Wednesday, 21 December 2016

Prawda i piękno


 W radiu Zet chilli, relaksująca muzyka elektroniczna. Gadanie ograniczone do minimum, więc to moja ulubiona stacja na ten moment. Za oknem szum wiatru, albo to samolot. Choinka grzeje pomarańczowym światłem. Ale nie potrafię złapać nastroju. Może to przez lekkie przeziębienie, które dopadło mnie równocześnie z rozpoczęciem urlopu świątecznego. Taki nasz los, los prekariuszy. Płacone mamy za godzinę, świadczenia nas nie dotyczą, więc żeby przetrwać, chorobę zostawiamy sobie na weekendy i urlopy. Ale nie chce mi się w sumie o tym pisać.
   Kontynuuję lekturę Erich Maria Remarque. Po Łuku Triumfalnym, o którym już tutaj pisałem, wziąłem się za Czarny Obelisk. Zmagałem się trochę z tą książką. Ogólnie narracja w czasie teraźniejszym nie współgra ze mną dobrze, ale to nawet nie to. Autor bardzo skupił się na brzydocie, trywialności i głupocie ludzi. Piękno i niewinność bohatera trzeba było wyłuskać spomiędzy tego łajna. Ale w miarę czytania widziałem tego piękna coraz więcej. Tak już mam: w sztuce szukam nie tylko prawdy, ale i piękna. Jeżeli jest tylko jedno z tych dwóch, to nie wpuszczam do środka. Piękno bez prawdy jest głupie i nudne. A prawda bez piękna jest męcząca i bolesna. 
   Po skończeniu Czarnego Obeliska od razu zacząłem Trzech Towarzyszy. Tutaj natychmiast wpadłem w kilmat. Przyjaźń i miłość jest tu opisana lekko, mądrze i w zdrowej proporcji smutku i radości. Nie doszedłem jeszcze nawet do połowy, czeka mnie pewnie jakaś tragedia, ale przecież nie mogę przestać teraz, kiedy wszystko idzie dobrze.
   Od jakiegoś czasu unikam polityki, ale jest to coraz trudniejsze. Na początku jeszcze ukrywałem na facebooku te profile, które zalewały wiadomościami i dyskusjami, ale teraz to musiałbym prawie wszystkich odfollowować. To już praktycznie wojna domowa. Głównym powodem mojego odcięcia jest to, że informacje o tych ludziach budzą we mnie nienawiść. Myśląc o tym, czy tamtym polityku, czuję gnijące pulsowanie w sercu i łapię się na tym, że lałbym ich z mroczną przyjemnością po gębach. A czasami życzę im śmierci. Za puszczę, arogancję, głupotę, fanatyzm, manipulatorstwo, prostactwo, agresję, despotyzm, etc. Niezby to przyjemne uczucie. Zastanawiam się, czy jest we mnie coś, co mogłoby to przezwyciężyć i zamienić negatywne emocje na współczucie. Żebym mógł popatrzeć na prezesa, czy niektórych z jego ministrów i poczuć żal w sercu, "ale biedny człowiek!". Ale na razie nie potrafię, więc unikam.
   Pierwszy dzień urlopu przeleciał raczej bezczynnie, chyba nawet nudno. Ćwiczyłem na ukulele kawałek Nohavicy (Jine to nebude), oglądałem Friendsów, jadłem kiełbaski sojowe i domowej roboty lody malinowe, a na zewnątrz nawet nie wyszedłem, choć pewnie spacer po parku dobrze by mi zrobił. Jutro się postaram. Idę na pocztę odebrać paczkę z Polski, zrobić małe zakupy w Tesco, a później poszwendam się po Battersea Park.
   Już wieczór. Wracam do lektury Trzech Towarzyszy. Dobrej nocy.

   PS. Wczoraj miałem doświadczenie zderzenia się literatury i rzeczywistości. W Łuku Triumfalnym, Remarque opisywał Calvados. Mocny, leżakowany alkohol pędzony z jabłek. W jego książce jest to trunek niebiańskich rozkoszy, słodki, tajemniczy, kochankowie piją go z rozmarzeniem na co drugiej stronie powieści. Wczoraj odwiedziłem kilka sklepów z trunkami, aż wreszcie w jednym z nich, eleganckiej winiarni, właściciel wygrzebał zakurzoną butelkę Calvadosu! 
   - Nikt nie kupił tego od lat - powiedział.
   - W pewnej książce pisarz... Zresztą nieważne. Ile butelka? - spytałem z obawą.
   - Hmm, normalnie pięćdziesiąt... To dobry gatunek. Ale wie pan co? Sprzedam panu za trzydzieści. Pewnie i tak leżałoby to tutaj do Bóg wie kiedy.
   W domu z błogim oczekiwaniem nalałem do kryształowej, wypełnionej lodem szklanki bursztynowego płynu. Zamoczyłem wargi... I skrzywiłem się ze wstrętem. To była jakaś masakra. Jak whiskey z silnym aromatem dębu plus posmak jabłek. A whiskey nie lubię, więc pech. 
   Żałowałem, że skonfrontowałem wizję z rzeczywistością. Mogłem sobie marzyć o niebiańskim, tajemniczym Calvadosie. Może czasami lepiej zostawić marzenia w świecie idei?


Friday, 16 December 2016

Przedświątecznie 2

























   Kupiłem choinkę i ubrałem ją przy kolędach Golców. Jodełka-brzydula z przeceny, nikt jej widać nie chciał. A teraz upijam się, żeby przygasić chandrę choć trochę. Na chandrę najlepsze Calle 13:)

Przedświątecznie

 
















   Obserwacja nowej sytuacji (choć ponad dwa lata, to nie tak znów nowa), w związku ze świętami.
   Co roku na święta ze wszystkich bombek wybieraliśmy z Tanią ozdóbkę roku. Ta jedyna, charakterystyczna, związana z jakimś wspomnieniem, trafiała do specjalnego pudełka, gdzie zbierali się coroczni zwycięzcy. Kochałem to pudełeczko. Tania się tym głównie zajmowała. Podobnie jak ubieraniem choinki. Ja co roku leżałem rozmarzony na podłodze, albo wersalce, i obserwowałem jej każdy ruch, kiedy umieszczala na drzewku światełka, łańcuchy, bombki. To były jedne z moich najukochańszych momentów.
   To pudełko ciągle gdzieś jest w domu, ale nie odważyłbym się do niego zajrzeć. Podobnie jak do starych albumów że zdjęciami. Dziwne jak przygnębiające mogą być pamiątki szczęścia.
   Jestem człowiekiem bez przeszłości. Musiałem ją wyrzucić, żeby nie zwariować. Co do przyszłości, to też średnio. Nie uważam nic za warte zatrzymania, celebrowania, rozwijania. Jest to całkowite przeciwieństwo tego, jak żyłem przed rozstaniem z Tanią. Wtedy każdą chwilę starałem się zatrzymać, uwiecznić, sfotografować, opisać, żeby nigdy nie zniknęła. Teraz żyję z dnia na dzień, wieczorem umierając, rano rodząc się na nowo. Jedyne, co łączy te dni, to ćmiące, zawsze obecne, nieprzyjemne uczucie, że wszystko poszło źle i że życie wypadło ze swoich torów.
   W miarę dobrze udaje mi się funkcjonować. Chodzę do pracy, rozmawiam z ludźmi, chodzę na spacery, żartuję, piję trochę powyżej średniej, ale bez przesady. Ale tak naprawdę to jest to tylko imitacja. Pozbawiony jestem dwóch najważniejszych rzeczy: miłości i nadzieji.
   Ale się przedświąteczny post napisał, cymez;)
   Najsmutniejsze jest to, że nie napisałem go w jednym z ataków rozpaczy, ale zupełnie na trzeźwo.

   PS. Please, bez współczujących, inspirujących komentarzy, tylko mnie wkurzają:)

Monday, 12 December 2016

O egzystencjaliźmie, pełni i inspiracyjnych cytatach

 













   Wczoraj wieczorem, zmęczony współczesną, postmodernistyczną literaturą, postanowiłem wrócić do klasyki. Wziąłem się za "Łuk Triumfalny" Erich Maria Remarque. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, przeczytałem "Na Zachodzie bez zmian". Pamietam, jak głęboki wpływ miała na mnie ta książka. Chciałem spróbować odzyskać tamte uczucia i "Łuk Triumfalny" mnie nie rozczarował.
   Główna obserwacja: jak zmieniło się postrzeganie świata i psychiki ludzkiej. Obecnie cierpienie, egzystencjalny lęk, depresja, są czymś wstydliwym, z czym trzeba walczyć i leczyć się z tego. Facebook jest pełny "inspiracyjnych" cytatów o kochaniu siebie, miłości, szukaniu wewnętrznego szczęścia. Co samo w sobie nie jest złe, ale jest coś chorego w spłyceniu wszystkiego, w tej nachalności, chce się powiedzieć, w miłosnym faszyźmie szczęścia i radości. Każdy jest psychologiem i znawcą duszy. Jest ci źle? W takim razie robisz gdzieś błąd. Skupiasz się na negatywnych rzeczach, nie pozwalasz swojej duszy się wyleczyć. Niesmak pozostaje. Jak w "Donny Darko", kiedy Kitty, nauczycielka w stylu Pani Dulskiej, zmusza młodzież, żeby uprościli całą paletę ludzkich uczuć do linii: strach i miłość, a Donny próbuje wyjaśnić jej, że życie to coś więcej niż modna, newage'owska "psychologia, że paleta ludzkich emocji jest nieograniczona, o niebo bardziej złożona.
   Albo na innym poziomie przypomina się konflikt Greka Zorby i jego przyjaciela i szefa. Z jednej strony człowieczeństwo w całej pełni, z jego pięknem i wzniosłością, jak również brzydotą, zdradą, żądzą, z drugiej jałowa czystość Buddy.
   Wracając do książki Remarqua: tutaj cierpienie, egzystencjalizm są w pewnym sensie czymś pięknym. Człowiek z krwi i kości, Ravic, niemiecki uchodźca z nazistowskich Niemiec, mieszkający nielegalnie w Paryżu, jest zraniony, samotny, pozbawiony złudzeń. A jednak w swoim nihiliźmie nie przestaje być autentycznym człowiekiem. Jest wrażliwy na krzywdę i cierpienie innych. Choć zmęczony, znudzony, cyniczny, pomaga zagubionej, nieatrakcyjnej kobiecie (która później okazuje się jednak atrakcyjna;), kierowany poczuciem sprawiedliwości, rusza w nocy do domorosłej ginekolożki, pod której nożem giną dziewczyny, dokonujące aborcji i próbuje odzyskać pieniądze za zabieg, które mogłby pomóc jednej z ocalałych dziewczyn. Cierpi, kiedy musi ukrywać przed przyjaciółką, że ma ona raka w zaawansowanym stadium. Ravic czuje swój ból i tak samo, a może bardziej, ból innych. Dlatego pije: na każdej stronie książki wylewają się litry najróżniejszych alkoholi. Szuka zbawienia w alkoholu i choć tęskni za miłością, to nie jest w stanie otworzyć serca, broni się przed uczuciem, choć chce wierzyć, nie wierzy.
   Jestem w jakiejś jednej trzeciej książki i cieszę się, że jeszcze tyle zostało. Po "Łuku Triumfalnym" z pewnością wrócę do "Na Zachodzie bez zmian".

