Sunday, 4 November 2012

Na wasze totemy oddaję mocz



    Nie chcę ględzić, a z drugiej strony chcę wrócić do nawyku pisania. Przynajmniej jedna strona, żeby słowa płynęły, nie zatrzymywały się, żeby przecierały się ścieżki skostniałej kreatywności. No więc… Ręka ma się nie zatrzymywać. No więc… 
     Smoleńsk, kolejny pogrzeb, pomieszane ciała, wymiana trumien, narodowo-katolicki patos, rzygam tym. Tyle lat mieszkałem poza Polską i się odzwyczaiłem. Albo się pogorszyło, tak też może być. Czy mi się zdaje, czy ludzie się już zaczęli bać wyrażać swoją opinię? Na przykład nie wolno powiedzieć złego słowa na polskich najemników dających dupy w Afganistanie, czy Iraku, których w dodatku promuje się na patriotów. Jacy patrioci? Gówniarze, którzy z braku ekonomicznych możliwości w tym polskim bajzlu korzystają z okazji, żeby zarobić na przemocy. A tłuste świnie u koryta, Tuski, Kaczyńscy, Komorowscy, Rydzyki, robią patriotyczno-religijno-histeryczny szoł. Naprawdę można się porzygać. 

     Czy naprawdę chcę się tym katować na wieczór? Powiem szczerze, że mi samemu udziela się ta paranoja. Choćby teraz: waham się, czy napisać szczerze niektóre rzeczy. 

     Na przykład Smoleńsk. Pamiętam po katastrofie czarne wstążeczki na fejsie, patetyczne pierdoły, jakie ludzie pisali z miłości do swoich władców. Moje odczucia były natomiast inne. Radość, ulga. Zastanawiałem się, czy nie kupić szampana. Bo mój odbiór rzeczywistości jest taki, że to są okupanci zwykłych ludzi, pijawki*. Najszczęśliwszy byłbym, gdyby tak wyszykować z tysiąc takich Tupolewów, zapakować światowych prezydentów, ministrów, generałów, bankierów i pierdolnąć nimi o rząd pancernych brzóz. Byłem w szoku, kiedy prawie wszyscy wpadli w sentymentalny żal po martwych okupantach. Żałoba, poezje, msze, modlitwy. Szaleństwo (wiem, że w tym samolocie zginęli też zwykli ludzie i te krytyczne słowa nie odnoszą się do nich). Przecież więcej miałoby sensu płakać nad rozbitym samolotem z normalnymi ludźmi, takimi jak my. To z nimi mamy więcej wspólnego. To zwykli ludzie wiedzą ile kosztuje chleb, ledwo wiążą koniec z końcem, harują dla swoich rodzin, kłócą się, idą na piwo, oglądają Rodzinka.pl. Ale przy takich „zwykłych” wypadkach poziom emocji jest zrównoważony. Człowiek popatrzy na dziennik, skrzywi się, będzie miał pięć sekund refleksji i może jeszcze temat dnia do kolejki w sklepie. I to wszystko. A kiedy rozbija się samolot z ludźmi, którzy nami manipulują, rządzą, żyją z naszej pracy, sami nie robiąc nic, bawią się na bankietach, jeżdżą na konferencje, podlizują się wielkim z innych państw (szczególnie z jednego), to naród przez kilka lat tym żyje, podnieca się, histeryzuje. 

     Wyrażam tutaj swój gniew, na terapii mi wyszło, że to dla mnie dobre, ale nie zachęcam do wysadzania samolotów z politykami (choćby dlatego, że szkoda tych ładnych stewardess). Jestem za obywatelskim nieposłuszeństwem, biernym oporem i tworzeniem pozytywnych rozwiązań, nie za przemocą. Po prostu dziwie się, na jakim świecie żyję, jak bardzo jeszcze większość ludzi jest zacofana, przywiązana do łaszenia się do pańskiej ręki. Dziwię się też, jak mało ludzi protestuje. Powinna być przecież jakaś elita intelektualna, naśmiewająca się z narodowych, religijnych, społecznych bożyszcz i totemów. Żeby utrzymać jakiś balans, odświeżyć krew w narodzie. Nic z tego. Intelektualiści albo milczą (ze strachu?), albo mizdrzą się do polityków, bądź elit finansowych, bądź też do siebie samych. A przecież te nasz śmieszne polskie totemy trzeba wyśmiewać, szydzić z nich, bluźnić przeciwko nim, obszczywać. Bo inaczej ludzie się przyzwyczają. I zamienimy się w Talibów. 

