Thursday, 28 August 2014

Znów w drogę

   Już spakowany. Jutro przeprowadzam się na skłot w Streatham. Najpierw pojechałem do Colliers Wood do znajomego Piotra, który zaoferował mi miejsce. Człowiek jest w porządku, przynajmniej jego serce jest we właściwym miejscu, ale kompletnie szalony (mam na myśli zupełnie odjechany, niedawno wrócił ze szpitala dla umysłowo chorych). Nie wytrzymałbym tam za długo. Na szczęście zaprosił mnie na jakiś czas Tadas na skłot. Na razie gościnnie, ale może uda się zostać dłużej. Chciałbym, bo fajne miejsce, dobrze by mi zrobiło być wśród ludzi o podobnym nastawieniu do życia. No i Tadas jest świetny, myślę, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Bardzo otwarty, wrażliwy człowiek. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jest w tym łut szczęścia (paradoksalnie). Okazało się, że mają inwazję pluskiew i nie wiedzą, jak sobie poradzić, a jako że wygrałem kilkutygodniową wojnę ze swoimi pluskwami, mogę użyczyć im doświadczenia. Może dzięki temu udało by mi się zdobyć serca lokatorów i pozwoliliby zostać na dłużej:) Okazało się też, że Radhika wróciła z Kolumbii na jakiś czas, kolejna znajoma twarz.
   Nie zabiorę się za jednym razem. Dwa razy autobusem z bagażami i trzeci raz po rower.
   Smutno było trochę przy pakowaniu. Znowu wystrzelony w nieznane. Zostawiam za sobą miejsce, gdzie przeżyłem trochę dobrych chwil. Znalazłem kilka zapomnianych pamiątek po Tani i Petrze. Myślę, że na dłuższy czas mam dosyć spraw męsko-damskich. Za bardzo jestem poobijany. Czas zwrócić się bardziej do środka, przetrawić doświadczenia.
   Reszta dnia ze Star Trek:)

Wednesday, 27 August 2014

Song of a friend

   Pusty dom. Za oknem szum silników, klaksony, kilka świateł w biurze po drugiej stronie. Tani Budweiser, jakaś rozmowa na Trójce, nie wiem nawet o czym, ale dobrze czuć czyjąś obecność. Byłem w Sainsbury po tytoń. Odkładam jednak rzucanie na później. Poszedłem w potarganym dresie i koszulce do spania. Dziwnie patrzyło się na roześmianych, dobrze ubranych ludzi przed pubem. Pod dworcem autobusowym trzech policjantów aresztowało szaloną staruszkę, która płakała i stawiała opór. Nadłożyłem trochę drogi, żeby pójść wzdłuż Tamizy, popatrzeć na rozświetlone barki i budynki po drugiej stronie rzeki, odbijające się w wodzie. W oddali błyszczał Westminster i London Eye. Papieros mi nie smakował, ale dopaliłem do filtra, szukając komfortu w znajomych przyzwyczajeniach. Odcinek Star Treka, "Our Idiot Brother", ugotowałem ryż z dynią, frytki, ryżu zostanie na jutro. Nieoswojenie z samotnością.
   Hey, little chap. "You're only here for a short visit. Don't hurry, don't worry. And be sure to smell the flowers along the way" said someone. Another guy said "it is a tale told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing". You'll find out, little chap, you'll find out soon enough. In the meanwhile keep looking for love. Keep your big ears up, listening for the song of a friend.