   A tak bardziej na osobistą nutę: źlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemiźlemi

Tuesday, 6 December 2016

Londyńskie epizody 2

   Ci którzy mnie znają, wiedzą, że rasizm jest dla mnie obcą i zupełnie irracjonalną formą postrzegania świata. Jednak po kilku latach mieszkania w Londynie doszedłem do pewnego wzniosku: jest jedno miejsce, w którym segregacja rasowa jest nie tylko dopuszczalna, ale potrzebna.
   Mam na myśli fryzjera.
   W Londynie do pewnego stopnia to działa. Są fryzjerzy murzyńscy, bo wiadomo: inny rodzaj włosów, biały fryzjer nie wiedziałby, jak się zabrać za te twarde kędziory. Później mamy fryzjerów perskich (wliczam w to również arabskich albo hinduskich). U takiego fryzjera można być pewnym, że każde posunięcie maszynki będzie przemyślane, a każda linia doskonała, geometryczna, nie ma tu miejsca na samotny, odstający włosek. Na koniec można oczekiwać porządnego woskowania albo żelowania. Są też fryzjerzy biali, Europejczycy z krwi i kości, do których jest mi najbliżej, bo lubię mieć włosy obcięte po swojemu, z lekkim nieładem i być może zaplanowaną, ale lubianą przeze mnie niedoskonałością.
   Najgorszym zakładem fryzjerskim jest jednak zakład mieszany. Jest to miejsce zdradliwe. Już wyjaśniam.
   Na początku nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Kilkakrotnie odwiedziłem zakład mieszany i akurat trafiłem na fryzjera perskiego. Pierwszy raz po prostu usiadłem i poprosiłem o skrócenie. Po kilku minutach chciałem płakać. Idealne linie i piękne wygolenie za uszami. Jakby tego było mało, młody fryzjer, patrząc łakomie na mój zarost, zapytał, czy chciałbym przyciąć i ufryzować brodę. Zerwałem się przerażony i stanowczo odmówiłem. Za drugim i trzecim razem (w innym zakładzie), kiedy trafiłem na fryzjera z Bliskiego Wschodu, poświęciłem kilka minut na wyjaśnienie: że lubię nieporządek, nie chcę podgalania, wyrównywania i świecowania. Najlepiej jeśli nie używałby maszynki, tylko machnął kilka razy nożyczkami (im bardziej tępymi, tym lepiej). Uprzejme potakiwania, wyraz zrozumienia na twarzy, a po chwili ta sama historia: doskonała, perska fryzura.
    Od tego czasu straumatyzowany i nauczony doświadczeniem, zanim wejdę do fryzjera, spędzam przed witryną kilka minut, obserwując etniczny skład pracowników. Dopiero, kiedy uznam sytuację za bezpieczną, wchodzę do środka.
   W sobotę postanowiłem ogarnąć trochę włosy. W Clapham Junction znalazłem miły zakład. Przez okno dostrzegłem trzy białe dziewczyny, zdaje się Polki i jednego bruneta, najpewniej Włocha. Uspokojony wszedłem do środka i zająłem miejsce na wygodnym fotelu.
   Wtedy z zaplecza, jakby czaił się tam właśnie na mnie, wyszedł czystej krwi perski fryzjer i skierował się w moją stronę. Zaschło mi w gardle. Popatrzyłem ukradkiem na drzwi, ale było już za późno na ucieczkę.
   - Jak strzyżemy? - zapytał fryzjer z szerokim, przyjaznym uśmiechem.
   - Eeee... Troszkę tylko. Wie pan... Lubię nieporządek na głowie... Nie musi być zbyt dokładnie... - wydukałem.
   Pan fryzjer pokiwał głową ze zrozumieniem.
   - Nie ma najmniejszego problemu.
   Po użyciu maszynki na pięciomilimetrowej nakładce i wygoleniu mi nad uszami dwucentymetrowego, perfekcyjnego szlaczka, zapytał z triumfującym uśmiechem:
   - Woskujemy?
   Machnąłem ręką:
   - A woskuj pan, kurwa, czemu nie.
   Tak więc przyznaję się. Jestem fryzjerskim rasistą.

Londyńskie epizody 1

   Londyn to miasto cywilizowane. Dwupiętrowe autobusy, wegetariańskie restauracje, przytulne puby, joggersi, uśmiechnięci policjanci, uprzejmość, tolerancja.
   Ale pod warstwą cywilizacji czai się, jak w każdym z nas, atawistyczny zwierz.
   Dziś w Sheperd's Bush, w drodze z pracy, przechodziłem na światłach przez ulicę. Gęste, popołudniowe korki, samochody próbują wywalczyć kilka metrów, przeciskając się w ostatniej chwili na żółtym, wszyscy spieszą sę do koloacji, prysznica, piwa i wieczornego serialu. 
   Jeden kierowca nie zdążył i utknął na przejściu dla pieszych. Zamiast siedzieć cicho i pokornie unikać potępiającego wzroku przechodniów, nieszczęśnik zatrąbił. 
   Rozpętało się piekło. Twarze zmęczonych po dniu pracy ludzi wykrzywiła niczym nieskażona nienawiść. Tłum zatrzymał się i zaczął okłądać pięściami i parasolami maskę samochodu. Podobnej sceny nie powstydziłaby się Kalkuta. Starszy pan w garniturze i z teczką, zaczął wściekle kopać boczne drzwiczki, dwie nastoletnie dziewczyny wskoczyły na maskę i wyszczerzyły wilcze zęby, korpulentna pani z siatkami zakupów rozbiła lewe światło puszką zielonego groszku. 
   Po dziesięciu sekundach było po wszystkim. Tłum ucichnął i spokojnie ruszył dalej.

Saturday, 3 December 2016

Salam Alejkum. Boginie i bogowie - sny

   Miałem dwa mocne, pełnometrażowe sny. Tak jak lubię.



   Salam Alejkum

   Zakochałem się w młodej muzułmance. Znam ją na jawie, pracujemy razem, słodkie dziewczę:) No więc we śnie podszedłem do niej i wyznałem miłość. Maryam (tak się nazywała), oblała się rumieńcem.
   - Nie wypada się tak zachowywać. To haram (grzech) - I uciekła.
   Z czasem jednak zaczęliśmy się spotykać w tajemnicy. Nic zdrożnego: tylko trzymaliśmy się za rękę i woziłem ją moim motocyklem (!). Któregoś dnia zagapiliśmy się i zrobiło się późno. Wiedzieliśmy, że Maryam nie da rady zataić dłużej przed rodzicami, że się z kimś widuje. Zmartwiony zawiozłem ją do domu.
   Przez kilka dni się nie widzieliśmy. We śnie zobaczyłem scenę z jej punktu widzenia. Jej brodaty, rozgniewany ojciec chodził w tę i  z powrotem po pokoju, mamrocząc do siebie arabskie przekleństwa. Maryam siedziała z opuszczoną głową przy stole. Wreszcie ojciec zatrzymał się i  spojrzał na dziewczynę.
   - Moja córka nigdy nie poślubi ateisty! - krzyknął.
   - On nie jest ateistą - odpowiedziała. - Wierzy w Boga, modli się.
   - Uznaje proroka? - przerwał jej ojciec.
   Maryam zamilkła i opuściła głowę.
   - A może złamałaś śluby czystości?!
   Maryam zaczerwieniła się mocno.
   - Nie! Nigdy!
   - Chociaż tyle dobrze. W takim razie znajdziemy ci dobrego męża i to już.
   Znów mój punkt widzenia. Maryam przesłała mi smsa, w którym opisała, co się dzieje. Załamałem się. Ale po chwili wiedziałem, co muszę zrobić.
   Ubrałem się w garnitur i pojechałem motocyklem do rodzinnego domu  Maryam. Drzwi otworzył jej ojciec. Popatrzył na mnie z niechęcią, ale wpuścił mnie do środka.
   - Dear sir - zacząłem od razu. - Wiem, że ma pan wątpliwości, co do mnie i je rozumiem. Ale musi pan wiedzieć, że kocham pańską córkę z całego serca. Byłbym dla niej dobrym mężem, byłaby szczęśliwa.
   - Nie o to chodzi - ojciec Maryam przerwał mi, ale zobaczyłem, że zmiękł. - Moja córka jest muzułmanką i ...
   - Właśnie o tym przyszedłem porozmawiać. Jestem gotów przyjąć Islam, żeby poślubić pańską córkę.
   Na te słowa wbiegła radośnie Maryam, która ukrywała się w pokoju obok. Popatrzyła na ojca z nadzieją.
   I dostaliśmy błogosławieństwa.





















   Boginie i bogowie

   Drugi sen był zupełnie inny, szalony i monumentalny.
   Odwiedzam znajomych na skłocie. To nie jest zwykły skłot. Ogromna fabryka skrzyżowana ze średniowiecznymi zamkami i ulicami. Wszystko rozpadające się, w ruinie; krzywe wieżyczki, ściany, kościoły. Przeraża mnie ta monumentalność i wrażenie rozkładu. Nie czuję się dobrze.
   Mieszka tam wiele grup skłotersów. Niektórzy to hipisi, inni to punkowcy, albo pijacy, narkomani. Emanują lenistwem, frustracją i samouwielbieniem.
   Rozmawiam z kilkoma. Okazuje się, że skłot jest do likwidacji. Teren wykupił developer i niedługo mają zrównać wszystko z ziemią.
   Kiedy rozmawiamy, nagle czuję drżenie gruntu. Moi znajomi wpadają w panikę. Widzę, jak zapadają się budynki w oddali, odcinając nam drogę ucieczki. Wszyscy rozsypują się w panice. Biegnę za kimś, kto wydaje się znać drogę. Uciekamy, a budynki wokół nas rozpadają się w pył i błoto. Cudem unikam śmierci.
   Zaczynamy się wspinać po kupie gruzu. Jesteśmy coraz wyżej. Z wysoka mogę widzieć aż po horyzont. Wszystko staje się poruszającą się, brązową masą ziemi i cegieł. Wiem, że już nie ma ucieczki. Osoba, za którą biegnę nagle znika za futrynami bez drzwi. Rzucam się za nią.
   I nagle wszystko cichnie. Patrzę ze zdziwieniem.
   Stoję na podwórzu miłego pałacu z białego kamienia. Dookoła misternie rzeźbione ławki, stoliki, zieleń. Podchodzę do krawędzi dachu (podwórze znajduje się na dachu) i spoglądam w dół. Zapiera mi dech w piersiach.
   Budynek, w którym jestem znajduje się na szczycie niebosiężnej góry. Chmury przesuwają się poniżej. Spomiędzy nich widać jeziorka, wzgórza, prostokąciki budynków. Gdzie jestem?
   Słyszę jakieś głosy. Chowam się za załomem muru. Na placu zjawiają się olśniewające postacie. Mężczyźni i kobiety. Każda ma około czterech, pięciu metrów. Są cudownie piękni, szlachetni, ich twarze promieniują siłą, mądrością i boskim poczuciem humoru:) Ubrani są w stroje osiemnastowiecznej Francji.
   Nagle dostrzegam skłotersa, który zjawił się tutaj przede mną. Jego twarz wykrzywiona jest nienawiścią. Trzyma w ręce włócznię. Chcę go powstrzymać, ale za późno. Rzuca włócznią, która zbliża się do jednej z pięknych kobiet. Z gardła wydziera mi się krzyk. Nie chcę, żeby coś jej się stało.
   Kobieta odwraca się. Czas zwalnia. Kobieta patrzy ze zdziwieniem na zbliżający się pocisk. Jej towarzysze też się odwracają. Kobieta robi ręką znak w powietrzu. Włócznia nagle rozbłyska światłem, rośnie i zawraca, zamieniając się w ognistą linę. Lina uderza w skłotersa, paląc go żywcem.
   Wszyscy się śmieją, a ja stoję oniemiały. Podchodzą do mnie. Kobieta, czy raczej bogini, pochyla się nade mną i patrzy przychylnie.
   - Oh, kochaniutki, czy ty nie próbowałeś właśnie ocalić mi życia? - pyta.
   Jej towarzysze śmieją się znowu, tym razem z sympatyczną drwiną.
   - Mam wrażenie, że nie musiałem - odpowiadam.
   - Ależ wręcz przeciwnie - protestuje bogini. - Gdybyś tego nie zrobił, nie wiedziałabym, że mam tak odważnego wielbiciela.
   - A poza tym musielibyśmy cię zrzucić ze skały - dodaje jeden z jej towarzyszy i znów wszyscy wybuchają śmiechem.
   Wcale się nie boję. Prawdę mówiąc czuję się tam cudownie. Niezwykłość sytuacji, piękno tego miejsca, oraz nastrój bogów i bogiń bardzo mi odpowiada. Delektuję się wrażeniem, że otaczają mnie istoty, które są mądrzejsze i potężniejsze niż ja. Czuję, że w ich towarzystwie mogę być sobą, że nie czeka mnie już ani nuda ani rozczarowanie trywialnością i głupotą ludzi. Wiem, że zaczęła się dla mnie nowa, niesamowita przygoda.

Koniec snu
 

Friday, 2 December 2016

Krótkie 01

   Plan na weekend:
   Dziś po pracy: mega sprzątanie, mopowanie, wypranie (wreszcie) pościeli, na kolacje kotlety sojowe z pure ziemniaczanym oraz kilka odcinków Friendsów przy butelce wina.
   Jutro: zakupy w lidlu i tourne po ciucholandach w poszukiwaniu ciepłych swetrów, kalesonów i rękawiczek.
   Niedziela: ?

