tomek zamordował Profesora?!
- Też nie mogłem uwierzyć. Siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Butelka wódki, ogórki, muzyka, wspomnienia, żarty... Zwykła stypa. Kiedy myślał, że jestem już całkiem pijany, przyznał się. Nie wiem, czy to planował, czy po prostu tak się spił, że puściły hamulce. Fakt pozostawał faktem – A’Tomek zlikwidował staruszka. Kiedy, sparaliżowany jego wyznaniem, próbowałem wytrzeźwieć, opowiedział mi swoją historię. Kilka lat temu, wkrótce po tym, jak Romek został joginem, A’Tomek związał się z anarchistami. To był jego sposób na odkupienie. Zaczął chodzić na spotkania, wiece, manifestacje. Wcale tego nie ukrywał. Pamiętam, jak czasami zjawiał się u mnie albo w Instytucie, żeby wziąć prysznic, czy też opatrzyć zadrapania i sińce. To było jego życie. Zresztą, kim byłem, żeby prawić mu kazania? Tamtej nocy przyznał, że o mnie wie. Część podejrzewał, resztę układanki dokończył Romek. Nie chciał się jednak mieszać. Wolał pozostawać z boku i żyć w iluzji, że wszystko jest, jak przedtem.
Tytus splunął. Różowa plwocina zlała się z pstrokatym deseniem dywanu.
– Nic nie było jak przedtem. Wszyscy się oszukiwaliśmy. Może oprócz biednego Profesora, który pozostawał dużym dzieckiem... Aż T.Alent odkrył temporelizor i A’Tomek uświadomił sobie, że musi zniszczyć najstraszniejszy wynalazek w dziejach ludzkości. Zrozumiał też wtedy, że akt zniszczenia maszyny nie będzie kompletny bez zniszczenia twórcy...

* * *

Wyraźnie zaczęło się ściemniać. Przygarbiona sylwetka Tytusa w obrotowym fotelu sprawiała przygnębiające wrażenie. Długie ręce wisiały po bokach. Wyglądał jak smutny, włochaty pająk. Wzbudzał litość. W niczym nie przypominał tego radosnego, łotrzykowskiego bohatera, z którym kiedyś przemierzałem szalone krainy.
- Chciał zniszczyć temporelizor, ale po offowaniu Profesora, zabrakło mu jaj i zwiał... Kiedy skończył opowiadać, byłem prawie trzeźwy. Trzeźwy i wściekły. Rzuciłem się na niego i zacisnąłem palce na szyi. Spurpurowiał, później sczerniał… Nie walczył. Poddał się karze. Leżał bez ruchu. Ale nie mogłem tego zrobić. Puściłem go. Z mroczną satysfakcją pomyślałem, że jednak zasrańcy nie uczłowieczyli mnie do końca. A’Tomek padł mi do stóp i płacząc, zaczął przekonywać, że maszyna musi zostać zniszczona, że nie wyobrażam sobie, jakie skutki może przynieść jej użycie, w jakie piekło zamieni się świat. Kopnąłem go w tę szlochającą gębę i wyszedłem w noc.

* * *

- Zginął w dwa dni później. Z kilkoma anarchistami przeprowadzili oblężenie na Instytut. Nie wiedzieli, że agenci paru mocarstw i grup obstawili teren. A’Tomek i pięciu innych zginęli z rąk snajperów, zanim podeszli do drzwi. Widziałem to z okna. Nawet zrobiło mi się smutno. Mały, tłusty zasraniec. Który jednak miał kurewską rację. Za to najbardziej nienawidziłem harcerzyka... Zrozumiałem wtedy, że toczy się wojna. Gdyby byli pewni, że nie zrobię czegoś głupiego (w końcu jestem małpą), już dawno przepuściliby atak. Bali się jednak, że zniszczę temporelizor, zanim położą na nim łapska. Nie mogłem dłużej czekać. – Pokazał na siebie. – Pozbierałem z całego laboratorium wszystko, co mogłem użyć jako materiał wybuchowy, po czym zaminowałem budynek, maszynę i siebie... Co z kartami?
- Co? – spytałem zbity z tropu.
- Tarot. Zacząłeś ten wieczór od kart, później karty pojawiły się kilka razy, a później nic. Koniec.
- Chyba zabrakło mi inwencji.
- Myślę, że mogę ci pomóc – powiedział tajemniczo i sięgnął do szuflady. Wyciągnął w moją stronę talię kart. Zobaczyłem czerwony punkt na owłosionej piersi. Ruchomy punkt. Snajper!

* * *

Nie zdążyłem krzyknąć. Dźwięk rozbitej szyby i jęk Tytusa zlały się w jedno. Karty rozsypały się w powietrzu niczym kabalistyczny deszcz. Zdałem sobie sprawę, że oglądam wszystko w zwolnionym tempie. Kątem oka dostrzegłem wąską szparę pomiędzy zasłonami. Nie zauważyłem jej wcześniej. Ale przecież Tytus musiał ją widzieć. Nie wiedzieć dlaczego, zamiast rzucić się od razu na podłogę, chwyciłem machinalnie jedną z fruwających kart i dopiero wtedy wczołgałem się pod biurko. Nie zdążyłem sprawdzić. Słaby głos wołał moje imię. Podczołgałem się bliżej. Dotknąłem czegoś mokrego. Pod ciałem starego szympansa rosła kałuża krwi. Próbował coś powiedzieć. Nachyliłem głowę.
- Wszystko jest dokładnie tak, jak ma być – wyszeptał. – Ty, ja, snajper, maszyna... wszystko.
- Ale dlaczego ja? – Nie rozumiałem. Tytus uśmiechał się. A potem kaszlnął krwią.
- Widziałem cię.
- Gdzie?
- W temporelizorze. Od pierwszego razu, kiedy zerknąłem w ekran, była tam twoja twarz.
- Moja?
- Nie wiem, dlaczego. Próbowałem zmienić, ale nie dało się... Nie chciałem umierać. Mimo wszystko. Na nic. Czego bym nie zrobił, temporelizor pokazywał to samo: żądam żebyś przyjechał, rozmawiamy, strzał w pierś... - Jego głos szybko cichnął.
- Po co w takim razie mnie ściągnąłeś?
- Musiałem... – znów zakaszlał. – Dla tego, co stanie się teraz... Popatrz na kartę...
Z karty szczerzył zęby Wisielec. Wyglądał jak Budda wiszący za nogę i rozdawał błogosławieństwa. Zwróciłem nic niepojmujący wzrok na Tytusa. Małpa nie żyła.

