Wednesday, 14 October 2015

Ucieczka z Krainy Snów (sen)






















   Wreszcie udaje mi się uciec z rzeczywistości do Krainy Snów. Mam towarzysza/towarzyszkę (czasami jest to mój brat, czasami Tania albo Petra). Najpierw jestem podekscytowany wolnością. Ale okazuje się, że Kraina Snów rządzi się swoimi prawami. Jest tam władca/władczyni i rząd. Każdy ze śniących ma swoje jasno określone role. Nam przypada rola więźniów. Mieszkamy w wielkim, wielopiętrowym domu. Gotujemy, sprzątamy. Chcemy uciec, ale w labiryncie korytarzy, z wieloma bezdusznymi strażnikami, jest to niemożliwe.
   Spotykamy inną śniącą, której rola polega na podróżach, spełnianiu swoich marzeń, wolności. Ma swoją paralotnię, którą włóczy się gdzie chce. Dla niej nie ma żadnego wielkiego domu, ale bezkresne przestrzenie i wolność. Dziwi się, że chcemy uciec z raju, ale wskazuje nam drogę. Udaje nam się wydostać z budynku, do Bramy Snów jest jednak długa droga. Musimy się spieszyć, zanim władca/władczyni zda sobie sprawę, że się wydostaliśmy.
   Po drodze natykamy się na małą przyjemną chatkę, z sympatycznym skrzatem. Karmi nas cudnymi serami i szynką. Jest tak miło, że nie chce nam się odchodzić, zapominamy powoli o ucieczce. Coś jednak mnie nurtuje, coś nie do końca mi pasuje w tym skrzacie. Mówię mu, że na nas już czas. Próbuje nas przekonać, żeby zostać na herbacie. Moja towarzyszka się dziwi, że chcę odejść, opiera się mi, ale coraz bardziej czuję, że coś jest nie tak. Kiedy wychodzimy, widzę kątem oka, że skrzat szybko biegnie do drugiego pokoju. Wiem, że poszedł zadzwonić do władcy'władczyni. Nie zostało nam wiele czasu.
   Próbujemy biec, ale jak to we śnie, stopy zapadają się w mulistej ziemi, powietrze stawia opór. Biegniemy pochyleni prawie poziomo do przodu i pomagamy sobie, ciągnąc trawę. W tak żółwim tempie docieramy wreszcie do bramy. Są to wielkie obrotowe drzwi z przedpokojem.
   W drzwiach stoi niemy strażnik w kominiarcena twarzy. Jego oczy są chłodne, ale przyjazne. Pozwala nam wejść do przedpokoju. Jesteśmy o krok od wolności.
   Wtedy pojawia się władca/władczyni. Pełen/pełna furii wrzeszczy, że nie udało nam się jednak i teraz zostaniemy ukarani. Jest gigantyczny/gigantyczna. Chwyta nas za kark, jak dwa bezbronne kocięta i chce wyjść. Na jego/jej drodze staje jednak strażnik.
   - Wiesz kim jestem?!! - krzyczy władca/władczyni. Strażnik stoi jednak bez ruchu, jego oczy patrzą zimno, pewnie. Władca/władczyni kładzie nas na podłodze i zamierza się do ciosu.
   Wtedy zdaję sobie sprawę, że jego/jej moc nic tu nie znaczy. Strażnik jest ważniejszy. Kiedy władca/władczyni uderza strażnika pięścią w pierś, cała moc wraca i władca/władczyni znika.
   Budzę się.

***

   Jeden z tych mocnych, realistycznych snów, które zwykle zapisuję. Obudziłem się w nocy i nagrałem na komórkę, żeby nie zapomnieć. 

***

   A w rzeczywistości jest w porządku. Wczoraj długi dzień w pracy, ale w dobrym nastroju. Dziś przyjeżdża w gości Aga z córką, zostają do soboty. Jutro przyjęcie pożegnalne dla Katii, będzie też Petia. No a później weekend i jeszcze tylko tydzień do urlopu!

No comments:

Post a Comment