Tuesday, 29 November 2016

Krótkie 666

   Jeden z tych dni. Wrażenie zmarnowanej szansy, straty, tęsknoty, bezsensu, samotności. Obejrzałem ostatni odcinek Walking Dead, ale serial nie pozwolił się wyłączyć, dopiero książka trochę uspokoiła. Ciągle czytam Cobena. Facet ma spory dorobek, starczy na długo.
   Kiedy wynajdę maszynę czasu, wszystko naprawię. Wymażę błędy, przywołam uśmiech na twarzy, z której go brutalnie starłem, nie pozwolę, żeby zgniłe pnie zawaliły ścieżkę, powstrzymam swoją rękę przed zatruciem rzeki, nie rozgniewam starożytnych bogów, naniosę drewna do kominka i tym razem ogień nie zgaśnie i krasnale nie zamarzną na śmierć w swoich puchowych pierzynach, zabiję złą Czarownicą, a Jaś i Małgosia znajdą drogę do domu.
   Tęsknię za utraconym rajem.

 

Upadate z następnego dnia: uff, weltschmerz zelżał...

Monday, 28 November 2016

Siódme niebo


























SIÓDME NIEBO
Mistrz Il de Fons

Zima była, gdy wysiadłem z autobusu
i rzuciłem się w twoje ramiona,
i twych włosów, twych wieczornych włosów
ogarnęła mnie woń niezmierzona.

Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką,
potem odszedł i wplątał się w drzewo.
Pierścień nocy nad nami się zamknął
i zaczęło się siódme niebo.

1945

Sunday, 27 November 2016

Chichoty wszechświata

 
















   Weekend przeminął jak zwykle niepostrzeżenie. W sobotę leczyłem kaca po piątku; po pracy spotkaliśmy się z Fernandą i ludźmi z poprzedniej pracy w Tigerze w Camberwell. Z Fernandą świetnie, a z innymi ludźmi ok:) Po prostu nie jarzą tych samych tematów, co ja, czuję się jak na innej planecie. O północy lekko zawiany pomknąłem na rowerze do domu, jakieś pięć mil, bez większych problemów.
   W sobotę, czyli wczoraj, jak już mówiłem, lekki kac, podleczyłem go winem. Wieczorem postanowiłem wreszcie przeinstalować system, bo laptop już się poruszał jak babcia z Alzheimerem. Zeszło mi do trzeciej rano, bo oczywiście nic nie szło, jak powinno. Sterowniki, które kiedyś działały, tym razem nie mogły zaskoczyć, a programy nie chciały łyknąć cracka. Nieważne, dziś już chodzi jak złoto (zważywszy, że to dziewięcioletni weteran).
   Nad ranem wzięła mnie zazdrość, bo Petra poszła w Czechach na dyskotekę z koleżankami i już wyobrażałem sobie spocone cielska jędrnych chłopaków, starające się przycisnąć ją do ściany, obłapić, wykorzystać, zbrukać, obślinić, wymacać. Zabawna sprawa taka zazdrość. Nie wiem, czy to biologiczna sprawa, czy jakiś dziwny mentalny konstrukt. Wreszcie zasnąłem koło czwartej, przewracając się z boku na bok, dręczony wizjami.
   Dziś dwie godzinki na grze w pokera, przegrałem piętnaście funtów. Jestem prawie jak Dostojewski z tym nałogiem. Kiedyś wygram. A póki co, zostałem bez kasy na jedzenie do końca tygodnia, dobrze, że są obiady w stołówce szkolnej, no i jeszcze mam zgrzewkę fasolki w sosie pomidorowym i pół bochenka czerstwego chleba. Ale jakoś nie martwię się niczym dzisiaj.
   A nawet więcej: mam odczucie spokoju, przymrużenia oka, zabawy, mistycyzmu. Jak bycie tuż obok cienkiej ściany, samemu, prawie słysząc dobiegające zza niej sympatyczne chichoty wszechświata.

PS. A zdjęcie pstryknąłem w zeszłym tygodniu z roweru w drodze do pracy, koło ósmej rano. Rzadko takie fajne zdjęcia mi wychodzą. ustawiłem nawet na fejsie jako cover picture.

Wednesday, 23 November 2016

Krótkie 3999


























   Nie mam instagrama więc tu wrzucę (taki żart, typu suchar). Po pracy nie chciało mi się gotować, więc wyskoczyłem do wegetariańskiego bufetu chińskiego. Żarłem w takich ilościach (jak zwykle), że kelnerki zaczęły wyglądać na wystraszone;)

Tuesday, 22 November 2016

Ogólnie jest w porządku - lista

   1. Ostatniej nocy sen o locie w rozklekotanej lotniczej taksówce (przypominającej komunistyczny autobus ze skrzydłami) nad oceanem w towarzystwie pterodaktyla. Piękne to wszystko było, majestatyczne, oczy syciły się pięknem, a serce wolnością. W tym samym śnie, trochę później fruwałem w nocy nad rzeką koło domu.
   2. Wieczorem długi, wymykający się spod kontroli czat na fejsie z koleżanką, który poprawił mi humor.
   3. Dziś rano małe okienko między deszczami, więc ryzykuję i jadę na rowerze. Wyjazd za dziesięć minut.
   4. W autobusie w drodze z pracy postanowiłem posłuchać radia. Na BBC4 leciała audycja "Beyond Belief". Chrześcijanin, Judaista i Hinduistka (Wajsznawi) rozmawiali o idei oblicza Boga. Odleciałem. Rozmówcy okazywali sobie ogromny szacunek, rozmawiali z humorem, zamiast szukać różnic, szukali podobieństw i doceniali aspekty religii rozmówców, z którymi nie w pełni się zgadzali. W międzyczasie odwoływali się do literatury, sztuki, filozofii, historii. Tak wygląda debata na poziomie. Czasami dochodzi do mnie, jak się cieszę z życia w cywilizowanym kraju.
   5. Ogólnie jest w porządku.

Saturday, 19 November 2016

Chile, biegun południowy i dziewczynka w śpiączce - sen



























   Ostatniej nocy nieźle pojechałem we śnie. Mógłby być niezły film, albo książka.

   Akcja rozpoczyna się w Chile w niedalekiej przyszłości. Świat ogarnia niezrozumiała histeria. Zamieszki, wojny, rozwijają się dziwne sekty. Na południu Chile w jednej z grup religijnych matka trójki dziewczynek ćwiczy z nimi długie przebywanie w lodowatej wodzie, wierząc, że osiągną w ten sposób zbawienie, przechodząc do równoległego świata. W czasie jednej z tych prób matka tonie. Dziewczynki ocalały, ale jedna  znich wpada w śpiączkę. Kontaktuje się z nimi daleki krewny ze Stanów, który ma się nimi zająć. Tak naprawdę to milioner uważający, że w wierzeniach matki tych dziewczynek było coś więcej niż szaleństwo.
   Dziewczynki czekają na lotnisku w Chile w prywatnym samolocie. Ta w śpiączce ma zapewnioną profesjonalną opiekę medyczną. Mają już startować, ale nagle kapitan umiera na serce. To trucizna. Zjawiają się czarno ubrani ludzie, porywają dziewczynki.
   Kolejna scena na biegunie południowym. Chilijska wyprawa archeologów odkrywa doskonale zachowane miasto wśród lodu. To dziwne miejsce, niepodobne do niczego, co stworzył człowiek. Bania wskazują, że miasto ma miliony lat. To odkrycie może unieważnić całą dotychczasową naukę. Ekspedycja próbuje połączyć się radiowo z kontynentem, ale coś zakłóca łączność. Nagle zjawiają się postacie na czarno i jednego po drugim rozstrzeliwują archeologów. Zabójcy pracują dla tego samego tajemniczego człowieka, który zabił kapitana samolotu i porwał dziewczynki.
   Następne ujęcie jest w mieście wśród lodu. Tylko że tym razem miasto jest zamieszkałe. Ludzie, którzy tam żyją, choć fizycznie nam podobni, są zupełnie inni. Całe spłeczeństwo ma rozwinięte zdolności parapsychiczne, są w stanie poruszać się między wymiarami, zaginać przestrzeń, a przede wszystkim są zupełnie nieludzcy, ich emocje nie mają nic wspólnego z emocjami ludzi współczesnych. Są bardziej obcy, niż mogliby być mieszkańcy innej planety.
   W mieście panuje wzburzenie: pojawił się gość z innego wymiaru i innego czasu: dziewczynka (ta która jest w śpiączce). To zetknięcie obydwu światów grozi czymś niewyobrażalnie złym.

   Koniec.

   Tylko, ze to nie mógłby być film hollywoodzki. Widzę Jodorowskiego.

Friday, 18 November 2016

Wstydliwe radości:)

   Możecie mnie osądzać, ale bardzo lubię Major Lazer:) Niewielki joint, szklanka wina, słuchawki i można lecieć...


Tuesday, 15 November 2016

Krótkie 8

   Dobrze, że są Friendsi. Półleżę w łóżku, wciągam spagetti, oglądam i śmieję się do łez:)

Krótkie 36

   Paskudne wczoraj, paskudna noc i paskudny ranek. To chyba będzie jeden z "tych" tygodni. Cały dzień czułem się off. Wieczorem poszperałem za grupami wsparcia dla rozwodników. Jest kilka spotkań w weekend, zastanowię się. Później na jednej stronie, którą omylnie wziąłem za stronę terapeutyczną, a okazała się spędem zdradzonych partnerów, zostałem zlinczowany przez jakieś dwieście osób z całego świata. Zająłem wiekopomne miejsce obok Teda Bundy'ego, Adolfa Hitlera i chłopaka z sąsiedztwa, który zamęczył szczeniaka. Niezapomniane wrażenie.

Sunday, 13 November 2016

Balladka Miłosna



   Niedzielna balladka miłosna. Jest nawet namiętna przemowa po hiszpańsku;) Dobrej nocy.

Stuletnia

Pod księżycem nad rzeką idziemy,
mamy sto lat i trzymam cię za rękę,
myślę, że to sen.

Z gwiazd utkałaś nam ciepłe papucie,
ja wyszyłem na nich nuty,
nikt nie nuci ich jak ty.

Szum wody nam drogę wskazuje,
stuletnie oczy już słabe,
księżyc z czułością spogląda,
do twarzy ci w zmarszczkach, mon amour.

Choć nogę za nogą wleczemy,
już wkrótce polecisz do nieba,
mój plecak z milionem wspomnień,
jak balon uniesie nas do gwiazd.

Friday, 11 November 2016

Fuck it:)

   


   Wreszcie weekend. Najebałem się winem. Niby w samotności, ale postanowiłem napisać do moich znajomych, którzy zwykle są w tle i w sumie teraz nie czuję się sam. Roman Kurkiewicz mi napisał miłe słowa, zainspirował mnie do dalszej twórczości:

"zadbaj o siebie, trzymaj sie, super te piosenki, wracam z radością  a przy tej afgańskiej zawsze płaczę ( ale tylko jak sam jade i śpiewam na głos)..."

"mialem już dawno do Ciebie napisać, bo przeżylem piękną podróż latem w Bieszczady z twoją muzyką, przez rok nie mieliśmy auta i mogłem wreszcie się sam wypuścić w podróż, to bylo naprawdę niezwykłe, płytę podarowałem moje  starszej córce, która też ja strasznie polubiła"

   Romana pokochałem znienacka. Pewnego razu, kilka lat temu, po powrocie z UK kupiłem Przekrój. Ot tak sobie, jako czytadło dworcowe. Nie mogłem uwierzyć, że to jest gazeta mainstreamowa. Czystość, idealizm, wolność, spójność, apolityczność. Okazało się, że Roman został redaktorem i zrobił prawdziwą lewicową gazetę. Później go wyprosili, wiadomo, Polska:) Ale szacun mi pozostał. Tym bardziej doceniam jego docenienie mojej muzyki.

   A ponieważ wino się skończyło, przerzuciłem się na cydra i słucham innego z moich mistrzów. Gogol Bordello!



