<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812</id><updated>2012-02-12T11:18:55.120Z</updated><category term='lista książek'/><category term='coś dla oczu'/><category term='Na Patriarszych Prudach'/><category term='muzyka'/><category term='Lew Tołstoj'/><category term='strumień świadomości'/><category term='W poszukiwaniu skrawków duszy'/><category term='Jasna Polana'/><category term='sny'/><category term='przekłady'/><category term='z życia mnicha'/><category term='różne'/><category term='Tania'/><category term='free writing'/><category term='poezja'/><category term='podróże'/><category term='po angielsku'/><category term='Hiszpania'/><category term='Dziewięć dni obfitości'/><category term='stranger'/><category term='Kopenhaga'/><category term='tarot'/><category term='proza'/><category term='mistyka'/><category term='Z dziennika podróżnika astralnego'/><category term='kartki z podróży'/><category term='zdjęcia'/><category term='ukulele'/><title type='text'>garść drobnych</title><subtitle type='html'>Trochę literatury, fragmenty dziennika, poezja,tarot, sny, podróże i czasami wieczorna chandra przy hiszpańskiej muzyce...</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>marcinsen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09754574914998722216</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://2.bp.blogspot.com/_VWoD-tZtpGE/Sk_LIWXbrXI/AAAAAAAAAzA/VuuQJ5-UOE4/S220/avatar.jpeg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>267</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-9155902736940935942</id><published>2012-02-12T11:10:00.003Z</published><updated>2012-02-12T11:18:55.131Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ukulele'/><title type='text'>Whiskey in the jar - ukulele cover</title><content type='html'>Ciąg dalszy moich ukulelowych podróży po świecie;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe width="420" height="315" src="http://www.youtube.com/embed/UqUQfIiyMyE" frameborder="0" allowfullscreen&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;As I was going over the far famed Kerry Mountains,&lt;br /&gt;I met with Captain Farrel, and his money he was countin',&lt;br /&gt;I first produced my pistol, and than produced my rapier,&lt;br /&gt;Sayin': "Stand and deliver for you are a bold deceiver".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorus:&lt;br /&gt;Musha ring dum a doo dum a da,&lt;br /&gt;Whack for the daddy ol',&lt;br /&gt;Whack for the daddy ol',&lt;br /&gt;There's whiskey in the jar.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I counted out his money and it made a pretty penny,&lt;br /&gt;I put it in me pocket, and I took it home to Jenny,&lt;br /&gt;She sighed, and she swore that she never would deceive me,&lt;br /&gt;But the devil take the women for they never can be easy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorus&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I went into my chamber all for to take a slumber,&lt;br /&gt;I dreamt of gold and jewels and for sure it was no wonder,&lt;br /&gt;But Jenny drew my charges and she filled them out with water,&lt;br /&gt;Then sent for Captain Farrel, to be ready for the slaughter.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorus&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Twas early in the morning just before I rose to travel,&lt;br /&gt;Up comes a band of footmen and likewise, Captain Farrel,&lt;br /&gt;I first produced me pistol for she stole away my rapier,&lt;br /&gt;But I couldn't shoot the water, so a prisoner I was taken.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorus&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Now there's some take delight in the carriages a rolling&lt;br /&gt;and others take delight in the hurling and the bowling&lt;br /&gt;but I take delight in the juice of the barley&lt;br /&gt;and courting pretty fair maids in the morning bright and early&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorus&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;If anyone can aid me 'tis me brother in the army,&lt;br /&gt;If I can find his station, in Cork or in Killarney,&lt;br /&gt;And if he'll go with me we'll go roving in Kilkenny,&lt;br /&gt;And I'm sure he'll treat me better than me old a-sporting Jenny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-9155902736940935942?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/9155902736940935942/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/whiskey-in-jar-ukulele-cover.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/9155902736940935942'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/9155902736940935942'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/whiskey-in-jar-ukulele-cover.html' title='Whiskey in the jar - ukulele cover'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/UqUQfIiyMyE/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-4399422482717994941</id><published>2012-02-07T13:29:00.012Z</published><updated>2012-02-07T14:06:44.266Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>Wędrowcy 2012</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-hgCRONm3w14/TzErqnpl3JI/AAAAAAAAAoc/PJSI4Tzp6jM/s1600/mayas.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="268" src="http://3.bp.blogspot.com/-hgCRONm3w14/TzErqnpl3JI/AAAAAAAAAoc/PJSI4Tzp6jM/s320/mayas.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zapraszam do lektury opowiadania w kliamatach mistyczno-fantastycznych. Jest reinkarnacja, są starożytni Mayowie, obcy, punkowcy, krysznowcy, hiszpańska wojna domowa, współczesna Warszawa (kiedy mówię współczesna, mam na myśli lata '90:) i średniowieczna Granada, i to jeszcze nie wszystko:) Jakoś nie miałem szczęścia do znalezienia wydawcy, więc w końcu stwierdziłem, że zamiast kisić je na komputerze, podzielę się z czytelnikami. Planuję wydać zbiór opowiadań, ale jeszcze do tego daleko, tak że jak na razie macie przedsmak. Pozdrawiam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Wędrowcy 2012&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Napastliwe terkotanie telefonu wyrwało mnie z koszmaru. Znajomy dźwięk rozpędził hordy zielonych obcych i skruszył monumentalne, granitowe pytajniki, starsze od piramid Egiptu. Usiadłem sztywno na łóżku. Mokre prześcieradło odkleiło się od spoconych pleców. To telefon, czy łomotanie serca obijającego się o żebra? Na wpół przytomny omiotłem wzrokiem chaos pomieszczenia. Splątane zwoje pościeli, telewizor, puste puszki po piwie, popielato-żółtawe wysepki niedopałków w słoikowych zakrętkach, brudne talerze na podłodze obok drzwi, grube tomisko. „Drogi wolności” Sartre’a.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Terkotanie nie ustawało. Gdzie ten cholerny telefon? ... Kurwa, jaki telefon?! Przecież od paru miesięcy byłem odłączony!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Natychmiast otrzeźwiałem. Dzwonek ucichł, widać zbyt szybko wszedłem na wibrację jawy. Nie miało sensu próbować dostroić się na nowo. Za dużo czasu, a zresztą, to było tylko wezwanie do kontaktu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zerwałem się z łóżka i wciągając spodnie, zerknąłem na budzik. Za piętnaście czwarta. Niedługo zacznie się rozjaśniać. Spodnie, buty, sweter, nóż, zapobiegawczo chwyciłem kurtkę - z pewnością było jeszcze chłodno – i wybiegłem na ciemną klatkę schodową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Trochę za mocno trzasnąłem drzwiami. Ujadanie wrednego kundla Maciejowskich z góry, wypełniło korytarz echem. Nie przejmując się zamykaniem drzwi na klucz, zbiegłem w dół, próbując po ciemku trafić w rękawy kurtki.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wcale nie było zimno. Przebiegłem przez parking, przeskoczyłem siatkę i już po chwili siedziałem na ławce w parku. Rozejrzałem się dookoła, ale nie zauważyłem nikogo, nawet pijaczków, którzy lubili spędzać tam sierpniowe noce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wziąłem głęboki oddech i zmrużywszy lekko oczy, wbiłem wzrok w iglicę Pałacu Kultury, wyzierającą spoza drzew. Mógłbym wejść trochę wyżej, skąd Pałac byłby lepiej widoczny, ale nie chciałem już tracić czasu. Zresztą, tutaj też nie było źle. Używałem tej ławki już wcześniej, bez większych zakłóceń w transmisji.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Koncentrując się na odległej iglicy, wyrównałem oddech i z niemałym trudem oczyściłem głowę z myśli. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Rytmicznie i powoli. Lśniący na tle granatowo-czarnego nieba Pałac Kultury rozmył się we łzach. Wdech. Wydech. Złota iglica z aureolą. Wdech. Wydech. Sięgam poza...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pankracy? Jesteś? – Odbity od odległej wieży myślokształt uderzył mnie w twarz. Choć byłem przygotowany, odruchowo cofnąłem głowę. Nie przerwałem &amp;nbsp;jednak medytacji. Ulepiłem w myślach kilka słów i posłałem je przed siebie. Moja jaźń poszybowała za nimi. Zobaczyłem pod sobą światła miasta. Pęd nocnego powietrza na twarzy. Z wysiłkiem wróciłem do ciała. Nie było czasu na wygłupy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jestem. Co się dzieje?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Odpowiedź przyszła natychmiast. Rozpoznałem ostre kontury i konkretność myślokształtów Jabola.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przebiliśmy się przez Barierę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mało brakowało, a wypadłbym z połączenia. Jedynie wielkim wysiłkiem woli spróbowałem oczyścić wstrząśnięty umysł.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przeszliście Barierę?! – rozchwiana myśl wystrzeliła ponad Warszawą. Musiała odbić się rykoszetem od kilku budynków, bo echo opadło mnie z kilku stron równocześnie. „Barierę? ... Barierę? ... Barierę! ...”&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Uwaaaż...aaaj staaaeery, ni...eee wyyyodzieeraaj sii...ę – to był poszarpany, rozmyty styl Toudiego.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przepraszam.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Na chwilę zapadła cisza. Chłopaki dawali mi moment na uspokojenie. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Żeby wydmuchać wszystkie myśli spomiędzy uszu. Pustka. Czysty odbiornik. Spokojny warsztat myślokształtów.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Już – wysłałem prostą myśl. – Mówcie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wdech. Wydech.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Dziś w nocy. Wędrowaliśmy. Próbowaliśmy znaleźć wyłom w Barierze. Jak zwykle. Najpierw nieprzenikniona ściana. Głową w mur...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Powieeedz muuu ooo...ee tym kuuurrr...ewskimm klauuunie – wysłał Toudi. Ledwo zrozumiałem jego mentalny bełkot. Dni tego Wędrowca były już policzone. Pomyślałem to ostrożnie, starając się nie ucieleśnić słów. Nie lubię ranić.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Spotkaliśmy klauna. Sylwestrowy przebieraniec. Przynajmniej tak myśleliśmy. Zawędrowaliśmy sześć lat do przodu. 1999, odliczanie, Plac Defilad, setki ludzi, ostatnie chwile starego roku - standard. Czekamy na zderzenie z Barierą. Żartujemy z tamtejszej mody. Klaun stoi z szampanem, tyłem do nas...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ogg...glądaaałeś „Tooo” Kiii...iinga? – Hybryda myślokształtu z chichotem o mały włos nas nie rozłączyła. Powstrzymałem złość.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Toudi, zamknij się. Jabol, kontynuuj.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Niebo było coraz jaśniejsze. Nie wiedziałem, czy będę w stanie utrzymać kontakt bez tłumiącej zmysły ciemności.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Klaun odwrócił się znienacka. Popatrzył prosto na nas. Widział nas, jestem pewien. Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Prawie się astralnie zesrałem. Przysięgam. Podniósł butelkę do góry, jakby wznosił toast. Obrzydliwy gość. Nieczłowiek.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nieczłowiek? – przerwałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie. Nie wiem... Odliczanie... Klaun się śmieje... Jesteśmy przerażeni... Coś jest nie tak... trzy... dwa... jeden... I nic. Nie odbiliśmy się. Bariera znikła. Byliśmy po drugiej stronie tysiąclecia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Shit! To był pierwszy raz, odkąd odkryliśmy blokadę na Milenium. Szykowało się coś wielkiego. Kim był ten klaun? Może tylko wizją? Czasami umysł nie był w stanie przesiać rzeczywistość od mentalnego szumu. Tym bardziej, że chłopaki zniszczyli już kilka warstw umysłu – to nie byli ostrożni psychopodróżnicy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co dalej? – moja blada, dwuwymiarowa myśl zawisła w powietrzu i upadła w trawę obok ławki. A niech to. Przerwałem połączenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czerwone słońce zachodziło za pasmem Sierra Madre. Niknący blask oświetlał tajemniczą scenę – stu nagich mędrców siedziało w kręgu. Zwróceni plecami do siebie, a twarzami do niknącego w ciemnościach świata, milczeli. Patrząc na ich przymknięte powieki można by pomyśleć, że spali, ale skupione twarze zadawały temu kłam. Odbijały się w nich burzliwe emocje i myśli.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mędrcy rozmawiali, choć ucho zwykłego śmiertelnika nie usłyszałoby słów. Myśli, niczym elektryczne iskry, przeskakiwały pomiędzy umysłami najpotężniejszych ludzi z narodu Majów.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;O czym rozmawiali?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;O końcu, który ujrzeli w wizjach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;O pewnym dniu, kiedy zapłonie Ziemia.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;O zagładzie ludzkości.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;O tym, czy można zmienić przeznaczenie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mędrcy radzili, aż krwawy rąbek słońca zniknął za krawędzią gór, a niebo rozjaśniły tysiące jaskrawych gwiazd i później, kiedy nadchodzący dzień zamienił czerń w granat, zaś granat w złoty wschód.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mędrcy znaleźli wyjście – postanowili podróżować przez czas, zasiewając wśród ludzi ziarna wolności i braterstwa. W ten sposób mogli zmienić historię i sprawić, że Dzień Zagłady stałby się Dniem Przemiany. Nazwali swoją misję Wędrówką, a siebie Wędrowcami.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wraz z nastaniem poranka, znów popatrzyli w przyszłość. Nad zieloną planetą jutra wstawał nowy dzień nowej ery – ery pokoju i miłości. Mędrcy wstali i objęli się ze śmiechem, a później wrócili do swoich miast i wiosek, gdzie czekały już uczty, kobiety i muzyka. &lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Minęły tysiące lat. Dzień Przemiany był coraz bliższy. Wędrowcy zasypiali, budzili się, rodzili i umierali, nigdy nie zapominając o swojej misji.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Aż pewnego dnia zdarzyło się coś, czego nie zobaczyli w wizjach – przybyli &amp;nbsp;Najeźdźcy. Nikt nie wiedział skąd się wzięli i dlaczego ich przyjście umknęło oczom starożytnych mędrców.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zło rozpełzło się po całej planecie, Czerń zatruła umysły ludzi. Był to początek wojny. Wędrowcy walczyli z odwagą i determinacją, pamiętając krąg mędrców i wizję zagłady. Wydawało się, że Najeźdźcy zostaną pokonani, że dobro zwycięży nad złem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wtedy pojawiła się Bariera, która zasłoniła Dzień Przemiany. Nie mogła jej przebić żadna myśl. Pierwszy raz od tysiącleci w sercach Wędrowców obudził się prawdziwy strach. Co czaiło się po drugiej stronie? &amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Najbliżej miałem do przystanku na Okopowej. Było już po piątej, bez problemu złapałem więc dwudziestkę szóstkę. O tej porze podróż nie powinna zająć więcej niż pół godziny. Chciałem spotkać się z Wędrowcami tak szybko, jak to możliwe. W wagonie siedział jeszcze tylko mamroczący do siebie bezdomny staruszek i zapatrzona w okno młoda dziewczyna. Zmęczona twarz, podkrążone oczy. Pewne wraca z imprezy... &lt;i&gt;Głośny oddech, coraz szybciej poruszające się biodra. „Nie kończ we mnie” – szepczę mu do ucha. Nie słucha. Ogląda się na stolik, czy łapie nas kamera… Mam ochotę go odepchnąć. Debil. Nie mam jednak dość odwagi…&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Potrząsnąłem głową, strzepując obce myśli. Odetchnąłem, oparłem się wygodnie w siedzeniu i patrząc przez szybę na coraz jaśniejsze miasto, pozwoliłem płynąć myślom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Bariera. Odkąd ją odkryliśmy, nie było sposobu, żeby się przebić. Będzie z siedemdziesiąt lat. Policzyłem dokładniej. Siedemdziesiąt pięć. 1919.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Najbardziej pamiętałem twarze. Po kilkudziesięciu latach potrafiły zamazać się słowa, idee, miejsca, ale twarze pamiętałem tak dokładnie, jakbym je widział wczoraj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zmarszczone brwi, ciemne, przeszywające oczy, czarne, sterczące dziko na boki włosy, pełne, ładne usta, prawie jak u kobiety.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jesteś pewny, Michaił?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Tak. Jest jak Chiński Mur. Nic się nie przedrze – odpowiadam, rozkładając bezradnie ręce. – Próbowałem chyba ze sto razy i to w różnych miejscach. Żeby być pewnym, wybudziłem się kilka razy i znów powędrowałem. Nic nie dało.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nestor drapie się po głowie i podchodzi do okna. Jesteśmy w drewnianej, przesiąkniętej dymem chacie. Na szczęście przez otwarte drzwi wiatr przynosi zapachy maja.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kurwya mat – klnie cicho. – Co myślisz? – pyta.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nestor... Może to Najeźdźcy? – Z nadzieją czekam na zaprzeczenie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nie przestaje patrzeć w okno. Przytupuje lekko nogą, jak zwykle, kiedy jest podenerwowany.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Tego nam brakowało... Za kilka tygodni Ukraina zapłonie, w Hulaj-Polach nie będzie miejsca, gdzie można by się skryć przed czekistami i zbirami Denikina, a teraz jeszcze to... gdzie jest granica?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Na dwutysięcznym.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Odwraca się do mnie. Lubię na niego patrzeć. Jest niewysoki, powiedziałoby się przeciętny, ale ma coś takiego, że człowiek by w ogień skoczył...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ponad siedemdziesiąt lat. Sporo... – Widać, że próbuje podjąć decyzję. Przestraszony zdaję sobie sprawę, że patrzy na mnie z oczekiwaniem, jakbym to ja miał zadecydować. W końcu wzdycha zrezygnowany i mówi: – Teraz i tak nic nie możemy zaradzić.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co w takim razie robimy?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znów patrzy w okno.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Mamy wojnę do przegrania, Michaił. Nie pierwszą i nie ostatnią... A z tamtym... Czekamy. Jak zwykle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czekanie. W tym jesteśmy najlepsi. Nic już nie mówię. Wychodzę na podwórze. Uśmiechnięte twarze, gdzieś gra harmonia, wszyscy myślą, że już czas, świat się zmieni, wolność, równość, braterstwo, koniec wojen. Jakże się mylą. To tylko rozgrzewka. Próba odwrócenia przeznaczenia. Czwartego czerwca Hulaj-Pole spłynie krwią. Nestor Machno patrzy przez szybę. Chyba płacze, ale nie jestem pewien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Kiedy tramwaj stanął za Mostem Śląsko-Dąbrowskim, wiedziony impulsem wyskoczyłem, choć planowałem wysiąść dopiero koło Katedry. Za dużo ostatnio robiłem na wyczucie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Do kamienicy Grubego miałem parę kroków, a stamtąd na Okrzei, to przecież rzut beretem. Jabol i Toudi mogą poczekać pół godziny dłużej.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zrobiło się już całkiem jasno. Na ulicy widać było więcej ludzi. Trochę za wcześnie na wizytę, ale mama Grubego przyzwyczaiła się już do moich dziwactw. Doszedłem do kamienicy. Popatrzyłem w okna. U Grubego się świeciło. Dobrze.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Poprawiłem kurtkę, przygładziłem włosy i przeszedłem przez śmierdzącą moczem bramę. Później, po schodach, na górę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czułem wstyd. To moje pierwsze odwiedziny, chyba od miesiąca. Kiedyś bywałem tutaj codziennie. Zapukałem do drzwi. Otworzyła mi zapłakana kobieta.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pani Aldono... Wszystko w porządku?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Matka Grubego nie mogła nic wydusić przez łzy. Pokiwała ręką, żebym wszedł. Zamknąłem drzwi. Czułem się bardzo niezręcznie. Coś nie tak z Grubym? I co to za zapach?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wszedłem za kobietą do kuchni. Wreszcie opanowała trochę szloch.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Tomka nie ma...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co pani mówi? – Nie czekając na odpowiedź, wybiegłem z kuchni i otworzyłem drzwi od pokoju Grubego. Pośród półek pełnych lekarstw, kremów na odleżyny, strzykawek, leżało puste, rozkopane łóżko. I było jeszcze coś... Teraz, z bliska poznałem. Smród Czerni.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pani Aldona stanęła za mną.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jak to się stało? – spytałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- W nocy obudził mnie hałas. Myślałam, że to złodzieje, albo co, więc nic nie robiłam, czekając, żeby zabrali co chcą i sobie poszli, przecież i tak nic nie mam, niech sobie biorą, żeby tylko krzywdy nie zrobili, ale potem ktoś wszedł do kuchni, otworzył lodówkę, a przecież jaki złodziej by tak robił? Wyszłam więc i patrzę, a to Tomek, Tomeczek siedzi przy stole i je kotlety z wczoraj, jakby nigdy nic, uśmiecha się przy tym i mówi: „Cześć mamo, przepraszam, że cię obudziłem, głodny jestem jak pies”. I nie wiem, co powiedzieć, wszystko takie dziwne, a później Tomek wstał, uściskał mnie i powiedział, że musi coś załatwić. Ale co załatwić? Przecież to już cztery lata, jak tak leży, bez rozumu i co on teraz chce załatwiać? Myślałam, że majaczy i mówię mu, żeby się położył, że rano wszystko załatwimy, ale on nie słuchał, tylko popatrzył jakoś tak dziwnie, groźnie, jakby nie on, aż mnie dreszcze przeszły i już nic nie powiedział, tylko wyciągnął z szafy swoją starą kurtkę, tą z ćwiekami, co sam robił i poszedł... – Kobieta znów wybuchnęła płaczem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Objąłem ją - chyba tego oczekiwała i nie wierząc w ani jedno swoje słowo, powiedziałem, żeby się nie martwiła, wszystko będzie dobrze, że zaraz znajdę Tomka i przyprowadzę go do domu, całego i zdrowego.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Już na ulicy, wypuściłem głośno powietrze i przyłożyłem czoło do zimnych cegieł. Co się dzieje? Najpierw Jabol z Toudim przechodzą Barierę, teraz Gruby porwany przez Czerń. Kurwa, myślałem, że jeszcze mamy czas przed konfrontacją. (A dlaczego tak myślałeś? – złośliwie zapytał wewnętrzny głos).&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Rozejrzałem się dookoła, jakby oczekując, że Gruby stoi gdzieś obok i na mnie czeka, jak kiedyś, pokazując szczerbaty uśmiech i odsłaniając ukryte za pazuchą wino. Zapiekły mnie oczy. Dobra. Najpierw idę na Okrzei. Może razem &amp;nbsp;z chłopakami coś wymyślimy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ze śpiączką Grubego i z odkryciem, że jesteśmy Wędrowcami, było tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Cztery lata temu pojechaliśmy na koncert do Brodnicy. Gruby, jak zwykle - dusza towarzystwa - już po pół godzinie nasz przedział wypełnili radośni i pijani ludzie, spoglądający z zachwytem na jego wygłupy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Piliśmy wino, śpiewaliśmy piosenki Dezertera i KSU, opowiadaliśmy zmyślone i prawdziwe - więcej tych pierwszych - historie z koncertów, zadym, imprez. W końcu zmęczyłem się zamieszaniem i hałasem, zresztą była już noc.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wypatrzyłem sympatyczną punkówę, która przyglądała mi się od samego początku.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mrugnąłem, kiwnąłem głową i przedarłszy się przez zatłoczony korytarz, zniknęliśmy na pół godziny w pociągowym kiblu. Później pożegnaliśmy się długim pocałunkiem, dziewczyna poszła szukać swojej grupy, a ja wróciłem do przedziału.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gruby drzemał. Próbując znaleźć sobie miejsce, potknąłem się o jego wystającą nogę. Łypnął na mnie jednym okiem i uśmiechnął się szelmowsko.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jak tam poszło z czarnulką?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie narzekam.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Cmoknął z podziwem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jak to robisz, że tak lecą na ciebie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie gadam za dużo, jak niektórzy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- He, he, dobre.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znalazłem wreszcie wygodną pozycję, ale kuksaniec przyjaciela pozbawił mnie złudzeń. Nie pośpię.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Słuchaj. Miałeś coś dla ciała, może teraz coś dla duszy? – Gruby odchylił lekko klapę plecaka. Butelka. Znajomy kształt korka.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zgłupiałeś? Schowaj to – syknąłem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- No co ty? Nie masz ochoty na podróż?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Miałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ale gdzie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- A gdzie miałeś to swoje rendez-vous?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znów wylądowałem w kiblu. Ciepłe, sierpniowe powietrze i rytmiczny stukot kół miło odprężały. Gruby sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwa woreczki. Usiadłem na desce klozetowej, on na podłodze. Odkręcił butelkę. Pomieszczenie wypełnił ostry zapach. Napełniliśmy woreczki. Otworzyłem szerzej okno, żeby zapach wylatywał na zewnątrz, nie na korytarz. Choć zmęczony masą pijanej młodzieży konduktor już dawno przestał się pokazywać, nie chcieliśmy kusić losu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Byliśmy gotowi do podróży.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Czekaj, spróbujemy czegoś nowego – powiedział Gruby, wyciągając do mnie kawałek brudnego materiału.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co mam z tym zrobić? Zawiązać oczy, czy co?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Czemu nie? Spróbujmy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Założyłem opaskę i kompletnie odcięty od wrażeń wzrokowych, zacząłem wdychać rozpuszczalnik. Rytm szeleszczącego woreczka dopasował się do stukotu kół. Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Cała jaźń skupiła się na wewnątrz, na oddychaniu, rytmie, umyśle. Najpierw w całkowitym mroku, który już po chwili, z klaustrofobicznego odbicia pod powiekami, przerodził się w pozbawioną granic czerń kosmosu. Nieskończenie wielka przestrzeń i moja nieskończenie mała dusza... Czerń wypełniła się kolorami, plamami, dźwiękami, fragmentami dawno usłyszanych zdań, zapomnianą muzyką, szeptami... Gubiłem siebie. Moja jaźń zaczęła znikać, rozpuszczać się we wrażeniach... Musiałem się czegoś chwycić, czegokolwiek, nie wytrzymam tego dłużej...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Kiedy zacząłem zrywać zakrywającą mi oczy chustkę, silna ręka chwyciła mnie za nadgarstek.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie bój się – usłyszałem wewnątrz siebie. – Trzymaj się mnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pomogło. Uspokoiłem się. Zostałem. Znów skupiłem uwagę na rytmie pociągu. Pozwoliłem kolorowym plamom zbudować obrazy. Najpierw niejasne, migoczące, niestabilne - lewitujący w pustce but, twarz, książka... W końcu wizje stały się bardziej dotykalne, pełne, złożone, aż powstał z nich świat. Ja, inni, słowa, rozmowy, sytuacje, które pamiętałem, krok po kroku, do tyłu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Cofałem się! Zrozumiałem. Podróżowaliśmy po linii życia, aż do początku. Serce zabiło mi mocniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Widzę wspomnienia, po których, jak myślałem, nie został już żaden ślad, coś sprzed roku, sprzed dwóch, liceum, konflikty z ojcem, lipiec, rzygam pierwszą wódką... coraz szybciej... jestem młodszy, mniejszy, szkoła, czerwony pasek na świadectwie, pierwsza masturbacja, jeszcze wcześniej... świat jest większy, dorośli jak bogowie, potężni, ogromni, wszystko wiedzą, a ja nie wiem nic, ale ufam, czuję, że jest jakiś sens w tym wszystkim, tylko jeszcze go nie rozumiem, prosty świat, proste słowa, a później słowa nie mają już sensu, nic nie ma sensu, nie wiem gdzie góra, a gdzie dół, jest tylko ciepło, zimno, dobrze, źle, głodny, syty... ogromna, ładna, uśmiechnięta twarz, tajemnicza jak Sfinks, nachyla się nade mną... poznaję mamę, Boże, jaka młoda! ... wszystko rozmazuje się w złotych plamach, nie ma mnie... to co zostało, pływa w ciepłym płynie, niezrozumiały sen o nicości... czyli dotarłem do początku... Tak się zaczęło... Jak dziwnie... Bez bólu i bez radości, bez myśli...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ale nie zatrzymałem się. Złotą nicią wystrzeliłem z łona, pod prąd czasu. Przez chwilę byłem tylko iskrą szukającą ciała, bezdomnym pyłkiem zagubionym we wszechświecie, pędzącym wśród innych, takich jak ja, pomiędzy życiami - ciągle zdziwieni, pełni czci, strachu, podziwu... to już? po życiu? co teraz? niebo? piekło? nirvana?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;A później (wcześniej) siedziałem w zadymionym pokoju madryckiego mieszkania na Calle de Tribulete, wieczorem 14 lipca 1973 roku.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Manuel kroił chleb na kanapki. Esperanza trącała go łokciem i chichocząc, podkradała oliwkę. Z trudnością oderwałem wzrok od jej zgrabnej, drobnej sylwetki. Czarne, związane w warkocz włosy opadały prawie do bioder. Do tego ten śmiech... &lt;i&gt;que guapa...&lt;/i&gt; Manuel odwrócił się i mrugając, pogroził palcem. Rozłożyłem bezradnie ramiona. Popiół z papierosa spadł na kanapę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;„Wybacz” – wysłałem skruszoną myśl, nie uściślając, za co przepraszam i starłem smolistą grudkę z wytartego obicia.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pablo (Gruby?!) szturchnął mnie w ramię.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ty mnie w ogóle słuchasz?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przepraszam – tym razem werbalnie. – Powiedz jeszcze raz...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pablo w geście przesadnej rozpaczy zmierzwił sobie włosy i wzniósł oczy do góry.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I z takimi ludźmi muszę ratować świat, &lt;i&gt;Dios mio&lt;/i&gt;, pomóż mi!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Manuel i Esperanza parsknęli śmiechem. Trzeba umieć się śmiać w każdych warunkach. Tacy już jesteśmy, my – Wędrowcy – bez humoru chyba już dawno dalibyśmy sobie spokój. Widziałem jednak, że pod zwykłą przykrywką wygłupów Pablo był śmiertelnie poważny.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- &lt;i&gt;Segunda Brigada de Investigacion Social&lt;/i&gt; – powiedział już normalnym tonem. – Mówi ci to coś?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co ma do tego bezpieka?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I o tym właśnie mówię. Bezpieka nie powinna o nas wiedzieć nawet w snach. Jesteśmy duchami... Nas nie ma! Powietrze. Tymczasem twoja - za przeproszeniem - gęba, Ricardo i twoja... Esperanza! – Odwrócił się w stronę kuchni. – Może byście dołączyli? – zawołał. – Mówimy tutaj o ważnych sprawach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Szybko wrzucili na talerz niedokończone kanapki, garść oliwek i kawałek sera, po czym dosiedli się do stolika. Pablo pokazał palcem na wymięte kartki papieru. Z listów gończych spoglądały na nas dwa groźne oblicza. Moje i Esperanzy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jak to się mogło stać? Wytłumaczycie mi?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Faktycznie, jak? Już nikomu nie było do śmiechu. Odpaliłem kolejnego papierosa. Kiedyś zabije mnie to ścierwo (nie, nie umrzesz od papierosów, zginiesz za godzinę, od ciosu noża, krztusząc się krwią...).&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jeśli chodzi o mnie, wiem i mogę przysiąc, że nikt nie zrobił mi zdjęcia, wyczułbym, przecież wiecie... Esperanza?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziewczyna popatrzyła na mnie z lekkim wahaniem, ale pokręciła głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Może nie jestem tak czujna, jak Ricardo, ale nie przegapiłabym czegoś takiego. Ten, który robił to zdjęcie, musiał przecież pomyśleć o nas, skupić swoją uwagę i w końcu fizycznie nakierować obiektyw. To tak, jakby ktoś mnie opluł z bliska. Mogę nie być najlepszym z Wędrowców, ale tego bym przecież nie przegapiła.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Manuel objął ją ramieniem i drugą ręką pogładził po włosach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pablo ciężko westchnął.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- W takim razie pozostaje jedno wytłumaczenie... Ktoś osłaniał fotografa, albo nawet on sam był w stanie się zakamuflować.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- &lt;i&gt;La puta madre...&lt;/i&gt; Najeźdźcy? – powiedziałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;A kto inny?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Słuchaj, Pablo – Manuel włączył się do rozmowy. – Jak długo już unikamy Najeźdźców? Sto pięćdziesiąt? Sto sześćdziesiąt lat? Myślisz, że akurat teraz nas namierzyli? I dlaczego akurat naszą czwórkę? Co z resztą Wędrowców? W Chinach, w Rosji, Francji, Ameryce? Może to tylko przypadek. Może jednak Ricardo i Esperanza przeoczyli fotografa i są poszukiwani jako zwykli dysydenci? W porządku – to też nie jest bezpieczne, ale jaki problem? Spakujemy się z samego rana i spadamy z Madrytu. Przeczekamy we Francji, u naszych, przecież zostały jeszcze tylko trzy lata. Generalissimo zdycha, wchodzi demokracja i możemy dalej spokojnie działać. Dlaczego oczekiwać najgorszego?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Esperanza uśmiechnęła się blado, z nadzieją. Gdzieś niedaleko zawyła syrena. Policyjna. Miała dźwięk wyższy o pół tonu od karetki. Nie tylko ja poznałem. Zastygliśmy na chwilę w napiętym bezruchu. Dźwięk rozpłynął się w oddali. Odetchnęliśmy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie. Powtarzam: nie przegapiłbym fotografa. To był ktoś od nich – powiedziałem zdecydowanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Chwila milczenia, Pablo nerwowo podrapał się po nieogolonym policzku. Kto jak kto, ale on powinien bardziej dbać o wygląd. Uderzył się po udach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- W takim razie nie ma co zwlekać. Nie wolno nam ryzykować. Kto wie, co Najeźdźcy mogliby zrobić, gdyby ktoś z Wędrowców wpadł w ich ręce. I gdyby przez tego kogoś udało im się namierzyć resztę z nas...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Więc co?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Tak jak powiedział Manuel, musimy zniknąć, ale dalej i na dłużej. Jeśli to Najeźdźcy, to śmierć Franco nic nam nie da. Wyjeżdżamy na dobre. Być może już nie wrócimy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Manuel westchnął niezadowolony.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kurwa, no, przyzwyczaiłem się, lubię ten kraj, lepiej mi tu, niż przez ostatnie parę żyć...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Esperanza nic nie mówiła, ale widać, że była po jego stronie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wyjeżdżamy jutro z rana – uciął Pablo. – Przykro mi – dodał po sekundzie. – Też lubię tutaj być. Gdyby ode mnie zależało... Ale jesteśmy coraz bliżej Bariery. Jeszcze tylko niecałe trzydzieści lat, a kto wie, co czai się po drugiej stronie. Nie ma czasu na odpoczynek...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Znów zastygliśmy. Głośne kroki na schodach. Ściszone głosy. I jeszcze coś. Przez szparę pod drzwiami wpłynęła smuga Czerni. W sekundę wypełniła powietrze. Wciskała się do nosa, ust, uszu - szepty o zniszczeniu, o śmierci, nicości, nienawiści, armageddonie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Na zewnątrz! – trzeźwy głos Pabla wyrwał nas z transu. Rzuciliśmy się do drzwi. Jedyna droga ucieczki prowadziła do góry. Czerń płynęła po korytarzu bulgoczącą falą. Funkcjonariuszy jeszcze nie było, ale tupot butów stawał się coraz głośniejszy. W panice wbiegliśmy na schody. Próbowaliśmy nie oddychać, nie mówić, byle dalej stąd, dalej od tego ohydnego smrodu. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko Czerni. Biegnąc, ze wstrętem podnosiłem wysoko stopy, choć przecież to nic nie mogło dać, Czerń była wszędzie. Oblepiała skórę, ubrania, płuca.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dotarliśmy na dach. Na dole ktoś stukał do drzwi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- &lt;i&gt;Policia! Abran la puerta!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Biegiem przez dach, do gzymsu. Najpierw skacze Pablo, za nim Esperanza, Manuel i ostatni, ja. Byle szybciej, bieg, następny budynek, bez zatrzymywania się, bez myślenia. Znów gzyms, tym razem trochę większy odstęp pomiędzy ścianami, ale udaje się, bez problemu, tam już czekają na nas drzwi, droga na zewnątrz, do ukrytego samochodu. Odwracam się przez ramię. Nie widać pościgu - tylko przerażająca ściana Czerni przesuwa się powoli w naszą stronę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wbiegam do kamienicy jako ostatni, zatrzaskuję zamek, potykamy się w ciemności, ale oddychamy, przejrzyste powietrze, już jest lepiej, zdążymy i kurwa, uwierz mi Pablo, wyjeżdżamy stąd już teraz, zaraz, na zawsze, pierdolić słońce, flamenco, manchego i śniade dziewczyny....&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Jesteśmy już na ulicy. Ciasno, ciemno, bez przechodniów, dobrze wybraliśmy miejsce, Pablo dobiega do samochodu, wyciąga z kieszeni kluczyki, wsadza w zamek. Zabezpieczam tyły, rozglądam się, serce głośno pompuje krew, „szybciej, kurwa, szybciej” – myślę. Nie chcę więcej widzieć, dotykać, wdychać Czerni, szybciej! Manuel trzyma Esperanzę za włosy. Dziewczyna wymiotuje. Pablo otwiera drzwi. Macha.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ruszać się!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;I wtedy nas dostali. Trzy postacie wyłoniły się z cienia. Manuel sięgnął po pistolet. Tamci byli szybsi. Pierwsza kula roztrzaskała mu ramię i przeszedłszy przez ciało, uderzyła Esperanzę w szyję. Druga trafiła go w skroń. Upadł martwy na drgające ciało dziewczyny. Pablo skrył się za drzwiami samochodu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Podniosłem ręce do góry. Byliśmy bezbronni - jedynie Manuel miał przy sobie pistolet.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie strzelajcie! – zawołałem. Bardziej w odruchu zachowania życia, niż jako część racjonalnego planu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ty, za samochodem, wyłaź! – krzyknął jeden z napastników. Po akcencie wydawali się Hiszpanami, chyba z Andaluzji.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pablo wychylił się zza samochodu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wychodzę. Nie strzelajcie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Boże, mam nadzieję, że choć on ma jakiś plan.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Widząc, że nie mamy broni, podbiegli, wykręcili nam ręce i wrzucili do samochodu. Pomimo zamaskowanych twarzy rozpoznałem jedną kobiecą i dwie męskie sylwetki. Kiedy ruszyliśmy, zerknąłem za okno, na nieruchome już ciała. „Do zobaczenia piękna Esperanzo. I ty też, Manuel” – pożegnałem się melodramatycznie, z lekką zazdrością, że na razie mają spokój, a tutaj, wśród żywych nie wiadomo czego się spodziewać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zatrzymaliśmy się w małej uliczce, niedaleko Parque del Oeste. Pomyślałem o uroczej kawiarence, na ulicy obok, gdzie przedwczoraj zamawiałem chocolate con churros.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wyciągnęli nas z samochodu i ani na chwilę nie opuszczając pistoletów, wprowadzili do kamienicy. Zmartwił mnie fakt, że nie zawiązali nam oczu. Nie zależało im, żebyśmy nie znaleźli tego miejsca. To mogło oznaczać tylko jedno. (Tak, masz rację, zostało ci jeszcze dwadzieścia minut życia).&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Popchnęli nas na kanapę. Rozejrzałem się po pokoju, wyglądającym prawie jak lustrzane oblicze tego, z którego wykurzyli nas skażeni Czernią funkcjonariusze bezpieki. Niedojedzone tapas na stoliku, przesypująca się popielniczka, puste butelki po winie, książki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Poziom adrenaliny zaczął powoli opadać. Myśli zwolniły, zmiękły, ciągle przecież żyłem. Nie miałem jednak pojęcia, co właśnie zaszło. Przez chwilę myślałem, że tam, w tamtej uliczce, gdzie zginął Manuel i Esperanza, dopadła nas tajna policja, ale teraz byłem już prawie pewien, że nie. Nie było przecież Czerni. Jakiekolwiek zło reprezentowali porywacze, było ono nasze, ludzkie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Spróbowałem sięgnąć do umysłu dziewczyny. Niewidzialnym palcem dotknąłem misternej, pajęczej konstrukcji. Uderzenie było niczym porażenie elektrycznością. Tyle, że dużo gorsze. Zawyłem i zwinąłem się na kanapie. Boże, jak zabolało! &lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Z nami nie próbuj, bo też się sparzysz – powiedział jeden z mężczyzn. Następnie ściągnął maskę. Nie, tylko nie ściągaj maski! Teraz będziesz musiał nas zabić! Jego towarzysze zrobili to samo. Tak jak myślałem – ciemni Andaluzyjczycy, arabsko-hiszpańsko-cygańska mieszanka.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Czego od nas chcecie? – spytał Pablo.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Informacji. – Ten wysoki, który się odezwał, wyglądał na przywódcę. Przysunął sobie krzesło i usiadł przed Pablem. Mniejszy i dziewczyna nie przestawali w nas mierzyć. – Najpierw powiedzcie dla kogo pracujecie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pablo wzruszył ramionami. Powoli wracał do siebie. Gdyby jego rozmówca przysunął się bliżej, moglibyśmy spróbować... Nie, nie z lufami skierowanymi w głowy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wysoki odpalił papierosa. Dostrzegłem, że trzęsą mu się ręce. Był tak samo zdenerwowany jak my. Czy możliwe, że są to jacyś nieznani nam Wędrowcy? Ale jak...?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kim jesteście? – zapytałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wysoki spojrzał na mnie poważnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Prawdopodobnie nie wyjdziecie stąd żywi. Wiecie o tym?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Skinąłem głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- To dobrze. Dlatego wam powiem...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jose... – dziewczyna spróbowała zaprotestować. Wysoki powstrzymał ją gestem dłoni.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Natrafiliśmy dziś na zagęszczenie Obcych...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Obcych? – przerwał Pablo.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie udawaj idioty, człowieku. Wiesz o czym mówię. Kiedy was znaleźliśmy, byliście tym oblepieni... Ciemnością.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Masz na myśli Najeźdźców... – powiedziałem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wysoki potwierdził skinięciem głowy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wyłapujemy ludzi, którzy im służą, próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej, o tym kim są, czego chcą, jak można ich pokonać. Do tej pory udało nam się złowić kilku funkcjonariuszy bezpieki, generałów, biznesmena, ale pierwszy raz trafiliśmy na kogoś takiego jak wy...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jakiego? – spytał Pablo.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ciężko was czytać. Inni nie mieli osłony, czytało się ich jak książkę, spomiędzy smug Ciemności wyławialiśmy ich myśli jak krewetki... co nie znaczy, że dowiedzieliśmy się czegoś przydatnego... ale wy jesteście inni.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Choć zaczynałem rozumieć, moje wnioski wydały mi się zbyt fantastyczne. Istnienie równoległej grupy, walczącej z Najeźdźcami, bez naszej wiedzy... Przecież to nie była powieść SF! Czyżby jednak? Ale w takim razie możemy się dogadać. Muszę spróbować.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Słuchajcie – zacząłem. – Wydaje mi się, że jesteśmy po tej samej stronie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jaka to strona &lt;i&gt;capullo&lt;/i&gt;?! – warknął cichy do tej pory mężczyzna.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nie miałem pojęcia, ile wiedzieli, do jakiego stopnia byli świadomi całego obrazu. Nie wiedziałem, gdzie zacząć. Pablo syknął w moją stronę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zamknij się.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zaufaj mi – odpowiedziałem i znów zwróciłem się do wysokiego. – My też walczymy z Obcymi. I to od dawna, od samego początku...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nawet nie mrugnął. Jeśli coś go ruszyło, nie dał po sobie poznać.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Mów dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jesteśmy Wędrowcami. Od bardzo dawna podróżujemy po Ziemi, chroniąc tę planetę i pomagając ludziom... to długa historia... Kiedy rodzimy się, nie zapominamy poprzednich żyć...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ricardo! Powiedziałem, żebyś się zamknął!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Może byłem naiwny, ale czułem, że się nie mylę. Zignorowałem rozkaz Pabla.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Parę tysięcy lat temu, odkryliśmy, że świat skończy się w 2012 roku...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Za oknem z piskiem opon podjechał samochód. Dziewczyna pobiegła do okna i lekko odsłaniając firankę, zerknęła w dół. Wysoki wstał i do niej dołączył.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie mamy czasu - powiedział.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziewczyna wskazała na nas.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co robimy z nimi?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Spróbowałem się wtrącić.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zabierzcie nas z wami! Wszystko wam wytłumaczę!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mężczyzna pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- &lt;i&gt;Lo siento&lt;/i&gt;, nie możemy ryzykować. Zbyt śmierdzicie Ciemnością, żeby wam wierzyć... – Sięgnął pod płaszcz i wyciągnął nóż. – Przykro mi &amp;nbsp;– powtórzył i kiwnął na dziewczynę. – Zobacz, czy naprawdę mogą pamiętać poprzednie życia. Jeśli tak, to zrób coś z tym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziewczyna w pośpiechu uklękła przed nami i przymknęła oczy. Coś miękkiego, ale silnego pomacało sieć mojego umysłu. Pomimo osłony?!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;W końcu dziewczyna musiała znaleźć to, czego szukała. Miejsce, gdzie tysiące lat temu zmieniono mały szczegół. Pod powiekami wybuchło białe, oślepiające światło. Poczułem jak część mojej mentalnej konstrukcji rozsypuje się w pył. Łzy spłynęły mi po policzkach. Takiego końca się nie spodziewałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gdy dziewczyna odwróciła się do Pabla, mężczyzna stanął obok mnie. Zobaczyłem w jego oczach lekkie wahanie, zanim jednak zdążyłem na nim zagrać, gdzieś na dole trzasnęły drzwi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jeśli się mylę, przepraszam – powiedział cicho i poderżnął mi gardło. Zakrztusiłem się. Próbowałem dłońmi zatamować krew, ale wiedziałem, że nie ma to sensu. Umierałem już przecież setki razy. Ale dziś w nocy to będzie naprawdę. Moja pamięć zostanie przy pustym ciele. Usłyszałem jeszcze urwany krzyk Pabla, kaszlnąłem i odfrunąłem w kosmos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ta kib’ Chaahk chwyciła mnie za dłoń. Ścisnęła mocno, po męsku. Tak jakby chciała mnie zranić.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co robisz, bogini deszczu i burzy? – &amp;nbsp;żartem próbowałem złagodzić jej gniew. – Chcesz mnie ukarać, bo zbyt łaskawym spojrzeniem uraczyłem Ti Tomaj K’awiil? Ale przecież sama wiesz, że nie jest łatwo przejść obojętnie obok jej krągłych bioder i stojących wysoko piersi...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jesteś głupi – odpowiedziała nadąsana, ale przestała ugniatać mi palce. Podniosła na mnie wielkie, brązowe oczy, w których mógłbym zatonąć. – I nienawidzę cię.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Opuściłem głowę. Wiedziałem, co powie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nasza wioska dawno obróci się w pył, nasi potomkowie nie będą pamiętać naszych imion, a być może nawet góry zdążą zmienić kształt, a ty... a ty ciągle będziesz pamiętał naszą miłość... beze mnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;L. Julius Cornelius wyłożył się wygodnie na sofie. Nie przestając oglądać pojedynku Flaviusa i Cassipora – swoich najsilniejszych i najbardziej biegłych w walce niewolników, przechylił kielich, po czym wyciągnął go w moją stronę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Chłopcze! Dolej wina staremu głupcowi, który nie wie, kiedy przestać! – zawołał, mrugając przyjacielsko.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wypełniając złoty puchar, poczułem litość. Mój pan miał zginąć w pierwszym tygodniu powstania, z rąk swych własnych niewolników...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Mówisz, że świat miał się skończyć w roku pańskim 2012? – Szabo Istvan parsknął śmiechem i z uciechy uderzył blaszanym kuflem o blat. Rozmowy ucichły i nieprzychylne spojrzenia omiotły nas przez chwilę, ale natrafiwszy na blask stali, ludzie zostawili nas w spokoju.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ano miał – wybełkotałem pijacko, po czym beknąłem głośno i też zarechotałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I tyś to nas uratował, Laszlo, tak?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pokręciłem przecząco głową. Żołądek podszedł mi do gardła. Żadnego więcej kręcenia głową. Nienawidzę rzygać po karczmach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nic żeś nie zrozumiał, Istvan. Nas jest więcej. Świat się miał skończyć za pięćset lat od teraz, bo ludzie wielką nienawiść między sobą rozniecili, a taki oręż mieli, że całą Ziemię mogli spalić, że garść popiołu by jeno została. I spaliliby, ale cztery tysiąclecia temu żeśmy siedli i wymyślili, co zrobić...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gębę mojego kompana wykrzywił pijacki spryt.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie pogniewaj się Laszlo, nie żebym myślał, że łżesz, ale ty mi nie wyglądasz na więcej niż trzydzieści wiosen, no chyba żeś z diabłem pakt jaki zawarł, to rozumiem... – Mrugnął i znów się zaśmiał.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- No toś mnie złapał, przyjacielu! – Czknąłem, po czym z trudem podniosłem do góry kufel. – Za króla Janosa i cały ród Hunyadi! Na pochybel Turkom! – zaryczałem z całych sił.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Za króla Janosa! – podchwycił Istvan i wychylił cały garniec piwa jednym łykiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nabrzmiała twarz wisielca wykrzywiona była w uśmiechu. Przyłożyłem do nosa chusteczkę nasączoną perfumami, ale i tak z wielką trudnością pokonałem odruch wymiotny.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wszystko w porządku, sir? – zapytał zatroskany konstabl. Zdziwił się, że tak ostro zareagowałem na widok zwłok. Przecież nieraz widział mnie w &amp;nbsp;miejscach o wiele drastyczniejszych wydarzeń i nigdy nie wahałem się udzielić kilku rad zagubionym oficerom Scotland Yardu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Jednakże to wcale nie martwe ciało wzbudziło we mnie taki wstręt i niepokój. Poczciwy konstabl nie mógł widzieć, że skóra denata pokryta była cienką warstwą Czerni, podobnie zresztą jak podłoga, meble i szyby w oknach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nikły blask słońca, jaki przez nie wpadał, z trudnością oświetlał brudny pokój. Smród zgnilizny, zniszczenia i nicości drażnił nozdrza i budził paniczny lęk.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Musiałem stamtąd jak najszybciej uciec. &amp;nbsp;W pośpiechu skierowałem się w stronę drzwi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Proszę wezwać mi dorożkę – poprosiłem zdławionym głosem i zniknąłem sprzed oczu osłupiałego mężczyzny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Z wizji wypadłem wprost na zaszczaną podłogę kibla. Tysiące myśli równocześnie próbowało przebiec mi przez głowę. Setki wspomnień, znajomych jak rozchodzone trampki, procesja twarzy i imion – wszystko to rozpierzchło się w szalonym tańcu, pośrodku kruchego umysłu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czułem, jakby mój mózg miał zaraz eksplodować, chciałem, żeby ten kołowrót zatrzymał się, żeby zapadła cisza, żeby wszystko było normalne.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Uświadomiłem sobie, że moja głowa opiera się na czyichś kolanach i silne ręce trzymają mnie za skronie. Gruby? Nie. Gruby leżał pod oknem. Szkliste, puste oczy wbijały się nieruchomo w sufit. Strużka śliny spływała po brodzie prosto na kołnierz skórzanej kurtki.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Spróbowałem popatrzeć do góry, poza siebie. Z trudem odchyliłem głowę. Buddyjski mnich wpatrywał się we mnie z powagą. Drugi próbował zablokować drzwi, przy których tłoczyli się już gapie. Ludzie nie wiedzieli, na czym zatrzymać wzrok - na leżących punkowcach, czy pomarańczowych szatach mnichów...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dostrzegłem kosmyk włosów z tyłu ogolonej czaszki tego, który zmagał się z drzwiami. Czyli krysznowcy. Spróbowałem się podnieść, wyrwać z silnego uchwytu, ale mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kurwa... kurwa... Jezu, co się dzieje... Jezu... – wycharczałem z trudem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ten, który trzymał mnie za głowę, przyłożył palec do nosa.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;-Tsss. Nie walcz, nie mamy dużo czasu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Drugi zatrzasnął wreszcie drzwi i kucnął przy Grubym. Zerknął tylko na niego i odwrócił się do towarzysza, kręcąc z rezygnacją głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Za późno.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pomóżmy jemu – usłyszałem nad głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mnisi przymknęli oczy. Kibel wypełnił się dźwiękiem mantr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Om Viśvam Visznuvashatkaro&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;bhuta bhavya bhavat prabhuh...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Szalona karuzela zaczęła zwalniać. Poczułem, jak napięta do granic możliwości kryształowa siatka umysłu rozluźnia się, puszcza, wreszcie przestaje jej grozić wewnętrzna eksplozja...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;...Bhutakrudbhutabhrud bhavo&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;bhutatma bhuta bhavana...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Spokojne głosy intonujących krysznowców wlewały się w uszy, płynęły przez ścięgna, żyły, kości – prosto do steranej duszy, która zestarzawszy się w kilka minut o pięć tysięcy lat, stanęła nad przepaścią szaleństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;...Agrahyah sasvatah krishno&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;lohitakshah pratardanah...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zdawałem sobie sprawę, jak wielkie grozi mi niebezpieczeństwo. Wpuściłem do serca starożytne mantry, starając się nie myśleć o martwym wzroku Grubego.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Powoli wszystko wpadło w swoje miejsca. Klik, klik, klik... Wspomnienia odnalazły swoje drogi, osobowości przestały walczyć, stapiając się w jedną, harmonijną istotę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;...Prabhutas-trikakubdhama&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;pavitram mangalam param...