Tuesday, 5 February 2013

Pierwsze krakowskie człapania


Pierwsze krakowskie człapania
03.02.2013 Kraków



     Wieczór, Kraków, mała kawalerka na Olszy. Tutaj nazywają to garsonierką. Podoba mi się. Brzmi trochę jak mieszkanie dziewiętnastowiecznej kurtyzany. Ząb boli już od tygodnia, tzn. najpierw myślałem, że to rana po zębie wyrwanym w poniedziałek, ale rana się zagoiła, a rwie dalej, tak że to pewnie ząb obok. Czyli nie tego zęba wyrwałem, co trzeba.

     Dziś z Tanią mieliśmy długi spacer po Krakowie. Zaliczyliśmy dwa muzea (niedziela - wstęp wolny!): Dom Matejki i muzeum w Sukiennicach.
     Przyznaję się bez bicia – u Matejki najbardziej zafascynowała mnie sytuacja mieszkaniowa malarza. Taka chata i to na Floriańskiej. Marzenie. Mieszkając we dwójkę na 15 metrach z aneksem kuchenno-kiblowym, patrzy się na kilkupiętrową kamienicę dla jednej rodziny, jak na statek kosmiczny. Co do twórczości Matejki, to jakoś nie znajduję u niego nic z mojego klimatu. Wprawdzie wszyscy u niego mają wyłupiaste oczy jak ja (i dwie trzecie mojej rodziny), ale jak powiedziała Tania, za dużo tu ludzi, gnieżdżą się na każdym płótnie, jak mrówki. Może dlatego, że mieszkał przy zatłoczonej ulicy? Poza tym tematyka też dla mnie nieciekawa. Królowie, rycerze, biskupi, wydarzenia polityczne. Smętne to. Za to dobrze mu z oczu patrzy, tak że nie krytykuję go jako osoby. U niego to jeszcze duże wrażenie zrobił na mnie pokoik, gdzie spędził ostatnie dni i zmarł po przewlekłej chorobie wrzodowej. Taki jakiś ciemny, smutny, maleńki, z wąskim oknem, którym pewnie uleciała jego zdziwiona, artystyczna dusza.
     Później szybko zbiegłem po schodach do łazienki, żeby popić dwa ibuprofeny (wredny ząb!), które prawie nie zadziałały.

     Za to w muzeum w Sukiennicach miałem ucztę. Dwa słowa: Jacek Malczewski. Kocham gościa po prostu. Nie chodzi tylko o tematykę, całą tą mistykę, wizje, uczuciowość, soczystość, księżycowość, wieczne zdziwienie. Urzeka mnie też jego styl. Klarowność, wierność, skupienie, nie ma przeładowania, nie wiem, jak to nazwać. Uczciwość? Szczerość? Jestem ignorantem, jeśli chodzi o sztukę (nie z własnego wyboru, ale jakoś tak mnie los rzucał tu i tam, pogrążając w różnych uwikłujących zajęciach, że nigdy głębiej nie wszedłem w temat malarstwa. A może jestem zwykły leń?), piszę więc tylko o swoich obiektywnych odczuciach. Za każdym razem, kiedy widzę coś Malczewskiego, mam wrażenie, że „he doesn’t belong”. Jakby był z przyszłości, albo z innego wymiaru, czy planety.

     Nie pamiętam tytułów obrazów, a nie mam internetu, żeby sprawdzić i zabłysnąć renesansowym obyciem. Najdłużej stałem przy „Umierającej dziewczynie” (tytuł wymyślony) Malczewskiego. Na drugim miejscu był „Sejm bocianów” (z kolei nie pamiętam nazwiska artysty). Podobało mi się, jak określiła ten obraz Tania: „Patrz, jaki czad. Jakby to były dinozaury, a nie bociany. Spooky”. Faktycznie, w tym zebraniu bocianów było coś pociągającego, ale i obcego, jakby zebrały się istoty z innej planety, dla których człowiek nie jest wcale władcą stworzenia, ale bytem nieadekwatnym, efemerycznym, nijakim. Zebrały się wczesnym świtem i klekotały o sprawach zupełnie niezrozumiałych, nie zwracając uwagi na ignoranta-podglądacza z płótnem i sztalugami.
     Portrety i scenki historyczne przebiegłem szybko, nuuuda.
     - Jeśli masz dużo cienia, noc, jakieś gwiazdy, czy księżyc, to jesteś szczęśliwy, nie? – zakpiła Tania.
     Faktycznie. I’m a creature of the night.

     Co w tym Krakowie w ogóle robimy? Na razie nic. Zacząłem niby-pracę w jednym miejscu, ale po trzech tygodniach dałem sobie spokój, kiepsko było z kasą, nie chcę się zresztą nad tym rozwodzić. Oboje z Tanią szukamy zajęcia. Tym bardziej, że w kieszeni zostało ostatnie pięć stów, a jeszcze oboje nas czeka dentysta. Dobrze, że mieszkanie od znajomej, na dwa, może trzy miesiące mamy za pół darmo.
     Nie smucę się jednak za bardzo. Dziś, łażąc po Krakowie, cieszyłem się, że wreszcie, po tych wszystkich latach, zaczynamy zakorzeniać się w Polsce. Może „zaczynamy” to za dużo powiedziane, ale na pewno planujemy, próbujemy, chcemy. Dość mam już włóczęgi, biegania, ucieczek. Chcę wreszcie znaleźć dom. Najwyższy czas. Trzydzieści siedem lat wybija za niecałe dwa tygodnie.
     Praca, to jest faktycznie wyzwanie. Tym bardziej bez wyższego wykształcenia ani znajomości. Zerknąłem z ciekawości na gumtree, jak to wygląda z szukaniem pracy w kraju. Dżungla jakaś się otwarła. Tysiące ludzi, gotowych robić wszystko, za prawie nic. Jak tu znaleźć w tym galimatiasie coś dla siebie?
     Wejście na rynek pracy nie jest głównym planem. Ja mam na ten przykład plan przekładowy. Znalazłem starego autora irlandzkiego z lat trzydziestych, który spłodził kilka prześwietnych książek podróżniczych, dziś zupełnie już zapomnianych, nawet w jego kraju. Potłumaczę i powysyłam po różnych wydawnictwach. Let’s hope for the best. Tania z kolei zaczęła serię ilustracji krakowskich. Kiedy się trochę uzbiera, planuje zaatakować nimi krakowskie wydawnictwa i galerie.
     To są plany długoterminowe. Trzeba teraz jeszcze znaleźć coś na teraz, żeby posmarować czymś chleb, zapłacić rachunki i nie zajechać się przy tym na śmierć, jak to już nieraz u nas bywało.

     Tyle z krótkiego streszczenia ostatnich wydarzeń. Wiem, że długo nie pisałem. Miałem sporo problemów ze sobą, terapia, depresja, stany lękowe, wiecie, taki tam zwykły Weltschmerz. Nie mogłem zbyt wiele pisać. Dlatego trochę rysowałem, trochę wziąłem się za muzykę, żeby jednak mimo wszystko utrzymać przepływ kreatywności. Fajnie byłoby jednak wrócić do pisania. Mam nadzieję, że powoli się rozkręcę na nowo, tutaj, na garści drobnych. Zacznę serię zapisków z Krakowa. Na dobrą wróżbę dla nowego miejsca.
     Pozdrowienia.

No comments:

Post a Comment