Sunday, 28 June 2015

Vila Amalka, Wenecja, cajon i Gra o tron

























   1. Petia dziś się postarała. Narysowała Vila Amalkę (Rusałka Amalka chyba po polsku) i ozdobiła naszymi suszonkami z zeszłego tygodnia. Powieśiliśmy na ścianie. Strasznie się przejęła, nigdy takich rzeczy nie robiła wcześniej, cieszy się jak dziecko, bidulka.
   2. Wczoraj siedliśmy w Ruskin Park i myśleliśmy nad wakacjami. Wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać stopem do Wenecji. Mam tam znajomą, która od dawna mnie zaprasza. Posiedzielibyśmy z dwa tygodnie, później ja do Polski na resztę wakacji, a Petra do Londynu, z powrotem do pracy. Plan wydaje się spoko. Wczoraj byłem nawet podekscytowany, choć dzisiaj jakoś energia mi spadła. No ale trzeba coś robić, popychać się do przodu.
   3. Powiedziałem Simonowi, że nie będzie mnie cały sierpień. Zasugerował, żebym podnajął swój pokój. Nie pomyślałem o tym wcześniej. Dodatkowe 500 funtów pomogłoby mi przetrwać jakoś to lato. Jutro wrzucę ogłoszenie na spareroom.
   4. Dużą część dnia uczyłem się flamenco na cajonie (bulerias). Wchodzę już na średniozaawansowane poziomy. Cieszę się, że mi to coraz lepiej wychodzi.
   5. Petra rysowała i kleiła, ja bęniłem i oglądałem Game of Thrones. Sześć odcinków do końca. Świetny sezon. Akcja wyszła już poza tomy, które czytałem, więc się nie nudzę. Obstawiam, że Ruda uratuje Śniega w następnym sezonie.

Thursday, 25 June 2015

Piwko w parku

 


















 Fajny dzień, naprawdę. Rano w pracy, ale urwałem się już o dwunastej, bo miałem wizytę u studentów-dentystów. Na rowerze smignąłem do Guy's Hospital pod Shardem. Założyli mi piekną koronę w dziurze, która świeciła ciemnością od lat. Prywatnie kosztowałoby mnie to około 800 funtów, tak że czułem się jakbym wygrał w totka:)
   Fernanda wysłała mi smsa, czy mam ochotę na piwo po pracy, w malym parku koło collegu. Akurat wróciłem przed czwartą. Szybko wchłonąłem trochę żywności w domu i wszystkich spotkałem w parku.
   Było fajnie. James, Barry, Barbara, Moya i Fernanda. Posiedzieliśmy z dwie godziny, gadając o bzdurkach. Później wszyscy się rozeszli, została tylko Fernanda i ja. Gadaliśmy o polityce, historii (mój konik- hiszpanska wojna domowa), poezji i milości. Takich rozmów mi brakuje na co dzień.
   Pęcherz mi pękał, odważyłem się siurnąć pod drzewem. Stary Jamajczyk pokiwał mi z uznaniem mojej buntowniczości. Słuchaliśmy Ana Tijoux.  Podszedł Chrześcijanin Afrykańczyk nauczać o Jezusie. Nawet był spoko. Nie mówił o ogniach piekielnych (co jest standartem wśród lokalnych kaznodziejów). Kiedy powiedziałem mu, że wierzę w Boga, ale nie wierzę, że konkretna religia ma monopol na niego, zareagował dojrzale. Powiedział, że nie ma to dla niego znaczenia i żebym po prostu zwracał się do niego, jakkolwiek go nazywam. Ujął mnie tym za serce.
   Wreszcie stwierdziliśmy z Fernandą, że czas do domu, w końcu to czwartek, nie piątek, jeszcze trzeba będzie jutro przetrwać cały dzień z naszymi podopiecznymi.
   To, co trzyma mnie w pionie, to świadomość, że dużo jest ludzi, z którymi mam o czym porozmawiać. Inne rzeczy, nie są aż tak ważne.

Tuesday, 23 June 2015

Na górce, przy Trójce

   Dziś do collegu pojechałem rowerem. Myślałem, że jeśli będę miał nastrój to pojadę później na miasto, ale nie chciało mi się. Zamiast tego podjechałem na East Street, warzywny targ, żeby nazbierać trochę zieleniny. Dziś rano wydałem oficjalnie ostatniego funta, a do wypłaty jeszcze sześć dni. Zresztą lubię skipowanie. Zbiory nie były jakoś podniecające. Znalazłem pąk bliżej niezidentyfikowanych liści odciętych od jakiegoś warzywa oraz lekko zwiędłą nać selera. Później pojechałem do Burgess Park i siadłem sobie na górce. Piłem sajdera i słuchałem trójki z komórki. Duży chłopak walczył z latawcem, ale bezwietrzna pogoda nie dawała mu poszaleć. Para czarnych nastolatków leżała pod wielką kurtką, myśląc, że nikt nie wie, co tam kombinują. Dwie matki z dziećmi przesiadły się dalej, żeby nie gorszyć potomstwa. Na Trójce wiadomości. Amerykanie przysyłają ciężką broń do Polski i innych krajów okołorosyjskich. Ta sama durna gra od lat. Jakaś wielka chińska firma chce zainwestować w Polsce. Ekspert mówi, że pieniądze nie mają narodowości, kapitał musi się rozwijać, dziennikarz przytakuje gorliwie.
   Zerknąłem na fejsa. Parę postów od znajomych z Kopenhagi. Pomyślałem, że może bym tam niedługo wyjechał? Choć pracę mam spoko, to daje mi sie już we znaki monotonia codziennego robienia tego samego. Jestem po rozwodzie, nie mam planów, dalekosiężnego celu, jestem wolny. Londynu nie lubię za bardzo, zresztą cała Anglia nudna trochę. W sumie mogę zrobić, co chcę. Jest Petia, ale oboje wiemy, że ten nasz związek jest tymczasowy. Pewnie byłoby ciężko się rozstać na początku, ale dalibyśmy radę. Choć martwię się o nią.
   W domu wziąłem prysznic, później ugotowałem zupę. Do końca miałem nadzieję, ze te liście znalezione na targu to botwinka, ale szary kolor wywaru pozbawił mnie złudzeń. Dołożyłem pastę curry, trochę ziół i fasolę z puszki. Dało się zjeść, choć jadłem lepsze.
   Teraz słucham radia (Folk Off) i myślę, jaki następny krok w życiu. Jakiś postęp, bo ostatnio wisiałem w limbo, bez chęci na zmiany. Dobrze czuć, że są możliwości, że mam kontrolę nad życię (życiem! co z moją ortografią?:), przynajmniej w zakresie decyzji, co do następnego ruchu. A co po uczynieniu ruchu, to już w rękach Wszechświata.
   Stary rysunek z Kopenhagi z serii "Cienie". Lubiłem ten projekt.

Monday, 22 June 2015

Bazgrolenia





















   Wieczorne bazgrolenia. Chce mi się spać, ale jeśli zasnę, to wolny wieczór się skończy, a nie chcę jeszcze.
   Po pracy jechałem ostro na rowerze do ćwiczeń, oglądając przy okazji najnowsze odcinki Louie'go. Później prysznic, pranie, mantrowanie, cajon, sałatka makaronowa z pracy, facebook i jakieś celtyckie-mistyczne starocie z głośników. Na fejsie nie tak do końca bezowocnie, bo był miły wiersz Gałczyńskiego i czyjś cytat (but darling, you've got to be your own hero, because everyone else is too busy trying to save themselves), Jakoś pozytywnie mi zabrzmiał. Inspiracja do przebaczania, bo przecież każdy jedyne, co robi, to próbuje ratować siebie w chaosie wszechświata. Jak można mieć więc komukolwiek, cokolwiek za złe? Dzieci w wielkim lesie.
   Chciałbym zrobić nową piosenkę, ale znikąd natchnienia. W tej posusze mogę przynajmniej ćwiczyć na instrumentach. Jak wróci muza, to skillsy będą lepsze.
   Ostatnio mało, albo prawie nic się nie włóczę. Nie wiem, dlaczego. Kiedyś lubiłem szwendać się po mieście. Ostatnio praca, dom, praca, w weekend park. Brakuje mi. Może jeśli pogoda dopisze któregoś dnia w tym tygodniu, po pracy śmignę na Londyn z dziennikiem i książką.

 

Sunday, 21 June 2015

Lista donkiszotowska

















 1. Niedziela wieczór. Zmęczony, ale pozytywnie. W głośnikach plumkanie, Petia czyta ploteczki na czeskim pudelku, dom pusty.
   2. Byliśmy w Burgess Park. Wzięliśmy latawiec, bo nieźle wiało, ale chwycił nas leń, więc tylko leżeliśmy na górce i patrzyli na Londyn.
   3. Petra narzekała, że nic nie umie, a chciałaby robić coś artystycznego. Zrobiliśmy burzę muzgów i wpadliśmy na pomysł kolaży z suszonych kwiatów i liści, tym bardziej, że mam puste ściany.
   4. Poszwendaliśmy się więc po parku, zbierając dzikie kwiaty, listki, później podkradliśmy jeszcze parę rzeczy z ogródków. Zaszliśmy też do sklepu artystycznego i kupili kilka dużych kolorowych kartek.
   5. W domu zeszło nam trochę na wkładanie tego do książek. Już po fakcie stwierdziliśmy, że rośliny puszczą soki i zniszczymy Simonowi książki, więc następna godzina nam zeszła na rwaniu gazet i wkładaniu między strony.
   6. Fajny sen miałem przedwczoraj. Z grupą przyjaciół zgubiliśmy się w dżungli u stóp wielkiej góry. Polowały na nas dzikie zwierzęta, dinozaury, potwory, było groźnie, przerażająco. Wiedziałem, że musimy się dostać na szczyt góry. Gdy wreszcie się udało, okazało się, że to nie góra, ale drapacz chmur. Spojrzałem w dół, a tam ani śladu dżungli, tylko ulice, domy, samochody. Nagle zjawił się jakiś mężczyzna. Wskazał palcem w dół. "Popatrz jeszcze raz". Zerknąłem z niepokojem. Ulice i wszystko inne ciągle tam było, ale zobaczyłem pojedyncze drzewa i dzikie zwierzęta. Popatrzyłęm jeszcze raz. Dżungli było coraz więcej. "Ale dlaczego?" spytałem. "Przecież okazało się, że to iluzja, byliśmy już bezpieczni". Mężczyzna uśmiechnął się. "Żeby wyzwolić się od iluzji, musisz pokonać strach. Dopiero wtedy będziesz naprawdę bezpieczny. Jeśli tego nie zrobisz, zawsze będą ścigać cię potwory". Obudziłem się.
   7. Ostatniej nocy znów ciekawy sen. Swami dawał wykład. Bardzo głęboki, przemawiający do serca. W pewnym momencie powiedział: "Gdy myślisz, że nie ma dookoła ciebie dobra, że sam jesteś zły, zagubiony, nijaki, uświadom sobie, że na całym świecie jest jedna naprawdę dobra rzecz: ty. Bo jesteś czystą duszą, podobną do Boga, więc nic nie może cię skalać. Nie musisz się więc martwić, bo zawsze jesteś blisko czystego dobra."
   8. Tydzień był wyjątkowo ciężki. Znalazłem na końcu śpiewnika stare notatki Tani; projekt bloga o Bzdurce i Kłopotku, który mieliśmy wspólnie zrobić. Wstrząsnęło mną to strasznie. Miałem w lodówce pół butelki tequili, wypiłem, ale nie pomogło. Prawie nie spałem, a kolejne dni były wyjątkowo do dupy. Ale w weekend jakoś się pozbierałem.
   9. Czytam świetną książkę, najlepsze SF, na jakie trafiłem od wielu lat. "Światło" Johna Harrisona. Dużo podobieństw do "Pikniku na skraju drogi" Strugackich (prastara cywilizacja, która znikła, ale zostawiła po sobie dużo dziwnego śmiecia, które ludzie próbują ogarnąć, ale jak to ludziom, nie idzie to za dobrze), ale z większym zamachem i zakręceniem. Dobre.
   10. Zostało mi jeszcze sześć odcinków "Gry o tron". Może w tym tygodniu się zabiorę. Zacząłem też nowy sezon "Orange is a New Black".
   11. Dobranoc.