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znowu byłem Pankracym, jechałem do Brodnicy, przed godziną uprawiałem wolną miłość ze śliczną, odważną dziewczyną, a oprócz tego byłem Wędrowcem, zbawicielem świata, na tajnej misji, żołnierzem walczącym z Najeźdźcą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Modlitwy ucichły. Odetchnąłem z ulgą, ale nie pozwoliłem sobie na odpoczynek. Z wysiłkiem odwróciłem się do Grubego. Dotknąłem jego czoła. Ciepłe, nawet gorące.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co z nim? Dlaczego mu nie pomagacie? Przecież żyje.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ten, który mnie wcześniej trzymał, pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przepraszam, nie udało się. Nie zdążyliśmy. Umysł twojego przyjaciela był już w strzępach.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wzdrygnąłem się. Straszny koniec. Biedny Gruby... Pablo...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Za drzwiami robiło się coraz większe zamieszanie. Ktoś wzywał konduktora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Narkomani jacyś się tam zamknęli... Ćpają, nie wiadomo co, chyba jakieś kleje, śmierdzi na cały wagon...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Już całkiem trzeźwo popatrzyłem na mnichów. Jeden z nich przypominał mi kogoś. Wrażenie, że skądś go znam, było tak silne, że aż bolesne...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kim jesteście? Jak wiedzieliście...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znałem tę twarz... Może nie to, co na zewnątrz, ale coś przebijało ze środka... Już miałem wtargnąć do jego umysłu, ale w porę wyczułem zagrożenie. Całe szczęście. Kiedy ostatni raz włożyłem paluchy w osłonę...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Ty! Pamiętam! – zawołałem. Odruchowo dotknąłem szyi. – To ty mnie zabiłeś!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zapach Czerni uderzył mnie tuż przed blokiem. Nie musiałem używać domofonu, drzwi były niedomknięte. Popchnąłem je lekko i niechętnie spojrzałem w ciemną, śmierdzącą szczynami klatkę schodową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Cienkie pasma Czerni wiły się w powietrzu. Z mieszkania na parterze dobiegły mnie okrzyki i przekleństwa domowej kłótni. Zrobiłem krok do przodu i pociągnąłem nosem. Zapach nie był zbyt mocny – choć mocniejszy, niż bym chciał – prawie miałem pewność, że Najeźdźca już sobie poszedł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pomimo to, włożyłem rękę do kieszeni i wymacałem rękojeść sprężynowca.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pod mieszkaniem Jabola zapach był intensywniejszy. Wyciągnąłem nóż, wysunąłem ostrze i przez rękaw kurtki dotknąłem oblepionej Czernią klamki. Drzwi były tylko przymknięte.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Starając się nie robić hałasu, otworzyłem je lekko i wcisnąłem się do środka. Cisza. W przedpokoju nie płonęło żadne światło, ale było wystarczająco jasno, żeby dostrzec kontury mebli.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wyciągnąłem szyję i przymrużyłem oczy, wyczulając się nie tylko na dźwięk, ale i na coś subtelniejszego, jakąś nieostrożną myśl schowanego napastnika, albo wołanie o pomoc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Usłyszałem cichy głos. Dobiegał z kuchni. Fala adrenaliny wpłynęła w żyły. Popatrzyłem na rękę trzymającą nóż. Trząsłem się jak osika. Prawdziwy wojownik – pomyślałem z ironią i na palcach ruszyłem w stronę kuchennych drzwi. Nagle wdepnąłem w coś mokrego. Schyliłem się i dotknąłem kałuży. Podniosłem mokre palce. Krew.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Głos nie milkł. Wziąłem głęboki oddech i wychyliłem się na tyle, żeby widzieć wnętrze pomieszczenia. Włosy zjeżyły mi się na głowie, żołądek podszedł do gardła. Kuchnia wyglądała jak plan filmowy jakiegoś horroru.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Bezgłowe ciało Toudiego leżało obok lodówki. Starałem się nie patrzeć na poszarpane krawędzie tchawicy, żył i wystający fragment kręgosłupa. Szeroka kałuża krwi łączyła się z mniejszą, która wypłynęła z leżącej obok głowy. Oczy wywróciły się tak bardzo, że widać było tylko białka.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Jabol leżał po drugiej stronie pomieszczenia. Widziałem tylko bezwładnie rozrzucone nogi. Widok na resztę ciała zasłaniała klęcząca przy nim postać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Serce przyśpieszyło jeszcze bardziej. Wstrzymałem oddech. Podniosłem ostrze. Miałem jakieś cztery kroki do nieznajomego. Wbiję mu nóż w kark. Przygotowałem się do skoku. Pomyślałem jeszcze, że może, jeśli nie odwiedziłbym Grubego, zdążyłbym ich uratować.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Skrzywiłem się, wiedząc jak nie nadaję się do zabijania. Nigdy się nie nadawałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;I już mam zaatakować...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;... kiedy nieznajomy odwraca w moją stronę twarz. Spod daszka czapki patrzy na mnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Sadaruci?! – Opuściłem rękę. – Co ty tu robisz?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Hare Kryszna. – Mnich pozdrowił mnie skinieniem głowy. – To samo, co ty. Wezwali mnie. – Wskazał na ciała.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Poczułem wątpliwość. Przez sekundę nie byłem pewny, nie chowałem ostrza...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Włożyłem nóż z powrotem do kieszeni.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie poznałem cię w cywilu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie chciałem przyciągać uwagi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Podszedłem do Jabola. Gdybym nie wiedział, że to on, nie rozpoznałbym go. Czarna, spalona skóra twarzy, w kilku miejscach odsłaniała czerwone mięso.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Obok leżała butelka po rozpuszczalniku. Pewnie ta sama, której używali do podróży.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czy morderca podpalił go na żywca? Dostrzegłem plamę krwi z boku. Nachyliłem się. Spod pachy wystawała rękojeść kuchennego noża. Odetchnąłem z ulgą. Czyli napastnik mógł oblać go rozpuszczalnikiem i podpalić już po.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Udało ci się jeszcze nawiązać połączenie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Sadaruci pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Byli za daleko...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- &lt;i&gt;Shit&lt;/i&gt;, nie ma więc co liczyć na kontakt wcześniej, niż za cztery, pięć lat.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Sadaruci ciężko westchnął.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pankracy...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co jest?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pamiętasz, co zrobiliśmy ci tamtej nocy? W Hiszpanii?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Skrzywiłem się z niechęcią. Wydawało się, jakby dopiero wczoraj tamta dziewczyna zniszczyła część mnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Czyli nie będą nic pamiętać... W takim razie sami ich namierzymy, tak jak wy namierzyliście mnie i Grubego. Coś się poradzi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przykro mi, Pankracy, ale to, co ktoś im zrobił, jest o wiele gorsze. Tamtej nocy usunęliśmy tylko część twojego umysłu. Napastnik zniszczył ich sieć prawie doszczętnie. I to w głębokich warstwach...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Poczułem, że robi mi się duszno.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Najeźdźca nigdy wcześniej... Jezu...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nie potrafiłem wyobrazić sobie gorszego losu. Jabolowi i Toudiemu może zając setki lat, zanim odbuduje się ich mentalna konstrukcja i znów urodzą się jako ludzie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Myśl, że i tak można by ich odnaleźć i może jakoś się zaopiekować przeraziła mnie do szpiku kości. Co za ładny piesek! Jak się wabi? Jabol?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Powiedzieli ci, co zobaczyli za Barierą? – Lepiej było zająć myśli teraźniejszością.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie. Połączenie było bardzo złe. Wsiadłem w autobus i od razu przyjechałem tutaj.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Moglibyśmy sami spróbować...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przecież wiesz, że się nie da.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wiedziałem. W ciągu ostatnich kilku dekad wpływ Czerni był tak mocny, że tylko niektórzy z nas mogli zaglądać w przyszłość, a i to nie samodzielnie, ale z pomocą dragów. Średnia wieku Wędrowców zmniejszyła się ostatnio drastycznie. Dla mnie, podglądanie przyszłości było już przeszłością.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zostało tylko jedno – powiedziałem wreszcie. Sadaruci wykrzywił twarz. – Możesz zaczekać w pokoju, albo na zewnątrz – zaproponowałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zostanę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Na pewno?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Gdyby coś poszło nie tak, wolę być w pobliżu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Dzięki.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Przyjrzałem się zwłokom. Gdybym mógł wybierać, spróbowałbym z Jabolem; zapewniłoby mi to większą przejrzystość, ale potrzebowałem oczu, a jego twarz była kompletnie spalona.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zbliżyłem się do ciała Toudiego. Sadaruci usiadł na krześle i odwrócił się. Wyciągnął z kieszeni korale i wbił wzrok w okno. Jego wargi poruszały się bezgłośnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Usiadłem po turecku. Podniosłem odciętą głowę i położyłem ją sobie na kolanach. Najgorzej było pokonać wstręt. Mogłeś chociaż rozłożyć ścierkę, albo worek na śmieci, a tak cały się ubabrzesz...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nie robiłem tego już chyba z dwieście lat...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Nekromancji nauczył mnie Mojżesz ben Jacob Cordovero. Spędziliśmy całą noc przed jaskinią na Sacromonte.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Mury Alhambry lśniły złotym blaskiem odbitego księżyca. Granada spała, a Cyganie z okolicznych jaskiń rzucali niechętne spojrzenia w stronę naszego ogniska – czułem je w ciemności, niczym dotknięcia sztyletu - &amp;nbsp;i śpiewali pieśni, prosząc Najwyższego, żeby chronił ich przed złym urokiem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Była wiosna 1491 roku. Powiedziałem mu, że za rok królowa Izabela wyrzuci z Hiszpanii wszystkich Żydów.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Opuścił głowę. Wydało mi się, że kilka łez zgubiło się w siwej brodzie, ale szybko powstrzymał emocje. „Jeśli taka jest wola Adonai, z radością się jej poddam” – powiedział spokojnie i spojrzał na leżące poniżej miasto, na światła Albayzin, a później wyżej, na łańcuch Sierra Morena, którego ośnieżone szczyty tonęły w mroku.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Milczałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wreszcie starzec westchnął i wskazał na leżące przed nami ciało jego ucznia, który zginął tego ranka z rąk fanatycznego katolika.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przekażę ci teraz wiedzę, którą kapłani mojego narodu znają od tysięcy lat. Nigdy, żaden goj nie miał tego zaszczytu, więc pamiętaj, że ciąży na tobie wielka odpowiedzialność.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Skłoniłem z szacunkiem głowę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ben Jacob zamilkł na chwilę, jakby ciągle nie był pewny swojej decyzji. Wreszcie przemówił.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Masz ważną pracę do zrobienia i czeka cię jeszcze wiele trudu. Może przyjść taki czas, że to, co teraz usłyszysz i zobaczysz, przeważy szalę w walce o przyszłość... I dlatego złamię święte zasady mojego ludu... – głos starca zawisł w powietrzu. Wydawało się, jakby światło księżyca przybladło, a głosy Cyganów zabrzmiały jeszcze głośniej i bardziej desperacko. – Nauczę cię rozmawiać ze zmarłymi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;... Wbiłem wzrok w wywrócone oczy Toudiego. Nachyliłem się bliżej. Zapach rozpuszczalnika i Czerni nabrał intensywności. Otrząsnąłem się z niepotrzebnych wrażeń, przytłumiłem zmysły i zacząłem spadać, wpływać w oczodoły Wędrowca.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Ciało było już puste, dusza i zraniony umysł znajdowały się Bóg wie gdzie, na pewno poza zasięgiem. Ale jak pokazał mi czcigodny Mojżesz ben Jacob, istniało miejsce, gdzie umysł zostawiał odbicie, pozbawiony życia film, do którego sprawny nekromanta mógł znaleźć drogę. Najtrudniej było odszukać &amp;nbsp;pierwszą klatkę...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Przerzuciłem niepotrzebne szpule, odbicia wspomnień, myśli, rozmowy... Wreszcie trafiłem na to, czego szukałem. „&lt;i&gt;Powieeedz muuu ooo...ee tym kuuurrr...ewskimm klauuunie&lt;/i&gt;” – Myślokształt Toudiego, który kilka godzin wcześniej odbił się od Pałacu Kultury, żeby trafić na moją ławkę, znowu zabrzmiał mi w głowie. Musiałem cofnąć się jeszcze kawałek... Mam!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;... Jabol zawiązał rogi woreczka.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Są dosyć mocne, nie powinny się przepalić – powiedział(em) Toudi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Jabol wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przezorny zawsze ubezpieczony.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Toudi odsłonił(em) firankę, żeby wpuścić światło księżyca. Czasami łatwiej wystartować po jego srebrzystym promieniu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Gotowy? – zapytał Jabol.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Gotowy – odpowiedział(em).&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Usiedli(śmy) na podłodze, wbijając wzrok w okno. Ostry zapach rozpuszczalnika wypełnił pomieszczenie. Kilka pierwszych wdechów i kontury przedmiotów nabrały ostrości, podobnie jak dźwięki. Za to myśli zmiękły, słowa płynące przez głowę rozciągnęły się, odbiły echem, zawirowały...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Powoli wyciszył(em) szum. Teraz istniało tylko zimne światło księżyca. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Silne wibracje zaczęły się w stopach. Jak warkot silników samolotu. Kości drgały w rezonansie. Wibracje wzniosły się do góry ciała. Łydki, kolana, uda, genitalia (erekcja), brzuch, klatka piersiowa (palpitacje), szyja i... Byli(śmy) w drodze!&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;1994...1995...1996... Nic nowego. Był(em) tutaj już niejednokrotnie, pierwszy raz pięć tysięcy lat temu, niedużo wtedy rozumiał(em), mechaniczne pojazdy, urządzenia, szarość, smutek, brzydkie ubrania, wielkie, ponure budynki, ludzie nie zdający sobie sprawy, że zmierzają ku końcowi... Teraz już rozumiał(em)...w pewnym sensie... samochody, bloki, komuna się skończyła, zmęczeni ludzie... patrząc na nich, można wyobrazić sobie, jak ten gatunek mógł stracić wolę przetrwania... 1997...1998...1999... Zbliżają(my) się do Bariery... Zwalniają(my)... wrzesień... październik... listopad... grudzień... Rutyna. Zaraz staną(niemy) twarzą w twarz z Barierą... Jest ostatni dzień grudnia. Milenium... Zwolnili(śmy) - czas płynie teraz normalnie... Pijany tłum na Placu Defilad wznosi głośne okrzyki. Ludzie obejmują się. Śmieją. Sztuczne ognie wybuchają, otaczając Pałac Kultury szaleństwem barw i rozbłysków... Czekają(my) na zderzenie. Rozglądają(my) się dookoła, szukając czegoś nietypowego, jakiejkolwiek wskazówki... Nic. Jedynie ten przebieraniec. Jaskrawożółty kombinezon, biała bluza w czerwone paski, czerwone włosy. Coś tutaj nie pasuje. Nie wie(m) dokładnie co, ale niepokoi go(mnie) ta postać. Stoi nieruchomo, tyłem do nich(nas), w dłoni trzyma szampana... Klaun odwraca się w ich(naszą) stronę. Choć to przecież niemożliwe, wydaje mu(mi) się, że patrzy prosto na niego(mnie). Powoli rozwiera gębę, w drapieżnym uśmiechu, zgniłe, czarne zęby. Zaczyna się odliczanie... 9...8...7...6... Nie ma już czasu na zbadanie sprawy z klaunem. Zaraz uderzą(ymy) w ścianę czasu i wrócą(imy) do mieszkania... 4...3...2... Mruży(ę) oczy, nie lubię tego uczucia... 1... 0... Sztuczne ognie wybuchają jeszcze intensywniej, ludzie obejmują się, całują... Kurwa mać! Przeszli(śmy) Barierę! Jesteśmy w 2000 roku! Boże, co jest grane? Klaun podnosi do góry butelkę, w parodii toastu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Witamy w naszych progach! – Ohydny głos oblepia ich(nas) czymś cuchnącym... ociera(m) ze wstrętem twarz i patrzy(ę) na dłoń. Czerń! Podnosi(szę) wzrok. Najeźdźcy już nie ma. Odwraca(m) się do Jabola, który desperacko wyciera policzki... schyla się, żeby nabrać w garść trochę śniegu, wetrzeć go sobie w skórę... No co ty, Jabol, przecież nas tutaj nie ma...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Uspakajają(my) się trochę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Idziemy dalej? – Toudi pyta(m) towarzysza.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Jabol kiwa, że tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Odłożyłem głowę Toudiego i wytarłem zakrwawione dłonie w spodnie. Sadaruci wstał i popatrzył na mnie z niepokojem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I co?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Chodźmy się przejść. – Wstałem. - Znajdę tylko jakieś czyste ciuchy.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Poszliśmy nad Wisłę. Milczeliśmy całą drogę. Było słonecznie, ciepło, miło. Wybrałem pustą ławkę nad samą wodą, skąd było widać Stare Miasto. Mijali nas nieliczni przechodnie, młodzież, kilku meneli.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Myślisz, że ktoś tam w górze doceni naszą robotę, nawet jeśli okazało się, że nic z niej nie wyjdzie? – przerwałem ciszę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Aż tak źle?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Potaknąłem głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Koniec. Wszystko, na co pracowaliśmy przez ostatnie tysiąclecia, przepadło. Będzie coraz gorzej, a w 2012 stanie się to, czemu próbowaliśmy zapobiec. Totalna wojna, po której pozostanie tylko Czerń. Tak jakby tamtego wieczoru, u stóp Sierra Madre, nigdy nie zebrało się stu mędrców.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- My usiedliśmy w lesie – powiedział Sadaruci. – Kochałem Indie. Tylko w Naimiszaranyi wiatr tak cudownie potrafił poruszać drzewami, tylko tam zwierzęta były tak spokojne i ufne, że podchodziły do nas bez strachu, jedząc nam z dłoni.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Poważnie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- No.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Fajnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- W sumie mamy jeszcze czas...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Myślisz, że usunęliby Barierę, gdyby jeszcze dało się coś zrobić?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Fakt.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Znów zamilkliśmy. Wyciągnąłem z kieszeni pierwszego papierosa tego dnia. Zawahałem się na chwilę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przeszkadza ci? – zapytałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pal, jeśli chcesz.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Okazało się, że nie mam zapalniczki. Wsunąłem go za ucho, na później.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Czyli zostało nam niecałe dwadzieścia lat – westchnął Sadaruci.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Na to wygląda.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie jest pewny, czy powinien.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wykrztuś to z siebie wreszcie – zachęciłem go.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Myślałeś kiedyś, jak to możliwe, że w dwóch, tak odległych od siebie miejscach globu, w tym samym czasie zebrali się ludzie i wpadli na ten sam pomysł, jak uratować Ziemię? Ameryka i Indie...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Pewnie, że tak.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co „I”? Przypadek? Przeznaczenie? Nie wiem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- A przeszło ci kiedyś przez głowę, że stała za tym jakaś siła? Istota...&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Bóg?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Zaczerwienił się lekko.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Dlaczego nie? Nie wierzysz, że jest coś poza tym światem? Po tym wszystkim, co przeżyłeś?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Kiedyś wierzyłem, a teraz... nie jestem pewny.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Nie. To nie był przypadek. Ktoś chciał, żebyśmy zostali Wędrowcami. I ten ktoś wiedział o Najeźdźcach. I być może nawet przewidział klęskę naszego planu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Jeśli nawet, to co z tego? Już po nas.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- A może nie? W końcu zostało jeszcze dwadzieścia lat. Może mamy czas, żeby wymyślić coś nowego. Może nasza rola jest większa niż myślimy. Może wcale nie chodzi o naszą małą planetę, ale o poważniejszą grę, poważniejszą rozgrywkę... Nie możemy się poddawać. Widzę, że coś się za tym wszystkim kryje i wierzę... chcę wierzyć, że wojna jeszcze się nie skończyła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Coś było w jego słowach. Może nie miały sensu, ale poczułem pokusę, żeby się ich chwycić, żeby znów być wojownikiem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Co mielibyśmy zrobić?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Odwrócił się do mnie i chwycił za ramię. Nigdy nie widziałem go jeszcze tak zapalonego.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zwołajmy nową radę. Zbierzmy wszystkich Wędrowców, z twojej i mojej strony. Usiądźmy, jak tamtego wieczoru przed tysiącami lat, odłóżmy osłony i mówmy, poszukajmy sposobu na pokonanie Najeźdźców, na zniszczenie Czerni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Świat, który jeszcze przed chwilą wydawał mi się wielką trumną, zaczął wracać do życia. W Wiśle wylądowało stado dzikich kaczek. Grupka dzieciaków podbiegła do brzegu i zaczęła rzucać im kanapki.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Uśmiechnąłem się szeroko.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- W takim razie do roboty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Epilog&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gruby siedział u mnie na klatce. Myślałem, że śpi – pochylona głowa zwisała na pierś, ale kiedy usłyszał kroki, wstał.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Krople Czerni krążyły wokół jego głowy. Przypomniał mi się jakiś program edukacyjny o astronautach i o tym, jak w nieważkości zachowuje się ciecz. Patrzył niepewnie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Minąłem go i otworzyłem drzwi.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Wchodzisz?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Powłócząc nogami, wszedł do środka. Udawałem spokój, ale w środku walczyły emocje. Strach, wstręt, ale co dziwniejsze, również radość z wizyty starego przyjaciela. Nie rozmawialiśmy w końcu od czterech lat.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zabiłeś Jabola i Toudiego? – spytałem, kiedy usiadł w fotelu.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Gruby pokręcił głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Chcieli, żebym to zrobił... – odchrząknął, zawahał się, jakby odzwyczajony od ludzkiej mowy. – Ale odmówiłem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- I co się stało?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Zawracałem spod bloku Jabola... Przechodził jakiś pijak... Wtedy Czerń spłynęła ze mnie, przeskoczyła na niego... Później przyszedłem tutaj... – Dyszał ciężko, jakby po ciężkim wysiłku. - Nie żyją?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Kiwnąłem głową.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Przepraszam – powiedział. -To moja wina.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Coś ty... Powiedz, co się dzieje, bo trochę mi się miesza... Jesteś po ich stronie, czy nie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziwne pytanie, zważywszy na Czerń, która sięgała już do kostek.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Chyba nie... Mogę ich słyszeć... Próbują mi rozkazywać, ale... w jakiś sposób pozostałem sobą... Nitki Czerni zastąpiły uszkodzone połączenia w sieci umysłu... Tak myślę... Nie wiem, dlaczego, ani jak...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Słowa Sadaruciego o wyższej sile i boskim planie zadźwięczały mi w głowie. Może jednak coś w tym wszystkim jest? Może właśnie okazało się, że mamy asa w rękawie?&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Wyciągnąłem rękę.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;- Witaj z powrotem w grze, Gruby. Mamy sporo do obgadania.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Uścisnąłem dłoń przyjaciela. Na zmęczonej, szarej twarzy pojawił się nieśmiały najpierw uśmiech, który po chwili zakwitł na całego. Wrócił Gruby, jakiego znałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Podniosłem dłoń do oczu. Krople Czerni wiły się na skórze, jakby próbując uniknąć mojego spojrzenia.&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Byłem prawie pewny, że wyczułem w nich panikę. Wytarłem rękę w spodnie i poszedłem zaparzyć dwie kawy.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-4399422482717994941?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/4399422482717994941/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/wedrowcy-2012.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4399422482717994941'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4399422482717994941'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/wedrowcy-2012.html' title='Wędrowcy 2012'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-hgCRONm3w14/TzErqnpl3JI/AAAAAAAAAoc/PJSI4Tzp6jM/s72-c/mayas.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-403246379808241893</id><published>2012-02-06T19:27:00.005Z</published><updated>2012-02-12T11:12:40.516Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ukulele'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='muzyka'/><title type='text'>Hejo</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-bW0bq2s1NAw/TzArZhAFcfI/AAAAAAAAAoU/MArUh08q9Fo/s1600/wampirello.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 220px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-bW0bq2s1NAw/TzArZhAFcfI/AAAAAAAAAoU/MArUh08q9Fo/s320/wampirello.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5706108445233869298" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dwa dni temu usunąłem konto na facebooku. Ale ulga! Z rozpędu pousuwałem też blogi, ale zdałem sobie sprawę, że tak całkiem się odciąć od świata, to jeszcze nie umiem. Tak, że reaktywowałem garść drobnych, choć pozostałe kilka blogów zostawiłem w niebycie. Próbuję wrócić do prostoty sprzed ery internetowej. Mam nadzieję, że to możliwe, w każdym bądź razie będę próbował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tak z innej beczki - dziś nagrałem cover Masters of War Boba Dylana. Coraz bardziej wsiąkam w ukulele, to najlepsza terapia na te zaplątane dni.&lt;br /&gt;Trzymajcie się i odzywajcie się czasami. Brakuje mi ludzi jak cholera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/3qml1wcUh6M" allowfullscreen="" width="420" frameborder="0" height="315"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-403246379808241893?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/403246379808241893/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/hejo.html#comment-form' title='10 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/403246379808241893'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/403246379808241893'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/02/hejo.html' title='Hejo'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-bW0bq2s1NAw/TzArZhAFcfI/AAAAAAAAAoU/MArUh08q9Fo/s72-c/wampirello.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-2297156175189834288</id><published>2012-01-30T14:24:00.001Z</published><updated>2012-02-12T11:13:32.326Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ukulele'/><title type='text'>Soldat</title><content type='html'>&lt;div&gt;Kto nie lubi 5nizzy?:)&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;iframe width="420" height="315" src="http://www.youtube.com/embed/bPLLR4wLJ5E" frameborder="0" allowfullscreen=""&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-2297156175189834288?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/2297156175189834288/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/soldat.html#comment-form' title='8 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/2297156175189834288'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/2297156175189834288'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/soldat.html' title='Soldat'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/bPLLR4wLJ5E/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-6430817667829105429</id><published>2012-01-17T18:11:00.009Z</published><updated>2012-01-17T20:47:50.196Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>Ciemna noc duszy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-izX8fB1zIFg/TxW6jNNOOGI/AAAAAAAAAoA/wOUJCCFLNmk/s1600/don%2Bkichote%2Bczarny%2Bc.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 231px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-izX8fB1zIFg/TxW6jNNOOGI/AAAAAAAAAoA/wOUJCCFLNmk/s320/don%2Bkichote%2Bczarny%2Bc.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5698666017510537314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;object classid="clsid:D27CDB6E-AE6D-11cf-96B8-444553540000" id="gsSong2959564981" name="gsSong2959564981" height="40" width="250"&gt;&lt;param name="movie" value="http://grooveshark.com/songWidget.swf"&gt;&lt;param name="wmode" value="window"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;param name="flashvars" value="hostname=cowbell.grooveshark.com&amp;amp;songIDs=29595649&amp;amp;style=metal&amp;amp;p=0"&gt;&lt;object type="application/x-shockwave-flash" data="http://grooveshark.com/songWidget.swf" height="40" width="250"&gt;&lt;param name="wmode" value="window"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;param name="flashvars" value="hostname=cowbell.grooveshark.com&amp;amp;songIDs=29595649&amp;amp;style=metal&amp;amp;p=0"&gt;&lt;span&gt;Wellspring by &lt;a href="http://grooveshark.com/artist/Adam+Hurst/741919" title="Adam Hurst"&gt;Adam Hurst&lt;/a&gt; on Grooveshark&lt;/span&gt;&lt;/object&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moment jasności, moment smutku. Krok po kroku zaczynam rozumieć, czym jest moja ciemna noc duszy. Najpierw myślałem, że to szalona wiedźma złapała mnie w szpony i wsadziła do klatki. Walczyłem, drapałem, gryzłem kraty, szukałem klucza, wołałem, i nic. A teraz? Inaczej. Wiedźma jest piękna, Nie ma szponiastego nosa, wyłupiastych oczu i brzydkiego oddechu, to była moja pomyłka. Wiedźma nie jest wiedźmą, ale boginią.  Jest wysmukła, delikatna, jej oczy jak ciemne studnie, jej nosek jak mały wzgórek, głos jak elfi śpiew. I wcale mnie nie więzi, ale przeciwnie – próbuje pomóc mi wyzwolić się, być kimś więcej niż jestem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem dzieckiem, tak się czuję. Różnie jest w życiu, ale co by się nie działo, moim celem zawsze jest wzrost. To zawsze mnie przenika; wszystko co robię, co myślę – chcę rosnąć ku gwiazdom, ku wolności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy przyszły dni ciemne, oburzyłem się, zagryzłem wargi z rozczarowania i goryczy. „To taką nagrodę dostaję za moje marzenia i próby dosięgnięcia nieba? Ślepotę i cięgi? Dziękuję bardzo!”. Tak było na początku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przecież powinienem wiedzieć lepiej.&lt;br /&gt;Dopiero teraz dostrzegam czystość smutku i tej ciszy – jeszcze niedawno mroźnej i przeraźliwej, teraz coraz przejrzystszej i kojącej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dary bogów już takie są – niezrozumiałe i zupełnie przeciwne temu, o co prosiliśmy. A jednak cenniejsze niż wszystko, co moglibyśmy wymyślić.&lt;br /&gt;Prosiłem o spokój, szczęście, opiekę, zrozumienie. Dostałem burzę, pustkę, zagubienie, chaos, samotność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem za złe groźnym, zimnym bogom, których pewnej wrześniowej &lt;a href="http://garsc-drobnych.blogspot.com/2010/10/grzyby.html"&gt;nocy&lt;/a&gt; ujrzałem na rozgwieżdżonym niebie. Bogowie tańczący i dumni, obcy i potężni, niepojęci i porażająco piękni. Doświadczenie ich obecności było tak potężne, że chciałem wydrapać sobie oczy, przestać myśleć, czuć…&lt;br /&gt;Cholera, ale miałem za złe! Zbliżyłem się do nich z pokorą i nieśmiałością, prosząc o lekarstwo, a oni tak…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem miesiące strachu i zwątpienia: kim jestem? Czy w ogóle jestem? Jaki to ma sens? Czy ktoś zapisuje nasze drogi w boskich księgach życia, czy to po prostu jeden wielki żart? I kto go wymyślił? A może sam się opowiedział?&lt;br /&gt;Ciemna noc duszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz zaczyna się to zmieniać. Zestrajam się zamiast walczyć. Ta noc, to zwątpienie okazały się darem. Jeszcze do końca nie rozumiem, ale z dnia na dzień widzę więcej. Jest lepiej. Przestałem się zmagać. Słucham siebie, nie uciekam, nie szarpię się, odrzucając nieuniknioną zmianę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;You can get addicted to a certain kind of sadness&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;”… Smutek też może być piękny. To w smutku oczyszczamy świadomość, porzucamy głupoty, naleciałości, syf. Zostaje tylko nasza esencja, czyste „ja”, dusza obmyta w ogniu przeciwności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak nas widzę w czasie przed czasem – czyste iskry świadomości powoli płynące w ciemnej pustce kosmosu, w kojącej nocy, wśród zimnych, odległych gwiazd. Wolni od myśli, wolni od pragnień… Może nie całkiem – w przestrzeni smutku pojawiła się tęsknota, dotknął nas pyłek marzeń, zmącił krystaliczną wodę. Z wolnych, samotnych duchów wcieliliśmy się w ludzkie ciała. Teraz biegniemy i biegniemy, bez wytchnienia, z jednej strony tęskniąc za bezczasowym kołysaniem kosmicznego wiatru, a z drugiej szukając spełnienia palącej tęsknoty za ciepłem i miłością. Tej samej tęsknoty, która strąciła nas z nieba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie możemy wrócić tam, gdzie byliśmy. Tak, jak nie możemy stać się znowu dziećmi. Jak zapomnieć o pierwszym seksie, wódce, kłamstwie, bitwie, zwątpieniu? Możemy tylko iść do przodu. Po drugiej strony nocy jest zielona wyspa. Kiedy tam dotrzemy będziemy rozumieć język gwiazd, a potężni bogowie okażą się dziećmi grającymi w cymbergaja. Jeźdźcy smutku zostawią wierzchowce, zrzucą zbroje i będą ze śmiechem tarzać się w piasku. Aż nadejdzie poranek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-6430817667829105429?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/6430817667829105429/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/ciemna-noc-duszy.html#comment-form' title='5 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6430817667829105429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6430817667829105429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/ciemna-noc-duszy.html' title='Ciemna noc duszy'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-izX8fB1zIFg/TxW6jNNOOGI/AAAAAAAAAoA/wOUJCCFLNmk/s72-c/don%2Bkichote%2Bczarny%2Bc.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-951880989616112534</id><published>2012-01-12T19:28:00.007Z</published><updated>2012-01-12T20:13:43.987Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='strumień świadomości'/><title type='text'>Strumień świadomości 1</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-xhXMI4Gt8ng/Tw87Pyg2VrI/AAAAAAAAAn0/-h6ooWUd3RE/s1600/%25C5%25BCyrafa.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 262px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-xhXMI4Gt8ng/Tw87Pyg2VrI/AAAAAAAAAn0/-h6ooWUd3RE/s320/%25C5%25BCyrafa.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5696837196090594994" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ostatnio znów zacząłem eksperymentowanie z &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;&lt;span&gt;free writing&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, czyli zapisywaniem ciągu myśli bez nadawania im sensu, ani bez cenzurowania. Wbrew pozorom to wcale nie jest łatwe. Świadomy umysł próbuje za wszelką cenę utrzymać kontrolę. Ale kiedy jakoś się uda "popłynąć", to fajna zabawa. No i można odkryć ciekawe rzeczy.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Strumień świadomości 1&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inspiracja powoli wraca. Na początek bez cenzury. Takie pisanie nie jest łatwe. Wiadomo, na początek pojawia się seks, dziewczęce majtki w biedronki na suszarce… ale to nudne – są rzeczy ciekawsze od zapachu krocza. Na przykład zapach gwiazd. Poetyckie bzdury bez znaczenia? Niekoniecznie. Bóg ma swoje ogrody, gwiazdy to kwiaty i jemu pewnie pachną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Leżę w łóżku, buczenie komputera – tyrana, powoli się odłączam, dlatego piszę w notatniku. I piszę bez cenzury – muszę sobie przypominać – i znów wskakuje seks (…)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zakupy w PGRowskim sklepie. Były tylko groszki, andruty i małe piwa, u nas na wsi nazywane „brzęczka”, uprzejmi bryndole, wójkowie na łączce pod kaplicą z wódką, wakacje, babcia, dziwne kuzynki (dziwne, bo dziewczęce – niebezpieczne, niezrozumiałe, parę lat później, pociągające). Tematy tabu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko wymyślają ludzie. Co jest prawdziwie prawdziwe? Boję się zabrnąć za daleko myślami, umysł obolały po miesiącach koszmarów. Ale na razie jest dobrze, bez niepokoju. Cieszę się, że znów zaczynam pisać. Lubię to. Czemu nie? Czego potrzebuję? Ucieczki. A pisanie to doskonała ucieczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gwiazdy, kosmos, podróżnicy, wolność, ucieczka, miłość, boginie, kosmiczne skafandry, śmiganie po mgławicach, znów wolność…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubię kosmos, bo tam mroźno, czysto i pusto – w takiej ciszy można usłyszeć prawdę wyszeptaną przez kogoś mądrego i wolnego. Takich duchów musi się tam trochę włóczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, tak, tak, Pravda, jak sowieckie czasopismo dla mas, z kolumnami antypravd, oszustwo, kalka, powtórka. Czegóż pragniesz Antygono? Pochować zwłoki brata? A bierz je sobie i chowaj!&lt;br /&gt;Funia, Dwurura, kółko teatralne, marzenia, wspomnienia, kiedy jeszcze byłem naładowany energią. Trzeba znaleźć nowe źródło, ciągle jeszcze przecież mogę mieć życie, pulsujący wulkan, a nie cieknącą leniwie strużkę popłuczyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boli mnie ręka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów wchodzi cenzura, a miało być bez. Więc na zakończenie znów skrawek bielizny, kawałek piersi i miejsc ciemniejszych, tak objawia się tęsknota za młodością? Straszne? Chyba nie. Normalne. To my ludzie – szczury; tęsknimy do gwiazd, a po drodze mury i znój bury, odległe chmury u góry, z naszych wysiłków często wióry, dla zwycięzców tutaj marmury, a dla zwycięzców ducha? Widok z góry, muzyka sfer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-951880989616112534?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/951880989616112534/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/strumien-swiadomosci-1.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/951880989616112534'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/951880989616112534'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/strumien-swiadomosci-1.html' title='Strumień świadomości 1'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-xhXMI4Gt8ng/Tw87Pyg2VrI/AAAAAAAAAn0/-h6ooWUd3RE/s72-c/%25C5%25BCyrafa.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-6084019338639789839</id><published>2012-01-06T11:33:00.009Z</published><updated>2012-01-06T12:10:24.143Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hiszpania'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podróże'/><title type='text'>Byli też ciemnoocy...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-EHh0ehEpqhw/TwbfLjcw2HI/AAAAAAAAAlk/jFwy_IrCKmk/s1600/1.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-EHh0ehEpqhw/TwbfLjcw2HI/AAAAAAAAAlk/jFwy_IrCKmk/s400/1.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484168444008562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Byli też ciemnoocy o ochrypłych głosach&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zapiski z siedmiu dni łowienia snów na uliczkach Granady&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;)&lt;br /&gt;                  &lt;br /&gt;Spis treści:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. W maszynie czasu i parę słów o uldze&lt;br /&gt;2. Szalone sny, chmury i stewardessy&lt;br /&gt;3. Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka&lt;br /&gt;4. Wreszcie Granada!&lt;br /&gt;5. Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem&lt;br /&gt;6. Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)&lt;br /&gt;7. Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny&lt;br /&gt;8. Stary znajomy&lt;br /&gt;9. Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki  Pepe&lt;br /&gt;10. Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?&lt;br /&gt;11. Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie&lt;br /&gt;12. Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze&lt;br /&gt;13. Prawdziwy smak flamenco&lt;br /&gt;14. Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy&lt;br /&gt;15. Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę&lt;br /&gt;16. Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu&lt;br /&gt;17. Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;1&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;W maszynie czasu i parę słów o uldze&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boże, jaka to była ulga móc się wreszcie wyrwać z szarej codzienności, zobowiązań i 45 godzinnego tygodnia pracy  i choć na kilka dni zanurzyć się  w niewiedzy co do kolejnego dnia i ekscytacji w oczekiwaniu na jego niespodzianki. Dlatego też moje planowanie ograniczyło się tylko do kupna biletu na trasie Bristol-Malaga-Bristol. Co miało dziać się pomiędzy, zostawiłem w rękach Opatrzności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na  świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy tam dotarłem, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc, całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-fzrvQpFogyY/TwbfLycR35I/AAAAAAAAAlw/XhpQuzbMp0s/s1600/2.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-fzrvQpFogyY/TwbfLycR35I/AAAAAAAAAlw/XhpQuzbMp0s/s400/2.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484172468510610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że mogłem wtedy lepiej skorzystać ze spędzonego tam czasu. Po pierwsze, w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko dziesięć euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż pięć euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie.&lt;br /&gt;Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty,  dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.&lt;br /&gt;- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.&lt;br /&gt;Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.&lt;br /&gt;- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.&lt;br /&gt;Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.&lt;br /&gt;Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu dziesięć euro.&lt;br /&gt;- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.&lt;br /&gt;Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni przed naszym spotkaniem. Pierwszy raz zobaczyłem go na dworcu w Maladze, kiedy czekałem na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.&lt;br /&gt;Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi jak znalazł się na dnie. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.&lt;br /&gt;Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.&lt;br /&gt;- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!&lt;br /&gt;Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.&lt;br /&gt;- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.&lt;br /&gt;Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To kilka wspomnień z Granady, które udało mi się przywołać. Niedługo miałem zamiar położyć się do łóżka i wziąć do ręki książkę Lauriego Lee, do którego zapałałem ostatnio namiętną miłością. Wiedziałem, że z nerwów i podekscytowania najprawdopodobniej nie będę mógł zasnąć przynajmniej do północy. Później, o 3:40 czekała mnie pobudka, o 4:00 miała przyjechać taksówka, a o około 10:00 rano miałem już być w Maladze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;2&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Szalone sny, chmury i stewardessy&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc na lotnisku, próbowałem nie dać się porannemu otępieniu i pozbyć się wewnętrznej ociężałości, która zwykle ogarnia mnie, kiedy muszę obudzić się kilka godzin przed zwykłym dla mnie czasem.&lt;br /&gt;Odprawa poszła gładko, zero kolejki i oprócz kilku angielskich chavsów, którzy żartobliwie wepchnęli się do ogonka przede mnie, żeby po chwili przy wtórze rubasznego śmiechu i żołnierskich dowcipów, pozwolić mi podejść do odprawy pierwszemu, nie było zbyt wielu osób.&lt;br /&gt;Chyba z połowa pracowników lotniska; sklepikarze, urzędniczka w okienku informacji, pani w kantorze, byli Polakami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Poranna lista:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;1. Za krótko obciąłem wczoraj paznokcie  i tak mnie teraz bolą opuszki palców, że ledwo co trzymam długopis.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;2. Od paru dni męczy mnie swędząca wysypka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;3. Cieszę się, że odetchnę przez te parę dni od pracy z dzieciakami i od Anglii w ogóle.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;4. Czy jestem melancholikiem i za bardzo skupiam się na sobie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;5. Jeszcze dziś napcham się chocolate con churros i spróbuje tego słynnego Jerezu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;6. Lubię mieszkać w małych, obskurnych i tanich hiszpańskich hotelikach, gdzie nikt mnie nie zna.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;7. Jeszcze bardziej lubię szwendać się po ulicach miasta, w którym nic mnie nie wiąże, żadne znajomości, czy praca i gdy mogę bezstronnie obserwować ludzi i pić piwo w starych, ustronnych knajpkach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;8. Czytałem wczoraj „As I Walked Out One Midsummer Morning” Lauriego Lee i zżera mnie zazdrość, że nie potrafię pisać tak jak on. Przeczytałem tylko rozdziały od opuszczenia przez niego rodzinnego domu i o włóczędze ze skrzypcami po południowej Anglii, a później o rocznej tyrce na budowie w Londynie. Część hiszpańską zostawiłem sobie na podróż.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;9. Biorę się za śniadanie, które moja Tulasi przygotowała dla mnie dziś rano. Żeby to zrobić wstała razem ze mną o 3:30! This is love.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spoglądałem przez okno samolotu (skoro leciałem sam, to wreszcie mogłem usiąść przy oknie) myśląc, ile Laurie Lee byłby w stanie znaleźć słów, porównań i metafor na opisanie tego widoku. Czytając jego książki i próbując później opisywać rzeczywistość swoimi słowami, czuję się jak dziecko, które po wyjściu z wystawy, powiedzmy Malczewskiego, bierze się samo za rysowanie i wychodzi mu z tego ludzik; kółko jako głowa, kreska jako tułów i cztery krótsze kreski jako kończyny. Pocieszam się, że pisanie wyrabia się wraz z praktyką i pamiętam, że w przeszłości, im więcej czasu spędzałem z długopisem, tym łatwiej było mi się wyrazić i znajdywać odpowiednie słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dwie godziny mieliśmy być już w Maladze. Póki co, jak dzieciak przykleiłem twarz do szyby i syciłem oczy przestrzenią, myśląc przy tym, że gdybyśmy roztrzaskali się gdzieś w dole (kto choć raz podczas lotu nie bawił się taką myślą?), to z pewnością pofrunąłbym z powrotem tu, na górę, żeby powywijać trochę koziołków, tym razem już bez nerwów i bez niewygodnego pancerza z plastyku i stali.&lt;br /&gt;Na samym początku lotu mogłem jeszcze zaczepić oczy o znajome kształty oszronionych, kanciastych pól, płaskich gór i niepozornych, niechlujnie porozrzucanych klocków zabudowań, ale później wznieśliśmy się już na poziom wyżej i do oglądania pozostały mi tylko abstrakcyjne, przerażające (w jakiś senny sposób) kłęby chmur.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku krzątały się stewardessy z włosami spiętymi tak gładko i ciasno, że wydawało się jakby skóra na ich czołach miała zaraz pęknąć. Przejęte, dumne i oficjalnie uśmiechnięte roznosiły kanapki i colę po kosmicznych cenach, czekając, aż skończy się ich podniebny dzień pracy i będą mogły oddać się wieczornej, stewardessowskiej rozrywce. Ciekawe, czy kiedykolwiek pozwalają tym włosom rozrzucić się niesfornie i pozwolić odpocząć zmaltretowanej skórze głowy? Ciekawe też, czy po całym dniu noszenia chłodnego uśmiechu są w stanie wymienić go na szczery, czy też zostaje im tak już na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pasażerami byli w większości Anglicy w średnim wieku, przeglądający ze szczęściem swoje przewodniki, albo rozochoceniu budowlańcy, jak ta grupka wygolonych chłopaków kilka siedzeń za mną, którzy lecieli do Hiszpanii, żeby podtrzymać tam sławę brytyjskich pijusów na urlopie. Za dwie godziny nasze drogi miały się rozejść, kiedy jedni odjadą taksówkami do swoich drogich hoteli przy plaży, a drudzy hałaśliwymi grupkami zaleją nadmorskie bary, prześcigając się w ilości wypitych piw i opowiedzianych sprośnych dowcipów, a później, rankiem, marokańscy i senegalscy czyściciele ulic spłuczą z ulic plamy wymiocin, a czasami i krwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dalszy ciąg porannej listy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;10. Wreszcie pojawia się radość z podróży, wypierając opary snu i angielskiej, zimowej chandry.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;11. Im dalej, tym lżej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;12. Gdybym był bogaty (ale tak naprawdę bogaty), pierwsze kilka lat spędziłbym tylko na podróży, nie darowałbym żadnemu zakątkowi świata, choć pierwszeństwo i tak miałaby moja Hiszpania.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Później zrobiłbym sobie krótką przerwę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;13. Coraz bardziej jestem przekonany, że uda mi się skończyć moją książkę o Camino. Każdy większy plan, żeby go spełnić, potrzebuje medytacji, wyobraźni, obrazowania (często wyobrażam sobie jak wygląda okładka mojej książki, albo jak pachnie jej druk.)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;14. O chmurach już pisałem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;3&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie przypuszczałem, że poczuję aż taką ulgę, kiedy znajdę się w Hiszpanii. Ostatnie pół roku w Anglii, osaczony angielską, sztuczną uprzejmością i odbijający się od dystansu, jaki roztaczają wokół siebie Anglicy, czułem się coraz bardziej zmęczony.&lt;br /&gt;Hiszpania przywitała mnie głośnym gwarem w autobusie, w którym obcy ludzie, bez żadnych oporów zagadywali do siebie z uśmiechem. Przywitała mnie też palaczami i papierkami na ulicach, starym dziadkiem toczącym się powoli na rozklekotanym rowerze, no i dziewczynami, które nie mają wymalowanej urody śniętych ryb, zamiast której lśnią orzechowymi oczami, czarnymi włosami i pewnym siebie wdziękiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślałem najpierw, żeby zostać parę godzin w Maladze, ale za bardzo ciągnęło mnie do Granady, od razu więc poszedłem na dworzec. Autobus odjeżdżał za dwadzieścia minut. Z przyjemnością przyjrzałem się ludziom czekającym na dworcu, z których prawie każdy, pomimo widocznych tablic z zakazami, trzymał w dłoni papierosa. Uff, co za ulga! Stęskniłem się za ludźmi, którzy od samych narodzin mają we krwi brak poszanowania dla biurokracji i przepisów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wylądowałem, niebo było bezchmurne, ale teraz zakryło się już za ciężkimi, stalowymi obłokami i silny wiatr zaczął szarpać pióropusze palm. Hiszpanie chodzili opatuleni w kurtki i płaszcze, ale dla mnie to było już lato, szczególnie po tym, jak dzień wcześniej musiałem pedałować do pracy w strugach deszczu ze śniegiem. Ciągle nie miałem planów, chyba że poza ogólnym zarysem – wjechać do Granady, zjeść syty obiad w jakiejś wegetariańskiej restauracji, następnie siąść na ławce gdzieś w centrum i tam zastanowić się co dalej. Nie chciałem ograniczać się żadnym planem. Postanowiłem mieć oczy otwarte na sytuacje i ludzi, i zobaczyć co z tego wyniknie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autostrada z Malagi ciągnie się krętymi serpentynami, pomiędzy kopulastymi, rdzawymi wzgórzami, porośniętymi kępami suchej trawy, gdzie co i rusz, z wysepek drzew i palm wynurzają się bogate wille z basenami i  zwykle kilkoma samochodami na podjeździe.&lt;br /&gt;Choć znajdowałem się daleko od centralnej Hiszpanii, to tak właśnie pamiętałem przyrodę w okolicach Guadalajary, gdzie kiedyś mieszkałem. Drzewa oliwkowe, karłowate dęby, czerwonawe skały i trawa, na której nie da się usiąść, żeby kolce i osty nie poharatały ci tyłka. Ta część Hiszpanii jest o wiele mniej żyzna i przyjazna (przynajmniej atmosferycznie) niż północ, gdzie Navarra, Cantabria i Galicia nabrzmiałe są ożywczą zielenią lasów i pastwisk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozpadało się, ale miałem przeczucie, że nie był to deszcz, który zamierzał zostać na dłużej. Wreszcie zmęczyła mnie monotonność wzgórz, których i tak łagodne krawędzie złagodziła dodatkowo mgła. W końcu ściekające po kryształowych policzkach autobusu krople deszczu, utuliły mnie do snu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;4&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Wreszcie Granada!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-7MS8_7_HNXQ/TwbfL3JUVUI/AAAAAAAAAl4/pJJPhsm8Dug/s1600/3.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-7MS8_7_HNXQ/TwbfL3JUVUI/AAAAAAAAAl4/pJJPhsm8Dug/s400/3.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484173731157314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; - Paella vegetariana, ensalada mixta i vino de casa por favor! &lt;/span&gt;– powiedziałem w końcu do uśmiechniętej kelnerki o czarnych, kręconych włosach, po pół godzinie przeglądania obszernego, kolorowego menu w Raices, naprawdę dobrej restauracji wegetariańskiej, z wyjątkowo bogatym wyborem dań. Głód skręcał mi już kiszki, musiałem więc uzupełnić swoją energię i rozjaśnić deszczową Granadę czerwoną Rioją. Ensalada mixta była przepyszna. Nigdzie sałata, pomidory i oliwki nie smakują tak jak w Hiszpanii. Do tego zawsze dostaniesz kawałek świeżego chleba i naczynko z oliwą. Jest coś szczególnego w tej oliwie, którą podają tutaj i jeszcze nigdy nie udało mi się kupić ani w Polsce, ani w Anglii niczego, co miałoby jej mocny i lekko cierpkawy smak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paella była w porządku, chociaż nie umywała się do tej, jaką uraczył nas w czerwcu, w Villa de Mazarife Jose Antonio – cudownie uzdrowiony z raka gospodarz schroniska na Camino de Santiago (no ale to zupełnie inna historia, na zupełnie inną okazję). Myślałem, że już nic więcej w siebie nie wmuszę, ale sympatyczna, ciemnooka kelnerka namówiła mnie na jagodowy deser. Po tym wszystkim poczułem się naprawdę najedzony i lekko podchmielony, a jedyne czego mi brakowało, to odrobina tytoniu, na który postanowiłem sobie wyjątkowo, w ramach wakacji od wszystkiego pozwolić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto nie zmieniło się bardzo od mojej ostatniej wizyty. Wprawdzie było tutaj teraz trochę więcej sklepów i reklamy były jaskrawsze, to jednak ludzie pozostali tacy sami. Kiedy pytałem w informacji turystycznej o drogę do Raices, okienko otoczyło z sześciu punkowców, którzy z trudnością wybełkotali, że potrzebują planu miasta. Kiedy ja ostatni raz widziałem jakiegoś punka?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po posiłku w Raices, dość szybko znalazłem mały hotelik, w samym centrum, za osiemnaście euro za noc. Stwierdziłem, że następnego dnia spróbuje poszukać czegoś tańszego i jeśli uda mi się znaleźć coś za piętnaście, to zamelduję się tam już do końca pobytu.