Thursday, 10 November 2016

Dobry dzień



   Dobry dzień, choć z pracy przyjechałem wyjebany. Dziś mieliśmy dwugodzinne zebranie po godzinach, tak że w domu byłem później. Dyskutowaliśmy o targetach (celach?) edukacyjnych uczniów w naszej klasie na ten rok. Ale ogólnie spoko, nastrój fajny, lekko łotrzykowski. Myślę, że miała na to wpływ wczorajsza lektura. Trafiłem na takich dwóch gości, którzy prowadzą porady randkowe (co mówić, a czego broń boże nie, jak się zachowywać przy kobietach, itd). Pośmiałem się trochę wieczorem z ich porad, a dziś postanowiłem wypróbować kilka trików na koleżankach w pracy i śmiałem się (w duchu) jeszcze bardziej, bo działały. Paradoksalnie, kilkanaście lat małżeństwa sprawiło, że kobieca psychika jest dla mnie tajemnicą;).
   Doszedł mój nowy e-papieros, zwany w  kręgach hipsterskich Vapem, tak że delektuję się kłębami pary o smaku marakuji. Dzięki Bogu, bo ostatni tydzień byłem na fajkach i nie mogłem tego smrodu znieść.

Tuesday, 8 November 2016

Między światami - sen




























   Ostatniej nocy miałem sen. Mistyczny, interesujący, ale umknął mi tak bardzo, że zostały tylko skrawki.
   Spaceruję nocą przez moją wieś. Za jej granicą jest jeszcze jedna miejscowość, do której wracam czasami w snach, która tak naprawdę nie istnieje, w rzeczywistości jest tam tylko las. No więc idę w świetle księżyca. Czasem idę, a czasami lekko unoszę się nad mokrym asfaltem. I myślę sobie, że to przecież takie łatwe, tak sobie lewitować. Wystarczy tylko spaść i nie trafić w ziemię. Muszę to robić częściej. Czasami przechodzę przez podwórka żydowskich kamienic, zaglądam do mieszkań przez okna ciemne, albo rozświetlone lampką nocną, delektuję się nocną ciszą, spokojem, wolnością, mocą. mam wrażenie, jakby napełniał mnie blask księżyca, dzięki któremu mogę fruwać, pływać w rzece w środku zimy i rozumieć tajemnice. Teraz wszystko rozumiem lepiej, jakby to ten sen był rzeczywistością, a stan jawy dziwnym, chaotycznym snem. Kocham to tak bardzo, że z rozkoszy aż drży mi serce.
   Na jednym z podwórek dostrzegam młodą dziewczynę na huśtawce. Kiwa mi z lekką nieufnością i nastoletnią arogancją, ale czuję w niej dobrą duszę. Uśmiecham się i zapraszam ją na spacer. Z lekkim wahaniem podchodzi do mnie i pyta:
   - Gdzie idziemy?
   Pokazuję ręką.
   - Tam, pokażę ci mój świat.
    Patrzy zdziwiona.
   - Ale przecież tam nic nie ma, tylko las.
    Uśmiecham się szerzej.
   - To samo myślą ludzie z mojego świata o twoim.
   - Tam naprawdę coś jest? - pyta.
   Chwytam ją za rękę.
   - Pokażę ci.
   Unosimy się w powietrze i w srebrzystym blasku płyniemy pomiędzy świerkami, kamienicami i starymi psimi budami.

***

   Uwielbiam ten sen, chciałbym móc tam wracać co noc.

Saturday, 5 November 2016

The Fool

 

























     Kolejny weekend na nowej, "kawalerskiej" drodze życia. Postanowiłem zrobić wycieczkę w dawne nastroje i ściągnąłem na kindla wszystko, co mogłem znaleźć, napisane przez Dostojewskiego. Kochałem go kiedyś na zabój, ale później odkryłem Tołstoja, który Dostojewskiego nie cierpiał. Idee Tołstoja - wolność, odrzucenie zorganizowanej religii, anarchizm były mi o wiele bliższe od monarchizmu i centralizmu Dostojewskiego, więc z ideologicznym zacięciem odrzuciłem go daleko. Ostatnio jednak przypomniałem sobie, jak głęboko przeżywałem kiedyś idealizm i indywidualizm Dostojewskiego, jego cierpienie, chorobę, długi i zupełne oddanie żonie, no i postanowiłem zanurzyć się znów w tej rzece. Zaczynam od "Białych Nocy", kiedyś mojego ulubionego opowiadania. Zobaczymy, jak wejdzie:)
   Dziś zrobiłem porządek w domu. Zapuściłem mieszkanie przez ostatnie tygodnie. W końcu nie mogłem już znieść farfocli z kurzu o rozmiarze myszy, zacieków pod prysznicem i pleśni na parapecie. Przez dwie godziny oddałem się z zapałem zamiataniu, ścieraniu, praniu, a na koniec ugotowałem ziemniaczaną tortillę z fasolką na ostro. Do tego kupiłem butelkę białego, francuskiego wina za ostatnie pieniądze. Wypłata dopiero w piątek. Jakoś spróbuję przetrwać na pracowniczych obiadach i chlebie z humusem. Do piątku niedaleko.
    Słucham Chill Zet (Trójki już nie mogę, nie wiem, czy przez autosugestię, czy pecha przy wyborze audycji w ostatnich tygodniach, ale mam wrażenie, że robi się z tego kolejna pisowska gadzinówka). A na Chill Zet głównie relaksująca muzyka, prawie nie gadają i chwała Bogu. Nie chce mi się słuchać tych pierdół.
   Wczoraj z ciekawości poogladałem portale randkowe. Trochę mnie to zdołowało. Zabójcza ilość zwykłej głupoty. Wymalowane dzidzie z dziubkiem, ukrywające desperację i samotność za pozą żałosnej seksualności z odzysku, szukające "prawdziwej miłości". Żal mi się ich zrobiło, ale równocześnie poczułem niesmak. Skojarzyło mi się z zakupami w Lidlu.
   Kiedy wybrałem się do sklepu po wino i humus, przed budynkiem zobaczyłem dziewczynę w moim wieku (czyli w sumie dojrzałą kobietę;), stojącą w rozkroku na kontenerze na śmieci. Popatrzyła na mnie zmieszana.
   - Nie masz czegoś długiego? - zapytała ze wschodnim akcentem.
   Nie byłem pewny, czy zrozumiałem dobrze pytanie. Podszedłem bliżej.
   - Mogę jakoś pomóc?
   Pokazała bezradnie na kontener. Na dnie leżał pęk kluczy.
  Bez zastanowienie wskoczyłem do środka, tak że wystawały mi tylko nogi i wyciągnąłem klucze.
   - Jesteś moim bohaterem! - zawołała z wdzięcznością. Poczułem się wielki i doceniony. Pomachałem jej na pożegnanie i odszedłem. Całą drogę do sklepu wyobrażałem sobie płomienny romans z moją dojrzałą sąsiadką, zaczynający się od niewinnej kawy w jej kuchni, a kończący na ognistej orgii w mojej sypialni. Tak że moje życie towarzyskie kwitnie.
   Ostatni tydzień był ciężki emocjonalnie, ale czuję, że na teraz najcięższe chmury przepłynęły dalej. W radzeniu z sobą pomagają mi medytacje z moją nową talią Tarota. Buszując wśród archetypów, jestem w stanie postrzegać moje życie jako opowieść, wędrówkę Głupca, a nie bezsensowny galimatias nonsensownych zbiegów okoliczności.

Tuesday, 1 November 2016

Dwa sny i refleksja o poczekalni



























    Przysypiałem cały dzień w pracy. Nie wyspałem się za dobrze. W nocy miałem kilka bardzo realistycznych, mocnych snów. Po każdym się budziłem, rozemocjonowany i poruszony.
   W jednym byłem w więzieniu. Był to ogromny budynek, z jednym monumentalnym pomieszczeniem, jak w amerykańskich więzieniach. Dookoła dziedzińca, który był również brudnym basenem, wznosiły się kolejne poziomy zakratowanych pomieszczeń. Mieliśmy stosunkowo sporą wolność wewnątrz więzienia, strażnicy nie wtrącali się w nasze życie. Jedną z głównych rozrywek było pływanie i brodzenie w basenie. Woda była brudna, nieprzejrzysta, pełna starych mebli, śmieci, gazet. Nie było źle, ale któregoś dnia, zniknęło moje ukulele. Okazało się, że więźniowie zniszczyli go, a później się śmiali. Później atakowali mnie na każdym kroku. Nie wiedziałem dlaczego stałem się czarną owcą, czym się naraziłem, a nikt nie chciał mi powiedzieć. Bardzo bolało mnie to wykluczenie.
   W drugim śnie byłem w szkole, u siebie na wsi. Chodziłem do ósmej klasy, ale czułem się dorosłym. Nagle rozpoczął się jakiś kataklizm. Coś apokaliptycznego. nauczyciele kazali nam wracać do domów. pobiegłem do domu. Tam cała rodzina była już spakowana. Czekali na mnie, żeby się pożegnać. Nie widziałem w tym nic dziwnego. Byłem już dorosły, więc naturalne było, że musiałem sobie radzić sam. Podszedł do mnie ojciec i objął mnie mocno. "Kocham cię, Marcyś" powiedział. Przypomniałem sobie, że już nie żyje i ucieszyłem się bardzo, że mimo to, mogę go przytulić. Poczułem w sercu silną miłość do niego. "Wyjeżdżamy do Nowego Sącza" powiedział. "Nie możemy ci powiedzieć, dlaczego, ale kiedy wszystko się skończy, poszukaj nas tam".
  Później jeszcze miałem z dwa sny, ale zapomniałem.

* * *

   Ciągnie mnie, żeby coś porysować, ale zwykle jestem tak zmęczony po pracy, że nie mam siły. Zastanawiam się, czy się nie zmusić, ale boję się, że będę wtedy znów czuł się, jak w pracy.
   Chodzi mi po głowie seria własnych kart Tarota. Nazwałbym je "Stardust Tarot". Gwiazdy to znak szczególny moich ilustracji. Np. ten obrazek powyżej mógłby być "Kochankami" (Lovers). Tylko muszę wygrzebać motywację i energię. Naprawdę kiepsko z tym u mnie. Ciągle mam wrażenie, że na coś czekam, że zabijam czas, do momentu aż wreszcie stanie się "to coś". Nie mam pojęcia, co. Mam silne wrażenie prowizoryczności mojej teraźniejszości. I dlatego chyba ciżęko mi się zmobilizować do czegokolwiek. Kiedy czekamy na pociąg, to nie umeblowujemy poczekalni. Czytamy książkę, słuchamy muzyki, palimy papierosa, zabijamy jakoś czas, aż nadjedzie pociąg, i będziemy mogli wrócić do domu. Tak się czuję. Co jest trochę głupie, bo nie wydaje mi się, żebym miał jakiś dom. Żadne miejsce, ani teraz i żadna osoba, nie są moim domem.

   A może po prostu pozwolić sobie na to czekanie, nie obwiniać się bezczynnością, apatią, dać sobie spokój. Żyć tak jak teraz, z dnia na dzień: praca, później facebook, serial, książka, od czasu do czasu piwo ze znajomymi, i może faktycznie coś się stanie samo z siebie, kiedy przyjdzie właściwy czas?

Monday, 31 October 2016

Krótkie 4




















   Zima nadchodzi, ale okazało się, że glany spleśnialy. Londyńska atmosfera i mieszkanie w suterenie im nie służą. Dwadzieścia minut ze szczotką i wodą z mydłem, teraz suszymy.

Wednesday, 26 October 2016

Czo ta Polska

 

Czasami, kiedy myślę o Polsce, to dochodzi do mnie, że mi wstyd z to wszystko. I nie chce mi się tam nawet jechać. Ale wtedy puszczam sobie Koniec Świata i sobie przypominam, że przecież Polska to nie te "wyklęte" mordy, ale właśnie Koniec Świata, Grabaż, Kazik, Ferdydurke, Dąbrowszczacy, Lem, Starsi Panowie Dwaj, Cybulski, Mumio, Krawców Wierch i Tytus , Romek i A'Tomek.
   Wsiadłem na rower i poszybowałem w świetle latarni, samochodów i szyb do Battersea Park. Napiłem się, zapaliłem, ze słuchawkami w uszach, nie wypuszczanymi ani na chwilę, jak koło ratunkowe. "Bo wszystko, czego chcę, całe życie być przy tobie. Nie, nie zgaśnie nigdy ogien". Zrobiłem kółko omijając rozgniewaną kobietę z psem, jej krzyki nie przebiły się przez parasol, pojechałem dalej, wzdłuż Wisły, obserwując łodzie rzeczne i samochody po drugiej stronie.




























Moja ulica:)

Tuesday, 25 October 2016

Taki dzień...

