Sunday, 27 November 2016

Chichoty wszechświata

 
















   Weekend przeminął jak zwykle niepostrzeżenie. W sobotę leczyłem kaca po piątku; po pracy spotkaliśmy się z Fernandą i ludźmi z poprzedniej pracy w Tigerze w Camberwell. Z Fernandą świetnie, a z innymi ludźmi ok:) Po prostu nie jarzą tych samych tematów, co ja, czuję się jak na innej planecie. O północy lekko zawiany pomknąłem na rowerze do domu, jakieś pięć mil, bez większych problemów.
   W sobotę, czyli wczoraj, jak już mówiłem, lekki kac, podleczyłem go winem. Wieczorem postanowiłem wreszcie przeinstalować system, bo laptop już się poruszał jak babcia z Alzheimerem. Zeszło mi do trzeciej rano, bo oczywiście nic nie szło, jak powinno. Sterowniki, które kiedyś działały, tym razem nie mogły zaskoczyć, a programy nie chciały łyknąć cracka. Nieważne, dziś już chodzi jak złoto (zważywszy, że to dziewięcioletni weteran).
   Nad ranem wzięła mnie zazdrość, bo Petra poszła w Czechach na dyskotekę z koleżankami i już wyobrażałem sobie spocone cielska jędrnych chłopaków, starające się przycisnąć ją do ściany, obłapić, wykorzystać, zbrukać, obślinić, wymacać. Zabawna sprawa taka zazdrość. Nie wiem, czy to biologiczna sprawa, czy jakiś dziwny mentalny konstrukt. Wreszcie zasnąłem koło czwartej, przewracając się z boku na bok, dręczony wizjami.
   Dziś dwie godzinki na grze w pokera, przegrałem piętnaście funtów. Jestem prawie jak Dostojewski z tym nałogiem. Kiedyś wygram. A póki co, zostałem bez kasy na jedzenie do końca tygodnia, dobrze, że są obiady w stołówce szkolnej, no i jeszcze mam zgrzewkę fasolki w sosie pomidorowym i pół bochenka czerstwego chleba. Ale jakoś nie martwię się niczym dzisiaj.
   A nawet więcej: mam odczucie spokoju, przymrużenia oka, zabawy, mistycyzmu. Jak bycie tuż obok cienkiej ściany, samemu, prawie słysząc dobiegające zza niej sympatyczne chichoty wszechświata.

PS. A zdjęcie pstryknąłem w zeszłym tygodniu z roweru w drodze do pracy, koło ósmej rano. Rzadko takie fajne zdjęcia mi wychodzą. ustawiłem nawet na fejsie jako cover picture.

No comments:

Post a Comment