&lt;br /&gt;W poszukiwaniu przygody przeszedłem całą Granadę wzdłuż i wszerz. Najpierw skierowałem swoje kroki w stronę Sacromonte, ale kiedy znalazłem się już u stóp góry, na której zboczu leżała moja stara jaskinia, zawróciłem w stronę miasta, dochodząc do wniosku, że pełen nowych sił wejdę tam jutro, przed południem. Postanowiłem trzymać się centrum i nie śpiesząc się, przeszedłem kilka kilometrów w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z ciekawością kolorowej mieszaninie ludzi, tworzących wieczorny, miejski tłum. Około siódmej, ósmej wieczorem ulice Hiszpańskich miast są zawsze zatłoczone i głośne, bardziej nawet niż angielskie ulice w godzinach szczytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widziałem dużo młodzieży, która w roześmianych grupkach, w oczekiwaniu na piątkowe imprezy, mieszała się z parami starszych ludzi, trzymających się za ręce, którzy przechadzając się wolnym krokiem, z lekką dezaprobatą i zazdrością obserwowali młodsze pokolenie.&lt;br /&gt;Miałem nadzieję, że uda mi się natknąć na jakiś koncert, czy fiestę, ale nie mogłem wyrwać się z roli anonimowego przechodnia i żałowałem, że nie mam z sobą mojego małego akordeonu, który zwykle pomagał mi przełamać lody i wyłowić z tłumu „moich” ludzi. W końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach spaceru, postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć, pogrzać się trochę, pooglądać hiszpańską telewizję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazało się, że hotel nie ma ogrzewania, ale kiedy usiadłem w salonie z telewizorem, sympatyczna, starsza pani, która dała mi wcześniej klucze, przytargała mi gazowy grzejnik, a w moim pokoju położyła na łóżku dwa dodatkowe koce. Miałem wrażenie, że jestem jedynym klientem, a zważywszy na to, że było jeszcze przed sezonem, całkiem możliwe, że miałem rację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lista wieczorna:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;1. Z jednej strony jestem zadowolony i czuję się tutaj jak w domu. Ludzie są żywi i prawdziwi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;2. Z drugiej strony, jak zwykle w podróży, czuję się trochę oszołomiony i samotny.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;3. Wiadomości podają informacje o kolejnej ofierze „de machismo”. Kobieta została zamordowana przez swojego męża. Facet dostał dwadzieścia jeden lat więzienia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;4. Około dziewiątej natknąłem się na ulicy na religijną procesję. Uroczyście ubrani Hiszpanie o poważnych twarzach, dostojnie nieśli krzyż z Jezusem, który wyglądał jakby prosto z „Pasji” Mela Gibsona.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;5. Jutro spróbuję trochę zaoszczędzić. Dziś pękło za dużo kasy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;6. Buenas Noches.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;5&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rankiem, opatulony w kilka warstw koców, po raz kolejny przebrnąłem przez wszystkie wczorajsze wydatki. Tak, nie było mowy o pomyłce: nie wydałem wczoraj za dużo kasy. Ja po prostu zgubiłem pięćdziesiąt euro, które jeszcze w Maladze wyciągnąłem z bankomatu. Chciałbym powiedzieć, że się nie przejmowałem, ale trochę jednak zepsuł mi się humor.  Tyle kasy to dwa dni jedzenia i hoteli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obudziłem się przed piątą i już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to z powodu głośno rozmawiającej za ścianą pary, czy też podziałało tak na mnie nowe miejsce, albo myśl o utracie pieniędzy (to tylko pięćdziesiąt euro!), ale nie byłem w stanie zasnąć po raz drugi. W końcu, po godzinie leżenia, wygrzebałem się z łóżka i starając się iść na palcach, żeby nie dotykać za bardzo lodowatej posadzki, poszedłem wziąć prysznic. Niestety nie było gorącej (ani nawet ciepłej) wody, ochlapałem się więc zimną, żeby choć trochę się odświeżyć. Kiedy wróciłem do pokoju, z nadzieją zerknąłem na chaotyczny stos moich rzeczy, leżących na drugim łóżku i postanowiłem systematycznie przegrzebać wszystkie kieszenie w spodniach, bluzach, kurtce i plecaku. Nadzieje okazały się płonne, jednak nieodwołalnie byłem w plecy o tą pięćdziesiątkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za oknem było jeszcze ciemno, ale wyczuwając nadchodzący dzień, ptaki szczebiotały coraz głośniej. Usłyszałem też samochód, który chyba zbierał śmieci, bo za każdym razem, kiedy cichnął warkot jego silnika, rozlegał się głośny, blaszany hałas. Głosy rozmawiającej wcześniej pary ucichły na dobre, tak jakby obydwoje wyczuli, że porzuciłem już myśl o zaśnięciu. Teraz wreszcie spokojnie mogli odpocząć i wykorzystać do oporu cały czas, jaki przysługiwał im w hotelu, czyli do dwunastej w południe. Ja planowałem zwinąć się trochę wcześniej, ale na razie wziąłem się za książkę.&lt;br /&gt;Laurie Lee przybył właśnie do Zamory i zaprzyjaźnił się z grupką niemieckich muzyków ulicznych.&lt;br /&gt;Zaplanowałem, że około dziewiątej pójdę na kawę i croissanta, a co do obiadu, to powodowany wyrzutami sumienia stwierdziłem, że w ramach oszczędności, zamiast znów pójść do restauracji, zjem gdzieś pizzę za trzy euro, albo coś podobnie taniego. Tak więc najpierw śniadanie, później znalezienie nowego hoteliku (tym razem z ciepłą wodą) i Alhambra. Wczoraj w telewizji zapowiadali jasny i słoneczny dzień, więc wszystko było tak, jak powinno być na urlopie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdzie nie robią takiej kawy z mlekiem jak w Hiszpanii. Latte, czy cappuccino jakie podają w Anglii, nawet się do niej nie umywa. Osobiście nie przepadam za kawą, ale kiedy jestem w Hiszpanii, żłopię ją litrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tym jak pożegnałem się z miłą hospitalerą hoteliku, którego nazwy już nie pamiętam (wiem, że znajdował się na C/ Lucena) skierowałem się na Plaza de la Trinidad, gdzie wypatrzyłem małą kawiarenkę. Zamówiłem tam dwa croissanty z masłem i dżemem, oraz aromatyczną, przepyszną cafe con leche, której na przykład Włosi nie uważają nawet za kawę, przekładając nad nią, swój czarny, gorzki i gęsty napój,  sączony z maleńkich filiżanek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na złość prognozie pogody niebo, grożąc deszczem, pozostało stalowo-szare.&lt;br /&gt;Przerzedzone grupki wracających do domów po piątkowych imprezach młodych ludzi, pojawiały się z różnych stron, jak ciche i zmięte garście biletów dyskotekowych, które już nie kusiły żadnymi obietnicami: ci którzy mieli coś dostać - dostali, a ci którzy spędzili noc sami, będą musieli czekać na następną szansę, pewnie jeszcze tego samego wieczoru.&lt;br /&gt;Pod ciężkimi od owoców gałęziami drzewka pomarańczowego stał kiosk ze świeżym pieczywem, do którego ciągnęła się nieduża kolejka starszych ludzi. Niektórzy z nich przeglądali poranne gazety, a inni rozmawiali o czymś z przejęciem, ale siedziałem za daleko, żeby wiedzieć w czym rzecz. Jedna ze starszych kobiet wyciskała drugiej pryszcza na policzku, nie przejmując się resztą towarzystwa. Z państw europejskich, chyba tylko tutaj, w Hiszpanii ludzie czują się na ulicy, jakby byli w swoim własnym domu.&lt;br /&gt;Ulice ciągle pozostawały w miarę ciche, ale już wkrótce miały zapełnić się tłumem przechodniów, który wieczorem znowu przekształci się w podekscytowaną ludzką lawę, zalewając gorącymi falami kafejki, bary i otwarte do późnego wieczora sklepy. Wysączyłem ostatni, już zimny łyk kawy, zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem na chłodną, świeżą ulicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;6&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kawiarenki, energicznym krokiem ruszyłem do Sacromonte. Do końca nie byłem pewny co zrobić i kiedy wreszcie dotarłem do skrzyżowania dróg za Plaza de St. Anna, z których jedna odbijała w prawo, na Alhambrę, a druga szła prosto, zdaje się na Albayzin, zdecydowałem iść prosto. Następnie zamiast kontynuować marsz pod górę, co jak się później przekonałem, zaprowadziłoby mnie w znajome strony, skręciłem w prawo, gdzie stroma droga, zawiodła mnie do Abadia de Sacromonte, średniowiecznego, zdaje się opuszczonego klasztoru, gdzie podobno w XVI wieku znaleziono kości trzech chrześcijańskich męczenników.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W trakcie mojego marszu słońce pokazało się tylko na chwilę, żeby po kilkunastu minutach schować się w oparach mgły, którą samo obudziło swoim dotknięciem. Oprócz kilku rowerzystów, ciasno opiętych jaskrawymi i profesjonalnymi rynsztunkami „prawdziwego” wyczynowca, znajdowałem się na drodze prawie całkiem sam. Miejsce nie spodobało mi się za bardzo i co chwila spoglądałem tęsknym wzrokiem na wzgórza po drugiej stronie rzeki, które podziurawione jaskiniami, rozbrzmiewały nawoływaniami i śmiechem. Postanowiłem sobie, że tamtą stronę zachowam na jutro, żeby nie oblecieć wszystkich, fajnych miejsc, jak japoński turysta, w jeden dzień. Zawróciłem więc w stronę miasta, do którego jednak nie doszedłem, ponieważ odbiłem na skrzyżowaniu w prawo, do Albayzin, nad którym wznosi się Sacromonte, z jaskinią, która przez kilka dni była kiedyś moim domem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albayzin zaskoczył mnie tłokiem na ulicach. Dzielnica ta jest trochę ukryta i z oddali nie wydaje się, żeby cokolwiek się tutaj działo, kiedy jednak zanurzyłem się w jej uliczki, odkryłem nagle tętniące życiem, sklepikami i ludźmi miejsce. Zagadnięta przeze mnie pani skierowała mnie do sklepu spożywczego (koniec z restauracjami!), gdzie zaopatrzyłem się w słony owczy ser, świeży chleb, avocado i karczochy w puszce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-u4OQSJlg5xY/TwbfMOpx30I/AAAAAAAAAmE/UGYAJ2c9nIk/s1600/4.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-u4OQSJlg5xY/TwbfMOpx30I/AAAAAAAAAmE/UGYAJ2c9nIk/s400/4.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484180041326402" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróżowanie samemu ma swój szczególny urok. Mógłbym tak siedzieć na tej ławce cały dzień, obserwując przechodniów i nie myśląc o tym, że muszę coś zrobić. Pełen brzuch, kilka łyków wina, słońce i bulgocząca fontanna wprowadziły mnie w senny i przyjemny letarg. Przestałem myśleć o pracy, gdzie jutro, w normalnym tygodniu musiałbym spędzić dwanaście godzin, jak również o różowej wysypce, która za cholerę nie chciała ze mnie zejść. Odłożyłem wszystko na przyszły tydzień, gdy znowu wrócę do deszczowej, angielskiej codzienności i wieczornych melancholii. Teraz, dziś, mogłem po prostu być i robić to, na co w danym momencie przyszła mi ochota (w granicach rozsądku oczywiście).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozejrzałem się dookoła, wypatrując czegoś, co zatrzymałoby mnie na tym placyku dłużej, i kiedy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadne niespodziewane spotkanie z zesłanymi przez Wszechświat przyjaciółmi (ani wrogami), pomyślałem, że pewnie za chwilę pozbieram się i wdrapię na wzgórze, które teraz niewidzialne, skryło się za ścianami budynków, gdzie będę mógł wyłożyć się na trawie i leniwie wpatrywać w leżącą w dole Granadę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie udało mi się znaleźć mojej jaskini. Przeszedłem wzgórze wzdłuż i wszerz, ale wszystkie jaskinie po tej stronie Sacromonte wydawały mi się prawie takie same. Wreszcie rozłożyłem plecak na wzniesieniu, które miało najmniej kamieni i gruzu. Słońce zaczęło grzać tak bardzo, że musiałem rozebrać się do spodenek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-u4jwp7hB8B8/TwbfMYxxiHI/AAAAAAAAAmU/EwybiDiQmsw/s1600/5.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-u4jwp7hB8B8/TwbfMYxxiHI/AAAAAAAAAmU/EwybiDiQmsw/s400/5.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484182759213170" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z miejsca, w którym leżałem rozciągała się szeroka panorama, obejmująca całą Granadę, Alhambrę i bardziej na lewo monumentalne, ośnieżone szczyty Sierra Nevady.&lt;br /&gt;Postanowiłem odświeżyć sobie trochę historię miasta i zatopiłem się w lekturze przewodnika, od którego co chwila odrywały mnie ochrypłe krzyki kłócącej się pary – starej,  pijanej Hiszpanki i jej marokańskiego partnera, którzy jak się wydawało, zamieszkiwali jaskinię jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim jeszcze zjawili się tutaj Rzymianie, na miejscu Granady leżała mała iberyjska osada, którą najeźdźcy z sąsiedniego półwyspu przechrzcili na Illiberis, ale choć tutejsza ziemia znana była ze swojej żyzności, jej blask przyćmiony był przez ówczesną stolicę prowincji, Cordobę. W VI wieku władzę przejęli tutaj Wizygoci. (Przez chwilę zdawało się, że wrzeszcząca para, w zgodnej nienawiści zdecydowała się pójść gdzieś indziej, ale niestety wkrótce okazało się, że zeszli tylko do jaskini poniżej, gdzie inna Hiszpanka wydawała się pełnić rolę ich mediatorki). Podczas panowania Wizygotów, na południowym zboczu Alhambry rozwinęła się żydowska osada, Garnatha. Żydzi i Chrześcijanie żyli tutaj w takiej wzajemnej niechęci, że  kiedy w 711 roku Muzułmanie najechali tę okolicę, Żydzi stanęli po stronie najeźdźców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następne kilka wieków było świadkami przechodzenia miasta z rąk do rąk różnych arabskich dynastii, żeby w końcu jako ostatnie z arabskich królestw, po siedmiomiesięcznej bitwie, ulec stupięćdziesięciotysięcznej armii tzw. Królów Katolickich, czyli Ferdynanda i Izabeli. Po kilku wiekach, podczas okupacji przez armię Napoleona, miasto doznało sporych zniszczeń i nawet Alhambra była używana jako koszary. Następnie, w czasie wojny domowej zginęło w Granadzie około siedmiu tysięcy liberałów i republikanów, zamordowanych przez Franco, w tym słynny poeta Fedrico Garcia Lorca, który zginął zastrzelony przez funkcjonariuszy Guardii Civil.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem ochotę jeszcze poczytać, ale zmęczony wściekłymi krzykami kłócących się sąsiadów, postanowiłem znaleźć inne miejsce i położyłem się w końcu pod starym, arabskim murem, który od wieków dzieli Sacromonte na pół. Wkrótce ciepło, szum drzew i miękkość trawy, której skrawek udało mi się niespodziewanie znaleźć, wprowadziły mnie w błogą drzemkę, a ciężki przewodnik wysunąwszy się z rozluźnionych palców, opadł cicho na ziemię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;7&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowałem, że tego dnia też nie pójdę do Alhambry. Stwierdziłem, że to dopiero mój drugi dzień w Granadzie i nie chcę „zużyć” wszystkich jej atrakcji.&lt;br /&gt;Po południu znalazłem w miarę miły hotelik. Też osiemnaście euro, ale o wiele przyjemniejszy, a oprócz tego okazało się, że w pokoju mam grzejnik i telewizor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wziąłem prysznic, rozpakowałem się (postanowiłem zostać tam do czwartku) i obejrzałem prawie całą „Planetę Małp” z '68 roku, z Charltonem Hestonem w roli głównej.&lt;br /&gt;Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach odpoczywania, znowu wyszedłem na ulicę. Usiadłem na murku, na Plaza de St. Anna, z Alhambrą za moimi plecami i… nic. Widziałem jak dookoła mnie pulsuje życie towarzyskie, grupki dumnej, kolorowej młodzieży grają na gitarach i bębnach, popijając wino, paląc skręty, popisując się  przed pięknymi dziewczynami swoim żonglowaniem, albo pięknym głosem, ale zamiast czuć radość, poczułem ukłucie zazdrości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poniżej, nad rzeką również siedziało parę osób, pijąc schłodzone w rzece piwo, w przytulnym odosobnieniu zarośli i skał. Dwie dziewczyny grały na kastanietach i tamburynie, podczas gdy brodaty, dwudziestokilkuletni chłopak, w kolorowym, zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, uderzał mocno w struny gitary i śpiewał coś, co ciężko było mi rozpoznać, poprzez szum rzeki i gwar rozmów z pobliskich barów i kawiarenek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lista jednopunktowa:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;1. Jestem smutnym gościem, który wpadł  tu tylko na chwilę i wie, że ma za mało czasu, żeby naprawdę posmakować tej ulicy i tego miasta, z jego tajemnicami, które ci bezczelni, nie obawiający się wcale raka płuc młodzieńcy, znają jak własną kieszeń. Dla nich to po prostu dom, o dumnej, czasami wstydliwej historii, pełen beztroski i pierwotnej wiary w kult prawdziwego mężczyzny, oraz krwawej, ciężkostrawnej kuchni, której nigdy nie spróbuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Hiszpanii tak wielu młodych ludzi próbuje pokazać swoją niezależność i naturalny opór wobec zorganizowanej kontroli państwa i instytucji. Bunt ten jednak, nie przeszkadza im być dumnym z urodzenia się Hiszpanem, Andaluzyjczykiem, Baskiem, Gallego, czy Katalończykiem.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;     Nie mitologizuję Hiszpanów. Tak jak wszędzie, tak i tutaj są  różni ludzie i problemy. Myślę jednak, że ten kraj, jako jeden z nielicznych w Europie (a być może jedyny w Europie Zachodniej), zachował w sobie ogień indywidualności, który w innych krajach coraz bardziej gaśnie.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędruję myślami do lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy to Hiszpania tętniła rewolucyjnym życiem, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi zostało porwanych przez socjalistyczne i anarchistyczne idee równości i nitscheańską wiarę w moc ludzkiego ducha. Ze wszystkich państw Europy Zachodniej, tutaj rewolucja była chyba najbliższa wybuchowi. Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądałaby ona w wykonaniu Hiszpanów, którzy są przecież tak inni od  Rosjan, czy Chińczyków. W czasie wojny domowej połowa kraju była w rękach republikanów, jednak przy wsparciu Hitlera i Mussoliniego, Franco musiał wygrać tamtą wojnę.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;     Nie tylko Hiszpanów porwał duch walki. Wkrótce powstały Międzynarodowe Brygady, które zasiliły tysiące ludzi z całego świata, w tym między innymi George Orwell, czy też Laurie Lee. Oprócz tego byli też nasi „Dąbrowszczacy”, polscy obywatele walczący w Hiszpanii przeciwko Franco, których ogółem, w wojnie brało udział około pięciu tysięcy osób.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, że słońce zaszło już za Pałacem Królów i dopiero chłód wyrwał mnie z odurzających wizji walki o słuszną sprawę. Tłum na placyku zelżał już o jakąś połowę. Dystyngowane panie z dziećmi oglądały z zainteresowaniem wyczyny dredziastych żonglerów. Grupka eleganckich, pachnących perfumami Marokańczyków o wyżelowanych włosach, rozmawiała o czymś z ożywieniem, podczas gdy ich gardłowy, arabski język, dziwnie pasował i równocześnie nie pasował do tego miejsca i wieczoru. Radosne, spuszczone ze smyczy psy zawierały nowe znajomości, a zmęczeni, angielscy turyści robili zdjęcia znikającej w zmierzchu Alhambrze, oraz przyglądali się ze znudzeniem i niezrozumieniem, głośnym, ruchliwym tubylcom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomyślałem sobie, że jutro z pewnością odwiedzę Alhambrę. Może, jeśli będę miał szczęście i wewnętrzną muzykę, która grała mi teraz, poczuję tam coś szczególnego. Jak bohater „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, który przechadzając się po uliczkach wymarłego miasta pięknej, odeszłej już w przeszłość cywilizacji, był w stanie choć przez chwilę usłyszeć zapomnianą muzykę i zrozumieć słowa martwych, marsjańskich poetów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mała dziewczynka, bawiąc się w chowanego z mamą i tatą, schowała się za filarem ławki, na której siedziałem i patrząc mi poważnie w oczy, przyłożyła do nosa palec i wyszeptała: „Tsssss…”, a po chwili już jej nie było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;8&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Stary znajomy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem, po tym jak opuściłem placyk świętej Anny, spotkała mnie miła niespodzianka. W sieci kolorowych, lśniących klejnotami arabskich sklepów uliczek, natknąłem się na Fernanda.&lt;br /&gt;Kiedy byłem tutaj pięć lat wcześniej, zarabiając na życie akordeonem, kilka razy grałem pod należącym do niego sklepem z pamiątkami. Przypadłem mu wtedy do gustu i zawsze wrzucał mi parę groszy do kapelusza, a raz wynajął mnie nawet na urodziny swojej pracownicy, żebym zagrał jej „Cumpleanos Feliz” („Sto lat”). Pod koniec, kiedy chciałem już wracać do domu, mając po dziurki w nosie tej mojej chaotycznej wyprawy, poprosiłem starego przyjaciela, Artka, żeby przysłał mi z Danii pięćdziesiąt euro, dzięki czemu miałbym choć parę groszy na powrót do Polski. Przesyłka od Artka opóźniała się coraz bardziej, aż w końcu nie wytrzymałem i obwieszony plecakiem, śpiworem i akordeonem odwiedziłem Fernanda w jego sklepie i poprosiłem o pożyczkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaskoczyło mnie wtedy, że bez mrugnięcia okiem się zgodził i od razu sięgnął do kasy. Potrzebowałem wtedy tego, żeby ktoś potraktował mnie po ludzku a jego zachowanie podniosło mnie bardzo na duchu. Zostawiłem mu numer przekazu, który był potrzebny, żeby odebrać na poczcie pieniądze, które jakoś nie mogły do mnie dojść i obiecałem wysłać mu kartkę z Polski, ale niestety po drodze do domu zgubiłem jego adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem zaraz po przyjeździe do Granady, była próba odnalezienia Fernanda, ale niestety nie udało mi się rozpoznać sklepu, w którym wtedy szefował.&lt;br /&gt;Tego dnia, wieczorem przechadzałem się po prostu bez celu, w okolicach katedry, kiedy nagle zobaczyłem jego znajomą twarz. Podszedłem się przywitać i po chwili, kiedy mnie sobie przypomniał, zaciągnął mnie do sklepu, żeby przedstawić żonie i pochwalić się parą bliźniaków: Juanem i Pedro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porozmawialiśmy przez chwilę. Ucieszył się bardzo, kiedy powiedziałem mu, jak wiele wtedy znaczył dla mnie jego gest, po czym pogratulował mi pracy z dziećmi, zwierzając się, że jego żona bezskutecznie próbuje znaleźć zatrudnienie w tego rodzaju zawodzie. Nie miał już swojego sklepu, który zbankrutował kilka lat temu i obecnie prowadził firmę budowlaną. Pokazał mi też początki katarakty, która zaczęła pokrywać jego oczy i powiedział, że trochę go to martwi.&lt;br /&gt;Po pół godzinie rozmowy, uściskaliśmy się serdecznie i poszedłem w swoją stronę, żeby nadal szukać skarbów, zagubionych na uliczkach gwarnej nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;9&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki  Pepe&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poranek przywitał mnie jednoznacznym błękitem oszlifowanego diamentu nieba. Choć w cieniu chłód ciągle jeszcze szczypał, to z minuty na minutę, zamiast szukać słonecznego blasku, instynktownie zacząłem przylegać do popękanych, białych ścian, które kusiły ożywczym cieniem. Niezdecydowany co do tego, gdzie uraczyć się mleczną kawą, w końcu skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie poranny, niedzielny spokój, w niczym nie przypominał wczorajszej atmosfery festynu. Zamówiłem kawę, oraz tosta z masłem i dżemem, po czym na pół godziny zawędrowałem razem z Laurie Lee do przedwojennej Segovii i Madrytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był to inny świat od tego, który miałem przed swoimi oczami teraz; biedniejszy, oryginalniejszy i niewinny, na rok przed bratobójczą wojną, której cienie do teraz prześladują Hiszpanię. Niektóre rzeczy pozostały jednak takie same. Ciasne kafejki z dumnymi i smutnymi (nierzadko bezczelnymi) kelnerami, zmęczeni i brzydcy żebracy, monotonnie i mechanicznie zbierający swoje grosiki, których pokornym prośbom, zaprzeczają chytre i nieprzyjemne oczy. Oprócz tego flamenco, słońce, Cyganie, choć dziś już nie tak malowniczy jak wtedy i oczywiście turyści, którzy w krótkim okresie Republiki, zalali Hiszpanię w poszukiwaniu słońca i wrażeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez chwilę zastanawiałem się, czy w końcu nie zwiedzić Alhambry i nawet wdrapałem się pod samą jej bramę, ale okazało się, że dostępne są tylko dwa rodzaje biletów – jeden ważny od ósmej do czternastej, a drugi od czternastej do dwudziestej, doszedłem więc do wniosku, że tak jak planowałem wcześniej, wolę jednak pójść tam wieczorem. W sklepiku z pamiątkami kupiłem mały przewodnik po pałacu i zszedłem z powrotem w dół, w stronę rzeki, a następnie do Albayzin, gdzie dobiegające ze sklepu z pamiątkami (Galeria Albayzin na Plaza del Salvador) dźwięki grającej flamenco gitary, skusiły mnie, żeby usiąść na zanurzonej w cieniu kamiennej ławce.&lt;br /&gt;Wyraźnie znudzona dziewczyna, która, jak mi się wydawało prowadziła sklepik, wyszła na zewnątrz, usiadła na murku i zaczęła czytać jakąś książkę, do momentu, gdy młody, jasnowłosy chłopak nie przywitał jej dźwięcznym „Hola guapa!”. Kiedy odpowiedziała, zaskoczył mnie jej przyjemny, melodyjny głos, w ogóle nie pasujący do jej zwalistej, prawie otyłej figury i czarnych, zniszczonych trwałą ondulacją, błyszczących (pewnie polakierowanych) włosów. Towarzystwo chłopaka sprawiło, że przestała się garbić, porzuciła swoją niedbałą, leniwą postawę, na rzecz zalotnej pozy, lekko podkreślającej wcięcie talii i figlarnie przekrzywiła głowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyżej, ponad areną starożytnej, męsko-damskiej gry i ponad dźwiękami zawodzącego flamenco, przed moimi oczami rozciągało się zbocze Sacromonte (Świętej Góry), nad której twarzą, pooraną bliznami jaskiń, wznosiła się dumna korona arabskiego muru, pozostałość innego, ciągle jeszcze niezapomnianego tutaj świata.&lt;br /&gt;Z mojej ławki mogłem widzieć obydwa miejsca, w których wczoraj odpoczywałem; kamieniste wzniesienie, gdzie byłem świadkiem zaciekłej kłótni tłustej starej Hiszpanki i jej konkubenta – nerwowego, kościstego Marokańczyka, a po lewej, pod samym murem, strome, ukryte pośród drzewek zbocze, u stóp biało-brązowego budynku, gdzie cieszyłem się drzemką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-wFWY8u_pb7Y/TwbfhVr64yI/AAAAAAAAAmg/4qb3B8Z9uts/s1600/6.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-wFWY8u_pb7Y/TwbfhVr64yI/AAAAAAAAAmg/4qb3B8Z9uts/s400/6.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484542706606882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugie śniadanie postanowiłem zjeść w El Triunfo; małym parku, kilkanaście minut spaceru z Plaza Nueva. W niedzielę, w Hiszpanii większość sklepów jest pozamykana, ale udało mi się znaleźć mały, kiepsko zaopatrzony, chiński sklepik. Kupiłem chleb, ser, oliwki, karczochy i rozłożyłem się w cieniu, na betonowej ławce, ukrytej wśród drzew. Niedaleko ode mnie, leżał na kartonie starszy pan, Marokańczyk, który z wdzięcznością przyjął zaproszenie do posiłku.&lt;br /&gt;Kiedy skończyliśmy jeść, staruszek poszedł kontynuować drzemkę, a do mnie zbliżył się wielki facet, około pięćdziesiątki, o wyłupiastych brązowych oczach i szczerbatym uśmiechu.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Buen dia nino&lt;/span&gt;, nie przeszkadza ci, że sobie z tobą usiądę?&lt;br /&gt;Z radością przyjąłem towarzystwo i zrobiłem trochę więcej miejsca na ławce. Wielki mężczyzna wyciągnął z kieszeni grubego skręta.&lt;br /&gt;- Zapalisz porrito?&lt;br /&gt;- Trawa, czy czekolada?&lt;br /&gt;- Trawa, trawa, nie palę czekolady, za bardzo uderza do głowy.&lt;br /&gt;Zaciągając się pachnącym jointem, Pepe zaczął wychwalać Granadę i Andaluzję jako miejsce, którego zazdrości im cały świat. Po chwili wyciągnął z plecaka butelkę rozrobionego z Fantą wina i pociągnąwszy dużego łyka, podał mi trunek. Prawie nie poczułem alkoholu w tej miksturze, ale i tak byłem na leciutkim rauszu, skończywszy przed chwilą wino, którego zostało mi trochę z wczoraj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pepe należał do typu dużych, żartobliwych i gadatliwych olbrzymów, którzy w jakiś sposób są w stanie znaleźć wspólny język z każdym i których rubaszność zmieszana z grubiaństwem sprawia, że jesteś w stanie dużo im wybaczyć. Pepe słysząc, że lubię podróżować, wyciągnął komórkę i zaczął pokazywać mi z dumą swoje zdjęcia z podróży do Włoch i do Belgii, opowiadając o górach po jakich się wspinał i winach które próbował.&lt;br /&gt;Później przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Pepe zaczął okazywać zainteresowanie otoczeniem.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hombre&lt;/span&gt;, patrz na tę sikorkę – oblizując się, wskazał głową na spacerującą niedaleko, młodą, cycatą dziewczynę. Po chwili zagwizdał na chudą Cygankę w średnim wieku i na krótko ostrzyżoną, drobną punkówę. Jakby czytając moje myśli, wyjaśnił:&lt;br /&gt;- Dla mnie nie ma znaczenia, czy kobieta jest chuda, gruba, ładna, młoda, stara, czy brzydka. Ja widzę tylko ich kobiecość, esencję i nic ponad to.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Y usted&lt;/span&gt; jest żonaty? – spytałem.&lt;br /&gt;- Właśnie dlatego nie jestem! Dlaczego miałbym unieszczęśliwiać jakąś mujer? Nigdy nie wytrzymałbym z jedną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musiałem przypaść mu do gustu, bo powiedział mi, żebym zaczekał, a on w tym czasie przyniesie drugie wino. Nie zdążyłem nawet napisać pięciu zdań w swoim dzienniku, kiedy był już z powrotem, z kartonem najtańszego wina (Don Simon) i butelką Fanty. Sprawnie rozrobił trunek z oranżadą, w dwóch plastykowych butelkach, z których jedną podał mi, a drugą położył na ławce, obok swojej ręki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Posiedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, komentując grających na bębnach rastamanów, którzy siedzieli kilka ławek dalej i każdą dziewczynę, która zjawiła się w zasięgu wzroku, tzn. Pepe komentował, a ja zgadzając się, albo i nie,  i tak potakująco kiwałem głową.&lt;br /&gt;W końcu zostawiłem go ze starszym panem, który przysiadł się na naszą ławkę i  ruszyłem po raz kolejny w stronę starego miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;10&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otworzyłem oczy i bez powodzenia spróbowałem przełknąć nieobecną ślinę. „Pić…” jęknąłem. Po chwili jęknąłem jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie mam żadnego soku, ani nawet wody, żeby ugasić pragnienie. Dotyk chłodnej posadzki mojego hotelowego pokoju otrzeźwił mnie trochę i pomógł odzyskać zmysł równowagi. Poczłapałem do kuchni, w wyobraźni widząc już jakiś zapomniany przez hospitalero karton soku pomarańczowego. W końcu znalazłem tylko cytrynę, którą wycisnąłem do dzbanka wody i tak zaopatrzony wróciłem do pokoju. Kiedy wreszcie ugasiłem pierwsze pragnienie, spróbowałem uporządkować chaotyczne i mgliste wspomnienia z drugiej połowy  wczorajszego dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z El Triunf, tak jak planowałem, wróciłem do centrum starego miasta. Mijając Plaza Nueva, poprzez Carrera del Darro doszedłem do Plaza de St. Anna, pod Alhambrą i spędziłem tam kilka godzin, czytając w blasku słońca (o czym świadczyła moja piekąca, czerwona twarz) i paląc kiepską tabakę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-0IdQFV3GbfI/TwbfhVDA3oI/AAAAAAAAAms/6snTzorg17Q/s1600/7.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-0IdQFV3GbfI/TwbfhVDA3oI/AAAAAAAAAms/6snTzorg17Q/s400/7.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484542535032450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy zacząłem już tracić zainteresowanie książką, usłyszałem głośną muzykę -  coś wesołego z lat dwudziestych. Podniosłem głowę i zobaczyłem ubraną w spódniczkę z trawy dziewczynę, pląsającą jak szalona, niczym pijana artystka z moskiewskiego cyrku. Dziewczyna, która miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, wkrótce przyciągnęła uwagę ludzi odpoczywających na okolicznych ławkach i klientów pobliskiego baru, siedzących wygodnie pod osłaniającymi ich od palącego słońca parasolami. Pokaz trwał z piętnaście minut. Choć taniec nie był profesjonalny i czasami wydawał się przypadkowym zlepkiem kroków i podskoków, to spodobał mi się entuzjazm, z jakim go wykonywała. Kiedy skończyła, wrzuciłem jej monetę i zaproponowałem papierosa i łyk wina, co przyjęła z wdzięcznością.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;De donde eres? &lt;/span&gt;(Skąd jesteś?) – spytałem.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Soy Polaca&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;- Hej! Ja też!.&lt;br /&gt;Dziewczyna pochodziła gdzieś z północy Polski i mieszkała w Granadzie już od czterech lat, kiedy to przyjechała autobusem, zobaczyć jak wygląda Hiszpania i ostatecznie spodobało się jej tak bardzo, że została. Teraz mieszkała w jaskini na Sacromonte, gdzie, jak z dumą ogłosiła, udało się jej ostatnio nawet zameldować. Wyciągnąłem z niej tylko jej lokalne imię – Vinia.&lt;br /&gt;Kiedy zaczęła przygotowywać się do kolejnego występu, pożegnałem ją i skierowałem się na Plaza Nueva, gdzie chciałem zjeść pozostałości z obiadu (chleb, ser i oliwki) i dokończyć butelkę wyśmienitej Riojy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-h-QXiSorMr8/Twbfh5obT8I/AAAAAAAAAm0/6O0IxqEaXCI/s1600/8.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-h-QXiSorMr8/Twbfh5obT8I/AAAAAAAAAm0/6O0IxqEaXCI/s400/8.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484552355631042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tam właśnie spotkałem Eduarda – Baska, któremu zawdzięczałem większą część mojego siarczystego kaca.&lt;br /&gt;Kiedy jadłem, obok mnie, na ziemi usiadł długowłosy chłopak, w moim wieku i zaczął czytać książkę. Rozgrzany towarzysko po dzisiejszych spotkaniach, wyciągnąłem do niego butelkę.&lt;br /&gt;- Napijesz się?&lt;br /&gt;Brodaty, ciemnowłosy chłopak o czystych, sympatycznych oczach przyjął poczęstunek i powiedział żartobliwie:&lt;br /&gt;- Szkoda, że nie podzieliłeś się swoim obiadem. Wyglądał przepysznie – i przysiadł się bliżej, wyciągając rękę.&lt;br /&gt;- Eduardo.&lt;br /&gt;- Martin – odpowiedziałem mocnym uściskiem.&lt;br /&gt;Rozmowa szła nam przyjemnie i wartko. Eduardo był młodym architektem, który niedawno dostał pracę w Granadzie i pochodził z małej wioski, gdzieś w Pais Basko. Po chwili okazało się, że obaj dzielimy doświadczenie Camino de Santiago i następną godzinę poświęciliśmy na grę zgadywania i przypominania sobie kolejnych miast, albergues i hospitaleros z trasy.&lt;br /&gt;Kiedy skończyliśmy wino, Eduardo zaproponował, że kupi następne i pobiegł do pobliskiego, jedynego otwartego w niedzielę sklepu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wrócił, rozmawialiśmy jeszcze o Hiszpanii, wojnie domowej, rewolucji (przy czym próbowałem go bezskutecznie przekonać, że jeśli rewolucja ma się gdzieś zacząć, to właśnie tutaj, w Hiszpanii), o Anglii, Bogu, jego życiu, moim życiu. W połowie butelki dołączyło do nas kilku jego przyjaciół, i wkrótce stworzyliśmy całkiem sporą i głośną grupkę. W międzyczasie zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wszyscy stwierdzili, że trzeba by znaleźć jakieś schronienie. Wreszcie większość zdecydowała się pójść do domu jednego z chłopaków, żeby kontynuować imprezę, ale Eduardo nie był zbytnio zainteresowany, więc odłączyliśmy od reszty i za jego namową poszliśmy na piwo i tapas do najbliższego baru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwiedziliśmy dwa lokale,  ale nie pamiętałem ani ich nazwy, ani nazwy ulicy, bo w tamtym momencie rzeczywistość zaczęła dla mnie wyglądać trochę mętnie i abstrakcyjnie. Z pierwszego baru pamiętam, kiedy założyłem się z Eduardem, że zaproszę do naszego stolika dwie Japonki, które samotnie popijały piwo przy bufecie. Pamiętam jak zmroziły mnie wzrokiem i ostentacyjnie odwróciły głowy w drugą stronę.&lt;br /&gt;- Don Juany to z nas nie są – powiedziałem teatralnie smutnym głosem do Eduardo i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, przeklinając naszą nieatrakcyjność.&lt;br /&gt;W drugim barze zabawiliśmy dłużej i to tam rzeczywistość z abstrakcyjnego, ale ciągle dość ostrego obrazu, przeszła w wirującą i dźwięczną mgłę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwóch młodych Cyganów grało na gitarach, śpiewając z życiem i energią pieśni flamenco, podczas gdy kilka dziewczyn w kolorowych spódnicach klaskało i tańczyło ze skupieniem, pogrążone w spoconej, erotycznej i wibrującej medytacji. Obydwoje z Eduardo nie mogliśmy oderwać oczu od tej sceny i następną godzinę spędziliśmy, wpatrując się w tę spontanicznie powstałą juergę, kiwając tylko do rytmu głowami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem o czym myślał Eduardo, dla którego, jako Baska, ta scenka pewnie również była czymś egzotycznym, ale ja byłem kompletnie pogrążony w odurzającej zazdrości, wiedząc, że jestem tutaj, w tym kraju tańca i miłości, którym Hiszpania ciągle jeszcze jest, tylko gościem, duchem z innego świata, który przysiadł w tym starym barze i z nostalgią przysłuchuje się ognistym gitarom, pośród żywych ludzi, którzy nie mogą go zobaczyć.&lt;br /&gt;W końcu, z  kolejnym łykiem trunku zawirował mi świat. Z Eduardem za przewodnika, dotarłem jakoś do swojego hoteliku, a po chwili spałem już jak dziecko, ciągle słysząc smutno-radosne dźwięki strun i ochrypłe głosy Cyganów z innej epoki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;11&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na śniadanie zjadłem posiłek, składający się ze świeżego, chrupiącego chleba, karczochów z puszki, avocado i owczego sera. Ciągle czułem się zmęczony po wczorajszej borracherze, stwierdziłem więc, że wrócę na trochę do hotelu i poleżę w łóżku, czytając książkę albo oglądając telewizję. Po drodze kupiłem jeszcze u Chińczyków ładowarkę do telefonu i gdzieś tak do czternastej leżałem po prostu w pokoju, lecząc kaca sokiem pomarańczowym i śledząc z wypiekami na twarzy dalsze przygody Lauriego Lee.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku miesiącach włóczęgi, w końcu dopadła go wojna, której początek pasjonująco opisał z punktu widzenia dwudziestoletniego, niewinnego trampa.  Próbowałem wyobrazić sobie, jakie to było uczucie, doświadczać życia, tak jak ja robię to teraz i nagle widzieć jak wali się porządek świata, i jak zwykli ludzie, pechowcy historii, przez chwilę czują, że mogą zmienić przeznaczenie. Jak marzą o wymazaniu niesprawiedliwej przeszłości i o podzieleniu świata na nowo, tym razem uczciwie i mądrze. A trochę później patrzeć, jak ich marzenia rozsypują się pod ciosami ślepej siły, pragnącej zachować stary porządek świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy ludzie rodzą się za wcześnie, (a niektórzy za późno) a ich próby naprawienia historii, z góry są skazane na niepowodzenie.&lt;br /&gt;Do takich refleksji zaprowadził mnie Laurie Lee i nagle z żalem zdałem sobie sprawę, że doszedłem do końca książki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później poleżałem jeszcze trochę z rękami pod głową, wpatrując się w sufit, aż zaczęły mnie kusić dobiegające zza pół otwartych okiennic głosy ulicy, wabiące obietnicą nowych twarzy i rozmów, wysmarowałem więc twarz kremem na oparzenia słoneczne i wyszedłem ”na miasto”.&lt;br /&gt;Po trzech dniach żywienia się chlebem i serem stwierdziłem, że przydałoby się zjeść coś ciepłego, więc targany wyrzutami sumienia, zacząłem szukać jakiejś restauracji z wegetariańskim jedzeniem. (Skąd wyrzuty sumienia? Jak zwykle - wydawanie ciężko zarobionej kasy zawsze boli.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie, błądząc po arabskiej dzielnicy, na ulicy Caldereria Nueva znalazłem małą arabską restauracyjkę, gdzie podawano jarskie potrawy. Jedzenie było kiepskie, a kelnerka bardzo niemiła, traktująca każde wymaganie jak osobisty zamach na swoje swobody obywatelskie, ale cieszyła mnie inność tego miejsca; jego północno-afrykański wystrój i marokańska muzyka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po mojej lewej stronie siedziała spora muzułmańska rodzina, rozmawiająca jednak po hiszpańsku. W grupie wyróżniała się biała kobieta, która przejęła arabski strój i zachowanie, jednak jej łamany hiszpański i angielskie zdania, którymi go przeplatała, zdradzały jej „niewierne” pochodzenie. Dopóki mężczyźni siedzieli z kobietami, te pozostawały ciche, ale kiedy po posiłku wyszli na papierosa, zaczęły nieśmiałą rozmowę, której przewodziła biała „Arabka”. Kiedy w końcu wyszła do toalety, dwie pozostałe dziewczyny, ściszonym głosem zaczęły ją obgadywać.&lt;br /&gt;Po prawej ręce miałem izraelsko-anglosaską grupkę, której członkowie komentowali po angielsku i w jidysz, kiepską jakość posiłku, i starali się nie widzieć stalowych spojrzeń, rzucanych im przez muzułmanów, siedzących po mojej lewej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pewnym czasie, niesympatyczna kelnerka zajęła opróżniony przez Izraelitów stolik i z niezadowolonym wyrazem twarzy zajęła się brzęczącym obliczaniem miedzianych napiwków. Co kilka sekund rzucała nieprzyjemne spojrzenia w stronę drzwi wejściowych, mając nadzieję, że choć przez chwilę, żaden przechodzeń nie wpadnie na głupi pomysł zjedzenia tu obiadu. Wychyliłem ostatni łyk wina i skierowałem się (który to już raz?) w stronę Alhambry, z silnym postanowieniem, że jeśli nic nie przydarzy się po drodze, to tym razem spróbuję tam dotrzeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;12&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-2iBgfw-3ITw/Twbfh5PC19I/AAAAAAAAAnA/j1Oc8HepEqE/s1600/9.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-2iBgfw-3ITw/Twbfh5PC19I/AAAAAAAAAnA/j1Oc8HepEqE/s400/9.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484552249169874" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Usiadłem na ławce, oddając się myślom. Czułem, że muszę spróbować wejść na trochę wyższą falę melancholii i wznieść się z suchej depresji i wyobcowania, na smutną nostalgię, która nawilżyłaby mi duszę choć kilkoma kroplami ciepłej zadumy. Nie wiedziałem, co ściągnęło mnie tak bardzo w dół. Może była to zatłoczona hałaśliwymi turystami Alhambra, która w niczym nie przypominała wierszy Lorci, ani obrazów Giraulta de Prangey, ale raczej supermarket pełen klientów, biegających ze swoimi aparatami od jednego produktu do następnego. A może to dzisiejszy kac zmieszał się z tęsknotą za domem i zmienił mnie z żądnego przygód, siedmiodniowego wagabundy, w zagubionego i gorzkiego faceta ścigającego złudzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem niewielką nadzieję, że uda mi się zobaczyć Alhambrę taką, jaką wyobrażałem ją sobie jeszcze kilka dni temu (a w sumie to kilka lat, od momentu, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz z jaskini na Sacromonte), ale nie potrafiłem przedrzeć się przez przez spoconych, podekscytowanych turystów, którzy wymieniali się szablonowymi okrzykami zachwytu ani groźnych ochraniarzy, rozmawiających poważnie przez krótkofalówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno jest mi napisać coś o samych zabytkach - coś co nie było już napisane tysiące razy. Tak, budowle dawnych mieszkańców tej ziemi różnią się od topornych, grubo ciosanych z kamienia pozostałości po ich chrześcijańskich następcach. Jest w nich lekkość, dbałość o szczegóły, cierpliwość (tak cierpliwi potrafią być tylko ludzie pustyni) i zmysłowość, którą znamy z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Tamci ludzie inaczej postrzegali świat, starali się czerpać z niego radość innymi zmysłami niż my oraz wyrażać siebie w cierpliwej dokładności i delikatności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle mogłem zobaczyć, ale byłem daleko od prawdziwego dotknięcia tego, co rejestrowałem oczami i aparatem. Może gdybym był tam sam, w ciepłą letnią noc, dawni władcy Alhambry z dumą oprowadziliby mnie po swoich domach i pałacach, opowiadając o swoich marzeniach i wizji świata. Dziś jednak nie było tam żadnych duchów, które wystraszone fleszami aparatów i krzykami biegających po krętych korytarzach dzieci, uciekły; może na pustynie niedalekiej Afryki, ujeżdżając piaskowe konie, a może wróciły do swojego Raju, odpocząć wśród pięknych Hurys. Dziś byłem tam tylko ja, misterne, martwe rzeźby i spoceni turyści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przechadzając się po Alhambrze i spoglądając w dół, na Granadę, pomyślałem o tysiącach Arabów, którzy tutaj mieszkali a którzy w końcu musieli opuścić Hiszpanię; ostatni z nich w XVI wieku zostali zapakowani na statki i porzuceni na plażach Afryki.&lt;br /&gt;Kilkaset lat później Walter Starkie, kolejny pisarz, którego bardzo lubię, przemierzając Maroko został zaproszony na kolację do domu pewnej arabskiej rodziny. Po posiłku gospodarz wyciągnął z szafy zawinięty w materiał jakiś ciężki przedmiot i podał go Starkiemu.&lt;br /&gt;- Zobacz.&lt;br /&gt;Starkie wyciągnął z zawiniątka masywny, metalowy klucz i spojrzał pytająco na gospodarza, na co ten powiedział uroczyście:&lt;br /&gt;- Kiedy Hiszpanie wyrzucali nas z naszych domów, każda z rodzin zachowała klucz do swojego domu i od tego czasu jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie.&lt;br /&gt;- Ale po co? – spytał zaciekawiony Starkie.&lt;br /&gt;Oczy starego Araba zabłysnęły ogniem.&lt;br /&gt;- Bo pewnego dnia wrócimy do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;13&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; Prawdziwy smak flamenco&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około dziewiątej wieczorem leżałem już w łóżku, skacząc po ośmiu dostępnych kanałach telewizyjnych. Zadzwonił telefon. To Eduardo zapraszał mnie do baru, gdzie tej nocy grali flamenco. Miałem do wyboru – zostać ze swoją melancholią i czarnymi myślami, oglądając hiszpańskich „Milionerów”, w ciasnym pokoiku hotelowym, albo wziąć ją (melancholię) na koncert flamenco, gdzie być może pozwoliłaby mi bardziej wczuć się w żałosne i ochrypłe skargi cygańskich artystów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bar nazywał się Estrella, co znaczy „gwiazda” i leżał ukryty w małej uliczce, której koniec wychodził na Plaza Nueva (czyżby wszystkie drogi prowadziły na Plaza Nueva?).&lt;br /&gt;Kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy pierwszymi klientami, więc z zadowoleniem zajęliśmy miejsca w ciasnym pomieszczeniu, które, jak mówił Eduardo, w ciągu kilkunastu minut będzie zapchane do granic możliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faktycznie, po chwili ludzie głośną falą zaczęli wlewać się do  środka. Najwidoczniej wszyscy się znali i co chwila ktoś witał barmana głośnym okrzykiem, objęciem, albo nawet cmoknięciem w policzek. Nie zauważyłem nawet, kiedy zjawili się muzycy, ale w sumie połowa z tych ludzi wyglądała, jakby zaraz miała wziąć do ręki gitary i zacząć zawodzić o andaluzyjskich tęsknotach. Później, już w trakcie koncertu, większość z nich bezgłośnie i nieomylnie powtarzała słowa piosenek, śpiewanych przez dwójkę artystów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tłumu szczególnie wyróżniała się jedna postać. Był to stary Cygan, o przenikliwych, ciemnych  oczach i kręconych włosach, tak czarnych, że prawie granatowych. Wyglądał jak skrzyżowanie indiańskiego wodza i Al Pacino. Spytałem o niego Eduarda. Wyszeptał mi na ucho, że jest to słynny Manuel Arana, który urodził się w jaskiniach Sacromonte i całe życie poświęcił flamenco. Można go spotkać na każdej większej juerdze. Sam jest wyśmienitym śpiewakiem i gitarzystą, legendą Granady. Eduardo dodał, że skoro zjawił się tego wieczoru w Estrelli, oznacza to, że dzisiejsi artyści muszą być naprawdę dobrzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Facet miał coś w sobie i ciężko było mi oderwać oczy od jego wyprostowanej, dumnej postaci. Później, kiedy zaczął się już koncert, Manuel Arana, z zamkniętymi oczami zaczął kołysać się do transowego rytmu, śpiewając cicho do siebie, albo wyrażając swoje uznanie głośnymi „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ole!&lt;/span&gt;”, „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pero como toca!&lt;/span&gt;”, „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Escucha a esta chica!&lt;/span&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muzyków było dwoje. Gitarzystą był jowialnie, może nawet trochę komediowo wyglądający ciemny Andaluzyjczyk, o ogromnym nosie i wielkich, śmiejących się oczach. Wyglądał jak przerysowana postać z „Don Kichota”, ale jakiekolwiek pozory śmieszności zniknęły bez śladu, kiedy zamknął oczy i zaczął mistrzowsko uderzać w struny, albo delikatnie muskać je opuszkami palców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Towarzyszyła mu kobieta, około czterdziestki, o głosie tak ochrypłym i smutnym, że w niektórych momentach wydawało się, jakby jej struny głosowe miały zaraz pęknąć, nie będąc w stanie znieść więcej alkoholu, dymu i śpiewu.&lt;br /&gt;Spodziewałem się czegoś innego. Oczekiwałem, tak jak wczoraj, żywego rytmu i melodyjnych piosenek, ale to co dostałem, było kompletnie innym doświadczeniem. Czasami dźwięk gitary zniżał się prawie do szeptu, żeby nagle wybuchnąć szorstkim akordem, po którym następowała cała seria prawie jazzowych improwizacji. Dziewczyna zwykle zaczynała piosenkę dosyć cicho,  sama wyklaskując sobie rytm, za to pod koniec pieśń przechodziła w krzyk, przeraźliwą skargę na zły los, a nawet płacz. W pewnym momencie naprawdę zaczęła głośno szlochać i w tym szlochu zgubiła się granica pomiędzy tym, co było tylko przedstawieniem, a jej prawdziwymi emocjami, co miejscowi znawcy przywitali głośnym aplauzem i serią pełnych podziwu „Ole!”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmiało mogę powiedzieć, że to był pierwszy raz w życiu, kiedy naprawdę poczułem flamenco i nie mam na myśli współczesnych, melodyjnych zespołów grających tzw. fusion, jak np. Ojos de Brujo, ale prawdziwe, czyste flamenco, roots. Żałuję, że nie potrafię opisać tego wszystkiego lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;14&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lista południowa:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;1. W Vico, na małą wioskę zawalił się kilkuset tonowy głaz, który wisiał nad jej domami od setek lat. Przez jeden dzień przejęci mieszkańcy, na których zawalił się świat są w centrum uwagi całej Hiszpanii.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;2. Kupiłem prezenty. Dla Tulasi czerwoną, kwiecistą sukienkę i misternie zdobioną szkatułkę z drewna, jakie na setki sprzedają arabscy handlarze. Dla Nicka kupiłem zestaw herbat o szumnie brzmiących nazwach, jak Cuentos de Alhambra, Esplendor Andaluci, Pasion Turca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We wtorek po raz kolejny odwiedziłem Raices, miłą wegetariańską restaurację, w której najadłem się pierwszego dnia pobytu w Granadzie i gdzie, jak podejrzewam, zgubiłem pięćdziesiąt euro. Widząc jak moje konto w banku topnieje szybciej niż śnieg w kwietniowy, słoneczny dzień (facet, to ma być  literackie porównanie?!), zamówiłem tylko jedno danie. Patatas de la Casa, czyli frytki zalane śmietaną i obsypane smażonymi pieczarkami. Do tego cierpka Rioja i sernik jagodowy na deser.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów obsługiwała mnie ta sama, miła dziewczyna co ostatnio. Długie kręcone włosy, szczery uśmiech i miła twarz; wprawdzie pozbawiona klasycznej, zmysłowej urody, ale ładna dzięki przebijającej z wewnątrz przyjacielskości i prostocie. Bardzo lubię takich ludzi i miałem ochotę porozmawiać z nią przez chwilę, ale po kilku latach pracy w restauracjach wiem, jak męczący są klienci, którzy w godzinach szczytu próbują uszczęśliwić obsługę przyjazną konwersacją.&lt;br /&gt;Sama restauracja też zrobiła na mnie duże wrażenie. Menu mieściło się w grubej, opatrzonej zdjęciami i szczegółowymi opisami księdze i jako były kucharz wiedziałem ile wysiłku kosztuje zaprezentowanie tak zróżnicowanego wyboru potraw. Ceny również były przystępne i gdybym był krytykiem gastronomicznym, Raices dostałoby dziesięć gwiazdek, na dziesięć możliwych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomimo wyśmienitego posiłku, przegrywałem pojedynek z depresją. Próbowałem walczyć głównie z tego powodu, że chciałem opublikować zapiski z podróży; albo w jakimś czasopiśmie, albo przynajmniej w internecie, a komu chce się czytać o czyichś mentalnych problemach, skoro większość z nas ma swoje? W końcu dałem sobie spokój z próbowaniem na siłę i wrzuciłem na luz. Najważniejsza jest autentyczność i naturalność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za oknem było już prawie ciemno. Wysmarowałem swędzącą wysypkę kremem, który w ogóle nie działał, ale nie chciałem rezygnować z choć minimalnego efektu placebo, tym bardziej, że wizytę u lekarza miałem dopiero w następny poniedziałek. Programy w telewizji były marnej jakości, być może jeszcze gorszej niż standardowa, europejska sieka. Nie chciało mi się jeszcze spać, tak więc choć czułem się leniwy i słaby, postanowiłem połazić jeszcze po ulicach i być może napić się piwa w jakimś małym, przyjaznym barze z dobrą muzyką.&lt;br /&gt;Na korytarzu natknąłem się na hospitalero, który stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hola caballero&lt;/span&gt;! Idziesz na spacer? – zawołał do mnie przyjaźnie.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Buenas tardes&lt;/span&gt;. Tak, ileż można siedzieć w pokoju?&lt;br /&gt;- Dziś jest piękny i ciepły wieczór. Doskonały wieczór na spacer.&lt;br /&gt;Faktycznie wieczór był przyjemny, muskany ciepłą bryzą i przesiąknięty zapachem wiosennych kwiatów z pobliskiego parku. Towarzystwo przechodniów, oraz hałas samochodów i skuterów przegoniły trochę kąsającą samotność. Na Plaza Nueva zastałem grupki włóczęgów, pijących piwo z litrowych, pękatych butelek, kelnerów powoli sprzątających krzesła, marokańskich sklepikarzy, wypatrujących ostatnich klientów i spoglądających z niezdecydowaniem na zegarek oraz przyglądających się przechodniom policjantów. Doszedłem aż na Plaza de St. Anna, gdzie usiadłem na chwilę na ławce, słuchając dobiegającej z nad rzeki melodii granej na flecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-tyld2kMpvyQ/TwbfiKxqLaI/AAAAAAAAAnQ/4HnpqjzFlYs/s1600/10.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-tyld2kMpvyQ/TwbfiKxqLaI/AAAAAAAAAnQ/4HnpqjzFlYs/s400/10.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484556957756834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy doszedłem pod Catedral, panowała już noc. Na placu ciągle było jeszcze kilka osób, głównie zakochane pary. Gdzieś na innej ulicy, niewidoczny, stary Rumun, grał coś smutnego na akordeonie. Pod bramą katedry zobaczyłem początkujących cyrkowców, którzy ćwiczyli jazdę na unicyklu, korzystając z nocy, zapewniającej mniejszą liczbę gapiów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później dołączył do mnie Paco, kelner. Opowiedział mi jak nienawidzi swojej pracy, w której czuje się jak niewolnik, ale niedawno zakochał się i ożenił, tak że musiał wziąć się za jakąś robotę. Poradził mi też, że jeśli kiedykolwiek będę chciał kupić dobry haszysz, powinienem pójść do przejścia podziemnego, pod parkiem El Triunfo, gdzie muszę wypatrywać młodych Marokańczyków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Paco poszedł odpocząć przed kolejnym dniem zmagań, o mało co nie najechał na mnie chłopak, sunący szybko na biurowym krześle. Za nim biegła zmieszana dziewczyna, która rzuciła mi przepraszające spojrzenie i podniosła w biegu, zgubiony przez jej towarzysza but.&lt;br /&gt;Był też pies, a zakochani cyrkowcy zaczęli całować się namiętnie obok porzuconego unicykla. Trochę dalej, po drugiej stronie placu, młody, czarny jak smoła Afrykańczyk wracał do domu, po całym dniu sprzedawania na ulicy pirackich płyt i chyba z przyzwyczajenia przemykał pod ścianą, rozglądając się ukradkiem na boki.&lt;br /&gt;Zaczęło robić się coraz chłodniej i prawie umilkł szum pojazdów, które dziś już senne, jutro znów miały z rykiem opanować ulice.&lt;br /&gt;Licha, niedokończona katedra i złociste światło latarni.&lt;br /&gt;Lśniący w księżycu granatowy bruk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;15&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku dniach w Granadzie, poczułem się już trochę zmęczony miastem i ludźmi. Wypiwszy poranną kawę w kawiarence na Plaza Nueva, zaopatrzyłem się w chleb, owczy ser, sok pomarańczowy oraz butelkę Riojy i postanowiłem wspiąć się na Sacramonte, tyle tylko, że tym razem nie od strony Albayzin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szedłem tak jak pierwszego dnia, w stronę Abadin de Granada, ale zamiast iść prosto, drogą, która zaprowadziłaby mnie do zrujnowanego klasztoru, za radą spotkanego chłopaka z psem, skręciłem w lewo, w czarną metalową bramę. Już po chwili znalazłem się w sieci ścieżek, wijących się pomiędzy zamieszkałymi jaskiniami, gdzie w miniaturowych ogródkach wygrzewali się w porannym słońcu obdarci (a może to tylko moja wyobraźnia zasugerowała się barwnymi opisami Waltera Starkie z „Don Gypsy”) tubylcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaskinie z tej strony Sacromonte okazały się o wiele lepiej utrzymane i zadbane niż te od strony Albayzin. Tam są to raczej dziury w ziemi, otoczone złomem i gruzem, tutaj natomiast dobudowane ganeczki, drzwi i kable z elektrycznością, świadczyły o dobrej infrastrukturze i teraz mogłem zrozumieć, jak Vinia mogła zameldować się w jaskini.&lt;br /&gt;Po kilku minutach zostawiłem osiedle za sobą i krętymi ścieżkami, które zaprowadziły mnie najpierw do rzadkiego lasu, dotarłem wreszcie na szczyt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atillo i Mateo obozowali w krzakach na samym szczycie i kiedy wyczołgali się z potarganego, krzywo rozbitego namiotu, od razu przyszli się przywitać i przy okazji spytać, czy mam coś do palenia. Poczęstowałem ich tabaką (choć nie o to dokładnie im chodziło) i spędziliśmy z godzinę na rozmowie. Pochodzili z Włoch, z Rzymu i planowali spędzić rok, podróżując po Hiszpanii i sprzedając artesanias podczas festiwali, w różnych miastach całego kraju. Poczęstowali mnie jabłkiem i powiedzieli, że jeśli chcę, mogę iść z nimi, a oni pokażą mi dzielnicę cygańską (która okazała się być górną częścią Albayzin).