Tuesday, 26 August 2014

Warstwa po warstwie

 
 Kolejne rozstanie. Jakieś dwie godziny temu wyjechała Petia. Wraca do Czech. Tak się skończyła ta dziwna przygoda. Popłakaliśmy się na pożegnanie. To dobra dziewczyna, choć czasami walnięta, życzę jej szczęścia.
   Dziwnie tak było wrócić do domu samemu. Nie byliśmy parą już od dłuższego czasu, ale dzieliliśmy pokój i pozostaliśmy przyjaciółmi. Pusta szafa, kilka pozostawionych kosmetyków, ale ogólnie nieskazitelny porządek. Miała bzika na punkcie sprzątania.
   Tak że teraz jestem już zupełnie sam. Nie piszę tego narzekająco. Jest coś dziwnie przyjemnego w tym uczuciu. Jakby warstwa po warstwie odrywały się stare ubrania i jestem coraz bardziej nagi, przejrzysty, nieuwikłany.
   Ale jest sprawa mieszkania. Do końca miałem nadzieję, że uda mi się tu zostać jeszcze jakiś czas, nawet pomimo braku kasy, Maryam (właścicielka) jest bardzo wyrozumiała. Okazało się jednak, że wraca w poniedziałek i muszę się wynieść. Ma mieć operację i potrzebuje miejsca, żeby wydobrzeć przed powrotem do Szwajcarii. Mam tylko kilka dni na znalezienie nowego lokum. Nie jest to łatwe, zważywszy, że zostało mi jeszcze tylko jakieś 80 funtów na koncie. Wysłałem dziś kilka maili do znajomych (miałem powiedzieć bliższych i dalszych, ale zdałem sobie sprawę, że tak się złożyło, że nie mam chyba bliższych) z sygnałem S.O.S. Piotr ma znajomego, który być może miałby kąt dla mnie, mamy się spotkać jutro albo pojutrze. Oprócz tego Tadas odpisał, że u nich na skłocie mógłbym się zatrzymać na jakiś tydzień, ale sami zmagają się z przeludnieniem. Tydzień mnie nie urządza.
   Przyznam, że ta mieszkaniowa sprawa nie ułatwia mi życia. To, co teraz potrzebuję, to spokój, jakiś mały azyl, gdzie mógłbym się schować przed światem, wyciszyć i jakoś dojść do siebie przed rozpoczęciem pracy (już za dwa tygodnie). No ale co zrobić? Mimo wszystko nie łamie mnie to zbyt bardzo. Udaje mi się jak na razie utrzymać trochę filozoficzno-artystycznego dystansu, patrzeć na to wszystko jak na przygodę i ostatecznie na źródło inspiracji, impuls do rozwoju. Poza tym ten smutek, który teraz czuję nie jest depresyjnym, suchym smutkiem, ale raczej czymś głębszym, "soczystym". Tak smakuje życie:)
   Co poza tym?

   Lista chybcikowa:
   1. Słucham Trójki, to radio ma coś kojącego.
   2. Trafiłem dziś w sieci na Polish Artists in London, napisałem do nich, być może mógłbym się jakoś zaangażować w polonijnym środowisku artystycznym.
   3. Doszła jedna z dwóch melodyk, które kupiłem na eBayu. Piękny dźwięk. Zrobiona przez Hohnera, kiedy jeszcze był niemiecki, a nie ten chiński szajs, który produkują teraz.
   4. Wczoraj troszkę zwarzyłem się w lokalnym pubie, zrobiliśmy pożegnalny wieczorek z Petrą. Dosiedliśmy się do miejscowych i gadaliśmy o życiu.
   5. Zacząłem oglądać Star Treka "The Next Generation". Wybrałem ten sezon, bo kiedyś, w latach 90tych oglądałem. Obejrzałem pierwszy odcinek. Trąci myszką, ale podoba mi się.

   No dobra, kładę się do spania. Trzymajcie się.

Sunday, 24 August 2014

Księżycowy Terrorysta - Autobiografia



Autobiografia
(dedykuję Mamie i Tacie)

W 93 w radiu leciał Jarocin,
słuchałem z wypiekami
przy ogniu pod gwiazdami

W 86 po szkole w samotności
czytałem  Robinsona
kraina wymyślona

W 95, ale nie tylko wtedy
ojciec pił dużo wódki
ja też w niej topię smutki

W 76, to było w lutym
wyszedłem z matki łona
mała dusza wystraszona

W 81 w niedzielę, nie było teleranka
ja tego nie pamiętam, wiem tylko z opowieści,
że ojciec był w ZOMO, z przymusu, wiadomo,
a matka robiła co mogła dla domu,
dwie kury, indyki i krowa na nabiał,
ta młoda dziewczyna ledwo co wyrabia

W 96 w wakacje, woreczek z klejem i ciągłe libacje
nie wiedzą co czynią, mkną, śnią i ucieczką salwują się z tego padołu żałości
w roku tym samym ogoliłem głowę i życia zacząłem nowego budowę,
w klasztorze szukając spokoju i światła
co rano modlitwa, om hari om padma

W 99 na wiosnę spotkałem dziewczynę, i wpadłem po uszy,
rok później dokładnie w dzień prima aprilis, zawarliśmy święty małżeński związek
W 2001 już była Hiszpania, w 2004 Irlandia i Dania, a później  Birmingham, Bristol oraz Londyn, emigracyjny, zwariowany życia młyn

daj daj daraj

Na tym samym wózku jedziemy wszyscy razem i się bawimy albo też smucimy
Nie szukajmy winnych, winnych nie ma w tej sprawie, żyj jak ci dobrze a jak ci źle to co?
Jeden zbiera znaczki, drugi bije żonę, trzeci to profesor studiuje anatomiędzynarodowe spięcia i szarpaniny co za głupota, każdy się miota