     Niech ktoś nazwie Karola Wojtyłę Jasiem Trzęsiłapką (mój teściu, stary komuch jest mistrzem takich przezwisk), niech powie, że ma w dupie Zbrodnię Smoleńską, albo że religia powinna wypierdalać ze szkół, urzędów i publicznej telewizji, bądź też stwierdzi, że Głowa Państwa to burak… Ok., nie są to głębokie przemyślenia. Dałoby się więcej, bardziej naukowo i historycznie przeanalizować błędy Jana Pawła II, rolę kleru w Polsce, itp. Mi nie chodzi jednak o naukową analizę, intelektualne żonglerki, szpanowanie głębią swojej opinii. Chodzi mi tylko o to, że brzydzi mnie ta polska dzicz podrygująca przed koślawymi, śmierdzącymi totemami. I nie tylko o Polskę chodzi – każdy kraj ma jakiś swój zbiór „świętości”, wszyscy siedzą w oparach ciemnoty, podtrzymywanej przez instytucje religijne, polityczne i finansowe. Łatwo się steruje durną masą, podniecającą się ekshumacjami, meczami, zbrodniami wojennymi sprzed 60 lat. Ciemna masa nie pyta, gdzie idziemy, kto coraz ciaśniej trzyma w garści zasoby tej planety, kto wykańcza Afrykę, kto zarabia na zbrojeniach, kto nas truje, kto pozbawia nas przyszłości. 

     Mdli mnie na myśl, że jakiś gorliwy idiota doczepi się do mnie o obrażanie religijnych i narodowych wartości, i będę musiał z nim dyskutować, bronić się, a może nawet zapłacić karę, jak ten biedny facet, co powiedział, że polscy żołnierze, którzy zginęli w Afganistanie są sami sobie winni, i sąd nałożył na niego 300 złotych mandatu. Zdaje sobie też sprawę, że to nie jest spójny, dobrze napisany esej, którym można by się pochwalić. Ot kilka terapeutycznych zapisków na bloga. Ale czuję się lepiej, że to z siebie wyrzuciłem. Może ktoś się zainspiruje, zobaczy że nie jest sam w tym cyrku, może też skleci kilka słów od serca, co go męczy i brzydzi. 

     Ja sobie tak myślę, że dobrze mieć świętości w życiu. Też mam. Wierzę w Boga, kocham żonę, cenię przyjaźń, lojalność, odwagę, nie jem zwierząt, uważam też, że natura jest wyrazem boskości. Ale nigdy przed żadną z tych świętości się nie kłaniam, ani nie pozwalam, żeby mnie zaślepiła. Bo świętości mają nas napełniać, wzbogacać, nie zamieniać w matołów.

* Chciałem tu rozjaśnić, bo dotykam tematu ekstremalnie drażliwego. No więc nie uważam, że mam tutaj absolutną rację. Może większość tych ludzi była w porządku, może na swój sposób próbowali pomóc, działać dla innych, nie wiem , co w nich siedziało, nie osądzam. Tu chodzi jednak o coś innego – o prawo do mówienia o wszystkim, wyrażania wszystkich swoich emocji, bez neurotycznego zastanawiania się, czy nie wzbudzi się oburzenia, czy nie przylepi się nam opinia zwyrodnialca, albo nawet, czy nie przypieprzy się do nas aparat „sprawiedliwości”. Tego (prawa do wyrażania opinii) jest coraz mniej, i to nie tylko w Polsce, ale wszędzie, nawet w Stanach, tej rzekomej kolebce wolności słowa.

12 comments:

  1. Stany...kolebka wolnosci slowa? To chyba najwiekszy zart jaki uslyszalam.

    Ciesze sie, ze lepiej ci sie zrobilo po napisaniu posta. Wcale nie obrazliwy, tylko wyrazajacy wlasne poglady, do ktorych masz jak najwieksze prawo. Powialo swiezoscia i tematem do dyskusji.
    Niestety...w Polsce, rzeczywiscie musisz sie tlumaczyc ze swoich opinii na kazdym kroku, a o wyraz wlasnych pogladow naprawde trudno bo niestety zostaniesz okrzykniety zwyrodnialcem (jak to napisales).
    Trzeba sie tylko dobrze zastanowic czy mamy sile nosic to pietno na sobie wsrod "naszych rodakow"...No pressure...