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć było jeszcze wcześnie, na ulicy już można było spotkać Cyganów, oferujących tanią trawę i haszysz. Atillo i Mateo zaopatrzyli się obficie, po czym rozstaliśmy się; oni poszli wziąć prysznic w domu jakichś przyjaciół, a ja zszedłem w dół, aż trafiłem do Mirador de San Nicolas.&lt;br /&gt;Nazwałbym to miejsce Montmartre Granady. Jest to brukowany placyk otoczony murkiem, z widokiem na Alhambrę i Sierra Nevada, pełen młodych malarzy, oferujących swoje usługi siedzącym na murku turystom oraz handlujących koralikami i szkicami Alhambry włóczęgów i hipisów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka metrów po mojej prawej stronie cygański gitarzysta śpiewał pieśni flamenco, spłukując każdą łykiem wina i pociągnięciem haszyszowego skręta. Zdawało mi się, że rozpoznałem w nim Cygana, który grał w barze, do którego pierwszej nocy naszej znajomości zaprowadził mnie Eduardo, ale nie byłem tego pewny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słońce przyjemnie przypiekało mi plecy i pomyślałem, że chyba zostanę tu do wieczora. Nie miałem ochoty wracać do miasta. Wolałem spędzić mój ostatni dzień w Granadzie tutaj, czytając Lauriego Lee, pisząc w dzienniku i słuchając muzyki.&lt;br /&gt;Jedyne miejsce z niezajętym cieniem (lub raczej z jego odrobiną) znajdowało się pod murkiem, gdzie wyłożyłem się w pozycji horyzontalnej i oddałem lekturze „I Can’t Stay long”.&lt;br /&gt;Z neutralnego szumu rozmów wybił się nagle głośny szloch.&lt;br /&gt;- Carmen! Carmen! &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Quiero solo ayudarte!&lt;/span&gt; (Chcę ci tylko pomóc!) – jasnowłosy dandys krzyczał przez łzy do telefonu.&lt;br /&gt;- Nie rozłączaj się! Proszę! – wołał łkając, obojętny na otaczających go ludzi, przemierzając równocześnie plac szybkimi, długimi krokami, w najróżniejszych, przypadkowych kierunkach. Angielscy i niemieccy turyści przyglądali mu się z zaciekawieniem i przestrachem, ale miejscowi starsi panowie z laskami, zaczęli się tylko śmiać oraz rzucać głośne komentarze, dotyczące cierpień miłości, okrucieństwa kobiet i płomieni pierwszego zauroczenia. Robili to jednak bez z złośliwości, ale raczej z sympatią i nostalgią.&lt;br /&gt;W końcu dziewczyna musiał się rozłączyć, bo szloch chłopaka przeszedł w głośny jęk.&lt;br /&gt;- Nie! Nie! – zawołał, po czym obojętny na resztę świata pobiegł uliczką gdzieś w dół, najprawdopodobniej pod okno tajemniczej i niedostępnej Carmen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;16&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnając się z moim hotelikiem w Granadzie, pożegnałem się też z urlopowym paleniem fajek. Wrzuciłem do śmieci pozostały tytoń, bibułki, oraz filtry i powiedziałem do siebie trzy razy: „Nie jestem palaczem”, żeby w ten sposób utożsamić się z moim niepalącym „ja”. Mogłem podziwiać Hiszpanów za ich beztroskę w podejściu do palenia, która odzwierciedlała całokształt ich podejścia do życia, mogłem im nawet tego zazdrościć, ale miałem za dużo zdrowego rozsądku, żeby oddać się tej zdradliwej kochance, której tak bezgranicznie ufają Hiszpanie.&lt;br /&gt;Następnie zarzuciłem na plecy mój bagaż, postawiłem na stoliku pożegnalny list i poszedłem w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z żalem parkom, piekarniom, Marokańczykom, pięknym, smagłym dziewczynom, skuterom i po raz ostatni wciągając głęboko w płuca pachnące kwiatami i porannymi spalinami granadyjskie powietrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadłem z autobusu w Maladze, z dotkliwym uczuciem głodu. Rozpocząłem więc bezowocny tur po biurach informacji turystycznej, gdzie zwykle w odpowiedzi na pytanie o restaurację wegetariańską, dostawałem zmieszane, puste spojrzenia i próby skierowania mnie do zwykłej restauracji, gdzie „na pewno mają dania dla wegetarian”. W końcu poszedłem do kafejki internetowej i wkrótce znalazłem kilka miejsc, gdzie mógłbym zjeść dosyć tanio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowałem się na tajski bufet, na C/Peregrinos. Jedzenie było ok., choć nie jestem fanem dalekowschodniej kuchni, która jest dla mnie trochę mdła. Za to obsługa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Starszy pan, właściciel restauracji zajął się mną, jakbym odwiedził go w jego własnym domu i łamanym hiszpańskim zaczął opowiadać mi o chwałach wegetarianizmu i o tym, że świat potrzebuje zmiany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zaspokojeniu pierwszego głodu poprosiłem o deser. Gospodarz zdziwił się, że zjadłem tak niedużo (a zjadłem normalny, porządny obiad) i próbował namówić mnie na (gratisowe) dokładki. W końcu dał za wygraną i przyniósł mi deser, plus herbatę na koszt domu.&lt;br /&gt;Kiedy powiedziałem mu, że jedzenie było przepyszne, bardzo się ucieszył i z dumą zaczął wołać coś do swoich pracowników.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To było na prawdę miłe doświadczenie szczerej gościnności i uprzejmości, tak różne od chłodnego profesjonalizmu z północy Europy, gdzie w jakimś chorym zaprzeczeniu domowości i swojskości, najważniejszy jest przyklejony uśmiech, oficjalność i dystans pomiędzy gośćmi, a „gospodarzami”.&lt;br /&gt;Syty i zadowolony, chciałem odwdzięczyć się za przemiłą obsługę napiwkiem. Skośnooki gospodarz jednak zdecydowanie odmówił, a kiedy dowiedział się, że szukam taniego hotelu, zostawił swoim podwładnym jakieś wskazówki i wyszedł ze mną, żeby zaprowadzić mnie do najtańszego hotelu, który znajdował się kilka ulic dalej, po czym życząc mi szczęścia, wrócił do swojej pustej, niedocenionej restauracji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie nie zatrzymałem się w tamtym hotelu. Pokój był ciasny, ciemny i obleśny. Hospitalero, mówiący z rosyjskim akcentem, smażył w swoim pokoju, na kuchence gazowej jajka sadzone na boczku, a na stole stała butelka wódki. Pół godziny później zawinąłem do Pension Costa Rica, gdzie za dwadzieścia euro miałem spędzić moją ostatnią noc w Hiszpanii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * * * * * * * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie byłem w nastroju do zwiedzania, zostawiłem więc miasto za sobą i rozłożyłem się na plaży, żeby posłuchać szumu fal i odpocząć od wrażeń. Choć było słonecznie, to jednak ciągle był to marzec i poza kilkoma śmiałkami, większość ludzi trzymała się z daleka od wody (która jak przypuszczałem miała temperaturę Bałtyku w sezonie letnim).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był to ostatni dzień mojej wycieczki. Czułem się zmęczony i po kilku dniach włóczenia się po ulicach, poznawania nowych ludzi, miejsc, czyli tego wszystkiego, za czym tęskniłem przez ostatnie kilka miesięcy, teraz marzyłem jedynie o swojskim, znajomym domu, z czekającą tam Tulasi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze tak jest. Zmęczony codzienną rutyną, pracą, każdego dnia tymi samymi twarzami, człowiek zaczyna marzyć o oderwaniu się od tego wszystkiego i o przygodzie.&lt;br /&gt;Zostawić za sobą znajomy świat i zanurzyć się w ulicach, rozbrzmiewających obcymi dźwiękami, gdzie nie dostrzegają nas twarze, inne niż te, które nie dostrzegają nas w mieście rodzinnym.&lt;br /&gt;Czasami marzy nam się, żeby z podnieceniem i otwartością dziecka, obudzić się pewnego dnia w obcym mieście. Chciwy jego darów i świadomy swojego uprzywilejowanego statusu gościa, człowiek najpierw poddaje się odurzeniu. Wszystko jest inne; ulice pachną inaczej, kawa smakuje inaczej, ludzie reagują inaczej, dziewczyny są piękne w inny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dumny, że dzielisz  język (a przynajmniej próbujesz) z tubylcami, dźwięcznie i głośno naśladujesz, albo nawet tworzysz fantazyjny akcent i używasz soczystych zwrotów, których kiedyś nauczyłeś się z nadzieją, że pewnego dnia będziesz mógł się nimi popisać.&lt;br /&gt;Pijesz poranną kawę z mlekiem, w małej kafejce, czytając miejscową gazetę i wyobrażając sobie, że jesteś mieszkańcem tego obcego, tajemniczego miasta, a wieczorem zawierasz znajomości z przypadkowymi ludźmi (zawsze kierując się instynktem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później pijecie  wino, rozmawiając o swoim życiu, jakbyście znali się od lat. Czujesz się wolny i szczególnie na początku, te kilka dni wakacji wydaje ci się wiecznością. Takie zauroczenie może przetrwać kilka dni, tygodni, raczej rzadko kilka miesięcy, choć wszystko zależy od osoby; jej entuzjazmu, fantazji i wytrzymałości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jestem krótkodystansowcem i kiedy nie dzielę swojej podróży z Tulasi, to już po kilku dniach, zasypany wrażeniami, atrakcjami i innością zaczynam czuć przesyt i niepokój.&lt;br /&gt;Próbuję z tym walczyć i mimo utraty entuzjazmu, ciągle staram się czerpać ile się tylko da z tego czasu, który mi został, ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że to już. Podano mi wspaniały posiłek, na który rzuciłem się jak głodomór, ale dość szybko się najadłem i choć było przepyszne, to więcej już nie zmieszczę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że ma to swoje plusy. Po pierwsze wiedziałem, że to, czego udało mi się doświadczyć, wzbogaciło mnie; urodziłem kilka dobrych myśli, dowiedziałem się nowych rzeczy, usłyszałem parę dobrych historii, spotkałem kilka ciekawych osób, tak więc nie byłem rozczarowany. Po drugie nie czułem już tego zmęczenia Bristolem, pracą i codziennością. Wręcz przeciwnie – swojska, ciepła codzienność nabrała znowu blasku i cieszyłem się, że od jutra znowu będę w domu i być może w niedzielę pójdziemy puszczać latawiec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast ten urlop w Granadzie poleży chwilę na szafce, pomiędzy starymi dziennikami, tam dojrzeje, nabierze blasku szlachetności, który przychodzi z czasem, a za parę miesięcy, czy lat będę mógł przeżyć ten tydzień jeszcze raz, w swoim pokoju, ze znajomą muzyką z głośników i z bliską osobą obok mnie, jak przystało na prawdziwego domatora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lista wieczorna:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;1. Nie lubię Malagi. Już kiedy byłem tu ostatnio, nie przypadła mi do gustu. Głośna i arogancka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;2. Choć lubię szelest fal i widok morza, to lubię to tylko przez chwilę. Po pewnym czasie, jako prawdziwy góral, zaczynam jednak czuć się na plaży nieswojo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;3. Poprosiłem hospitalero o czystą pościel i się obraził.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;4. Cieszę się, że kiedy jutro wrócę do domu, będę miał jeszcze całą sobotę wolną.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;5. Zastanawiałem się, czy zostać na noc w Maladze, czy też pojechać do świątyni Kryszny w pobliskiej Churrianie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;6. Pościel naprawdę była brudna, w przeciwnym wypadku nie sprawiałbym dziadkowi przykrości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;7. Karczochów mam dość przynajmniej na rok.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;8. Za oknem kołysankę śpiewają mi samochody, autobusy, skutery, głośne dzieciaki, klaksony, muzyka z baru, ale jednak nie męczy mnie to tak bardzo, jak się obawiałem. Kiedyś w Warszawie mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulicę. Z czasem, ciężko było już zasnąć bez jej melodii.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;17&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przyjechałem na lotnisko, zdałem sobie sprawę, że dziś piątek trzynastego, ale jakoś nigdy nie byłem przesądny jeśli chodzi o ten dzień, tak że do samolotu wsiadłem ze zwykłym poziomem podenerwowania, bez jakichkolwiek dodatkowych wrażeń. Chyba, że do wrażeń zaliczyć grubego, spoconego pana, w fotelu przede mną, który przeraźliwie śmierdział czosnkiem i potem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akurat na pożegnanie trafiłem na rozdział „I Can’t Stay Long”, w którym Laurie Lee opisuje Hiszpanię i przede wszystkim Hiszpanów. Choć docenia on widoki, przyrodę itd., to jednak jako humanistę, interesują go głównie ludzie. Dzięki mistrzowskiemu zmysłowi obserwacji oraz wibrującemu życiem językowi, Laurie Lee jest w stanie opisać to, co większość ludzi może jedynie przeczuwać, ledwie dotykać, a przy próbach opisania, albo chociaż wyartykułowania tych wrażeń, zostaje z kilkoma mglistymi odczuciami w dłoniach, jak po obudzeniu się ze snu, kiedy senne wspomnienia są wprawdzie jeszcze żywe, ale jednak gubią już kształt, dotyk, czy zapach. Laurie Lee należy do tych nielicznych mistrzów słowa, którzy potrafią poczuć i opisać świat w taki sposób, że niczym kolorowa fotografia, wydaje się on mieć jeszcze większy urok i smak niż w rzeczywistości. Czytając jego słowa, czuję to samo, co przy czytaniu Dostojewskiego, Jacka Londona, Orwella, czy Raya Bradburego. W ich książkach ciągle jeszcze można cieszyć się eleganckim, żywym językiem i poezją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sposób w jaki Laurie Lee opisał Hiszpanię, sprawił, że choć dzień wcześniej byłem już nią trochę zmęczony, to teraz, kilka tysięcy metrów nad jej szybko uciekającym krajobrazem, żałowałem, że już mnie tam nie ma. Kwadraty pól, proste kreski autostrad, kręte leśne drogi, oraz brązowo-brunatne góry i czerwonawe placki miast stały się już tylko książką, która leżała zbyt daleko, żeby rozróżnić słowa i wczytać się w jej opowieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy parę lat temu, pierwszy raz odwiedziłem Hiszpanię, zostałem tam ponad rok. Cały ten okres spędziłem w małej społeczności, niedaleko Guadalajary, pracując w ogrodzie, gotując i ucząc się hiszpańskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe jest to, że Hiszpania wtedy wcale mnie nie zafascynowała. Odpychała mnie jej obca muzyka, przesadność gestów, duma, którą wtedy brałem za arogancję, drażniła mnie też zaściankowość Hiszpanów. Dopiero kiedy wyjechałem, zacząłem zdawać sobie sprawę, że zamiast odczuwać ulgę, zaczynam coraz bardziej tęsknić. Uświadomiłem sobie, że w jakiś sposób, sam nie wiem dokładnie kiedy, pojawiła się we mnie fascynacja i sympatia wobec hiszpańskich zalet, z których dopiero po wyjeździe zacząłem sobie zdawać sprawę. Towarzyskość, otwartość na innych, bezpośredniość w wyrażaniu swoich uczuć, duma ze swojego pochodzenia i tradycji (która nagle przestała mieć dla mnie posmak arogancji).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce zacząłem interesować się wszystkim co hiszpańskie, a szczególnie muzyką, która z mocą porwała moje serce. Manu Chao, Macaco, Amparanoia, Quinto Parpadeo, El Puchero del Hortelano, Los Aslandticos… Muzyka, która szukając nowych dźwięków, zachowała jednak swoje stare, ogniste brzmienie. Do tego wszystkiego szczere, płynące z serca teksty, mówiące o prawdziwych, starych jak świat rzeczach; wolności, miłości, wspólnocie, równości, zabawie, albo o Bogu; nie tym kościelnym, którym ludzie są już zmęczeni, ale ludzkim i bliskim.&lt;br /&gt;Zupełne przeciwieństwo mdłych i cukierkowych, anglosaskich produkcji, których osobiście nie jestem w stanie znieść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznając kulturę i historię Hiszpanii, znalazłem kolejną rzecz, która mnie zafascynowała. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest jeden kraj, ale wiele, oddzielnych, dumnych państewek, z których każde czuje swoją odrębność i wyjątkowość oraz w pełni wierzy w wyższość swojego regionu nad resztą całego świata. Ta duma jest jednak tak niezachwiana, że jak pisze Laurie Lee, nie ma w niej wrogości wobec inności, a jedynie przyjazne docenienie i ciekawość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doświadczyłem, że wszędzie, jeśli tylko okażesz szacunek, nie mówiąc już o podziwie i sympatii wobec prowincji, w której akurat jesteś, czy w ogóle wobec Hiszpanii, a do tego pokażesz, że zadałeś sobie trochę trudu, żeby poznać ich język (choć kilka słów), ludzie przyjmą cię z otwartymi ramionami i będą traktować jak swojego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłem jeszcze w drodze, ale już nie mogłem doczekać się powrotu. Myślałem o tym, że następnym razem chciałbym poznać zachodnią część Andaluzji z Sevillą, Cadizem i Jerez de la Frontiera.&lt;br /&gt;Na razie jednak, wracałem do domu i z tego cieszyłem się najbardziej. Czym byłaby podróż, bez własnego miejsca i czekającej tam na nas bliskiej osoby?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za oknem widać już było tylko błękitne morze, a gdzieś z przodu czekały na mnie mokre, zielone brzegi Anglii. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Adios&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-DDqVONI8tKs/TwbfmFkGDvI/AAAAAAAAAnc/IHxny-_FN7A/s1600/11.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-DDqVONI8tKs/TwbfmFkGDvI/AAAAAAAAAnc/IHxny-_FN7A/s400/11.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694484624278163186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-6084019338639789839?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/6084019338639789839/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/byli-tez-ciemnoocy.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6084019338639789839'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6084019338639789839'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/byli-tez-ciemnoocy.html' title='Byli też ciemnoocy...'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-EHh0ehEpqhw/TwbfLjcw2HI/AAAAAAAAAlk/jFwy_IrCKmk/s72-c/1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-3462145005176134739</id><published>2012-01-05T13:57:00.002Z</published><updated>2012-01-05T13:58:22.667Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ukulele'/><title type='text'>Ostatnia nocka na ukulele</title><content type='html'>Piosenka, której poświęciłem ostatni weekend. Maleńczuk jest genialny, kocham gościa:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/Dd3doVe1_T0" allowfullscreen="" frameborder="0" height="200" width="300"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-3462145005176134739?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/3462145005176134739/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/ostatnia-nocka-na-ukulele.html#comment-form' title='1 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3462145005176134739'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3462145005176134739'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/ostatnia-nocka-na-ukulele.html' title='Ostatnia nocka na ukulele'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/Dd3doVe1_T0/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-1411201033415343339</id><published>2012-01-04T20:54:00.012Z</published><updated>2012-01-04T21:31:07.713Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='free writing'/><title type='text'>Niespójny esej o miłości</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-PZnfsd0v29U/TwS836LId4I/AAAAAAAAAlY/m5GorYsPvqw/s1600/kosmos.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 275px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-PZnfsd0v29U/TwS836LId4I/AAAAAAAAAlY/m5GorYsPvqw/s400/kosmos.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5693883497597925250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw myślałem o spójnym eseju, ale po co, jednak niech to będzie&lt;span style="font-style: italic;"&gt; free writing style&lt;/span&gt;, może sam się czegoś dowiem, zamiast mądrzyć się niepotrzebnie i jałowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytuł o miłości. A w niewidzialnym podtytule, o jej braku, to znaczy o tym bolącym miejscu, co tak męczy w środku. No bo zmęczony jestem, nie ma co ukrywać. Uderzył mnie bezsens życia, pustka, brak wiary i zerwane więzi ze światem dobrych duchów i mądrych książek o głębszej harmonii istnienia. Samotnie cholernie mi jest. I to nie tylko dziś wieczorem, ale codziennie, od miesięcy, w każdej godzinie i minucie... I to wcale nie to, że jesień (zima? W Kopenhadze to tylko brudny listopad), nagie drzewa, wiatr, szarość i deszcz, nie, to wcale nie to. Przecież w czerwcu, w zalewie zieleni, koło stadnin, piratując na rowerze między końmi, to już wtedy próbowałem uciec z piskiem opon duchowi chaosu i bezczuciowości. Nie pomogły upały, zapach lip, kaczki z małymi, jeziorka – nic. Dopadło mnie i już. Egzystencjalna tortura.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzę i dumam, jak wyjść z tego ciasnego pokoju, jak wyfrunąć przez lufcik w niebo wysypane gwiazdami, gdzie każda gwiazda ma swoją melodię, każda zapatrzona w boskiego kompozytora, każda rozumiejąc swoje miejsce we wszechświecie. Tego właśnie brakuje, nie ma. I stąd strach, niepokój, desperacja, puste dźwięki pustych melodii.&lt;br /&gt;Ech… co za jęczenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Free writing&lt;/span&gt;, uwolnić klawiaturę… palce w lewej ręce stwardniałe od strun jak pięta, trochę jestem dumny, że przetrwałem okres bolących odcisków, teraz mogę wreszcie grać, kiedy mam wolny dzień, to brzdękam godzinami, ciesząc się, że coraz lepiej wychodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rogu malutkiego pokoju choinka. Pierwszy raz w doniczce, pewnie postoi jeszcze z miesiąc, a później gdzieś do parku wyniesiemy i posadzimy, może wyżyje. Z chęcią bym ją potrzymał dłużej, ale to już by było chyba za szalone. Cóż to za bzik z choinką? Najlepszy moment miałem, kiedy Tania ją ubierała. Leżałem cicho na łóżku w nogach i było mi spokojnie, pierwszy raz od… nie pamiętam.&lt;br /&gt;Myślę, że to z dzieciństwa mi zostało. Lubiłem ten moment ubierania choinki przez mamę, ten odświętny nastrój i bardzo duże prawdopodobieństwo, że tata będzie trzeźwy, choć ten jeden raz w roku na pewno. I tak mi zostało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciężko tak pisać bez przerwy, bo wchodzą myśli o pracy i lęku, a przecież nie po to mam dni wolne, żeby męczyć się codziennym ciężarem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śniłem ostatnio o pocałunku doskonałym. Nie wiem, kim była dziewczyna, jej twarz nie przetrwała do rana. Pamiętam tylko jej usta – pełne, mocne i miękkie równocześnie. To było tak, jakbym jadł jakiś cudowny, rajski owoc. Jej oddech pachniał kwaśno-malinowo, jej gorąco-chłodne wargi smakowały czymś fajnym, świeżym, miętowym i słodkim. Cała nasza zmysłowość skupiła się na ustach, uwaga nie spłynęła niżej (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;if u know what I mean&lt;/span&gt;). Obudziłem się rozcałowany i rozanielony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A innym razem, chyba dzień wcześniej śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.&lt;br /&gt;Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.&lt;br /&gt;- Nie chcę umierać – zakwiliłem.&lt;br /&gt;Olbrzym się zaśmiał.&lt;br /&gt;- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.&lt;br /&gt;- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…&lt;br /&gt;Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.&lt;br /&gt;- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.&lt;br /&gt;- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.&lt;br /&gt;I umarłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Tania, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.&lt;br /&gt;- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.&lt;br /&gt;- I co teraz? – zapytałem.&lt;br /&gt;- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.&lt;br /&gt;- Przestań kontrolować – powiedziała.&lt;br /&gt;Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-1411201033415343339?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/1411201033415343339/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/niespojny-esej-o-miosci.html#comment-form' title='4 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/1411201033415343339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/1411201033415343339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/niespojny-esej-o-miosci.html' title='Niespójny esej o miłości'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-PZnfsd0v29U/TwS836LId4I/AAAAAAAAAlY/m5GorYsPvqw/s72-c/kosmos.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-4395899016461783553</id><published>2012-01-04T15:43:00.000Z</published><updated>2012-01-04T15:44:35.142Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tania'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stranger'/><title type='text'>The New Year's post</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-PrsHs-6GFa8/Tv-uwvSYIKI/AAAAAAAAAlM/grOWr4btFOw/s1600/Taniec.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 232px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-PrsHs-6GFa8/Tv-uwvSYIKI/AAAAAAAAAlM/grOWr4btFOw/s400/Taniec.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5692460606370095266" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Artwork by Tania&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;So… the New Year’s post.&lt;br /&gt;How was the 2011? Saying ‘crappy’ would be a great simplification. In some way it was the worst year in my life. The outside world wasn’t too friendly but my own mind gave me a proper thrashing too (bastard). On the other hand it was good. I’ve learned a lot about myself, become richer (alas, only spiritually:)… But let’s ‘itemize’.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- It started kind of ok. Still home in Poland, but running out of savings with an amazing speed. After few months of chilling out (after the Bristol era) I begun to realize that nothing had materialized; no miraculous source of income, no one discovered my talents, no splendid heritage falling from the sky. It meant that soon I'd had to look for work again. Long hours of boring or exhausting (most likely both) job, problems with a boss, short, feverish weekends – all of that was about to come back in this or that form.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- My knee got messed up by excessive exercise. I spent a fortune on a treatment (not covered by insurance). Didn’t help. Savings shrunk even faster.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- In March we moved to Copenhagen. It was actually something I was looking forward too. We used to love the place and I was happy to come back after seven years. Pretty soon we crashed on the wall of bureaucracy and indifference. Looooong days spent in the offices, hostility of clerks, housing problems, financial problems (debts, debts, and then more debts).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- And eventually: May – the nervous breakdown. I shattered like a broken bottle of cheap, sour wine. Basically it happened from day to day. On Monday I was kind of ok; just a stressed, tired guy, on Tuesday I woke up trembling, terrified and completely lost. Man in pieces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- June - finally we found a place to live! Little room in Valby. Not a chateau, but we could move on, and that was such a relief.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Still no work. Fortunately Tania had a part time job, so we could kind of sustain ourselves (hardly).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- July – the highlight of the year – we went to a spiritual retreat to meet for a first time the person who was inspiring us for years with his lectures, books, letters. It was an amazing experience. Both me and Tania, we got initiated and filled with hopes for better times.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- August – the inspiration worn off quickly. It’s not easy to hold a head in the stars, when there is not much to put on the stove. The anxiety and panic attacks are back.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- September – I’m starting job as a chef. Of course I’m happy to have some income at last. But the hard work in a steamy kitchen and long shifts aren’t exactly what my nerves need. Anyway, it’s not that bad. I can cope.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Work, work, work, anxiety, ukulele, work, anxiety, work, ukulele...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- November - successful knee surgery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Less anxiety. Then even lesser. Ukulele. Little more anxiety. Then little less...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- We finished paying off the debts (yay!!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- And here I am – January the 1st, 2012.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;That was a bloody long year, I’m telling you. But I’m glad. Tania is still here, so am I, so are our hopes, dreams, small Christmas tree with the handmade ornaments, new songs I’ve learned, some faith, couple of old bikes, new recipes, old &lt;span style="font-style: italic;"&gt;peccadillos&lt;/span&gt;, new Tarot deck*…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anyway, enough about me. Happy New Year to all of you, guys! Let's hope it will be a good one. I'm pretty sure, it will. But I'm a fool, so don't take it for granted.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;*I don’t know if any of you, Tarot lovers, are reading it, but u must check out the &lt;a href="http://www.shadowscapes.com/Tarot/cardsmain.php?suit=0"&gt;Shadowscapes Tarot.&lt;/a&gt; The most beautiful deck, I’ve ever used. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-4395899016461783553?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/4395899016461783553/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/new-years-post.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4395899016461783553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4395899016461783553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2012/01/new-years-post.html' title='The New Year&apos;s post'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-PrsHs-6GFa8/Tv-uwvSYIKI/AAAAAAAAAlM/grOWr4btFOw/s72-c/Taniec.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-5608427516306563817</id><published>2011-12-01T08:14:00.001Z</published><updated>2011-12-01T08:16:10.102Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stranger'/><title type='text'>When I was a wolf</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-VCczNLxnTP4/Ttc3glIXpKI/AAAAAAAAAkE/aKmzUH_DM6A/s1600/wampirello.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 275px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-VCczNLxnTP4/Ttc3glIXpKI/AAAAAAAAAkE/aKmzUH_DM6A/s400/wampirello.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5681070487813727394" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://strangerincopenhagen.blogspot.com/2011/11/when-i-was-wolf.html"&gt;http://strangerincopenhagen.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-5608427516306563817?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/5608427516306563817/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/12/when-i-was-wolf.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5608427516306563817'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5608427516306563817'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/12/when-i-was-wolf.html' title='When I was a wolf'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-VCczNLxnTP4/Ttc3glIXpKI/AAAAAAAAAkE/aKmzUH_DM6A/s72-c/wampirello.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-7563566089513938225</id><published>2011-11-23T19:40:00.001Z</published><updated>2011-11-23T19:40:58.138Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tania'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='po angielsku'/><title type='text'>I’m so hippy tonight</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-kq6lCKSGLMc/Ts1CLV4AmQI/AAAAAAAAAjU/W6gFpoCIzaM/s1600/W%2Bbalonie.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 245px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-kq6lCKSGLMc/Ts1CLV4AmQI/AAAAAAAAAjU/W6gFpoCIzaM/s400/W%2Bbalonie.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5678267467802122498" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;The artwork by Tania/Saragrahi&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;So, what’s up? Has the world turned into a warm feather quilt already? Good people are not dying anymore and the TV series characters have integrity and speak with grace and wisdom? The steel weapons have turned into the wooden toys and the nuclear ones into fireworks waiting for a New Year’s party? Have Christian husbands taken Muslim wives and do they have Universal children who smoke natural dope and make free (not too dirty) love?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Have people stopped eating animals? (c’mon, they must have by now!) And those big, smelly, ugly banks – have they been burned to the ground? And those pimply, sad bankers – have they got a piece of land, each of them, and a plough and a bag of seeds? Those fuckers would be so much happier, and they would make rest of us so relieved, wouldn’t they? What about that poor junkie girl (what’s her name?) who prostitutes herself by the Øksnehallen? Have she met a shaman lover prince who gave her a handful of shrooms and her soul was cured of her Dark Passenger (as Dexter calls it)?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Have the atheists stopped to be so full of themselves and have the believers thrown away the mouldy books and replaced them with love? Have they? Oh, man - and those noisy, happy, red cheeked children – do they go on a sledge ride or swim in a mountain brook, or play hide-and-seek in the grandma’s orchard and don’t give a shit about that evil vampire playstation-slash-xbox-slash-!Pod-bullshit, designed to make another asshole rich and those pretty young beings brainwashed?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Actually not. None of these things have happened. And yet tonight I’m not too sad. I don’t even know why. I guess I believe that the old pretty things haven’t gone away forever, and those hopeful dreams are nor buried for good.&lt;br /&gt;Salud comrades!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-7563566089513938225?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/7563566089513938225/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/im-so-hippy-tonight.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/7563566089513938225'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/7563566089513938225'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/im-so-hippy-tonight.html' title='I’m so hippy tonight'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-kq6lCKSGLMc/Ts1CLV4AmQI/AAAAAAAAAjU/W6gFpoCIzaM/s72-c/W%2Bbalonie.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-4421790149151951069</id><published>2011-11-14T22:04:00.002Z</published><updated>2011-11-14T22:17:39.381Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>Świat Studni</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-nZC_wfInFXc/TsGTOsw-PsI/AAAAAAAAAjI/m6xazSNy5co/s1600/02.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 296px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-nZC_wfInFXc/TsGTOsw-PsI/AAAAAAAAAjI/m6xazSNy5co/s400/02.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674978886207553218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Trochę czasu minęło i przypomniałem sobie o tym kawałku. Zapraszam do lektury. Jest w nim dużo mnie, czasami aż się bałem, kiedy to pisałem - tyle rzeczy dowiadywałem się o sobie w trakcie.&lt;br /&gt;Jako reklamę załączam fragment recenzji z sieci:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Mimo wielu narzekań na to pismo (a błędy korektorskie są tu najmniejszym problemem) i tu trafiają się perełki, po które warto sięgnąć.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W trzecim numerze roku 2010 takim tekstem jest opowiadanie Marcina Kreczmera, „Świat studni”. Historia ta balansuje na granicy horroru w stylu Gaimana i baśni. Jest tu mroczna tajemnica, jest magiczny świat znajdujący się tuż obok naszego, a trójka głównych bohaterów to dzieci. Kreczmerowi udało się stworzyć świetną atmosferę, tu rzeczywiście można poczuć, że zagrożenie jest realne. Być może to przez dosłowność, z jaką autor opisuje wydarzenia, co nie oznacza, że epatuje brutalnością. Udało mu się także stworzyć przekonujących bohaterów. Biorąc pod uwagę fakt, że są nimi dzieci, nie było to zadanie łatwe."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Świat w Studni&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Twarz Piotrka zaczęła rozpływać się w czarnych falach jeziora. Zobaczyłam jeszcze tylko, jak chwyta go za szelki tłusta łapa Pana Złego Szeląga i wszystko pochłonęła ciemność. Wtedy po raz ostatni widziałam brata... Siedemdziesiąt lat temu. – Wyblakłe, smutne oczy Babci wypełniły łzy. Krzych i Alek z szeroko otwartymi ustami wyczekiwali kontynuacji opowieści, choć wydawało się, że to może być koniec historii. Małgosia siedziała przy biurku, udając że pisze w pamiętniku, ale długopis przestał poruszać się dobre pół godziny wcześniej. Chyba przy fragmencie o ucieczce z Domu Szczurzego Grabarza.&lt;br /&gt;    - I co dalej? Co dalej? – Alek nie wytrzymał.&lt;br /&gt;    Mama postanowiła interweniować. Chrząknęła do czytającego gazetę Taty. Gazeta z głośnym trzaskiem wylądowała na stole.&lt;br /&gt;    - No dobra! Koniec mrocznych opowieści. Kto chętny do zbierania czereśni? – zawołał z wyjątkowo nieudolnie udawanym entuzjazmem.&lt;br /&gt;    Mama pokiwała z politowaniem głową. Chłopcy nie okazali ani krzty zainteresowania. Nie odrywali oczu od Babci. Małgosia zwykle pomagała rodzicom w dyscyplinowaniu malców, tym razem jednak milczała. Tata wzruszył ramionami i wrócił do lektury Angory.&lt;br /&gt;    - Obudziłam się w szpitalu – powiedziała wreszcie staruszka. – Leżałam w gorączce przez tydzień. Kiedy odzyskałam świadomość, najpierw spytałam o Piotrka. Widząc poważne twarze lekarzy, zrozumiałam że został w Świecie Studni... – przerwała i ściągnęła okulary, żeby wytrzeć oczy.&lt;br /&gt;    - Nigdy nie próbowałaś po niego wrócić? – spytała Małgosia. Mama syknęła ze złością, a Tata podniósł gazetę jeszcze wyżej. Babcia włożyła okulary i popatrzyła na dziewczynkę. Małgosia poczuła, jakby przeszło jej po plecach stado arktycznych mrówek. W wyblakłych oczach staruszki zobaczyła strach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;     - Kiedy w studni zrobisz zeza, to zobaczysz światła dwa.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jedno lewe, drugie prawe, jedno znane, drugie nie.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jeśli wrócić chcesz do domu, lepiej dobrze wybierz, bo&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bardzo łatwo jest się zgubić i na zawsze zostać tam,&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tam gdzie mieszka Pan Zły Szeląg, Krzywy Ksiądz i Zgniły Klaun,&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;gdzie nie wschodzi nigdy słońce i gdzie Psubrat, Ślepy Skrzat&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tańczą wokół małych dzieci, kiedy one śpiąc na wspak&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;spadły z łóżek wymiar niżej, w kukułkowy, mroczny świat,&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;świat zegarów, starych mebli, stęchłych zasłon, wrednych psów,&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;świat koszmarów, ciemnych piwnic, leśnych kaplic oraz łez.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;    Nawet Tata odłożył gazetę i z otwartymi ustami słuchał monotonnego głosu. Mama pierwsza otrząsnęła się z oszołomienia. Otworzyła okno. Czterdziestoletnia na oko pielęgniarka siedziała w ogrodzie i paliła.&lt;br /&gt;    - Pani Aldono! Pani Aldono! – zawołała Mama. Kobieta zgasiła papierosa i szybko podeszła do okna.&lt;br /&gt;    - Co się stało? – Patrzyła z niepokojem.&lt;br /&gt;    - Lepiej, żeby pani przyszła.&lt;br /&gt;    Pani Aldona pobiegła w stronę drzwi.&lt;br /&gt;    Babcia ciągle patrzyła na wystraszoną dziewczynkę.&lt;br /&gt;    - Boję się – powiedział cicho. – Tak bardzo boję się Świata w Studni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    - Czy Babcia jest wariatką? – spytał Krzych, spoglądając z oczekiwaniem na siostrę.&lt;br /&gt;    - Jasne, że jest! – zawołał Alek, skacząc po łóżku. – Jest kompletnym świrem!&lt;br /&gt;    Małgosia strzeliła go w ucho. Chłopiec usiadł z szeroko otwartymi ustami. Pomyślał, czy nie wybuchnąć płaczem, ale głosy rodziców kłócących się w kuchni nie zachęcały do szukania wsparcia. Pokazał tylko język i przezornie zniknął z zasięgu dłoni.&lt;br /&gt;    - Nie jest – dziewczynka odpowiedziała na pytanie.&lt;br /&gt;    - Mama mówiła... – Alek znów próbował wtrącić swoje trzy grosze. Widząc mordercze spojrzenie siostry, zagryzł wargi i zaczął udawać, że interesują go wiszące na ścianie poroża. Pożółkłe czaszki wlepiały w nich puste oczodoły.&lt;br /&gt;    - Babcia jest normalna – powiedziała z naciskiem. – Kto jak kto, ale my powinniśmy być po jej stronie.&lt;br /&gt;    - Taaak? – spytał zaciekawiony Krzych. – Dlaczego?&lt;br /&gt;    - No właśnie, dlaczego? – powtórzył Alek.&lt;br /&gt;    Zmierzyła ich taksującym wzrokiem. Przez chwilę panowała napięta cisza. Dziewczynka przenosiła wzrok od jednego chłopca do drugiego. Wreszcie zatrzymała go na młodszym z braci.&lt;br /&gt;    - Dlaczego nie powiesz Mamie o Złotej Kropelce?&lt;br /&gt;    Siedmioletni chłopiec o wielkich, ciemnych oczach zaczerwienił się po same uszy.&lt;br /&gt;    – Obiecałaś, że nigdy…!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Złota Kropelka pojawiła się w życiu Krzycha dwa lata wcześniej. To był pierwszy dzień w przedszkolu. Wystraszony, zapłakany, opuszczony przez cały świat, po kilku godzinach tak zwanej zabawy w tłumie nieznajomych dzieci, wyśmiewających jego odstające uszy, z ulgą przywitał czas leżakowania.&lt;br /&gt;    Choć nie wiedział jak, wreszcie udało mu się uciec w sen od horroru chichotów i pierdzeń obcych dzieci.&lt;br /&gt;    Wtedy spotkał Złotą Kropelkę. Siedziała - równie dobrze można by powiedzieć, że unosiła się albo spływała jak strumień wody - na brzegu łóżka. Była złotą, lśniącą kroplą. Ogromne, przyjazne oczy patrzyły z powagą. Dotknęła go małą dłonią o trzech długich palcach.&lt;br /&gt;    - Jestem Złota Kropelka – powiedziała. – Twoja przyjaciółka i opiekunka. Będę śpiewała ci piosenki, uczyła czarów, oprowadzała po wybudowanych z astralnej materii pałacach...&lt;br /&gt;    - Jakich pałacach? – spytał spokojny już chłopiec.&lt;br /&gt;    - Wszystko sam zobaczysz – szepnęła i pocałowała go w usta.&lt;br /&gt;    Następnie chwyciła za rękę i zabrała na spacer po przedszkolu, pokazując kolorowe sny dzieci, czasami wlewając w te ciemniejsze kroplę złota.&lt;br /&gt;    Kiedy otworzył oczy, wcale nie bał się już innych przedszkolaków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Małgosia spojrzała teraz na rok starszego chłopca, będącego zupełnym przeciwieństwem brata. Alek mógł robić wszystko, poza siedzeniem w miejscu. Nigdy nie zatrzymywał się, żeby pomyśleć, nigdy też nie zastanawiał się nad tym, co mówił. Rozpierała go niekontrolowana energia. Gdyby nie Małgosia, byłby przywódcą. Jedna rzecz łączyła go z młodszym bratem – również miał coś do ukrycia.&lt;br /&gt;    - A może przyznasz się rodzicom, gdzie spędzasz noce? – spytała ostro.&lt;br /&gt;    Chłopiec zmrużył oczy, zastanawiając się, czy byłby w stanie przyłożyć siostrze. W końcu wzruszył ramionami i wrócił do kontemplowania jeleniej czaszki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Gdzie Alek spędzał noce? Oczywiście w łóżku, jak każdy ośmiolatek. Ale nie tylko. Pewnego dnia zorientował się, że jest wilkiem. Tego typu odkrycie z pewnością wstrząsnęłoby dorosłym, ale on powitał nową sytuację z otwartymi ramionami i często w nocy hasał po lasach i łąkach, płosząc zające, dziki i ptaki.&lt;br /&gt;    Z początku był przekonany, że to tylko dziwaczny, ale w sumie przyjemny sen. Któregoś dnia, po obejrzeniu w telewizji programu o psychologii i mózgu doszedł do wniosku (którego nie powstydziłby się dorosły), że jego sny są remkopastą... nie, nie - re-kom-pen-sa-tą pod-świa-do-mo-ści, ponieważ na jawie nie wyładowuje całej energii.&lt;br /&gt;    Któregoś dnia zniknął Łajza. Łajza mieszkał z nimi od zawsze. Jedynie Małgosia pamiętała jak przez mgłę dzień, kiedy przynieśli do domu małego szczeniaka. Uwielbiali go wszyscy, nawet dalsi i bliżsi sąsiedzi, u których pies w swoich włóczęgach spędzał sporo czasu. Często znikał nawet na dwa, trzy dni, ale wracał, może tylko trochę chudszy niż zwykle, z kilkoma zadrapaniami czy ugryzieniami.&lt;br /&gt;    Tamtego razu pies zniknął na amen. Po tygodniu cała rodzina z bólem serca położyła na nim krzyżyk.&lt;br /&gt;    Alek zasnął i już po chwili był wilkiem. Wyskoczył przez okno, spadając sprężyście na cztery łapy. W świetle księżyca podszedł do psiej budy. Od razu wyczuł trop. Ze zjeżoną sierścią pobiegł za znajomym zapachem. Minął opuszczony młyn, przepłynął rzekę, przebiegł kawałek lasu, cichcem ominął ognisko pijanych chuliganów. Wreszcie dotarł do starej szopy, w której chłopi przechowywali wieszaki na siano. Obwąchał zbity z desek, pochyły budynek. Tutaj trop się urywał. Wilk zawył bezradnie. Kiedy zamilkł, usłyszał ciche skomlenie. Obiegł szopę dookoła, szukając wejścia, ale jedyne drzwi były zamknięte na grubą, zardzewiałą kłódkę. Sfrustrowany wrócił do domu.&lt;br /&gt;    Rano pamiętał wszystko, co do najdrobniejszego szczegółu. To wtedy przyznał się Małgosi i Krzychowi do nocnych eskapad. Uwierzyli bez zastrzeżeń i razem pobiegli do starej szopy. Wyłamali kilka desek i odratowali ledwo co żywego kundla, który przywitał ich merdaniem ogonem i lizaniem rąk. Nie mieli pojęcia, jak znalazł się w pułapce. Może to był zwykły wypadek? Woleli nie myśleć, że ktoś mógłby zrobić to umyślnie.&lt;br /&gt;    Tego samego dnia Krzych opowiedział o Złotej Kropelce.&lt;br /&gt;    A Małgosia o Czarnej Kukułce oraz Skrzacie i Psie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Z poważnym wyrazem twarzy usiadła w wielkim, chyba stuletnim fotelu. Skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła w zamyśleniu. Chłopcy przyglądali się z oczekiwaniem.&lt;br /&gt;    - Babcia nie jest wariatką. Tego jestem pewna – powiedziała wreszcie.&lt;br /&gt;    - Skąd możesz wiedzieć na sto procent? – zapytał młodszy z chłopców.&lt;br /&gt;    Przymknęła oczy. Głos, naśladujący monotonną intonację Babci, zabrzmiał złowieszczo i głucho.&lt;br /&gt;    - „Gdzie Psubrat, Ślepy Skrzat tańczą wokół małych dzieci, kiedy one śpiąc na wspak, spadły z łóżek, wymiar niżej, w kukułkowy, mroczny świat”.&lt;br /&gt;    Chłopcy wcisnęli się pod koc.&lt;br /&gt;    - Czarna Kukułka, Pies i Skrzat... – wyszeptał przerażony Krzych. Jego oczy były jeszcze większe niż zwykle. Alek przygryzł paznokieć.&lt;br /&gt;    - O cholera – powiedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Przeznaczenie rozdało jej najgorsze karty. Krzych miał Złotą Kropelkę, Alek był wilkiem. Ona tańczyła ze złośliwym rottweilerem o wyżelowanej sierści i zgniłych zębach oraz z brudnym, ślepym karłem, który opowiadał dowcipy dla dorosłych i niby przez przypadek chwytał ją za pupę. Śpiewała im mieszkająca w spróchniałym zegarze kukułka – czarownica. Kukanie i zgrzytający do rytmu walca mechanizm zmuszał Małgosię do ohydnego tańca. W ciągu najdłuższych na świecie dwunastu kuknięć musiała podporządkować się upiornej melodii, obleśnemu krasnalowi i psu, któremu straszliwie cuchnęło z gęby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wracając z uratowanym Łajzą do domu, chłopcy słuchali jej opowieści. Choć było lato, poczuli chłód. Postanowili iść dłuższą drogą, żeby nie musieć przechodzić przez las – nie chcieli spuszczać z oczu sierpniowego słońca. Kiedy dochodzili już do domu, Krzych stanął i powiedział nieśmiało:&lt;br /&gt;    - Porozmawiam ze Złotą Kropelką. Może pomoże.&lt;br /&gt;    Alek popatrzył z zazdrością, żałując, że propozycja nie wyszła od niego.&lt;br /&gt;    - A ja pogryzę ich tyłki tak, że będą trzymali się z daleka! – zawołał z większym przekonaniem, niż naprawdę czuł. Z wdzięcznością uśmiechnęła się do chłopców. Kamień spadł jej z serca.&lt;br /&gt;    Nie na długo.&lt;br /&gt;    Tej samej nocy Czarna Kukułka znów zagrała walca. Psubrat i Ślepy Skrzat śmiejąc się złośliwie, ściągnęli ją z łóżka i zaczęli tańczyć. Psubrat szeptał jej do ucha po francusku. Była wdzięczna, że nie rozumie ani słowa. Ręce Ślepego Skrzata obmacywały sukienkę, na co z uśmiechem patrzyła Czarna Kukułka, skrzecząc, krztusząc się sprężynami i kółkami zębatymi, rozciągając czas pomiędzy kuknięciami niczym gumę do żucia.&lt;br /&gt;    Małgosia przypomniała sobie o rozmowie z braćmi.&lt;br /&gt;    - Krzych! Alek! – krzyknęła. Wszystko zamarło. Uśmiech spełzł z twarzy wychylonej z zegara czarownicy. Psubrat przestał szeptać, Ślepy Skrzat przestał jej dotykać. Nagle pojawił się wielki wilk ze zjeżonym karkiem i Krzych, na którego ramieniu siedział mały, złoty duszek. Uśmiechnęła się z ulgą.&lt;br /&gt;    Przeraźliwy skrzek rozdarł powietrze. Czarna Kukułka rozwarła szeroko usta. Zgniłe brązowe zęby oraz zielonkawy język spływały bulgoczącym śluzem. Małgosia ze zgrozą uświadomiła sobie, że bracia nie mają żadnych szans w starciu z jej prześladowcami. Jak mogła w ogóle myśleć, że pokonają te stare i złe istoty?&lt;br /&gt;    Psubrat i Ślepy Skrzat zarechotali i rzucili się na chłopca, wilka i duszka. Drapiąc, gryząc, bijąc, rechocząc, plując i targając za uszy, w ułamku sekundy pokonali słaby opór. Małgosia zobaczyła jeszcze, jak Psubrat wgryza się w kark wilka, a Ślepy Karzeł urywa i połyka rękę Złotej Kropelki. Wreszcie na upiorną scenę opadła ciemność.&lt;br /&gt;    Leżała w łóżku, łapczywie łapiąc powietrze i słuchając rozpaczliwych uderzeń serca. Wróciła. Nie wszystko jednak było w porządku. Z sypialni chłopców dochodziły krzyki. Wyskoczyła z łóżka i ruszyła do pokoju braci. Krzych i Alek przytulali się do Mamy i Taty. Byli mokrzy od łez i potu. Rodzice przekonywali, że któremuś z nich przyśnił się koszmar. Kiedy zaczął krzyczeć, drugi to podłapał.&lt;br /&gt;    Skoro tylko wszystko się uspokoiło, rodzice poprosili, żeby spała tej nocy z malcami. Nie zmrużyli oka do rana. Powiedziała wtedy, żeby nigdy więcej nie próbowali jej pomagać.&lt;br /&gt;    Poradzi sobie sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - To znaczy, że ona naprawdę była w Świecie w Studni i zgubiła tam brata? – zapytał młodszy z chłopców.&lt;br /&gt;    Pokiwała głową.&lt;br /&gt;    - A ja słyszałem, że brat Babci utopił się w studni, kiedy byli dziećmi – powiedział Alek. Krzych niepewnie przytaknął.&lt;br /&gt;    - Też tak słyszałem. Mama mówiła, że Babcia była wtedy bardzo chora. Wszyscy myśleli, że umrze.&lt;br /&gt;    Uciszyła ich gestem ręki.&lt;br /&gt;    - Oczywiście, że tak myślą. Dziwicie się? To dorośli.&lt;br /&gt;    - Czarna Kukułka, Ślepy Skrzat i Psubrat istnieją naprawdę? – Alek pogładził się po karku. Rana zadana przez Psubrata goiła się miesiącami.&lt;br /&gt;    - Przecież wszyscy widzieliśmy – prychnęła Małgosia. – Miałeś jakieś wątpliwości?&lt;br /&gt;    - Teraz to co innego. Wplątani są dorośli... – stwierdził Alek.&lt;br /&gt;    - Babcia to nie dorosła – zaprotestował młodszy z chłopców. Alek postukał się w czoło.&lt;br /&gt;    - Co ty pieprzysz, facet?&lt;br /&gt;    Wstała z fotela i błyskawicznie chwyciła go za ucho.&lt;br /&gt;    - Auuu! Za co?! – krzyknął.&lt;br /&gt;    - Za jajco. – Szarpnęła mocno, żeby zapamiętał i popchnęła go z powrotem na poduszkę.&lt;br /&gt;    Chwycił się za ucho.&lt;br /&gt;    - Drugi raz w to samo miejsce… – Popatrzył spod oka. Krzych tym razem nie stanął po jej stronie. Obydwaj wpatrywali się w nią wyczekująco. Westchnęła i wyciągnęła rękę.&lt;br /&gt;    - Przepraszam, poniosło mnie.&lt;br /&gt;    Chłopiec podał dłoń, ale Małgosia zamiast nią potrząsnąć, przyciągnęła go i ze śmiechem obsypała pocałunkami.&lt;br /&gt;    - Błeee – zdegustowany wyrwał się z objęć i wytarł twarz podkoszulkiem. Krzych dusił się ze śmiechu.&lt;br /&gt;    - Ty też chcesz? – zagroziła. Chłopiec naciągnął koc na głowę. I tak jej to nie powstrzymało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Nadchodził. Coś rozrywało tkaninę snów, otwierając ją niczym skalpel skórę. Pod kolorowymi łąkami, srebrzystymi dzwoneczkami śmiechu, obłokami o kształtach zwierząt i kwiatów rozwarła się czerwona, krwista rana, obnażająca kwilące serce.&lt;br /&gt;    Stała w długim, wilgotnym i ciemnym korytarzu. Jego końce ginęły w mroku. Po obu stronach czerniły się otwory drzwi. W oddali zabrzmiał dźwięk kroków i piskliwy śmiech. Nadchodził Pan Zły Szeląg.&lt;br /&gt;     - Uciekaj – usłyszała szept dobiegający z czarnej wnęki. Spróbowała przebić wzrokiem mrok. Wydało się jej, że w małym okienku widzi bladą twarz dziecka. Nagle cały korytarz wybuchnął szeptanym gwarem dziecięcych głosów.&lt;br /&gt;    - Uciekaj, uciekaj, biegnij, uciekaj, nie czekaj, nie stój, nie śpij, uciekaj...&lt;br /&gt;    Koniec korytarza rozświetliła blada łuna. To on. Jest coraz bliżej. Zaczęła biec, ścigana przez upiorny śmiech i ciche, paniczne ostrzeżenia małych więźniów. Boże, jak się bała. Biegła, ale jak to bywa w snach, biegła zbyt wolno. Próbowała chwytać za nierówne kamienie wystające ze ścian, czuła jednak, że traci siły i wcale nie przyśpiesza, ani odrobinę. Kroki za jej plecami były coraz głośniejsze, a szepty przerażonych dzieci coraz cichsze.&lt;br /&gt;    - Zamarynujemy sobie małego skowronka – cienki, skrzeczący głos musiał należeć albo do kogoś bardzo młodego, albo bardzo grubego. Był zbyt blisko! Musi biec! Musi biec! Dzieci całkiem zamilkły, migały tylko przelotnie przerażone, blade twarze. Ciągle słyszała słowa wypluwane z chciwością przez Pana Złego Szeląga.&lt;br /&gt;    - Mała dziewczynka ogrzeje mi łóżko... Małe stworzonko będzie gotowało mi pyszne zupki... po których będą pływać chrupiące strupki... Mała Małgosia wpadła po uszy... teraz Pan Zły Szeląg będzie miał z kim tańczyć... trupia orkiestra już opłacona... każdy dostał dwie krople śluzu i kwilące niemowlę... Nie uciekaj kruszynko... chciałbym cię poznać z moim szczurem...&lt;br /&gt;    Dobiegła do końca korytarza. To znaczy nie całkiem. Na wysokości kolan otwierała się czarna jama, wysoka na tyle, żeby móc do niej wejść na czworakach. A co, jeśli później będzie jeszcze ciaśniej? A co, jeśli zrobi się tak ciasno, że będzie musiała pełznąć i nagle odkryje, że to koniec? Ślepy korytarz? Jak zawróci?&lt;br /&gt;    Położyła się na brzuchu i schowała twarz w dłoniach. „Chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę...” – zaczęła powtarzać jak mantrę.&lt;br /&gt;    - Chrum, chrum – ktoś chrząknął nagle tuż nad uchem. Zanim ogarnęła ją ciemność, usłyszała jeszcze dziecięcy, odległy głos:&lt;br /&gt;    - Uciekaj...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    W sobotę, w pierwszym tygodniu po przeprowadzce do Babci, Małgosia, Alek i Krzych wykorzystali fakt, że Tata i Mama spędzali wieczór na mieście. To miał być dzień myszkowania po ciemnych zakątkach, a szczególnie po strychu, na który mieli szlaban. Przynajmniej, jak powiedziała Mama, do czasu, aż wszędzie zrobi porządek i będzie pewna, że nie czają się tam żadne niebezpieczeństwa. Małgosia uważała, że głównym niebezpieczeństwem, o jakie chodziło Mamie, jest kurz i śmieci, które roznieśliby po sterylnie czystym domu.&lt;br /&gt;    Babcia korzystała z majowego słońca. Siedziała w ogrodzie, przypatrując się wygibasom pani Aldony, która pod nieobecność nowych gospodarzy domu ćwiczyła tai-chi.&lt;br /&gt;    Krzych, przykleiwszy twarz do szyby, z fascynacją obserwował dziwaczne ćwiczenia pielęgniarki.&lt;br /&gt;    - Na co się gapisz? – spytał zaczepnie Alek, wchodząc do kuchni.&lt;br /&gt;    - Pani Aldona robi dżudo.&lt;br /&gt;    Starszy brat stanął obok i przygryzając chleb z dżemem, fachowym okiem popatrzył na scenę za oknem. Prychnął z pogardą.&lt;br /&gt;    - Phi, jakie dżudo, matole. To jest joga.&lt;br /&gt;    - Wcale nie. Jogę się robi na siedząco – zaprotestował obrażony Krzych. Alek wytarł obklejoną dżemem dłoń w koszulkę brata.&lt;br /&gt;    - Małgosia czeka na nas na górze. Idziemy na strych. Ruchy.&lt;br /&gt;    Krzych popatrzył niepewnie na starszego chłopca.&lt;br /&gt;    - Ale Mama powiedziała...&lt;br /&gt;    - Jak chcesz, to sobie tu siedź – przerwał mu Alek. – Ale jeśli znajdziemy skarby albo broń z wojny, to nic nie dostaniesz. – Gwiżdżąc wyszedł z kuchni. Po chwili młodszy chłopiec pobiegł za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Zniecierpliwiona dziewczynka siedziała na schodach. Zgromiła ich wzrokiem, szczególnie Alka.&lt;br /&gt;    - Miałeś tylko zawołać Krzycha. Co ci tyle zajęło?&lt;br /&gt;    - Pokazywał mi jakieś głupoty...&lt;br /&gt;    Krzych ze złości dostał rumieńców.&lt;br /&gt;    - Wcale nie! Po pierwsze nie głupoty, ale dżudo, a po drugie on sobie robił kromkę z dżemem.&lt;br /&gt;    Zmrużyła oczy i wwierciła je w brata.&lt;br /&gt;    - Kromkę z dżemem, tak?&lt;br /&gt;    Alek odwrócił się w stronę Krzycha i zagryzając wargi pokazał pięść.&lt;br /&gt;    - No dobra, koniec tego – powiedziała. – Dziś robimy wyprawę na strych. – Podniosła do góry dwie latarki. – Jedna dla mnie, a druga dla Krzycha.&lt;br /&gt;    - A ja? – spytał Alek.&lt;br /&gt;    - A ty następnym razem nie rób sobie chleba z dżemem, kiedy każę ci się śpieszyć.&lt;br /&gt;    Pomaszerowała do góry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wcale nie potrzebowali latarek - światło działało doskonale. Małgosia oczekiwała zakurzonych, starych kufrów, grubych pajęczyn, zgniłych gratów i innych eksponatów tego rodzaju. Kiedy otworzyli małe drewniane drzwi, znaleźli się w słonecznym przestronnym pokoju o ogromnych oknach z widokiem na las i jezioro. Panował lekki nieład, a meble pokryte były kurzem. W świetle popołudniowego słońca lśniły nieliczne pajęczyny.&lt;br /&gt;    Chłopcy pozbyli się całego niepokoju, który czuli jeszcze przed drzwiami. Alek założył sobie na głowę wojskową czapkę, należącą kiedyś do Dziadka, podobnie jak kilka medali, które znalazł w szufladzie biurka i natychmiast przypiął do podkoszulka. Tak wystrojony, usiadł na bujanym fotelu i zaczął wydawać rozkazy niezwracającemu uwagi Krzychowi. Ten zanurzył się w lekturze starych czasopism i z fascynacją podziwiał zabawne, kolorowe ilustracje.&lt;br /&gt;    - Myślisz, że będę mógł to wziąć na dół? – zawołał, machając pożółkłym numerem „Magazynu Polskiego”.&lt;br /&gt;    - Nie – odpowiedziała krótko. Po chwili dodała: – Chyba że wiesz, co powiesz Mamie, kiedy spyta, skąd to wygrzebałeś.&lt;br /&gt;    Rozczarowany chłopiec ciężko westchnął i wrócił do lektury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Szukała czegoś konkretnego. Nie wiedziała czego, ale coś ciągnęło ją tutaj odkąd Babcia opowiedziała swoją historię. A jeszcze bardziej od koszmaru. Nie pamiętała dużo. Coś o dzieciach, uciekaniu i potworze, który chciał zrobić z nią straszne rzeczy. Pierwszy raz jakiś sen przeraził ją bardziej niż „obleśny taniec z koszmarnymi zboczeńcami przy kukułkowej katarynce”.&lt;br /&gt;    Zaciekawiło ją wiszące na ścianie czarnobiałe zdjęcie. Grupka około trzydzieściorga dzieci uśmiechała się w kierunku aparatu. Chłopcy ubrani byli w jednakowe ciemne mundurki, a dziewczynki w białe, krótkie sukienki. Na zdjęciu ktoś napisał czarnym piórem:&lt;br /&gt;Sierociniec Wieży z Kości Słoniowej&lt;br /&gt;20 czerwca 1929 r.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Szybko policzyła. Babcia powiedziała, że siedemdziesiąt lat temu straciła Piotrka. Czyli dokładnie w 1929 roku! Poczuła się trochę nieswojo. Dla nabrania odwagi spojrzała do tyłu, gdzie w złocistym świetle popołudniowego słońca Alek udawał generała, a Krzych grzebał w starych książkach i gazetach. Wróciła do zdjęcia. Czy któreś z nich to właśnie Babcia? Nie mogła połączyć żadnej z tych ślicznych dziewczynek z pomarszczoną starowinką o oczach pociągniętych mgłą.&lt;br /&gt;    Nagle uświadomiła sobie, że jednym z pożółkłych chłopców mógł być Piotrek. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Musiała powstrzymać się, żeby nie odskoczyć ze strachem. Niepokoiło ją coś jeszcze. Niewyraźne twarze wyglądały znajomo.&lt;br /&gt;    Strząsnęła nieprzyjemne wrażenie i rozejrzała się po reszcie pokoju. Kilka szaf, parę pudeł, stary, ale zadbany rower (bez przerzutek - natychmiastowa dyskwalifikacja), ogromne lustro, rozebrane na części małżeńskie łóżko... Wzrok przyciągał biały sekretarzyk ukryty w kącie, za wielką klatką dla kanarków.&lt;br /&gt;    Podeszła powoli. Biała farba odpadła w kilku miejscach, obnażając ciemnobrązowe, prawie czarne drewno. Brakowało kilku szuflad. W ich miejscu ziały puste, ciemne otwory. Przykucnęła i z wahaniem zbliżyła rękę do uchwytu jedynej szuflady. Obejrzała się jeszcze raz na chłopców i pociągnęła za rączkę. Odetchnęła z ulgą. Zamknięte. Wstając, oparła się o sekretarzyk i widocznie coś musiała poruszyć, ponieważ rozległ się metaliczny brzdęk. Mały, zardzewiały kluczyk upadł na podłogę. Zamarła. Bardzo nie chciała wiedzieć, co kryje szuflada, ale z drugiej strony niewytłumaczalne poczucie obowiązku kazało zbadać zawartość sekretarzyka.&lt;br /&gt;    - Alek! Krzych! – zawołała, przeklinając w duchu swoje tchórzostwo. – Chodźcie tutaj.&lt;br /&gt;    Chłopcy porzucili swoje zajęcia.&lt;br /&gt;    - Co tam masz? –Alek wyciągnął szyję.&lt;br /&gt;    - Jeszcze nie wiem, może nic. – Zbliżyła klucz do dziurki.&lt;br /&gt;    - To po co nas wołasz?&lt;br /&gt;    - I dlaczego trzęsie ci się ręka? - dodał Krzych.&lt;br /&gt;    - Tss... – syknęła. Klucz bezszelestnie obrócił się w zamku. Wzięła głęboki oddech, oczekując czegoś okropnego - zdechłej myszy, sztucznej szczęki albo czegoś w tym rodzaju.&lt;br /&gt;    Pociągnęła.&lt;br /&gt;    W szufladzie leżał obwiązany sznurkami notatnik w skórzanej okładce. Na środku naklejono wycięte z gazety, pożółkłe zdjęcie budynku. Choć teraz po sierocińcu zostały tylko ruiny, rozpoznała dom, przed którym stały dzieci ze zdjęcia.&lt;br /&gt;    - Phi – prychnął Alek. – Wielkie mi coś.&lt;br /&gt;    To była pozorna buta. Krzych nie powiedział ani słowa, ale wielkie oczy skierowane na zdjęcie zabłysły niechęcią. Małgosię ogarnęło nieodparte pragnienie, żeby odłożyć notatnik na miejsce, zamknąć szufladę, a kluczyk wyrzucić przez okno. Pokonała pokusę. Wzięła znalezisko pod pachę.&lt;br /&gt;    - Schodzimy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Rąbek słońca ciągle wystawał zza linii drzew. Przez chwilę rozważali zbadanie notatnika w ogrodzie, gdzie trawa, drzewa i letnia bryza dodawałaby otuchy. Kiedy jednak pomyśleli, że zapadający zmrok miałby zastać ich poza bezpiecznymi ścianami domu… Zaszyli się w pokoju Małgosi. Chłopcy usiedli na łóżku, dziewczynka zaciągnęła zasłony i zapaliła górne światło. Usiadłszy obok braci, przecięła scyzorykiem dratwę, która opinała okładki grubego brulionu. Krzych otworzył szeroko oczy i usta, a Alek zaczął nerwowo kołysać się na boki. Spiorunowała go wzrokiem.&lt;br /&gt;    - Masz chorobę sierocą?&lt;br /&gt;    Znieruchomiał.&lt;br /&gt;    Początek wypełniały odręczne notatki. Od czwartej strony zaczynały się gazetowe wycinki z dopisanymi komentarzami i datami. Przewróciwszy pobieżnie kilka kartek, ze zgrozą uświadomiła sobie, na co patrzy. Każda z notatek mówiła o zaginionym dziecku. Zatrzasnęła zeszyt.&lt;br /&gt;    - Co robisz? – spytał Krzych, podnosząc zdziwione oczy.&lt;br /&gt;    - Nie chcę, żebyście to oglądali – szczerze odpowiedziała.&lt;br /&gt;    Popatrzyli najpierw na siebie, później na nią. Zaskoczyła ją powaga w ich spojrzeniu.&lt;br /&gt;    - Siedzimy w tym razem – powiedział starszy z chłopców. – Odkąd jestem wilkiem, odkąd Krzych spotkał Złotą Kropelkę i odkąd próbowaliśmy ci pomóc zrzucić urok Czarnej Kukułki, siedzimy w tym razem.&lt;br /&gt;    Spojrzała na Krzycha&lt;br /&gt;    - Strasznie się boję, ale myślę, że ma rację - powiedział.&lt;br /&gt;    Wyciągnęła ramiona i cała trójka objęła się mocno.&lt;br /&gt;    - Kocham was, maluchy – powiedziała. Twarze chłopców okryły rumieńce. Z obawą, ale i z przeczuciem własnej mocy spojrzeli na złowrogi notatnik.&lt;br /&gt;    - No to zaczynamy – westchnęła i dotknęła okładki. W pokoju zrobiło się nagle chłodniej. „Bardzo bym chciał, żeby była tu teraz Złota Kropelka” – pomyślał Krzych. „Bardzo bym chciał, żeby to wszystko było tylko snem” – pomyślał Alek. „Boże, co my robimy?” – pomyślała Małgosia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Na pierwszej stronie ktoś starannie wykaligrafował:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    „1. Albert Krztyna – październik 1908, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dwanaście lat. Pierwszy. O porwanie i morderstwo oskarżono włóczęgę, którego następnego dnia po zaginięciu Alberta przyłapano z przedmiotami skradzionymi z biura dyrektora sierocińca, Anatola Zermana. Dyrektor został zamordowany nożem. Znaleziono go leżącego w kałuży krwi na podłodze drewnianej szopy, leżącej na terenie posesji. Ciała chłopca nigdy nie odnaleziono. Włóczęgę powieszono. Opowiedział w 1933 roku p. Krzysztof Mrozek – w ówczesnym czasie stróż sierocińca, obecnie woźny w szkole, w Małych Gajach”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Przełknęła głośno ślinę. Chłopcy skończyli czytać kilka chwil później. Bez słowa przysunęli się do siebie. Naciągnęła koc na nogi.&lt;br /&gt;    - Czytamy dalej? – spytała, upewniając się, że nie zmienili zdania. Przytaknęli niepewnie głowami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    „2. Czesio Ząbek – wrzesień 1913, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dziesięć lat. Zniknął ze swojego łóżka. Chłopcy przyznali się do nocnej eskapady na jabłka. Ząbek nigdy nie wrócił. Przeszukano okolicę, nie zatrzymano żadnych podejrzanych. Ostatecznie stwierdzono, że chłopiec utonął w jeziorze. Ciała nigdy nie odnaleziono. Opowiedziała w 1933 roku p. Zofia Maciejowska, opiekunka wychowanków sierocińca w latach 1911–1913”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    „3. Joanna Skrzynecka – maj 1914, córka Jana i Krystyny Skrzyneckich, zamieszkali dwa kilometry od sierocińca. Dziewięć lat. Ojciec, bogaty właściciel ziemski, wspomagał sierociniec finansowo. Dziewczynka zaginęła w biały dzień, w czasie uroczystej kolacji na część pana Jana Skrzyneckiego, którą wydało kierownictwo sierocińca. Nie znaleziono ciała. Przeszukano i ostatecznie zasypano należącą do sierocińca studnię pod lasem”. (Tutaj ktoś kilkakrotnie podkreślił ostatnie zdanie czerwonym atramentem).&lt;br /&gt;    „Opowiedziała w 1934 roku p. Jadzia Skrzynecka, młodsza siostra Joanny”. (Można było wyraźnie widzieć, że choć cały zapisek był starannie wykaligrafowany, to następne słowa napisano drżącą ręką): „Pani Jadzia rozpłakała się opowiadając o tamtym dniu. Kiedy już wychodziłam, chwyciła mnie za rękę i powiedziała, że choć była małą dziewczynką, to pamięta i może przysiąc, że ostatni raz widziała Joasię stojącą właśnie obok studni i wrzucającą do niej patyki. „Skoro jednak tam wpadła, to dlaczego nie znaleziono ciała? A jeśli coś przeoczono i ona ciągle tam leży? Zasypana?”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Następne cztery przypadki zaginięć dzieci były jeszcze zapisane ręcznie. Dwunastoletnia dziewczynka z Małych Gajów w 1917 roku, która wybrała się na grzyby ze swoim psem (pies wrócił sam), sześcioletni syn dyrektorki sierocińca w 1919 (zniknął ze swojego łóżka) oraz dwa zaginięcia w 1920 (bliźniaki, wychowankowie sierocińca, osiem lat, bawili się w ogrodzie, opiekunka wyszła na chwilę, żeby zaparzyć herbatę. Kiedy wróciła, chłopców już nie było). W żadnym z tych przypadków nie odnaleziono ciała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Pierwszy wycinek z gazety pokazywał zdjęcie drobnego, uśmiechniętego, na oko sześcioletniego chłopca. Tytuł artykułu brzmiał:&lt;br /&gt;    „Tajemnicze zniknięcie w Rysich Borach”:&lt;br /&gt;    „Fiaskiem zakończyły się czterodniowe poszukiwania siedmioletniego wychowanka sierocińca Wieży z Kości Słoniowej w Rysich Borach (k. Białegostoku). Piotr Peszko zaginął we wtorek, 25 czerwca br. razem ze swoją jedenastoletnią siostrą Magdaleną Peszko. W środę nieprzytomną dziewczynkę znaleziono na podwórzu sierocińca. Natychmiast została przewieziona do szpitala w Białymstoku. Do tej pory nie odzyskała przytomności, choć jak twierdzi lekarz, jej zdrowiu nic nie zagraża.&lt;br /&gt;    Kilkunastu leśników z okolicznych leśnictw i około pięćdziesięciu ochotników z Rysich Borów, Małych Gajów, Białej Wsi oraz Grządek przeczesywało przez kilka dni lasy, jeziora, stawy i  opuszczone budynki. Niestety, bezskutecznie. Oczekuje się, że Magdalena Peszko, siostra zaginionego, będzie mogła przekazać jakieś informacje dotyczące brata, kiedy tylko odzyska świadomość.&lt;br /&gt;    Nie jest to pierwsze zaginięcie dzieci w tych okolicach. Lokalne władze twierdzą jednak, że przypadki zaginięć nie są ze sobą powiązane i najprawdopodobniej winne tragedii mogą być tutejsze liczne jeziora i inne zbiorniki wodne”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Przerwali lekturę. Chłopcy spojrzeli na siostrę.&lt;br /&gt;    - Myślisz, że chodzi o Babcię? – spytał Alek.&lt;br /&gt;    Przytaknęła.&lt;br /&gt;    - Nie wiedziałem, że Babcia ma na imię Magdalena – powiedział. Po chwili dodał: – Ale przecież my nie mamy na nazwisko Peszko!&lt;br /&gt;    Krzych, ciągle patrząc na zdjęcie, odpowiedział:&lt;br /&gt;    - Kiedy Babcia wyszła za mąż, zmieniła nazwisko. Patrzcie tutaj – wskazał na zdjęcie dziewczynki leżącej w szpitalnym łóżku. Obok, na krześle, tyłem do aparatu, siedział lekarz, sprawdzający puls. Dziewczynka spoglądała prosto w obiektyw. Choć zdjęcie było ziarniste i pożółkłe ze starości, w ciemnych oczach osadzonych w szczupłej, ładnej twarzy czaił się strach. Ten sam, co w oczach Babci. Serce ścisnęło się jej w piersi na myśl o małej dziewczynce, która uciekła z piekła, zostawiając za sobą młodszego brata. Zaczęła czytać artykuł pod zdjęciem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    „Przebudzenie w Rysich Borach”&lt;br /&gt;    „W poniedziałek 1 lipca br. w białostockim szpitalu Magdalena Peszko, siostra zaginionego przed tygodniem Piotra Peszko, odzyskała przytomność. Rodzeństwo zamieszkiwało sierociniec Wieży z Kości Słoniowej w Rysich Borach od śmierci rodziców w wypadku samochodowym cztery lata wcześniej. Dzieci zniknęły ze swoich sypialni we wtorek, 25 czerwca br. Dziewczynka została odnaleziona następnego dnia na podwórzu sierocińca i pozostawała nieprzytomna przez sześć dni. Jak dotąd nie odnaleziono jej brata.&lt;br /&gt;    Po odzyskaniu świadomości dziewczynkę natychmiast przesłuchał lokalny oficer policji. Według jego słów dziewczynka jest w szoku i jej słowa nie mają sensu. Wiadomo jednak, że w zniknięcie dzieci były zamieszane osoby trzecie. Na tym etapie policja nie może udzielić więcej informacji”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Pod spodem ktoś ręcznie dopisał: „Przesłuchiwał mnie komisarz Antoni Belka. Cham i prostak. Po drugim przesłuchaniu stwierdził, że jestem wariatką i przerwał śledztwo”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Ostatni artykuł dotyczący Babci pochodził z 20 lipca. Nie było żadnego zdjęcia, jedynie krótka notka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    „Zakończenie poszukiwań”&lt;br /&gt;    „Wczoraj korespondent naszej gazety był świadkiem zasypania studni na terenie sierocińca Wieży z Kości Słoniowej w Rysiach Borach, w której 25 czerwca br. utonął Piotr Peszko – siedmioletni wychowanek sierocińca (patrz „Wieści Wschodnie” numer 45 i 47). Chłopiec wpadł do studni podczas spaceru z siostrą. Dyrekcja sierocińca podjęła kroki, żeby podobna sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Studnia została zasypana”. (Ostatnie trzy słowa podkreślono trzykrotnie). „Siostra zmarłego chłopca pozostaje pod obserwacją psychiatryczną w Białostockim Centrum Chorób Umysłowych. Istnieje podejrzenie, że śmierć brata spowodowała u dziewczynki  trwałe zaburzenia natury umysłowej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Pod spodem drżąca ręka napisała wielkimi literami:&lt;br /&gt;    „Przecież pani Jadwiga powiedziała, że studnię zakopano już w 1914 roku! Kto ją odkopał na nowo? I dlaczego? Czyżby Pan Zły Szeląg mógł wpływać fizycznie na nasz świat?!! Druga rzecz – gazeta nie wspomina, że nie odnaleziono ciała.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - No dobra. Wystarczy – powiedziała zdecydowanie i zamknęła notatnik. Spod zasłon nie wpływało już żadne światło, a żarówka wydawała się nie mieć dość mocy, żeby rozjaśnić gęstą, mętną atmosferę. – Czas na spanie.&lt;br /&gt;    Chłopcy nie zaprotestowali. Zeszli z łóżka i bez entuzjazmu skierowali się do drzwi. „Wyglądają jak mali dorośli” – pomyślała, patrząc na ich drobne postacie i zgarbione plecy.&lt;br /&gt;    - Alek, Krzych...&lt;br /&gt;    Zatrzymali się i odwrócili głowy. Nie wytrzymała i podbiegła do chłopców. Objęła ich mocno, ledwo powstrzymując łzy.&lt;br /&gt;    - Chcecie zostać ze mną? – spytała, starając się, żeby zabrzmiało to jak propozycja wyśmienitej zabawy, a nie rozpaczliwa próba uratowania ich małego świata dzieciństwa. – Łóżko jest duże, zmieścimy się we troje. Co wy na to? – odsunęła do tyłu głowę, żeby zobaczyć ich twarze. Chłopcy uśmiechali się z ulgą.&lt;br /&gt;    - Hura! – zawołali i wskoczyli z powrotem na łóżko.&lt;br /&gt;    - Nie będę dzisiaj mył zębów! – zawołał Alek.&lt;br /&gt;    - Ja też nie – dodał Krzych.&lt;br /&gt;    - No to ja też nie – zaśmiała się i schowała notatnik do szafy, po drugiej stronie pokoju – byle jak najdalej od łóżka. „A jutro rano pozbędę się tego paskudztwa” – pomyślała i wskoczyła pod kołdrę.&lt;br /&gt;    - Dobranoc – szepnęła. – Jutro wszystko będzie dobrze, zobaczycie.&lt;br /&gt;    - Dobranoc – odpowiedział cicho Krzych, odpływając powoli w krainę snów.&lt;br /&gt;    - ...branoc – dodał swoje trzy grosze na wpółprzytomny Alek.&lt;br /&gt;    „Tylko dzieci potrafią tak doskonale zapominać” – przeszło jej jeszcze całkiem dojrzale i mądrze przez głowę. Po chwili równe oddechy śpiących dzieci wypełniły pokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    - Zobaczcie, zobaczcie, dziewczynka ze Świata Ponad znowu tu jest – powiedział ktoś tuż obok ucha. Jak echo, dziecięce głosy zaczęły powtarzać:&lt;br /&gt;    - Dziewczynka ze Świata Ponad... dziewczynka ze Świata Ponad... dziewczynka znowu tu jest...&lt;br /&gt;    Otworzyła powoli oczy. Otaczał ją krąg dziecięcych twarzy. Leżała na łóżku o pomalowanej na biało obudowie z metalowych prętów. Jak łóżko szpitalne, jakie widziała w starym filmie. Podniosła się na łokciu. Wystraszone nagłym ruchem dzieci odskoczyły.&lt;br /&gt;    - Kim jesteście? – spytała.&lt;br /&gt;    Z tyłu zrobił się ruch. Małe postacie rozstąpiły się, aby przepuścić chłopca człapiącego z trudem na bocianich nogach. Podszedł do dziewczynki.&lt;br /&gt;    - Przyszłaś nam pomóc? – zapytał poważnie.&lt;br /&gt;    - Ja... nie wiem... chyba nie – odpowiedziała zmieszana. – To mi się śni – dodała usprawiedliwiająco. Popatrzyła bezradnie na inne dzieci. Zauważyła, że każde ma w jakiś sposób zniekształcone ciało – nieproporcjonalnie wielką, albo małą rękę, nogę, uszy czy nos, albo wręcz całkowicie niepasujące fragmenty, jak bocianie nogi jej rozmówcy, bukiety tulipanów zamiast rąk, świński ryjek zastępujący nos, czy włosy z trawy. Wszystkie ubrane były w szarawe piżamy, które kiedyś pewnie były kolorowe.&lt;br /&gt;    - Nie przyszła pomóc... nie przyszła... tylko zabłądziła... biedna dziewczynka... – szeptały.&lt;br /&gt;    - Jak ci na imię? – spytał chłopiec.&lt;br /&gt;    - Małgosia.&lt;br /&gt;    Zbliżył twarz. Prawie dotykali się nosami. Do pomieszczenia wpłynęła ciemność i chłód.&lt;br /&gt;    - Lepiej uciekaj, Małgosiu. On już nadchodzi.&lt;br /&gt;    W mroku widać było tylko blade twarze dzieci, powtarzające ze strachem:&lt;br /&gt;    - Nadchodzi... nadchodzi... on już nadchodzi...&lt;br /&gt;    - Kto, kim on jest? – spytała cicho.&lt;br /&gt;    - Uciekaj – szepnęły wszystkie dzieci chórem i jednocześnie rozpierzchły się po kątach. Chłopiec popchnął ją w pierś. Drzwi otworzyły się z hukiem. Spadła.&lt;br /&gt;    Nie przestała śnić. Była teraz małą myszką, skuloną w kącie pokoju pod szafą.&lt;br /&gt;    - Chrum, chrum, drogie maluszki – usłyszała piskliwy głos. Dwa elegancko wypastowane, skórzane buty o grubej podeszwie zatrzymały się przy niej.&lt;br /&gt;    - Chrum, chrum, Panie Zły Szelągu – dzieci przywitały się posłusznie.&lt;br /&gt;    Dwa buty z głośnym stukotem przemaszerowały przez pokój. Wcisnęła się jeszcze bardziej w kąt.&lt;br /&gt;    - Powiedzcie mi, moje kochane cukiereczki: nie miałyście gościa?&lt;br /&gt;    - Nie, Panie Zły Szelągu – odpowiedział zgodny chór.&lt;br /&gt;    Głos mężczyzny zaczął drżeć coraz mniej ukrywaną groźbą:&lt;br /&gt;    - Jesteście pewne, moje skarbki? Nie było dziś u was obcej dziewczynki?&lt;br /&gt;    - Nie, Panie Zły Szelągu, nie było.&lt;br /&gt;    Ciemność zgęstniała. Wydawało się, że w powietrzu rozszedł się mdlący, ohydny zapach. „Tak w snach śmierdzi strach” – pomyślała trzeźwo.&lt;br /&gt;    - Pytam po raz ostatni, małe skurwysyny i lepiej mówcie prawdę. Rozmawiałyście z dziewczynką ze Świata Ponad? – zachrypiał Pan Zły Szeląg.&lt;br /&gt;    Zdała sobie sprawę, że cały pokój – podłoga, szafa, łóżka, powietrze – wszystko drży z przerażenia.&lt;br /&gt;    - Nie, Panie Zły Szelągu, nie rozmawiałyśmy – zakwiliły drżące głosy.&lt;br /&gt;    - Bawiliśmy się w teatr – rozpoznała głos chłopca o bocianich nogach.&lt;br /&gt;    - W teatr... – powtórzył cicho Pan Zły Szeląg. - I o czym był ten teatr?&lt;br /&gt;    - O różnych rzeczach – o słońcu, chmurach, rzece, mamie, jeździe na rowerze, pociągu, świętach, gonitwie z psem, pikniku w maju, soczystych papierówkach, no i o dziewczynce też – odpowiedział chłopiec rezolutnym głosem. – Chcesz się z nami pobawić?&lt;br /&gt;    Przez chwilę panowała cisza. Małgosia obawiała się, że nastąpi coś naprawdę strasznego. Zamiast tego ciemność rozproszyła się i świat przestał drżeć.&lt;br /&gt;    - Bawimy się w teatr! – zawołał z entuzjazmem Pan Zły Szeląg. Okute buciory zaczęły podrygiwać jak w tańcu. Po sekundzie dołączył do nich las bosych stóp.&lt;br /&gt;    - Teatr! Bawimy się w teatr! – rozległy się radosne okrzyki. Cała grupa, z Panem Złym Szelągiem na czele, pomaszerowała do drzwi.&lt;br /&gt;    Wtem, zupełnie nieoczekiwanie zobaczyła twarz chłopca o bocianich nogach. Klęczał przed szafą. Drżały mu wargi, chyba powstrzymywał płacz.&lt;br /&gt;     - A teraz zmykaj, ile masz sił w łapkach – powiedział cicho i pobiegł koślawo w stronę drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wypadła ze snu. Serce obijało się o żebra tak mocno jakby chciało uciec. W uszach ciągle dzwonił nienaturalny, wymuszony śmiech dzieci tańczących dookoła Pana Złego Szeląga.&lt;br /&gt;    Podniosła się na łokciach, żeby całkowicie strząsnąć z siebie krople koszmaru i przez przypadek tam nie wrócić. O mały włos nie krzyknęła. Ktoś siedział na krześle obok łóżka! Wpadający przez szparę w zasłonach blask księżyca osrebrzył zatroskaną twarz.&lt;br /&gt;    - Cicho – szepnęła staruszka i wskazała głową na drugą stronę łóżka. – Nie obudź chłopców.&lt;br /&gt;    Popatrzyła na spokojne, pogrążone we śnie twarze braci i przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Strych, notatnik, zaginione dzieci... Skierowała pytający wzrok na nieoczekiwanego gościa. Babcia uśmiechnęła się ciepło i z widoczną troską wskazała na brulion, który leżał na jej kolanach.&lt;br /&gt;    - Widzę, że znalazłaś moje zbiory.&lt;br /&gt;    Dziewczynka usiadła wygodniej, oplotła kolana ramionami i pokiwała twierdząco głową. Staruszka westchnęła ciężko i wytarła łzę, która zaiskrzyła się w świetle księżyca.&lt;br /&gt;    - Przepraszam. Powinnam już dawno to spalić – szepnęła ni to do siebie, ni do Małgosi.&lt;br /&gt;    Dziewczynka nie wiedziała, co powiedzieć. Sama planowała pozbyć się znaleziska z samego rana. Z drugiej strony przeczuwała, że nie będzie to takie proste.&lt;br /&gt;    - Nie wiedziałam, że było więcej dzieci – powiedziała wreszcie. – Myślałam, że tylko ty i Piotrek.&lt;br /&gt;    Babcia pokręciła głową.&lt;br /&gt;    - Nie tylko... W Świecie w Studni mieszka ich dużo.&lt;br /&gt;    Małgosia wstrzymała oddech.&lt;br /&gt;    - Mieszka? Teraz? – zapytała z zapartym tchem.&lt;br /&gt;    - O, tak. One nie umierają. Widzę je w snach. Zabawki w rękach złego ducha, zastygłe jak w bursztynie, uwięzione w koszmarze...&lt;br /&gt;    Dziewczynka rozszerzyła oczy i nachyliła się w stronę staruszki.&lt;br /&gt;    - Ja też je spotykam – szepnęła. Chłopcy poruszyli się niespokojnie przez sen. Krzych cichutko jęknął. – Dzieci tańczące z diabłem. Przerażone i bezbronne. Czekają na pomoc...&lt;br /&gt;    - Ależ Małgosiu, kochana, jak to możliwe? Dlaczego tak mówisz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Opowiedziała o wszystkim: o tańcu z Psubratem i Ślepym Skrzatem, o Złotej Kropelce, nocnych metamorfozach Alka i jej przerażających snach ze Świata w Studni: o Panu Złym Szelągu, zniekształconych dzieciach, tunelu i piwnicznych celach.&lt;br /&gt;    Staruszka zadumała się na chwilę. Księżycowy promyk swobodnie wędrował po pokoju, rzucany to tu, to tam przez poruszane wiatrem zasłony. Widok ten dodawał w jakiś sposób otuchy.&lt;br /&gt;    - Nigdy nie myślałam – Babcia przerwała wreszcie ciszę – że to, co mi się przytrafiło, zaginięcie Piotrusia, koszmary, mogło mieć wpływ na was, na ciebie i chłopców. To przecież było tak dawno.&lt;br /&gt;    Małgosia spróbowała sobie wyobrazić lata, które minęły od 1929 roku. Pomyślała o czarno-białym Charlie Chaplinie, zjadającym sznurówkę, o ogromnym, wiekowym jesionie na podwórku i pokrytej patyną miedzianej popielniczce z wytłoczoną scenką z polowania, którą Tata dostał od Dziadka. Ciągle nie była w stanie zrozumieć przepaści oddzielającej ją od tak odległej przeszłości.&lt;br /&gt;    - Kiedy uciekłam ze Świata w Studni – kontynuowała Babcia – widocznie zabrałam ze sobą cząstkę jego magii. Teraz przeszła ona na was. – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Nie wiem, jak to możliwe. Czuję się winna wobec ciebie i chłopców. Powinnam skończyć to lata temu. Na samym początku, kiedy Piotrek się zgubił, było mi ciężko. Co noc o nim śniłam i przeklinałam swoje tchórzostwo... Ale nie mogłam... Kilka razy podeszłam do studni na tyle blisko, że słyszałam melodię, ale nie mogłam przezwyciężyć strachu...&lt;br /&gt;    - Melodię?&lt;br /&gt;    - O tak, studnia śpiewa. Nigdy nie słyszałam niczego piękniejszego.&lt;br /&gt;    Małgosia przypomniała sobie Czarną Kukułkę. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że coś pochodzącego z tamtej strony mogło być piękne.&lt;br /&gt;    - Wiedziałam o innych dzieciach. Wszyscy miejscowi wiedzieli, choć nie tyle, co ja. Bałam się, ale coś popychało mnie, żeby dociekać, zbierać wycinki. Miałam nadzieję, że dokopię się do czegoś ważnego...&lt;br /&gt;    - Znalazłaś?&lt;br /&gt;    Potrząsnęła głową.&lt;br /&gt;    - Nic. Zbierałam wycinki o każdej ofierze Pana Złego Szeląga. Wypatrywałam czegoś, co dałoby mi do ręki broń... – zawahała się na chwilę. – Jedna, jedyna rzecz nie pasowała do całości.&lt;br /&gt;    Małgosia wyciągnęła szyję.&lt;br /&gt;    - Tak?&lt;br /&gt;    - Pierwszy przypadek zaginięcia dziecka.&lt;br /&gt;    Dziewczynka spróbowała sobie przypomnieć wczorajszą lekturę.&lt;br /&gt;    - Albert Krztyna?&lt;br /&gt;    - Tak, Albert Krztyna, w 1908 roku. Czasami myślę, że musi być kluczem. Okoliczności zniknięcia są inne niż pozostałych dzieci. No i był pierwszy.&lt;br /&gt;    - Zamordowany dyrektor, włóczęga...&lt;br /&gt;    - No właśnie. W zaginięcia pozostałych dzieci nie był zamieszany nikt inny.&lt;br /&gt;    - Znalazłaś coś więcej?&lt;br /&gt;    - Kiedy zaczęłam badać, minęło już zbyt wiele czasu. Może na samym początku, w dwudziestym dziewiątym mogłabym jeszcze odszukać kogoś, kto miał coś wspólnego z tamtą sprawą. Niestety, byłam za młoda. Miałam tyle lat, co ty.&lt;br /&gt;    Małgosia pomyślała o tym, jak potraktowałby ją świat, gdyby zaczęła nagle wypytywać o zaginięcia, morderstwa i sprawy sądowe sprzed wieku.&lt;br /&gt;    - Później, kiedy poznałam Dziadka i zamieszkałam tutaj, nieraz próbowałam przekonać go do wyjazdu. Po wojnie łatwo było zamieszkać na Ziemiach Odzyskanych. Ale on był za bardzo przywiązany do tego miejsca. Kiedy zostałam mężatką i mogłam bez przeszkód prowadzić śledztwo, ludzie, którzy mogli cokolwiek powiedzieć, rozjechali się po świecie, albo już nie żyli.&lt;br /&gt;    Małgosia westchnęła rozczarowana. Babcia chwyciła ją za rękę. Dłonie staruszki były kruche i gorące.&lt;br /&gt;    - Teraz jednak niepokoi mnie coś innego.&lt;br /&gt;    Zamarło w niej serce.&lt;br /&gt;    - Tak? – zapytała drżącym głosem.&lt;br /&gt;    Staruszka wychyliła się do przodu. Jej oczy odbijały wyglądający zza okna księżyc.&lt;br /&gt;    - Nie rozumiem, moje dziecko, czego on chce od ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Następnego dnia zaczęło lać. Nie jakiś wiosenny deszczyk, ale porządna ulewa, która w godzinę zamieniła ogród w nieprzyjazny staw i zmusiła Łajzę, żeby schował się do budy. Zwykle ulewy mają to do siebie, że szybko przechodzą. Zostawiają po sobie odświeżone powietrze i odżywione rośliny. Ta jednak po porządnym prysznicu postanowiła tylko lekko przykręcić kurek i wylewać już normalny, monotonny i szary deszcz. Zamiast kolorów soczystego lata rzeczywistość przybrała barwy listopadowe.&lt;br /&gt;    Po wieczorze, który spędzili na badaniu tajemnicy zaginionych dzieci, chłopcy obudzili się w zadziwiająco dobrych humorach. Przygaśli dopiero po odsłonięciu firanek.&lt;br /&gt;    Po wydarzeniach ostatnich dni Małgosia nie mogła zrzucić ciężaru, który przygniatał jej pierś. Wstała wcześniej niż chłopcy i ranek spędziła przy oknie, w swoim pokoju, słuchając bębnienia deszczu o parapet.&lt;br /&gt;    Przyszli około południa.&lt;br /&gt;    - I co? Czytamy dalej? – zapytał Alek.&lt;br /&gt;    - Nie dzisiaj – pokręciła głową. Bracia odetchnęli z ulgą i pobiegli z powrotem na dół, pomagać pani Aldonie w pieczeniu ciasta.&lt;br /&gt;    Kiedy wyszli, wyciągnęła z szuflady notatnik i zagłębiła się w lekturze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Oprócz ośmiu przypadków, o których przeczytali zeszłego wieczora, do wojny zniknęło jeszcze piętnaścioro dzieci. Dziewiątka z sierocińca, reszta z okolicznych wiosek. Później zaczęła się wojna i kiedy we wrześniu niemieccy okupanci przekazali Białystok Sowietom, komuniści wysłali sieroty do miasta, a z opustoszałego budynku zrobiono willę dla rodzin rosyjskich oficerów.&lt;br /&gt;    Babcia nie zamieściła żadnych artykułów z tamtego okresu, napisała jednak o kapitanie Aleksieju Lebiediewie stacjonującym w Rysich Borach. Jego syn, Danił, pewnej nocy zniknął z własnego łóżka. Oficjalna wersja mówiła o porwaniu przez polskich bandytów.&lt;br /&gt;    Kiedy w czerwcu 1941 roku Niemcy wyparli Sowietów z terenów białostockich, sierociniec w Rysich Borach został tajnym miejscem zebrań oficerów niemieckiego wywiadu. W 1944 w trakcie walk z Rosjanami, budynek został całkowicie zniszczony.&lt;br /&gt;    Później długo, długo nic i dopiero w 1965 zniknęła trzynastoletnia dziewczynka z Grządek, później kolejna dziewczynka z Rysich Borów w 1972 oraz w 1978 sześcioletni chłopczyk, który przyjechał z Warszawy do rodziny na wakacje. Ze zdjęcia spoglądał uśmiechnięty, rezolutny chłopiec o krzywo obciętej grzywce, zanurzony po kolana w wodzie i wyciągający w stronę aparatu dłoń z brudną muszlą, obwieszoną zielonymi glonami. Podpis pod zdjęciem informował, że zrobiono je nad Jeziorem Olszykowskim, dwa dni przed zniknięciem dziecka.&lt;br /&gt;    Zadrżała. Do Jeziora Olszykowskiego było tylko piętnaście minut piechotą. Nieraz w wakacje kąpała się tam z chłopcami. Notatnik zsunął się na podłogę. Położyła się na łóżku i zwinęła w kłębek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Decyzja o zejściu do Świata w Studni musiała pozostać tajemnicą. Pamiętała zniekształcone postacie dzieci ze snu. Na samą myśl, że Krzych albo Alek mieliby znaleźć się w rękach Pana Złego Szeląga coś dławiło ją w gardle. To było silniejsze od strachu przed samotną wyprawą.&lt;br /&gt;    Nie wiedziała, co robić, kiedy już będzie na miejscu. Założyła, że gdy postawi stopę w Świecie Studni, ta sama intuicja, która prowadziła ją teraz, pomoże jej zrobić następny krok. Czuła, że nie jest w tym wszystkim sama. Gdzieś za delikatną taflą rzeczywistości przechadzają się przyjazne istoty, gotowe pomóc, kiedy przyjdzie taka potrzeba. A później przypominała sobie, jak Psubrat odgryzał ramię Złotej Kropelce i już nie była taka pewna.&lt;br /&gt;    Zejście zaplanowała na następną sobotę. Rodzice wybierali się do miasta na przyjęcie w firmie Taty. Miało to być coś uroczystego, ważnego i długiego. Powrót zaplanowali dopiero na niedzielę. Co do przygotowań – nie była pewna, jak miałyby wyglądać.&lt;br /&gt;    Przypomniała sobie obejrzane horrory. Czy pakowanie plecaka z zapasami, śpiworem, bronią - do tej kategorii zaliczyła stary szwajcarski scyzoryk z piętnastoma ostrzami - miało jakikolwiek sens?&lt;br /&gt;    Ostatecznie zapakowała latarkę, kanapki i nóż. Przez chwilę rozważała wcześniejszy rekonesans – zbadać, czy w ogóle został jakiś ślad po studni. W końcu doszła do wniosku, że nie byłaby w stanie pójść tam dwa razy. Co ma być, to będzie. A jeśli niczego nie znajdzie, to przynajmniej z czystym sumieniem powie, że próbowała. W głębi serca wiedziała jednak, że studnia tam będzie – porosła mchem, wilgotna, posępna i przerażająca - jak pewnie wyglądają wszystkie bramy do piekła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Bezszelestnie przymknęła drzwi i cicho poszła w stronę wyjścia. Zatrzymała przy drzwiach prowadzących do pokoju chłopców. To była najtrudniejsza część tego wszystkiego – zostawić braci. Może już nigdy ich nie zobaczy? Przemogła słabość. Szepnęła cicho: „cześć, maluchy”, i zdecydowanym krokiem wyszła z domu.&lt;br /&gt;    Noc była piękna. Ciepła, tętniąca życiem. Świerszcze koncertowały na całego w chórze z żabami, a księżyc jasnym blaskiem oświetlał okolicę. Podniosła głowę. Aż zaparło jej dech w piersiach – chyba jeszcze nie widziała tylu gwiazd naraz. Przez chwilę poczuła się dobrze i lekko. Jak bohaterka baśni, która to baśń na sto procent zakończy się dobrze. Dziarsko ruszyła przed siebie. Chciała jak najszybciej zostawić z tyłu dom kuszący ciepłym łóżkiem i normalnością. Dziś była Alicją w Krainie Czarów, Frodo Bagginsem, Pippi Langstrumpf i Tomkiem Sawyerem. Przynajmniej na razie, zanim przerażenie nie zetnie jej krwi w żyłach – zażartowała w myślach.&lt;br /&gt;    Ruiny sierocińca widziała kilka razy z samochodu. Trzeba było przejść około kilometra ścieżką przez las, później kawałek brzegiem jeziora i po jakichś stu metrach z szosy widać już pozostałości kamiennego ogrodzenia i metalowej bramy, z której jakimś cudem uchowało się jedno ze skrzydeł.&lt;br /&gt;    Przez chwilę próbowała gwizdać dla otuchy, ale dała spokój. Czuła się zbyt odsłonięta. Szła więc w ciszy i wkrótce całkowicie pochłonęły ją myśli. Z każdym krokiem czarniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Minęła ostatnią linię drzew, ujrzała srebrzącą się taflę wody. Wtedy za plecami rozległ się głośny trzask gałęzi. Stanęła i odwróciła głowę.&lt;br /&gt;    - Jest tam ktoś? – zawołała lękliwie i łagodnie, jakby ogłaszając – „jestem niegroźna i bezbronna, chyba nie zrobisz mi krzywdy?”. Próbowała przebić wzrokiem niezbyt gęstą ciemność, ale nie dostrzegła nic szczególnego. Ciemne buki, dęby, trochę krzaków, przewrócony pień – pozostałość po burzy...&lt;br /&gt;    Zauważyła ruch w zaroślach. Trzask łamanej gałązki odbił się echem po okolicy. Była bliska paniki. Już miała biec, kiedy z zarośli wyszła mała postać. Po paru sekundach dołączyła do niej druga, jeszcze mniejsza. Małgosia zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć. Zrobiła krok do tyłu. Jedna z postaci pomachała ręką.&lt;br /&gt;    - Nie bój się, to my! - Jak gdyby nigdy nic, stanęli przed nią bracia. Uśmiechali się niepewnie, ale było widać, że są z siebie dumni.&lt;br /&gt;    - Co tu robicie?! – Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. - Skąd...?&lt;br /&gt;    Alek wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;    - Wiemy, że masz nas za głąbów, ale tym razem się przeliczyłaś – powiedział. Krzych mrugnął.&lt;br /&gt;    - Przecież uzgodniliśmy, że siedzimy w tym razem.&lt;br /&gt;    Miała problem ze znalezieniem odpowiednich słów.&lt;br /&gt;    - Skąd… Skąd wiedzieliście?&lt;br /&gt;    Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.&lt;br /&gt;    - Godzinami przesiadywałaś w pokoju, cały tydzień czytałaś o dzieciach... – zaczął Alek.&lt;br /&gt;    - Mogłam wyrzucić notatnik.&lt;br /&gt;    - Znaleźliśmy go w szufladzie.&lt;br /&gt;    - Przeczytaliście wszystko?&lt;br /&gt;    - Wszystko.&lt;br /&gt;    - Ale skąd wiedzieliście, że dzisiaj?&lt;br /&gt;    - Z nikąd – powiedział Alek. – Pilnowaliśmy cię codziennie, ale przeczuwaliśmy, że wyruszysz, kiedy rodziców nie będzie w domu.&lt;br /&gt;    - Śledziliśmy cię od samych drzwi – dodał Krzych. – Ale był czad! – zaśmiał się zadowolony.&lt;br /&gt;    Alek pstryknął go w ucho.&lt;br /&gt;    - Był czad, dopóki nie zacząłeś chodzić, jakbyś był niedorozwinięty.&lt;br /&gt;    Krzych pokazał mu język.&lt;br /&gt;    - Nie mówi się niedorozwinięty, ale niepełnosprawny, wieśniaku.&lt;br /&gt;    Przypomniała sobie, że myślała po drodze o Frodo Bagginsie. No i ma swojego Meriadoca i Pippina. Szybko spoważniała.&lt;br /&gt;    - Nie ma mowy. Wracacie do domu i to natychmiast – powiedziała surowo. – To nie jest zabawa.&lt;br /&gt;    Alek popchnął brata lekko do przodu.&lt;br /&gt;    - Powiedz jej.&lt;br /&gt;    - Co ma powiedzieć?&lt;br /&gt;    Krzych popatrzył poważnie.&lt;br /&gt;    - Rozmawiałem ze Złotą Kropelką. Powiedziała, że musimy zejść całą trójką. W pojedynkę nie dasz rady.&lt;br /&gt;    Podejrzliwie zmarszczyła nos.&lt;br /&gt;    - Nie ściemniasz?&lt;br /&gt;    Podniósł uroczyście rękę.&lt;br /&gt;    - Przysięgam.&lt;br /&gt;    Westchnęła ciężko.&lt;br /&gt;    - Czy ten twój duszek powiedział jeszcze coś?&lt;br /&gt;    - Tylko jedną rzecz.&lt;br /&gt;    - Tak?&lt;br /&gt;    - Żebyśmy znaleźli Alberta.&lt;br /&gt;    - Alberta Krztynę? – upewniła się.&lt;br /&gt;    - Chyba tak. Powiedziała: „Najważniejsze, żebyście dotarli do Alberta. On wam pomoże”.&lt;br /&gt;    „Czyli intuicja nie zawiodła Babci” – pomyślała. Odwróciła się w stronę jeziora.&lt;br /&gt;    - No to chodźmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Szarobrązowa cierniówka, siedząca na gałęzi dębu pod oknami dworku, spoglądała z zaciekawieniem na kobietę w fotelu. Pomimo ciepłej nocy staruszka opatulona była w koce i wydawało się, że drży. Drobną, kruchą postać oświetlał blask lampki. Gdyby mały, przypominający wróbla ptak podleciał trochę bliżej, zobaczyłby, że wstrząsa nią płacz.&lt;br /&gt;    Gdyby wskoczył na gałąź wyżej, zobaczyłby dwóch chłopców, śpiących w rozkopanej pościeli.&lt;br /&gt;    Ptak jednak tego nie zrobił. Spłoszony podejrzanym hałasem, zeskoczył z gałęzi i zniknął w gęstwinie drzew. A nawet gdyby zobaczył śpiących chłopców, to jakie miałoby to znaczenie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Bracia śnili.&lt;br /&gt;    Alek wysunął się z ciała i już po chwili prężył grzbiet pod dotknięciem srebrnych dłoni księżyca. Chciwie wciągnął powietrze i zawył, podnosząc pysk do góry, w stronę gwiazd. Ludzki aspekt osobowości wycofał się o kilka kroków, robiąc miejsce wilkowi. Czuł wolność i moc. Głęboko oddychał nocnym powietrzem, nasiąkniętym aromatami lasu. Zapachy paproci, drzew, ciepłych, kulących się w norach ciał, mętnej wody z jeziora i wielu innych rzeczy, których nawet nie potrafiłby nazwać - a na pewno nie jako ośmioletni chłopiec - wypełniły nozdrza i uderzyły do głowy. Dreszcz przyjemności zjeżył sierść. Był gotów na kolejną eskapadę.&lt;br /&gt;    Nagle poczuł coś nieprzyjemnego, innego niż zwykle. Odór koszmarów, rozkładającego się ciała, szarości, zła... Znał ten smród. Warknął nieśmiało i wbrew sobie podkulił ogon. Dobrze pamiętał kły Psubrata na karku.&lt;br /&gt;    Niepewnie wycofał się w stronę domu, straciwszy cały zapał do nocnych wędrówek.&lt;br /&gt;    Nagle poczuł kolejny zapach, również znajomy. Małgosia!&lt;br /&gt;    Trop zaczynał się u drzwi i prowadził do lasu. Z wysiłkiem strząsnął z siebie strach i ruszył po śladach. Biegł z głową nisko przy ziemi i szczerzył kły.&lt;br /&gt;    Wściekłość. Jedna rzecz, że tych dwóch zboczeńców panoszyło się w snach, ale nie mógł znieść myśli, że polowali na Małgosię nawet na jawie.&lt;br /&gt;    Był zły na siostrę. Jak mogła sama pójść do Świata w Studni? Teraz już wiedział, co znaczyły smutne spojrzenia.&lt;br /&gt;    Biegł. Do śladów Małgosi dołączyły dwa nowe. Zapach zgnilizny i zła stał się nie do zniesienia. Strach powrócił, ale zdusił go w sobie.&lt;br /&gt;    Przy gładkiej tafli jeziora, odbijającej blask księżyca i gwiazd, dostrzegł trzy postacie. Zaczął biec jeszcze szybciej, z obawą, że może być za późno i kiedy znajdzie Małgosię, okaże się, że nie zdążył, że coś jej zrobili, że już jest martwa albo... Najbardziej bał się, że wejdzie do studni.&lt;br /&gt;    Dobiegł do nich, zanim zdążyli oddalić się od brzegu jeziora. Małgosia maszerowała w środku, trzymając za ręce Psubrata i Ślepego Skrzata.&lt;br /&gt;    Oczywiście nie dostrzegła wilka, chociaż Alek desperacko biegał dookoła całej trójki. Najpierw myślał, że Psubrat i Ślepy Skrzat również go nie widzą, ale przy którymś okrążeniu odwrócili się i mrugnęli złośliwie. Ślepy Skrzat wyciągnął długi jęzor i udał, że liże rękę dziewczynki. Małgosia poczuła, że głowa Ślepego Skrzata dotyka jej ramienia. Objęła go mocno i pocałowała w czoło.&lt;br /&gt;    - Wszystko będzie dobrze – powiedziała ciepło, nie zwalniając kroku.&lt;br /&gt;    - Wiem – odpowiedział Ślepy Skrzat, zwracając w jej stronę pokryte bielmem oczy.&lt;br /&gt;    Zdezorientowany Alek przestał biec. Patrzył na oddalającą się grupkę i nic nie rozumiał. Psubrat machał radośnie szpiczastym ogonem. Jaskrawe, prawie białe światło księżyca nadawało tej scenie atmosfery nierealności. Alicja wpadła w ręce Zwariowanego Kapelusznika i Marcowego Zająca, nie zdając sobie sprawy, że ta ich wersja jest gorsza od Freddiego Krugera i Jigsaw’a razem wziętych.&lt;br /&gt;    Kiedy pojął sytuację, pomknął w stronę domu jak wiatr. Myślał o ostatnich słowach Małgosi. „Wszystko będzie dobrze”. Czy na pewno? Jedno wiedział na sto procent: kiedy wróci do ciała, obudzi Krzycha i ze wszystkich sił pobiegną za siostrą, to i tak nie mają szans dogonić jej, zanim dotrze do studni.&lt;br /&gt;    Mimo to biegł, jakby od tego zależało wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Krzych śnił o bibliotece. W niekończącym się holu, pod sklepieniem z pojedynczych gwiazd i całych galaktyk, w złotym, migoczącym świetle stały regały z książkami. Półki pełne zakurzonych, masywnych ksiąg oraz nowych, pachnących jeszcze drukiem wydań sięgały tak wysoko, że szczyty nikły w ciemnościach kosmosu. „A może szczyt nie istnieje i drewniane regały nigdy się nie kończą, rosnąc i rosnąc w poszukiwaniu sufitu wszechświata?” – pomyślał, patrząc z podziwem do góry.&lt;br /&gt;    - Witaj w Bibliotece Światów – powiedziała Złota Kropelka. Pojawiła się nie wiadomo skąd.&lt;br /&gt;    - To ty! – zawołał. Złocista, mała istota objęła go i dotknęła ciepłym policzkiem szyi. – Długo nie przychodziłaś – poskarżył się. Złota Kropelka odsunęła się i popatrzyła ze smutkiem.&lt;br /&gt;    - Musimy porozmawiać. To bardzo ważne.&lt;br /&gt;    - Ja też chciałem z tobą porozmawiać. - Ściszył głos. - Dzieje się coś złego...&lt;br /&gt;    Złota Kropelka pokiwała głową.&lt;br /&gt;    - Wiem, mój malutki, wiem, wszystko się łączy.&lt;br /&gt;    - Wiesz o dzieciach, Panu Złym Szelągu i Świecie w Studni?&lt;br /&gt;    - Przejdźmy się. – Spłynęła z objęć Krzycha, chwyciła go za rękę i poszli przed siebie po wytartym, czerwonym dywanie. Chłopiec z zapartym tchem rozglądał się dookoła. Choć książek były miliony, czuł każdą z osobna, miał wrażenie, że każda go woła i chce opowiedzieć historię. To było piękne i pociągające, ale trochę też się bał. Ścisnął mocniej dłoń Złotej Kropelki. Kątem oka zobaczył spadającą gwiazdę.&lt;br /&gt;    - Pomyślałeś sobie życzenie? – spytała.&lt;br /&gt;    - Tak. Chciałbym, żeby Małgosia...&lt;br /&gt;    - Tsss – Złota Kropelka przyłożyła palec do ust. – Jeśli powiesz, to się nie spełni. Nie wiedziałeś?&lt;br /&gt;    Ucichł.&lt;br /&gt;    - Co to za miejsce? Jeszcze nigdy mi go nie pokazywałaś.&lt;br /&gt;    - Biblioteka Światów. Zwykle nie przyprowadzam tutaj gości.&lt;br /&gt;    - Dlaczego?&lt;br /&gt;    - Ponieważ to nie jest zwykłe miejsce.&lt;br /&gt;    - A czy jakieś miejsce, które do tej pory odwiedziliśmy, było zwykłe?&lt;br /&gt;    Złota Kropelka uśmiechnęła się tajemniczo.&lt;br /&gt;    - Biblioteka Światów jest inna.&lt;br /&gt;    - I to ma jakiś związek z zaginionymi dziećmi?&lt;br /&gt;    - Mówiłam ci, że wszystko się łączy.&lt;br /&gt;    - Czasami nie wiem, czy mówisz konkretnie, czy filozoficznie.&lt;br /&gt;    - Tym razem konkretnie.&lt;br /&gt;    Zmarszczył czoło.&lt;br /&gt;    - Nie zapomnę tego? Jest tyle rzeczy, które pamiętam z tobą, a po przebudzeniu nic nie zostaje i znów jestem małym, głupim chłopcem.&lt;br /&gt;    - Nigdy nie jesteś głupi.&lt;br /&gt;    - Wiesz, o co chodzi. Kiedy wracam od ciebie, świat staje się mniejszy... albo ja widzę mniej. Znów oglądam rzeczywistość z perspektywy dziecka.&lt;br /&gt;    - Tak to już jest. Musimy stosować się do zasad. Nie ma rady.&lt;br /&gt;    - Więc znowu zapomnę?&lt;br /&gt;    Pokręciła przecząco głową.&lt;br /&gt;    - Tym razem musisz pamiętać.&lt;br /&gt;    Złota Kropelka puściła jego dłoń, podfrunęła wyżej i usiadła mu na ramieniu.&lt;br /&gt;    - Twój świat nie jest jedyny – zaczęła.&lt;br /&gt;    - To już wiem. Zabrałaś mnie przecież do tylu miejsc. Ogrodów, planet, pałaców. Poznałem duchy i elfy. Zjeżdżaliśmy wspólnie po zjeżdżalniach utkanych z gwiezdnego pyłu. Uczyłaś mnie języka Marsjan...&lt;br /&gt;    Pokręciła głową.&lt;br /&gt;    - Nie, nie. To ciągle twój świat.&lt;br /&gt;    - Naprawdę? – chłopca zamurowało.&lt;br /&gt;    - Trochę inna perspektywa, inna skala. Nigdy jednak nie opuściłeś domu.&lt;br /&gt;    Kilka książek, wyraźnie nowych i świeżych, sfrunęło z półki i z głośnym trzepotem przeleciało nad głowami, aby wzlecieć wyżej, gdzie w końcu stopiły się z czernią nieboskłonu. Poczuł powiew czegoś nowego, radosnego i pełnego młodzieńczej energii. Zatrzymał się, próbując wytropić je pośród gwiazd, ale Złota Kropelka pociągnęła go za ucho.&lt;br /&gt;    - Skup się.&lt;br /&gt;    Zrobił przepraszającą minę.&lt;br /&gt;    - Zanim zaczął się czas, Opiekunowie pisali książki. Każda była światem. Musisz wiedzieć, że wszechświat nie składa się z atomów, a przynajmniej nie naprawdę, ale z historii, idei oraz słów. Opiekunowie pisali swoje dzieła, a trwało to tak długo, że gdyby czas już wtedy istniał, nigdy by nie skończyli. Na szczęście czas jeszcze spał, czekając na chwilę, aż czytelnicy przewrócą pierwszą stronę pierwszej napisanej książki. A kiedy to wreszcie nastąpiło, przeciągnął rozespane kości, wstał i ruszył przed siebie. Będzie tak szedł już zawsze.&lt;br /&gt;    - I nigdy znów nie zaśnie? – zapytał ze współczuciem.&lt;br /&gt;    Złota Kropelka pogładziła go po włosach.&lt;br /&gt;    - Oczywiście, że zaśnie. Każdy musi kiedyś odpocząć. Ale kiedy zaśnie, nie będzie już czasu, więc śmiało można powiedzieć, że będzie szedł zawsze. Tam gdzie nie ma czasu, nie ma też „zawsze” ani „nigdy”.&lt;br /&gt;    Zrozumiał, choć wiedział, że kiedy się obudzi, to z pewnością nie będzie tego pamiętał. Westchnął bezsilnie.&lt;br /&gt;    - Co dalej?&lt;br /&gt;    - Opiekunowie przynieśli książki tutaj. Ułożyli je na półkach, choć ręce im drżały, kiedy musieli się rozstać z ukochanymi dziełami.&lt;br /&gt;    - A później odeszli?&lt;br /&gt;    - Kiedy już wszystkie książki leżały na półkach, spojrzeli na nie, jak się zdawało, ostatni raz. Pomyśleli o milionach opowieści zapisanych na nieskończonych stronach, o bohaterach, ich miłości, nienawiści, przyjaźniach, problemach i triumfach... Okazało się, że nie mogą odejść. Łzy płynęły im z oczu i już wiedzieli, że nigdzie nie pójdą. Pożegnali się ze sobą, po czym weszli do książek, żeby już zawsze być z postaciami, którym dali życie. Właśnie tak – uświadomili sobie, że ich książki nie są zwykłymi książkami, ale światami, w których słowa stały się duszą. Zrozumieli, że stworzyli życie.&lt;br /&gt;    Kropelka nachyliła się bliżej.&lt;br /&gt;    - To jest właśnie Biblioteka Światów – szepnęła. – A jedną z książek jest twój świat.&lt;br /&gt;    Rozejrzał się z jeszcze większym podziwem i czcią. Niezliczone grzbiety starożytnych ksiąg kusiły obietnicami najpiękniejszych historii, nieskończonych opowieści, niepowtarzalnych przygód. Na niektórych grzbietach mógł odczytać tytuły, choć nie rozumiał, co oznaczają obce słowa. Ich odbicie w głowie sprawiało przyjemność.&lt;br /&gt;    - Dlaczego niektóre z nich wydają się starsze, a inne młodsze?&lt;br /&gt;    - Tutaj czas jest inny niż gdzie indziej. Myślę, że to miejsce nawet dla niego jest za duże i czasami gubi drogę.&lt;br /&gt;    - A my się nie zgubimy?&lt;br /&gt;    - Nie, my nie, bez obawy – uspokoiła go Złota Kropelka i skoro nie kontynuowała tematu, doszedł do wniosku, że musi uwierzyć na słowo.&lt;br /&gt;    - Jak to wszystko jest związane ze Światem w Studni?&lt;br /&gt;    Złota Kropelka popatrzyła poważnie.&lt;br /&gt;    - To jest Biblioteka Światów. I zapewniam cię, że żadna z tych książek nie jest zatytułowana „Świat w Studni”.&lt;br /&gt;    - Może jest to tytuł jakiegoś małego rozdziału?&lt;br /&gt;    Nie odpowiedziała.&lt;br /&gt;    Spojrzał bezradnie na niekończący się tunel dębowych regałów. W oddali ginął czerwony strumień dywanu.&lt;br /&gt;    - Nie rozumiem.&lt;br /&gt;    Złota Kropelka poleciała do jednej z półek. Wyciągnęła grubą księgę.&lt;br /&gt;    Chłopiec z przejęciem wbił wzrok w jej dłonie, próbując odczytać tytuł złocący popękaną skórę okładki.&lt;br /&gt;    - Czy to Ziemia?&lt;br /&gt;    - To świat, w którym wszystko się zaczęło. – Pokazała, żeby usiadł na dywanie, po czym przysiadła obok i zaczęła przewracać pachnące kurzem i starością stronice. W końcu znalazła to, czego szukała.&lt;br /&gt;    - On miał na imię Enapay, ona Citlali - zaczęła. - Ich świat był bardzo podobny do waszego. Mężczyźni kochali kobiety, a kobiety mężczyzn. Tak samo rosły drzewa, a leśne jeziora dawały ochłodę zmęczonym podróżnym, kochankom i dzieciom. Były tam też miasta, choć nie tak wielkie, szare i śmierdzące spalinami. Ulice pachniały kwiatami, przechodnie pozdrawiali się poezją i śpiewem, a zmęczony wędrowiec mógł zawsze usiąść w małej kawiarence i za opowieść z drogi dostawał tyle złocistego wina z jabłek, pachnącego chleba z masłem i tytoniu, ile chciał.&lt;br /&gt;    Ich dom stał na wzgórzu, za miastem. Żyli z tego, co napisał on i utkała ona. To było skromne, ale piękne życie. Kochali się bez pamięci i kiedy nie śpiewali pieśni o miłości ani nie spacerowali po zielonych wzgórzach i bezpańskich sadach pełnych owoców, spędzali czas na pełnej zapomnienia miłości. Wtedy ich ciała i dusze na całe godziny stawały się jednością.&lt;br /&gt;    W tym świecie ludzie żyli dłużej niż w waszym. Po stu latach wspólnego życia, kiedy ich miłość ciągle była taka, jak na samym początku, a może nawet lepsza, bo dojrzalsza, Citlali ukąsił wąż. Zmarła.&lt;br /&gt;    Enapay przestał układać pieśni, nawet te smutne, przestał rozmawiać z ludźmi i chodzić do świątyni. Przyjaciele myśleli, że umarł, ale kiedy przyszli w odwiedziny, ochrypłym głosem kazał im iść do diabła... - Złota Kropelka zamilkła.&lt;br /&gt;    - Co dalej?&lt;br /&gt;    - No i właśnie tutaj jest problem: nie ma żadnego dalej – odpowiedziała.&lt;br /&gt;    - Myślałem, że księgi są kompletne, że zawierają każdą opowieść wszechświata.&lt;br /&gt;    - Enapay zniknął.&lt;br /&gt;    - Umarł?&lt;br /&gt;    - Nie. Śmierć to nie koniec, a jedynie przejście do następnego rozdziału. Nikt nie może zniknąć ze swojego świata. Rodzi się na nowo, żeby wziąć udział w kolejnej opowieści. Każda historia pozostaje w księdze. Zniknięcie Enapaya jest pierwszą anomalią, jaka wydarzyła się w Bibliotece Światów.&lt;br /&gt;    - A drugą?&lt;br /&gt;    - Pojawienie się Świata w Studni, który tak naprawdę nie istnieje.&lt;br /&gt;    - Coś łączy te dwie rzeczy?&lt;br /&gt;    Złota Kropelka wsłuchała się w coś, co pozostawało poza zasięgiem jego słuchu. Następnie chwyciła go za ręce i pierwszy raz, odkąd ją poznał, zaczęła mówić w pośpiechu. Usłyszał w jej głosie strach. To było najgorsze.&lt;br /&gt;    - Zaraz wrócisz do siebie. Twój brat już dobiega do domu. Zaraz zrzuci wilczą skórę.&lt;br /&gt;    - Co mam robić?&lt;br /&gt;    - Twoja siostra jest już po drugiej stronie...&lt;br /&gt;    - Małgosia weszła do Świata w Studni?!&lt;br /&gt;    Złota Kropelka wskazała na książki.&lt;br /&gt;    - Zniknęła z Biblioteki Światów.&lt;br /&gt;    Gdzieś spoza dobiegł hałas.&lt;br /&gt;    - Co teraz? – popatrzył błagalnie, wiedząc, że to już jego ostatnie sekundy spotkania.&lt;br /&gt;    - Kiedy przejdziecie na drugą stronę, znajdź Enapaya.&lt;br /&gt;    Poczuł na ramieniu dotyk dłoni. Spróbował strząsnąć intruza. Złota Kropelka, książki i gwiazdy zaczęły rozpływać się jak mgła rozpędzona podmuchem wiatru.&lt;br /&gt;    - Powiedz mu, że Citlali ciągle na niego czeka... – usłyszał jeszcze, zanim w uszy nie wdarł się inny głos.&lt;br /&gt;    - Wstawaj! – wołał Alek, szarpiąc go za ramię. – Wstawaj!&lt;br /&gt;    Otworzył oko. Alek nie przestawał szarpać.&lt;br /&gt;    - Co się stało? – zapytał rozespanym głosem. Równocześnie starał się utrzymać w głowie jakąś myśl, wspomnienie. Niestety wyślizgiwało się coraz szybciej.&lt;br /&gt;    - Małgosia weszła do Świata w Studni – powiedział zdyszany Alek. Krzych błyskawicznie oprzytomniał. Usiadł.&lt;br /&gt;    - Skąd wiesz?&lt;br /&gt;    - Widziałem ją. Nie była sama.&lt;br /&gt;    Poczuł, jak strach ściska mu gardło. Nie był w stanie wydusić słowa.&lt;br /&gt;    - Towarzyszą jej Ślepy Skrzat i Psubrat – dokończył Alek. – Ubieraj się.&lt;br /&gt;    Chłopiec wstał i tak szybko jak tylko mógł wciągnął spodnie oraz poszukał bluzy i butów. Drżał ze strachu. Bał się o Małgosię, o Alka i z pewnością bał się o siebie. Oprócz tego przerażało go coś jeszcze. Miał wrażenie, że zapomniał o czymś ważnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Zaczęli słyszeć melodię studni, jeszcze zanim zostawili za sobą jezioro i zobaczyli odłamki starej bramy. Najpierw nie zdawali sobie z tego sprawy. Po prostu przestali czuć strach. Powoli narastało w nich uczucie beztroski i radości. Wyprostowali przygarbione od zmartwień plecy i z radością zagwizdali wspólnie melodię, której nigdy wcześniej nie słyszeli. Słodki zapach malin, lasu i grzybów wypełniał nozdrza i płuca. Mieli wrażenie, że razem z nimi śpiewają drzewa, leśne zwierzęta, a nawet jasne, migoczące figlarnie gwiazdy. Krzych nie wytrzymał i zaczął się głośno śmiać, patrząc na brata z radością i przeczuciem nadchodzącej zabawy. Alek też wybuchnął śmiechem. Melodia była coraz głośniejsza. Wkrótce bracia byli w stanie rozumieć słowa nieznanej pieśni. Choć słyszeli ją pierwszy raz, czuli, że jest ona czymś najbardziej swojskim i przyjaznym, czymś co było z nimi od zawsze, od narodzin, jak kołysanki, których nigdy nie śpiewali im rodzice. Była to pieśń o wolności, miłości, przyjaźni, przygodzie, zabawie. Studnia wołała coraz głośniej, aż w końcu chłopcy zaczęli biec, chcąc jak najszybciej do niej dotrzeć, zanim ktoś ich uprzedzi albo zanim zniknie brama do innego, lepszego świata. Biegli, potykając się, a studnia śpiewała.&lt;br /&gt;    Kiedy Alek wyłożył się jak długi, najpierw pomyślał, że zaczepił nogą o gałąź, ale w świetle księżyca zobaczył metaliczny blask. Chromowana latarka. Uśmiech zamarł mu na twarzy. To była latarka Małgosi. Pieśń studni przycichła. Jedno po drugim powróciły wspomnienia. Ostatecznie po melodii został tylko drażniący dźwięk, gdzieś na granicy słyszalności. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie zauważył w niej fałszywych nut. Młodszy z braci ciągle biegł. W świetle księżyca można było zobaczyć ciemny zarys starej, kamiennej cembrowiny, do której zmierzał.&lt;br /&gt;    - Krzych!&lt;br /&gt;    Chłopiec nie zareagował. Biegł, zbliżając się niebezpiecznie do porośniętej krzakami studni. Alek wiedział, że nie ma szans go dogonić, zanim dotrze do celu. Nagle wymacał pod ręką nieduży kamień. Nie myśląc, wziął zamach i z całej siły rzucił.&lt;br /&gt;    - Tylko nie w głowę, tylko nie w głowę... – szeptał zbielałymi wargami, obserwując jak w zwolnionym filmie lecący w powietrzu kamień. Paradoksalnie, oddalając się, wyglądał na większy niż w momencie, kiedy nim rzucił. Choć ciągle próbował zakląć tor lotu, był pewien, że kamień trafi w tył głowy Krzycha. W ostatniej milisekundzie zamknął oczy. Usłyszał głuchy, mokry, jak się wydawało, dźwięk kamienia uderzającego w głowę, a później cichy jęk i szelest opadającego na trawę ciała. Kiedy otworzył oczy, zobaczył klęczącego obok studni brata. Chłopiec syczał z bólu i z trudem sięgając ręką, próbował rozmasować sobie łopatkę.&lt;br /&gt;    Alek znalazł się przy nim w kilka sekund.&lt;br /&gt;    - Żyjesz?&lt;br /&gt;    Brat popatrzył szklistym i oszołomionym wzrokiem. Alek nie wiedział, czy był to skutek wyjścia spod uroku pieśni, czy uderzenia kamieniem.&lt;br /&gt;    - Żyję, ale coś zdrowo walnęło mnie w plecy. Boli jak skurczysyn.&lt;br /&gt;    Starszy z braci odetchnął z ulgą. Rozejrzał się dookoła. Teraz, kiedy znowu mógł trzeźwo myśleć i nic nie wpływało na jego odbiór rzeczywistości, zdał sobie sprawę, jak nieprzyjemne i wrogie było to miejsce. Krzych musiał poczuć to samo - ze zmarszczonym czołem przeczesał okolicę wzrokiem.&lt;br /&gt;    Studnia stała na pustej przestrzeni, gdzieniegdzie porosłej trawą i kilkoma rzadkimi krzakami. Za nią czerniła się nieruchoma ściana lasu. Na prawo widać było nierówne krawędzie ruin, lśniące złowrogo w świetle księżyca.&lt;br /&gt;    Najstraszniejsza była jednak sama studnia. Kamienie, z których zbudowano cembrowinę, były czarne i wydawało się, że w świetle słońca muszą być pewnie tak samo czarne jak teraz, w nocy. Na dwóch koślawych słupkach stał dach krzywo zbity z cienkich żerdzi. Sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili miał się rozpaść. Stare drewno skrzypiało z najlżejszym podmuchem wiatru.&lt;br /&gt;    I zapach. Podobny do tego, jaki Alek poczuł wcześniej tej nocy, ale, o ile to możliwe, jeszcze silniejszy: smród zgnilizny, strachu, przemocy i szaleństwa. Chłopcy mieli wrażenie, jakby odór wypływał ze studni ciemnym, niewidocznym strumieniem, obklejając skórę i ubrania śliską warstwą.