Friday, 22 August 2014

Lista jako taka albo memento mori



















Lista jako taka:

   1. Jesień coraz bliżej. Na przejażdżkę rowerową po Londynie musiałem ubrać już kilka warstw. Wiatr, chłód, zieleń już bledsza. Cieszę się, że koniec upałów. Za dużo słońca mnie męczy.
   2. Zjadłem darmowy obiad w świątyni na Soho. Bardzo dobre warzywka, ryż, dahl, w nieograniczonych ilościach. Będę się starał jeździć częściej.
   3. Wysprzątałem pokój, odkurzyłem wreszcie proszek na pluskwy, który leżał już ponad tydzień. Wydaje się, że udało się powstrzymać inwazję tych skurczybyków.
   4. Przedwczoraj, wczoraj i dzisiaj maraton X-men'a. Została mi jeszcze jedna część do obejrzenia (z siedmiu).
   5. Dziś rano znów gimnastyka ("Killer" Chodakowskiej) + medytacja/modlitwa.
   6. Kolejny dzień bez papierosów. Łaknienie coraz mniejsze. Poza tym kolejny dzień bez alkoholu. Za to żrę słodycze, owoce, czipsy, ser, chleb, dżem, masło orzechowe - wszystko, co mi w ręce wpadnie.
   7. Czekam z niecierpliwością na melodykę (czy też, jak piszą na Wikipedii "harmonijkę klawiszową" lub "melodyjkę":). Co i rusz zjeżdżam windą na dół i sprawdzam skrzynkę pocztową. Lubię się uczyć nowych instrumentów. Dużą część wczorajszego wieczoru czytałem o skalach muzycznych, teorii akompaniamentu i improwizacji. Uczenie się nowych rzeczy uspakaja mnie i utrzymuje mój umysł w "sprężystości".
   8. I jeszcze jest ona. Bez żadnych w sumie przerw. Czasami jest to lekka tęsknota, a czasami dopada wodospad tysięcy wspomnień, wspólnych emocji, przygód, i to wszystko z wewnętrznym żalem, rozczarowaniem i ciągłym zdziwieniem: "Jak to możliwe? Posady wszechświata są tak kruche, że mały zbieg okoliczności i trochę błędów może je zachwiać, ot tak sobie?"

Wednesday, 20 August 2014

Lista z Krainy Deszczowców

Lista z Krainy Deszczowców:

   1. Na obiad były placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym i goście. Trochę się nie kleiło, na szczęście szybko się zwinęli.
   2. Największe wyzwanie po obiedzie - nie zapalić. Ci, co palą, wiedzą jak nieodzowny jest papieros po sutym, tłustym obiedzie. Udało się. Puściłem po prostu South Parka (ignorując niegrzecznie gości) i jakoś odwróciłem uwagę od łaknień.
   3. Co do palenia - dziś obudziłem się o czwartej rano i już nie mogłem zasnąć. Umacniałem się w postanowieniu rzucania fajek. Po co mi to teraz, kiedy wszystko się tak bardzo rypło? Myślę, że właśnie w tej czarnej dupie potrzebuję zrobić coś konstruktywnego, pozytywnego, co podbuduje trochę moją samoocenę. Obejrzałem na youtube kilka motywujących do rzucenia filmików. No więc już prawie ósma wieczorem, czyli około 24 godzin bez papierosa. Czuję się trochę rozgorączkowany, rozdrażniony, drapie mnie w oskrzelach i kłuje w płucach, ale ogólnie to czuję jednak satysfakcję. Rano wywaliłem wszystkie gadżety palacza - całą paczkę American Spirit, do połowy pełną paczkę Pall Malli, bibułki, filtry, z trzy zapalniczki i jeszcze kilka niedokończonych paczek tytoniu. Masakra jakaś.
   4. Skończyłem "Powiedział mi wróżbita" Terzaniego. Fajna książka. Prosta, rozsądna, idealistyczna. Na stoliku obok łóżka leży już jego następna, "Dobranoc panie Lenin", biorę się za nią dziś albo jutro. Reszta, co się dało ściągnąć z chomika, już na kindlu.
   5. Kilka godzin ćwiczyłem na ukulele nową palcówkę do День рождения.
   6. Tęskniłem za Tanią. Narysowałem nas na palcach od stóp:)
   7. Na zewnątrz byłem dziś tylko tyle, co w Tesco na dole, po ziemniaki i cebulę. Nie chce mi się ludzi. To jest też problem na dłuższą metę. Jedynie z Tanią czułem się w harmonii i spokojnie, wszystko pasowało. Reszta ludzi... Nie chce mi się po prostu. Ludzie mnie albo męczą, albo nudzą, a nawet jeśli coś w nich jest, to jednak są po drugiej stronie wszechświata, ich doświadczenie jest zupełnie oddzielone od mojego doświadczenia. Ciężko koegzystować z ludzkością, kiedy ma się tak wygórowane oczekiwania - kiedy interesuje mnie tylko doskonała, zupełna harmonia i zrozumienie, haha. Trochę to piszę z przymrużeniem oka. Gdzieś tam pewnie są ci potencjalni przyjaciele.
   8. Kilka dni temu zamówiłem na ebayu melodykę Hohnera, nieprodukowany już od lat instrument. W środku bankructwa wydałem trzydzieści funtów na nowy sprzęt. Cały ja:) Ale nie mogę się już doczekać, ma przyjść w piątek. Może się zainspiruję do napisania nowych piosenek.















    9. Dziś rano drugi dzień gimnastyki. Lubię dać sobie wycisk.
   10. To tyle ze środy. Wczesna godzina. Biorę się za czytanie.

Tuesday, 19 August 2014

W Brockley, szukając pustostanów

 



















Siedzę w jakimś parku w Brockley. Miłe miejsce, na wzgórzu, widok na Londyn. Najpierw byłem w Camden Town wymienić buty (trzeci raz - znów zrobiła się dziura), później u Charliego (mój fryzjer). Nie chciałem wracać od razu do domu, znów utknąłbym w serialach, pomyślałem więc, że powłóczę się na rowerze i rozejrzę za jakimś potencjalnym skłotem. Po drodze zgłodniałem, zjadłem lunch za cztery funty, teraz relaksuję się przez chwilę. W oddali widzę wieżowiec na Vauxhall, pod którym mieszkam. Spory kawał drogi mnie czeka.
   Miałem mieć dzień bez papierosa. Rano poćwiczyłem, zastrzyk energii, super, ale później z godziny na godzinę coraz bardziej mnie ssało w płucach, aż wreszcie po jedzeniu nie wytrzymałem i kupiłem fajki. To jest problem. Powtarzam sobie, że kiedy choć trochę "osiądzie" się ta cała sytuacja, to poszukam inspiracji, żeby rzucić. Teraz wszystko jest zbyt tymczasowe, nieogarnięte. Jak liść na wietrze.
   Skończyłem Six Feet Under, mocne. Dziś poczytam Terzaniego, wycisza mnie.
   Na razie.

Sunday, 17 August 2014

Śri Kryszna Janmastami






















   Rzadko piszę tutaj o religii, tym bardziej, że to słowo może mieć wiele różnych znaczeń dla różnych osób. No ale dziś urodziny Kryszny, więc parę słów naskrobię o swojej koncepcji religii/duchowości/Boga.
   Absolut ma wiele twarzy, każda inna, jednak tak naprawdę to jak patrzenie na wielką górę z różnych stron. Stąd, gdzie jesteśmy, wydaje się, że różne koncepcje Boga zaprzeczają sobie nawzajem. Utknięci w świecie dualizmów skupiamy się na różnicach. Ten klęczy, ten składa pokłony, tamten tańczy, ktoś wielbi czarny kamień, ktoś krzyż, tam święty kolor to biały, a tam czarny. Dla osób, które wspięły się wyżej, te różnice zacierają się i coraz wyraźniej widać, że Absolut jest jeden, a nasze definicje, wyznania, rytuały to sposób w jaki ludzie z różnych kultur i na różnych poziomach próbują uchwycić to, co nie jest łatwe (może nawet niemożliwe) do uchwycenia na naszym etapie, a co jest jednością.
   Skoro więc wszystko jest jednością, to dlaczego Kryszna? Skoro już jakiś język do opisu Boga musiałem wybrać, dlaczego nie Chrześcijaństwo, w którym wyrosłem? Nie potrafię podać logicznego argumentu. Myślę, że duchowość, choćbyśmy próbowali wynaleźć dziesiątki argumentów, to jednak bardzo indywidualna sprawa i opiera się nie na rozumowaniu, ale na uczuciu. Później możemy nasze uczucie podbudować logiką, ale pierwszy impuls to będzie uczucie. Zauroczyła mnie koncepcja osobowego, zwyczajnego Boga, chłopca, z którym mogę się zaprzyjaźnić, zbliżyć, schronić. Chrześcijaństwo ma kilka bardzo bliskich mi postaci, jak święty Franciszek, albo bardziej współcześnie Thomas Merton, którego czytam i który pomaga mi bardzo dużo. Nie odrzucam tego, podobnie jak znajduje dużo inspiracji w Sufizmie. Ale to już temat na inna okazję.
   No więc dziś urodziny Kryszny (takie Boże narodzenie:) i z tej okazji chciałem wam wszystkim życzyć wszystkiego, co dobre, żebyście odnaleźli spokój i miłość, i żeby udało wam się zachować równowagę na tej chwiejnej łodzi, zwanej życiem i jeszcze, żebyście znaleźli harmonię w podążaniu waszymi duchowymi (bądź ateistycznymi;) ścieżkami.
   Hare Kryszna:)

    

Friday, 15 August 2014

Smuty, rower, kanał i barykady

Lista smutasowa

   1. Wieczór dosyć ciężki. Zresztą każdy dzień jest ciężki teraz. Czasami wydaje mi się, że nie dam rady dalej, ale jakoś z dnia na dzień udaje się. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem tak intensywnej samotności.
   2. Ostatnie dwa dni spędziłem w Grow Heathrow. Farmowa, niezależna społeczność, grupa młodych ludzi uprawiających zaskłotowaną ziemię. Dowiedziałem się o nich z powodu przewidzianej na dziś rano eksmisji. Pojechałem pomóc powstrzymać komornika. Było dużo ludzi, muzyka, dobre jedzenie, spałem w namiocie. Komornik został odparty. 
   3. Trasa do Grow Heathrow rowerem to ponad 20 mil. Większość wzdłuż kanału (Grand Union Canal). Pierwszy raz od przyjazdu do Londynu, czułem się bliżej natury. W ostatniej minucie dopadł mnie deszcz i trochę zmokłem.
   4. Całą drogę tam i dzisiaj z powrotem słuchałem Nohavicy - czeskiego autora piosenek. Świetny klimat. Zainspirował mnie do pracy nad moją muzyką.
   5. Na kolację mrożona pizza i sok pomarańczowy na kaca.
   6. Za dwa tygodnie kończy mi się wynajem mieszkania, muszę się skupić na znalezieniu czegoś.














Największe wyzwanie to było zapakować się na ten rower z plecakiem, ukulele i prowiantem. Udało mi się zbudować chwiejną konstrukcyję. Wytrzymała, choć miotało mną trochę, parę razy o mały włos nie wjechałem do kanału.














Na śniadanie bułka z sojowym burgerem, Dr Pepper. Wygrałem też na loterii. 4 funty.















Na bramie w Hyde Parku grupa protestantów, zablokowane przejście, dużo policji. Nie wiem, o co protestowali, ale sympatia oczywiście po stronie rewolucjonistów. Musieli wyczuć moje wsparcie, bo pomachali.




 Selfik na rowerze w Hyde Park.


















Grand Union Canal


















Dosłownie na ostatniej ulicy, w ostatnich pięciu minutach podróży (po ponad dwóch godzinach słońca) dostałem w kość od deszczu.


















Miejsce relaksu, obok kuchni.



















Chatka ulepiona z gliny















Zgłosiłem się do robienia banerów. Powiedzieli mi, żebym był kreatywny. Stwierdziłem, że zaapeluję do człowieczeństwa komorników i policji:)














Nasza muzyczna barykada. Okazała się nie do przejścia:)














Muzyczna barykada w akcji.



















I moje pięć groszy.

I jeszcze dwa krótkie filmiki:

Wednesday, 13 August 2014

Baletnica - Księżycowy Terrorysta



1
Hej kochanie, zgaś światło w kuchni
Pora już spać
Wyłącz komputer, zamknij na klucz drzwi
Po co się bać

za oknem jasno od księżyca
w porcelanie tańczy baletnica
ukradłem noc i pławię się w zdobyczach
i to wszystko zachwyca, zachwyca

spokojem

Zabiorę latem cię na Marsa, poszukamy w piasku dróg
Zabiorę zimą cię na wojnę, nie pozwoli skrzywdzić Bóg
Zabiorę dzisiaj jeśli chcesz, jest tyle ścieżek, proszę wierz,
Niech tylko zachwyca, zachwyca

spokojem

ref
To taki tydzień, taki miesiąc
Ostatnio nie pomaga los
Już nawet nie o kasę chodzi
choć to też daje w kość
Tylko jakoś dość mam ludzi
tacy głupi i zmęczeni
Chciałbym rano się obudzić
i usłyszeć jak śpiewasz... /x2

2
zachwyca zachwyca
ksiezyca ksiezyca
ulica ulica
zachwyca zachwyca
spokojem

Saturday, 9 August 2014

Ciągle leżę

 


















Ciągle jeszcze leżę w łóżku. Wędrujący przez noc mnich to po prostu pranie, które ułożyło się na suszarce w określony sposób. W półmroku umysł tworzy tyle kształtów, ale nigdy nie próbowałem ich narysować. Jestem zadowolony.
   Noc miałem ciężką. Dużo żalu, wewnętrznego bólu, utraty. Nie godzę się na tę sytuację. Wysłałem do Tani dwa niepotrzebne maile. A może potrzebne, nie wiem.
   Wczorajszy dzień przeleciał na książce Terzaniego (najmniej), serialu i grach komputerowych, plus wino, zioło i sojowe zagrychy oraz lody. Wcześniej, z samego rana miałem chwilę na modlitwę i fragment wykładu Swamiego. Dziś sobota. Nie mam żadnych planów, ale nie chcę znów przesiedzieć w domu. Wezmę rower i pojadę chyba gdzieś, bez celu, ot tak się powłóczyć.

Thursday, 7 August 2014

Rozdroża

 



















Siedzę w świątyni na Soho. Wykład o Darwinizmie. Fanatyczny, niedouczony, słucham jednym uchem, wypuszczam drugim. Wpadłem jedynie na darmowy lunch. Dziś brałem udział w eksperymencie naukowym dotyczącym nadużywania alkoholu. Nie żebym używał za dużo (tak myślę), ale płacili 20 funtów za udział. Prowadziła mnie miła dziewczyna, nieśmiała Chinka z Hong Kongu.
   Myślę o tej ogromnej dziurze, jaką zostawiła Tania. Związek z nią określał mnie całkowicie, inne rzeczy – pisanie, muzyka, aktywizm, itd. były tylko dodatkiem. Teraz jej nie ma i muszę się odbudować, zdefiniować na nowo, znaleźć znaczenie. Nie ma sensu po prostu siedzieć i czekać, to żałosne. Nic się nie nauczę, będę stał w miejscu. Chcę wykorzystać tę sposobność.
   Z jednej strony ciągnie mnie w stronę duchowości. W Kostaryce czeka na mnie aśram Swamiego, mógłbym tam spróbować zwrócić się do środka, w stronę mistycyzmu, prostego życia. Z drugiej ciągnie mnie aktywizm, teatr, skłoterstwo. Tak czy inaczej potrzebuję pieniędzy, jeśli chciałbym pojechać do Kostaryki, więc i tak musze zostać w Londynie. Coś się może wydarzyć po drodze. Jakiś znak, pomysł, idea. Chcę iść dalej , zrozumieć więcej, być więcej.
   Dosyć dobry mam dziś dzień. Spokojny, czuję się silny, nawet podekscytowany przyszłością. Czuję energię z wewnątrz, ale też i z zewnątrz, z góry. Może to się wszystko miało wydarzyć?

Wednesday, 6 August 2014

Zepsuty rower, skłotersi i niewiadome

 




















1. Wczoraj znów zepsuł mi się rower. Na środku ronda przy Westminsterze zablokowały mi się pedały, spadł łańcuch i tylne koło utknęło. Zebrałem burzę gniewnych klaksonów i o mały włos nie wjechał we mnie autobus. Pół godziny później wszystko było ok, choć po łokcie w smarze. Kocham swojego Amsterdama, ale daje mi w kość od samego początku, kiedy jeszcze dostałem go w Kopenhadze.
   2. Później dotarłem na spotkanie skłotersów w Whitechapel. Miałem szczęście. Akurat grupa ludzi zaskłotowała nowe miejsce, stary sąd, blisko Camden Town (Hampstead Heath) i szukają osób, które chciały by się przyłączyć. W niedzielę idę do nich na kolejne spotkanie.
   3. Dziś rano gadaliśmy z Tanią na skypie dosyć długo. To wszystko jest bardziej skomplikowane niż męsko-damskie relacje. Chodzi raczej o to, że Tania chce zbudować swoja niezależność. Powiedziała mi, że to ja w niej zasiałem to ziarno. Jeśli nasze drogi mają się zejść, to się zejdą. Póki co będę ją wspierał na odległość, dla niej to też niełatwe chwile.
   4. Uświadamiam sobie coraz bardziej, że to bardzo ważny moment i muszę go dobrze wykorzystać. Mam zupełną wolność. Mogę zrobić, co zechcę. Rozglądam się więc dookoła i dumam, co teraz. Zawsze marzyłem o tej wolności, o pełnej niezależności. Pragnienia się spełniają i nawet chociaż spełniły się w dosyć bolesny sposób, to bez bólu nie ma dojrzewania. Mogę teraz wszystko. Zostać znów mnichem w aśramie, pojechać na wolontariat do Afryki, zaangażować się w aktywizm, wiele innych rzeczy.
   5. Z kasą oczywiście kiepsko. Zostało mi jakieś 100 funtów, a pracę zaczynam dopiero w połowie września, co oznacza pierwszą wypłatę po dwudziestym. Będę musiał coś wymyślić.
   6. Ciągle jestem zauroczony Tiziano Terzanim. Tego, co nie mogłem znaleźć spiraconego na kindla, kupiłem w polskiej księgarni. Niesamowity człowiek. Taki Kapuściński z Włoch. Zresztą oboje korespondowali, cenili się bardzo.


Tuesday, 5 August 2014

Lista środkowotygodniowa





















Lista środkowotygodniowa:

   1. Wczoraj do północy na pogotowiu. Petra nie mogła już znieść infekcji ucha. Dostała mocniejszy antybiotyk. Dziś ciągle cierpi jak cholera.
   2. Tadas wraca z Litwy i być może załatwi mi miejsce na skłocie. Jeśli nie, to wieczorem jest też zebranie skłotersów na Whitechapel. Podjadę, może uda mi się nawiązać jakieś kontakty.
   3. Szperałem rano w necie wśród różnych społecznych, niezależnych projektów, w które mógłbym się zaangażować. W przyszły czwartek komornik będzie próbował wyrzucić ludzi z komunalnego gospodarstwa, gdzie ludzie uprawiają ziemię od kilku lat. Lotnisko (Heathrow) chce przejąć ziemię na zbudowanie nowego terminalu. 20 mil ode mnie. Pojadę dzień wcześniej na rowerze, z namiotem, śpiworem i zobaczymy, czy uda się ocalić miejsce (odroczyć wyrok chociaż).

 

   4. Tania w Warszawie,pojechała po wizę do Indii.
   5. Dużo smutku, samotność, ale też wewnętrzna siła. Otwarcie się na strumień życia, gdziekolwiek miałby mnie nie ponieść. I trochę nadziei.

Sunday, 3 August 2014

Anarchistyczny wieczorek

 



















Właśnie wróciłem z anarchistycznego grilla. Na Whitechapel, w księgarni anarchistycznej zrobili małe przyjęcie. Trochę byłem zestresowany spotkaniem z nowymi ludźmi, ale było ok. zaparkowałem rower na widoku, uważając na arabskie dzieciaki kręcące się w okolicy. Skręciłem papierosa, otworzyłem piwo, usiadłem w kącie. Wkrótce nawiązało się kilka rozmów. Szczególnie z Simonem, starym anarchistą. Podkreślił kilka razy, że jego przodkowie byli Hugenotami, którzy schronili się w Anglii przed prześladowaniami w XVI stuleciu. Był też Adam, duży, pryszczaty chłopak, który studiuje język chiński, mieszkał w Pekinie przez rok, opowiedział mi o podziemiu.
   Ogólnie było dobrze. Mili ludzie. Ale obcy. Czułem się trochę wyalienowany. Kiedyś, kiedy udawałem się na takie spotkania, później wracałem do domu, do Tani, i wszystko nabierało sensu. teraz wszyscy są obcy, a w domu jestem tylko ja, sam, ze swoim smutkiem. Jest jeszcze Petia, dobra dziewczyna, ale ona też jest obca. Mniej obca niż reszta świata, ale jednak.
   Już późno. Obejrzę odcinek Six Feet Under i do spania. Nate ma mieć właśnie operację na tętniaka. Wyjdzie z tego (tym razem).