Monday, 15 June 2015

Trochę Kryszny

 


















   Przymulony dziś byłem w pracy. Chyba się nie wyspałem, do tego kac. No ale po drodze do domu stwierdziłem, że nie ma się co mazgaić. W living roomie mamy rower do ćwiczeń. Włączyłem wykład Swamiego, żeby trochę się wznieść i ruszyłem z ćwiczeniami. Przy okazji odkryłem, że rower  ma jeszcze inne funkcje, można nawet podnosić ciężary. Dałem sobie konkretny wycisk. Po czterdziestu minutach lało się ze mnie ostro, czerwony byłem jak burak i sapałem jakbym miał zejść. Czterdziestka się zbliża.
    Trochę mnie ćwiczenia rozruszały, więc wziąłem się za gotowanie obiadu, choć nie planowałem. Ciągle słuchałem Swamiego. Podnoszą mnie na duchu jego wykłady. Człowiek potrzebuje szerszej perspektywy, żeby nabrać dystansu do problemów. Tak na mnie działa słuchanie go. Pięknie opisywał, jak czuje się osoba, która zaczyna zbliżać się do Boga. Materialne problemy i pragnienia stają się znikomymi, mglistymi wspomnieniami. Człowiek czuje ogromną ulgę i wolność. Pojawia się też ogromna wdzięczność,miłość i pragnienie oddania się Bogu.
   Odległy to dla mnie koncept, ale jednak poruszyły się we mnie jakieś pokłady, o których trochę zapomniałem. Po obiedzie ściągnąłem z szafy zakurzony ołtarzyk i korale do modlitwy. Spędziłem trochę czasu mantrując, później pomodliłem się o opiekę i kierunek.
   Podoba mi się mistyczne podejście do duchowości. Wczoraj na Ratha Yatrze to było bardziej uczestnictwo w festiwalu religijnym. Nie mogłem w to wejść. Zmęczony jestem zorganizowanymi religiami, całą tą "cepeliową" otoczką, która przykleja się do każdej religii. Dla mnie duchowość, to coś bardziej osobistego, kameralnego, coś w czym mogę w ciszy zbliżyć się do Boga.
   Petia napisała z pracy. Zmaga się z depresją, ostatnio trochę jej ciężej. Mieliśmy się spotkać w piątek, ale napisałem, żeby wpadła jutro po pracy. Lepiej się poczuje w przyjaznym towarzystwie.Ja zresztą też.
   A na tym zdjęciu z wczoraj wygląda tak szczęśliwie.


Sunday, 14 June 2015

Niedziela z Jagannathem


























   Wycieczka była spoko. Do centrum pojechałem przez Elephant & Castle. Zapomniałem, że nie lubie tamtejszego ronda. Kilka pasm ruchu, do tego roboty drogowe. Niebezpiecznie. Z powrotem zaplanowałem wrócić przez Vauxhall. O wiele przyjemniej.
   Zaparkowałem rower niedaleko Trafalgar Square i poszedłem w stronę świątyni na Soho. Po drodze spotkałem Petię z koleżankami. Powiedziały, żebym się dołączył, jeśli chcę. Procesja zaczynała się w Hyde Parku. Doszliśmy na czas. Powóz właśnie startował. Myślę, że było parę tysięcy osób, głównie Hindusów, ale też zachodnich bhaktów. Petia z koleżankami dołączyły się do pochodu i zaczęły tańczyć, ja szedłem z boku. Pomodliłem się trochę, później wypatrywałem starych znajomych.
   Na Trafalgar Square zjedliśmy smaczne (i darmowe:) jedzenie. Słońce miło grzało, na chwilę zdrzemnąłem się w gwarze. Później dziewczyny poszły się poszwendać po stoiskach.
   Zaszłem do National Gallery. Chciałem posiedzieć przy moim ulubionym obrazie, ale nie mogłem znaleźć. Wreszcie spytałem panią kustosz o wskazówki. Okazało się, że obraz wypożyczono do Tate Gallery.
   Dziewczyn już nie spotkałem. Wysłałem Petrze smsa, że wracam do domu.
   Na fejsie zagadał Tom. Pogadaliśmy przez jakieś pół godziny. On przy cytrynówce, ja przy cydrze. Za tydzień się żeni.
   Słucham Rosyksoppu.
   I tyle na dziś. Jutro do pracy.

