Monday, 1 June 2015

Perypetie na szlaku (Cumbria Way)



















   Dzień pierwszy

   Początek podróży trochę zakręcony. Spóźniłem się na autobus do Lancaster. Rano wydawało się, że mam dosyć czasu. Wczoraj byłem już zupełnie spakowany. Petia przygotowała mi jedzenie na drogę, położyłem się wcześnie.
   O dziewiątej rano otworzyli pocztę, więc wzięliśmy we dwójkę pudło z cajonem (odsyłam go do Niemiec, jakość była kiepska) i pomaszerowaliśmy do Ladywell. Na poczcie pani z okienka powiedziała, że pudło za duże i musimy iść do Lewisham, No i od tej małej rysy na planie się zaczęło.
   Wróciliśmy do domu, zabrałem plecak i znów z pudłem do Lewisham. Przez pomyłkę zaszliśmy do Delivery Office, gdzie, jak sama nazwa wskazuje paczki się tylko odbiera, nie wysyła. Stamtąd odesłali nas do Lewisham Shopping Center, gdzie pomalej dyskusji na poczcie zdecydowali się zrobić nam przysługę i przyjąć paczkę.
   Stamtąd na przystanek, złapać autobus na Victorię. W zapasie miałem ponad godzinę, ale nie wiedziałem:

   1. że autobus przyjedzie po 50 minutach
   2. że będą korki
   3. że autobus się zepsuje po drodze
   4. że w drugim autobusie starsza pani upadnie i trzeba będzie wezwać pogotowie i policję

   Na Victorię dotarłem pół godziny po odjeździe autokaru. Czekała na mnie Petra.
   Razem zaczęliśmy się zastanawiać, co teraz. Sprawdziliśmy kilka linii, ale wszystkie autobusy do Lake District właśnie odjechały. Zacząłem już kontemplować powrót do domu i spędzenie urlopu w łóżku z piwem i Friendsami, ale na szczęście Megabus miał ostatnie miejsce do Lancaster na dziewiątą wieczór za 18 funtów. Petia wyłuskała ostatnie dziesięć z konta, a Barry wysłał mi trzydzieści, więc jakoś to ogarnąłem.
   Zostało mi teraz jakieś sześć godzin obozowania na Victorii. Petia pojechała już do domu.
   I tak zaczyna się moja tygodniowa pustelnicza przygoda.

***



















     Siedzę w Coście przy najtańszej herbacie (1.75 funta) na najwygodniejszym fotelu. Przede mną przewodnik po Cumbria Way. Dotarł przedwczoraj z Amazona. Cumbria Way to 112 kilometrowa trasa przez Lake District – piękny region na północy Anglii, przy granicy ze Szkocją.
   Mam mały namiot, raz już sprawdzony na wyjeździe (Rainbow Gathering 2012, Lukovista), średnio ciepły śpiwór, starą karimatę i ciepły sweter, jakby wiało za bardzo. I jeszcze ponczo. W kieszeni wliczając 30 funtów od Barryego, jakieś 70 funtów. Musi wystarczyć do piątku.

***

   Jaki nastrój? Trochę zmęczony po porannym zamieszaniu. Lekko wyobcowany, jak to bywa na tłumnych dworcach, ale też podekscytowany wyprawą. Zaśniedziałem ostatnio, brzuch mi się pojawił, przyda się dostać w kość. Poza tym tydzień na lasce surowej kumbryjskiej natury może mnie zresetuje. Może pojawią się nowe perspektywy, świeże spojrzenie. Nie wiem, co będzie. Jestem otwarty na działanie Wszechświata, że tak powiem hipisowsko.

***

   Poczytam wreszcie przewodnik, jeszcze nie miałem okazji. W Lancaster będę o trzeciej w nocy. Złapię najwcześniejszy pociąg do Ulverston i od razu w trasę. Pierwszy dzień zaplanowany na 24 kilometry.

***

   Boję się ludzi, którzy nie mają wątpliwości. Jest w nich coś odpychająco zimnego, ograniczonego.
   Lubię ludzi, wątpiących. Zwątpienie rodzi pokorę. Z człowiekiem, który „nie wie” jest mi dobrze. Nie narzuca swoich opinii, umie słuchać i rozmawia w sposób szczególny: otwarty na wzbogacenie swojej wizji świata. Nawet jeśli podświadomie, to ludzie niepewni zawsze szukają odpowiedzi, która rzuciłaby trochę światła na chaos. Chyba lubię po prostu ludzi smutnych.
   Smutny nie musi znaczyć nieszczęśliwy. Pewność może wyglądać jak szczęście-„wiem czego chcę, wiem co robię, wszystko jasne, osiągam cele”. Smutek płynący z niepewności może prowadzić do innego rodzaju szczęścia – z poddania się, zrozumienia swojej znikomości i otwarcia się na coś większego od nas.
   Gdy jednak zabraknie tego oddania, otwartości, człowiek niepewny może wpaść w desperację. Ale dziś nie chcę o tym pisać.