Saturday, 2 August 2014

Rozstanie

 
Sierpień, ciepło, choć nie tak szalenie, jak ostatnie parę dni. Kiedy się przeprowadzałem, myślałem, że nad rzeką będzie chłodniej, ale Tamiza jest z drugiej strony bloku, a z mojego okna tylko ulica, głośna, widok na stację Vauxhall. Oglądam Six Feet Under, to już trzeci raz. Kocham ten serial. Szczególnie teraz, kiedy życie posypało się tak konkretnie. Oglądać czyjeś tragedie, problemy, pomyłki. Pozwala mi to nabrać dystansu.
   Nie jesteśmy już z Tanią. Nie radzę sobie z tym za dobrze. Mam dużo złych snów. Że mnie zostawia, że proszę ją, żeby wróciła, ona się śmieje, budzę się, mam przez chwilę ulgę, że się obudziłem, a później uświadamiam sobie, że to nie sen, ze naprawdę jej nie ma, odeszła. Dziwnie tak. Ostatniej nocy na dodatek Ziemia zderzyła się z ukrytą planetą, która miała pierścienie jak Saturn. Patrzyłem, jak się zbliża i myślałem "cholera, nie teraz jeszcze, a poza tym szkoda tych wszystkich marzeń, ludzi, idei." A potem uderzyło i było po wszystkim.
   Moja wina w dużej mierze. Poznałem kogoś zeszłego października, zaangażowałem się, coś mi widocznie brakowało. Ciągnęło się to kilka miesięcy, próbowaliśmy to jakoś z Tanią ratować, ale było ciężko, a wreszcie i ona poznała kogoś. Wyjechała ponad tydzień temu. Uderzyło mnie to naprawdę mocno chyba dopiero kiedy zmieniła status związku na fejsie. Patrzyłem w ekran i nie potrafiłem zrozumieć. Moja Tania jest w związku z kimś innym? Porządek wszechświata został zachwiany. 15 lat razem.
   No więc siedzę moim mieszkaniu nad Tamizą. Obok leży moja przyjaciółka, od której się zaczęło, której nie obwiniam, i z którą zerwaliśmy już, ale dzielimy jeszcze pokój, aż nie znajdę coś innego. Męczy się bidulka z infekcją ucha, z depresją, z samotnością. Też nie ma lekko.
    Piję białe wino, palę haszysz (łagodzi smutek) i zastanawiam się, co teraz. Zastanawiam się nad jakimś skłotem. Nie mogę płacić teraz czynszu i rachunków, nie mam oszczędności a do końca września nie mam pracy. Kusi mnie też droga. W sumie teraz nic mnie nie trzyma. Mogę zapakować plecak i ruszyć autostopem w świat. na miesiąc, na dwa, może dłużej. Zawsze pociągała mnie taka wolność. Akurat w Rumunii odbywa się Rainbow Gathering. Mógłbym spędzić kilka tygodni z hipisami, grać muzykę, chodzić nago, cieszyć się przyrodą, modlić się do Wielkiego Ducha, żeby pomógł mi zobaczyć sens, a później bym zdecydował. W Londynie czeka też na mnie praca. Jeśli zechcę, to mogę zacząć na pełny etat w collegu, w którym do tej pory pracowałem tylko przez agencję. Fajna sposobność, duże możliwości, ale nie jestem pewny. Teraz, kiedy wszystko się tak rypło i stoję na rozdrożu, to nie wydaje mi się, że stała, fajna choć nudna czasami praca, jest czymś, czego chcę.
   Dużo smutku, niepewności, zagubienia. Mimo wszystko jednak jest też nadzieja. Te wszystkie lekcje, pomyłki, rozczarowania, to wszystko musi mieć jakiś sens.
   Długo nie pisałem na garści drobnych. Chyba znowu zacznę. Nie chcę zakopać tych rzeczy pod ziemią. Trzymajcie się podróżnicy po bezdrożach:)

***

    Zastanawiałem się, dlaczego zdecydowałem się tutaj podzielić. Myślę, że to poczucie samotności. Jakby nie było, towarzyszyliście mi tutaj od jakichś sześciu lat (niektórzy z was przynajmniej). Obserwowaliście moje górki, dołki, przygody, wiecie jak było. Byliście tu w poprzedniej epoce, zanim jeszcze wszechświat rozsypał się na kawałki. Możecie teraz zerknąć, jak idzie odbudowa.