    ReplyDelete
  2. Cześć Aneta. Tam było "rzekoma kolebka wolności słowa":) Faktycznie to jest problem - jak utrzymać balans pomiędzy posiadaniem własnego zdania, a byciem częścią społeczności, bo taka potrzeba też jest. Jak na razie nie utrzymuję balansu;) Liczę na to, że znajdę się wśród ludzi, którzy dzielą moje zwyrodnialstwa.
    Dzięki za odwiedziny

    ReplyDelete
  3. Problem w tym Martin, ze gdy zyjesz w jednym kraju przez cale zycie, twoje poglady i swiadomosc ksztaltowane sa glownie przez autorytety uznawane w tym kraju - (w Polsce) Media i Kosciol (w tej kolejnosci). Wiec twoj swiatopoglad jest wyraznie "zawerzony"...
    Natomiast, gdy wyjezdzasz poza granice, zyjesz wsrod ludzi majacych zupelnie inne poglady, ksztaltowane autorytetami zupelnie innymi...wtedy powstaje problem. Twoj swiatopoglad znacznie sie poszerza i juz nigdy nie wrocisz do tego waskiego...sprzed lat.
    Proba dopasowania siebie do wczesniejszego zycia, niestety zakonczy sie katastrofa ( zameczaniem siebie, proba poszerzania swiadomosci innych, proba robienia wszystkiego aby oni takze zrozumieli to co ty rozumiesz...).

    Nie chce cie martwic, ale przed toba lata albo walki (wewnetrznej i zewnetrznej)...albo pogodzenia sie ze stanem faktycznym (z tym co tu i teraz jest) i znalezienia w nim spokoju dla siebie.
    Kazdy zyje wedlug wlasnej prawdy, wedlug zaprogramowania, ktoremu podlegal od urodzenia (aby dopasowac sie do spolecznosci, w ktorej zyl) i dla wiekszosci to jest wystarczajace i tak jest im wygodnie do konca zycia...

    No coz...sorki, ze sie rozpisalam.
    Good Luck with finding your own Tribe:) (wherever you are)

    ReplyDelete
  4. przyznam nie do końca pasuje mi tytuł tego tekstu ...ale ogólnie rzecz biorąc jeśli chcesz mieć spokój lepiej wyjedz albo odetnij się od mediów i informacji i żyj gdzieś na wsi / ale nie wiem czy Twoja natura na to pozwoli /bo tutaj zawsze tak było , jest i będzie ...to polskie piekiełko jest jak dzieła Szekspira...ponadczasowe...
    Jedna znajoma wyjechała i teraz oddycha z ulgą odcinając się od tej polskiej rzeczywistosci politycznej

    ReplyDelete
  5. No właśnie nie wiem, czy się chcę odcinać. Zresztą nie bierz tego postu jako jakiejś desperacji. Po prostu dzielę się swoją opinią na pewne tematy. Myślę, że to ważne, żeby był jakiś balans. Nie można zostawić Polski moherom, narodowcom i konformistom. A co do tytułu, to trochę prowokacji dobrze robi na trawienie, szczególnie wśród całego tego patosu, którego tak pełno w Polsce.

    ReplyDelete
  6. Aha ...mi się wydaje,że największą nadzieją są ci konformiści , którzy po prostu chcą normalnie , spokojnie żyć i tonują całe to polskie piekiełko... tak swoja drogą i te mohery chcą swojej przestrzeni

    ReplyDelete
  7. Nie zgodzę się, Balaji. To z powodu konformistów jest coraz gorzej. Jest takie przysłowie "All that is necessary for the triumph of evil is that good men do nothing". A co moherów, to jeśli oni by tylko chcieli swojej przestrzeni, to byłoby w porządku. Ale oni chcą mojej przestrzeni, twojej, gejów, zgwałconych dziewczyn w ciąży, rodziców, którzy nie moga miec dziecka i potrzebne jest im in vitro, etc.

    ReplyDelete
  8. Wiesz, że jeszcze na początku lat trzydzistych w Niemczech socjaliści byli o wiele silniejsi niż faszyści? Wystarczyło jednak byc biernym, żeby świat się sypnął.

    ReplyDelete
  9. więc ja nie sądzę żeby oni byli tacy bierni ...robią to co mogą i przynajmniej póki co u władzy nie ma największych oszołomów...mi się wydaje ,ze największa siła jest jednak w tych zwykłych ludziach ...co do tej przestrzeni to masz sporo racji ...

    ReplyDelete
  10. Kiedy mówię o konformistach, nie mam na myśli zwykłych ludzi,którzy robią co mogą, ale tych, co nie robią nic:)

    ReplyDelete
  11. http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=qa3KvvJhmbk#!

    :)hmmm moja definicja ...to z pewnością nie jest konformista , konformisci siedzą w domu , nie pójdą na anty\manifestacje ale zagłosują przeciw Macierewiczowi bo chcą świętego spokoju

    ReplyDelete
  12. ps
    on z pewnością nie jest konformistą odnosi się do faceta na wideo:)

    ReplyDelete