* * *

„I co teraz?” – pomyślałem. Położyłem się obok niego. Kurde, bohater mojej młodości odszedł na dobre. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go po siwej głowie. Znów czułem się jak dziecko. Wiedziałem, że zaraz zjawią się antyterroryści. Jak dziś rano. Pełen cykl. Łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniałem sobie „Operację Bieszczady”, Rozalię, Asizo... Noż kurwa mać!

* * *

Świetlista postać pojawiła się na środku pokoju. Rudowłosy jogin lewitował metr nad dywanem, w pozycji kwiatu lotosu.
- Romek? – spytałem z niedowierzaniem.
Jogin pokręcił przecząco głową.
- Kiedyś byłem Romkiem. Później byłem Romekanandą Swamim. Teraz jestem Światłem i Ciemnością. Pustką i Pełnią. Jing i Jang. Głupcem i Magiem. Wszystkim i Niczym...
O dżizas.
- Słuchaj. Jestem w środku pewnej... sytuacji – przerwałem mistyczny bełkot. - Tytus właśnie opuścił ten ziemski padół, za chwilę wpadną tutaj uzbrojeni agenci, a tam, w rogu, stoi maszyna, która najprawdopodobniej zamieni świat w piekło. Możesz się streszczać?
Romek uśmiechnął się ze smutkiem. Spokojnie i kojąco. Jak Jezus. Następnie podfrunął do temporelizora i wyciągnął dłoń. Maszyna zamieniła się w złocisty pył. Po sekundzie znikł bez śladu. Dobre i to. Następnie podpłynął do ciała Tytusa. Zatrzymał się przez chwilę. Eter wypełniły ciche mantry. Spoko. Dusza też jest ważna. W końcu Romek (alias Romekananda Swami, Światło i Ciemność, Pustka i Pełnia, Jing i Jang, Głupiec i Mag, Wszystko i Nic) przylewitował nade mnie. Ciągle leżałem obok zwłok.
- I co teraz? – zapytałem z ciekawością.
- Śpij. Po prostu śpij...

* * *

Obudziłem się na ławce. Przez chwilę próbowałem poukładać wspomnienia. Przerwał mi brzęk rozbijanych szyb, krzyki zamaskowanych postaci oraz wycie syren. Tłum gapiów zasłaniał widok, ale nie miałem ochoty wstawać. Przynajmniej, dopóki nie zobaczyłem zgarbionej postaci w długim prochowcu i kapeluszu o szerokim rondzie. Znajoma w jakiś sposób sylwetka, wydawała się wciskać w tłum jak reszta gapiów, próbując wywalczyć najlepszy punkt obserwacyjny.
- Tytus? – powiedziałem z niedowierzaniem i poderwałem się na nogi. Czyjaś ręka przytrzymała mnie na miejscu. Odwróciłem się zaskoczony. Wąsaty, siwy jak gołąb staruszek trzymał mnie za poły swetra.
- Siadaj chłopcze, bo jeszcze jakichś głupot narobisz.
- Co?
Pociągnął mnie z powrotem na ławkę i pochylił się nad notesem. Kreślił coś ołówkiem. Wyciągnąłem szyję. Poznałem.
- Papcio?
Staruszek, nie przerywając rysowania, kiwnął twierdząco głową. Wskazałem na tłum.
- Czy to był...?
Papcio podniósł na mnie wzrok. Dokładnie taki, jak pamiętałem ze zdjęć: pogodny i wesoły.
- A co myślałeś? Że Tytusa można zabić? Idee są nieśmiertelne.
No tak...
- Pokaż te twoje karty, młodzieńcze.
Pamiętałem, że rozsypały się po podłodze. Sięgnąłem do kieszeni. Były. Wyciągnąłem talię.
- Przetasować?
Papcio pokręcił głową.
- Nie trzeba.
Zamknąłem oczy i wybrałem jedną. Spojrzałem.
- I wyśmienicie! – zadeklamował z uciechą staruszek, waląc mnie w plecy.
Koło Fortuny. Nowy cykl. Nowy początek. Nowa przygoda. Nowe życie. Uśmiechnąłem się niepewnie.
- No idź! – popędził mnie Papcio. Wstałem.
- Gdzie?
- A na to musisz już sobie sam odpowiedzieć, chłopcze. – I machnął ręką, po czym wrócił do rysowania. Próbowałem wypatrzyć Tytusa (jeśli to naprawdę był on), ale zniknął, wtopił się w tłum. Rozejrzałem się wokół siebie. Noc zapowiadała się ciepła i jasna. W sam raz na spacer. Po raz ostatni rzuciłem okiem na Instytut, biegające z karabinami postacie i napierający na nie tłum. Odwróciłem się do Papcia, żeby powiedzieć „do widzenia”, ale ławka była pusta. Włożyłem ręce do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłem przed siebie, pozwalając wchłonąć się słodkiej nocy.