   Dziś smutek. Wystarczyło małe wspomnienie z rana. Jak zaraz na początku całej tej burzy mówiła z przejęciem, że aby uratować nasz związek, musimy się w nim zanurzyć bez hamulców, skoczyć w niego, bez oglądania się przez ramię. A ja bez przekonania kiwałem głową. A maszyny czasu jeszcze kurwa nikt nie wynalazł...
   Usiadłem na łóżku, stopy dotknęły lodowatej podłogi, ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem. Tylko kilka łez. Nauczyłem się powstrzymywać ten klimat, zanim nie zamieni się w rzekę. Ale nastrój pozostał. Ubrałem się w byle co i bez entuzjazmu pobłąkałem się po Londynie. Wreszcie wróciłem do domu, przygnieciony poczuciem winy, straty i porzucenia. W żołądku twardy, zaciśnięty węzeł.
   Dziś już ze mnie nic nie będzie. Idę po wino.

Monday, 24 October 2016

Donald Trump i samotność na urlopie





















    1. Śnił mi sie Donald Trump. Spotkałem się z nim i kandydatem Demokratów, który zastąpił Hilary Clinton. Rozmowa była zrelaksowana, zabawna, mądra. Sprawiła mi dużo radości. Wreszcie nie wytrzymałem i spytałem Trumpa: "Jak to jest: wydajesz się zabawnym, mądrym gościem, twój przeciwnik zresztą też. Zaczynam myśleć, że wszyscy politycy są normalnymi ludźmi. Ale kiedy dochodzicie do władzy, to coś się z wami dzieje. Nie ma już znaczenie życie ludzkie, zaczynacie wojny, w których giną tysiące, głodzicie całe kraje, oszukujecie, kradniecie, niszczycie. O co chodzi?". Trump popatrzył na mnie uważnie, lekko się wahając. Wreszcie odpowiedział: "Widzisz, Marcin, taka jest po prostu natura władzy. To nie ludzie są źli, ale idea władzy. Władza jest jak trucizna. My, politycy, też jesteśmy jej niewolnikami." Tak, że sny mam ciągle anarchistyczne, tak trzymać.
   2. Kupiłem blender w Argosie (tylko dziesięć funa). Miałem całą torbę bananów ze skipowania, stwierdziłem i że będę sobie robił smoothie. Nie piję alkoholu już od ponad tygodnia (dziewięć dni), więc zastępuję upojne radości zwykłymi.
   3. Ćwiczyłem kilka godzin na ukulele i oglądałem Jamesa Bonda.
   4. Do południa powłóczyłem się rowerem po Londynie. To znaczy rano chciałem iść do lekarza, ale brakło miejsc, a że było wcześnie, stwierdziłem, ze nie muszę jeszcze wracać do domu. Jutro znów spróbuję załatwić wizytę. Od kilku miesięcy coś mnie pobolewa pod pachą. Lepiej to sprawdzić.
   5. Doskwiera mi samotność. Pogadałbym z kimś od serca, połaził po Londynie, szukając skarbów.

Sunday, 23 October 2016

Krótkie 2




















   Tydzień temu zrezygnowałem z alkoholu na czas nieokreślony, zostałem więc zmuszony do szukania wieczorami szczęścia i radości gdzieś indziej:)

Saturday, 22 October 2016

Pierwszy dzień urlopu

















     Urlop rozpoczęty. Rano wskoczyłem na rower i pojechałem na "polowanie". Piętnaście minut ode mnie znajduje się Covent Garden Market - ogromny kompleks hurtowni warzyw i owoców. Kiedyś, kiedy mieszkałem na skłocie, jeździliśmy tam po darmowe jedzenie. Pomyślałem, że spróbuję samemu. Obłowiłem się po uszy. Dookoła walały się stosy warzyw, owoców, ziół, grzybów. Czułem się, jakbym włamał się do banku. Nabrałem, ile dałem rady unieść i wróciłem do domu, gdzie umyłem, obkroiłem i posegregowałem zbiory. Planuję tam jeździć co sobotę.
   Ze zdobycznych warzyw zrobiłem guacamole, dołożyłem sałatę i ryż zawijany w liście winogron, i śniadanie wyszło jak złoto.
   Później pojechałem na przejażdżkę. Postanowiłem obskoczyć okoliczne ciucholandy. Potrzebuję butów, jakiegoś swetra, może kurtki. Znalazłem tylko fajną czapkę. Miałbym też świetne, mocne, skórzane buty, ale okazało się, że mieli tylko jeden. Trudno. W tym tygodniu wyskoczę jeszcze raz.
   Nie chciało mi się wracać, jesienna pogoda dopisywała, pojechałem więc do centrum. Zjadłem obiad w świątyni, posiedziałem, obserwując ludzi, a później na Soho Square paliłem e-papierosa i myślałem o tym, że nie będzie tak źle. Przyzwyczajam się do życia samemu.
   Tak, że ogólnie dzień był fajny. Dopiero na wieczór zepsułem sobie lekko humor (ale bez przesadyzmu:). Postanowiłem "przegrać" 10 funtów w pokera online. Gdybym tradycyjnie przegrał je w kilka minut, byłbym w miarę spokojny w swoim rozczarowaniu, ale szło mi świetnie. W pół godziny podwoiłem pieniądze, wyczułem falę i już mi się marzyła dodatkowa stówa na weekend. To mnie zgubiło. Przeszarżowałem i jednym strzałem straciłem wszystko. No ale adrenalina już ze mnie schodzi.
   Co jeszcze? Tydzień bez alkoholu. Bardzo dobrze się z tym czuję. Nie ciągnie mnie jakoś szczególnie. Sprawia mi przyjemność budzenie się bez kaca i utrzymywanie czystej świadomości. Myślę, że wyjazd Petry uwolnił mnie od dużej dawki stresu. Męczyłem się, tkwiąc w związku, który nie był dla mnie.
   To tyle. Jest stabilnie, w miarę spokojnie. Brakuje mi czegoś, to fakt, nie wiem, jakiejś mistyki, głębi, światełek choinkowych, zapachu lasu, ognia w kominku, dotyku miękkiej dłoni we włosach, rozmów o jakiejś książce. Ale to nie jest brak neurotyczny, męczący, ale raczej coś jak liryczna tęsknota.

PS. Ostatnio odwiedzam blogi starych znajomych i szukam nowych. Czuję otuchę, widząc, że są ludzie, którzy czują głęboko, potrafią o tym pisać. Te odwiedziny łagodzą uczucie odseparowania.





Thursday, 20 October 2016

Radość z wolności



 Miły dzień. W pracy czuję się już w miarę zintegrowany, co jest sukcesem, bo społeczna strona miejsca pracy jest dla mnie najtrudniejsza. Czuję się z ludźmi w klasie w miarę swobodnie, nie wyczuwam tarć. Mam w klasie Greczynkę, Kurdyjkę, Amerykankę i Somalijkę. Fajna mieszanka. Najlepiej chyba dogaduję się z Ayan - Somalijką. Miła, mądra dziewczyna. W ogóle w szkole po Anglikach najwięcej chyba Somalijczyków. Sympatyczna nacja. Bardzo oddani tradycji i swojej kulturze, ale równocześnie bardzo uprzejmi i przyjaźni wobec innych. Poczucie humoru też świetne. A tak w temacie, to wydaje mi się, że jedna dziewczyna z agencji, też z Somalii, się chyba we mnie trochę zadurzyła:) Bardzo młoda, nie więcej niż dwadzieścia lat, ładna, skromna. Wodzi za mną oczami, zagaduje, wyraźnie szuka mojego towarzystwa. Miło wiedzieć, że mogę podobać się młodej, ładnej dziewczynie. Podnosi mnie na duchu jej niewinna adoracja. Ale trzymam przyjazny dystans.
   W drodze z pracy, lawirując rowerem pomiędzy samochodami utkniętymi w korku, czułem przyjemną lekkość. Myślę, że to radość z wolności.

A tutaj somalijski hicior, w ramach wzbogacenia kulturowego:)

 

Monday, 17 October 2016

Kawalerka

   Piątkowa prywatka była miła do momentu, kiedy nie padłem prawie nieprzytomny od tequili. Podobno puściłem pawia, ale nie pamiętam. Weekend spędziłem w łóżku, dochodząc do siebie. Zdałem sobie sprawę, że mam problem. Wystraszyła mnie desperacja, z jaką próbuję uciec od rzeczywistości. Piątek był ukoronowaniem. Poczytałem trochę artykułów i porad o alkoholizmie. Na szczęście to nie jest zaawansowane stadium, fizycznie nie jestem uzależniony. Więcej sportu, medytacji, hobby i unikanie triggerów powinno pomóc.
   Wczoraj wyjechała Petia. odprowadziłem ją na dworzeć w Victorii. Posiedzieliśmy z godzinę z frytkami i herbatą, gdając o tych ostatnich trzech latach i o tym, jak to będzie być samemu. Petia cieszy się na kilka miesięcy odpoczynku od Londynu, z rodziną. Ja sam nie wiem. Jakaś część mnie się cieszy. Mieszkam zupełnie sam w centrum Londynu, mam pracę, dziś powinno dojść ukulele, czyli będę miał zajęcie. A living room wystarczająco duży, żeby trochę poćwiczyć. Boję się jednak samotności. Uczucia, że nie jestem dla nikogo ważny, że nikt mnie nie wita po powrocie z pracy, nie cieszy się na mój widok. Ciekawe, jak to będzie.
 

Friday, 14 October 2016

Lista piątkowa, nawet niezła

   Za chwilę idę na imprezę, więc napiszę kilka słów, żeby kac nie zamazał wszystkiego.

   1. Fajny dzień w pracy. Normalnie pracuję z nastolatkami na wózkach inwalidzkich. Dziś na jakąś godzinę wysłano mnie do klasy maluchów - od czterech do sześciu lat. Cutness overload. Te dzieciaki były przesłodkie. Siedziały na wózkach inwalidzkich, każde z jakimś tikiem, drżeniem, porażeniem mózgowym. Łzy mi napłynęły do oczy, kiedy pomyślałem przez jakie trudności muszą przechodzić w takim młodym wieku. Jedna dziewczynka o imieniu Angel, mała Chinka odleciała na widok mojej brody i cały czas głaskała mnie po twarzy i się śmiała. Inna nie mogła oderwać ode mnie oczu i coś tam gulgotała towarzysko, mały Pakistańczyk seplenił coś o bajkach. Odleciałem.
   2. Na zakończenie był program dla całej szkoły o Judaizmie (raz w miesiącu jest dzień jakiejś religii). Było jedzenie, stroje, opowieści, a na koniec dyskoteka z muzyką klezmer. To było szeleństwo. Cała szkoła zaczęła tańczyć, każde z dzieci na swój odjazdowy sposób. Wybuch odgłosów, pląsań i śmiechu, radości. Powietrze przenikała miłość i radość. To było niesamowite. Czułem się wyróżniony, że mogłem brać w tym udział.
   3. Coś się ostatnio zmienia. Po troszkę, dlatego wcześniej mi umykało, ale jest to coraz wyraźniejsze uczucie: krok po kroku zaczynam czuć się oddzielną osobą od Tani. Uczucie rozdzielenia, rozerwania na połowę blaknie. Zaczynam ze zdziwieniem dostrzegać siebie, jakbym dopiero teraz wykształcał swoją indywidualność. Smutek ciągle jest, ale mam wrażenie, że moja jaźń, ego, wyklarowuje się, buduje niezależną tożsamość.
   4. Petia kupiła dziś bilety do Pragi. Wyjeżdża w niedzielę rano. Będzie trudno, przyzwyczaiłem się do towarzystwa. Ale wiem, że to dobra decyzja dla nas oboje. Możemy ruszyć do przodu, odblokować się wreszcie.
   5. Kupiłem dziś ukulele on line (to z postu powyżej). Wydałem większość tygodniówki, zostało mi 20 funtów do następnego piątku i może mi nie starczyć na czynsz, ale cieszę się bardzo z nowego instrumentu. Bez tego, to jak bez ręki.
   6. Trzeba się zbierać. Idziemy z Petią na imprezę do mojego starego domu na Rainbow Street, spotkać się z przyjaciółmi, zjeść coś, pogadać. Kupujemy butelkę tequili. To jest też nasza pożegnalna impreza (moja i Petry). Planujemy złoić się na maksa. jutro będę umierał:)

Thursday, 13 October 2016

Crowdfunding i homoseksualny epizod metaforyczny

   Czwartek! Jeszcze dzień pracy i weekend. Lubię piątki, bo mam wtedy wypłatę. Szału nie ma, czynsz zżera wszystko, ale fajnie przez jeden dzień w tygodniu czuć, że się ma kasę. Jeden dzień w tygodniu restauracja (tania, ale jednak), lepszy trunek, nowy juice do papierosa elektronicznego.
   Dziwny mialem sen ostatniej nocy (choć sny są z reguły dziwne, ale ten był wyjatkowo dziwny, nawet jak na mnie). Poznałem ładnego chłopaka i jakimś cudem wylądowaliśmy w łóżku. Rano (ciągle we śnie) obudziłem się na wielkim moralniaku. Pomieszanie wstydu, zniesmaczenia, z dużym uczuciem do chłopaka. Pozbierałem ubrania z podłogi i powiedziałem, że to była pomyłka, żeby o tym zapomniał. Chłopak uśmiechnął się miło i powiedział, żebym się nie martwił, bo jego to nie rusza i tak ma randkę wieczorem. Odetchnąłem z ulgą. Ale wieczorem ogarnęła mnie zabójcza zazdrość, na myśl o jego randce. Wtedy obudziłem się naprawdę, zupełnie oszołomiony. O co tu chodzi?:)
   Poza tym zbieram na nowe ukulele. Moje stare zostało w Polsce, a poza tym już się zaczęło konkretnie sypać. Tak, że jeśli są tu jacyś fani Księżycowego Terrorysty, z zapędami do bycia mecenasem sztuki,zapraszam do kontaktu. Każda dotacja się liczy:) Na fanpagu obiecałem nową piosenkę przed upływem miesiąca (bądź dwóch).
   Ok, wczesny wieczór, wracam do Doktora House'a, chcę zaliczyć jeszcze z trzy odcinki przed snem.

