Wednesday, 10 June 2015

Marudzenia



   Uff, ciężki dzień, jeden z cięższych. Długi dzień w pracy. Chodziłem jak we śnie. O szóstej wreszcie wolny. Poczłapałem do domu. Wziąłem prysznic i teraz szukam ukojenia w starych kawałkach, wygrzebanych z jakiegoś zapomnianego folderu.
   Doszły nowe soki do mojego vape'a. Nie palę papierosów już chyba od lutego, przywiązałem się za to do mojej e-fajki. Sok ma kolor miodu, zapach i smak słodkich ziół. W ogóle nie tęsknię za papierosami. Kiedy ktoś przy mnie pali, to się dziwię, że kiedyś nie mogłem żyć bez tego śmierdzącego cholerstwa.
  Próbuję ćwiczyć codziennie. Po Chodakowskiej robię sobie jeszcze jakieś 20 minut pedałowania na rowerze do ćwiczeń. Słucham przy tym wykładów Swamiego. Tęsknię za nim. Żałuję, że znów się nie spotkamy tego lata, już trzeciego z rzędu. Przyjeżdża do Polski na tydzień w lipcu. Nie wyobrażam sobie jednak, żebym tam mógł pojechać. Tania będzie ze swoim nowym mężem. Nie dałbym chyba rady. Swami ma aśram w Kostaryce. Kiedy uzbieram wreszcie parę groszy, będę mógł go tam odwiedzić. Może za rok.
   Mało rysuję ostatnio, piosenek też nie robię. Trochę mam posuchę artystyczną. No ale to przypływa i odpływa, nie martwię się za bardzo.
   W piątek miałem zrobić w domu małe przyjęcie dla znajomych z collegu, ale chyba odwołam. W tym tygodniu nie czuję się towarzyski. Jedynie przy Fernandzie czuję się naprawdę swobodnie, no ale ona wyjeżdża na stałe za sześć tygodni. Najpierw powłóczyć się po Indiach, a później do Hiszpanii szukać pracy.
   Straszna samotność. Nie myślałem, że może być aż tak. Jakbym został zepchnięty na bocznicę. Życie płynie wartko gdzieś obok, dawni bliscy popłynęli z nurtem, a ja w tyle, patrzę przez zabrudzone okno, ale nikogo znajomego już nie widzę, tylko obcy, nic nie znaczący ludzie.

1 comment: