Wednesday, 15 May 2013

Sanatorium (sen)

     Jeden z tych realistycznych snów, które przylepiają się na długo. Smutny nastrój, utrata, może dobry pomysł na opowiadanie.





















Sanatorium
(sen)

     Wyglądam zmęczony za okno, gdzie nad głową wzeszła już zielononiebieska Ziemia. Ciężki dziś był dzień. Sporo turystów, których trzeba było oprowadzić po księżycowej bazie. Tania kończy sprzątać korytarze i pokoje z papierków po batonach, niedojedzonych hot-dogów, butelek po coli. Słyszę, jak ktoś otwiera zewnętrzne drzwi. Zastygam ze strach, kiedy tlen z bazy ucieka z hukiem, a do środka wdziera się kosmiczny mróz. Trwa to tylko chwilę, drzwi się szybko zamykają, ale wystarczy, żebym prawie stracił przytomność. Drzwi zamykają się i powietrze wraca do normy. Idę sprawdzić, czy wszystko w porządku z Tanią. Jest. Siedzi na ławce i ciężko dyszy.
     - Co za idiota projektuje kosmiczną bazę bez śluzy powietrznej? – mówię chyba już po raz milionowy. Za każdym razem kiedy ktoś wchodzi, czy wychodzi, tracimy atmosferę. A co, jeśli ktoś w ogóle zapomni zamknąć drzwi? Będzie po nas.
     W tym momencie znów słyszę syk rozsuwających się drzwi. Znów tracimy powietrze. Tym razem trwa to długo, zbyt długo. Przewracam się na podłogę, obok pada Tania. Leżymy, próbując złapać choć łyk powietrza. Czuję, że tym razem to koniec. Mróz ścina moje oczy. Tuż zanim umieram, widzę kilka postaci w mundurach. Nie mają skafandrów. Jak udaje się im przeżyć?

     Ku swojemu zdziwieniu odzyskuję przytomność. Klęczę na wielkim placu, otoczony tłumem podekscytowanych ludzi. Rozglądam się dookoła. Za mną stoi jakiś człowiek. Elegancki garnitur, na głowie kaptur kata. Z głośników rozlega się głos:
     „Witamy wszystkich na egzekucji groźnego kryminalisty. Po latach więzienia Zapomnienie, w makiecie księżycowej bazy, gdzie przechodził karę ciągłego zagrożenia, dziś nadszedł dzień zakończenia wyroku. Śmierć przez rozstrzelanie. Niech umrze z godnością!”
     Tłum odpowiada entuzjastycznym rykiem. Skandują coś. Z trudem rozróżniam słowa: „Z godnością! Z godnością!”
     Boże, jak bardzo się boję. Zaczynam płakać, kładę się na ziemi i błagam o litość, czuję ciepło w kroku – oddałem mocz. Tłum wrzeszczy z dezaprobatą. Kat podnosi mnie na kolana i szepce do ucha:
     - Pokaż, że jesteś mężczyzną. I tak umrzesz, ale umrzyj z godnością.
     Dochodzi do mnie, że to koniec. Zmuszam się do opanowania. Głęboko oddycham. Skoro i tak po mnie, to równie dobrze mogę to przyjąć z odwagą. Wstaję i wyprostowuję się dumnie. Uspakajam oddech. Tłum cichnie. Rozglądam się dookoła, tym razem spokojnie. Czuję z tyłu głowy nacisk lufy pistoletu.
     - Mogę mieć chwilę na modlitwę? – pytam. Kat odsuwa pistolet. Mówię tylko „Hare Kryszna” i odwracam się do mężczyzny. – Już.
     Tłum mruczy z aprobatą.
     Znów dotyk lufy na głowie. Jestem gotowy.
     Zamiast strzału, czuję nagle ogromną ulgę, oczyszczenie. I nie tylko to – wraca pamięć.