Londyński kąt, Ratha yatra i Babadook

   1. Dziś Ratha Yatra w Londynie. Czekam, aż przestanie kropić i śmigam na Strzałce do miasta.
   2. Weekend w porządku. Petia wpadła w piątek po pracy. Postanowiliśmy wypuścić trochę pary spod pokrywki. Kupiliśmy butelkę tequili i pojechaliśmy na rowerach do Burgess Park. Pogadaliśmy, posłuchali muzyki, pośmiali się z bzdurek i koło dziesiątej wróciliśmy do domu.
   3. Rano lekki kac, ale pozbieraliśmy się jakoś. Poszliśmy do sklepu, żeby kupić warzywa na sałatkę z kuskusem i karczochy. Przy okazji dokupiliśmy trzy sadzonki dyni i jedną cukinii. Od razu zasadziłem. Ogródek prezentuje się cudnie.
   4. Później maraton filmowy. Trochę staroci z Denzelem Washingtonem: Deja Vu i Training Day, na koniec nowy horror: The Babadook. Przerażający, z podwójnym dnem i niespodziewanym zakończeniem. Dawno nie widziałem dobrego horroru. No ale to Kanadyjczycy z Australijczykami zrobili, nie Amerykanie. Udało się im uniknąć większości horrorowych cliche.
   5. Cieszę się na Ratha Yatrę. Brakuje mi towarzystwa ludzi wierzących w Boga podobnie do mnie. Poza tym to duży festiwal, mam ochotę pokręcić się w tłumie. Wrzucę później pewnie parę fotek.
   6. Lubię mój Londyński kąt:)



Wednesday, 10 June 2015

Marudzenia



   Uff, ciężki dzień, jeden z cięższych. Długi dzień w pracy. Chodziłem jak we śnie. O szóstej wreszcie wolny. Poczłapałem do domu. Wziąłem prysznic i teraz szukam ukojenia w starych kawałkach, wygrzebanych z jakiegoś zapomnianego folderu.
   Doszły nowe soki do mojego vape'a. Nie palę papierosów już chyba od lutego, przywiązałem się za to do mojej e-fajki. Sok ma kolor miodu, zapach i smak słodkich ziół. W ogóle nie tęsknię za papierosami. Kiedy ktoś przy mnie pali, to się dziwię, że kiedyś nie mogłem żyć bez tego śmierdzącego cholerstwa.
  Próbuję ćwiczyć codziennie. Po Chodakowskiej robię sobie jeszcze jakieś 20 minut pedałowania na rowerze do ćwiczeń. Słucham przy tym wykładów Swamiego. Tęsknię za nim. Żałuję, że znów się nie spotkamy tego lata, już trzeciego z rzędu. Przyjeżdża do Polski na tydzień w lipcu. Nie wyobrażam sobie jednak, żebym tam mógł pojechać. Tania będzie ze swoim nowym mężem. Nie dałbym chyba rady. Swami ma aśram w Kostaryce. Kiedy uzbieram wreszcie parę groszy, będę mógł go tam odwiedzić. Może za rok.
   Mało rysuję ostatnio, piosenek też nie robię. Trochę mam posuchę artystyczną. No ale to przypływa i odpływa, nie martwię się za bardzo.
   W piątek miałem zrobić w domu małe przyjęcie dla znajomych z collegu, ale chyba odwołam. W tym tygodniu nie czuję się towarzyski. Jedynie przy Fernandzie czuję się naprawdę swobodnie, no ale ona wyjeżdża na stałe za sześć tygodni. Najpierw powłóczyć się po Indiach, a później do Hiszpanii szukać pracy.
   Straszna samotność. Nie myślałem, że może być aż tak. Jakbym został zepchnięty na bocznicę. Życie płynie wartko gdzieś obok, dawni bliscy popłynęli z nurtem, a ja w tyle, patrzę przez zabrudzone okno, ale nikogo znajomego już nie widzę, tylko obcy, nic nie znaczący ludzie.

Monday, 8 June 2015

Jesteś?

   Niedługo wieczór. Trochę padało, tak że nie muszę podlać ogródka. Słucham starej muzyki ("mix od Danielka"), piję piwo. Po pracy zebrałem się w sobie i zrobiłem skalpela Chodakowskiej. Chciałbym codziennie, ale brakuje mi determinacji. Może teraz będzie łatwiej. Mam tak blisko z pracy, że nie czuję się za bardzo zmęczony po południu na ćwiczenia.
   Rano w pracy byłem na basenie z N. po dwumiesięcznej przerwie. Brakowało mi. Leżenie na plecach, ciepło,woda szumiąca w uszach, jak w łonie matki, w szklanym lufciku w suficie powoli przesuwające się chmury.
   W domu rozmowa z Andrew o Bogu, duchowości, marzeniach. Dobry chłopak. Tylko ten intelekt tak rozbudowany, silny. Myślę, że taki intelekt, nieokiełznany sercem to ciężka sprawa. Jakby coś trzymało nas z nogi i nie pozwalało nawet zerknąć na drugą stronę, a co dopiero postawić tam stopę.
   Zabieram się za film, ale jeszcze nie wybrałem. Kusie mnie "Babadook", podobno świetny horror, ale nie wiem, czy chce mi się horroru. Ściągnąłem też nowy z Denzelem Washingtonem (the Equalizer). Może to?
   Smutki wieczorne. Jesteś gdzieś tam jeszcze, Boże? Albo chociaż Aniele Stróżu?:)

 

Saturday, 6 June 2015

Ogródek

   1. Sobota aktywna. Rano pojechaliśmy z Petią do sklepu ogrodniczego kupić trochę sadzonek. Nie za dużo, bo z kasą krucho, ale coś tam kupiliśmy: batternut squash, cukinię, rabarbar, ziółka.
   2. Później przejażdżka do warsztatu rowerowego, ale okazało się, że zamknięty. Wkurzyłem się i sam naprawiłem swój. Petry porządnie zepsuty, tak że trzeba się będzie wybrać jeszcze raz.
   3. Lubię moje nowe miejsce. Czuję się wreszcie jak w domu. Pierwszy raz, odkąd mieszkam w Londynie.
   4. Tania wychodzi w przyszłym tygodniu za mąż. Przeczytałem maila rano w pracy w piątek. Trochę mną wstrząsnęło. Chloe zobaczyła, że nie czuję się najlepiej i wysłała mnie wcześniej do domu. Poszedłem do parku, napiłem się wina, obserwowałem wiewiórki i kaczki.
   5. Smutno. Do końca miałem nadzieję, że poczuje, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i wszystko znów będzie jak dawniej. Zdałem sobie jednak sprawę, że nie wszystkie historie mają happy end. Takie jest to życie. Życzę jej wszystkiego dobrego. Zasłużyła na szczęście. Moje dobre myśli zawsze będą szły do niej.
   6.  I już wieczór. Dobrej nocy.