&lt;br /&gt;    - Co teraz? – przerwał milczenie Krzych. Jego głos zabrzmiał głucho i słabo. – Wchodzimy?&lt;br /&gt;    - Chyba tak...&lt;br /&gt;    - Wiesz co? Chyba wolałbym wejść tam, słuchając melodii... – powiedział zrezygnowany Krzych, ale zaraz umilkł ze strachem. W powietrzu zadźwięczało kilka zagubionych nut. Wystarczyłoby małe dmuchnięcie, żeby melodia rozpaliła się na nowo. Alek syknął ze złością i przyłożył palec do nosa. Krzych zrobił przepraszającą minę i przez chwilę obaj chłopcy stali w ciszy, czekając aż znów będzie słychać tylko szum lasu i skrzypienie daszka studni.&lt;br /&gt;    Alek pochylił się ku bratu.&lt;br /&gt;    - Wolisz wejść tam jak mysz złapana w pułapkę czy raczej po cichu, niespodziewanie i z własnej woli? – szepnął.&lt;br /&gt;    - Z własnej woli – odpowiedział drżącym głosem Krzych. Alek westchnął i zmierzwił ciemne włosy młodszego brata.&lt;br /&gt;    - No to idziemy.&lt;br /&gt;    Podchodząc do studni, mieli ciągle nadzieję, że zobaczą tylko wypełnioną kamieniami dziurę, a Małgosia najprawdopodobniej śpi smacznie w swoim pokoju, nieświadoma ich nocnej wędrówki. Studnia była jednak studnią – powitała ich mrocznym otworem, wypełnionym nieprzeniknioną, cuchnącą czernią.&lt;br /&gt;    Chłopcy nachylili się nad cembrowiną, próbując bezskutecznie przebić wzrokiem ciemność. Alek przez chwilę rozważał wrzucenie do środka małego kamyka, ale myśl ta przeraziła go. Równocześnie dostrzegli zardzewiałe pręty wmurowane w kamienne ściany studni. Już wiedzieli, w jaki sposób zejdą.&lt;br /&gt;    Starszy z braci przypomniał sobie o znalezionej latarce i omiótł głębinę snopem światła. Nie zobaczył zbyt wiele. Jedynie to, że metalowe szczeble ciągną się do samego dołu, gdzie kilkanaście metrów niżej lśni mała, czarna moneta powierzchni wody. Chłopcy jeszcze raz rozejrzeli się dookoła, zatrzymując tęskny wzrok na ścieżce, którą przybyli. Alek pierwszy przełożył nogę przez krawędź cembrowiny i upewniwszy się, że metalowe pręty trzymają się mocno ściany, zaczął powoli schodzić w dół.&lt;br /&gt;    - Ostrożnie, rób wszystko powoli, nie śpieszy się – powiedział do Krzycha i jego głowa zniknęła poza krawędzią. Po sekundzie dołączył do niego drugi chłopiec.&lt;br /&gt;    Mogli przysiąc, że zejście zajęło przynajmniej godzinę. Tak naprawdę nie trwało dłużej niż kwadrans. Nie wiedzieli, czego oczekiwać. Czy nagle, ot tak, przejdą do innego świata? Czy ktoś ich tam zabierze? No a w takim przypadku, co z elementem zaskoczenia?&lt;br /&gt;    Kiedy zeszli do poziomu wody, nie stało się nic. Wisieli na przerdzewiałych stopniach nad czarną, śmierdzącą cieczą i nawet przestali czuć strach, czekając na rozwój sytuacji. W milczeniu powisieli kilka minut, spoglądając na wodę i szukając w ścianach ukrytych przejść i tuneli.&lt;br /&gt;    - Nic – stwierdził zbity z tropu Krzych.&lt;br /&gt;    - Tyle to i ja widzę.&lt;br /&gt;    - To co teraz robimy?&lt;br /&gt;    - Nie wiem. Myśl.&lt;br /&gt;    - Myślę... A może Świat w Studni nas nie chce?&lt;br /&gt;    Alek pokręcił głową.&lt;br /&gt;    - Nie ma szans. To nie o to chodzi.&lt;br /&gt;    - A o co?&lt;br /&gt;    - Pewnie, gdybyśmy wskoczyli tutaj z radością, podążając za pieśnią, wiedzielibyśmy, co zrobić. Pan Zły Szeląg już by o to zadbał.&lt;br /&gt;    Znów zapadła cisza. Usłyszeli plusk. Zdesperowana żaba próbowała nieudolnie wspiąć się na wilgotną, śliską ścianę.&lt;br /&gt;    - Pamiętasz ten wiersz-zaklęcie, który powiedziała Babcia? – spytał nieśmiało młodszy z chłopców. Alek popatrzył w górę, na stopy Krzycha.&lt;br /&gt;„Ma łeb na karku” – pomyślał z uznaniem.&lt;br /&gt;    - No tak! „Kiedy w studni zrobisz zeza, to zobaczysz światła dwa. Jedno lewe, drugie prawe, jedno znane, drugie nie”. Tylko, co to znaczy? – zmarkotniał. – No, ale próbujmy. – Chłopcy zaczęli zezować, próbując dostrzec jakieś światło.&lt;br /&gt;    - Nic z tego – westchnął po chwili Alek. – Nie działa. A u ciebie? – zapytał i podniósł głowę. Wtedy właśnie zobaczył księżyc. Kiedy schodzili w dół, przewędrował kawałek nieba i spoglądał teraz przez wąskie gardło studni bezpośrednio na nich.&lt;br /&gt;    - Hej, popatrz do góry.&lt;br /&gt;    Krzych zadarł głowę i zobaczył księżyc.&lt;br /&gt;    - To mamy światło! – Zaczął robić zeza z jeszcze większym entuzjazmem. Nic się nie stało.&lt;br /&gt;    Alek patrzył bezradnie w górę. Nagle zdrętwiała noga osunęła się ze szczebla i zanurzyła w lodowatej wodzie. Chłopiec cofnął z obrzydzeniem stopę. I wtedy zrozumiał.&lt;br /&gt;    - Chyba już wiem, co musimy zrobić – powiedział niechętnie.&lt;br /&gt;    - Tak? Co takiego?&lt;br /&gt;    - Wcale ci się nie spodoba – mruknął i nabrawszy powietrza wskoczył do wody.&lt;br /&gt;    Krzych z niedowierzaniem popatrzył na rozchodzące się po wodzie kręgi. Spojrzał jeszcze raz na księżyc i zrozumiał.&lt;br /&gt;    Po kilku sekundach jedynie ciche uderzenia fal o ściany świadczyły o tym, że przed chwilą ktoś tam był. Jedna z nich strąciła z wystającego ze ściany kamienia skazaną na śmierć żabę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Na szczęście po drugiej stronie woda była ciepła. Chłopcy wynurzyli się z niedużego, leśnego stawu, prychając i wypluwając błoto i kawałki roślin. Od razu wymacali dno w płytkiej sadzawce i z pośpiechem ruszyli do brzegu.&lt;br /&gt;    W Świecie Studni również panowała noc. Ogromny, jaskrawożółty księżyc spoglądał melancholijnym wzrokiem. Wyraźnie można było dostrzec sznury, którymi przymocowany był do bezgwiezdnego nieboskłonu. Grupka wielkich ryb o ludzkich oczach przyglądała się chłopcom nieufnie. Ryby szepnęły coś do siebie i wybuchnęły złośliwym śmiechem, po czym zniknęły pod lustrem wody.&lt;br /&gt;    Krzych i Alek zaczęli wychodzić z wody jeszcze szybciej. Na brzegu tyłem do nich siedziała mała, czarnowłosa dziewczynka. Bracia otrząsnęli się z wody i szlamu. Sprawdziwszy, że są cali i zdrowi, przenieśli wzrok na dziewczynkę, która co kilka sekund potrząsała głową, opędzając się od czegoś niewidzialnego.&lt;br /&gt;    - One mówią, że jestem nienormalna. One mówią, że jestem nienormalna. One mówią, że jestem nienormalna – powtarzała mechanicznie. Bracia popatrzyli na siebie, nie wiedząc za bardzo, co zrobić. Alek zbliżył się do dziewczynki.&lt;br /&gt;    - Przepraszam...&lt;br /&gt;    - One mówią, że jestem nienormalna. – Dziewczynka nie zwróciła na niego uwagi.&lt;br /&gt;    - Przepraszam, nazywam się Alek, a tam stoi mój brat, Krzych. Szukamy naszej siostry. Skoro tu siedzisz, to może ją widziałaś?&lt;br /&gt;    - One mówią, że jestem nienormalna – powtarzała, nie przestając rytmicznie kołysać głową.&lt;br /&gt;    Alek odwrócił się do Krzycha i pokazał bezradnie na plecy dziewczynki.&lt;br /&gt;    Chłopiec podszedł bliżej i uklęknąwszy, dotknął jej ramienia.&lt;br /&gt;    - Kto tak mówi? – zapytał cicho, mając nadzieję, że jej nie wystraszy.&lt;br /&gt;    Dziewczynka odwróciła do niego ładną, bladą twarz. Drżały jej usta i oczy były pełne łez. Wyciągnęła szyję do chłopca, który z trudem opanował się, żeby nie odsunąć twarzy.&lt;br /&gt;    - One mówią, że jestem nienormalna.&lt;br /&gt;    - Ale kto?&lt;br /&gt;    - Muchy! – krzyknęła przeraźliwie i zaczęła machać rękami. Krzych o mały włos się nie wywrócił. Zostawił dziewczynkę i wrócił do brata.&lt;br /&gt;    Spróbowali znaleźć jakieś punkty odniesienia, które odpowiadałyby miejscom w ich świecie. Jeśli staw był odbiciem jeziora, to idąc tamtą ścieżką, doszliby do ruin sierocińca. Istniało duże prawdopodobieństwo, że właśnie tam znajdą wszystkie odpowiedzi. Było to równie dobre miejsce na rozpoczęcie poszukiwań jak każde inne.&lt;br /&gt;    - Idziemy? – spytał Alek.&lt;br /&gt;    - A co z nią? – Krzych wskazał na płaczącą dziewczynkę.&lt;br /&gt;    Jakby w odpowiedzi, zza drzew wybiegło nagle kilka postaci. Wysoki, chudy mężczyzna w koloratce i sutannie, z wielkim, krzywym nosem oraz czterech grubych pielęgniarzy. Ksiądz utykał na jedną nogę i wspierał się na lasce, co jednak nie przeszkadzało mu w biegu. Łysi pielęgniarze w poszarzałych od brudu fartuchach nie mieli twarzy. Nie zwracając uwagi na chłopców, rzucili nosze na trawę i położyli na nich nieprotestującą dziewczynkę, po czym tak szybko jak się zjawili zniknęli w ciemnościach. Chłopcy, nawet gdyby chcieli, nie mieli czasu na protest. Scena rozegrała się w całkowitej ciszy.&lt;br /&gt;    - Nie podoba mi się tutaj – powiedział Krzych.&lt;br /&gt;    - Wiem.&lt;br /&gt;    - Co teraz?&lt;br /&gt;    Alek w skupieniu zmarszczył czoło.&lt;br /&gt;    - Nie wydaje ci się, że jakoś inaczej myślimy?&lt;br /&gt;    - Co?&lt;br /&gt;    - Po pierwsze spokój. Jest tutaj strasznie, wiadomo więc, że czujemy strach, ale nie aż tak, jak przed wejściem do studni.&lt;br /&gt;    Krzych spojrzał na czarną, oleistą powierzchnię stawu, w której odbijała się jaskrawa parodia księżyca, na nienaturalnie nieruchome drzewa i krzaki, na puste i martwe niebo. Miał wrażenie, jak gdyby świat ten powstał w czyjejś zapomnianej piwnicy. Powinien bać się o wiele bardziej, ale wszystko tutaj było niczym w nudnym, pokręconym śnie. Oprócz tego nie myślał już jak mały chłopiec. Wiedział i rozumiał więcej. Pamiętał. Pamiętał ostatnią rozmowę ze Złotą Kropelką.&lt;br /&gt;    - Muszę ci coś opowiedzieć – odwrócił się nagle do brata. – Coś bardzo ważnego.&lt;br /&gt;    Alek z powagą spojrzał na odmienionego Krzycha.&lt;br /&gt;    - Dawaj.&lt;br /&gt;    Krzych opowiedział o Bibliotece Światów, Opiekunach, Enapayu i Citlali.&lt;br /&gt;    Chłopiec słuchał bez słowa.&lt;br /&gt;    - Co to wszystko oznacza? – spytał w końcu, kiedy brat skończył relację. – Myślisz, że Pan Zły Szeląg to Enapay?&lt;br /&gt;    Krzych wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;    - Możliwe. Myślę, że to właśnie próbowała powiedzieć mi Złota Kropelka.&lt;br /&gt;    - No więc mamy znaleźć Pana Złego Szeląga i powiedzieć mu, że Citlali czeka na niego w jego własnym świecie, tak że może już zwinąć cyrk i wracać do siebie? To wystarczy?&lt;br /&gt;    - To już jest jakiś plan.&lt;br /&gt;    - No dobra. W którą stronę idziemy?&lt;br /&gt;    Najprostszym wyborem była ścieżka teoretycznie prowadząca do sierocińca. Tam też się skierowali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Małgosia była na balu. Pan Zły Szeląg z okazji przybycia szczególnego gościa ogłosił wielkie święto. Dzieci pomogły założyć jej śnieżnobiałą suknię i okropnie niewygodne, ciasne, czerwone pantofelki. Salą balową była stołówka sierocińca. Na długich stołach leżały tace pełne owoców, kolorowe torty, ciastka, dzbany z lemoniadą. Ciężkie, kryształowe żyrandole zalewały pomieszczenie złocistym blaskiem, który odbijał się od lśniącej, wypolerowanej posadzki. Wszystko było jak z bajki i gdyby nie fałszująca orkiestra ubranych w czarne fraki nieboszczyków o szklistych oczach, ktoś mógłby uwierzyć, że to nie koszmar, ale przyjemny, baśniowy sen. Nie tylko w muzyce czuć było fałsz. Pomimo śmiechu oraz pozornie radosnych tańców i wygłupów źrenice wszystkich dzieci rozszerzone były strachem i oczekiwaniem czegoś przerażającego. Czegoś, przy czym orkiestra podgniłych trupów była tylko niewinnym żartem. Napięcie niezauważalnie rosło i coraz częściej udające rozbawienie dzieci spoglądały z obawą na wielkie drzwi.&lt;br /&gt;    Jak do tej pory nie spotkała jeszcze Pana Złego Szeląga. Ślepy Skrzat i Psubrat przyprowadzili ją do sierocińca i z chichotem wrzucili do czarnej piwnicy. Rozpoznała ciemne cele i korytarz, którym uciekała kiedyś we śnie. Po chwili jej strażnicy wrócili i ogłosili, że Pan Zły Szeląg chciałby przywitać ją uroczystym przyjęciem. Przysyła piękną suknię i zaprasza na bal. Powiedziawszy to, zaprowadzili ją do sypialni pełnej dzieci i poinformowali, że bal rozpoczyna się za pół godziny. Tyle zajęły jej przygotowania i wkrótce zdyszana pobiegła z resztą więźniów do sali balowej. Wszystko to było tak niespodziewane i dziwaczne, że nie mogła pozbierać myśli. Najbardziej była w szoku po tym, jak Krzych i Alek zamienili się w Ślepego Skrzata i Psubrata.&lt;br /&gt;    Od tamtego momentu stała się biernym obserwatorem wydarzeń.&lt;br /&gt;    - Małgosia? – zapytał ktoś. Rozpoznała chłopca o bocianich nogach. Przywitała go bladym uśmiechem.&lt;br /&gt;    - Ostatnio nie zdążyłeś się przedstawić – powiedziała, wyciągając rękę.&lt;br /&gt;    Chłopiec odpowiedział smutnym uśmiechem.&lt;br /&gt;    - Piotrek.&lt;br /&gt;    - Piotrek? –w jednej chwili wróciła jej jasność myśli. – Jest tu więcej dzieci o takim imieniu?&lt;br /&gt;    Chłopiec wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;    - Z tego co wiem, nie.&lt;br /&gt;    Zarzuciła mu ręce na szyję. Po raz pierwszy od wejścia do studni poczuła, że coś się układa. Znalazła brata Babci!&lt;br /&gt;    Chłopiec oddał uścisk, nie rozumiejąc jednak jej radości.&lt;br /&gt;    - Po co tu przyszłaś? Ostrzegaliśmy cię.&lt;br /&gt;    - Chcę wam pomóc.&lt;br /&gt;    - Pomóc? Niby jak? Rozejrzyj się – wskazał na tańczące postacie. – Myślisz, że nie mieliśmy dosyć czasu na znalezienie drogi ucieczki? Myślisz, że zawsze byliśmy... tacy?&lt;br /&gt;    - Jacy?&lt;br /&gt;    W oczach chłopca zabłysła łza.&lt;br /&gt;    - Przerażeni i bierni.&lt;br /&gt;    Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wbiegli Psubrat, Ślepy Skrzat oraz cyrkowy klaun. Spod kolorowego makijażu przebijały plamy zgnilizny.&lt;br /&gt;    - Zgniły Klaun – szepnął Piotrek i chwycił ją mocno za rękę.&lt;br /&gt;    Upiorna trójka z ohydnym rechotem pochwyciła jednego z chłopców i wywlokła za włosy na zewnątrz. Jego krzyki ucięły zatrzaskujące się z hukiem drzwi. Po chwili orkiestra podjęła przerwaną melodię.&lt;br /&gt;    - Kim oni są? – wyszeptała zbielałymi wargami Małgosia.&lt;br /&gt;    - Nie tylko dzieci znajdują drogę do Świata Studni. Czasami wpadnie tutaj zabłąkane zwierzę, czasami jakiś dorosły postanowi skrócić sobie życie, i wtedy, jeśli Pan Zły Szeląg uzna, że może mieć z nich pożytek, trafiają tutaj jako jego świta.&lt;br /&gt;    - Co będzie z chłopcem?&lt;br /&gt;    Piotrek zagryzł usta.&lt;br /&gt;    - Wróci. Lekko odmieniony, jeszcze bardziej przerażony. Przez kilka dni albo tygodni nie będzie chciał rozmawiać. Będzie płakał więcej niż zwykle, a później wszystko wróci do normy.&lt;br /&gt;    - To straszne! – krzyknęła i nerwowo przygryzła paznokieć.&lt;br /&gt;    - Nie tak straszne, jak wtedy, gdy Pan Zły Szeląg przychodzi po ciebie osobiście.&lt;br /&gt;    Dziewczynka zaczęła zdawać sobie sprawę, że źle obliczyła ryzyko. Wiedziała, że wchodzi w coś niebezpiecznego i strasznego, ale nie podejrzewała, że będzie to coś tak... Nie! Nie mogła sobie teraz pozwolić na panikę. Musiała działać szybko.&lt;br /&gt;    - Posłuchaj. Muszę znaleźć pewnego chłopca. Albert Krztyna. Jest tutaj?&lt;br /&gt;    Piotrek popatrzył zdziwiony.&lt;br /&gt;    - Albert? Nie ma tutaj nikogo takiego.&lt;br /&gt;    Krew odpłynęła jej z twarzy.&lt;br /&gt;    - Jesteś pewny?! To był pierwszy chłopiec, który zginął w studni. Musi tutaj być.&lt;br /&gt;    - Przykro mi. Możesz być pewna, że przez te wszystkie lata zdążyliśmy się dobrze poznać.&lt;br /&gt;    Małgosi opadły ręce. Cały plan polegał na odnalezieniu Alberta. Bez tego była tak samo bezbronna i zagubiona jak reszta dzieci.&lt;br /&gt;    - Chyba, że masz na myśli Chłopca bez Imienia.&lt;br /&gt;    Poczuła przypływ nadziei.&lt;br /&gt;    - Chłopca bez Imienia?&lt;br /&gt;    - Za sierocińcem stoi stara, drewniana szopa. Mieszka tam chłopiec, z którym nie wolno nam rozmawiać.&lt;br /&gt;    - Dlaczego?&lt;br /&gt;    - Po prostu nie.&lt;br /&gt;    - Co on tam robi?&lt;br /&gt;    Piotrek wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;    - Czy ja wiem? Nic. Patrzy czasami przez okno. Nigdy nic nie mówi. Rzadko go widujemy. Nie podchodzimy do szopy, żeby Pan Zły Szeląg nie myślał, że chcemy z nim rozmawiać. Wtedy byłoby z nami krucho.&lt;br /&gt;    - A teraz jest wam dobrze?&lt;br /&gt;    Chłopiec popatrzył z jeszcze większym smutkiem.&lt;br /&gt;    - Nie oceniaj nas tak szybko, dziewczynko ze Świata Ponad. Poczekaj trochę, aż tutaj pomieszkasz.&lt;br /&gt;    Zacisnęła pięści.&lt;br /&gt;    - Nie zamierzam. Pokaż mi, gdzie jest ta szopa – powiedziała zdecydowanie. Przeczuwała, że to jej jedyna szansa. Chłopiec zawahał się, ale w końcu chwycił ją za rękę.&lt;br /&gt;    - Chodźmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wyszli ukradkiem małymi drzwiczkami od strony kuchni. Na czworakach przemknęli pomiędzy nogami milczących kucharzy i już po chwili byli na zewnątrz, pod pustym, nijakim niebem. Okna sierocińca migotały kolorowymi światłami. Stłumione tony pokracznego fokstrota wcale nie dodawały otuchy.&lt;br /&gt;    - Tędy – chłopiec pociągnął ją w kierunku małej furtki, zasłoniętej częściowo gęstym bluszczem. Kiedy stanęli przed wejściem do ogrodu, poczuła, że puścił jej dłoń. Popatrzyła pytająco.&lt;br /&gt;    - Ty nie idziesz?&lt;br /&gt;    - Nie mogę.&lt;br /&gt;    Kiwnęła na znak, że rozumie i chwyciła za klamkę.&lt;br /&gt;    - Mam wrażenie, że znam cię od dawna – powiedział.&lt;br /&gt;    Przez chwilę chciała wszystko wyznać, ale uśmiechnęła się tylko z wdzięcznością.&lt;br /&gt;    - Dziękuję za pomoc. Wracaj już.&lt;br /&gt;    Po drugiej stronie muru, na drzewie wisiał człowiek. Gruby sznur oplątywał mu nogę. Druga, ugięta w kolanie, krzyżowała się z pierwszą. Ręce zwisały bezwładnie. Twarz ukryta była w cieniu. Małgosia o mały włos nie krzyknęła. W ostatniej chwili opanowała strach i wziąwszy głęboki oddech, spróbowała przejść obok wiszącego ciała.&lt;br /&gt;    - Jesteś pewna, że chcesz tam iść?&lt;br /&gt;    Zmiękły jej nogi. Z impetem upadła na pupę. Ból zadziałał otrzeźwiająco. Wisielec okręcił się wokół własnej osi i teraz spoglądał na nią z tajemniczym uśmiechem.&lt;br /&gt;    - Eeee... Dobry wieczór – wyjąkała, podejrzliwie taksując zakręcone wąsy i krzaczaste brwi mężczyzny.&lt;br /&gt;    - Tutaj nie ma dobrych wieczorów. Jest tylko długa, niekończąca się i z pewnością niedobra noc. Pytałem, czy jesteś pewna, że chcesz tam iść.&lt;br /&gt;    Wyciągnęła szyję, żeby móc wiedzieć poza Wisielcem. Kilkanaście metrów dalej stała mała szopa.&lt;br /&gt;    - Nie mam innego pomysłu – odpowiedziała zrezygnowana. Nie wiedzieć czemu, niespodziewane spotkanie uspokoiło ją.&lt;br /&gt;    Wisielec pokręcił z dezaprobatą głową.&lt;br /&gt;    - Nie masz innego pomysłu? Myślisz, że to wystarczy?&lt;br /&gt;    - Co innego mogłabym zrobić?&lt;br /&gt;    - Nie mówię, że twój pomysł jest zły. Jednak dobrze by było, gdybyś okazała trochę więcej przekonania i wiary we własne siły. Tam gdzie idziesz – wskazał na szopę za swoimi plecami – znajdziesz rzeczy gorsze niż wszystko, co widziałaś do tej pory. Dlatego pytam, czy naprawdę chcesz tam iść. Żeby stawić czoła prawdziwym demonom, nie możemy być gotowi tylko w połowie ani nie wolno zdawać się nam na łut szczęścia. Musimy być pewni.&lt;br /&gt;    Westchnęła.&lt;br /&gt;    - Nie jestem już niczego pewna. Przyszłam tutaj, żeby uratować te wszystkie dzieci. Czułam, że to jest moją misją - dlatego miałam te wszystkie sny, dlatego znalazłam notatnik. Myślałam, że znajdę rozwiązanie w trakcie, jak to bywa w filmach, że ktoś mi pomoże, że odkryję tajemnicę, dzięki której wszystko stanie się proste, że... Miałam nadzieję, że nie będę sama. – Wtuliła głowę w kolana, powstrzymując łzy.&lt;br /&gt;    Wisielec nie przestawał się uśmiechać.&lt;br /&gt;    - Podjęłaś duże ryzyko. Nie znam wielu osób, które byłyby w stanie zrobić coś takiego. To nie świadczy tylko o głupocie. Myślę, że twoja lekkomyślność osiągnęła stadium bohaterskości. A ile jedenastoletnich dziewczynek zostaje bohaterami?&lt;br /&gt;    - Kim jesteś? – spytała.&lt;br /&gt;    - Nikim. Gościem w tej opowieści.&lt;br /&gt;    - Gościem? Skąd?&lt;br /&gt;    - Z innej opowieści. – Wisielec mrugnął do niej ciepło.&lt;br /&gt;    - Aha – nic nie rozumiała.&lt;br /&gt;    - Porozmawialiśmy, ale teraz już czas na ciebie. On planuje potańczyć. Co będzie, jeśli nie zastanie tam honorowego gościa? Musisz się śpieszyć.&lt;br /&gt;    Wstała i otrzepała sukienkę z ziemi i trawy.&lt;br /&gt;    - Dziękuję.&lt;br /&gt;    - Nie masz za co dziękować. Nic nie zrobiłem. To ty jesteś bohaterką wieczoru.&lt;br /&gt;    Ukłoniła się i minąwszy swojego rozmówcę, ruszyła z pośpiechem w kierunku drewnianej szopy. Gdy już była przy samych drzwiach, zerknęła za siebie, ale nie zobaczyła nikogo. Jedynym wisielcem był koślawy, smutny księżyc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Zapukała lekko do drzwi. Nikt nie odpowiedział.&lt;br /&gt;    - Albercie, Albercie – zawołała cicho, zbliżywszy usta do dziurki od klucza. Nic. W końcu nacisnęła ostrożnie klamkę. Drzwi otworzyły się bezgłośnie. W środku na skrzyni z narzędziami siedział dwunastoletni na oko chłopiec. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem.&lt;br /&gt;    Zamknęła drzwi. Powoli podeszła bliżej. Chłopiec miał ładną, harmonijną twarz i długie brązowe włosy. Najbardziej zafascynowały ją jego ciemnoniebieskie, wielkie oczy, w których zobaczyła tyle smutku i cierpienia, że nie była w stanie się opanować. Objęła go z całych sił.&lt;br /&gt;    - Już dobrze. Już się nie bój. Wszystko będzie dobrze – mówiła, głaszcząc go po głowie. Kiedy udało się jej trochę opanować, chwyciła go za ramiona i powiedziała zdecydowanie:&lt;br /&gt;    - Musisz mi wszystko o sobie opowiedzieć. Wszystko, co tylko pamiętasz i wiesz.&lt;br /&gt;    Chłopiec milczał, patrząc bez słowa w pustkę. Małgosia zdała sobie sprawę, że ściska go zbyt mocno. Zdjęła dłonie z jego ramion i usiadła obok. No to pięknie. Siedziała w starej szopie, w koszmarnej krainie rządzonej przez nieśmiertelnego psychopatę, a jedyny klucz do rozwiązania całej tej łamigłówki okazał się albo niemy, albo tak bardzo zraniony, że stracił zdolność porozumiewania. Małgosia pomyślała o śpiących w domu braciach i coraz bardziej zaczęło ją boleć w środku. Zostanie tutaj już na zawsze i tak jak Piotrek zgubił Babcię, tak ona już nigdy nie zobaczy Krzycha i Alka.&lt;br /&gt;    Wzdrygnęła się, kiedy dłoń chłopca dotknęła jej ręki. Podniosła głowę i popatrzyła z nową nadzieją w oczy Alberta. Wielkie, niebieskie, smutne i głębokie. Zaczęła w nie wpadać, tonąć w błękicie, zatracać siebie. Przemknęło jej jeszcze przez głowę, że to może być nowa sztuczka Pana Złego Szeląga, a po chwili już nie istniała. Była Albertem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Lato 1908 roku. Panna Krystyna Matuszewska stała na schodach i uderzała w nieduży mosiężny dzwon, zawieszony na białej desce, przybitej nad gankiem. „Obiad! Obiad!” – wołała wysoka, niemłoda już kobieta. Chłopcy i dziewczęta z ociąganiem porzucili swoje zajęcia i posłusznie ruszyli w stronę budynku. Nie wszyscy.&lt;br /&gt;    - Cicho – Albert syknął do przyjaciela, z trudnością powstrzymując śmiech.&lt;br /&gt;    - Jestem cicho, to ty się zamknij – szepnął dwunastoletni blondyn o zadziornym wyrazie twarzy. Leżeli w krzakach poza dziedzińcem sierocińca, ale nie na tyle daleko, żeby nie widzieć Panny Krystyny i nie słyszeć dźwięku dzwonu. Wychowawczyni liczyła wchodzące do budynku dzieci. Kiedy ostatnie weszło do środka, spojrzała na pusty plac, a następnie pokręciła z dezaprobatą głową, wzruszyła ramionami i weszła do domu.&lt;br /&gt;    Chłopcy otrzepali się z trawy i poklepali po ramionach.&lt;br /&gt;    - No to co? Biegniemy? – zapytał Albert. – Kto ostatni przy jeziorze, ten jest osioł i ciamajda. – Nie czekając, puścił się sprintem przez las. Zbyszek zawył jak wilk i ze śmiechem rzucił się w pogoń za przyjacielem. Wiedział, że i tak wygra wyścig. Albert miał gadane, ale od biegania to był on.&lt;br /&gt;    Po kilku minutach byli na brzegu jeziora. Zrzucili ubrania i dziko wrzeszcząc, wskoczyli na golasa do ogrzanej sierpniowym słońcem wody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wieczór, kilka dni później. Albert, trzymając się za tyłek wszedł wolnym krokiem do sypialni. Próbował usiąść na łóżku, ale dół pleców bolał zbyt mocno. Położył się więc na brzuchu i odwrócił twarzą do ściany. Kilku chłopców szepnęło coś do siebie i wybuchnęło śmiechem. Zbyszek popatrzył na nich groźnie.&lt;br /&gt;    - Chce któryś w zęby?&lt;br /&gt;    Chłopcy zerknęli z niechęcią, ale nie zareagowali na zaczepkę. Wyszli z pokoju.&lt;br /&gt;    Zbyszek podszedł do przyjaciela i usiadł obok na krześle. Przez chwilę milczał, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę.&lt;br /&gt;    - Boli?&lt;br /&gt;    Odpowiedziała cisza.&lt;br /&gt;    - Przepraszam. Mój pomysł, moja wina.&lt;br /&gt;    Leżący chłopiec odwrócił się i po chwili poważnego milczenia szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz. Mrugnął.&lt;br /&gt;    - Miałeś stracha, że cię wsypię?&lt;br /&gt;    - Ani trochę.&lt;br /&gt;    - Ani odrobinkę? Myślałeś, że wezmę na siebie całą winę i nadstawię dupę na dwadzieścia pasów?&lt;br /&gt;    - No. Tak myślałem.&lt;br /&gt;    Uśmiech nabrał jeszcze większego blasku.&lt;br /&gt;    - To miałeś kompletną rację skurczybyku – wyciągnął rękę do przyjaciela. – Jak zawsze.&lt;br /&gt;    Zbyszek uścisnął dłoń.&lt;br /&gt;    - Jednak następnym razem sam się włamujesz do stróżówki. Ja już dostałem nauczkę.&lt;br /&gt;    - Masz to jak w banku – odpowiedział Zbyszek i jeszcze mocniej ścisnął jego dłoń.&lt;br /&gt;    - Ale pocztówki masz?&lt;br /&gt;    Chłopiec nachylił się konspiracyjnie nad przyjacielem i sięgnął za pazuchę.&lt;br /&gt;    - A co myślałeś? – powiedział i podał przyjacielowi plik wymiętych zdjęć, z których uwodzicielsko patrzyły nagie, uśmiechnięte dziewczęta o pełnych kształtach. Albert popatrzył z rozmarzeniem na skradzioną stróżowi kolekcję.&lt;br /&gt;    - Wiesz, że już mnie nie boli?&lt;br /&gt;    Głośny śmiech wypełnił echem korytarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    14 wrzesień, 1908, noc. Obudziło go skrzypienie otwieranych drzwi. Spod półprzymkniętych powiek zobaczył wysoką postać w płaszczu, trzymającą w ręce świeczkę. Mężczyzna rozglądał się przez chwilę po ciemnej sali, aż wreszcie ruszył w jego stronę. Chłopiec zmrużył powieki jeszcze bardziej. W tej chwili chciał nie istnieć. Czujnie obserwował cień, który w końcu zatrzymał się obok jego łóżka. „Nie, nie, nie ja, nie” – prosił w duchu. Cień zawahał się. W końcu wybrał łóżko obok.&lt;br /&gt;    - Wstawaj  - szepnął mężczyzna do śpiącego chłopca. Rozespany, najpierw nie rozumiał, co się dzieje, ale już po sekundzie rozpoznał twarz gościa. – Wstawaj, mówię. Idziemy.&lt;br /&gt;    - Nie chcę – odpowiedział cicho Zbyszek. – Proszę mnie zostawić – w drżącym głosie brzmiał strach i wstręt.&lt;br /&gt;    Mężczyzna położył mu dłoń na głowie.&lt;br /&gt;    - Nie bój się. Zaraz będziesz z powrotem. Chciałem tylko porozmawiać.&lt;br /&gt;    Zbyszek posłusznie wstał i podreptał na bosaka za mężczyzną w płaszczu, cicho zamykając za sobą drzwi.&lt;br /&gt;    Albert, żeby zdusić krzyk, wsadził sobie w usta poduszkę. Nienawidził siebie. Kiedy mężczyzna schylił się nad łóżkiem przyjaciela, poczuł ulgę.&lt;br /&gt;    Po godzinie ktoś znowu otworzył drzwi. Zgarbiony chłopiec szybko przeszedł przez ciemny pokój i cicho wczołgał się pod kołdrę. Albert czekał na jakiś dźwięk, choćby szloch, który dałby mu pretekst do odezwania się, ale Zbyszek leżał w całkowitej ciszy. Albert był pewny, że nie śpi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Następnego ranka ukradł z kuchni nóż i ukrył go w szopie, za głównym budynkiem sierocińca. Teraz pozostawało jedynie czekać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    12 listopad, 1908, noc. Pan Anatol znów przyszedł w odwiedziny. Jak zwykle stanął w drzwiach, smakując poczucie władzy, po czym bez pośpiechu podszedł do jego łóżka.&lt;br /&gt;    - Wstawaj – powiedział szeptem, szarpiąc go za ramię. Chłopiec udał, że budzi się ze snu. Popatrzył błagalnie w czerwone oczy mężczyzny. Słyszał, jak ciężko dyszy.&lt;br /&gt;    - Proszę, niech pan weźmie kogoś innego – wiedział, że skurwysyn to lubi.&lt;br /&gt;    - Co się głupio boisz? Wszystko będzie dobrze.&lt;br /&gt;    Albert zaczął wstawać z łóżka, kiedy nagle usłyszał znajomy głos.&lt;br /&gt;    - Zostaw go, gnoju – Zbyszek z zaciśniętymi pięściami stał obok zaskoczonego mężczyzny.&lt;br /&gt;    „Nie teraz, nie dziś w nocy” – jęknął w myślach Albert.&lt;br /&gt;    - Kładź się, i to już – pan Anatol w kilka sekund zdążył opanować nerwy.&lt;br /&gt;    - Powiedziałem, żebyś go zostawił – chłopiec uniósł pięść.&lt;br /&gt;    Uderzenie było tak silne, że upadł na podłogę, nie wydając ani jednego jęku. Mężczyzna chciał poprawić kopniakiem, ale Albert chwycił go za połę płaszcza.&lt;br /&gt;    - Proszę nic mu nie robić. Ja z panem pójdę, tylko proszę go zostawić.&lt;br /&gt;    Dyrektor popatrzył na leżącego chłopca.&lt;br /&gt;    - Chodźmy.&lt;br /&gt;    Posłusznie poszedł za mężczyzną. Próbował dotrzymać mu kroku. Przeszli przez korytarz, jadalnię, kuchnię, następnie skierowali się w stronę małej furtki. Chłopiec wiedział, dokąd zmierzają. Właśnie tam schował nóż.&lt;br /&gt;    Doszli do szopy.&lt;br /&gt;    - Rozbierz się – rozkazał mężczyzna, rozpinając równocześnie pasek od spodni. Dyszał coraz głośniej. Chłopiec opuścił majtki do kostek i oparł się o stare biurko. Powoli sięgnął w prawo, gdzie w szufladzie leżał ukryta broń.&lt;br /&gt;    Ostrożnie wymacał gałkę i uważając, żeby nie wzbudzić podejrzeń, powoli ją otworzył. Wsunął do środka dłoń. Nie widział, co robi stojący za nim mężczyzna, ale nagle poczuł na plecach jego dłonie, popychające go lekko do przodu. „Gdzie ten zasrany nóż?” – pomyślał chłopiec, przesuwając w panice ręką po dnie pustej szuflady.&lt;br /&gt;    Porzucając wszystkie pozory spojrzał w bok. Włożył rękę nie tam, gdzie trzeba! Poczuł napierające na siebie ciało Pana Anatola i coraz większy ból. Jednym ruchem otworzył właściwą szufladę i chwycił za rękojeść noża. Był duży i ciężki. Używano go do wykrawania mięsa z tusz wołowych. Zawahał się tylko przez sekundę.&lt;br /&gt;    A później z całej siły pchnął za siebie, celując w brzuch. Poczuł jak ostrze wchodzi głęboko, głębiej niż oczekiwał. Na wszelki wypadek wyszarpnął nóż z ciała. Nie chciał stracić broni. Przynajmniej dopóki nie upewni się, że ten skurwysyn zdechł.&lt;br /&gt;    - Kurwa, kurwa – jęknął mężczyzna, chwytając się za prawy bok. – Co ty, kurwa, zrobiłeś... – Jego nogi zaplątały się w opuszczone spodnie i runął na plecy, przeklinając i plując krwią.&lt;br /&gt;    Chłopiec wciągnął z powrotem majtki i spodnie od piżamy. Podszedł powoli do wijącego się w trocinach i kurzu mężczyzny. Wokół niego szybko rosła kałuża krwi. Popatrzył przez chwilę, zastanawiając się chłodno, czy musi dokończyć dzieła, czy już raczej po wszystkim.&lt;br /&gt;    - Pomóż mi... – wycharczał dyrektor. Z każdym oddechem w kącikach jego ust pojawiały się czerwone bąbelki powietrza. Chłopiec obserwował go jeszcze przez chwilę, a później bez słowa podszedł bliżej, uważając, żeby nie znaleźć się w zasięgu rąk mężczyzny.&lt;br /&gt;    Stanął za nim, chwycił go za włosy, szarpnął do góry, odsłaniając szyję i kilkoma szybkimi ruchami poderżnął gardło. Oczy mężczyzny szybko zaszły mgłą. Uderzył jeszcze kilka razy rękami o podłogę, próbując się czegoś chwycić, aż w końcu znieruchomiał. Krew płynąca z brzucha i gardła szybko uciekała pomiędzy nierówne deski podłogi.&lt;br /&gt;    Chłopiec, ciągle trzymając w dłoni nóż, patrzył chłodno na nieruchome zwłoki. Po chwili jednak do jego pustych oczu zaczęło wracać życie. Ze wstrętem wypuścił nóż i wytarł ręce o spodnie i koszulkę. Wydawało się, że zaraz zemdleje. Żołądek podszedł mu do gardła. Wybiegł na zewnątrz i zwymiotował. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje.&lt;br /&gt;    Noc była ciemna. Ciężkie, listopadowe chmury nie pozwalały przebić się światłu księżyca ani gwiazd. To dobrze. Pragnął ciemności. Chciał się schować. Schować tak głęboko, że nikt by go nigdy nie znalazł. Okno szopy migotało nikłym odbiciem świecy. Chłopiec zwymiotował jeszcze raz i szlochając, pobiegł do głównego budynku. Przez chwilę zawahał się przed drzwiami sypialni. Dusiły go łzy.&lt;br /&gt;    Może gdyby poszedł spać, rano wszystko byłoby już dobrze? Może to był tylko zły sen, który opowie rano Zbyszkowi... Pohamował płacz i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę głównego wyjścia. Choć noc była wyjątkowo czarna, chłopiec dokładnie wiedział, w którą stronę iść. Wydawało mu się w ciemności, że miejsce, do którego zmierza, cicho woła, zapraszając do ciepłej kryjówki.&lt;br /&gt;    Po chwili był już przy studni. Usiadł na cembrowinie, przełożył przez krawędź obie nogi, popatrzył jeszcze raz w stronę sierocińca, ale nie zobaczył nic oprócz ciemności i mgły. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy wołający go głos. „Zbyszek?” – pomyślał, ale wiedział, że to tylko złudzenie. Potrząsnął głową i popatrzył w dół. To była prawdziwa, gęsta czerń. Tutaj nikt go nigdy nie znajdzie. I skoczył.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Boże, Boże... – Małgosia chwytała łapczywie powietrze, zataczając się i próbując utrzymać równowagę. Upadła na bok i zwymiotowała. Niebieskooki chłopiec ciągle siedział nieruchomo na skrzyni i patrzył bez słowa.&lt;br /&gt;    Dziewczynka nie mogła opanować drżenia. Miała wrażenie, jakby świat rozsypywał się na kawałki, które coraz bardziej przygniatały ją do podłogi.&lt;br /&gt;    Teraz miała pewność, że jej pomysł i odwaga były jedynie owocem dziecinnego romantyzmu i czytania zbyt wielu książek. Nic, co do tej pory przeżyła, nie przygotowało ją na tę noc.&lt;br /&gt;    - Nadchodzi – powiedział chłopiec.&lt;br /&gt;    Jego głos podziałał jak kubeł zimnej wody. Przestała drżeć i szlochać. Podniosła się na kolana.&lt;br /&gt;    - Co powiedziałeś?&lt;br /&gt;    Chłopiec nachylił się lekko w jej stronę.&lt;br /&gt;    - Powiedziałem, że nadchodzi.&lt;br /&gt;    Spojrzała na drzwi. Powietrze wypełniła elektryczność. Znów nie mogła oddychać. Chwyciła chłopca za rękę i pociągnęła.&lt;br /&gt;    - Musimy uciekać. Wstawaj! – Albert nawet nie drgnął. Patrzył spokojnie przed siebie. W kącikach jego ust dostrzegła nieznaczny uśmiech.&lt;br /&gt;    - Słuchaj – powiedziała, siląc się na spokój. – Wiem, że spotkały cię straszne rzeczy - wzdrygnęła się, strząsając wspomnienia – i chcę ci pomóc. Teraz jednak musimy uciekać. Musisz stąd wyjść...&lt;br /&gt;    - On już tu jest.&lt;br /&gt;    Strach i ciemność niczym szary dym wsączały się do środka przez szpary w ścianach i podłodze.&lt;br /&gt;    - Jeszcze nie. Jeszcze możemy uciec! – desperacko szarpała go za dłoń.&lt;br /&gt;    - Za późno.&lt;br /&gt;    Pociągnęła go z całej siły, zapierając się stopami.&lt;br /&gt;    - Wstawaj!&lt;br /&gt;    - Chrum, chrum – powiedział Albert. Dziewczynka puściła dłoń. Na skrzyni siedział ogromny, tłusty mężczyzna o twarzy rozpieszczonego dziecka. Grube policzki unosiły się w parodii uśmiechu. Wbił w nią zimne, małe oczka szaleńca. Cofnęła się o kilka kroków. Mężczyzna wstał ze skrzyni. Głową prawie dotykał sufitu. Z jego gardła wydobył się koszmarny bulgot. Pan Zły Szeląg się śmiał.&lt;br /&gt;    - Dobry wieczór, mała dziewczynko.&lt;br /&gt;    - Dobry wieczór – szepnęła.&lt;br /&gt;    - Wreszcie cię spotkałem. Czekałem baaardzo długo. – Zachichotał i zrobił krok do przodu. Cofnęła się jeszcze bardziej, plecami dotykając już prawie drzwi.&lt;br /&gt;    - Dlaczego ja?&lt;br /&gt;    Uśmiech zniknał z twarzy Pana Złego Szeląga. Wydawało się, że cały świat jęczy z przerażenia. Potwór wyciągnął palec.&lt;br /&gt;    - Poznałem kiedyś dziewczynkę bardzo do ciebie podobną. Prawie jak dwie krople wody – w jego głosie słychać było groźbę. – Bardzo ją polubiłem, choć znaliśmy się niedługo. Bardzo niedługo...&lt;br /&gt;    Wstrzymała oddech.&lt;br /&gt;    - Nie ciekawi cię, dlaczego znaliśmy się niedługo?&lt;br /&gt;    Nie mogła wydusić ani słowa. Przytaknęła tylko głową.&lt;br /&gt;    - Bo ta mała kurwa uciekła! – wrzasnął Pan Zły Szeląg i wyciągnąwszy przed siebie ręce, skoczył w jej kierunku. Wystarczył jeden ruch, żeby otworzyć drzwi.&lt;br /&gt;    Dziewczynka wypadła na zewnątrz. Przez chwilę sądziła, że straci równowagę. To byłby jej koniec. Zachwiała się lekko. Zaczęła biec. Nigdy jeszcze nie pędziła tak szybko, choć długa suknia krępowała jej ruchy. Że też nie wpadła na to, żeby zrzucić ją, zanim weszła do szopy. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że tutaj, wcześniej czy później, będzie musiała przed czymś uciekać.&lt;br /&gt;    Obejrzała się dopiero, kiedy dobiegła do furtki. Pan Zły Szeląg, pomimo tuszy, sunął wielkimi susami. Stracił wszelkie pozory człowieczeństwa. Wyglądał niczym ruchliwy, gigantyczny pająk, opętany szałem. Do tego krzyczał. Małgosia nie była w stanie wyłowić słów z jego chaotycznego bełkotu.&lt;br /&gt;    Przebiegła przez furtkę, dopadła drzwi prowadzących do kuchni i opuściła metalową zasuwę, choć była prawie pewna, że to nie ma sensu. Pan Zły Szeląg był gospodarzem tego świata. To tak jakby próbowała schować się przed diabłem w samym środku piekła. Omiotła wzrokiem kuchnię, teraz pustą i ciemną. Kucharze, wyglądający jak gumowe lalki, z których ktoś wypuścił powietrze, wisieli nieruchomo na wbitych w ścianę hakach, obok patelni, chochel i noży. Ktoś cicho zapukał w drzwi.&lt;br /&gt;    - Dziewczynko ze Świata Ponad, otwórz.&lt;br /&gt;    Tak bezszelestnie jak to możliwe szła w stronę wyjścia, nie zwracając uwagi na drżący i płaczliwy głos Alberta.&lt;br /&gt;    - Proszę, otwórz. Boję się... Pan Zły Szeląg więzi mnie tutaj już tak długo... Ja tylko chciałem się schować... Chciałem tylko odpocząć w ciemności...&lt;br /&gt;    Dotarła w końcu do drzwi od jadalni, która jeszcze niedawno była salą balową. Gruba warstwa kurzu pokrywała meble i stoły. Nadgryzione kawałki ciasta i owoce zarosły pleśnią. Po podłodze walały się brudne szmaty. Weszła do środka i zamknęła cicho drzwi, które stłumiły głos Pana Złego Szeląga.&lt;br /&gt;    Co teraz? Cały plan opierał się na odszukaniu Alberta Krztyny. Teraz, kiedy go znalazła, okazało się, że fakt ten nie zmienił nic a nic w całej sytuacji. Ciągle nie miała pojęcia, jak uwolnić dzieci. Musiała przyznać, że w tym momencie coraz bardziej myśli o tym, czy da radę uratować chociaż siebie. Znajdowała się w samym środku koszmaru dwunastoletniego chłopca, który od dziewięćdziesięciu lat nie mógł się obudzić.&lt;br /&gt;    - Małgosia – usłyszała ciche wołanie. Przy wejściu stał Piotrek i machał ręką. – Szybko.&lt;br /&gt;    Nie zastanawiając się, pobiegła do chłopca. Pociągnął ją na zewnątrz. Na dziedzińcu stały wszystkie dzieci. Zobaczyła wpatrzone w siebie blade twarze i rozszerzone strachem oczy. Jej serce zaczęło bić jeszcze mocniej. Pomiędzy dziećmi rozpoznała dwie twarze.&lt;br /&gt;    - Krzych? Alek? To naprawdę wy?&lt;br /&gt;    Chłopcy z uśmiechem podeszli do siostry i rzucili się jej na szyję. Przycisnęła ich mocno do siebie. Najpierw poczuła ulgę. Później przypomniała sobie, że tego właśnie chciała uniknąć.&lt;br /&gt;    - Jesteście tu naprawdę czy tylko we śnie?&lt;br /&gt;    - Jak najbardziej naprawdę.&lt;br /&gt;    - Ale skąd...?&lt;br /&gt;    Piotrek wskazał na coś za ich plecami.&lt;br /&gt;    - Myślę, że nie mamy czasu na wyjaśnienia.&lt;br /&gt;    Dzieci odwróciły się powoli. W drzwiach stał Pan Zły Szeląg. Jeśli kiedykolwiek było w nim coś z człowieka, teraz nie został po tym ślad. Czerwony, drżący dyszał ciężko, a po brodzie ściekała mu strużka śliny. Oczy miał szeroko otwarte. Tak szeroko, że wydawało się, jakby zaraz miały wyskoczyć z orbit. Krótkie, grube ręce wisiały bezwładnie po bokach.&lt;br /&gt;    - Dlaczego nie jesteście na balu? – zapytał bełkotliwie. Dzieci zrobiły krok do tyłu. – Dzisiaj mieliśmy wszyscy tańczyć. Dlaczego tutaj stoimy? Wyszłyście nakarmić lwy czy coś? Ja się wysilam, zamawiam orkiestrę, najlepszych kucharzy, a wy sobie stoicie, jak gdyby nigdy nic? – głos Pana Złego Szeląga zaczął wchodzić w coraz wyższe, histeryczne rejestry. – Nie interesuje was nawet niespodzianka, jaką przygotowałem? Macie to wszystko w dupie, co?&lt;br /&gt;    - Interesuje – powiedziała cicho jedna z dziewczynek, powstrzymując płacz.&lt;br /&gt;    - Tak? To podejdź bliżej.&lt;br /&gt;    Mała, jasnowłosa dziewczynka oddzieliła się od grupki dzieci i nieśmiało weszła po schodach..&lt;br /&gt;    - Niespodziankę miałem. O, patrzcie! - wysypał z kieszeni garść wyrzeźbionych z drewna zwierząt. – Sam, kurwa, strugałem. Całą noc strugałem wam zabawki, a wy tak mi się odwdzięczacie? – na czerwonej, nalanej twarzy pojawiły się łzy. Mała dziewczynka podniosła ze schodów drewnianego konika, wysłała Panu Złemu Szelągowi blady uśmiech i zaczęła powoli schodzić po schodach. Wszyscy stali w bezruchu, czekając na rozwój wypadków.&lt;br /&gt;    - Czekaj. – Dziewczynka stanęła posłusznie. – Nie było balu, nie będzie żadnej niespodzianki. – Błyskawicznym ruchem chwycił ją za rękę i rzucił z całej siły o ścianę. Głuchy dźwięk uderzającego o mur ciała i trzask łamanych kości otrzeźwił Małgosię. Chwyciła za ręce sparaliżowanych przerażeniem braci.&lt;br /&gt;    - Uciekamy.&lt;br /&gt;    - Nie zdążymy dobiec do stawu – szepnął Alek.&lt;br /&gt;    Małgosia myślała gorączkowo.&lt;br /&gt;    - Biegnijcie do studni – powiedział cicho Piotrek.&lt;br /&gt;    Trójka rodzeństwa popatrzyła na niego i na siebie. To mogło być wyjście.&lt;br /&gt;    - Czekajcie – powiedział Krzych i zanim zdążyła go powstrzymać, wysunął się do przodu,.&lt;br /&gt;    - Citlali ciągle na ciebie czeka! – zawołał.&lt;br /&gt;    Myślała, że już nic jej nie może zdziwić ani przestraszyć. Wszystkie oczy spoczęły na chłopcu. Krzych rozejrzał się niepewnie dookoła i zawołał jeszcze głośniej:&lt;br /&gt;    - Wracaj do Citlali!&lt;br /&gt;    Strużka śliny cieknąca z ust Pana Złego Szeląga zmieniła się w mały strumyk, który po chwili przeszedł w erupcję gęstej piany. Krzych spróbował z powrotem zniknąć w tłumie.&lt;br /&gt;    - Teraz możemy już biec – powiedział, kiedy zrównał się z Małgosią i Kłopotkiem.&lt;br /&gt;    No i pobiegli. Pod ścianą lasu widać było znajomą kamienną cembrowinę. Jeszcze tylko kilka kroków... Małgosia popatrzyła za siebie i z zaskoczeniem stwierdziła, że nikt ich nie ściga. Dzieci ciągle stały u podstawy schodów. Pan Zły Szeląg siedział na stopniach. Na jego kolanach leżało ciało jasnowłosej dziewczynki. Ciężko było stwierdzić coś z tej odległości, ale Małgosia miała wrażenie, że Panem Złym Szelągiem wstrząsa szloch.&lt;br /&gt;    - Co się stało? To dzięki tobie? – spytała Krzycha.&lt;br /&gt;    - Nie mam pojęcia.&lt;br /&gt;   - Citlali?&lt;br /&gt;    - Z tego co wiem, to ukochana Pana Złego Szeląga, który tak naprawdę ma na imię Enapay i pochodzi z innego świata.&lt;br /&gt;    - Co? - potrząsnęła głową. – O czym ty mówisz? Pan Zły Szeląg to Albert Krztyna – pierwszy z zaginionych w studni chłopców.&lt;br /&gt;    Krzych podrapał się po głowie.&lt;br /&gt;    - Kiedy już z tego wyjdziemy, będziemy musieli porównać swoje wersje tej historii.&lt;br /&gt;    - Słuchajcie – przerwał im Alek, wskazując w kierunku, z którego właśnie przybiegli. – Wydaje się, że nasz przyjaciel doszedł do siebie. Może lepiej zacznijmy już włazić do tej studni, jeśli chcemy kiedyś opowiedzieć sobie cokolwiek.&lt;br /&gt;    Zanim obejrzeli się za siebie, usłyszeli zwierzęcy ryk. Pan Zły Szeląg pędził jak szarżujący byk, wymachując tłustymi ramionami.&lt;br /&gt;    Dzieci podbiegły do studni.&lt;br /&gt;    - Nie da się zejść! – zawołał Krzych. Gładkie, opadające w czerń ściany bezdyskusyjnie potwierdzały jego słowa. W tym świecie nikt nie wpadł na zbudowanie drabiny.&lt;br /&gt;    - Nie wiem jak wy, ale ja nie planuję tutaj zostać – powiedział zdecydowanie Alek i przełożył nogę poza krawędź ściany. – Musimy skakać – kiwnął ponaglająco na brata. – Chodź, nie bój się. Pomogę ci.&lt;br /&gt;    Najpierw wrzucili do studni opierającego się Krzycha, zaraz po nim wskoczył Alek i w ostatniej chwili, kiedy tłuste łapsko Pana Złego Szeląga już miało złapać ją za ramię, w czarną nicość rzuciła się Małgosia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Od razu wiedzieli, że nie wrócili do domu. Słońce zachodziło nad wzgórzami porośniętymi oliwnymi gajami. W jego pomarańczowym, delikatnym blasku rzadkie krzewy i białe kamienie kładły długie cienie. Poniżej, w dolinie, widać było nieduże miasteczko z białymi budynkami o czerwonych dachach. Małgosi przypomniało się zdjęcie z Hiszpanii, które widziała w jakimś czasopiśmie. Dzieci rozejrzały się dookoła, stojąc po kolana w basenie wyłożonym różowym marmurem.&lt;br /&gt;    - No to pięknie – jęknęła. - Teraz jesteśmy jeszcze dalej od domu.&lt;br /&gt;    - Przynajmniej nie depcze nam po piętach potwór z koszmarów – mruknął Alek i zaczął wychodzić z basenu.&lt;br /&gt;    Krzych milczał. Miał wrażenie, że już gdzieś widział to miejsce.&lt;br /&gt;    - Idziesz? – Małgosia popchnęła go lekko w stronę brzegu. Po chwili cała trójka stała na suchym tarasie, spoglądając w dół na miasto i wzgórza.&lt;br /&gt;    - Mamy plan B? – próbował zażartować Alek.&lt;br /&gt;    Przez moment panowała cisza.&lt;br /&gt;    - Może mamy – zaskoczył wszystkich Krzych. - Poznajcie pana Enapaya – wskazał nieruchomą postać siedzącą na fotelu lekko zasłoniętym zaroślami. Nie czekając na reakcję, dziarsko pomaszerował w jego kierunku.&lt;br /&gt;    - Może to jednak naprawdę jest sen – mruknęła Małgosia i razem z Kłopotkiem podążyli za uśmiechniętym chłopcem.&lt;br /&gt;    Mężczyzna drzemał w uplecionym z wikliny fotelu. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat, choć włosy miał prawie całkowicie siwe. Jego skóra była ciemnooliwkowa. Głowa opadała mu na pierś. Głośno chrapał. Obok niego, na stoliku z kamienia, stał gliniany dzban i nieduży, również gliniany kubek.&lt;br /&gt;    - Proszę pana, proszę pana – powiedział Krzych, szarpiąc go za rękaw. Mężczyzna próbował wyrwać rękę i odwrócić się w drugą stronę, ale chłopiec nie puszczał. Wreszcie odkaszlnął ślinę, splunął i podniósł zapuchnięte oczy na niego, a później na resztę gości.&lt;br /&gt;    - A wy co za jedni?&lt;br /&gt;    - Pan Enapay?&lt;br /&gt;    Wyraźnie skacowany mężczyzna popatrzył spod oka.&lt;br /&gt;    - A kto pyta?&lt;br /&gt;    Chłopiec wyciągnął rękę.&lt;br /&gt;    - Krzych, a to moja siostra Małgosia i Alek – starszy brat.&lt;br /&gt;    Mężczyzna z wahaniem wyciągnął dłoń.&lt;br /&gt;    - Tak, jestem Enapay. Wybaczcie, nie miewam tutaj wielu gości. Ludzie z miasta nie odwiedzają mnie zbyt często. – Znów splunął. – Chodzą plotki, że trochę mi odbiło, tak że sami rozumiecie – wzruszył ze smutkiem ramionami.&lt;br /&gt;Dzieci przytaknęły współczująco. Enapay sięgnął po dzban i kubek. Kwaśny zapach wypełnił wieczorne powietrze. Mężczyzna zrobił przepraszającą minę.&lt;br /&gt;    - Wybaczcie. Ostatnio jakość wina zeszła tu na psy. Kiedyś pachniało owocami, wiatrem i słońcem, teraz mam wrażenie, jakbym pił ocet. – Na potwierdzenie tych słów skrzywił się niemiłosiernie po długim łyku. Nie udało mu się powstrzymać beknięcia.&lt;br /&gt;    - No więc co was do mnie sprowadza, moi mili?&lt;br /&gt;    Małgosia i Alek przenieśli wzrok na Krzycha. Teraz on był mistrzem ceremonii.&lt;br /&gt;    - Przyszliśmy panu powiedzieć, że już czas, by wrócić do Citlali. Ona na pana czeka...&lt;br /&gt;    Nie spodziewali się takiej reakcji. Mężczyzna zerwał się z fotela, wywracając przy tym dzban z winem. Mętny płyn z głośnym plaśnięciem rozlał się po tarasie. Smród octu był nie do zniesienia. Twarz Enapaya okrył ciemny rumieniec.&lt;br /&gt;    - Kto was tutaj przysłał? – wychrypiał. – Dlaczego ze mnie kpicie? - Zmrużył powieki. – A może nie jesteście dziećmi, ale duchami, które znajdują rozrywkę w czyimś cierpieniu? – Schylił się po łupinę rozbitego dzbana i wyciągnął ją przed siebie. – Idźcie precz!&lt;br /&gt;    Dzieci zrobiły kilka kroków do tyłu. Małgosia nie mogła powstrzymać myśli o tym, jak stojący przed nimi mężczyzna podobny był teraz do Pana Złego Szeląga. Krzych nie dawał za wygraną.&lt;br /&gt;    - Proszę posłuchać. Nie wiem, co pan teraz myśli, ale musi pan wiedzieć, że to wszystko jest snem, iluzją.&lt;br /&gt;    Enapay nieprzytomnie patrzył na chłopca.&lt;br /&gt;    - Nie wiem, o czym mówisz.&lt;br /&gt;    - Kiedy Citlali odeszła, stało się z panem coś bardzo złego. Odbiło się to nie tylko na pana świecie, ale i na naszym – wskazał na siebie i rodzeństwo.&lt;br /&gt;    - Jeszcze raz powtarzam, że nie wiem, o czym mówisz – ciągle trzymając przed sobą ostry odłamek dzbana, z coraz większą złością patrzył na dzieci. – Chcę, żebyście odeszli. Macie teraz odejść i to już. Chcę usiąść, napić się wina, patrzeć na zachód słońca, a potem spać. Dlaczego mi przeszkadzacie? – Mężczyzna zaczął szlochać. W końcu, jakby coś w środku się złamało, opadł na fotel i wypuścił z dłoni kawałek dzbana. Płakał, schowawszy twarz w dłoniach.  – Zostawcie mnie, proszę. Pozwólcie mi spać. Nie dręczcie...&lt;br /&gt;    Małgosia kiwnęła na chłopców.&lt;br /&gt;    - Chyba lepiej, żebyśmy już poszli.&lt;br /&gt;    - Ale on nie rozumie! – zaprotestował Krzych. – Muszę mu wytłumaczyć, że to nie jest tak, jak myśli. To nawet nie jest jego świat!&lt;br /&gt;    Pokręciła głową.&lt;br /&gt;    - Musimy już iść – powiedziała ze smutkiem i pociągnęła go za rękaw.&lt;br /&gt;    - Ale dokąd?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Na razie możecie usiąść z boku, o tam, na ławce, a ja porozmawiam tymczasem z panem Enapayem.&lt;br /&gt;    Dzieci odwróciły się jak na komendę. Kilka kroków za nimi stał...&lt;br /&gt;    - Wisielec? – zapytała z niedowierzaniem Małgosia.&lt;br /&gt;    - Hmm, to nie jest moje imię, ale wziąwszy pod uwagę okoliczności naszej znajomości, całkowicie rozumiem, jak zasłużyłem na nadany mi przez ciebie przydomek, moja droga – powiedział z uśmiechem niespodziewany gość i podkręcił długiego wąsa. – A teraz, jeśli pozwolicie... – wskazał jeszcze raz marmurową ławkę. Posłusznie zajęli miejsca.&lt;br /&gt;    Wisielec podszedł do szlochającego mężczyzny i potrząsnął go za ramię.&lt;br /&gt;    - Czas do domu, smyku.&lt;br /&gt;    Enapay podniósł zdziwiony wzrok. Już chciał odpędzić kolejną zjawę, kiedy nagle coś na kształt zrozumienia pojawiło się w jego oczach.&lt;br /&gt;    - Znam cię... – wyszeptał.&lt;br /&gt;    - Oczywiście, że znasz. Znasz tak długo, że swobodnie możesz mnie nazwać swoim najlepszym przyjacielem.&lt;br /&gt;    - Kim jesteś?&lt;br /&gt;    - Właśnie ci powiedziałem. Najlepszym przyjacielem, który przyszedł zabrać cię do domu.&lt;br /&gt;    - Nie wiem, o czym mówisz... Jestem w domu – zatoczył krąg ręką. – Zawsze byłem, tutaj się urodziłem, kochałem i tutaj opłakuję moją ukochaną... Zawsze tu byłem – powtórzył.&lt;br /&gt;    Wisielec pokręcił ze zniecierpliwieniem głową.&lt;br /&gt;    - Skończ już te głupoty, chłopcze. To nie jest bardziej twój dom, niż gdybyś mieszkał w wychodku sąsiada. Zrozum – nie jesteś w domu.&lt;br /&gt;    - Nie rozumiem. Pomóż mi zrozumieć – Enapay patrzył błagalnie na Wisielca, który westchnął, jakby przygotowywał się właśnie do wyjaśnienia bardzo prostych spraw małemu dziecku.&lt;br /&gt;    - Citlali umarła. To był niewątpliwie cios, ale przypomnę ci, że nie mniej cierpienia przeżyli jej bliscy, a szczególnie pięknooka, słodka Enola, dla której Citlali była jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Kiedy Citlali odeszła, Enola zalewała się łzami przez rok, a później podjęła ślub milczenia na dziesięć lat, żeby zapewnić przyjaciółce lepsze przeznaczenie w przyszłym życiu. A ty co zrobiłeś? Jej brat stworzył wspaniałą rzeźbę, w której zawarł całą swoją miłość i tęsknotę za siostrą. Dzięki temu nawet za kilka tysięcy lat ludzie będą pamiętali twoją Citlali.&lt;br /&gt;    - Który brat? Dyani? – zapytał nieśmiało Enapay.&lt;br /&gt;    - Dyani? Nie. Mital. Od kiedy Dyani miał rzeźbiarski talent? On po prostu myślał o niej po cichu, bez dramatycznych gestów. Tęsknił w sercu, skromnie zajmując się hodowlą winorośli i oliwek, których nigdy nie zabrakło na stole w jego domu i w domu przyjaciół. To była jego ofiara dla Citlali. Stałość. A ty? Czy napisałeś choć jedną pieśń po jej śmierci? Choć jedną strofę, którą uczciłbyś waszą miłość? Nie. Zamknąłeś się w pustym domu i wpadłeś w pijaństwo, a jakby tego było mało, wykopałeś tunel – i nic mnie bardziej nie wkurza niż fakt, że nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś – którym uciekłeś tutaj, do innego świata. Na dodatek uwięziłeś w nim małego, zagubionego chłopca, zamieniając go w ohydną, potworną istotę, której jedynym celem stało się ranienie innych. Po tym jak sam został straszliwie skrzywdzony, ty dołożyłeś mu jeszcze więcej cierpienia...&lt;br /&gt;    - Nie wiem, o czym mówisz! Nic takiego się nie wydarzyło!&lt;br /&gt;    - Tak? Spróbuj sobie przypomnieć. Choć raz zrób mały wysiłek.&lt;br /&gt;    Enapay zmarszczył czoło.&lt;br /&gt;    - Pamiętam śmierć Citlali. Później długie, nudne lata w samotności... Chciałem się zabić. Myślałem tylko o niej i doszedłem do wniosku, że może w ten sposób ją znajdę. W krainie zmarłych... – przerwał i popatrzył na Wisielca. – Zabiłem się?&lt;br /&gt;    - Nie. Gdybyś się zabił, nic by się nie stało. A przynajmniej nic na taką skalę.&lt;br /&gt;    - Nie wiem... Bardzo chciałem odszukać Citlali. Zrobiłbym wszystko, żeby ją odnaleźć. Pewnego wieczoru przygotowałem wino i truciznę. Usiadłem w ogrodzie, na tarasie... właśnie tutaj... i wypiłem zmieszane z trucizną wino. A później...&lt;br /&gt;    - No właśnie, co było później?&lt;br /&gt;    - Zmieniłem zdanie – popatrzył przytomnie na Wisielca. – Pomyślałem, że nie napisałem ani jednej pieśni, ani jednej strofy, przez którą ludzie mogliby pamiętać moją Citlali. To było trochę tak, jakbym skazał ją na drugą śmierć... Próbowałem wymiotować. Zdążyłem jeszcze pobiec do kuchni i wypić dzban wody, ale było już za późno na płukanie żołądka. Trucizna, której użyłem, była bardzo szybka. Wiedziałem, że jest już za późno...&lt;br /&gt;    - I?&lt;br /&gt;    - Zacząłem śpiewać. Wiedziałem, że mam jeszcze kilkadziesiąt sekund, może kilka minut. Śpiewałem pieśń o ucieczce i miłości, o stracie i odpoczynku, o bólu i tęsknocie. Z każdą umykającą sekundą i każdą kroplą wyciekającego życia czułem, jak pieśń staje się coraz potężniejsza i prawdziwsza, aż w pewnym momencie mogłem jej dotknąć. Ułożyła się w kształt drzwi. Ostatkiem sił otworzyłem je i skoczyłem w otchłań...&lt;br /&gt;    Wisielec patrzył z powagą i skupieniem.&lt;br /&gt;    - Co się wtedy stało? – spytał Enapay.&lt;br /&gt;    Wisielec westchnął ze współczuciem.&lt;br /&gt;    - Twoja pieśń stworzyła świat... Co dalej?&lt;br /&gt;    - Później była ciemność. Czarna nicość, bez czasu i form. Zniknąłem w niej na całą wieczność...&lt;br /&gt;    - Stworzyłeś świat, ale magia twojej pieśni nie była na tyle potężna, żeby go wypełnić. Zbudowałeś bąbel nicości, po czym zostałeś jego samotnym, głuchym i ślepym bogiem.&lt;br /&gt;    - Aż wreszcie coś się stało...&lt;br /&gt;    - Tak. Mały, gwałcony od kilku lat chłopiec, który właśnie zamordował swojego oprawcę, postanowił popełnić samobójstwo. Jego nienawiść, strach i żal do świata dostarczyły budulca twojemu pustemu wszechświatowi, a malec zamiast kryjówki i odpoczynku trafił do więzienia.&lt;br /&gt;    - Nie wiedziałem – wyszeptał Enapay. – Dlaczego...&lt;br /&gt;    Wisielec wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;    - Nie mam pojęcia. Nie wiem, dlaczego akurat on, dlaczego ty, jaki jest związek. Nie wiem. Teraz najważniejszy jest fakt, że jestem tutaj i zabieram cię do domu.&lt;br /&gt;    - A Citlali? – zapytał nieśmiało Enapay.&lt;br /&gt;    - Spotkasz Citlali, nie martw się. Gdybyś nie był w gorącej wodzie kąpany, spotkałbyś ją już dawno. Minęły tysiące lat. Mogliście spędzić je razem, jeśli tylko mielibyście na to ochotę. Życie po życiu, nowa przygoda, nowa opowieść. Miłość nie pozwoliłaby wam podryfować zbyt daleko od siebie. No, ale teraz wszystko będzie już dobrze. Wstawaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Hej! A co z nami?! – widząc, że rozmowa dobiega końca, Małgosia zerwała się na nogi. Chyba nas tutaj nie zostawicie?&lt;br /&gt;    - Nie bądź histeryczką, moja droga. Oczywiście, że was tutaj nie zostawimy. Kiedy tylko ten łobuz – wskazał na Enapaya – stąd zniknie, wszyscy wrócą do siebie.&lt;br /&gt;    - Nawet dzieci ze Świata Studni? – upewniła się dziewczynka.&lt;br /&gt;    - A już szczególnie dzieci ze Świata Studni – potwierdził z uśmiechem Wisielec. – A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, na nas już czas. – Co powiedziawszy, kiwnął na ciągle smutnego, ale już zaczynającego się uśmiechać Enapaya.&lt;br /&gt;    - Czy pan jest z Biblioteki? – zapytał cicho Krzych.&lt;br /&gt;    Wisielec spojrzał spod zmrużonych powiek.&lt;br /&gt;    - Widzę, że ta mała głowa kryje więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.&lt;br /&gt;    - Powie mi pan?&lt;br /&gt;    Wisielec podkręcił wąsa i mrugnął do chłopca.&lt;br /&gt;    - Myślę, że już wiesz.&lt;br /&gt;    - Ale nie jestem pewny.&lt;br /&gt;    - Powiedzmy, że dawno temu napisałem książkę, która okazała się dużym sukcesem, rzekłbym nawet bestsellerem na skalę kosmiczną. Dlatego też jestem odpowiedzialny za tego tutaj lekkoducha, więc jeśli nie masz nic przeciwko, pójdziemy już w swoją stronę. – I poszli.&lt;br /&gt;    Małgosia, Alek i Krzych stali jeszcze przez chwilę, wpatrując się w znikające za drzewami postacie.&lt;br /&gt;    - Więc kto to właściwie był? – dziewczynka spojrzała wyczekująco na Krzycha.&lt;br /&gt;    - Pisarz. Nie słyszałaś?