Friday, 7 October 2016

Marcych zagubiony w londyńskich bezdrożach

   

   Rzadko piszę ostatnio. Kilka dni temu przeglądałem stare wpisy, sprzed pięciu, sześciu lat. Poruszałem wiele rzeczy, wchodziłem w bliskie mi tematy: podróże, mistyka, polityka, tarot. Teraz wydaje mi się to jakimś snem. Od jakichś trzech lat przechodzę kryzys, myślę, że największy. Przeżywam głęboko osamotnienie i odrzucenie. Nie są to łatwe emocje, ale staram się żyć, nie załamywać się. Chodzę do pracy (znów wylądowałem z kochanymi niepełnosprawnymi dzieciakami), jeżdżę na rowerze, spaceruję samotnie po Londynie, staram się nie przesadzać z alkoholem. I tak mija dzień po dniu. Próbuję jakoś wypełnić te zimne, bezbarwne chwile, szukając, jeśli nie sensu (bo nie wiem, czy jakiś jest), to przynajmniej spokoju i dobroci w sobie i innych.
   Zrosłem się ze smutkiem. Uświadomiłem sobie, że głównym sensem mojego życia zawsze była miłość - doskonała, bezwarunkowa, szczera. Kiedy ta miłość odeszła, zdałem sobie sprawę, że nie zostało nic, czego mógłbym się chwycić. Nie chodzi o zwykłe złamane serce, ale o utratę głębokiego przekonania, prawie religijnej wiary w miłość, jako podstawy istnienia.
   To tak w ramach filozoficzno-emocjonalnego streszczenia.
   A jeśli chodzi o codzienność to:
   1. Co piątek po wypłacie przegrywam w pokera dziesięć funtów. Robię postępy: gra nie trwa już pięć minut, jak na początku, kiedy rzucałem się do licytacji z marną parką, ale mogę pociągnąć nawet z pół godziny. Niedługo zacznę wygrywać. Yhmmm...
   2. Od ponad dwóch tygodni jestem w nowej pracy. Miła szkoła na Sheperd's Bush. W mojej klasie dzieciaczki na wózkach, bez możliwości wypowiedzenia nawet prostego słowa. Ale choć intelektualnie to naprawdę biedne sierotki, to emocjonalnie czuć od nich piękne wibracje. Lubię tę pracę.
   3. Rozstaliśmy się z Petrą wreszcie na dobre. Oboje czujemy ulgę, że możemy ruszyć do przodu. To nie były łatwe trzy lata dla żadnego z nas.
   4. Wynajmuję po znajomości mieszkanie w Chelsea. Płacę tylko 500 miesięcznie (nieformalnie) za miejsce prawie w centrum Londynu.
   5. Z Polski dojechał mój rower. Codziennie śmigam na nim do pracy. Zajmuje mi jakieś pół godziny w jedną stronę. Nie jest daleko, ale to bardzo ruchliwa ulica, więc ciężko się zrelaksować. Muszę lawirować po trzech pasach, pomiędzy ciężarówkami, dwupiętrowymi autobusami i osobówkami prowadzonymi przez nerwowych kierowców zmierzających do biur. Tęsknią mi się kopenhaskie ścieżki rowerowe, prowadzące przez parki i jeziorka.
   6. Jeśli chodzi o czytanie, postanowiłem sprawdzić rejony do tej pory starannie przeze mnie omijane: kryminały. Wciągnąłem się po uszy. Ostatnio na kindlu króluje Michael Robotham. Akcja dzieje się głównie w Londynie, albo w Bristolu. Fajnie czytać o znajomych terenach, rozpoznając nazwy ulic i parków.
   7. Oprócz pokera, do mojej piątkowej rutyny zalicza się posiłek w tajskiej restauracji wegetariańskiej, którą mam po drodze z pracy. Za 6.50 mogę nażreć się w bufecie bez ograniczeń.
   8. Miałem dwa małe długi: 100 od Michella i 50 od Muchy. Dziś spłaciłem i jestem na czysto. Debetu też nie mam. Zero lepsze od minusa. Dlatego chyba nigdy nie wezmę kredytu.
   9. Miałem szalony sen niedawno. Pokłosie maratonu serialowego z "Walking Dead". Jakaś zaraza wykończyła większą część ludzkości. Została nas garstka, otoczona przez rzesze zombie. Udało mi się odgrodzić drewnianym płotem dom i kawałek ziemi (z jakiegoś powodu to dom i ziemia babci, gdzie spędzałem w dzieciństwie wakacje). Przy rozkopywaniu ziemi na grządki o mały włos nie zostałem ugryziony przez zgniłego trupa. Wbiłem mu do głowy śrubokręt (co jak wiadomo zabija zombie;). Wtedy spod niego wyciągnęła się do mnie ręka drugiego kościotrupa, który musiał widocznie leżeć pod pierwszym ciałem. Chwycił mnie zębiskami za rękaw koszuli, ale wyrwałem się i zgniotłem mu czaszkę butem. Minęło kilka miesięcy. Prawie nie widywałem ludzi, ale po trochu dołączyło kilka osób. Udało nam się wyhodować dorodne dynie. Pomyślałem, że starczą nam na kilka miesięcy. Bardzo się z nich ucieszyłem.
 

No comments:

Post a Comment