Sprzęt marzeń:


Tuesday, 11 October 2016

krótkie 1

   Wiem, że jestem w dobrym nastroju, kiedy budzę się rano i stwierdzam, że dziś nie palę ani nie piję, a może nawet po południu zafunduję sobie czterdzieści minut z Chodakowską;) Pojawia się czasami we mnie potrzeba uporządkowania życia, zmiany statusu z ofiary życiowych zawirowań na kogoś, kto ma kontrolę nad sobą.

Monday, 10 October 2016

Vivo soñando

   Spróbuję pisać trochę więcej. Nie żeby się żalić ani wymądrzać (co nieraz robiłem:), ale terapeutycznie. Pisanie pomoaga mi nabierać dystansu i jaśniej widzieć rzeczy. Długo pisałem dziennik, ale jakoś nie mogę się zmobilizować. Nie wiem czemu, łatwiej mi ostatnio na blogu. W dzienniku tylko jojczę jak stara baba.
   Czytam kriminał Cobhena, "Bez pożegnania". Świetna książka. W jednym miejscu bohater pisze, że po odejściu jego ukochanej przeraził się, bo uświadomił sobie, że teraz ma tylko dwa wyjścia: albo być resztę życia sam, albo zgodzić się na bycie z kimś, kto nie dorównuje jego pierwszej miłości.
   Utożsamiam się z tym. Dokładnie tak się czuję. Nie boję się bardzo, że ktoś się mnie nie pokocha. Mój największy strach jest taki, że ja nikogo już nie pokocham. Tak to wygląda.
   Ktoś mi dziś powiedział, że żałoba zwykle trwa dwa lata. Moja się przedłuża, co nie jest za dobre. Paraliżuje mnie to utknięcie. I te częste sny, po których budzę się zmęczony i jeszcze bardziej rozwalony. Ostatniej nocy śniłem, że Tania uświadomiła sobie, że nie może żyć beze mnie, bo jestem jej prawdziwą miłością. Patrzyła na mnie z głębokim uczuciem i wiedziałem, że wszystko będzie teraz dobrze. Że będę takim mężem, jakim powinienem być. Zero alkoholu, fajek, rozglądania się za laskami. Że przeszliśmy ciężką próbę i teraz będziemy mogli zestarzeć się razme, jak zawsze marzyłem. Obudziłem się przed budzikiem, na materacu w living roomie, koło szklanki niedopitego piwa i nie było to przyjemne. Leżałem przez dłuższy czas i jak codziennie od dwóch lat, przeklinałem siebie.
   Ale w końcu wstałem, wziąłem prysznic, zjadłem lekkie śniadanie, wsiadłem na rower i pojechałem do pracy. W szkole całkowicie skupiłem się na zajęciach, pomagając dzieciakom uczyć się nowych rzeczy, starając się przywołać uśmiech na ich twarzy. I przez to sam się uśmiechałem. Daję radę.
   Na razie wszystko jest w rozsypce, ale powoli się zbieram do kupy. Czekam, aż Petia wyjedzie. Myślę, że do jakiegoś tygodnia, dwóch. Przeniosę się wtedy z podłogi w salonie, w pokoju (jedynym ogrzewanym w zimie) zrobię sobie mały azyl, spróbuję ćwiczyć po pracy chociaż z pół godziny. W weekendy będę spacerował albo jeździł na rowerze, czasami spotkam się z Fernandą na pogaduszki. Z odkładaniem kasy nie będzie za dobrze, dopóki nie znajdę dodatkowej pracy, ale to mnie aż tak nie martwi. Czuję, że jestem w stanie znaleźć spokój w samotności. Grunt to przestać się miotać i wyżywać na sobie.
   Tyle na dzisiaj. Poczytam teraz, później poszperam jeszcze po fejsie.




"Żyję marzeniami"

Sunday, 9 October 2016

Niedzielna przejażdżka z Yannem Tiersenem



























   W słuchawkach Yann Tiersen. Ściągnąłem dziś ostatnią płytę. Smutek pianina współgra z moim. Dawno nie czułem takiej harmonii. Jesienne słońce, tłum ludzi na Trafalgar Square, ze świata zewnętrznego przebija się dźwięk wody w fontannie, bębnienie i gwar ludzkich głosów.
   Lubię jesienne spacery z rowerem. Czasami idę, czasami, gdy mi się znudzi, albo na chodniku jest za dużo ludzi, wskakuję na siodło i lawiruję między pędzącymi samochodami.
   Schowałem się za muzyką, ale uważnie wypatruję "moich" ludzi. Choć nigdy ich nie znajduję, to co mi szkodzi?
   Zastanawiam się, czy nie pójść obejrzeć obrazów w National Gallery, ale szkoda mi słońca i wiatru. Jeszcze się powaham.
   Modne hinduski z selfstickami szukają turystycznego ujęcia, strażnik z nadwagą, który kazał mi zejść z roweru, wypatruje poważnie zagrożeń, uśmiechnięta arabka czyta smsa od ukochanego, grupka hałaśliwych Włochów z włosami nasroszonymi piankami i żelami, śmieje się głośno. Brakuje mi starych ludzi. Wypatruję ich powolnych ruchów, kryjących ujmującą niepewność.
   Na śniadanie zjadłem tylko kawałek sernika z herbatą, poszukam więc taniej przekąski.

***

   Pojechałem do Camden Town. Kupiłem falafela. Tam robią najpyszniejsze (choć też najdroższe). Zapiłem mikroskopijną ilością soku ze świeżych pomarańczy za funta. Później kanałami dotarłem do Hyde Parku. Na drogą powrotną włączyłem Ana Tijoux, dla zmiany klimatu. W markecie kupiłem gofry i pudding ryżowy na wieczór. I na tym koniec niedzielnej przejażdżki.




Friday, 7 October 2016

Marcych zagubiony w londyńskich bezdrożach

   

   Rzadko piszę ostatnio. Kilka dni temu przeglądałem stare wpisy, sprzed pięciu, sześciu lat. Poruszałem wiele rzeczy, wchodziłem w bliskie mi tematy: podróże, mistyka, polityka, tarot. Teraz wydaje mi się to jakimś snem. Od jakichś trzech lat przechodzę kryzys, myślę, że największy. Przeżywam głęboko osamotnienie i odrzucenie. Nie są to łatwe emocje, ale staram się żyć, nie załamywać się. Chodzę do pracy (znów wylądowałem z kochanymi niepełnosprawnymi dzieciakami), jeżdżę na rowerze, spaceruję samotnie po Londynie, staram się nie przesadzać z alkoholem. I tak mija dzień po dniu. Próbuję jakoś wypełnić te zimne, bezbarwne chwile, szukając, jeśli nie sensu (bo nie wiem, czy jakiś jest), to przynajmniej spokoju i dobroci w sobie i innych.
   Zrosłem się ze smutkiem. Uświadomiłem sobie, że głównym sensem mojego życia zawsze była miłość - doskonała, bezwarunkowa, szczera. Kiedy ta miłość odeszła, zdałem sobie sprawę, że nie zostało nic, czego mógłbym się chwycić. Nie chodzi o zwykłe złamane serce, ale o utratę głębokiego przekonania, prawie religijnej wiary w miłość, jako podstawy istnienia.
   To tak w ramach filozoficzno-emocjonalnego streszczenia.
   A jeśli chodzi o codzienność to:
   1. Co piątek po wypłacie przegrywam w pokera dziesięć funtów. Robię postępy: gra nie trwa już pięć minut, jak na początku, kiedy rzucałem się do licytacji z marną parką, ale mogę pociągnąć nawet z pół godziny. Niedługo zacznę wygrywać. Yhmmm...
   2. Od ponad dwóch tygodni jestem w nowej pracy. Miła szkoła na Sheperd's Bush. W mojej klasie dzieciaczki na wózkach, bez możliwości wypowiedzenia nawet prostego słowa. Ale choć intelektualnie to naprawdę biedne sierotki, to emocjonalnie czuć od nich piękne wibracje. Lubię tę pracę.
   3. Rozstaliśmy się z Petrą wreszcie na dobre. Oboje czujemy ulgę, że możemy ruszyć do przodu. To nie były łatwe trzy lata dla żadnego z nas.
   4. Wynajmuję po znajomości mieszkanie w Chelsea. Płacę tylko 500 miesięcznie (nieformalnie) za miejsce prawie w centrum Londynu.
   5. Z Polski dojechał mój rower. Codziennie śmigam na nim do pracy. Zajmuje mi jakieś pół godziny w jedną stronę. Nie jest daleko, ale to bardzo ruchliwa ulica, więc ciężko się zrelaksować. Muszę lawirować po trzech pasach, pomiędzy ciężarówkami, dwupiętrowymi autobusami i osobówkami prowadzonymi przez nerwowych kierowców zmierzających do biur. Tęsknią mi się kopenhaskie ścieżki rowerowe, prowadzące przez parki i jeziorka.
   6. Jeśli chodzi o czytanie, postanowiłem sprawdzić rejony do tej pory starannie przeze mnie omijane: kryminały. Wciągnąłem się po uszy. Ostatnio na kindlu króluje Michael Robotham. Akcja dzieje się głównie w Londynie, albo w Bristolu. Fajnie czytać o znajomych terenach, rozpoznając nazwy ulic i parków.
   7. Oprócz pokera, do mojej piątkowej rutyny zalicza się posiłek w tajskiej restauracji wegetariańskiej, którą mam po drodze z pracy. Za 6.50 mogę nażreć się w bufecie bez ograniczeń.
   8. Miałem dwa małe długi: 100 od Michella i 50 od Muchy. Dziś spłaciłem i jestem na czysto. Debetu też nie mam. Zero lepsze od minusa. Dlatego chyba nigdy nie wezmę kredytu.
   9. Miałem szalony sen niedawno. Pokłosie maratonu serialowego z "Walking Dead". Jakaś zaraza wykończyła większą część ludzkości. Została nas garstka, otoczona przez rzesze zombie. Udało mi się odgrodzić drewnianym płotem dom i kawałek ziemi (z jakiegoś powodu to dom i ziemia babci, gdzie spędzałem w dzieciństwie wakacje). Przy rozkopywaniu ziemi na grządki o mały włos nie zostałem ugryziony przez zgniłego trupa. Wbiłem mu do głowy śrubokręt (co jak wiadomo zabija zombie;). Wtedy spod niego wyciągnęła się do mnie ręka drugiego kościotrupa, który musiał widocznie leżeć pod pierwszym ciałem. Chwycił mnie zębiskami za rękaw koszuli, ale wyrwałem się i zgniotłem mu czaszkę butem. Minęło kilka miesięcy. Prawie nie widywałem ludzi, ale po trochu dołączyło kilka osób. Udało nam się wyhodować dorodne dynie. Pomyślałem, że starczą nam na kilka miesięcy. Bardzo się z nich ucieszyłem.
 

Monday, 13 June 2016

Podróż w tonacji molowej - część trzecia

Dziennik z włóczęgi do Portugalii i z powrotem

Część trzecia 
Z powrotem

29.04.2016

   Viseu
   wieczór
   No i wyjechałem. Stwierdziłem, że nie chce mi się czekać, aż ktoś z Rainbow pojedzie na wschód. Koło południa spakowałem plecak, namiot (nie jest aż tak źle wagowo, jak się bałem) i poszedłem. Po drodze spotkałem Nicka, pożegnałem się. Później zatrzymałem się w „moim” barze. Plan miałem taki, żeby dojść do Aguiar da Beira i tam złapać autobus do Viseu. Okazało się jednak, że grupka ludzi z Rainbow jechała do Porto, a Viseu jest po drodze. Zabrali mnie więc ze sobą, dzięki czemu zaoszczędziłem energii, pieniędzy i czasu.
   W Viseu poszedłem do hotelu, tego samego, w którym zatrzymałem się po przybyciu do Portugalii. Dostałem miły pokój z balkonem, lepszy niż ostatnio. Poszedłem połazić po mieście. Odwiedziłem też supermarket i zrobiłem zapasy na drogę i na wieczór. Wziąłem prysznic, pojadłem, pogadałem z Petią i teraz odpoczywam przy telewizorze.


















   Pod hotelem zapytałem taksówkarza, ile będzie kosztował mnie przejazd na stację benzynową na autostradzie. Tylko dziesięć euro. Skorzystam.
   To był dobry wyjazd, ale jednocześnie czuję ulgę, że wyrwałem się z Rainbow.
   Poczułem bardzo mocno, że nie chcę już „przesuwać granic”. Ekspandować i łamać tabu. Mam coraz silniejsze pragnienie spokoju, znalezienie swojej niszy, zaakceptowania swoich ograniczeń. Chciałbym zbudować swój mały azyl, w którym będę mógł się schronić, tworzyć, kochać. Od czasu do czasu wyrwę się gdzieś na poniewierkę, tak jak teraz, ale najbardziej chce mi się Domu. Chyba zawsze tak było, teraz jednak widzę to jaśniej. Jestem zmęczony podróżą. Tą konkretną i ogólnie, życiową.

***

   Boli mnie gardło. Nie doleczyłem przeziębienia. Ostatni miesiąc sporo wymarzłem, ale na szczęście nie zachorowałem na żołądek. Na Rainbow sporo ludzi miało problemy. Myślę, że z jednej strony to była wina niepewnego źródła wody, a z drugiej braku higieny. Kiedy dziś rano okazało się, że pewien chłopak złapał salmonellę, to naprawdę poczułem, że czas się zbierać.
   Spacerując po Viseu, zauważyłem:
   - Portugalczycy mają grube, krzaczaste brwi. Nawet dziewczyny.
   - Dziewczyny mają duże tyłki.
   - Jest tutaj kiepski wybór egzotycznego jedzenia, gorszy nawet niż w Polsce.
   - Żyje się tu powoli i cicho. Widać to nawet w sposobie, w jaki ludzie chodzą po ulicy. Powoli, leniwie. Jak antyteza Hiszpanii.
   - Ale łóżka w hotelach ścieli się tutaj tak samo, jak w Hiszpanii. Nie istnieją kołdry (hiszp. „nordicos”). Śpi się po prześcieradłami i kocami.
   - Tani chleb, tanie wino, drogie słodycze i sery.
   Delektuję się czystą pościelą. Cicho brzęczy telewizor. Sączę czerwone wino i czytam książkę.

30.04.2016

   gdzieś w Portugalii
   przed południem
   Początek podróży mam z przygodami. Spod hotelu wziąłem taksówkę. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Niestety, okazało się, że stacja była zamknięta. Musiałem jechać do następnej. Z dziesięciu euro zrobiło się siedemdziesiąt. Z goryczą pomyślałem, że za tyle, to mógłbym polecieć samolotem. Tak czy inaczej miałem tylko czterdzieści. Umówiłem się z taksówkarzem, że resztę przyślę mu po powrocie do domu. Tak więc na wstępie rozpieprzyłem więcej kasy, niż miałem na całą podróż. Takie są uroki włóczęgi.
   Stacja jest mała, pusta. Stoi tylko jeden tir na czeskich blachach. Porozmawiałem z kierowcą, ale okazało się, że jest ich dwóch. Uzbrajam się więc w cierpliwość. Ciężarówki śmigają autostradą, a ja siedzę, samotny, biały żagiel, na pustej stacji. Na szczęście pogoda i humor dopisują. Na wszelki wypadek rozglądam się za miejscem do obozowania. Wąska ścieżka prowadzi pod górę do małego zagajnika. Jeśli trzeba będzie, to znajdę miejsce na rozbicie namiotu.

   po południu
   Nic się nie dzieje. martwo. Zjadłem chleb z oliwkami, pomidorem i kawałkiem bri, zapaliłem papierosa.
   Podoba mi się podróżowanie samemu. Jest w tym spokój, wolność. Nikt nic nie mówi, niczego ode mnie nie chce, nigdzie się nie śpieszę. Ktoś się zatrzyma, czuję radość. Nikt? Wreszcie ktoś musi mnie zabrać.

   pod Madrytem
   18:00
   Zabierałem się właśnie za książkę na tej cichej stacyjce w Portugalii, kiedy zatrzymał się chłopak, Walley. Okazało się, że jest Giblartarczykiem, mieszkającym na stałe w Portugalii. Wybierał się do Murcii w Hiszpanii, żeby poprowadzić kurs permakultury. Gadaliśmy całą drogę. Najpierw o pierdołach, później weszło na związki, bitników, literaturę, duchowość, muzykę. Kiedy rozmawiam z kimś oczytanym, to mam wrażenie, jakbym stał w nurcie orzeźwiającego strumienia. Rzadko mam okazję.
   Miał mnie wysadzić pod Salamanką, ponieważ odbijał w stronę Madrytu, a ja planowałem wracać tą samą drogą, jaką przyjechałem, czyli przez San Sebastian. Stacja pod Salamanką była jednak kiepska i w końcu zadecydowałem, że pojadę w stronę Madrytu, a stamtąd pokieruje się na Barcelonę.
   Tak się zagadaliśmy, że przejechaliśmy ostatnia stację przed jego zjazdem. Choć miło spędzaliśmy czas, nie miałem ochoty skończyć w Murcji. Wysadził mnie więc na autostradzie i musiałem wrócić piechotą jakieś dwa kilometry.


























   Na stacji nic się nie dzieje. Stoją trzy polskie vany, ale okna zasłonięte, chłopaki najwidoczniej śpią. Usiadłem w cieniu i czekam, aż któryś się obudzi. Zobaczymy, czy będę miał szczęście.



























   wieczór
   Nie udało się nic złapać, ale jeden z polskich kierowców zaproponował, żebym rozłożył sobie śpiwór na pace jego ciężarówki. Ulżyło mi, bo nie miałem gdzie rozbić namiotu, a wieje straszliwie i ziąb, więc nie było mowy, żebym spał pod gołym niebem. Do tego kręci się tutaj jakieś szemrane towarzystwo. Młody Cygan, narkoman obmacuje wzrokiem mój plecak i próbuje od wszystkich wysępić na benzynę, bo skończyło mu się paliwo. Nie czuję się tutaj bezpiecznie.
















  Na pace nie wieje, choć cała ciężarówka kolebie się od wiatru. Czuję się, jak na łajbie. Rozłożyłem karimatę, śpiwór i od razu poczułem się lepiej. Jakieś schronienie jest. Mam też książkę.
   Pozostali dwaj kierowcy byli w supermarkecie. Kupili mi wino na rozgrzewkę. Miło z ich strony. Za to z prowiantem kiepsko. Taksówka z Viseu rozpieprzyła mi budżet. Przekąsiłem coś z moich skromnych zapasów (bułkę, czekoladę, ciastko i jabłko). Zaraz pewnie zasnę, jestem zmęczony.

01.05.2016

   pod Madrytem
  11:00
   Gdyby nie gościna chłopaków, to kiepsko byłoby ze mną w nocy. Bardzo spadła temperatura. Myślę, że mogło być nawet jeden, dwa stopnie. Wiatr również wcale nie zelżał. Nad ranem nawet tutaj, w środku, nie było łatwo. Nie spałem już gdzieś od czwartej, nie dałem rady. Dopiero około siódmej zaczęło się ocieplać.
   Wczoraj chłopaki zaprosili mnie na pogaduszki przy piwie. Sympatyczni, młodzi ludzie. Najstarszy miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Na koniec imprezy zagrałem im kilka swoich kawałków. Widziałem, że docenili. Każdy nagrywał filmik, przeżywając, że odbył się u nich niespodziewany koncert, który ocieplił trochę obcość tej brudnej, pełnej ćpunów i prostytutek, stacji benzynowej.
   Dziś niedziela. Nie wiążę wielkiej nadziei z wyjazdem. Chłopaki dopiero jutro dostaną zlecenia. Jeden z nich, Bartek, zaproponował, że mogę się z nim zabrać.

   14:30
   Postałem na chwilę przy wylocie ze stacji, ale nie miało to większego sensu. Nie było żadnego ruchu. Podszedł do mnie Jose, bezdomny starszy pan, który od miesięcy mieszka z psem na tej stacji. Miał szczere, mądre oczy. Ostrzegł mnie przed narkomanami i złodziejami, od których się tutaj roi. Sam to już zauważyłem. Zaprosił mnie na jedzenie, a na koniec dał cztery papierosy. Powiedział, że ludzie ulicy muszą sobie pomagać.
   Ciągle wieje, więc wróciłem na pakę ciężarówki.
   Tęsknię za Petią. Jutro ma urodziny. Narysuję jej coś w prezencie.



























   18:00
   Dzień mija leniwie. Kierowcy (Bartek, Mariusz i Piotrek) wrócili z wycieczki do Madrytu. Bartek zaprosił mnie na obiad. Miał kurczaka. Kiedy dowiedział się, że jestem wegetarianinem, zaproponował ziemniaki i jajka. Wprawdzie nie jadam jajek, ale machnąłem ręką i usmażyłem sobie jajek sadzonych (pierwszych od dwudziestu lat). Przezwyciężyłem obrzydzenie i zjadłem je z ziemniakami. Bartek użyczył mi telefonu. Zadzwoniłem do Petii i mamy, żeby się nie martwiły.






















   Teraz z pełnym żołądkiem leżę w ciężarówce i drzemię. Poddałem się nurtowi. Kiedyś wreszcie dojadę do domu, kiedyś spotkam się z Petią, kiedyś dowiem się, o co chodzi w życiu, kiedyś stanie się wszystko, to co ma się stać.

   Droga

Autostradą sunie aut sznur.
Czasami czuje bezkresny mur,
XXI wiek, a wkoło prastary bór.
W nim ja.
Czyżbym tylko ja to czuł?
W słuchawkach DonGuralesko.
Czasami trąci groteską,
a czasami… Wiesz co?
Jakby ktoś otworzył księgę mądrości.
Mądrość, słów roztropność, jak ją posiąść?
Ogarnąć miłością, zrozumieniem?
Samotność.
Sprośność.
Jadąc wstęgą asfaltu,
autostradą,
autostopu mistyką,
czasami rozum błądzi,
syci się filozofią,
oderwaną od lodowca krą,
a czasami zwykłą chucią,
widokiem cycków,
na stacji pod Murcją.

A co?
A ja jadę w przód,
przede mną stary gród.
Gdy go minę, znów benzyny smród.
Czasami mam już dość.
Czasami jestem Buddą Siddhartą,
Wilkiem stepowym,
bitnikiem.
Czasami chłopcem,
co wysyła w gwiazdy
wołanie o obecność.

Bezdomny na trasie,
daje pomidory, cztery fajki, jego blask nie gaśnie.
U stóp czarny pies, to przyjaciel właśnie.
Czarodzieje szos, kula ich nie draśnie.
To są jogini drogi.
Kocham te baśnie.
Nie ma takiej samotności, jak na trasie.
Nie ma takiej ekstazy.
Czasem słońce, czasem deszcz…
To nie Bollywood.
Marzenia, smutki, czasem wkurwia coś.
Wiesz, o łóżku nie marzysz tak nigdy,
jak wtedy, gdy ci drogi zbrzydły.