***

   Jeszcze dwie godziny do odjazdu. Czuję się zmęczony. Przeczytałem książkę (Joe Haldeman „Wieczna Wojna”), zabijając czas starą dobrą fantastyką. Po kilku godzinach siedzenia na karimacie zdrętwiał mi tyłek. Zrobiłem sobie krótki spacer po dworcu. Tłum zabieganych, podenerwowanych ludzi. Siedzę na ławce, patrzę i wkurza mnie to wrażenie obcości. Zagubiona studentka, chyba Polka, matka z córką, nie odzywające się do siebie, dwóch Afrykańczyków rozmawiających z chłopięcymi uśmiechami, ładna dumna dziewczyna z tatuażem na szyi i wyzywającym makijażem, Czuję się oderwany, a chciałbym być połączony. Typowe wyobcowanie dworcowe. Londyn nie chciał mnie wypuścić, wymęczył do końca, wymieszał z tłumem, żeby za chwilę wypluć mnie w przestrzeń, z ulgą wejdę w w zimną północną naturę, otrząsnę się i później nie wiem: albo się będę sycił spokojem i krajobrazem, albo zatęsknię za ludźmi. A może to i to.

***

   Co jakiś czas wraca ćmiące jak ból zęba przypomnienie o rozwodzie i utracie. Nie daję się pociągnąć za mocno. Nauczyłem się już, że łatwo wpaść w pułapkę wspomnień i wtedy to człowiek po prostu spada. Uświadamiam sobie jej odejście i czuję się bezkreśnie bezdomny, osierocony.
   Mój autobus wjeżdża właśnie na stanowisko. Dobrej nocy.

Dzień drugi



















   Czekam, kiedy deszcze przestanie wreszcie bębnić w namiot i będę mógł wyjść. Udało mi się przespać parę godzin po przyjeździe. Dojechałem do Lancaster pięć po trzeciej rano. Daleko od centrum. Planowałem rozbić namiot, ale pewna pani, która odbierała córkę z autobusu zaoferowała się mnie podwieźć. Zmieszała się trochę, kiedy okazało się, że zarówno dworzec kolejowy, jak i autobusowy były zamknięte. Uspokoiłem ją, ze dam sobie radę.
   Szybko znalazłem przytulne miejsce na rozbicie namiotu na małej polance w lesie koło rzeki. Pomimo ciemności rozbiłem namiot w jakieś dwadzieścia minut (trochę wyszedłem z wprawy), wczołgałem się do śpiwora i zasnąłem przy dźwiękach deszczu i śpiewu budzących się ptaków.
   Kiedy się obudziłem, ciągle lało. Sprawdziłem na komórce (która w każdej chwili może paść, że około ósmej ma przestać padać. Wtedy się spakuje i ruszę na dworzec. Chciałbym wyjechać jak najszybciej. Dziś mam do przejścia 24 kilometry, a to spora trasa.

***

   Cieszę się, że wyjechałem z Londynu. Wczoraj miałem trochę ciężkich chwil. Zacząłem zastanawiać się, po cholerę zrezygnowałem z wygodnego łóżka i ciepłych posiłków. Ale dziś czuję się szczęśliwy. Zapomniałem jakie to cudne uczucie: nie wiedzieć, gdzie się będzie spało, co czeka za zakrętem, kogo się spotka. Dopiero teraz widzę, jak za tym tęskniłem.
   Deszczu, zelżyj. Muszę w krzaki.

***

   Czekam na dworcu w Lancaster, Okazało się, że pierwszy pociąg do Ulverston odjeżdża dopiero po jedenastej. Czekają mnie tutaj trzy godziny. Doładuję przynajmniej telefon i vape’a (e-papieros). Mógłbym w sumie zwiedzić Lancaster, ale wtedy nie będę miał telefonu, a może się przydać.
   Nerwowy Chińczyk chodzi tam i z powrotem. Myślę, ze ma autyzm. Albo może jest po prostu dziwny. Póki co dużo czekania w tej podróży. Dziewięć godzin na Victorii, sześć w autobusie, teraz trzy na dworcu. Chcę już być na szlaku i nie musieć na nic czekać.

***

   Postanowiłem spróbować szczęścia z autostopem. Wyszedłem na autostradę i postałem godzinę z palcem w górze. Zatrzymała się jedna miła para, ale niestety jechali w inną stronę. W końcu wróciłem na dworzec. Nie oczekiwałem, że coś złapię (choć miałem nadzieję). Miałem po prostu ochotę stanąć i liczyć na szczęście, jak kiedyś, gdy włóczyłem się stopem. W Anglii jeszcze nie próbowałem.