Thursday, 4 June 2015

Far Away

   1. Noc i poranek były straszne. Rano napisałem trochę o tym. Przychodzą czasami ciężkie chwile. Szczególnie nocami, gdy jestem sam. Dni są w porządku.
   2. Później praca. Miło tak mieć do roboty pięć minut spaceru. Trochę jeszcze zdołowany człapałem w słońcu, ale powoli (chyba przez to słońce) zrobiło mi się lepiej.
   3. W collegu super. Nasza paczka: Fernanda, Chloe, Barry i Dzeni. Żarty, rozmowy. Czuję tam wsparcie. Chloe poradziła mi, żebym pogadał z menadżerką. College może zapłacić mi wizyty u terapeuty. Fakt, nie radzę sobie z utratą Tani. Może ma sens poszukać gdzieś pomocy.
   4. Umówiliśmy się na małe house warming party w przyszły piątek po pracy.
   5. Później do domu (znów pięciominutowy spacerek), prysznic i cajon. Uczyłem się nowego rytmu: bossa nova. Podstawy opanowałem.
   6. Wieczorem mieliśmy house meeting. Ustaliliśmy, jak będzie wyglądał rozkład sprzątania: podzieliliśmy dom na cztery części i każdy będzie miał w tygodniu jedną część do ogarnięcia.
   7. Dzwoniłem dziś do warsztatu. Rower ma być gotowy na jutro. Pojadę po pracy odebrać. Nie mogę się już doczekać. Bez rowera, jak bez nogi.
   8. Reszta domowników rozmawia w kuchni. Simon (gospodarz), Jay i właśnie przyszła Guia, której nie było na spotkaniu. Mili,inteligentni ludzie.
   9. W sobotę zabieram się za ogród! Simon zaoferował mi spory kawałek ziemi za domem. Dał mi też torbę nasion, coś z tego wybiorę. Cieszę się na to bardzo. Lubię grzebać w ziemi, a później obserwować, jak rośnie.
   10. Dzień po dniu i jakoś do przodu.

Stacyjka Zdrój

   Ciężka, ciężka noc. Sny, jak zwykle, a później w ciemności zwinięcie się w kłębek i płacz bez łez. Minął prawie rok odkąd odeszła. Powoli przestaję mówić sobie, że czas leczy wszystko. Pojawia się myśl, że chyba potrzebuję pomocy, żeby to ogarnąć. Z drugiej strony nie wierzę za bardzo, że ktoś mógłby pomóc, więc nie robię nic.
   Doświadczałem już wcześniej ciemności. Bałem się, ale zawsze jednak przetrwałem. Bo widziałem światło - jej obecność, miłość, świadomość, że ona zawsze będzie przy mnie. Dodawało mi też energii to, że mogłem pomóc jej w walce z jej ciemnością. Dwa białe żagle wśród stalowego bezkresu wody.
   Tym razem jest inaczej. Przez gęste chmury nie przebija się nawet jeden promyczek światła, mój samotny żagiel podarty, woda powoli wlewa się przez dziury, łódź przechyla się niebezpiecznie i wiatr wieje bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
   Leżę cicho na dnie, mokry, zmęczony i nucę stare melodie.

Tuesday, 2 June 2015

Boaz i Jachin

























Wieczór spędzony z Najwyższą Kapłanką. Kabalistyczne dobranoc.

Monday, 1 June 2015

Perypetie na szlaku (Cumbria Way)



















   Dzień pierwszy

   Początek podróży trochę zakręcony. Spóźniłem się na autobus do Lancaster. Rano wydawało się, że mam dosyć czasu. Wczoraj byłem już zupełnie spakowany. Petia przygotowała mi jedzenie na drogę, położyłem się wcześnie.
   O dziewiątej rano otworzyli pocztę, więc wzięliśmy we dwójkę pudło z cajonem (odsyłam go do Niemiec, jakość była kiepska) i pomaszerowaliśmy do Ladywell. Na poczcie pani z okienka powiedziała, że pudło za duże i musimy iść do Lewisham, No i od tej małej rysy na planie się zaczęło.
   Wróciliśmy do domu, zabrałem plecak i znów z pudłem do Lewisham. Przez pomyłkę zaszliśmy do Delivery Office, gdzie, jak sama nazwa wskazuje paczki się tylko odbiera, nie wysyła. Stamtąd odesłali nas do Lewisham Shopping Center, gdzie pomalej dyskusji na poczcie zdecydowali się zrobić nam przysługę i przyjąć paczkę.
   Stamtąd na przystanek, złapać autobus na Victorię. W zapasie miałem ponad godzinę, ale nie wiedziałem:

   1. że autobus przyjedzie po 50 minutach
   2. że będą korki
   3. że autobus się zepsuje po drodze
   4. że w drugim autobusie starsza pani upadnie i trzeba będzie wezwać pogotowie i policję

   Na Victorię dotarłem pół godziny po odjeździe autokaru. Czekała na mnie Petra.
   Razem zaczęliśmy się zastanawiać, co teraz. Sprawdziliśmy kilka linii, ale wszystkie autobusy do Lake District właśnie odjechały. Zacząłem już kontemplować powrót do domu i spędzenie urlopu w łóżku z piwem i Friendsami, ale na szczęście Megabus miał ostatnie miejsce do Lancaster na dziewiątą wieczór za 18 funtów. Petia wyłuskała ostatnie dziesięć z konta, a Barry wysłał mi trzydzieści, więc jakoś to ogarnąłem.
   Zostało mi teraz jakieś sześć godzin obozowania na Victorii. Petia pojechała już do domu.
   I tak zaczyna się moja tygodniowa pustelnicza przygoda.

