Tuesday, 25 October 2016

Taki dzień...

   Dziś smutek. Wystarczyło małe wspomnienie z rana. Jak zaraz na początku całej tej burzy mówiła z przejęciem, że aby uratować nasz związek, musimy się w nim zanurzyć bez hamulców, skoczyć w niego, bez oglądania się przez ramię. A ja bez przekonania kiwałem głową. A maszyny czasu jeszcze kurwa nikt nie wynalazł...
   Usiadłem na łóżku, stopy dotknęły lodowatej podłogi, ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem. Tylko kilka łez. Nauczyłem się powstrzymywać ten klimat, zanim nie zamieni się w rzekę. Ale nastrój pozostał. Ubrałem się w byle co i bez entuzjazmu pobłąkałem się po Londynie. Wreszcie wróciłem do domu, przygnieciony poczuciem winy, straty i porzucenia. W żołądku twardy, zaciśnięty węzeł.
   Dziś już ze mnie nic nie będzie. Idę po wino.

2 comments:

  1. Też się nauczyłam. Najpierw to oczywiście trochę się przestraszyłam, że teraz to co drugi wieczór spędzę na wyciu, więc pobiegłam po tabletki na uśmiech i przez chwilę nawet je brałam. Ale później doszłam do wniosku, że nie ma miłości bez smutku i bólu, a ponadto składamy się także z wycia i jak mamy ochotę sobie powyć, to proszę bardzo, powyjmy, byle myszy nie wystraszyć no i tak właśnie doszłam powolutku do stanu, o którym piszesz - potrafię tę rzekę utrzymać w ryzach, zanim nie zatopi pięknych okolicznych wiosek :-). Życie jest fajne. Ja swoje lubię. Bardzo. Ze wszystkimi tymi dołkami, z których można tylko pod górkę i tak wciąż od nowa.

    ReplyDelete