Obce języki, nieufne twarze,
iluzje prysły.
Ale właśnie wtedy, gdy demony wstają,
pęka mydlana bańka, nic na mnie nie mają.
Bla, bla, bla, niech sobie grają,
niech nęcą i grożą, złoto dają.
Nigdy tak nie czułem miłości,
jak sam, na stacji, nocą,
odpędzając macki nicości.

***

   Oziębia się błyskawicznie. Godzinę temu siedziałem jeszcze bez koszulki, a teraz już włożyłem koszulę, bluzę, kurtkę, a i tak chłód podgryza. Niedługo wskakuję w śpiwór. Napisałem wiersz, czy raczej przelałem na papier strumień świadomości. Koślawy, ale czasami w poezji łatwiej uchwycić subtelne odczucia, nie przekładające się na prozę. Narysowałem też dwóch starożytnych joginów. Siwaitę i Wajsznawę. Moja sympatia kieruje się ku niebieskiemu. Wdzięczny jestem za moje wewnętrzne przywiązanie do osobowego aspektu Absolutu. Jest on moją przytulnością i radością. Ale Siwaitę, impersonalnego nurka po bezosobowym oceanie też lubię. Rzucił się wpław przez wielkie morze, nie wierząc w wielkiego Rybaka. Taka odwaga zasługuje na podziw. A zresztą Rybak i tak mu pomoże, tak samo, jak mi. Dlatego skradł moje serce ten z miłością drwiący z nas Kryszna.



02.05.2016

   pod Madrytem
   południe
   Ciągle czekam. Dziś jakieś święto w Madrycie, więc możliwe, że poczekam do jutra. Przyznam się, że chciałbym już jechać. Gdziekolwiek, żeby tylko już ruszyć się z tej stacji. Kupiłem w sklepie chleb, odrobinę sera i sok. Dokończyłem obrazek dla Petii. Dołożyłem kropkowanie, którego ostatnio sporo używam. Myślę, że dodaje głębi ilustracjom.
   Mimo czekania, czuje się w miarę wyciszony. Czas zabijam książką, rysowaniem i muzyką.

03.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Bardzo dziwną trasą jadę do domu. Bartek dostał wreszcie dzisiaj zlecenie. Niestety nie na wschód, ale na południe, prawie przy samej Granadzie. Byłem już jednak tak zmęczony tamtym miejscem, że machnąłem ręką i pojechałem, żeby tylko zmienić scenerię.
   Patrzę na mapę i wydaje mi się, że mam tyle samo kilometrów do domu, co z Viseu. W piąty dzień podróży. Buhahahaha:)
   Czekamy teraz na następne zlecenie, modląc się o drogę na wschód.
 
***

   Andaluzja przywitała pustynnym gorącem. Było ponad trzydzieści stopni. Teraz jest już wieczór, który przyniósł trochę ulgi, ale i tak siedzę bez koszulki. Kleję się i cuchnę. Ostatni prysznic wziąłem w piątek, w Viseu.
   W restauracji, za ostatnie drobniaki kupiłem sobie szklankę świeżego soku z pomarańczy. Nigdzie pomarańcze nie smakują tak, jak tutaj. Nie zawiodłem się, to była rozkosz.
   Spać będę znów na pace, bo tutaj nie ma się gdzie rozbić. Bartek smaży jajka na cebulce. Mnie upał zupełnie pozbawił apetytu.

   Streszczenie wydarzeń od wczoraj:

   1. Pożegnalna impreza z chłopakami. Zrobiłem dla wszystkich spaghetti z cieciorką, oliwkami i serem. Jedli, aż im się uszy trzęsły. Cieszę się, że mogłem się odwdzięczyć za gościnę.



























   2. Nauczyłem ich grać w kości (w pokera). Rozegraliśmy kilka partyjek przy piwie.
   3. Zadzwoniłem do Petii. Mieliśmy małe spięcie. Wkurzła mnie swoją opryskliwością. Rano dowiedziałem się jednak, że miała trudną sytuację w domu, więc mi przeszło.
   4. Dziś pomagałem Bartkowi załatwiać sprawy w biurach. Przydał się mój hiszpański.

   późna noc
   Nie wiedziałem, co dzisiaj czytać. Miałem trochę dosyć Nekroskopa, zmęczył mnie ten naiwny horror. Zastanawiałem się nad Sołżenicynem, ale dałem sobie spokój. Dobrze się czyta, wciąga, ale nie miałem ochoty na zanurzenie się w oceanie okrucieństwa i totalitaryzmu. Przypomniałem sobie rozmowę z Walley’em, o książkach i bitnikach. Okazało się, że mam na kindlu „W drodze”  Kerouac’a. Zacząłem z oporami. Zmęczony miesiącem podróży, tęskniłem za domem, łóżkiem i wanną, więc przytłoczyła mnie włóczęgowska narracja. Ale niezauważalnie wciągnęło mnie po same uszy i nawet nie chce mi się spać.
   Zmęczenie podróżą zmieniło się nagle w zadowolenie z drogi, wyzwań i przygód.
   Trzeba jednak szykować się do spania, jutro kolejny, długi dzień.
   Bartek ogląda w kabinie jakiś kryminał z Dorocińskim. Na wietrze sucho szeleszczą liście jakiegoś południowego drzewa. Gdzieś obok przyciszona rozmowa po hiszpańsku. Banalna muzyka z baru. Kleją mi się oczy.

04.05.2016

   pod Jaen
   rano
   Ciepły poranek na andaluzyjskiej stacji. W restauracji kupiłem pączka, sok pomarańczowy i kawę. Zapłaciłem kartą. Myślę, że dobijam już do granic debetu. Czekamy na zlecenie. Ciekaw jestem, gdzie nas rzucą. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby była to Granada. Z chęcią przywitałbym się z Sacromonte, Alhambrą i cyganami.
   Miło obudzić się bez kaca. Lekkość, ciepło, kołyszące się leniwie palmy, ćwierkające ptaki. Rozochocony pogodą, wykąpałem się za samochodem chłodną wodą z butelki. Od razu lepiej.



























   pod Walencją
   wieczór
   Po oliwkowych gajach Andaluzji przyszła kolej na katalońskie sady pomarańczowe. Nie jest już tak gorąco. Tniemy autostradę, ale jestem zbyt zmęczony, żeby się tym cieszyć. Nie interesują mnie już widoki za oknem. Egzotyka straciła urok. Z niechęcią patrzę na obłe, zmurszałe góry i zgniłą, pozbawioną blasku zieleń. Tęsknię za domem, moją żyzną Europą Wschodnią. Najchętniej bym się zdrzemnął, ale nie dam rady. Bartek to prawdziwy pirat drogowy. Pisze smsy, wbija coś w GPSa, dzwoni, je, pije, wyprzedza, hamuje, przyśpiesza. Typowy narwany chłopak.
   W Alicante zapakowaliśmy ładunek do Bratysławy. Dziś w nocy mamy dojechać do Barcelony. Niestety, ładunek jest zbyt mały, Bartek będzie musiał czekać na przynajmniej jeszcze jedno zlecenie.
 
05.05.2016

   pod Barceloną
   południe
   Ogromny parking, a na nim chyba z piętnastu polskich kierowców. Zrobiłem ziemniaczki, mizerię z koperkiem i kotlety z fasoli, Bartek był wniebowzięty. Jeśli chodzi o mnie, to skurczył mi się żołądek, tak że dużo nie zjadłem, a oprócz tego zmagam się ze strawieniem smażonek.
   No i czekam.



























   wieczór
   Jadę do domu! Zmieniłem kierowców. Przeniosłem się do Arka, kierowcy busa, którego spotkałem pod Barceloną. W sobotę ma ślub kolegi, więc śpieszy mu się bardzo, co jest mi na rękę. Droga będzie ciężka. Arek chce jechać bez przerwy, a ja mam pilnować, żeby nie zasnął. Nie wiem, jak wytrzymam, bo już padam na ryj po tylu dniach autostopu.

***

   Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak męczący może być autostop. To nie tylko widoki, przygody i darmowa jazda. Za najbardziej wyczerpujący aspekt uważam konieczność podtrzymywania rozmowy z kierowcami. Człowiek jest już zmęczony, tęskni za samotnością, ciszą, prywatnością, ale przyzwoitość wymaga odpłacenia się jakoś kierowcy, który zdecydował się zabrać kompletnego nieznajomego. Jeszcze pół biedy, jeśli ma się wspólne tematy, jak na przykład było z Walley’em z Gibraltaru, albo Arkiem, z którym dojechałem do Viseu. Jednak z reguły kierowcy profesjonalni to proste chłopaki i jakoś mijamy się w rozmowie. Prostota nie musi być wadą. Gorzej, kiedy wchodzą tematy światopoglądowe i polityczne. Wielu z nich posługuje się światopoglądem będącym mieszanką nacjonalizmu, rasizmu, niechęci do innych nacji, koloru skóry, odmienności seksualnej, etc. Co mam wtedy robić? Unikam tematu.

06.05.2016

   gdzieś we Francji
   rano
   Po trzech godzinach snu (od trzeciej do szóstej) napiliśmy się kawy, odlali i ruszyliśmy w drogę. Za jakąś godzinę mamy wyjechać z Francji. W Tychach powinnyśmy być około północy.
   Pięknie jest we Francji. Sycę oczy soczystą zielenią łąk i lasów, niebieskim niebem, niebieskim do szaleństwa i żółcią rzepaku.


















 Pocieszyłbym się tym w ciszy, ale nie da rady. Arek nie przestaje głośno przeklinać kierowców. „Pedał jebany”, „żabojad pedalski”, „skurwysyn niewyskrobany”, „czarnuch śmierdzący”. Albo dzieli się mądrością: „Ciapaci, kozojebcy pierdoleni przejmą ten gościnny kraj. I dobrze tak tym skurwiałym żabojadom”.
   Kurwa, no próbuję dostrzec w każdym dobre strony, nieraz o tym pisałem. Ale czasami, tak jak teraz, to jest niezmiernie trudna sprawa. Chciałbym, żeby się już zamknął.

   Niemcy
   południe
   Zaraz za granicą natknęliśmy się na pierwszy korek. Trochę dalej następny. Arek postanowił to wykorzystać i zatrzymaliśmy się na godzinną drzemkę. Choć w samochodzie mnie ścinało, to teraz nie mogę spać. Autostrada ryczy, gdzieś tam w tle z trudem przebija się śpiew ptaków. Zdusiłbym z chęcią ten silnikowy, ohydny hałas i posłuchał po prostu śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mierzi mnie trywialność wulgarnych rozmów, nachalnej, głupiej cywilizacji. W bezsensownej gonitwie próbuję usłyszeć dźwięk serca, ale bez powodzenia. Ludzkość się gubi. Nie czuję dziś współczucia. Tylko znużenie i nudę. Gdzie pędzicie ludzie, po co ten pośpiech, głupota i strach?

07.05.2016

   Tychy
   rano
   Jestem, ojczyzno!
   Kiedy wjechaliśmy rankiem do Tychów, z wielką ulgą wysiadłem z samochodu Artura. Nie wiem, co mnie bardziej wykończyło: sama jazda, brak jedzenia, czy on. Tyle złości i frustracji, nie do pojęcia. Wczorajszy dzień upłynął mu na telefonicznych kłótniach z dziewczyną. Przyczepił się do niej o jakąś bzdurę. Wrzeszczał na nią jak szalony, wyzywał od idiotek i pizd. Było mi jej trochę szkoda, ale z drugiej strony to był tylko cholerny telefon. W każdej chwili mogła się rozłączyć.
   No ale to już mam z głowy.
   W Tychach dopisało mi szczęście. Pierwszy trolejbus z przystanku jechał do samego dworca PKP, a już po chwili wsiadłem w pociąg, którym dojadę do samego domu.
   Za jakieś trzy godziny zrzucę śmierdzące łachy, wykąpię się i zjem coś ciepłego.
   Choć zmęczony, czuję radość. Świeci mocno słońce, zapowiada się gorący dzień. Pociąg jest pełen dzieciaków z plecakami, pewnie wybierają się na górską wycieczkę. Podekscytowane, uśmiechnięte, rozmawiają z ożywieniem. Ogarnęło mnie miłe rozleniwienie.

   Na tym zakończę dziennik z podróży. Bez syntezy i poezji, bez puenty.