***



















     Siedzę w Coście przy najtańszej herbacie (1.75 funta) na najwygodniejszym fotelu. Przede mną przewodnik po Cumbria Way. Dotarł przedwczoraj z Amazona. Cumbria Way to 112 kilometrowa trasa przez Lake District – piękny region na północy Anglii, przy granicy ze Szkocją.
   Mam mały namiot, raz już sprawdzony na wyjeździe (Rainbow Gathering 2012, Lukovista), średnio ciepły śpiwór, starą karimatę i ciepły sweter, jakby wiało za bardzo. I jeszcze ponczo. W kieszeni wliczając 30 funtów od Barryego, jakieś 70 funtów. Musi wystarczyć do piątku.

***

   Jaki nastrój? Trochę zmęczony po porannym zamieszaniu. Lekko wyobcowany, jak to bywa na tłumnych dworcach, ale też podekscytowany wyprawą. Zaśniedziałem ostatnio, brzuch mi się pojawił, przyda się dostać w kość. Poza tym tydzień na lasce surowej kumbryjskiej natury może mnie zresetuje. Może pojawią się nowe perspektywy, świeże spojrzenie. Nie wiem, co będzie. Jestem otwarty na działanie Wszechświata, że tak powiem hipisowsko.

***

   Poczytam wreszcie przewodnik, jeszcze nie miałem okazji. W Lancaster będę o trzeciej w nocy. Złapię najwcześniejszy pociąg do Ulverston i od razu w trasę. Pierwszy dzień zaplanowany na 24 kilometry.

***

   Boję się ludzi, którzy nie mają wątpliwości. Jest w nich coś odpychająco zimnego, ograniczonego.
   Lubię ludzi, wątpiących. Zwątpienie rodzi pokorę. Z człowiekiem, który „nie wie” jest mi dobrze. Nie narzuca swoich opinii, umie słuchać i rozmawia w sposób szczególny: otwarty na wzbogacenie swojej wizji świata. Nawet jeśli podświadomie, to ludzie niepewni zawsze szukają odpowiedzi, która rzuciłaby trochę światła na chaos. Chyba lubię po prostu ludzi smutnych.
   Smutny nie musi znaczyć nieszczęśliwy. Pewność może wyglądać jak szczęście-„wiem czego chcę, wiem co robię, wszystko jasne, osiągam cele”. Smutek płynący z niepewności może prowadzić do innego rodzaju szczęścia – z poddania się, zrozumienia swojej znikomości i otwarcia się na coś większego od nas.
   Gdy jednak zabraknie tego oddania, otwartości, człowiek niepewny może wpaść w desperację. Ale dziś nie chcę o tym pisać.

***

   Jeszcze dwie godziny do odjazdu. Czuję się zmęczony. Przeczytałem książkę (Joe Haldeman „Wieczna Wojna”), zabijając czas starą dobrą fantastyką. Po kilku godzinach siedzenia na karimacie zdrętwiał mi tyłek. Zrobiłem sobie krótki spacer po dworcu. Tłum zabieganych, podenerwowanych ludzi. Siedzę na ławce, patrzę i wkurza mnie to wrażenie obcości. Zagubiona studentka, chyba Polka, matka z córką, nie odzywające się do siebie, dwóch Afrykańczyków rozmawiających z chłopięcymi uśmiechami, ładna dumna dziewczyna z tatuażem na szyi i wyzywającym makijażem, Czuję się oderwany, a chciałbym być połączony. Typowe wyobcowanie dworcowe. Londyn nie chciał mnie wypuścić, wymęczył do końca, wymieszał z tłumem, żeby za chwilę wypluć mnie w przestrzeń, z ulgą wejdę w w zimną północną naturę, otrząsnę się i później nie wiem: albo się będę sycił spokojem i krajobrazem, albo zatęsknię za ludźmi. A może to i to.

***

   Co jakiś czas wraca ćmiące jak ból zęba przypomnienie o rozwodzie i utracie. Nie daję się pociągnąć za mocno. Nauczyłem się już, że łatwo wpaść w pułapkę wspomnień i wtedy to człowiek po prostu spada. Uświadamiam sobie jej odejście i czuję się bezkreśnie bezdomny, osierocony.
   Mój autobus wjeżdża właśnie na stanowisko. Dobrej nocy.

Dzień drugi



















   Czekam, kiedy deszcze przestanie wreszcie bębnić w namiot i będę mógł wyjść. Udało mi się przespać parę godzin po przyjeździe. Dojechałem do Lancaster pięć po trzeciej rano. Daleko od centrum. Planowałem rozbić namiot, ale pewna pani, która odbierała córkę z autobusu zaoferowała się mnie podwieźć. Zmieszała się trochę, kiedy okazało się, że zarówno dworzec kolejowy, jak i autobusowy były zamknięte. Uspokoiłem ją, ze dam sobie radę.
   Szybko znalazłem przytulne miejsce na rozbicie namiotu na małej polance w lesie koło rzeki. Pomimo ciemności rozbiłem namiot w jakieś dwadzieścia minut (trochę wyszedłem z wprawy), wczołgałem się do śpiwora i zasnąłem przy dźwiękach deszczu i śpiewu budzących się ptaków.
   Kiedy się obudziłem, ciągle lało. Sprawdziłem na komórce (która w każdej chwili może paść, że około ósmej ma przestać padać. Wtedy się spakuje i ruszę na dworzec. Chciałbym wyjechać jak najszybciej. Dziś mam do przejścia 24 kilometry, a to spora trasa.