***

   W Ulverston będę około 12:30. Późno trochę. Wolałbym zacząć rano i skończyć po południu. Spróbuję jednak do wieczora przejść cały odcinek. Czas mam wyliczony raczej na styk. Autobus z Carlise (koniec trasy) odjeżdża w piątek o 1:30 w nocy. Muszę go złapać, innej opcji nie ma. Choć w sumie to bzdura. Opcje są nieograniczone.



   















   Pociąg z Lancaster do Ulverston:

   1. Zieleń i przestrzeń.
   2. Owce, owce, dużo owiec.
   3. Kamienne domy na farmach.
   4. Sosny z rzadka, za to morze liściastych.
   5. Rodzina saren przy torach.
   6. Ludzie z akcentem tak innym od londyńskiego.
   7. I wszyscy biali. Po dwóch latach w południowym Londynie, to aż dziwnie.
   8. Wrażenie dobrobytu. Patrzę na ładne, kamienne domy i myślę: tutaj nikt nie musi się gnieździć w jednym pokoju za 500-600 funtów miesięcznie.

Rekonstrukcja:


 

















   1. Początek trasy w Ulverston. Wietrznie, ale słonecznie. Ostro pod górę, miasteczko zostaje w tyle. Pierwszy zły skręt. Starsza pani zawraca mnie i wskazuje właściwą ścieżkę. „Uważaj, młody człowieku, ta trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona”. Prorocze słowa.

   2. Coraz wyżej i wyżej. Pięknie, choć obco, surowo. Wkładam na siebie ciepłe ubranie, bo wiatr gwiżdże ostro. Przewodnik z mapami dziwny, niedokładny. „Idź przez pole aż dojdziesz do kamiennej ściany. Przejdź przez wyłom w murze i skręć lekko w prawo, aż dojdziesz do drewnianej bramki. Po lewej powinien stać duży dąb”. I tak dalej w tym stylu.
























     3. Gubię co i rusz drogę. Zamiast cieszyć się widokami, nos mam wbity w przewodnik, próbując rozszyfrować niejasne wskazówki. Zmęczony jak cholera.

   4. Pierwsze poważniejsze zgubienie się. Widzę w oddali farmę o białych ścianach, ale z innej strony niż miałem ją widzieć według mapy. Idę na przełaj przez pola. Co parę metrów kamienne murki, na które muszę się wspinać. Nie jest łatwo z ciężkim plecakiem. W końcu dochodzę do farmy.

   5. Teraz najpoważniejszy „fuckup”. Nie jestem pewny, w którym kierunku wskazuje strzałka. Wybieram skręt w lewo. Idę i idę i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że wskazówki przewodnika nie pokrywają się z terenem. Zamiast jednak zawrócić, myślę sobie, że szkoda stracić tyle czasu na powrót do farmy i pewnie zaraz się odnajdę. Błąd. Po jakiejś godzinie jestem w środku dziczy, kamienne góry, zimno jak cholera, obojętne owce omijają mnie łukiem. No i zachodzące słońce jest dokładnie przede mną, a przecież powinienem iść na północ, nie na zachód. Zrezygnowany zawracam.

   6. Znów na właściwej trasie, ale mam już dosyć. Robi się późno, a ja nie jestem nawet w połowie drogi. Ale nie ma powrotu, brnę dalej. Noga za nogą, zimno, głodno (prowiant się skończył).

   7. Dochodzę do małego jeziorka. Patrzę na mapę. Nie jest tak źle. Niedługo powinienem dojść do ostatniego odcinka, wzdłuż długiego jeziora. Okrążam jeziorko od zachodu. Prawdziwe bagno. W pewnym momencie wpadam po kostki w błoto, zimna maź wlewa się do buta. Co ja tu kurwa robię?

















































     8. Ostatni odcinek przed Coniston Water. Idę zrezygnowany. Dopada mnie cholerny smutek. Przypominam sobie Camino de Santiago sprzed siedmiu lat. Jak szliśmy razem z Tanią i jak śpiewała kawałki Kabaretu Starszych Panów. Rozklejam się. Płaczę i śpiewam sobie Stacyjkę Zdrój. Kurwa, jak mi źle i samotnie.






















     9. Dochodzę do kolejnego skrzyżowania. Zjawia się znikąd miejscowy farmer. Mam nadzieję, że weźmie moje łzy za reakcję na zimny wiatr. Patrzy na moje zabłocone buty i kurtkę o wiele za cienką na górski wiatr. „Chcesz dzisiaj dojść do Coniston?” pyta z powątpiewaniem.  Kiwam markotnie głową. „Masz namiot?” Znów potwierdzam. „Może i dasz radę przed nocą. Ale pokażę ci skrót.”. Zastanawiam się przez chwilę. W sumie trasa tak źle oznaczona, że mogę pójść skrótem. Co za różnica?

