Wednesday, 21 December 2016

Prawda i piękno


 W radiu Zet chilli, relaksująca muzyka elektroniczna. Gadanie ograniczone do minimum, więc to moja ulubiona stacja na ten moment. Za oknem szum wiatru, albo to samolot. Choinka grzeje pomarańczowym światłem. Ale nie potrafię złapać nastroju. Może to przez lekkie przeziębienie, które dopadło mnie równocześnie z rozpoczęciem urlopu świątecznego. Taki nasz los, los prekariuszy. Płacone mamy za godzinę, świadczenia nas nie dotyczą, więc żeby przetrwać, chorobę zostawiamy sobie na weekendy i urlopy. Ale nie chce mi się w sumie o tym pisać.
   Kontynuuję lekturę Erich Maria Remarque. Po Łuku Triumfalnym, o którym już tutaj pisałem, wziąłem się za Czarny Obelisk. Zmagałem się trochę z tą książką. Ogólnie narracja w czasie teraźniejszym nie współgra ze mną dobrze, ale to nawet nie to. Autor bardzo skupił się na brzydocie, trywialności i głupocie ludzi. Piękno i niewinność bohatera trzeba było wyłuskać spomiędzy tego łajna. Ale w miarę czytania widziałem tego piękna coraz więcej. Tak już mam: w sztuce szukam nie tylko prawdy, ale i piękna. Jeżeli jest tylko jedno z tych dwóch, to nie wpuszczam do środka. Piękno bez prawdy jest głupie i nudne. A prawda bez piękna jest męcząca i bolesna. 
   Po skończeniu Czarnego Obeliska od razu zacząłem Trzech Towarzyszy. Tutaj natychmiast wpadłem w kilmat. Przyjaźń i miłość jest tu opisana lekko, mądrze i w zdrowej proporcji smutku i radości. Nie doszedłem jeszcze nawet do połowy, czeka mnie pewnie jakaś tragedia, ale przecież nie mogę przestać teraz, kiedy wszystko idzie dobrze.
   Od jakiegoś czasu unikam polityki, ale jest to coraz trudniejsze. Na początku jeszcze ukrywałem na facebooku te profile, które zalewały wiadomościami i dyskusjami, ale teraz to musiałbym prawie wszystkich odfollowować. To już praktycznie wojna domowa. Głównym powodem mojego odcięcia jest to, że informacje o tych ludziach budzą we mnie nienawiść. Myśląc o tym, czy tamtym polityku, czuję gnijące pulsowanie w sercu i łapię się na tym, że lałbym ich z mroczną przyjemnością po gębach. A czasami życzę im śmierci. Za puszczę, arogancję, głupotę, fanatyzm, manipulatorstwo, prostactwo, agresję, despotyzm, etc. Niezby to przyjemne uczucie. Zastanawiam się, czy jest we mnie coś, co mogłoby to przezwyciężyć i zamienić negatywne emocje na współczucie. Żebym mógł popatrzeć na prezesa, czy niektórych z jego ministrów i poczuć żal w sercu, "ale biedny człowiek!". Ale na razie nie potrafię, więc unikam.
   Pierwszy dzień urlopu przeleciał raczej bezczynnie, chyba nawet nudno. Ćwiczyłem na ukulele kawałek Nohavicy (Jine to nebude), oglądałem Friendsów, jadłem kiełbaski sojowe i domowej roboty lody malinowe, a na zewnątrz nawet nie wyszedłem, choć pewnie spacer po parku dobrze by mi zrobił. Jutro się postaram. Idę na pocztę odebrać paczkę z Polski, zrobić małe zakupy w Tesco, a później poszwendam się po Battersea Park.
   Już wieczór. Wracam do lektury Trzech Towarzyszy. Dobrej nocy.

   PS. Wczoraj miałem doświadczenie zderzenia się literatury i rzeczywistości. W Łuku Triumfalnym, Remarque opisywał Calvados. Mocny, leżakowany alkohol pędzony z jabłek. W jego książce jest to trunek niebiańskich rozkoszy, słodki, tajemniczy, kochankowie piją go z rozmarzeniem na co drugiej stronie powieści. Wczoraj odwiedziłem kilka sklepów z trunkami, aż wreszcie w jednym z nich, eleganckiej winiarni, właściciel wygrzebał zakurzoną butelkę Calvadosu! 
   - Nikt nie kupił tego od lat - powiedział.
   - W pewnej książce pisarz... Zresztą nieważne. Ile butelka? - spytałem z obawą.
   - Hmm, normalnie pięćdziesiąt... To dobry gatunek. Ale wie pan co? Sprzedam panu za trzydzieści. Pewnie i tak leżałoby to tutaj do Bóg wie kiedy.
   W domu z błogim oczekiwaniem nalałem do kryształowej, wypełnionej lodem szklanki bursztynowego płynu. Zamoczyłem wargi... I skrzywiłem się ze wstrętem. To była jakaś masakra. Jak whiskey z silnym aromatem dębu plus posmak jabłek. A whiskey nie lubię, więc pech. 
   Żałowałem, że skonfrontowałem wizję z rzeczywistością. Mogłem sobie marzyć o niebiańskim, tajemniczym Calvadosie. Może czasami lepiej zostawić marzenia w świecie idei?


9 comments:

  1. Z Calvadosem miałem identyczną przygodę - rozczarowanie na maksa:)
    Spokojnych Świąt Marcyś

    ReplyDelete
  2. Śmiać mi się chce,bo mój osobisty małżonek w ostatnim czasie czytał te same książki,o których piszesz,tyle że w odwrotnej kolejności. Też rozmarzył się na temat Calvadosu 😊 Przeczytałam mu Twój wpis i się biedak zmartwił...

    ReplyDelete
  3. Może Remarque miał jakiś układ z wytwórnią Calvadosu...? 😉 Dobrych Świąt!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja już kończę butelkę, ale tylko dla efektu, bron boże dla smaku:) Dla niebianskich rozkoszy zostaje Porto:) Przekaż mężowi:)

      Delete
  4. Nie żałuj. Ja tak czytałam kilkanaście lat temu Grę w klasy, próbując i sprawdzając wszystko, o czym pisał Cortazar :-). No przecież sam napisałeś, że prawda bez piękna i piękno bez prawdy i te sprawy, czyż nie? Więc zweryfikowane piękno calvadosu też :-)

    ReplyDelete
  5. To może jesteśmy w jakimś stopniu skoligaceni :-)

    ReplyDelete
  6. Do lektury tego, co napisał pan Remarque nadal, z oporami się przymierzam bo...mam wrażenie, że do pewnych rzeczy jeszcze muszę dojrzeć. Intuicja mi to mówi:)
    I wiesz, że nigdy nie piłam calvadosu? Ale może i do tego muszę jeszcze dojrzeć:)

    ReplyDelete