***

   Cieszę się, że wyjechałem z Londynu. Wczoraj miałem trochę ciężkich chwil. Zacząłem zastanawiać się, po cholerę zrezygnowałem z wygodnego łóżka i ciepłych posiłków. Ale dziś czuję się szczęśliwy. Zapomniałem jakie to cudne uczucie: nie wiedzieć, gdzie się będzie spało, co czeka za zakrętem, kogo się spotka. Dopiero teraz widzę, jak za tym tęskniłem.
   Deszczu, zelżyj. Muszę w krzaki.

***

   Czekam na dworcu w Lancaster, Okazało się, że pierwszy pociąg do Ulverston odjeżdża dopiero po jedenastej. Czekają mnie tutaj trzy godziny. Doładuję przynajmniej telefon i vape’a (e-papieros). Mógłbym w sumie zwiedzić Lancaster, ale wtedy nie będę miał telefonu, a może się przydać.
   Nerwowy Chińczyk chodzi tam i z powrotem. Myślę, ze ma autyzm. Albo może jest po prostu dziwny. Póki co dużo czekania w tej podróży. Dziewięć godzin na Victorii, sześć w autobusie, teraz trzy na dworcu. Chcę już być na szlaku i nie musieć na nic czekać.

***

   Postanowiłem spróbować szczęścia z autostopem. Wyszedłem na autostradę i postałem godzinę z palcem w górze. Zatrzymała się jedna miła para, ale niestety jechali w inną stronę. W końcu wróciłem na dworzec. Nie oczekiwałem, że coś złapię (choć miałem nadzieję). Miałem po prostu ochotę stanąć i liczyć na szczęście, jak kiedyś, gdy włóczyłem się stopem. W Anglii jeszcze nie próbowałem.

***

   W Ulverston będę około 12:30. Późno trochę. Wolałbym zacząć rano i skończyć po południu. Spróbuję jednak do wieczora przejść cały odcinek. Czas mam wyliczony raczej na styk. Autobus z Carlise (koniec trasy) odjeżdża w piątek o 1:30 w nocy. Muszę go złapać, innej opcji nie ma. Choć w sumie to bzdura. Opcje są nieograniczone.



   















   Pociąg z Lancaster do Ulverston:

   1. Zieleń i przestrzeń.
   2. Owce, owce, dużo owiec.
   3. Kamienne domy na farmach.
   4. Sosny z rzadka, za to morze liściastych.
   5. Rodzina saren przy torach.
   6. Ludzie z akcentem tak innym od londyńskiego.
   7. I wszyscy biali. Po dwóch latach w południowym Londynie, to aż dziwnie.
   8. Wrażenie dobrobytu. Patrzę na ładne, kamienne domy i myślę: tutaj nikt nie musi się gnieździć w jednym pokoju za 500-600 funtów miesięcznie.

Rekonstrukcja:


 

















   1. Początek trasy w Ulverston. Wietrznie, ale słonecznie. Ostro pod górę, miasteczko zostaje w tyle. Pierwszy zły skręt. Starsza pani zawraca mnie i wskazuje właściwą ścieżkę. „Uważaj, młody człowieku, ta trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona”. Prorocze słowa.

   2. Coraz wyżej i wyżej. Pięknie, choć obco, surowo. Wkładam na siebie ciepłe ubranie, bo wiatr gwiżdże ostro. Przewodnik z mapami dziwny, niedokładny. „Idź przez pole aż dojdziesz do kamiennej ściany. Przejdź przez wyłom w murze i skręć lekko w prawo, aż dojdziesz do drewnianej bramki. Po lewej powinien stać duży dąb”. I tak dalej w tym stylu.
























     3. Gubię co i rusz drogę. Zamiast cieszyć się widokami, nos mam wbity w przewodnik, próbując rozszyfrować niejasne wskazówki. Zmęczony jak cholera.

   4. Pierwsze poważniejsze zgubienie się. Widzę w oddali farmę o białych ścianach, ale z innej strony niż miałem ją widzieć według mapy. Idę na przełaj przez pola. Co parę metrów kamienne murki, na które muszę się wspinać. Nie jest łatwo z ciężkim plecakiem. W końcu dochodzę do farmy.

   5. Teraz najpoważniejszy „fuckup”. Nie jestem pewny, w którym kierunku wskazuje strzałka. Wybieram skręt w lewo. Idę i idę i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że wskazówki przewodnika nie pokrywają się z terenem. Zamiast jednak zawrócić, myślę sobie, że szkoda stracić tyle czasu na powrót do farmy i pewnie zaraz się odnajdę. Błąd. Po jakiejś godzinie jestem w środku dziczy, kamienne góry, zimno jak cholera, obojętne owce omijają mnie łukiem. No i zachodzące słońce jest dokładnie przede mną, a przecież powinienem iść na północ, nie na zachód. Zrezygnowany zawracam.

   6. Znów na właściwej trasie, ale mam już dosyć. Robi się późno, a ja nie jestem nawet w połowie drogi. Ale nie ma powrotu, brnę dalej. Noga za nogą, zimno, głodno (prowiant się skończył).