&lt;br /&gt;    Zanim zdążyła dociąć malcowi, wszystko pochłonęła ciemność czarniejsza niż mroźna pustka kosmosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;    Wiewiórka wyrzuciła pustą łupinę laskowego orzecha, która wylądowała dokładnie na czole Alka. Chłopiec przez sen odwrócił się na drugi bok, wystawiając twarz na jaskrawe promienie wychodzącego zza drzew słońca. Zmarszczył czoło i zacisnął mocniej powieki, ale sen uciekał szybciej, niż mógł go gonić. A kiedy uciekł na tyle daleko, że pozostało po nim jedynie miękkie odbicie pod powiekami, chłopiec wszystko sobie przypomniał. Usiadł, rozejrzał się dookoła i przez chwilę próbował zrozumieć to, co widzi. A kiedy już zrozumiał, z nieukrywaną radością zaczął szarpać ubrania Małgosi i Krzycha.&lt;br /&gt;    - Pobudka! Pobudka!&lt;br /&gt;    Chłopiec i dziewczynka usiedli z ociąganiem, przecierając pięściami powieki.&lt;br /&gt;    - Zobaczcie! Zobaczcie! – wołał podniecony, zataczając krąg ręką. – Uwolniliśmy wszystkie dzieci!&lt;br /&gt;    Rozejrzeli się wokół. Cały dziedziniec sierocińca pokrywały dziecięce szkielety. Niektóre w całości, inne w kawałkach, pojedyncze czaszki, piszczele, małe kręgosłupy.&lt;br /&gt;    - Widzicie? Udało się! Uratowaliśmy wszystkich więźniów Świata Studni! – powtarzał ze śmiechem Alek. Małgosia wstała, żeby lepiej widzieć. Poczuła ogromną ulgę. Po chwili cała trójka wzięła się w objęcia i zaczęła skakać z radości do góry.&lt;br /&gt;    Mała, szarobrązowa cierniówka, wypłoszona hałasem, zeskoczyła z gałęzi i wzbijając się do góry, z dezaprobatą patrzyła na znikającą w dole trójkę dzieci, tańczących na polu szkieletów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Epilog&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Enapay wysiadł z samochodu. Ojciec przywiązywał do drzewa ghuttala samochodowe sarny-biegaczki.&lt;br /&gt;    - Mogę iść na spacer?&lt;br /&gt;    - Możesz, ale nie łaź za daleko. Pamiętaj, że jutro zaczynamy z mamą nową pracę. Przydałaby nam się dzisiaj dodatkowa para rąk przy przeprowadzce.&lt;br /&gt;    - Za piętnaście minut będę z powrotem – mruknął chłopiec i garbiąc się (głównie na złość ojcu), poszedł przed siebie szeroką uliczką. Kiedy wreszcie samochód i ich nowy dom znikły za zakrętem, odetchnął z ulgą. Popatrzył z gniewem na kolejne głupie drzewo ghuttala. U nich, na północy, rosły prawdziwe, porządne drzewa - zielone, grubolistne zurreny albo iglaste świerki.&lt;br /&gt;    Poczuł napływające do oczu łzy i z wściekłością kopnął w pień. Krzyknął z bólu - cholerne ghuttala było tak samo twarde jak każde inne drzewo - i usiadłszy na kamieniu, zaczął głośno szlochać. Dlaczego musieli zostawić prawdziwy dom? Dlaczego musiał opuścić wszystkich przyjaciół ze szkoły? Tylko dlatego, że ojciec i mama przyjęli tę głupią pracę na plantacji szizarrów?&lt;br /&gt;    - A tobie co się stało?&lt;br /&gt;    Przyłapany chłopiec szybko otarł łzy i spojrzał wrogo na intruza. Dziewczynka była na oko w jego wieku. Długie, czarne włosy, ciemne, piwne oczy, wystające kości policzkowe. Wydawała się znajoma.&lt;br /&gt;    - Nie twoja sprawa – odburknął.&lt;br /&gt;    Zmierzyła go chłodnym wzrokiem.&lt;br /&gt;    - Nieładnie tak się odzywać, kiedy ktoś próbuje być miły.&lt;br /&gt;    Przyznał jej rację (tylko w duchu i bardzo niechętnie).&lt;br /&gt;    - Przepraszam – wyciągnął rękę. – Jestem Enapay. A ty?&lt;br /&gt;    - Citlali.&lt;br /&gt;    - Ładne imię.&lt;br /&gt;    - Ano ładne.&lt;br /&gt;    - Nie bądź już zła, przecież przeprosiłem. Po prostu... – chłopiec zająknął się. –Właśnie się przeprowadziliśmy, musiałem zostawić wszystkich przyjaciół i teraz... – Był pewien, że nie opanuje płaczu. – Teraz będę całkiem sam – dokończył i schował twarz między kolanami, przeklinając ten dzień, przeprowadzkę, a teraz jeszcze to spotkanie.&lt;br /&gt;    Poczuł na ramieniu dłoń. Dziewczynka usiadła obok.&lt;br /&gt;    - Przestań się już mazać.&lt;br /&gt;    - Zostaw mnie.&lt;br /&gt;    - No i to jest właśnie głupota. Płaczesz, bo nie chcesz być sam, a kiedy ktoś wyciąga do ciebie rękę, każesz mu spadać.&lt;br /&gt;    Znów wytarł twarz i trochę trzeźwiej popatrzył na dziewczynkę. Zdał sobie sprawę, jak bardzo podoba mu się jej zakrzywiony nos i grube brwi.&lt;br /&gt;    - Z chęcią zostanę twoją nową przyjaciółką. Jeśli oczywiście chcesz. – popatrzyła z wyczekiwaniem. – Taką propozycję daję tylko raz - dodała.&lt;br /&gt;    - Zgoda.&lt;br /&gt;    Zmrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie.&lt;br /&gt;    - Ale jeśli te łzy i skargi są jakimś pokręconym sposobem na podrywanie, to będzie z tobą bardzo źle.&lt;br /&gt;    Pokręcił głową, próbując wyglądać jak najbardziej niewinnie.&lt;br /&gt;    - Skoro więc mamy być przyjaciółmi, dobrze byłoby wiedzieć, co kto lubi. Ja na przykład jestem mistrzynią haftowania – na dowód czego z dumą   wyciągnęła do niego rękaw płóciennej kurtki, na którym widniała dosyć ładna, biała sarna. Chłopiec cmoknął z podziwem.&lt;br /&gt;    - A ty?&lt;br /&gt;    Zaczerwienił się lekko.&lt;br /&gt;   - Nie wstydź się, dawaj.&lt;br /&gt;    - Ja piszę pieśni – wyjąkał zawstydzony. – I jeszcze układam do nich muzykę.&lt;br /&gt;    Citlali zagwizdała z uznaniem.&lt;br /&gt;    - To ciekawe. Nowy chłopiec jest poetą. Wstawaj.&lt;br /&gt;    Podniósł się z kamienia.&lt;br /&gt;    - Gdzie idziemy?&lt;br /&gt;    - Jak to gdzie? Pomóc twoim biednym rodzicom w przeprowadzce. A kiedy skończymy, masz mi coś zaśpiewać. Pasuje?&lt;br /&gt;    - Pasuje.&lt;br /&gt;    Zdał sobie sprawę, że nowy dom zaczyna mu się podobać. Citlali chwyciła go za rękę i pomaszerowali w dół ulicy, gdzie ojciec i matka Enapaya zaczęli już wnosić do domu pierwsze kartony z rzeczami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-4421790149151951069?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/4421790149151951069/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/swiat-studni.html#comment-form' title='4 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4421790149151951069'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/4421790149151951069'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/swiat-studni.html' title='Świat Studni'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-nZC_wfInFXc/TsGTOsw-PsI/AAAAAAAAAjI/m6xazSNy5co/s72-c/02.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-2470439514634049645</id><published>2011-11-14T18:00:00.000Z</published><updated>2011-11-14T18:01:49.452Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stranger'/><title type='text'>Armageddon tea</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-bsYrq6mZvJw/TsFXbSgQMdI/AAAAAAAAAi8/A4Ffnnxltlc/s1600/fortepian.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 278px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-bsYrq6mZvJw/TsFXbSgQMdI/AAAAAAAAAi8/A4Ffnnxltlc/s400/fortepian.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674913131798737362" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://strangerincopenhagen.blogspot.com/2011/11/armageddon-tea.html"&gt;&lt;br /&gt;http://strangerincopenhagen.blogspot.com/2011/11/armageddon-tea.html&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-2470439514634049645?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/2470439514634049645/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/armageddon-tea.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/2470439514634049645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/2470439514634049645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/armageddon-tea.html' title='Armageddon tea'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-bsYrq6mZvJw/TsFXbSgQMdI/AAAAAAAAAi8/A4Ffnnxltlc/s72-c/fortepian.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-8149215109324023956</id><published>2011-11-09T19:36:00.002Z</published><updated>2011-11-09T19:37:43.980Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='poezja'/><title type='text'>What if...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-Me2_XiuENDE/TrrWWT6zLAI/AAAAAAAAAiU/NNgAuUEEeeY/s1600/xxx.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 282px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-Me2_XiuENDE/TrrWWT6zLAI/AAAAAAAAAiU/NNgAuUEEeeY/s400/xxx.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5673082359418924034" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ilustracja: Tania&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;What, if…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I may work on myself,&lt;br /&gt;I may strive for a progress,&lt;br /&gt;but what if there is no one to watch,&lt;br /&gt;no one looks from the sky,&lt;br /&gt;no spirits, no angels, no gods?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I can try to be a man,&lt;br /&gt;I can try to rise up high,&lt;br /&gt;but what if we are a drop of the sea,&lt;br /&gt;what if we are a tiny grain of dust?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maybe that’s my way,&lt;br /&gt;that’s my road to tread,&lt;br /&gt;maybe we are lonely blades,&lt;br /&gt;on green, rippling meadows,&lt;br /&gt;maybe we are lonely stars&lt;br /&gt;on dark, so dark sky.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;For us we must shine and fly,&lt;br /&gt;not for gods, nor crowds.&lt;br /&gt;For us we must climb and strive,&lt;br /&gt;not for in heaven rewards.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maybe that’s the point –&lt;br /&gt;the silent, empty road,&lt;br /&gt;no answered prayers, no burning bush.&lt;br /&gt;Maybe that’s our life –&lt;br /&gt;a little bee trying to fly, so she could die up high.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Learn how to shine and be fine,&lt;br /&gt;even if there is no one to judge,&lt;br /&gt;no one to say: “it’s a good way”,&lt;br /&gt;or: “it’s wicked, do not.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;But maybe I’m wrong,&lt;br /&gt;I’ve been wrong before,&lt;br /&gt;maybe the truth is out there,&lt;br /&gt;someone makes notes,&lt;br /&gt;writes our lives in divine books,&lt;br /&gt;watches our steps,&lt;br /&gt;helps us when we go astray.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;If that’s the case,&lt;br /&gt;I’m still the same,&lt;br /&gt;I still want to shine and fly,&lt;br /&gt;still dream about dying high,&lt;br /&gt;not for in heaven rewards,&lt;br /&gt;not for gods, or crowds,&lt;br /&gt;but for myself.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;And my Friend,&lt;br /&gt;if he’s there.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-8149215109324023956?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/8149215109324023956/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/what-if.html#comment-form' title='1 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8149215109324023956'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8149215109324023956'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/what-if.html' title='What if...'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-Me2_XiuENDE/TrrWWT6zLAI/AAAAAAAAAiU/NNgAuUEEeeY/s72-c/xxx.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-5670751334829376777</id><published>2011-11-06T22:28:00.004Z</published><updated>2011-11-06T22:30:27.129Z</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tania'/><title type='text'>Pozdrowienia z Kopenhagi</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-zsIHuylQK7M/TrcKJ539UyI/AAAAAAAAAh8/rqqJU4KTjEU/s1600/pozdro.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 364px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-zsIHuylQK7M/TrcKJ539UyI/AAAAAAAAAh8/rqqJU4KTjEU/s400/pozdro.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5672013420967056162" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za pozwoleniem mojej małżonki, wstawiam pierwszą kartkę świąteczną, z serii, nad którą właśnie zaczęła pracować. Na razie jeszcze nie zmobilizowała się do założenia bloga, więc na własną ręką zajmuję się dystrybucją:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-5670751334829376777?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/5670751334829376777/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/pozdrowienia-z-kopenhagi.html#comment-form' title='4 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5670751334829376777'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5670751334829376777'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/11/pozdrowienia-z-kopenhagi.html' title='Pozdrowienia z Kopenhagi'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-zsIHuylQK7M/TrcKJ539UyI/AAAAAAAAAh8/rqqJU4KTjEU/s72-c/pozdro.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-8763213111385532204</id><published>2011-10-28T20:22:00.003+01:00</published><updated>2011-10-28T20:26:03.982+01:00</updated><title type='text'>Stranger</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-8vA__MV6VX8/TqsBogLWuYI/AAAAAAAAAhk/KiUn_kNDwLQ/s1600/raymond.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 278px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-8vA__MV6VX8/TqsBogLWuYI/AAAAAAAAAhk/KiUn_kNDwLQ/s400/raymond.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5668626351319857538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W sumie to prawie całkowicie przeniosłem się tutaj: &lt;a href="http://strangerincopenhagen.blogspot.com/"&gt;http://strangerincopenhagen.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem dlaczego tak się odciąłem od... może nie polskości, ale...&lt;br /&gt;Myślę, że najbardziej chyba chodzi o to, że większość moich znajomych nie zna polskiego, a zależy mi na jak najszerszym kontakcie. W każdym bądź razie, jeśli ktoś kuma angielski, to zapraszam. To ciągle ja:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-8763213111385532204?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/8763213111385532204/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/10/stranger.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8763213111385532204'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8763213111385532204'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/10/stranger.html' title='Stranger'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-8vA__MV6VX8/TqsBogLWuYI/AAAAAAAAAhk/KiUn_kNDwLQ/s72-c/raymond.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-8257843291161569291</id><published>2011-10-09T18:16:00.005+01:00</published><updated>2011-10-09T18:28:02.312+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tarot'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>List do bogini</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-q34wAX1OpWY/TpHY3ylgl1I/AAAAAAAAAgg/3HEuJMLZm1s/s1600/2the%252Bhigh%252Bpriestess.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 282px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-q34wAX1OpWY/TpHY3ylgl1I/AAAAAAAAAgg/3HEuJMLZm1s/s400/2the%252Bhigh%252Bpriestess.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661544659564926802" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Najwyższa Kapłanko&lt;br /&gt;  Piszę ten list z Kupieckiego Portu. Może się mylę, ale mam wrażenie, że tutaj sny są bliżej powierzchni rzeczywistości, niż gdzie indziej. Dlatego pewnie tak lubię to miejsce. Co o tym myślisz? Ty na pewno wiesz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Stęskniłem się za Tobą. Brakuje mi Twojego ciepła, bliskości i tej tajemniczości, którą tak lubisz się popisywać. I jeszcze widoku z Twojego okna; kołyszące się brzozy na wydmach, spokojne fale morza, a na lewo łańcuch poważnych gór. Po prostu wszystko, co najlepsze. Z pewnością znasz się na rynku nieruchomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Nie wiem, co się stało, że przestałaś mnie odwiedzać. Widocznie masz jakieś ważne sprawy, które wymagają Twojej uwagi. Ja to rozumiem. Chcę jednak, żebyś wiedziała, że zawsze jesteś mile widziana, ale to naprawdę zawsze, o każdej porze dnia i nocy. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mi casa su casa&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  U mnie różnie. Było źle, później gorzej, a później był już tylko kolor czarny i suche, bezbarwne powietrze. Bardzo się wtedy bałem. Na szczęście ostatnio mrok zelżał, a w powietrzu zakręcił się zapach liści i jabłek. Miałaś coś z tym wspólnego? Jeśli tak, to dziękuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Zbliża się już noc. Za chwilę niebo nabierze nocnej trójwymiarowości. Zbliża się też zima. Mam nadzieję, że będzie dużo śniegu i choć trochę mrozu. Lubię wtedy siedzieć przy oknie, z nogami na termoforze, słuchając swoich wiązanek muzycznych i patrząc jak Tarapatka gryzmoli coś w swoim kącie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Droga Najwyższa Kapłanko, będę już kończył. Mam nadzieję, że list ten zastanie Cię w dobrym zdrowiu i jeszcze lepszym humorze.&lt;br /&gt;  Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jakby co.&lt;br /&gt;  Twój Marcepano&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-8257843291161569291?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/8257843291161569291/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/10/list-do-bogini.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8257843291161569291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8257843291161569291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/10/list-do-bogini.html' title='List do bogini'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-q34wAX1OpWY/TpHY3ylgl1I/AAAAAAAAAgg/3HEuJMLZm1s/s72-c/2the%252Bhigh%252Bpriestess.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-7922796767040917489</id><published>2011-08-27T18:22:00.003+01:00</published><updated>2011-08-27T18:25:34.146+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zdjęcia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kopenhaga'/><title type='text'>Deszczowa Kopenhaga</title><content type='html'>Parę fotek z dzisiejszego spaceru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-2fsnZvu_tlI/TlkoW6xRv2I/AAAAAAAAAcI/eoYJIUERucI/s1600/1.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 300px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-2fsnZvu_tlI/TlkoW6xRv2I/AAAAAAAAAcI/eoYJIUERucI/s400/1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587982083800930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-fLuSIaYy8X8/TlkoWjlhQwI/AAAAAAAAAcA/jfXwXxeS3wk/s1600/2.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 300px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-fLuSIaYy8X8/TlkoWjlhQwI/AAAAAAAAAcA/jfXwXxeS3wk/s400/2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587975860470530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-NnaIm1ni4Y0/TlkoPHbwfgI/AAAAAAAAAb4/p3sn-Yk6Ovw/s1600/3.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-NnaIm1ni4Y0/TlkoPHbwfgI/AAAAAAAAAb4/p3sn-Yk6Ovw/s400/3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587848044248578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-Pj1LKkgLuqQ/TlkoO3bVHII/AAAAAAAAAbw/s3Pwh24Rcas/s1600/4.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 300px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-Pj1LKkgLuqQ/TlkoO3bVHII/AAAAAAAAAbw/s3Pwh24Rcas/s400/4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587843747486850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-DyYzu2XMagE/TlkoOvpCq3I/AAAAAAAAAbo/5LdO634ykns/s1600/5.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 300px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-DyYzu2XMagE/TlkoOvpCq3I/AAAAAAAAAbo/5LdO634ykns/s400/5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587841657514866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-vOEHSMm4OxE/TlkoOX1xMdI/AAAAAAAAAbg/OcEyacvPfyA/s1600/6.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 300px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-vOEHSMm4OxE/TlkoOX1xMdI/AAAAAAAAAbg/OcEyacvPfyA/s400/6.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587835268444626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-dLxS_xfE7co/TlkoOQdtxMI/AAAAAAAAAbY/AGpvjg86YTw/s1600/7.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-dLxS_xfE7co/TlkoOQdtxMI/AAAAAAAAAbY/AGpvjg86YTw/s400/7.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5645587833288508610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-7922796767040917489?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/7922796767040917489/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/deszczowa-kopenhaga.html#comment-form' title='4 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/7922796767040917489'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/7922796767040917489'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/deszczowa-kopenhaga.html' title='Deszczowa Kopenhaga'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-2fsnZvu_tlI/TlkoW6xRv2I/AAAAAAAAAcI/eoYJIUERucI/s72-c/1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-6679982380951365905</id><published>2011-08-05T12:33:00.005+01:00</published><updated>2011-08-05T12:57:24.731+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='muzyka'/><title type='text'>Открыла сердце</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Zulya tribute:)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/f8wfEKNiqXQ" allowfullscreen="" frameborder="0" height="349" width="425"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Открыла сердце (и ты вселился)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Вот открыла сердце я,&lt;br /&gt;И в него вошла любовь.&lt;br /&gt;Не просила, не ждала,&lt;br /&gt;Но не буду прогонять.&lt;br /&gt;Нет, не буду прогонять.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Вот открыла сердце я,&lt;br /&gt;И в него вселился ты.&lt;br /&gt;Не гадала, не звала,&lt;br /&gt;Что ж, не буду прогонять.&lt;br /&gt;Нет, не буду прогонять.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Но глубоко сердце мое,&lt;br /&gt;никто не знает, что нас ждет.&lt;br /&gt;Kоль не страшно, заходи,&lt;br /&gt;Вместе нам не страшna путь.&lt;br /&gt;Я не буду прогонять.&lt;br /&gt;Нет, нет, нет.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Otworzyłam serce (i wszedłeś ty)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc otworzyłam serce,&lt;br /&gt;i weszła tam miłość.&lt;br /&gt;Nie oczekiwałam jej, nie szukałam,&lt;br /&gt;ale nie będę przeganiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc otworzyłam serce&lt;br /&gt;i wszedłeś tam ty.&lt;br /&gt;Nie chciałam tego, nie zapraszałam,&lt;br /&gt;ale nie będę przeganiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje serce jest głębokie.&lt;br /&gt;Nikt nie wie, co w środku.&lt;br /&gt;Jeśli się nie boisz, wejdź,&lt;br /&gt;nie będę przeganiać.&lt;br /&gt;Razem nie będzie nam strasznie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-6679982380951365905?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/6679982380951365905/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/blog-post.html#comment-form' title='9 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6679982380951365905'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/6679982380951365905'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/blog-post.html' title='Открыла сердце'/><author><name>marcinsen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09754574914998722216</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://2.bp.blogspot.com/_VWoD-tZtpGE/Sk_LIWXbrXI/AAAAAAAAAzA/VuuQJ5-UOE4/S220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/f8wfEKNiqXQ/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-3539281905637750813</id><published>2011-08-01T21:01:00.005+01:00</published><updated>2011-08-01T21:10:18.798+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='różne'/><title type='text'>A stranger in Copenhagen</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-pf-90KnR_VE/TjcHKb5YDBI/AAAAAAAAAO4/yab9fAzAMGw/s1600/ddd.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 290px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-pf-90KnR_VE/TjcHKb5YDBI/AAAAAAAAAO4/yab9fAzAMGw/s400/ddd.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5635981334545959954" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Hej wszystkim.&lt;br /&gt;Ostatnio nie mogę się za bardzo zebrać do pisania. Za to swoje żale staram się wylewać w obrazkach:) Zrobiłem tę stronę facebookową, jeśli ktoś chcę pośledzić moje wygłupy, to zapraszam. Mam nadzieję, że link działa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.facebook.com/#%21/pages/A-stranger-in-Copenhagen/227307230637895?sk=wall"&gt;A Stranger in Copenhagen&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No a jeśli nie działa, wystarczy wpisać w wyszukiwarce facebooka "A stranger in Copenhagen" i stronka powinna wyskoczyć. Po wejściu na stronkę można kliknąć przycisk "like" i następne wpisy będą już wyskakiwać na waszej ścianie facebookowej (jeśli ktoś by nie wiedział:).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poczułem ostatnio, że muszę znaleźć lżejszą formę wyrażania się. Od kilku miesięcy życie jest dosyć chaotyczne i nie ma oddechu (ach, jakie to było miłe być znudzonym i bezczynnym!;), dlatego próbuję jakoś się z tego pośmiać, stąd ta inicjatywa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-3539281905637750813?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/3539281905637750813/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/stranger-in-copenhagen_01.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3539281905637750813'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3539281905637750813'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/08/stranger-in-copenhagen_01.html' title='A stranger in Copenhagen'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-pf-90KnR_VE/TjcHKb5YDBI/AAAAAAAAAO4/yab9fAzAMGw/s72-c/ddd.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-8254688460984912486</id><published>2011-07-15T23:14:00.006+01:00</published><updated>2011-07-15T23:32:53.329+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mistyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='różne'/><title type='text'>Rewolucje odśrodkowe</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-fiEhoeVfuc0/TiC_aP6hTDI/AAAAAAAAACE/iit8HhQZGR8/s1600/267077_230309987000310_100000639305906_762536_5329388_o.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-fiEhoeVfuc0/TiC_aP6hTDI/AAAAAAAAACE/iit8HhQZGR8/s320/267077_230309987000310_100000639305906_762536_5329388_o.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709991882607666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytuł trochę przekorny, w kontekście mojego ciągłego wahania się i szukania balansu pomiędzy wejściem do środka, a wyjściem na zewnątrz, w sferę działań społecznych.&lt;br /&gt;Ostatnio ciągnie mnie bardziej do wewnątrz. Nie wiem za bardzo, czy mam jakis wybór. Brak satysfakcji był tak silny, że musiałem coś z tym zrobić. Chwyciłem się duchowości, intropsekcji, transracjonalnego mistycyzmu (w odróżnieniu od tego irracjonalnego:) i czekałem na zmianę.&lt;br /&gt;No i trochę się pozmieniało. Wystarczyło rozluźnić granice, żeby ze środka wyszło coś nowego.&lt;br /&gt;Wróciłem właśnie z Polski, z Sudetów, gdzie wydarzyło się wiele ważnych rzeczy. Zapiski stamtąd wrzucam na innego bloga, gdzie trochę bardziej niż tutaj wchodzę w tematy duchowości (czy religijności, choć do tego słowa mam lekki uraz), jeśli ktoś chce zerknąć i nie boi się szoku kulturowego i pojęciowego, niech da znać w komentarzach, podeślę linka.&lt;br /&gt;Tutaj wrzucę jedynie parę zdjęć z wyprawy (wewnetrznej i zewnętrznej, choć tą pierwszę nie jest łatwo uchwycić aparatem).&lt;br /&gt;Pozdrawiam wszystkich śledzących:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-cUfmxZ57964/TiC_Z38gMQI/AAAAAAAAAB8/k6zU5OcdHok/s1600/278723_230307553667220_100000639305906_762518_3433497_o%25281%2529.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-cUfmxZ57964/TiC_Z38gMQI/AAAAAAAAAB8/k6zU5OcdHok/s320/278723_230307553667220_100000639305906_762518_3433497_o%25281%2529.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709985448472834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-hwgSKSyqKhw/TiC_ZXiCJAI/AAAAAAAAAB0/Zi3UzPpzWjs/s1600/277439_230307297000579_100000639305906_762514_3944093_o.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-hwgSKSyqKhw/TiC_ZXiCJAI/AAAAAAAAAB0/Zi3UzPpzWjs/s320/277439_230307297000579_100000639305906_762514_3944093_o.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709976747516930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-hLfBkJNBSSI/TiC_ZWKhlFI/AAAAAAAAABs/1jQbEtwy54w/s1600/269171_2255764957319_1344186334_2611227_3157115_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-hLfBkJNBSSI/TiC_ZWKhlFI/AAAAAAAAABs/1jQbEtwy54w/s320/269171_2255764957319_1344186334_2611227_3157115_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709976380478546" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-PqzChV-iZ_Q/TiC_ZDQqTLI/AAAAAAAAABk/jPk0m7PqAhM/s1600/269629_2255766637361_1344186334_2611234_1209225_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-PqzChV-iZ_Q/TiC_ZDQqTLI/AAAAAAAAABk/jPk0m7PqAhM/s320/269629_2255766637361_1344186334_2611234_1209225_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709971305942194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-LkGhKkusMOE/TiC-h3_-XLI/AAAAAAAAABc/mmntSBhm7wo/s1600/281625_229837767050693_100000734130078_739443_4802185_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-LkGhKkusMOE/TiC-h3_-XLI/AAAAAAAAABc/mmntSBhm7wo/s320/281625_229837767050693_100000734130078_739443_4802185_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629709023390358706" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-FYkT2stY-HM/TiC-TbbL-6I/AAAAAAAAABU/i_1EttuwbzQ/s1600/282787_229838097050660_100000734130078_739450_2038718_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-FYkT2stY-HM/TiC-TbbL-6I/AAAAAAAAABU/i_1EttuwbzQ/s320/282787_229838097050660_100000734130078_739450_2038718_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629708775201700770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-LNcUvUWPqQk/TiC-SwC4t0I/AAAAAAAAABM/bW-IuRrRNAg/s1600/272943_230307790333863_100000639305906_762521_7168391_o.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-LNcUvUWPqQk/TiC-SwC4t0I/AAAAAAAAABM/bW-IuRrRNAg/s320/272943_230307790333863_100000639305906_762521_7168391_o.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629708763557050178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-vyZN9w9gwNg/TiC-S-HlvEI/AAAAAAAAABE/aU49PblXvSE/s1600/269640_2255779837691_1344186334_2611293_5747912_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-vyZN9w9gwNg/TiC-S-HlvEI/AAAAAAAAABE/aU49PblXvSE/s320/269640_2255779837691_1344186334_2611293_5747912_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629708767334874178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-n9OSOU0bFZw/TiC-SmTdn3I/AAAAAAAAAA8/lfTXyWVsDm4/s1600/268175_2255770237451_1344186334_2611250_2595685_n.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 213px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-n9OSOU0bFZw/TiC-SmTdn3I/AAAAAAAAAA8/lfTXyWVsDm4/s320/268175_2255770237451_1344186334_2611250_2595685_n.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629708760942223218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-MTiJHeqQXJ4/TiC-ScBmXyI/AAAAAAAAAA0/hDIh5C8s4Eg/s1600/265986_241285969232545_191310324230110_893946_5760318_o.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 264px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-MTiJHeqQXJ4/TiC-ScBmXyI/AAAAAAAAAA0/hDIh5C8s4Eg/s320/265986_241285969232545_191310324230110_893946_5760318_o.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5629708758182944546" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-8254688460984912486?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/8254688460984912486/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/07/rewolucje-odsrodkowe.html#comment-form' title='9 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8254688460984912486'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/8254688460984912486'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/07/rewolucje-odsrodkowe.html' title='Rewolucje odśrodkowe'/><author><name>Martin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14500749873538514647</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/-0l2xwrMkS6A/TlAHSsWyZiI/AAAAAAAAAZ0/Rk5dBcWUxtQ/s220/avatar%2Bblack%2Bwhite.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-fiEhoeVfuc0/TiC_aP6hTDI/AAAAAAAAACE/iit8HhQZGR8/s72-c/267077_230309987000310_100000639305906_762536_5329388_o.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-5188593018550912249</id><published>2011-07-01T16:41:00.003+01:00</published><updated>2011-07-01T16:58:12.930+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>Karciane opowieści</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-kTBU6h86b_E/Tg3uDJPB0iI/AAAAAAAACI0/aTMGp-iaOzQ/s1600/Master-and-Margarita.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 239px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-kTBU6h86b_E/Tg3uDJPB0iI/AAAAAAAACI0/aTMGp-iaOzQ/s320/Master-and-Margarita.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413247441588770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Karciane opowieści&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkaliśmy się tam, gdzie Małgorzata ćwiczyła zwykle latanie na miotle. Lubiłem leżeć pośród łopianów, słuchając dzikiego śmiechu najpiękniejszej dziewczyny pod księżycem ze snów. Podziwiałem jej profil podkreślany blaskiem gwiazd. Nie będę ukrywał, że najbardziej pasjonował mnie zadarty nosek nagiej heroiny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami czekałem na darmo. Ze smutkiem wczołgiwałem się wtedy do tunelu czasoprzestrzennego, który prowadził mnie obok jabłonki, przez strumyk i norę jeża, z powrotem pod kołdrę. Później leżałem godzinami patrząc w sufit, zazdroszcząc Mistrzowi i paląc niedopałki wygrzebane z popielnika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Którejś nocy, wyjątkowo srebrzystej oraz pachnącej rumiankiem i ziemią, kiedy nosek Małgorzaty wydawał mi się szczególnie pięknie zadarty, usłyszałem obok siebie szelest rozsuwanych łopianów. Zdziwiony zerknąłem przez ramię i zobaczyłem czołgającego się w moją stronę starszego, kościstego pana, w piżamie, z zeszytem w jednej ręce i jak mi się wydawało, z talią kart w drugiej. Mając obie dłonie zajęte, przesuwał się głównie za pomocą łokci, sapiąc przy tym niemiłosiernie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Tss – syknąłem karcąco, przykładając do nosa palec i wskazując na niebo.&lt;br /&gt;Starszy pan zrobił przepraszającą minę i, tym razem już o wiele ciszej, podczołgał się bliżej. Położył zeszyt i karty (z bliska mogłem rozpoznać talię tarota) na wygniecionej przeze mnie trawie i wyciągnął rękę.&lt;br /&gt;– Mistrz – powiedział szeptem. – Pisarz – dodał nieśmiało.&lt;br /&gt;– Eee... Pankracy – wydukałem z trudem, w kompletnym zaskoczeniu. Mistrz usadowił się wygodniej, przyklepując dłońmi trawę i liście wokół siebie. Oddychał już spokojniej. Rozchylił dwa łopiany i spojrzał na podniebne akrobacje Małgorzaty. Tymczasem ja próbowałem zapaść się pod ziemię, a kiedy to nie poskutkowało, zacząłem wymacywać stopą końcówkę mojego czasoprzestrzennego tunelu.&lt;br /&gt;– Piękna, nieprawdaż? – Mistrz przerwał milczenie i odwrócił się do mnie, jakby oczekując potwierdzenia. Przestałem gmerać stopą. Śmiech Małgorzaty zabrzmiał jak brzęk rozbijanych na kawałki butelek najsłodszej lemoniady. Uświadomiłem sobie, że jestem zwykłym, paskudnym podglądaczem. Mistrz, widząc jak grzęznę w czarnych myślach, sięgnął do kieszeni piżamy i wyciągnął srebrną piersiówkę.&lt;br /&gt;– Niech pan sobie pociągnie. – Wysunął rękę. – Swojska śliwowica.&lt;br /&gt;Z wdzięcznością przyjąłem poczęstunek. Trunek rozlał się gorącem po całym ciele. Oddałem piersiówkę.&lt;br /&gt;Następnie dodał:&lt;br /&gt;– Jeśli chodzi o tę sytuację, to proszę się w ogóle nie przejmować. Mogę widzieć, że jest pan człowiekiem subtelnych doświadczeń i sztuki, dlatego nie posądzam go o zdrożne myśli dotyczące mojej gołej małżonki. Tak więc, jak prawdziwi dżentelmeni, możemy uznać ten temat za niebyły. Zgoda?&lt;br /&gt;Uśmiechnąłem się blado i kiwnąłem głową.&lt;br /&gt;– To dobrze – powiedział Mistrz i pociągnął zdrowo z piersiówki. Następnie schował ją z powrotem do kieszeni, sięgnął po karty i wyciągnął je w moją stronę.&lt;br /&gt;– Niech pan wybierze jedną, młody człowieku.&lt;br /&gt;Wystawiłem rękę.&lt;br /&gt;– Lewą, lewą proszę.&lt;br /&gt;Wybrałem kartę. Chciałem podać ją Mistrzowi, ale zasygnalizował głową, żebym najpierw sam ją obejrzał. Dwójka pucharów. W parku na ławce siedzi zakochana para. Mężczyzna słucha uważnie słów czarnowłosej dziewczyny, patrząc jej przy tym w oczy jednoznacznie cielęcym wzrokiem. Rumieniec na nowo oblał mi twarz, ale Mistrz taktownie schował kartę z powrotem do talii, tylko pobieżnie zerkając.&lt;br /&gt;– Pan często tutaj przychodzi? – spytałem, żeby zatrzeć zmieszanie.&lt;br /&gt;– Od czasu do czasu. Ale zwykle siedzę w tamtych krzakach, pod wierzbą – wskazał na drugą stronę polany.&lt;br /&gt;– Aha.&lt;br /&gt;– Przepraszam, że nigdy nie przyszedłem się przywitać i przedstawić, ale nie chciałem pana niepotrzebnie niepokoić. Dopiero dzisiaj...&lt;br /&gt;Małgorzata spikowała wyjątkowo ostro i musieliśmy zanurkować głębiej w łopiany.&lt;br /&gt;– Bestyjka – pokręcił głową Mistrz, cmokając z podziwem, po czym wrócił do tematu: – No więc dzisiaj wpadłem na pomysł nowej książki i stwierdziłem, że pan, jako człowiek inteligentny i wrażliwy, mógłby podać mi pomocną dłoń.&lt;br /&gt;– To bardzo pochlebne, Mistrzu, ale myślę, że przecenia pan moje zdolności. Jestem zwykłym włóczęgą po snach, nikim więcej. Co do moich zdolności pisarskich... – machnąłem ręką.&lt;br /&gt;Mistrz położył mi dłoń na ramieniu.&lt;br /&gt;– Wiem, wiem jak to jest – powiedział ze współczuciem. – Niespełnione ambicje, niebosiężne marzenia, paląca szarość rzeczywistości.&lt;br /&gt;– No właśnie...&lt;br /&gt;– Ale to nic! – przerwał mi z entuzjazmem, szybko jednak ściszył głos i dodał prawie szeptem: – Właśnie pan jest doskonałą osobą, żeby pomóc w moim projekcie. To nie przypadek, że wpadliśmy na siebie tutaj, za podszewką rzeczywistości. Musi się pan zgodzić. Proszę.&lt;br /&gt;– W takim razie...&lt;br /&gt;– Dziękuję, dziękuję kochany! – wykrzyknął z wdzięcznością i ucałował mnie siarczyście w policzek.&lt;br /&gt;Popatrzyłem z niepokojem w niebo, ale na szczęście Małgorzaty już nie było. Musiała zniknąć niezauważenie, kiedy rozmawiałem z jej mężem. Mistrz również dostrzegł nieobecność żony. Stanąwszy na nogi, otrzepał ubranie z trawy i błota. Następnie wskazał na płaski głaz na środku polany.&lt;br /&gt;– Tam powinno nam być o wiele wygodniej – stwierdził i ruszył dziarskim krokiem. Podniosłem z trawy najwidoczniej zapomniane karty i zeszyt, po czym pobiegłem za nim, potknąwszy się po drodze o wystający korzeń. Mistrz usiadł przy kamieniu, który mógł śmiało służyć jako stół.&lt;br /&gt;Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że w jego aurze nastąpiły pewne zmiany. Zniknęła gdzieś skromność i roztargnienie. Już nie patrzyłem na roztrzepanego, starszego pana, ale na prawdziwego mistrza. Pokazał, żebym usiadł na trawie, naprzeciwko.&lt;br /&gt;– Zanim zaczniemy, musimy porozmawiać o tej historii.&lt;br /&gt;– O jakiej historii? – zdziwiłem się.&lt;br /&gt;– No właśnie o tej.&lt;br /&gt;– Coś z nią nie tak?&lt;br /&gt;– Sam zobacz.&lt;br /&gt;(Nie zaskoczyło mnie to nagłe przejście na „ty”. Miły staruszek był już przeszłością).&lt;br /&gt;Przejrzałem zapisane strony. Nic.&lt;br /&gt;– Nic?&lt;br /&gt;– Nie mam pojęcia, o co chodzi.&lt;br /&gt;Westchnął, kiwając z dezaprobatą głową.&lt;br /&gt;– Literatura musi mieć smak, zapach, dotyk, kolor. Musi też zaskakiwać, porywać umysł czytelnika, przyciągać jego uwagę. Zgadzasz się?&lt;br /&gt;Przytaknąłem.&lt;br /&gt;– Zacząłeś dobrze. W pierwszym zdaniu wprowadziłeś piękną, nagą dziewczynę, latającą na miotle. W drugim zaatakowałeś zmysły czytelnika: zieleń łopianów, bagienne zapachy, kobiecy śmiech, zadarty nosek. Zaraz później lekki niepokój; dziewczyna się nie pojawia, wracasz do domu za pomocą fantastyczno–naukowej dewizy, przeżywasz męki zazdrości.&lt;br /&gt;Opuściłem oczy.&lt;br /&gt;– Po prostu świetne, wciągające i tak ma właśnie być - podsumował.&lt;br /&gt;Poczułem się mile połechtany.&lt;br /&gt;– Dziękuję.&lt;br /&gt;Mistrz popatrzył surowo.&lt;br /&gt;– Niestety – jego głos zawisł znacząco w powietrzu. – Potem była to już równia pochyła.&lt;br /&gt;Ta uwaga zabolała.&lt;br /&gt;– Przede wszystkim suche dialogi. Chłopcze, jesteśmy dwiema różnymi osobami. Nie możemy mówić tak samo. To już nie jest literatura, ale marny scenariusz brazylijskiego serialu. Po drugie: twoje charaktery są niespójne i płytkie. Raz jestem roztrzepanym staruszkiem...&lt;br /&gt;– Nie napisałem „staruszkiem”, ale „starszym panem”!&lt;br /&gt;– Potatoes, patatas, jak zwał tak zwał. Zaraz później jestem aroganckim, władczym guru, który zajmuje się krytyką literacką. Po prostu mi to zgrzyta.&lt;br /&gt;Po kilku chwilach ciężkiej ciszy Mistrz zapytał:&lt;br /&gt;– Czy ty w ogóle wiesz, gdzie idziesz z tą historią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozejrzałem się dookoła, szukając ratunku. Rechotały żaby, a świerszcze grały na skrzypcach (tak, jak wtedy, gdy byłem dzieckiem). Czarna ściana lasu falowała powoli i majestatycznie. W oddali kołysały się też łopiany. Przez chwilę, zagubiony już w tym wszystkim, zastanawiałem się, czy przypadkiem to nie ja nimi poruszam, obserwując z ukrycia całą tę scenę. Zwróciłem w stronę Mistrza zrezygnowaną twarz.&lt;br /&gt;– Nie mam pojęcia, co z tym zrobić.&lt;br /&gt;– Prawdziwa mądrość zaczyna się od uświadomienia sobie własnej ignorancji – skomentował z uśmiechem i przetasował talię tarota. Następnie wyciągnął ją do mnie.&lt;br /&gt;– Wybierz trzy karty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamknąłem oczy i, przywołując Duszę Wszechświata, spełniłem polecenie Mistrza. Trójka kijów, siódemka kijów i Mag. Na pierwszej karcie półnagi młodzieniec z lirą stoi między drzewami i obserwuje coś poza kadrem, w oddali. Druga przedstawia skupionego wojownika, broniącego się przed skierowanymi w niego ostrymi włóczniami. Karta Maga pokazuje brodatego mędrca, oświetlonego blaskiem lampy. Przed nim leży wielka księga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pierwszej i drugiej karcie bez trudu rozpoznałem siebie, z trzeciej patrzyło na mnie starsze odbicie Mistrza. Spojrzałem bezradnie na karty i podniosłem oczy, czekając na pomoc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Nie da się ukryć, że karty opowiedziały nam właśnie to spotkanie – powiedział wreszcie, ciągle studiując ilustracje. – Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy zgadnąć, na co gapi się młodzieniec – mrugnął do mnie zawadiacko. – Zakładam, że siódemka kijów opowiada o tym, co czujesz przez ostatnią godzinę, próbując odnaleźć się w dziwacznej sytuacji. Co do Maga, to myślę, że doskonale uchwyciłeś obecną chwilę, choć ponownie dodałeś mi trochę lat – dodał z przekąsem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Co dalej? – spytałem.&lt;br /&gt;– Powiedzmy, że była to rozgrzewka. Spróbujmy jednak wyjść poza „tu” i „teraz”. Poszukajmy nowych opowieści, których jeszcze nikt nie opowiedział. Niech ta piękna noc stanie się matką nowych Hamletów, Frankensteinów i Wilków Stepowych. Znajdźmy nowe Domy Usherów, Atlantydy i Hobbitony, niech karty zatańczą na Umrzyka Skrzyni, a Dzieci Kapitana Granta niech walczą na proce z Chłopcami z Placu Broni. Niech Fox Mulder ma romans z Gnijącą Panną Młodą, a później niech wspólnie uciekną do Saragossy, gdzie znajdzie ich szukająca zemsty Scully... – Mistrz przerwał, jakby zdając sobie sprawę, że przesadził. Popatrzył niepewnie.&lt;br /&gt;– W każdym razie, wiesz co mam na myśli?&lt;br /&gt;– Chyba tak.&lt;br /&gt;– No to do dzieła – powiedział i po raz kolejny wyciągnął do mnie tarota.&lt;br /&gt;– Tak jak ostatnio? – spytałem. Potwierdził skinięciem głowy. Znów wyciągnąłem trzy karty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Opowieść o skradzionej miłości&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawiał gorący wiatr. Dobiegły mnie dźwięki bębnów i gitary. Trzymając nieodsłonięte jeszcze karty w dłoni zdałem sobie sprawę, że Mistrz jest teraz starym murzynem, z długimi dredami, bez koszulki i w słomkowym kapeluszu. Pociągnął z grubego jak cygaro skręta, po czym podał mi go, wciąż przytrzymując w płucach dym, uśmiechając się równocześnie mięsistymi wargami. Brakowało mu jedynki. Przyjąłem poczęstunek. Słodki dym natychmiast uderzył do głowy. Dźwięki odległej muzyki nabrały głębi. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że świerki zamieniły się w palmy. Zamiast szumieć, zaczęły więc sucho szeleścić, tak jak to zwykle robią palmy. Parsknąłem śmiechem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– „Tak jak to zwykle robią palmy” – powtórzyłem na głos. Nie mogłem powstrzymać chichotu.&lt;br /&gt;– Good shit man, nie? – spytał rastaman.&lt;br /&gt;– Całkiem niezłe – potwierdziłem z uznaniem.&lt;br /&gt;– Te karty, zdaje się, są moje – wyciągnął rękę. Podałem mu je, ciągle się śmiejąc.&lt;br /&gt;– Jak ci na imię? – spytałem, kiedy badał wyciągnięte karty. Podniósł oczy, których białka były żółtawobrązowe, poorane popękanymi żyłkami, a źrenice wielkie i czarne.&lt;br /&gt;– Imię? Szybki jesteś. Na razie jednak zachowam je dla siebie. Pasuje?&lt;br /&gt;– Czemu nie? – odpowiedziałem i znowu zaciągnąłem się marihuaną. – Jeśli o mnie chodzi, to mogę biegać za Białym Królikiem przez wszystkie strony tej historii.&lt;br /&gt;Przy ostatnim słowie zakrztusiłem się dymem.&lt;br /&gt;– W porządku, droga Alicjo, przejdźmy zatem do opowieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle, nie wiem dlaczego, przestało mi być zabawnie. Muzyka bębnów nabrała złowieszczych tonów, kojarząc mi się z orkiestrą ludożerców, a odgłos palmowych liści zabrzmiał jak szelest ślubnej sukni zawieszonej na suchym szkielecie. Krew odpłynęła mi z głowy i poczułem mdłości. Murzyński Mistrz musiał to zauważyć, ponieważ zabrał ciągle żarzącego się skręta.&lt;br /&gt;– Ty już lepiej nie pal. Oddychaj głęboko i spróbuj się zrelaksować – poradził.&lt;br /&gt;Wciągnąłem głęboko powietrze, pachnące teraz oceanem, nie lasem. Poczułem, że powoli wracam do normalności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez chwilę stary rastaman spoglądał na mnie z lekką drwiną.&lt;br /&gt;– Jeśli ci już lepiej, pozwól że wreszcie zacznę.&lt;br /&gt;Rzucił na kamień trzy karty. Kochankowie, Diabeł i Sprawiedliwość, która zrzuca ze skały demona. Bębny zagrały głośniej. W palmowym gaju zaskrzeczał złowrogo jakiś ptak. Przenikliwe oczy starego Rastamana wwierciły się w moją duszę. Kiedy usłyszałem cichy, ochrypły głos, nie wiedziałem, czy wyszedł z jego ust, czy to same karty dostroiły się do moich myśli i przemówiły językiem snów. Po chwili jednak przestałem rozróżniać jakiekolwiek słowa. Sam stałem się opowieścią...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Urodziłem się w wiosce Maroonów. Matka wybrała dla mnie imię Kamau. Moi rodzice, dziadkowie i ich dziadkowie byli wolnymi ludźmi, w świecie, gdzie czarny człowiek traktowany był gorzej niż bydło. Naszą wioskę, podobnie jak wiele innych, ukrytych w dżungli społeczności, stworzyli zbiegli niewolnicy, nie będący w stanie znieść bata i zniewolenia. Bakra nienawidził nas z całego serca, bo przypominaliśmy mu, że jesteśmy ludźmi. Dlatego biały człowiek, kiedy tylko mógł, próbował utrudnić życie mojemu ludowi, wysyłając do dżungli ludzi z karabinami oraz truciznami, które na lata zanieczyszczały nasze studnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo wszystko moje dzieciństwo było szczęśliwe i jasne. Urodziłem się jako wolny człowiek i moja dusza nie zaznała nawet cienia upokorzenia i złamanej woli. Jako że nasza wioska była ukryta głęboko w dżungli, w dzieciństwie nigdy nie widziałem białego człowieka. Znałem go tylko z opowieści starych kobiet, kiedy próbowały napędzić stracha niegrzecznym chłopcom. Spędzałem dni na bieganiu po dżungli, dzikim śmiechem płosząc zwierzęta albo zbierając leśne owoce, którymi dzieliłem się później z moimi licznymi braćmi i siostrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna nazywała się Lateica. Jesteśmy ludźmi natury. Nigdy nie tracimy z oczu nici, która wiąże nas z duszą. Dlatego od początku wiedziałem, że moje serce należy do niej. Choć byłem małym chłopcem i ogień nie wypełnił jeszcze mojego ciała, wiedziałem, że to miłość. Tak samo ona kochała mnie. Spędzaliśmy całe dnie na dzikich gonitwach, czasami zapuszczając się tak daleko od naszej wioski, że nie wracaliśmy przed świtem. Rankiem poznawałem twardą rękę ojca, ale słodycz wspomnień, w których przemierzamy noc w świetle księżyca, nawołując się głosami ptaków i chowając przed złymi duchami, łagodziła silne razy, wymierzane przez ojcowską dłoń. On zresztą też robił to z miłości, jak więc mógłbym mieć za złe?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co na początku budziło śmiech i prowokowało żarty dorosłych, zostało wreszcie powszechnie zaakceptowane: Kamau i Lateica nigdy się nie rozstaną. Kiedy dorosną, starsi pobłogosławią ich, jako męża i żonę, a później liczne potomstwo wypełni wioskę nową energią, śmiechem i radością. To były beztroskie dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy osiągnęliśmy wiek, w którym lędźwie palą, jakby pokąsały je czerwone mrówki i niejeden sen przerywa gorąca powódź, rodzice postanowili, że nie wolno nas pozostawiać bez nadzoru. Od tamtego dnia mogliśmy widywać się jedynie w świetle dnia,  w środku wioski, gdzie nigdy nie przestawały nas obserwować czujne oczy braci Lateici.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-WrwN-XCDiZU/Tg3uMeLygVI/AAAAAAAACJE/zQf3XfHTvpo/s1600/the_curious_girl_painting_nude_acrylic_paper_artwork_thumb.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 238px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-WrwN-XCDiZU/Tg3uMeLygVI/AAAAAAAACJE/zQf3XfHTvpo/s320/the_curious_girl_painting_nude_acrylic_paper_artwork_thumb.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413407683969362" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wieku piętnastu lat była już prawdziwą kobietą, dumną księżniczką, godną córką swojej rasy. Jej wysmukła, kształtna figura wzbudzała podziw. Szerokie biodra odcinały się od smukłej talii, podobnie jak pełne, stojące wysoko piersi. Takie biodra mogły bez trudu dać narodziny dziesiątkom dzieci, a takie piersi mogły je wszystkie wykarmić. Uwielbiałem jej szeroki uśmiech, który odsłaniał białe, równe zęby. Duże, czarne oczy, czarniejsze jeszcze niż jej hebanowa skóra, potrafiły zmienić mnie w potulną owcę. Choć bardzo próbowałem to ukrywać, dobrze o tym wiedziała. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego przeciwko mnie. Na cóż byłby jej mężczyzna, który jest jak owca? Lateica potrzebowała kogoś takiego jak ona sama – dumnego, niezależnego i dzikiego. Płonęła we mnie młoda krew i w tamtych dniach wznieciłem niejedną bójkę, żeby, jak kogut, szczycić się przed nią męskością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochałem Lateicę i pożądałem jej coraz bardziej. Nie mogłem czekać dłużej, ale rodzice mówili, że jesteśmy za młodzi na ślub. Ogień w brzuchu palił coraz dotkliwiej. Gorąca nie łagodziły ani kolejne pojedynki, ani godziny samotnego ścigania się z wiatrem. Po tym jak ona patrzyła na mnie, wiedziałem, że czuje to samo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie nadszedł ten dzień. Na chwilę zniknęliśmy z zasięgu szpiegujących oczu i uszu. Powiedziałem jej, co czuję. Błagałem o spotkanie. Niech w nocy ucieknie z domu i niech pobiegnie do dżungli, nad jeziorko, gdzie zwykliśmy się bawić jako dzieci. Będę tam czekał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic nie mówiła. Jej oczy lśniły, jakby odbijał się w nich ogień moich lędźwi. Kiedy skończyłem przedstawiać swój plan, uśmiechnęła się i pierwszy raz w życiu nadstawiła usta do pocałunku. Słyszałem, jak szybko oddycha i jak mocno bije jej serce. Nie zdążyłem przyjąć podarunku. Usłyszeliśmy głosy nawołujących braci. Lateica wyrwała się z moich objęć. Szepnęła: „Dziś w nocy” i uciekła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co wy, biali ludzie, wiecie o takiej miłości? Odgrodziliście się od swoich dusz, nawet od swoich ciał, nadaliście wszystkiemu nazwy, które ukradły rzeczom prawdziwe znaczenie. Widziałem waszą miłość, odwiedziłem wasze kraje i czuję tylko litość. Święconą kredą narysowaliście linię: po jednej stronie miłość duszy, po drugiej – pożądanie ciała. W swojej arogancji nie widzicie, że w ten sposób nie możecie teraz odczuwać ani jednego, ani drugiego. Błąkacie się po zimnych pokojach abstrakcyjnych słów, nie będących w stanie ogrzać serc, albo rzucacie się na samicę jak na przedmiot, wylewając z siebie zimne, bezpłodne nasienie. Dziwicie się potem, dlaczego wasze serce staje się coraz bardziej suche.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tajemnica leży w harmonii ducha i ciała. Ukryta jest w dźwiękach zapomnianych snów, z czasów, kiedy nasza dusza zamieszkiwała ciała zwierząt, i jeszcze wcześniej, kiedy mieszkaliśmy w pałacach bogów. Bo tylko zwierzęta, bogowie i czarni ludzie żyją zgodnie ze swoją naturą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy nie myślałem o tym w ten sposób. Byłem pijany pożądaniem. Pobiegłem do lasu, powtarzając sobie jej ostatnie słowa: „Dziś w nocy”. Choć dzień był jeszcze w pełni, zjawiłem się na miejscu schadzki i usiadłem w zaroślach, niedaleko jeziorka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, jak długo czekałem i nie wiem, kiedy zmorzył mnie sen. Nie był to sen, jakiego doświadczałem co noc, ale raczej ciężka, żelazna zasłona, przez którą nie było w stanie przebić się ani jedno marzenie, ani jedna myśl.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebudzenie było jak podniesienie czarnej kurtyny. Otworzyłem oczy. Nad głową, pomiędzy liśćmi zobaczyłem gwiazdy. Czy to już noc? Zerwałem się na nogi i odwróciłem w stronę jeziora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co ujrzałem, zmroziło mi serce. W piasku, na brzegu, wiły się dwa ciała. W świetle księżyca dostrzegłem pot lśniący na skórze. Usłyszałem jęki. Chciałem pobiec na pomoc Lateice, którą, jak się domyśliłem, zaatakował jakiś złoczyńca. Niestety, nie mogłem uczynić najdrobniejszego ruchu. Nie wiem, czy to moja wola została sparaliżowana, czy moje ciało, ale byłem niczym kłoda drewna: martwy i sztywny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, ile bym dał, żeby moje oczy też były wtedy martwe! Patrząc bezsilnie na walczące postacie, ujrzałem twarz Lateici. Nie była to twarz skręcona bólem i zmaganiem, ale rozkoszą. Nagle zrozumiałem, co oznaczały jęki. Nie były to odgłosy cierpienia, o nie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Walczyłem z opinającymi ciało niewidzialnymi więzami. Szarpałem się jak zając złapany we wnyki, wyjąc bezgłośnie, nie będąc w stanie zamknąć oczu. Teraz jednak myślę, że nawet gdybym mógł, nie oderwałbym wzroku od tamtej sceny. Lateica wiła się z rozkoszy, drapiąc spocone plecy nieznajomego, pod którego skórą tańczyły stalowe muskuły. Na każdy ruch odpowiadała uległym jękiem i poruszeniem bioder.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, ile to trwało, ale tamtej nocy wiele razy przeszedłem na stronę szaleństwa. Choć jakaś część mnie chciała tam zostać, uciekając w ten sposób przed bólem, to gniew był silniejszy niż tchórzostwo; byłem w końcu prawdziwym dzieckiem mojej ziemi. Zrozumiałem wtedy, że nienawiść potrafi być bardziej paląca niż miłość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu porzuciłem walkę i z dzikim skupieniem wzbiłem wzrok w kopulującą parę. Chciałem zobaczyć twarz mężczyzny. Chciałem ją zapamiętać, a później zabić tego, kto ją nosił. Nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo żądny czyjejś śmierci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie miłosny pojedynek dobiegł końca. Lateica, po godzinach rozkoszy, zapadła w sen. Nieznajomy mężczyzna stanął na nogi. Był wysoki i harmonijnie zbudowany. Ciągle nie widziałem twarzy. „Odwróć się, odwróć się”, powtarzałem w myślach, niby zaklęcie. Wtem, niczym sztukmistrz pokazujący ostatni fragment magicznego triku, złożył ukłon niewidocznej publiczności i popatrzył w moją stronę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To byłem ja. Mężczyzna, który przywłaszczył sobie moją kobietę, ukradł też mój wygląd. Powoli ruszył w moim kierunku. Kiedy stanął przede mną, przysunął swoją twarz do mojej i zaśmiał się drwiąco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Odwaliłem za ciebie najcięższą robotę, Kamau – powiedział. – Mam nadzieję, że jesteś mi wdzięczny.&lt;br /&gt;Patrzyłem mu w oczy. Byłem czystą nienawiścią.&lt;br /&gt;– Jeśli jednak znów kiedyś będziesz chciał sobie uciąć drzemkę, zamiast dogodzić samicy, przywołaj moje imię. Zawsze możesz na mnie liczyć.&lt;br /&gt;Sobowtór skłonił głowę i odszedł. Kiedy zniknął w zaroślach, paraliżujące mnie zaklęcie przestało działać. Upadłem na kolana. Zawyłem. Mój głos zabrzmiał jak skowyt oszalałego z bólu zwierzęcia:&lt;br /&gt;– Jakie jest twoje imię?!! Powiedz mi swoje imię!