     Tłum znika. Zostaję tylko ja, mój kat, który wcale nie jest katem i kilku zatroskanych lekarzy. Ze smutkiem przypominam sobie, kim jestem i co tutaj robię. Nie jestem żadnym kryminalistą. Jestem po prostu chory – żyję w świecie swojej wyobraźni, jestem szaleńcem, nie pamiętającym nic ze swojego prawdziwego życia. Mieszkam w sanatorium, gdzie jest nas wielu. Do niedawna nasza choroba wydawała się nieuleczalna, lecz ktoś wymyślił eksperymentalną terapię – kontakt ze śmiercią. Okazało się, że kiedy pacjent przezwycięży strach przed śmiercią, wraca mu pamięć i normalność. Niestety nie na zawsze. „Wyleczenie” trwa zaledwie od kilku minut do kilku godzin. Przypominam sobie kilkadziesiąt ostatnich razy, kiedy w ten sam sposób – przezwyciężając śmierć, udało mi się przez chwile znów być sobą.
     Podchodzi lekarz. Klepie mnie po plecach.
     - Jak się pan czuje?
     Wzruszam ramionami.
     - Jak zwykle. Dobrze. - Patrzę na niego z nadzieją. – Udało się wam?
     Jak wiele razy wcześniej, lekarz opuszcza wzrok i kręci głową.
     Znów wzruszam ramionami. Przyzwyczaiłem się trochę. Choć rozczarowanie pali.
     - Zaprowadźcie mnie do niej.
     Idziemy długim korytarzem, mijając w większości otwarte pokoje. Siedzą tam ludzie. Patrzą w ścianę pustym wzrokiem, poruszając bezgłośnie ustami, dając dowód widmowym rozmowom w ich małym, wewnętrznym świecie. Wreszcie dochodzimy.
     W jednym z pokojów siedzi Tania i patrzy martwo przed siebie. Siadam obok.
     - Jak z nią? – pytam.
     - Przywróciliśmy ją.
     - Kiedy?
     Lekarz milczy przez chwilę.
     - Kiedy? – powtarzam.
     - Jeszcze pół godziny temu była tutaj.
     Patrzę na jej nieobecną twarz. Za każdym razem, kiedy próbują ją ściągnąć, próbują też ze mną, żebyśmy mogli się spotkać, zsynchronizować, ale nigdy się nie udaje. Zawsze mijamy się o parę chwil.
     Chcę coś powiedzieć, ale zapominam co. Chcę powiedzieć coś innego, ale też mi ucieka. Czyli to już. Głaszczę ją po policzku. Nie reaguje. Odwracam się do lekarza.
     - To chyba już  - mówię.
     Chwyta mnie za łokieć i podnosi na nogi. Nie opieram się. Chwiejnie stawiam krok za krokiem. Odwracam się. Na łóżku siedzi jakaś dziewczyna. Wydaje się dziwnie znajoma. Ładna. Wychodzimy z pokoju. Patrzę na mężczyznę, który mnie prowadzi.
     - Kim pan jest? – pytam.
     Odpowiada coś, czego nie rozumiem. Idziemy powoli przez to obce miejsce.

5 comments:

  1. Matko jaki sen!!! A ja myślałam że w moich dużo się dzieje....

    ReplyDelete
  2. Czasami mam dosyć:)
    Witaj, fajnie, że wpadłaś. Widzę, że przebywasz w Hiszpanii. Moja ojczyzna serca:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Moja tez :)
      kocham Hiszpanię i wszystko co się z nią wiąże

      Delete
  3. To zerknij może tutaj, kilka wspomnień z mojej ukochanej Granady: http://garsc-drobnych.blogspot.com/2013/03/byli-tez-ciemnoocy-o-ochrypych-gosach.html
    Znów bym pojechał, czas zrzucić rdzę:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zaraz zerknę :)
      Dwa dni temu wróciłam z Madrytu, stąd te relacje na świeżo. Chociaż pomyślałam że może będą nużyć....to przerwałam...........pożarem :P

      Delete