   7. Dochodzę do małego jeziorka. Patrzę na mapę. Nie jest tak źle. Niedługo powinienem dojść do ostatniego odcinka, wzdłuż długiego jeziora. Okrążam jeziorko od zachodu. Prawdziwe bagno. W pewnym momencie wpadam po kostki w błoto, zimna maź wlewa się do buta. Co ja tu kurwa robię?

















































     8. Ostatni odcinek przed Coniston Water. Idę zrezygnowany. Dopada mnie cholerny smutek. Przypominam sobie Camino de Santiago sprzed siedmiu lat. Jak szliśmy razem z Tanią i jak śpiewała kawałki Kabaretu Starszych Panów. Rozklejam się. Płaczę i śpiewam sobie Stacyjkę Zdrój. Kurwa, jak mi źle i samotnie.






















     9. Dochodzę do kolejnego skrzyżowania. Zjawia się znikąd miejscowy farmer. Mam nadzieję, że weźmie moje łzy za reakcję na zimny wiatr. Patrzy na moje zabłocone buty i kurtkę o wiele za cienką na górski wiatr. „Chcesz dzisiaj dojść do Coniston?” pyta z powątpiewaniem.  Kiwam markotnie głową. „Masz namiot?” Znów potwierdzam. „Może i dasz radę przed nocą. Ale pokażę ci skrót.”. Zastanawiam się przez chwilę. W sumie trasa tak źle oznaczona, że mogę pójść skrótem. Co za różnica?

   10. Wreszcie dochodzę do jeziora. Teraz już nie muszę martwić się zgubieniem drogi. Coniston leży na końcu Coniston Water.





















    11. Więc idę i idę, nóg już nie czuję, choć w sumie to czuję: bolą jak skurczysyn. Słabo mi z głodu, ale podtrzymuje mnie na duchu myśl o ciepłym posiłku w wiosce. Po prawej stronie piękne jezioro, ciągle jasno, choć słońca już nie widać. Próbuję coś podśpiewywać, ale daję sobie spokój.

   12. Jest już ciemno, kiedy dochodzę do Coniston. Pytam miejscowych o jakiś pub. Wyczerpany wchodzę do przytulnego baru i chcę zamówić posiłek. Barmanka mówi, że już nie podają jedzenia. „Proszę pani, jeśli czegoś nie zjem, to padnę”. Waha się, patrzy na tą zmarnowaną sierotę, jaką się stałem, i w końcu macha ręką. Zamawiam frytki, onion rings, surówkę i piwo.

   13. Przysiadam się do holenderskiej pary emerytów. Widzą wielkie michy przede mną. ”To wszystko dla ciebie?” Kiwam głową i rzucam się łapczywie na jedzenie. Prawie nie żuję. Pożeram i zalewam piwem. Wreszcie jest mi lepiej. Żeby jeszcze móc się wykąpać. „Masz gdzie spać?” pyta starsza pani (Astrid). „Mam namiot”. „Gdzie go rozbijesz?” Wzruszam ramionami. „To może chodź z nami. Mieszkamy w schronisku młodzieżowym. Jest też pole namiotowe i możesz skorzystać z prysznica”. Jeśli mam przetrwać jeszcze cztery dni w trasie, to nie stać mnie na opłacenie pola namiotowego, ale mam to gdzieś. Chce już tylko spać.



 
















   14. Uff, wreszcie w śpiworze. Czysty, najedzony. Jutro będzie lepiej.

Dzień trzeci

   1. Budzę się o drugiej w nocy. Nie czuję się najlepiej. Próbuję zorientować się w czym problem, skąd to nieprzyjemne uczucie. Żołądek. Będę rzygał. Wychodzę na zewnątrz i oddalam się, ile mogę, żeby nie obudzić ludzi w namiotach. Rzygam. Wracam do namiotu, ale nie ma ulgi. Znów wychodzę i znów rzygam. Ale karmy odbieram. Znów wracam, próbuję zasnąć, ale na nic. Po chwili znów muszę wyjść. Kiedy wreszcie nad ranem żołądek się uspakaja, jestem tak wyczerpany, że nawet spać nie mogę. Do tego coraz zimniej.

   2. Rano. Leżę w śpiworze i myślę. Co mam teraz zrobić? Nie wyobrażam sobie, żebym mógł kontynuować w takim stanie. Trzeba będzie wracać.

   3. Na przystanku okazuje się, że jakieś święto i autobusy nie kursują. Idę więc na nogach, próbując złapać stopa. Na nic. Do tego wąska droga, trochę niebezpiecznie.

   4. Spotykam parę Australijczyków. Czekają na taksówkę do Ulverston. Rozmawiamy chwilę. Dziewczyna proponuje, żebym do nich dołączył. Chłopak nie jest zachwycony, ale mam to gdzieś.

   5. Wyszło po 20 funtów na łebka. Prawie już nie mam kasy.

   6. Dzwonię do Petry. Opowiadam jej w skrócie. Kupuje mi bilet do Londynu. Autokar odjeżdża o 3:30 rano. I znów czekanie. 12 godzin.

   7. W Lancaster kupuję trochę chleba, humus, jabłka. Po posiłku (żołądek trochę się buntuje, ale daje radę) podjeżdżam do Lancaster University, gdzie będę czekał na autokar. Na szczęście studencka kafejka otwarta do pierwszej rano. Kupuję herbatę, rozkładam się wygodnie, wyciągam Kindla i z ulgą pogrążam się w lekturze. Przy okazji przyglądam się pełnym nadziei i energii studentom, podsłuchuję rozmowy i lepiej mi się robi. Dobra energia.

   8. O trzeciej trzydzieści podjeżdża autokar. Dobrze, bo po dwóch godzinach na dworcu jestem już zmarznięty na kość. Autokar w połowie pusty, więc rzucam się na dwa siedzenia i zapadam w sen.