&lt;br /&gt;Odpowiedział szyderczy śmiech. Po chwili, jakby płynący z innego świata głos dodał:&lt;br /&gt;– Anansi. Nazywają mnie Anansi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiedziałem, że nie uda mi się go doścignąć. Jak mógłbym złapać Anansiego, boga–pająka, mistrza kłamstwa? Zaszlochałem z bezsilności. Podszedłem do śpiącej Lateici. Oddychała równo, a jej śpiącą twarz ozdabiał uśmiech. Ziarnka piasku przykleiły się do spoconej skóry. Na udach dostrzegłem kilka rozmazanych kropel krwi. Dotknąłem jej ramienia. Westchnęła przez sen i położyła swoją dłoń na mojej. Nagle zesztywniała i otworzyła powieki. Wbiła we mnie wzrok, który był lśniący i zimny niczym stalowy nóż. Moje oczy, skierowane na nią, były tak samo zimne i obojętne. Cofnąłem powoli rękę. Zrozumiałem, że tak patrzą na siebie obcy ludzie. Anansi ukradł nie tylko jej ciało; skradł również naszą miłość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostawiłem ją tam, w lesie i zacząłem biec. Nigdy jeszcze tak nie biegłem. Moje płuca, podobnie jak serce, były niczym metalowe maszyny białego człowieka: silne i niezawodne. Moje nogi niosły mnie przez dżunglę, wzgórza i rzeki. Nie myślałem, nie czułem. Mełłem tylko w ustach jedno słowo: Anansi. Wreszcie, zmęczony, zatrzymałem się i położyłem tam, gdzie stałem. Natychmiast zapadłem w sen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłem się w wielkim domu. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego budynku. Dopiero później, kiedy poznałem świat i zobaczyłem pałace hinduskich radżów oraz europejskich królów, mogłem powiedzieć, że znalazłem coś, co można było porównać do pałacu z mego snu. Jednakże nigdy nie natknąłem się na nic, co dorównywałoby jego ogromowi i przepychowi. Kopulaste sufity pokoi ginęły wysoko w chmurach. Gigantyczne witraże pokazywały ruchome sceny z legend ludzi i bogów, a przez okna, które były ich pozbawione, widziałem planety i gwiazdy. Pośród nich na pojazdach z kwiatów krążyły piękne anioły i upiorne demony. Słyszałem dźwięki niebiańskiej muzyki, piękniejszej niż wszystko, czego wcześniej doznałem w swoim życiu i piękniejszej niż wszystko, czego doświadczyłem później. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie mój czas i dobry Jah zabierze mnie do Swojego królestwa, będę mógł Go o coś poprosić. Jeśli się zgodzi, poproszę Go o to, żebym jeszcze raz mógł usłyszeć tamtą melodię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękno i niezwykłość tego miejsca nie ugasiły jednak mojej nienawiści. Z nadzieją patrzyłem dookoła. Być może we śnie trafiłem do domu Anansiego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle kogoś zobaczyłem. W kącie komnaty siedział na drewnianym, nie pasującym do całości, skromnym krześle, mężczyzna. Był czarny jak ja, ale w jakiś sposób wiedziałem, że jest ponad kolorami skóry i tak naprawdę ponad wszystkim, co mogłem sobie wyobrazić. Choć siedział przygarbiony, widziałem, jaki jest wysoki. Ubrany był w czarny płaszcz i proste, czarne spodnie. Kiedy go dostrzegłem, jego głowa była pochylona, nie mogłem więc zobaczyć twarzy, tym bardziej, że czarne, długie włosy tworzyły gęstą zasłonę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie czułem strachu. Przez chwilę myślałem, że to Anansi odpoczywający w zaciszu swojego domu, w krainie bogów. Zacząłem powoli iść w jego stronę, pochylony, wstrzymując oddech, jak zwykłem robić, gdy polowałem z nożem na dziki. Nie miałem żadnej broni. Miałem swoją nienawiść i to mi wystarczyło. Wtem mężczyzna podniósł głowę. Zrozumiałem swoją pomyłkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wcześniej spojrzałem w oczy Anansiego, widziałem, że nie jest człowiekiem, ale istotą starszą niż nasza wioska. Gdy zobaczyłem oczy tego mężczyzny, poczułem że spadam w otchłań, że pochłaniają mnie eony lat, nieskończoność czasu i przestrzeni. Zobaczyłem w nich gwiazdy. Zrozumiałem, że jest starszy niż niebo, starszy nawet niż bogowie. Może był to jeden z pierwszych synów Jah? Nie wystraszyłem się jednak, o nie. Nigdy nie musiałem chylić przed nikim czoła. Nie wiedziałem, kim jest, ale zdawałem sobie sprawę, że jego moc przewyższa moc Anansiego, oszukańczego boga–pająka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-hGCKvUQG-eo/Tg3uDHdyVvI/AAAAAAAACI8/e9URSuM7z2g/s1600/sandman-morpheus.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-hGCKvUQG-eo/Tg3uDHdyVvI/AAAAAAAACI8/e9URSuM7z2g/s320/sandman-morpheus.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413246966617842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Czy możesz mi pomóc? – spytałem.&lt;br /&gt;– A ile jesteś gotowy poświęcić? – odpowiedział cichym głosem.&lt;br /&gt;– Poświęcić? A czy zostało mi jeszcze coś, co mógłbym poświęcić?&lt;br /&gt;Mężczyzna w czerni wstał i było to jakby wstał sam Zmierzch.&lt;br /&gt;– Nie spytasz mnie nawet o imię, śmiertelniku? Czy dobre wychowanie wśród ludzi jest już przeszłością?&lt;br /&gt;Moje serce pozostało mężne.&lt;br /&gt;– Nie znalazłem się tutaj z własnej woli, nie prosiłem o gościnę. Jeśli chcesz powiedzieć, kim jesteś, to twoja sprawa.&lt;br /&gt;– Czyżby? – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. Widziałem, że popatrzył na mnie inaczej. Rozpoznał dumną krew.&lt;br /&gt;– Dobrze więc, śmiertelniku – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Powiem ci moje imię. Jestem władcą snów. Kiedyś ludzie w krainie filozofów, mędrców i dobrego wina nazywali mnie Morfeuszem. W górzystej Szkocji surowi Celtowie nazwali mnie Angusem, a na kontynencie twoich przodków wołano mnie imieniem Eyengui. Tak naprawdę mam tyle imion, ile jest planet i krain, które na nich leżą.&lt;br /&gt;– Jakiego imienia sam używasz? – zapytałem.&lt;br /&gt;– Możesz nazywać mnie Sandmanem.&lt;br /&gt;Potrafiłem docenić jego gest. Skłoniłem głowę.&lt;br /&gt;– Mnie nazywają Kamau.- Choć nie było to łatwe, znów spojrzałem mu w oczy. – Pomóż mi znaleźć Anansiego.&lt;br /&gt;– Na cóż śmiertelnik poszukuje boga?&lt;br /&gt;– Nie szukam boga. Szukam złodzieja, którego chcę ukarać.&lt;br /&gt;– Co takiego skradł ci Anansi?&lt;br /&gt;– Miłość, która była moim jedynym skarbem.&lt;br /&gt;– Co zrobisz, kiedy go znajdziesz?&lt;br /&gt;– Zabiję go i odbiorę to, co ukradł.&lt;br /&gt;– Zabijesz boga? – Sandman zaśmiał się drwiąco. – Jak chcesz to zrobić?&lt;br /&gt;– Mój gniew silniejszy jest niż boskie moce. Doznałem niesprawiedliwości i wierzę, że łaska Jah jest ze mną.&lt;br /&gt;Nie opuszczałem wzroku, choć wiedziałem, że jeśli trochę dłużej będę patrzył w dwie studnie jego oczu, mój umysł zagubi się na zawsze pośród bezdroży snów.&lt;br /&gt;– Dobrze więc. Pomogę ci, choć nie przeceniaj moich możliwości. Mogę dać ci jedynie informację. To, co chcesz uczynić, musi być w pełni twoim dziełem.&lt;br /&gt;Czy żebrak może odmówić jałmużny? Skinąłem głową.&lt;br /&gt;– Jedź do Londynu. Tam znajdziesz swojego wroga.&lt;br /&gt;– Londynu? – spytałem zaskoczony. – Dlaczego Anansi miałby mieszkać w krainie białego człowieka? Czy nie jest to nasz bóg, którego moi przodkowie przywieźli z Afryki?&lt;br /&gt;– Świat jest o wiele bardziej złożony, niż ci się wydaje, Kamau – powiedział bóg snów i usłyszałem w jego głosie miękkość. Czy jednak mogłem mu ufać? Choć byłem pełen wątpliwości, nie miałem wyjścia. Musiałem uwierzyć jego słowom. Rozejrzałem się za wyjściem, niecierpliwy, by rozpocząć podróż.&lt;br /&gt;– Widzę, że jesteś kąpany w gorącej wodzie, mój mały Kamau.&lt;br /&gt;– Pokaż mi wyjście z tego miejsca.&lt;br /&gt;– Dobrze więc – powiedział. Upadłem na chłodną posadzkę.&lt;br /&gt;– Pamiętaj to, co teraz powiem, śmiertelniku. Anansi jest również moim wrogiem. Tak jak ty, pragnę jego śmierci. Niestety, on o tym wie i nigdy nie odwiedzi mojej krainy, mnie natomiast prawo zakazuje zabijania w miejscach innych niż moje królestwo. Tylko dlatego zaprosiłem cię tutaj i ofiarowałem pomoc. Od teraz jednak jesteś sam.&lt;br /&gt;Jego głos zaczął rozpływać się w ciemności, w której zatonął również mój umysł. Zdążyłem jeszcze zaśmiać się w duchu. Czy naprawdę znalazłem pomoc? Czy może stałem się właśnie pionkiem w grze bogów?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy się obudziłem, nie wątpiłem, że moje spotkanie z bogiem snów było prawdziwe. Nie dlatego, że niczym nasze stare kobiety, wierzyłem w każdą zjawę czy sen, ale nie miałem niczego innego, co nadałoby mi kierunek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego dnia rozpocząłem podróż. Ruszyłem do Kingston. Nie była to łatwa droga. Czarny, młody, zdolny do pracy mężczyzna wzbudzał zainteresowanie. Drogi pełne były bezlitosnych łowców zbiegłych niewolników. To wtedy, w drodze do Kingston, zabiłem pierwszego człowieka. Nie białego, ale czarnego brata, który zaprzedał duszę diabłu i chciał zaprowadzić mnie do białego pana. Miotał się niczym ryba, kiedy zaciskałem dłonie na jego szyi. Czułem, jak ucieka z niego życie. Nie miałem litości. Być może Anansi ukradł z mojej duszy coś więcej niż miłość. Może to jednak ja sam, z własnej woli stałem się ślepcem. Ta śmierć była pierwszą z wielu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę opisywał całej drogi. Powiem tylko, że była ona długa, pełna przemocy i krwi. Zaciągnąłem się na statek korsarzy. Tylko w ten sposób taki nigger jak ja mógł opuścić Jamajkę. Płynęliśmy od lądu do lądu, mordując, kradnąc i gwałcąc (a w każdej, krzyczącej ze strachem i nienawiścią kobiecie, w którą wchodziłem, widziałem Lateicę). Moja dusza stała się czarna jak morze w środku nocy. Nie dbałem jednak o to. Chciałem jedynie krwi. Chciałem znaleźć Anansiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-c7YOu5E3VT0/Tg3uCZ10ZdI/AAAAAAAACIk/42TBXTo4uaw/s1600/Captain_Barbosa.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-c7YOu5E3VT0/Tg3uCZ10ZdI/AAAAAAAACIk/42TBXTo4uaw/s320/Captain_Barbosa.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413234719385042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mijały lata. Nasze statki zawijały do każdego zakątka ziemi, a gdziekolwiek ludzie widzieli nasze żagle, wkrótce rozbrzmiewały krzyki rozpaczy i płacz. Ciągle jednak nie zbliżałem się do angielskiej ziemi, gdzie, jak obiecał mi bóg snów, miałem znaleźć Anansiego. Flota królewska była zbyt silna, żeby móc zbliżyć się do brzegów Anglii. Gdziekolwiek jednak płynęliśmy, moje oczy zawsze skierowane były w jej kierunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego razu przypłynęliśmy w pobliże kraju, o dotarciu do którego marzyłem. Na horyzoncie wypatrzyliśmy bandery angielskiej floty. Mój kapitan popatrzył przez chwilę na las masztów. Wreszcie odwrócił się do nas, nakazując odwrót. Bez wahania wyciągnąłem nóż i wbiłem go głęboko w jego serce. Gorąca krew zalała zaciśniętą na nożu pięść. Skoczyłem za burtę. Jah ocalił mnie od kul współtowarzyszy. Dopłynąłem do angielskiego statku i powiedziałem, co uczyniłem. Skłamałem, że jestem już zmęczony korsarstwem i od teraz chcę służyć królowi Anglii. Słysząc te słowa, biali oficerowie wybuchnęli śmiechem, a prości marynarze zawtórowali im głośno. Zapędzili mnie do ładowni, pełnej czarnych niewolników.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Chcesz służyć królowi Anglii? – zapytał drwiąco pierwszy oficer statku i wręczył mi bat.&lt;br /&gt;– Niech szczury pilnują szczurów – usłyszałem jeszcze, jak zażartował do marynarzy. Odpowiedzieli wstrętnym rechotem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nienawidziłem białego człowieka za to, do czego mnie zmusił, ale jeszcze bardziej nienawidziłem Anansiego. Nie szczędziłem więc bata i wkrótce czarni bracia nienawidzili mnie bardziej niż Anglików, choć wcale nie przerastałem ich w okrucieństwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz statek nie zawijał nigdy do brzegów Anglii. Brytyjskie prawo głosiło, że na angielskiej ziemi nie może postać noga zniewolonego człowieka. Kursowaliśmy więc pomiędzy Afryką a Ameryką i Karaibami. Angielski król dostawał swój udział z każdego sprzedanego niewolnika.&lt;br /&gt;Znów minęło kilka lat. Moje serce stało się jeszcze czarniejsze, tak czarne jak pustka nocy, gdy na niebie nie widać gwiazd. Jedna tylko myśl prowadziła mnie wtedy: Anansi. A kiedy chwiała się moja determinacja, przypominałem sobie zimne oczy Lateici i krew na jej spoconych udach. Te myśli dodawały mi sił i rozpalały nienawiść na nowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie, któregoś lata, nasz statek wezwano do Anglii, by pomóc w nadchodzącej wojnie. Dowódca pozwolił mi zostać w załodze i służyć jako sprzątacz i pomocnik. Kiedy dobiliśmy do Bristolu, pierwszej nocy uciekłem na ląd. Ruszyłem do Londynu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga zajęła wiele dni. Choć podobno stąpałem po ziemi wolnych ludzi, wkrótce zrozumiałem, jakie to oszustwo. Czarny człowiek nigdy nie będzie wolny na ziemi białych gospodarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie spotkałem po drodze ani jednej dobrej duszy. Cierpiałem głód i poniżenie. Choć byłem zmęczony zabijaniem, to znów wyciągnąłem nóż i wziąłem sobie pożywienie, trunek i kobiece ciało. Nie potrafiłem jednak ugasić pragnienia serca. Chciałem tylko jednej rzeczy: spotkać Anansiego. Teraz, po latach, znalazłem się wreszcie u celu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Londyn był ogromy, brudny i zły. Myślę, że był nawet gorszy od statku, na którym spędziłem kilka ostatnich lat. Tam przynajmniej panowały jakieś prawa i biali oficerowie uznali mnie w końcu za członka załogi. W Londynie nie rządziło żadne prawo, oprócz prawa silniejszego i bogatszego. A czarny człowiek był na samym dole drabiny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie martwiło mnie to jednak. Przecież byłem tam, gdzie kiedyś skierował mnie bóg snów, choć nie wiedziałem już teraz, czy nasze spotkanie nie było tylko ulotną wizją cierpiącego umysłu. Czy miałem jednakże jakieś wyjście? Do czego miałbym wracać? Nienawiść była wszystkim, co posiadałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włóczyłem się po ulicach Londynu, żyjąc z tego, co ukradłem, nie zwracając uwagi na przelaną krew i cierpienie, jakie sprawiałem innym. Każdego dnia spędzałem godziny na cuchnących i wilgotnych ulicach miasta, badając twarze przechodniów. Kiedy któryś dostrzegał mój wzrok, szybko odwracał głowę, próbując otrząsnąć się ze strachu, jaki wzbudziły w nim moje zimne oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam, ile spędziłem tam czasu. Być może kilka miesięcy, być może kilka lat. Londyn wysysał ze mnie życie szybciej niż morze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Któregoś dnia spełniły się moje marzenia. Spacerując po ulicy, spotkałem Anansiego. Chociaż był teraz biały i choć nigdy nie widziałem go w prawdziwej postaci, rozpoznałem jego spojrzenie: wiekowe i złośliwe. Choć z pewnością zobaczył wlepione w siebie oczy, nie rozpoznał mnie. Miałem już prawie czterdzieści lat. Grzeszne życie korsarza i bandyty odcisnęło swoje piętno, wyglądałem więc na więcej. Jego wzrok spłynął obojętnie po mojej twarzy i Anansi, bóg–pająk, poszedł w swoją stronę. Bez wahania ruszyłem jego śladem. Dopóki szliśmy po dzielnicy biedoty, nie było problemu, ale kiedy zaczęliśmy mijać czyste ulice oraz parki białej i bogatej części Londynu, coraz trudniej było mi ukryć się w tłumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy zobaczyłem, że Anansi podchodzi do drzwi jednego z bogatych domów, zawołałem jego imię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwrócił się lekko zdziwiony i zawrócił, żeby zobaczyć kim jestem. To prawda, wyglądał jak człowiek, ale ja byłem w stanie widzieć to, co ukrywało jego wnętrze. Może dlatego, że moja dusza stała się tak zła jak jego? Kiedy stanął naprzeciwko, zajrzał mi w oczy. Znów, tak jak tamtej nocy, wiele lat temu, poczułem paraliżujące więzy. Macki jego spojrzenia weszły w moją duszę i odczytały wspomnienia. Wreszcie szeroki uśmiech wykrzywił mu usta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Kamau? Co za niespodzianka! – zawołał i objął mnie w imitacji serdeczności. Kilku przechodniów popatrzyło na nas podejrzliwie. Dlaczego ten biały gentelman z taką przyjaźnią obejmuje czarnego, obdartego bandulu?&lt;br /&gt;Zbliżył usta do mojego ucha.&lt;br /&gt;– Czyżbyś znów potrzebował pomocy przy rżnięciu tej małej kurwy? Nie potrafiłeś jednak zmieścić się w moich butach? – szepnął.&lt;br /&gt;– Nie jest łatwo mi dorównać, wiem – dodał głośno – ale jestem pewien, że ta mała z pewnością podzieliła się z tobą kilkoma sztuczkami, których ją nauczyłem.&lt;br /&gt;– Walcz ze mną, tchórzu – wykrztusiłem z trudnością, próbując zrzucić magiczne więzy.&lt;br /&gt;Anansi gwizdnął z udawanym podziwem.&lt;br /&gt;– Muszę przyznać, że ten czarnuch to twarda bestia. To lubię.&lt;br /&gt;Nagle poczułem, że znów jestem wolny. Niewiele myśląc, wyciągnąłem ukryty za pasem nóż i wbiłem w pierś Anansiego. Nawet nie drgnął.&lt;br /&gt;– Naprawdę myślałeś, głupcze, że to takie proste? Że znajdziesz mnie i wbijesz w serce nóż, jak jakiemuś pierwszemu lepszemu przechodniowi, któremu kradniesz portfel? – parsknął. Nóż z brzękiem spadł na ulicę.&lt;br /&gt;– Musisz wiedzieć, że boga nigdy nie można zabić w jego przybranej postaci, a tylko głupi bóg przechadza się, tak jak go Bóg stworzył – zachichotał, zadowolony z dowcipu.&lt;br /&gt;Choć plan zawiódł, zobaczyłem jednak, że zmienił się lekko wyraz jego twarzy. Czyżbym dostrzegł odrobinę podziwu? Czy może było to częścią kolejnej, oszukańczej intrygi?&lt;br /&gt;– Czego ty ode mnie oczekujesz, Kamau?&lt;br /&gt;– Zabrałeś mi coś cennego. Chcę to odzyskać.&lt;br /&gt;– Masz na myśli tak zwaną miłość, pomiędzy tobą i tą czarnulą? Jak jej było...&lt;br /&gt;– Lateica.&lt;br /&gt;– A tak, Lateica, pamiętam – westchnął z udawanym rozmarzeniem.&lt;br /&gt;Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby ważąc jakiś pomysł.&lt;br /&gt;– Co powiesz na układ, Kamau?&lt;br /&gt;– Układ? Dlaczego miałbym ci ufać?&lt;br /&gt;– Choć, jak już pewnie wiesz, nie jestem przykładem uczciwości – mówiąc to mrugnął ironicznie – to nawet bogowie muszą przestrzegać pewnych praw. Jednym z nich jest bezwzględny nakaz dotrzymania słowa danego śmiertelnikowi.&lt;br /&gt;– Co proponujesz?&lt;br /&gt;– Nie tutaj. Już i tak wzbudzamy sensację. Nawet na wolnej ziemi czarnuch nie powinien podchodzić za blisko do domu swojego władcy – zarechotał i wskazał palcem na pobliski Pałac Buckingham.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była wiosna. Park oczarowywał przechodniów zielenią drzew i krzewów, których urok podkreślały dodatkowo klomby róż. Wiatr przyniósł zapach świeżo skoszonej trawy i dźwięk dziecięcego śmiechu. Spoglądając na plecy idącego przede mną Anansiego, uświadomiłem sobie, że pierwszy raz, odkąd opuściłem wioskę, nie czułem nienawiści. Dlaczego? Czyżbym zrozumiał, że cały ten czas byłem tylko pionkiem, wciągniętym do gry przez wyższe siły? Że moja zemsta nie była wcale moją? A może zdałem sobie sprawę, że nie mogę zabić Anansiego, przez co cała moja wyprawa była pomyłką?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszliśmy głębiej w park, który zaczął pustoszeć, choć przecież był to środek słonecznego dnia. Jakaś siła pchała ludzi do wyjścia. Widziałem, jak nie rozumiejąc swojego strachu, rozglądają się w oszołomieniu dookoła. Zamilkł wesoły gwar głosów. Ucichły nawet ptaki. Po chwili byliśmy sami.&lt;br /&gt;Anansi zatrzymał się w, jak mi się wydawało, najciemniejszym zakątku.&lt;br /&gt;– Tutaj powinno być dobrze – powiedział wesoło i usiadł na ławce. Wskazał miejsce obok siebie. – Siadaj, Kamau, przebyłeś długą drogę.&lt;br /&gt;Odmówiłem ruchem ręki.&lt;br /&gt;– Twoja sprawa – prychnął z urazą Anansi. – Przejdźmy więc do naszego układu. Co ty na to?&lt;br /&gt;– Mów.&lt;br /&gt;– „Mów”? Ha, ha, widzę, że nie złamało cię jeszcze życie, choć wiem, że musiałeś sporo ostatnio przejść. A to wszystko z powodu małej, czarnej dziwki. - Przerwał, czekając na reakcję. Nie odpowiedziałem. Rozczarowany, pokręcił głową.&lt;br /&gt;– Dobrze więc, skoro chcesz, przejdźmy od razu do interesów. Mam taki stary zwyczaj, o którym być może słyszałeś. Moja propozycja jest bardzo jasna: zadam ci trzy zagadki. Jeśli odpowiesz, będziesz mógł poprosić, o co zechcesz. Będę zobligowany do spełnienia twojego życzenia i odzyskasz to, czego tak bardzo pragniesz. Jeśli jednak choć jedno z moich pytań pozostawisz bez odpowiedzi, zostaniesz moim niewolnikiem.&lt;br /&gt;Słowo „niewolnik” zabolało jak cięcie nożem. Nigdy nie byłem niewolnikiem, nawet kiedy służyłem w angielskiej flocie, pilnując czarnych braci. Zawahałem się tylko przez sekundę.&lt;br /&gt;– Dobrze więc, pytaj.&lt;br /&gt;Anansi zaśmiał się tryumfalnie.&lt;br /&gt;– Świetnie, lubię ludzi, którzy nie uciekają przed ryzykiem!&lt;br /&gt;– Ty nie ryzykujesz?&lt;br /&gt;– Ja? Jeszcze nigdy nie przegrałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-k7sqO-rh9YI/Tg3uCV1x65I/AAAAAAAACIc/Oa5nJ21XRJM/s1600/anansi.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 294px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-k7sqO-rh9YI/Tg3uCV1x65I/AAAAAAAACIc/Oa5nJ21XRJM/s320/anansi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413233645480850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy się bałem? Nie jestem pewny. Wiedziałem, że Anansi ma coś w zanadrzu. Coś, co nie pozwoli mi zwyciężyć. Dlaczego więc przystałem na jego propozycję? Wtedy myślałem, że pragnę wreszcie zakończyć tę historię, nawet jeśli miałaby ona oznaczać przegraną. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, wierzę, że jakaś część mnie, przeczuwała, że bierze udział w większym planie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Gotowy? Tak? Więc zaczynajmy bez zwłoki... Pierwsze pytanie: „Ten, kto to wytwarza, nie potrzebuje tego, ten, kto to kupuje, nie będzie tego używał, ten kto będzie tego używał, nigdy tego nie zobaczy.”&lt;br /&gt;Zdziwiłem się. Czyżby Anansi robił sobie kpiny? W mojej wiosce nawet dzieci znały tę zagadkę.&lt;br /&gt;– Trumna.&lt;br /&gt;– Brawo! – zaklaskał Anansi i ukłonił się w udawanym podziwie. – Wreszcie znalazłem godnego siebie przeciwnika. Gotowy na następne pytanie?&lt;br /&gt;Skinąłem głową.&lt;br /&gt;– Trzymam za ciebie kciuki, Kamau. Tak więc: „Mój ojciec ma studnię na podwórzu, którą może zmącić mały pyłek kurzu”. Co powiesz na to?&lt;br /&gt;Teraz już byłem pewny, że Anansi bawi się ze mną. Ta zagadka również pochodziła z mojej wioski. Poczułem gniew.&lt;br /&gt;– Oko – wyszeptałem.&lt;br /&gt;– Prosimy zawodnika o wyraźne powtórzenie odpowiedzi – zawołał drwiąco.&lt;br /&gt;– Oko – powtórzyłem głośniej.&lt;br /&gt;– Coś niesamowitego. Anansiego ogarniają wątpliwości; czyżby miał go pokonać małowioskowy rogacz? – kpił bóg-pająk, wijąc się ze śmiechu na ławce.&lt;br /&gt;– Zadaj mi ostatnie pytanie – powiedziałem cicho. Chciałem doprowadzić grę do końca.&lt;br /&gt;– Chcesz ostatnie pytanie? – Anansi spoważniał. Wstał z ławki i przysunął swoją twarz do mojej. – Pożrę cię żywcem – syknął. Wiedziałem, że nie mówi tego w przenośni.&lt;br /&gt;– W takim razie niech tak będzie. Może tym razem coś bardziej ambitnego... Słuchaj uważnie, Kamau: „Jest taki kraj, do którego wszyscy ludzie, zwierzęta i bogowie podróżują codziennie, by napić się wody życia, ale Anansi nie ma tam wstępu. Co to za miejsce?”&lt;br /&gt;Jego oczy lśniły chciwością i złem. Widziałem jak szykuje się do skoku. Przez chwile wyglądał jak pająk, który ma właśnie zaatakować schwytaną w pajęczynę muchę. Był tak pewny wygranej, że nie zwrócił uwagi na moją ulgę.&lt;br /&gt;– Ta kraina to Królestwo Snów, którego władcą jest Sandman.&lt;br /&gt;Anansi zadrżał i z sykiem wypuścił powietrze. Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie przemówił:&lt;br /&gt;– Widzę, Kamau, że cię nie doceniałem. Zdaje się, że nie jestem jedynym bogiem, jakiego znasz, czyż nie?&lt;br /&gt;Nie czekając na odpowiedź, dodał niechętnie i zimno:&lt;br /&gt;– No cóż, mój chłopcze, udało ci się dokonać tego, czego pragnąłeś. Możesz wreszcie odzyskać miłość swojej kobiety.&lt;br /&gt;– Wcale tego nie pragnę – odpowiedziałem, po czym zażądałem: – Chcę zobaczyć twoją prawdziwą postać.&lt;br /&gt;W ostatniej sekundzie, kiedy Anansi ciągle miał jeszcze ludzką twarz, ujrzałem w niej strach. Po chwili, spod moich stóp próbował uciec tłusty, czarny pająk. Miękki odwłok pękł pod ciosem buta, jak odwłok każdego zwykłego pająka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otarłem podeszwę o trawę i usiadłem na ławce. Po chwili usłyszałem pierwsze głosy powracających przechodniów. Znów zaczęły śpiewać ptaki. Jeden ze spacerowiczów usiadł obok.&lt;br /&gt;– Udało ci się, śmiertelniku. Dokonałeś swojej zemsty.&lt;br /&gt;Rozpoznałem ten głos. Obok mnie siedział Sandman, w którego oczach mieszkają gwiazdy.&lt;br /&gt;– Co teraz? – spytałem.&lt;br /&gt;– Skąd mam wiedzieć? Wy, śmiertelnicy, kształtujecie sobie życie własnymi rękami, choć tak często próbujecie zrzucać swoje decyzje i ich skutki na bogów.&lt;br /&gt;Zapadała cisza. Wzrok Sandmana ze smutkiem prześlizgiwał się po ludziach.&lt;br /&gt;– Chciałem cię o coś spytać, Kamau, mogę?&lt;br /&gt;Po raz pierwszy nie usłyszałem w jego głosie władczej nuty.&lt;br /&gt;– Od kiedy to bóg potrzebuje pozwolenia śmiertelnika, żeby mówić?&lt;br /&gt;– Nie mówię teraz jako bóg.&lt;br /&gt;– W takim razie jako kto?&lt;br /&gt;– Po prostu, ja... Dlaczego nie poprosiłeś Anansiego, żeby oddał ci uczucie do Lateici? Czyżby potrzeba zemsty była silniejsza niż miłość?&lt;br /&gt;Zacząłem się śmiać. „Oto wielki Sandman, bóg snów” – zakpiłem w myślach.&lt;br /&gt;– Nie rozumiem – powiedział cicho.&lt;br /&gt;– Nie rozumiesz? Ty? – pokiwałem z niedowierzaniem głową. – Prawdziwej miłości nie można nikomu zabrać.&lt;br /&gt;– Jak w takim razie Anansi...&lt;br /&gt;– Najwidoczniej nie była to prawdziwa miłość.&lt;br /&gt;Znów zamilkliśmy na chwilę.&lt;br /&gt;– Czy teraz ja mogę cię o coś spytać, Sandmanie?&lt;br /&gt;– Pytaj.&lt;br /&gt;– Co Anansi zabrał tobie?&lt;br /&gt;Spojrzał mi w oczy. Przez jedną chwilę nie widziałem boga, ale mężczyznę, jak ja.&lt;br /&gt;– Właśnie uświadomiłeś mi, że nic.&lt;br /&gt;– Aha...&lt;br /&gt;W końcu bóg snów wstał z ociąganiem.&lt;br /&gt;– Pójdę już.&lt;br /&gt;– Idź.&lt;br /&gt;Odszedł kilka kroków i stanął. Wiedziałem, że chce coś powiedzieć, wiedziałem nawet co, ale przemówiłem pierwszy.&lt;br /&gt;– Tamtej nocy, nad jeziorem, kiedy czekałem na Lateicę, to nie Anansi zesłał na mnie sen, tak?&lt;br /&gt;Jego plecy zgarbiły się trochę.&lt;br /&gt;– Użyłeś mnie jako przynęty, żeby załatwić własne porachunki.&lt;br /&gt;Nie odpowiedział.&lt;br /&gt;– Jak na boga, to straszny z ciebie skurwysyn.&lt;br /&gt; Sandman zadrżał i przez jedną, małą chwilę myślałem, że...&lt;br /&gt;– Przepraszam – powiedział cicho i zniknął.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bębny już dawno umilkły. Ucichł nawet wiatr. Otarłem łzę. Stary rastaman odchrząknął flegmę i splunął przez ramię.&lt;br /&gt;– To już koniec? – spytałem.&lt;br /&gt;– A co jeszcze byś chciał, mój chłopcze? To nie są „Piraci z Karaibów”. Przykro mi.&lt;br /&gt;– No ale co stało się później? Co zrobiłeś? Wróciłeś do Lateici?&lt;br /&gt;– Do Lateici? – prychnął. – Spałeś, czy co? Lateica kaput. Nigdy nie było prawdziwej miłości.&lt;br /&gt;– Ale...&lt;br /&gt;– Czy poczujesz się lepiej, jeśli powiem, że wróciłem na Jamajkę, do swojej wioski, gdzie znalazłem dobrą dziewczynę, która dała mi wiele dzieci?&lt;br /&gt;– Czy tak naprawdę było?&lt;br /&gt;– Mogło być... Mogę ci jednak powiedzieć na pewno jedną rzecz.&lt;br /&gt;– Tak?&lt;br /&gt;– Od tamtego dnia każdej nocy mam najpiękniejsze sny na świecie. Staremu draniowi zostało jednak trochę sumienia.&lt;br /&gt;– Masz na myśli Morfeusza?&lt;br /&gt;– No dobra, koniec pytań – uciął i wziąwszy do ręki talię tarota, wyciągnął jedną kartę.&lt;br /&gt;– Ta jest specjalnie dla ciebie, białasku – powiedział teatralnie posępnym głosem i rzucił mi ją na kolana.&lt;br /&gt;Z karty szczerzyła zęby biała czaszka.&lt;br /&gt;– Co to znaczy?! – krzyknąłem, zrywając się na nogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Spokojnie, młody człowieku, spokojnie – śmiejąc się, zawołał Mistrz. Po starym rastamanie nie było ani śladu. Zniknęły palmy, a zapach oceanu zamienił się z powrotem w zapach wilgotnego lasu.&lt;br /&gt;– Spokojnie? – pokazałem na kartę. – Kamau powiedział, że ta jest specjalnie dla mnie!&lt;br /&gt;– Hę? Kamau? A któż to taki? Czyżbyś się na chwilę zdrzemnął? No tak, drzemka w krainie snów musi być ekstra mocnym przeżyciem – powiedział, puszczając oko. – Co do karty, nie masz się czym martwić. Karta Śmierci nie oznacza, a przynajmniej nie musi oznaczać zakończenia życia (choć nie rozumiem, co byłoby w tym strasznego. Nie wydaje mi się, żeby śmierć była mniej przyjemna od snu, a nikt przecież nie robi w portki przed każdym pójściem do łóżka). W tarocie Śmierć oznacza jedynie koniec czegoś, koniec cyklu, etapu w życiu... koniec opowieści.&lt;br /&gt;Mistrz zadumał się na chwilę.&lt;br /&gt;– Wiesz, Pankracy, co jest najlepsze w zakończeniach?&lt;br /&gt;Popatrzyłem pytająco.&lt;br /&gt;– Po każdym zakończeniu zawsze przychodzi nowy początek.&lt;br /&gt;Obróciłem w palcach kartę z kościotrupem. Skoro tak, to faktycznie nie ma się czego bać.&lt;br /&gt;– Jesteś gotowy na nową historię? – zapytał Mistrz, pokazując mi ręką, żebym usiadł.&lt;br /&gt;Skinąłem głową. Podał mi talię.&lt;br /&gt;– Może tym razem spróbuj wyciągnąć coś lżejszego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-NBP8g3b-aNQ/Tg3uCozTnqI/AAAAAAAACIs/86rsigm5e1A/s1600/Cat_tarot_painting.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 318px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-NBP8g3b-aNQ/Tg3uCozTnqI/AAAAAAAACIs/86rsigm5e1A/s320/Cat_tarot_painting.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5624413238735380130" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-5188593018550912249?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/5188593018550912249/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/07/karciane-opowiesci.html#comment-form' title='2 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5188593018550912249'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/5188593018550912249'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/07/karciane-opowiesci.html' title='Karciane opowieści'/><author><name>marcinsen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09754574914998722216</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://2.bp.blogspot.com/_VWoD-tZtpGE/Sk_LIWXbrXI/AAAAAAAAAzA/VuuQJ5-UOE4/S220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-kTBU6h86b_E/Tg3uDJPB0iI/AAAAAAAACI0/aTMGp-iaOzQ/s72-c/Master-and-Margarita.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-3540958301780553815</id><published>2011-06-19T07:59:00.011+01:00</published><updated>2011-06-19T11:14:21.149+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kopenhaga'/><title type='text'>Powoli do góry, na dwie nogi...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-XHOPJprtYLk/Tf2fC0C9aqI/AAAAAAAACIA/vhOjxch06-E/s1600/DSCN1845.JPG"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-XHOPJprtYLk/Tf2fC0C9aqI/AAAAAAAACIA/vhOjxch06-E/s320/DSCN1845.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5619822780707859106" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;" &gt;Powoli do góry, na dwie nogi...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Kopenhaga)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uff, to był ciężki miesiąc (a w sumie ciężkie trzy miesiące). Dochodzę do siebie małymi kroczkami, choć w pewnym momencie myślałem, że nie dam rady, że coś się we mnie połamało na dobre. Widać z wiekiem odporność na stres maleje, przynajmniej teraz wiem, że muszę być ostrożniejszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W skrócie – wpakowaliśmy się w długi, w mieszkaniu nie mogliśmy mieć zameldowania, nie mogliśmy załatwić papierów, właścicielka mieszkania okazała się osobowością niezbyt przyjemną, każda najdrobniejsza sprawa, próba załatwiania czegoś w urzędach spełzała na niczym, ale to naprawdę każda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po trzech miesiącach udało mi się wreszcie znaleźć nowe mieszkanie. Nie wiem, jak to wpłynęło na mnie, ale następnego dnia po znalezieniu nowego miejsca obudziłem się w okropnym stanie – nieopanowany niepokój, obcość, panika. Gdybym mógł to do czegoś porównać, to najbardziej przypominało to zły odlot po trawce, z tym, że zamiast trwać godzinę, czy dwie, trwało to prawie dwa tygodnie. Brrr, jeszcze teraz mam dreszcze i piszę o tym z niechęcią. Gdyby nie wsparcie Tani, to mogłoby być jeszcze gorzej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym bądź razie teraz jest lepiej. Codziennie ładuję się witaminami, dużo ruchu, unikam jak się da stresujących myśli, poza tym wreszcie udało nam się ruszyć z papierami, już prawie wszystko załatwione, nowe mieszkanie jest miłe, dzielimy je polską parą, z hiszpańską parą, z Włochem i Marokańczykiem, jest wesoło, ludnie, dobrze czasami czuć w domu obecność innych ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dwa tygodnie jedziemy do Polski w Sudety, spotkać się wreszcie ze &lt;a href="http://swamitripurari.com/"&gt;Swamim&lt;/a&gt;, naszym duchowym przewodnikiem, którego do tej pory znamy tylko korespondencyjnie i teraz z niecierpliwością odliczamy dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To truizm, ale i tak powiem: życie nie jest łatwe, a czasami jest wręcz nie do zniesienia. Trzeba jednak wierzyć w głębszy sens. Czasami nic innego nie pozostaje, niż wbrew wszystkiemu przeć do przodu, bo przecież do tyłu nie da się iść, choćby się nawet chciało.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-3540958301780553815?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/3540958301780553815/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/06/powrot.html#comment-form' title='4 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3540958301780553815'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/3540958301780553815'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/06/powrot.html' title='Powoli do góry, na dwie nogi...'/><author><name>marcinsen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09754574914998722216</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://2.bp.blogspot.com/_VWoD-tZtpGE/Sk_LIWXbrXI/AAAAAAAAAzA/VuuQJ5-UOE4/S220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-XHOPJprtYLk/Tf2fC0C9aqI/AAAAAAAACIA/vhOjxch06-E/s72-c/DSCN1845.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-1705553600315113799</id><published>2011-06-16T20:30:00.002+01:00</published><updated>2011-06-16T20:35:08.819+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sny'/><title type='text'>Zły sen</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Cgt3GjT7mS0/Tfpa2bL0B1I/AAAAAAAACHw/evDWTjQG4x4/s1600/foto62-pintura-090x060cm-20_inset.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 212px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Cgt3GjT7mS0/Tfpa2bL0B1I/AAAAAAAACHw/evDWTjQG4x4/s320/foto62-pintura-090x060cm-20_inset.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5618903376154855250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Czarny rasta podał mi skręta. Wziąłem go między kciuk a palec wskazujący i zaciągnąłem się głęboko. Gęsty, wilgotny dym wypełnił mi nie tylko płuca, ale całe ciało, aż do samych stóp. Stałem się balonem nadętym odurzającą mgłą. Poczułem ciepło i wszechogarniającą słabość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Rasta zaśmiał się ochryple i odwrócił do swoich przyjaciół, mrugając porozumiewawczo.&lt;br /&gt;    Siedzieliśmy w ciasnym, mrocznym barze. Drewniane, ciemnobrązowe od dymu i upływu czasu ściany sprawiały, że atmosfera była posępna i groźna. Nie wiedziałem ani gdzie jestem, ani kim są ci ludzie, przyglądający mi się z drwiną. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego siedzę tutaj z nimi, zamiast uciec do jakiegoś bezpiecznego i jasnego miejsca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Spróbowałem wstać, ale silna ręka mojego towarzysza osadziła mnie na miejscu.&lt;br /&gt;    - Gdzie ci się tak śpieszy, man? Posiedź jeszcze z nami. Jest fajnie, nie? - powiedział. W pozornie niewinnych słowach usłyszałem groźbę. Rozejrzałem się dookoła i uświadomiłem sobie, że jestem jedynym białym w lokalu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Lubię reggae, ale dźwięki sączącej się z głośników muzyki były zbyt agresywne i mroczne, żeby dodać mi otuchy. Po chwili byłem w stanie rozróżnić jej słowa. Mówiły o pustych pokojach, twarzach namalowanych cieniem, głupiej śmierci i gwałcie, długich lekcjach w dawno spalonej szkole, snach o różowych i jaskrawo-żółtych ciastach, upieczonych na czyjąś stypę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Chciałem znaleźć się na zewnątrz, z daleka od tej chorej, koszmarnej piosenki, sam nie wiem, czy śpiewanej, czy szeptanej, ale z całą pewnością, nie pochodzącej z ust człowieka. Rasta podał mi jointa.&lt;br /&gt;    - Twoja kolej - w jego głosie znów zabrzmiała nutka groźby.&lt;br /&gt;    - Nie, dzięki stary, już mam dosyć. - Spróbowałem brzmieć jak najbardziej naturalnie i obojętnie, ale z ust wydobył się przerażony skrzek, który zdradził mój strach.&lt;br /&gt;    Rasta wcisnął mi skręta pomiędzy palce i znów odwrócił się do przyjaciół.&lt;br /&gt;    - Słyszeliście? Ma dosyć – zarechotał, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Miał czarne źrenice i żółte białka. Głośniki zachrypiały o tym, że śmierć pachnie lizolem i gównem, a miłość ma kolor zabrudzonego prześcieradła. Nie mogłem już słuchać tego monotonnego, martwego głosu.&lt;br /&gt;    Rasta, ciągle patrząc mi w oczy, wyszeptał:&lt;br /&gt;    - Zabajdurzyła cię twarz na suficie, w różowym kremie zgubiłeś siebie...&lt;br /&gt;    - Dobre - spróbowałem sztuczki z przytakiwaniem i fałszywym uśmiechem.&lt;br /&gt;    - Pamiętasz, jak w snach, próbowałeś wyłączyć telewizor, w którym mieszkał skrzat... - kontynuował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Pot oblał mi twarz. "Czy drewno, z którego zbudowano ten pub, było kiedykolwiek żywe?" - pomyślałem, przyglądając się czarnym słojom widocznym na meblach i ścianach. Miałem jednak wrażenie, że tu gdzie jestem, nic, nigdy nie miało kontaktu ze słońcem i wiatrem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Za starymi magazynami, w kącie leżało dziecko. Wpatrywało się w stronę żywopłotu, gdzie kotłowały się  szepty. Pamiętasz strużkę śliny na brodzie, gdy ze strachu zapomniałeś o przełykaniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    - Dosyć! - Wstałem, wywracając stolik. Brzęk rozbijających się szklanek zabrzmiał głucho, jakby stłumiony grubą ścianą, ale wystarczyło to, żeby mnie otrzeźwić. - Wychodzę – powiedziałem i skierowałem się w stronę odległych drzwi. Wiedziałem, że nie wolno mi biec. Gdy zaczynasz biec, to tak, jakbyś jawnie uderzył kogoś w twarz. Idąc powoli, ciągle mogłem udawać, że wszystko jest w porządku, a  wywrócony stolik, to tylko wypadek pijanego barowicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Chciałem znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, dziwnych, nieszczerych ludzi i piosenki, dotykającej tych regionów mojej duszy, które musiałem zakopać dawno temu, razem z ofiarami, popełnionych w snach, przypadkowych morderstw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Wreszcie, gdy stanąłem przed samymi drzwiami i wyciągnąłem rękę w stronę matowej od tłuszczu i brudu klamki, odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wnętrze baru. Zobaczyłem tępo wpatrzone we mnie puste krzesła, zakurzone szklanki i starą maszynę grającą, wylewającą z siebie reggae upiorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Jednym ruchem otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz. Przewróciwszy się o próg, upadłem na twarz. Natychmiast poderwałem się na nogi i dopiero teraz zacząłem biec, płacząc ze strachu i obrzydzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Panowała noc. Biegłem po uliczkach obcego miasta, próbując zorientować się, gdzie jestem, ale nie byłem w stanie rozpoznać żadnego miejsca, żadnej ulicy, czy parku. Biegnąc, oglądałem się za siebie, drżąc przed pościgiem, a jedynym świadkiem mojej ucieczki był głuchy tupot butów (mych własnych).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Modliłem się o światło w jakimś oknie. Niestety miasto było martwe i ciemne. Przez chwilę chciałem schronić się w jednym z budynków. Zatrzymałem się przed drzwiami.  Ze środka dobiegł mnie stłumiony dźwięk tej samej piosenki, którą słyszałem w barze.&lt;br /&gt;    Wreszcie zabudowania skończyły się, jakby miasto zostało ucięte nożem - stałem na plaży, oświetlonej bladym i mętnym blaskiem księżyca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Przez chwilę poczułem ulgę. Już zamierzałem położyć się na piasku i wsłuchać w uspakajający szum morza, kiedy zauważyłem w tej scenie coś nienaturalnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Podszedłem trochę bliżej do linii wody, wypatrując załamań jej powierzchni, białej piany,  czy ziarenek piasku, poruszanych uderzeniami fal. Morze było martwe, niczym ogromny zbiornik czarnego, nieruchomego oleju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Poczułem zapach zwietrzałego paliwa i zapomnianych, nie lubianych potraw z najwcześniejszego dzieciństwa. Do tej pory wyparte z pamięci, teraz zaatakowały moje nozdrza zepsutym fetorem grysików, zimnej herbaty z mlekiem i żylastego mięsa, którym próbowały uszczęśliwiać mnie ogromne, tłuste, uśmiechnięte ciocie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Zwymiotowałem na piasek. Co to za miejsce?! Czy można stąd uciec?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    Od strony miasta doszedł mnie jakiś hałas. Umęczone serce znów mocniej zabiło. Wbiłem wzrok w ciemność. Wielki, ciemny kształt wynurzył się spomiędzy budynków. Długie macki sięgnęły w moją stronę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1150747699249678812-1705553600315113799?l=garsc-drobnych.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/feeds/1705553600315113799/comments/default' title='Post Comments'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/06/zy-sen.html#comment-form' title='0 Comments'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/1705553600315113799'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1150747699249678812/posts/default/1705553600315113799'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://garsc-drobnych.blogspot.com/2011/06/zy-sen.html' title='Zły sen'/><author><name>marcinsen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09754574914998722216</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://2.bp.blogspot.com/_VWoD-tZtpGE/Sk_LIWXbrXI/AAAAAAAAAzA/VuuQJ5-UOE4/S220/avatar.jpeg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-Cgt3GjT7mS0/Tfpa2bL0B1I/AAAAAAAACHw/evDWTjQG4x4/s72-c/foto62-pintura-090x060cm-20_inset.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1150747699249678812.post-8407869381888487541</id><published>2011-06-03T18:34:00.004+01:00</published><updated>2011-06-03T18:56:01.213+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='proza'/><title type='text'>Wynalazek Profesora T.Alenta</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-RdXMyBJuI7Q/TekdS0HuVSI/AAAAAAAACHU/tm0jV5j4QgU/s1600/chmiel_tytus.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 175px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-RdXMyBJuI7Q/TekdS0HuVSI/AAAAAAAACHU/tm0jV5j4QgU/s320/chmiel_tytus.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5614050619559925026" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wynalazek Profesora T.Alenta&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Przetasowałem talię i wyciągnąłem kartę. Siódemka kijów. Siedmiu zbójów rzuca się na podróżnego.&lt;br /&gt; Głośny huk. Wyrwane z zawiasów drzwi rozbiły lustro na korytarzu. Zamaskowane postacie w mundurach, z pałami, rozświetlone aurą praworządności, wbiegły, krzycząc: „Na ziemię, kurwa, na ziemię!”. Posłusznie położyłem się na dywanie. Nigdy wcześniej nie oglądałem pokoju z tej perspektywy. Przez chwilę poczułem się jak dziecko. Było miło. Później antyterrorysta kopnął mnie w nerki i zarzucił na głowę czarny worek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Worek ściągnięto dopiero na miejscu. Stałem przed biurkiem sztywniaka w garniturze, o gładko przylizanych włosach. Przypomniałem sobie Matrixa. Później zobaczyłem obrazek na ścianie. Tarotowy Diabeł. Dopiero wtedy poczułem strach. Na twarzy sztywniaka wykwitł sztywny uśmiech. „Jesteś nam potrzebny, chłopcze” – zasyczał jak żmija. A może tylko mi się wydawało? „Do czego?”. Nie zabrzmiało to ani w połowie tak wyzywająco, jakbym chciał. Coś pomiędzy skomleniem, a kwileniem. Sztywniak pomilczał przez chwilę. W końcu wcisnął wbudowany w blat biurka czerwony guzik. „Obiekt będzie współpracował” – warknął do mikrofonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytus pozwolił wejść tylko mnie. Uzbrojeni antyterroryści musieli zatrzymać się dwadzieścia metrów od wejścia. Posiwiały szympans trzymał kałasznikowa. Owłosioną pierś oplatał labirynt kabli i sześciany ładunków wybuchowych. Kable zwisały również z pilota w dłoni. Nikły za półotwartymi drzwiami, prowadzącymi w głąb budynku. Tytus popatrzył badawczo i twardo. Wreszcie wyraz jego oczu złagodniał. „A jednak to ty. Do końca nie byłem pewny...” – powiedział niezrozumiale. Wyciągnął rękę, coś mi podając. „To od Autora”. Przyjrzałem się karcie. Głupiec. Małpa tańcząca nad przepaścią. Nie zdążyłem spytać o sens. Szympans odwrócił się plecami i ponaglając mnie machnięciem ręki, poszedł do drugiego pokoju. Ruszyłem za nim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Palisz? – popchnął w moim kierunku pudełko z cygarami. – Oryginalne. Kubańskie.&lt;br /&gt; - Rzuciłem.&lt;br /&gt; Nie zareagował. Odpalił zapałkę - moje spojrzenie nerwowo spełzło na ładunki wybuchowe - i z wyraźną rozkoszą zaciągnął się dymem.&lt;br /&gt; - Tam wszystko się zaczęło...&lt;br /&gt; - Tam?&lt;br /&gt; - Kuba.&lt;br /&gt; - Kuba?&lt;br /&gt; Tytus warknął zirytowany, szczerząc kła.&lt;br /&gt; - Piąta Księga? Wannolot? Fidel? Nic ci to nie mówi?&lt;br /&gt; Niby tak. Ale co...&lt;br /&gt; - Po imprezie z okazji wybudowania w Hawanie polskiej fabryki, poprosił mnie o spotkanie sam Castro. Nie zastanawiałem się długo. Zostałem agentem.&lt;br /&gt; Zaśmiał się gorzko. Teraz dopiero zobaczyłem, że drży mu lewa powieka. Z kącika ust ściekała kropla śliny. Rozmawiałem z wrakiem czło...&lt;br /&gt; - Nie spytasz dlaczego? – chyba oczekiwał odpowiedzi.&lt;br /&gt; - Z powodów ideologicznych?&lt;br /&gt; Skrzywił się z niesmakiem.&lt;br /&gt; - Eee tam, ideologicznych... Tam komuna i tu komuna, co za różnica? Banany. Skurwiłem się za banany.&lt;br /&gt; - ?&lt;br /&gt; - Wiesz jak ciężko było o banany w tamtych czasach? Nawet w Warszawie. – Machnął zrezygnowany ręką (łapą?). – Szkoda gadać. Przejdźmy do rzeczy. – Małpie oczy znów rozjaśniła inteligencja i skupienie. Pysk Tytusa zniżył się nad biurkiem. Zaraz usłyszę konspiracyjny szept. Po prostu się to czuło. W międzyczasie zerknąłem na ściany pokoju. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Tarotowa tapeta? Same siódemki mieczy. Cwaniak ucieka z pola bitwy. Chytrze wykrzywia gębę i zwiewa z łupami. Zdrada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Najpierw współpracowałem tylko z Kubą, później oczywiście ze Związkiem Radzieckim. Po kilku latach sytuacja uległa zmianie. Skontaktowali się ze mną Amerykanie, Chińczycy... Irańczycy. Kurwiłem się z każdym.&lt;br /&gt; - Ale co robiłeś? Jakie informacje mogłeś im sprzedawać? – Zaciekawił mnie.&lt;br /&gt; - Jakie? Zapomniałeś, z kim pracowałem? Czyje osiągnięcia mogły zainteresować różne grupy?&lt;br /&gt; - T.Alent – szepnąłem do siebie.&lt;br /&gt; Tytus pokiwał głową. Podniósł z biurka małe zdjęcie w drewnianej ramce. Wyciągnąłem szyję. Znowu Tarot. Mag w białym kitlu i rozwianych, siwych włosach szczerzył sztuczną szczękę.&lt;br /&gt; - We własnej osobie. Profesor T.Alent. Zdziecinniały geniusz. Wieczny harcerz. Niepodejrzewający nawet, że wszystkie jego wynalazki natychmiast trafiały do każdego światowego mocarstwa, które było gotowe zapłacić. Nigdy nie dowiedział się, że to dzięki jego geniuszowi Prasolotowa Flota Indonezji sprasowała na śmierć tysiące Timorczyków, napędzane uranem Wkrętacze Rosjan wwiercały się na tereny sąsiednich krajów, kradnąc niepostrzeżenie bogactwa naturalne, dzieła sztuki oraz kartofle na spirytus, a niewykrywalne przez radary Slajdoloty latały w nocy nad terenami Talibów, wyświetlając na skałach niemieckie i szwedzkie filmy pornograficzne. Na szczęście Tadek... – głos Tytusa zadrżał. Otarł łzę i zmieszany odchrząknął. – Na szczęście Profesor T.Alent zginął, zanim poznał prawdę.&lt;br /&gt; - Profesor nie żyje? – otworzyłem szeroko oczy. To była sensacja. Dlaczego media milczały?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt; Wstał i podszedł do okna. Wydawało się, że chce odsłonić firankę. Ręka zawisła w połowie drogi.&lt;br /&gt; - Snajperzy – powiedział, niby do mnie, niby do siebie, po czym wrócił do biurka. – Znalazłem go w tym właśnie pokoju. Leżał przy drzwiach. Myślałem, że to serce. Profesor nie dbał o siebie. Pączki, golonko, piwo... Dopiero, kiedy zobaczyłem krew i dziurę w czole, zrozumiałem, że go dopadli.&lt;br /&gt; - Ale kto? Rosjanie? Amerykanie? Arabscy terroryści? – spytałem z przejęciem.&lt;br /&gt; Tytus wzruszył ramionami.&lt;br /&gt; - Skąd miałem wiedzieć? To mógł być każdy... Wiedziałem jednak, czego szukali.&lt;br /&gt; -  Czego?&lt;br /&gt; - Tego – długa, drżąca ręka wskazała w kąt.&lt;br /&gt; Telewizor?&lt;br /&gt; - Telewizor?&lt;br /&gt; Szympans prychnął.&lt;br /&gt; - Temporelizor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Maszyna czasu...&lt;br /&gt; - Zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem, chłopcze. Nie – nie można jej użyć do podróży w czasie. Profesor już dawno zrozumiał, że to niemożliwe. Ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby „zerknąć” w przyszłość. W końcu jest ona tylko sumą elementów teraźniejszości...&lt;br /&gt; - Ale ile danych trzeba by wprowadzić, żeby prognozy były dokładne...!&lt;br /&gt; Tytus pokręcił głową.&lt;br /&gt; - Dajmy spokój z technicznymi szczegółami. Ty jesteś humanistą, a ja szympansem. Bardziej pasuje do nas mistyka. Ty z twoim tarotem, ja z czekającym mnie przeznaczeniem...&lt;br /&gt; - Przeznaczeniem?&lt;br /&gt; - Sięgnij do kieszeni.&lt;br /&gt; Wyciągnąłem z dżinsów wymiętą kartę. Śmierć pomachała kosą, szczerząc zęby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-77PhXVFG6AY/TekdWQv619I/AAAAAAAACHg/05Wt0tc2XIE/s1600/1_05664909f917.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 320px; height: 224px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-77PhXVFG6AY/TekdWQv619I/AAAAAAAACHg/05Wt0tc2XIE/s320/1_05664909f917.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5614050678784317394" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Najpierw skontaktowali się starzy „przyjaciele”. Kuba, Rosja, CIA. Nawet ETA. Wyrzuty, groźby, oferty. Wszyscy wiedzieli już o wynalazku i każdy chciał położyć na nim łapy. Znając przyszłość, możesz tak manipulować teraźniejszością, żeby kształtowała twoją własną wersję przyszłości. Doskonała władza nad światem... Później „nasi”. Sprawa trochę przerastała polskie służby, ale jednak rozumieli, jakie możliwości oferował temporelizor...&lt;br /&gt; - Co na to Romek i A’Tomek?&lt;br /&gt; Znów gorzki śmiech. Przerodził się w kaszel. Najpierw normalny, suchy, w końcu wybuchający bulgoczącym, rzężącym koncertem. Otarł pysk grzbietem ręki. Na sierści pozostała czerwona smuga.&lt;br /&gt; - Przepraszam. Wiem, że nie jest to przyjemny widok.&lt;br /&gt; - Wszystko w porządku?&lt;br /&gt; - Teraz to i tak nie ma znaczenia... Rak. Z płuc został mi czarny, przegniły worek. Cygara i papierosy. Nerwy.&lt;br /&gt; - Przykro mi. – Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.&lt;br /&gt; - Mówię, że to nie ma znaczenia. Nie umrę na raka.&lt;br /&gt; - Aha...&lt;br /&gt; - O tym zaraz... Pytałeś o Romka i A’Tomka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Romek zdemaskował mnie w ’89. Coca-Cola i Pepsi licytowały się o mapy Wysp Nonsensu. To był wielki rynek, wart miliardy dolarów. Przedstawiciele korporacji ustawili spotkanie w Mariocie, na Alejach Jerozolimskich. Wysłali po mnie limuzynę. Wpadłem na Romka przed hotelem. Popatrzył na garnitur, samochód, czarną teczkę pod pachą i nie powiedział ani słowa. Odwrócił się na pięcie i poszedł... Uwierz mi, poczułem się jak ścierwo. Po tylu latach razem... Nie wiedziałem, czy mam jeszcze po co wracać do Instytutu. Romek był inteligentnym gościem. Umiał wiązać fakty. Oglądał przecież wiadomości. Nieraz zastanawiali się z Profesorem i A’Tomkiem, jak to możliwe, że niektóre z państw dokonały odkryć technicznych wykazujących duże podobieństwa do prac naukowca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Gdy po spotkaniu z koncernami wróciłem do Instytutu, okazało się, że Romek zniknął. Ani A’Tomek, ani Profesor nie mieli pojęcia, gdzie jest (ani, co przyjąłem z wielką ulgą, wydawali się nie wiedzieć nic o moim podwójnym życiu). Najpierw pomyślałem, że służby któregoś z moich „pracodawców” zlikwidowały chłopaka, po tym, jak zdemaskował moją grę. Na szczęście obawy okazały się płonne. Po kilku miesiącach dostałem kartkę pocztową. Z Indii. Najwyższa Kapłanka o ośmiu ramionach i niebieskiej opaleniźnie spoglądała na mnie kosmicznie spokojnym wzrokiem. Z tyłu napisano:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;   &lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;Wszystko jest iluzją. Jesteś małpą czy człowiekiem? Czy jeszcze czymś innym? Nie winię Cię. To my próbowaliśmy Cię uczłowieczyć. Teraz wiem, że to był błąd. Powinniśmy raczej pomóc Ci odkryć, kim naprawdę jesteś (byłeś? – czy jest już za późno?). Zamiast tego, napchaliśmy Ci głowę i serce ludzkimi przypadłościami i ambicjami. Pragnieniem władzy, chciwością, dwulicowością. &lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;Czuję się winny i potrzebuję odkupienia.  Szukam harmonii i połączenia z Wielkim Duchem. Nie martw się o mnie. Kocham was wszystkich.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;Romekananda Swami&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;PS. Profesor jest w niebezpieczeństwie. Jeszcze masz czas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - A jednak się mylił... Nie miałem czasu... A może miałem, tylko go zmarnowałem?&lt;br /&gt; Westchnął. Popatrzył na zapalnik w dłoni, pokręcił ze zrezygnowaniem głową i odłożył go na biurko. Gdybym chciał, mógłbym sięgnąć. Z pewnością byłem szybszy od chorej małpy. Ale nie poznałem jeszcze całej historii.&lt;br /&gt; - Co z A’Tomkiem?&lt;br /&gt; - Skubaniec wiedział.&lt;br /&gt; - O wszystkim?&lt;br /&gt; - Tak, o wszystkim. Teraz wiem, że Romek przed swoim zniknięciem podzielił się z nim swoimi wnioskami. Ale A’Tomek zachował to dla siebie. Czułem, że zaszły jakieś zmiany, że patrzy na mnie inaczej, że przestał być protekcjonalny. Podejrzewałem, że wie, ale pewności nabrałem dopiero tamtego dnia...  W noc po zamordowaniu Profesora T.Alenta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - A’Tomek zamordował Profesora?!&lt;br /&gt; - Też nie mogłem uwierzyć. Siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Butelka wódki, ogórki, muzyka, wspomnienia, żarty... Zwykła stypa. Kiedy myślał, że jestem już całkiem pijany, przyznał się. Nie wiem, czy to planował, czy po prostu tak się spił, że puściły hamulce. Fakt pozostawał faktem – A’Tomek zlikwidował staruszka. Kiedy, sparaliżowany jego wyznaniem, próbowałem wytrzeźwieć, opowiedział mi swoją historię. Kilka lat temu, wkrótce po tym, jak Romek został joginem, A’Tomek związał się z anarchistami. To był jego sposób na odkupienie. Zaczął chodzić na spotkania, wiece, manifestacje. Wcale tego nie ukrywał. Pamiętam, jak czasami zjawiał się u mnie albo w Instytucie, żeby wziąć prysznic, czy też opatrzyć zadrapania i sińce. To było jego życie. Zresztą, kim byłem, żeby prawić mu kazania? Tamtej nocy przyznał, że o mnie wie. Część podejrzewał, resztę układanki dokończył Romek. Nie chciał się jednak mieszać. Wolał pozostawać z boku i żyć w iluzji, że wszystko jest, jak przedtem.&lt;br /&gt; Tytus splunął. Różowa plwocina zlała się z pstrokatym deseniem dywanu.&lt;br /&gt; – Nic nie było jak przedtem. Wszyscy się oszukiwaliśmy. Może oprócz biednego Profesora, który pozostawał dużym dzieckiem... Aż T.Alent odkrył temporelizor i A’Tomek uświadomił sobie, że musi zniszczyć najstraszniejszy wynalazek w dziejach ludzkości. Zrozumiał też wtedy, że akt zniszczenia maszyny nie będzie kompletny bez zniszczenia twórcy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Wyraźnie zaczęło się ściemniać. Przygarbiona sylwetka Tytusa w obrotowym fotelu sprawiała przygnębiające wrażenie. Długie ręce wisiały po bokach. Wyglądał jak smutny, włochaty pająk. Wzbudzał litość. W niczym nie przypominał tego radosnego, łotrzykowskiego bohatera, z którym kiedyś przemierzałem szalone krainy.&lt;br /&gt; - Chciał zniszczyć temporelizor, ale po offowaniu Profesora, zabrakło mu jaj i zwiał... Kiedy skończył opowiadać, byłem prawie trzeźwy. Trzeźwy i wściekły. Rzuciłem się na niego i zacisnąłem palce na szyi. Spurpurowiał, później sczerniał… Nie walczył. Poddał się karze. Leżał bez ruchu. Ale nie mogłem tego zrobić. Puściłem go. Z mroczną satysfakcją pomyślałem, że jednak zasrańcy nie uczłowieczyli mnie do końca. A’Tomek padł mi do stóp i płacząc, zaczął przekonywać, że maszyna musi zostać zniszczona, że nie wyobrażam sobie, jakie skutki może przynieść jej użycie, w jakie piekło zamieni się świat. Kopnąłem go w tę szlochającą gębę i wyszedłem w noc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; - Zginął w dwa dni później. Z kilkoma anarchistami przeprowadzili oblężenie na Instytut. Nie wiedzieli, ż