   10. Wreszcie dochodzę do jeziora. Teraz już nie muszę martwić się zgubieniem drogi. Coniston leży na końcu Coniston Water.





















    11. Więc idę i idę, nóg już nie czuję, choć w sumie to czuję: bolą jak skurczysyn. Słabo mi z głodu, ale podtrzymuje mnie na duchu myśl o ciepłym posiłku w wiosce. Po prawej stronie piękne jezioro, ciągle jasno, choć słońca już nie widać. Próbuję coś podśpiewywać, ale daję sobie spokój.

   12. Jest już ciemno, kiedy dochodzę do Coniston. Pytam miejscowych o jakiś pub. Wyczerpany wchodzę do przytulnego baru i chcę zamówić posiłek. Barmanka mówi, że już nie podają jedzenia. „Proszę pani, jeśli czegoś nie zjem, to padnę”. Waha się, patrzy na tą zmarnowaną sierotę, jaką się stałem, i w końcu macha ręką. Zamawiam frytki, onion rings, surówkę i piwo.

   13. Przysiadam się do holenderskiej pary emerytów. Widzą wielkie michy przede mną. ”To wszystko dla ciebie?” Kiwam głową i rzucam się łapczywie na jedzenie. Prawie nie żuję. Pożeram i zalewam piwem. Wreszcie jest mi lepiej. Żeby jeszcze móc się wykąpać. „Masz gdzie spać?” pyta starsza pani (Astrid). „Mam namiot”. „Gdzie go rozbijesz?” Wzruszam ramionami. „To może chodź z nami. Mieszkamy w schronisku młodzieżowym. Jest też pole namiotowe i możesz skorzystać z prysznica”. Jeśli mam przetrwać jeszcze cztery dni w trasie, to nie stać mnie na opłacenie pola namiotowego, ale mam to gdzieś. Chce już tylko spać.



 
















   14. Uff, wreszcie w śpiworze. Czysty, najedzony. Jutro będzie lepiej.

Dzień trzeci

   1. Budzę się o drugiej w nocy. Nie czuję się najlepiej. Próbuję zorientować się w czym problem, skąd to nieprzyjemne uczucie. Żołądek. Będę rzygał. Wychodzę na zewnątrz i oddalam się, ile mogę, żeby nie obudzić ludzi w namiotach. Rzygam. Wracam do namiotu, ale nie ma ulgi. Znów wychodzę i znów rzygam. Ale karmy odbieram. Znów wracam, próbuję zasnąć, ale na nic. Po chwili znów muszę wyjść. Kiedy wreszcie nad ranem żołądek się uspakaja, jestem tak wyczerpany, że nawet spać nie mogę. Do tego coraz zimniej.

   2. Rano. Leżę w śpiworze i myślę. Co mam teraz zrobić? Nie wyobrażam sobie, żebym mógł kontynuować w takim stanie. Trzeba będzie wracać.

   3. Na przystanku okazuje się, że jakieś święto i autobusy nie kursują. Idę więc na nogach, próbując złapać stopa. Na nic. Do tego wąska droga, trochę niebezpiecznie.

   4. Spotykam parę Australijczyków. Czekają na taksówkę do Ulverston. Rozmawiamy chwilę. Dziewczyna proponuje, żebym do nich dołączył. Chłopak nie jest zachwycony, ale mam to gdzieś.

   5. Wyszło po 20 funtów na łebka. Prawie już nie mam kasy.

   6. Dzwonię do Petry. Opowiadam jej w skrócie. Kupuje mi bilet do Londynu. Autokar odjeżdża o 3:30 rano. I znów czekanie. 12 godzin.

   7. W Lancaster kupuję trochę chleba, humus, jabłka. Po posiłku (żołądek trochę się buntuje, ale daje radę) podjeżdżam do Lancaster University, gdzie będę czekał na autokar. Na szczęście studencka kafejka otwarta do pierwszej rano. Kupuję herbatę, rozkładam się wygodnie, wyciągam Kindla i z ulgą pogrążam się w lekturze. Przy okazji przyglądam się pełnym nadziei i energii studentom, podsłuchuję rozmowy i lepiej mi się robi. Dobra energia.

   8. O trzeciej trzydzieści podjeżdża autokar. Dobrze, bo po dwóch godzinach na dworcu jestem już zmarznięty na kość. Autokar w połowie pusty, więc rzucam się na dwa siedzenia i zapadam w sen.


1 comment: