Thursday, 17 May 2012

Zapiski przed Najstarszymi


     Dwa lata temu pracowałem na powieścią (która na razie czeka na skończenie) i przed "właściwym" pisaniem pozwalałem sobie na sesje tak zwanego "automatycznego pisania" (free writing). Kiedyś wrzuciłem tutaj kilka fragmentów, teraz zamieszczam całość plus kilka ilustracji z mojego innego bloga.

Free writing 1
14.08.2010

     Free writing, free writing, żeby rozgrzać pióro, a spod pióra nic się nie chce  lać, żadne piękne słowa, metafory, chwytające za serce konstrukcje, archetypy i marzenia dzielone z ludzkością – kiedy piszesz o marzeniu dzielonym z ludzkością, archetypowym znaczy się, wtedy rezonans się odzywa w sercach czytelników i myślą, że piszesz prosto do nich, że skądś się znacie, z mitycznych szlaków, podniebnych ścieżek, balów o północy w astralnych frakach, mentalnych garniturach, przy szampanie półbogów, po którym nie ma kaca, a wręcz przeciwnie – człowiek się rano czuje jeszcze lepiej niż się czuł przed imprezą.

     Mieszkałem kiedyś na Księżycu. Nie na tym, którego sięgają lunety, ale tym z innego wymiaru. Żyłem 10 000 lat, pijałem soma rasę, miałem przyjaciół, przechadzaliśmy się w niebieskim świetle Ziemi w pełni i rozmawialiśmy o filozofii. Pewnego dnia, po tysiącach lat relaksiku skończył mi się karmiczny kredyt i w trymiga wyskoczyłem z półboskiego ciała. Pod stopami przyjaciele, ukochana, przytulny dom, przewiewany wonnym, mroźnym powietrzem, cyk i po wszystkim. Zabolało mnie, że nikt nawet nie spojrzał w górę, każdy kontynuował rozmowy, zajęcia, recytowania poezji, a ja po prostu przestałem dla nich istnieć. Cholera, nie za miła sytuacja. Później wylądowałem na Ziemi i od teraz to Księżyc mam nad głową, a Ziemię pod stopami, i nie ma soma rasy, ludzie gadają o polityce i meczach, nie o filozofii i poezji, no a zamiast żyć 10 000 lat, żyjemy zaledwie 60, 70, czy sto. Niedużo, co?

     Ok – wyczerpuje ci się bateria, czy brakuje ci słów? Nie wyczerp wszystkich, to przecież tylko rozgrzewka. O czym planujesz dziś pisać – chcę przedstawić Zuzkę, Zuzannę, Zuzannę … Nie wiem, jak na nazwisko, nieważne, jeszcze nie teraz. No więc miła dziewczyna, dziewczyna z moich marzeń – samodzielna, o ostrej urodzie, trochę egzotycznej, potrafi mówić ze wzgardą, potrafi się śmiać krystalicznie, choć na co dzień ma głos lekko zachrypnięty, jak chłopak. Zuzka. Wylądowała w niezłej kabale, nie ma już grzebienia, nylonowych rajstop, piwa i koleżanek. Wylądowała w mało sympatycznej krainie, i to wcale nie jakaś opowieść fantasy, ale kawał ciężkiego chleba i traumatycznych przejść. Zuzka to nie jest senny cień, ale konkretna dziewczyna. Patrzę na jej zdjęcie, ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest za ładna. A mi się podoba.

Free writing 2
15.08.2010

     Kolejna sesja free writing, po sporej dawce księżycowej poezji. Nie da rady, trzeba będzie dziś o księżycu pisać, księżycu i papierosach, miłości i tajemnicach. Poezja. To jest dusza literatury, dusza prozy również, gdyby ktoś nie wiedział. Bajki? Nie, nie sądzę. Dlaczego Gaiman tak na serce działa? Bo to prawdziwy poeta, choć Anglik. Poeta prawdziwy, w zanadrzu ma niespodzianki, koszmary zmieszane z miłymi marzeniami, do tego wycinek z gazet, dawno słyszana piosenka, słodycze z czasów komuny, z czasów przedwojenny film – tak właśnie działa poeta. Choć mówi tylko swoim językiem, nie żadnym esperanto, czy angielskim, to jakimś cudem wszyscy go rozumieją. Tzn. wszyscy z duszą. Ci bez duszy, nie dyszą, tylko liczą, zamieniają poranki i zmroki na dolary, później z tych dolarów układają puzzle i nigdy nie przestają tej głupiej zabawy, ot, dzieci samolubne. Do nich poeta nie mówi.

     Ja tu o poezji, a za oknem poranna burza, jeszcze daleka, jeszcze tylko grzmi, żadnych błysków. Szara, popielata, niebo nisko wisi, z rzadka przejedzie samochód rozpryskując cienką warstwę wody na szosie. Mgła, nie zapominaj o mgle. Lubię takie poranki. Można siąść spokojnie, pod oknem i zerkać za okno w soczystą, stęsknioną światła zieleń i szaroburość. Gąbka trawy wchłania soki z nieba, zesłane przez boga nieba. jak ma bóg nieba na imię? Indra? To bóg piorunów. A zwykły bóg nieba? Takiego spokojnego, niebieskiego? Dziś sobie nie przypomnę, dziś za dużo chmur. Dziś jedynie Indra skacze po wyobraźni. I jeszcze Posejdon, bo wody za dużo.

     A w powieści dziś bezchmurna noc, tysiące gwiazd, jak posypka po cieście, szukanie tajemnicy, seks młodzieńczy, dziewiczy, tanie wino, kanapki. Trzeba z tego zrobić coś interesującego, wymyślić wciągające pierwsze zdanie, i drugie, które zapewni, że z czasem nie będzie gorzej i jeszcze trzecie. A reszta z rozpędu, skoro człowiek się już wciągnął. A ostatnie musi być naprawdę intrygujące, żeby czytelnik wskoczył do drugiej sceny na główkę, z zamkniętymi oczyma, spodziewając się głębokiej wody. Trzeba mu to dać, ale wcale nie jest łatwo. Boję się jak cholera. Boję się trywialności, egzaltowaności, zwykłej głupoty i płytkości. Z daleka znów grzmot nadleciał, ale nie odłączam jeszcze komputera, tutaj piorun nie doleci z tak daleka.


Free writing 3
16.08.2010

     Eh zazdrość człowieka zżera, gdy czyta takiego geniusza. Dla mnie Neil Gaiman to prawdziwy mistrz. Otwierasz pierwszą stronę i po tobie, wsiąkłeś, nawet King nie ma takiej mocy (choć moc Kinga nieogarnięta jest również). Gaiman ma w sobie poezję, oj tak moi mili, facet dokopał się do ukrytych poziomów, których pilnuje Cerber, na których przechadzają się dusze czyśćcowe i gdzie uczniowie dawno spalonej szkoły grają w twista (co to cholera jest ten twist – nigdy się nie dowiedziałem).

     Zmiana tematu, ale na jaki? Coś co pomoże mi w pisaniu? Coś co ruszy akcję? To sobie zachowaj do książki, nie marnuj pomysłów, tutaj na kartkach free writing po prostu pisz, co ślina na język przyniesie. Sąsiadowi spaliła burza telewizor i dekoder cyfrowego polsatu (czy innego z tych ustrojstw, skąd mam się znać?). Siedział później cały dzień w naszej kuchni, pokorny, zmartwiony i szczęśliwy, że w centrum. Co kto wszedł opowiadał mu o swojej tragedii. My też mieliśmy burzową przygodę: wszystko wyłączyliśmy z gniazdka, ale kiedy piorun uderzył gdzieś blisko, odłączona lampka buchnęła białym światłem prosto w twarz, omal się nie zesrałem.

     Oj ciągnie się dzisiaj to free writing, nie wróżę łatwego pisania, ale 6 stron ma był i już, taki standard wrzuciłem. Gdyby nawet szło jak z nosa, to w kilka miesięcy zakończę pierwszy draft i można będzie się wziąć za ratowanie tego tworu. Jak na razie nie jestem zadowolony, szczególnie po przeczytaniu kilku stron „Amerykańskich Bogów”. Jak nadać treścią taką trójwymiarowość? Jak, cholera, jak? Wczoraj w nocy wypiłem kawę i pisałem. Chciałem sprawdzić, czy jestem rannym, czy nocnym pisarzem. nie mam pojęcia. Chyba wolę napisać dużo rano, bo wtedy nic nade mną nie wisi, a wieczorem zrobić ekstra robotę, żeby czuć się lepiej. Dobre samopoczucie to fajna rzecz. Kiedy się skończy ta strona? Nie zatrzymuję się dłużej niż na sekundę, żeby rozruszać zesztywniały umysł, ale w jakiś sposób cienko dzisiaj.
W mojej dawnej szkole, tu zaraz, dwa domy dalej – to było częste miejsce moich koszmarów. Fruwałem na strychu. Byłem duchem. Życie było nudne, puste i niebezpieczne, bo nigdy nie brakowało większych duchów, polujących na takie małe łazęgi jak ja.

Free writing 4
17.08.2010

     No weź się za to chłopcze, inspiracja nie przyjdzie z powietrza, rozgrzej tą dłoń rozgrzej szare zwoje i serce, bo nie możesz tylko żyć tu i teraz w świecie zjawisk, żyj też w świecie twórców. Co się dzieje? Rytmy reggae, rytmy serca, potrafisz płynąć? Potrafisz przestać się trzymać rzeczywistości? Rzeczywistość jest jak kotwica zarzucona na cmentarzu, rzeczywistość to odbicie zatrzymane na siatkówce, a za siatkówką przecież tyle krain, dlaczego naciskać na te trzy wymiary? Wycisnęliśmy je już jak cytrynę. Ma sens? Nie.

     Opowiedz o czymś innym. Co uważasz za katastrofę? Zuzka sama na pustkowiu, dziewczyna, z procą. I co się dzieje? Kto zagraża jej życiu? Nie wiesz? Zbójcy? Zboczeńcy? Stwory? Zawirowania czasoprzestrzenne? Choroby? Mało oryginalne. Bardzo mało. Może Zuzka spotyka rodziców. Fałszywe kukły udające miłość i opiekę, potrafiące wpływać na umysł ofiary. Zuzka zaczyna czuć się coraz swobodniej, domowo, wracają wspomnienia. Dobre! I wtedy zjawia się Lis, czyli Mulder, który tak naprawdę robi śledztwo, bada jak działają stwory Łaciatych Rubieży, ma swoje filozofie na ich temat.

     Świetnie. Ale nie o tym miało by swobodne pisanie. W swobodnym pisaniu chodzi o rozluźnienie mózgu, zrelaksowanie się, żeby nie myśleć w sztywnych schematach. Myśl o mrocznych piwnicach i słonecznych strychach, mokrej pleśni i złocistym sianie, szczerbatym, szczerym, szarmanckim uśmiechu w odróżnieniu od wilgotnego, wyuzdanego i wijącego się jak wąż. Walcz ze zmęczeniem, umysł jest ponad materią. Myśl też o książce, o tym jaki sukces odniesie, o ludziach pochłoniętych w sprawach twojej krainy, o chwale i spełnieniu. Wyobraź sobie trailer filmowy. szalona paczka wchodzi w krainę umysłu. Zdrada, miłość, śmierć, szaleństwo, inne wymiary, inne planety, nieznana historia wszechświata i Ziemi, kto mógłby oprzeć się pokusie? Czy może być bardziej fascynująca historia niż ta, wypływająca szczerze z samych trzewi snów? Nie sądzę. Bądź Magiem.


Free writing 5
18.08.10

     Jadziem z tym koksem panie dziejku, tym razem w rytmie flamencillo, hiszpańskie rytmy, gorąca krew, zaczarowane pustkowia, stare zamki, nieufność, rycerstwo, dysonanse historyczne, lubię Hiszpanię. W moim sercu to druga ojczyzna i następna książka w całości będzie poświęcona tej krainie. Dziewczyny Hiszpańskie – piękne, nie  wszystkie oczywiście, nie ma co używać stereotypów, ale te piękne, których nie brak w żadnym kraju, tam są wyjątkowo piękne – i te nieduże z Andaluzji, o ochrypłych głosach, krzywych nosach i cudownie czarnych oczach, jak i te szlacheckie, klasyczne, wysokie w czarnych woalkach i ażurowych mantyllach. Ach cóż za kobiety, iberyjski kwiat. Tam chyba kiedyś mieszkałem w życiach poprzednich przemierzałem równiny Extremadury, zielone góry Asturii, ceglaste wzgórza Granady, gdzie ciągle słychać arabski śpiew. Może Majowy Uśmiech jest taką Hiszpanią? Ale wtedy nie nazywałby się Majowym Uśmiechem. Bardziej pasowałoby wtedy coś w rodzaju… nie wiem… Wzburzona Krew, Duma Pięciu Nacji, Księżycowe Łzy, nie wiem. Ale to dobry pomysł. Lepiej pisać o czymś, na czym człowiek się zna, niż wymyślać mdłą krainę, której nawet się nie czuje. To dobry pomysł.

     A dziś za oknem słonecznie, żadnych burz, zawirowań, deszczu uderzającego w szybę. Dziś idziemy do Rajczy. jedziemy na rowerach, coś papierkowego trzeba załatwić. Tulasi już wstała, nic się nie odzywa, bo nie chciała mi przeszkadzać. Nauczyła się już po kilku dniach, że przy pisaniu muszę mieć ciszę, szczególnie gdy zaczynam i wisi nade mną wizja pustych kartek papieru, których nie mam czym zapisać. ha, ha – powiedziałem „papieru”. Ludzie już nie używają papieru. W pewnym sensie komputerowe pisanie, to prawdziwie ezoteryczna rzecz. tworzy się coś z niczego – stworzone słowa nie istnieją tak naprawdę, bo ileż ma realności rząd zer i jedynek? To tak mało dotykalne jak idea. Nie wiem. Dziś znowu pustka w głowie. Tak jak wczoraj i przedwczoraj, tak jak za każdym razem gdy siadam do stołu. Tylko, że dzisiaj naprawdę czuję, że będzie kiepsko. Nie piszę sceny akcji, ale scenę starej opowieści. jak nie zanudzić?

Free writing 6
26.08.2010

     Hej ho, hej ho. Co słychać na horyzoncie zdarzeń, co się dzieje na pustyni uczuć, martwy długopisie odezwij się. Attention, silvuple. Przechadzam się po plaży. Lazurowe wybrzeże wygląda pięknie o tej porze roku. Czarnowłosa kocha się z Chińczykiem nie zwracając uwagi na przechodniów i kawiarniowiczów sączących czarną kawę. Słońce praży, żeby wyprażyć się do bólu, przed księżycem, bo to zazdrosny gość, nie da się z nim na jednym nieboskłonie siedzieć. A co w snach? Pustki. Suche słowa nie opisują, bo nie ma czego. Warstwy trzeba zrzucić. Każda z postaci coś przecież czuje. Tecumseh obowiązek, Jack London też, ale i tęsknotę za domem, rodziną która umarła, Zuzka za normalnym życiem, a później też za miłością Pankracego, a Pankracy tęskni najbardziej za sobą, za połówką, która zniknęła tamtej nocy, osiemnaście lat temu. Każdy za czymś tęskni.

     A ty? Ja tęsknię za sławą. Naprawdę? Nie wiem. Za spokojem. Zakochaniami, ogniskami z przyjaciółmi, na bezkresnych przestrzeniach, poboczach nieskończonych wstęg dróg. Tego pragnę. Wolności. Tego mi brakuje. Rozkołysz wyobraźnię, rozkaruzeluj myśli, metafory zamieszaj i porównania i słodkie słowa, trafiające w samo sedno duszy. Dlaczego to takie trudne? Żeby pisać trzeba cały czas czuć. A jak czuć, jak się jest taką kłodą drewna jak ja? Aaaaaaaa!!! Lenistwo, grypa, cieknący nos, pusty łeb, słomiani bohaterowie, zimne lato, kłótnie w internecie, lęki, depresje, piwo, wymuszone rundy, bez serca, masturbacja kilkoma opowiadaniami, których nikt nawet nie zauważył. Strząsnąć to z siebie trzeba. Ale jak? O mama e ha, o mama e ha.

     Skaczemy bez spadochronu. Skaczemy? jestem sam. Nie ma nikogo, żeby pokazać, żeby zakręcić śrubę. Zakręć sobie. Ty jesteś widownią. I nie tylko ty. Przecież na gałęzi drzewa zawsze siedzi drugi ptak, przyglądający się jak pierwszy zjada owoce. Niech on będzie twoją widownią. O he mama, aj o he mama. Drynk, drynk, onomatopeiczny telefon. halo? Czy to ty? Uff, już myślałem, że cię nie ma. Napełnij mi serce, zzzzzzzzzzzz, o he mama… Ta strona się nie kończy jak nieskończony skrol w Morzu Martwym… The End.


Free writing 7
31.07.2010

     Strach przed porażką, strach przed byciem nieudacznikiem, chcesz być pisarzem, ale nagle uświadamiasz sobie, że twoje pisanie jest kiepskie, kiepskie jak granie na skrzypcach dwunastoletniej panny. Po roku rzępolenia schowa skrzypce w futerale i zostanie zwykłą sekretarką. A prawdziwi artyści będą spotykać się na bohemskich przyjęciach, improwizować, jamsessionować, pisać wiersze o kosmosie i miłości, obalać rządy (przynajmniej na papierze), chodzić spać o świcie i wstawać wieczorem, jak wampiry, ale nie te współczesne, pachnące, uczące się w liceum i kochające się w smętnych balladach na gitarze. Nie, takie kicze nas nie interesują. Chcesz panteonu bogów, którzy umarli w XIX wieku w Paryżach, Madrytach, Meksykach i Petersburgach. Panteonu bogów pijanych absyntem, kokainą i haszyszem. Nie zapomnij o sztuce, eksperymentach, romansach… Niech wiruje  świat.

     Wiesz jaki jest twój problem? Piszesz jak uczniak, ciągle szukasz słów w głowie. przestań, powinieneś przecież wiedzieć, że słowa z głowy nie mają dużego znaczenia. Przypomnij sobie Karciane Opowieści. Dlaczego było to takie dobre? Bo pisałeś z serca, rzucałeś obrazy, które nie wyśniły się jeszcze w żadnej głowie. Pisz o twoich rzeczach, jeśli jest uczucie pomiędzy Zuzką a Pankracym pokaż je, użyj słów, opisz uczucia, obrazy, co który bohater zauważa w drugim. I to jest kraina snów – mogą dziać się rzeczy szalone, w czym problem? Cholera, musisz jakoś wybrnąć z tej kiszonki. Teraz będziesz pisał o mnichach. Zrób doświadczenie. Jeśli się boisz nie musisz opisać tej sceny w samym pliku. Zrób oddzielny plik i zrób sobie scenę free writing. Nie nastawiaj się na nic, po prostu rzucaj słowami. No, na co czekasz? Ok – ruszam. Boje się jak cholera. Codziennie trzeba przełamywać nowe bramy, niszczyć nowe bariery.

Free writing 8
01.09.2010

     Powodzie, deszcze… Ktoś kiedyś powiedział, albo przeczytałem w książce, że taki deszcz – ciągnący się, niekończący, godzina za godziną, dzień po dniu, jest gorszy niż burza z oberwaniem chmury. Co ja pieprzę? Ból głowy się zaczyna, ponownie ogarnia mnie poczucie własnej nijakości i bzdurności mojej powieści. Piszę już tylko z obowiązku. I to ma być free writing, które ma mi pomóc w pisaniu? Nie wydaje mi się. Masz się zainspirować. Jak? Rozpal w sobie zainteresowanie akcją. Pomyśl – bohaterowie weszli do starego klasztoru rządzonego przez nieprzyjemnego typa… W ogóle tego nie czuję, cholera, boli, boli. Czy mam po prostu siąść i pisać na siłę? Czy czekać aż znów zapali się inspiracja? A w którym momencie miałeś tą inspirację? W żadnym. Wena jeszcze mnie nie nawiedziła.

     Sny – śniło mi się, że próbowałem rozpalić rewolucję. I początek jak zwykle w rewolucjach szedł dobrze. koło gminy postawiliśmy chatkę dla bezdomnego artysty i to był piękny początek buntu – odzyskanie publicznej własności z rąk urzędasów, z bezosobowej instytucji państwa. To było piękne. Ale później zrozumiałem, że oni są potężni i wystarczy przeczekać rewolucję, a kiedy ludzie się już wyszaleją, przejąć wszystko z powrotem. Bardzo niemiłe uczucie. Szliśmy przez rynek w Rajczy, była chyba zima, złocista noc – nie wiem dlaczego, odświątecznych świateł? Od księżyca? Płonących budynków? Może od wszystkiego naraz? Kto wie. Piękny to był wieczór i smutny w jakiś sposób (ale i radosny – nawet jeśli się coś nie udaje, to dobrze wiedzieć, że jest potencjał i ludzie o otwartych sercach i umysłach. To było miłe. Na przedzie szła dumna Puszpasara, la femme fatal tamtego wieczoru, wyśmiewała rewolucjonistów i pokazywała ponętne ramię, i równocześnie byłem na nią rozgniewany i miałem na nią chrapkę. Dobre połączenie, czyż nie?


Free writing 9
01.09.2010

     Skąd ta pustka? Słowa, które ze mnie wylatują wydają mi się puste, myśli miałkie, brak temu idei, spójności, jakbym wszystko robił na siłę. Jakbym teraz powiedział sobie: Jestem Pisarzem i sam fakt zaszufladkowania się sprawił, że pisanie zaczęło być pracą, a nie twórczym procesem. Być może słowo „praca” zabija we mnie duszę? Pisanie musi być swobodnym przepływem energii, idei, ucieleśnieniem mojego pragnienia wolności?

     Te sesje free writing są ważne. Uczę się procesu twórczego. Próbuję zrozumieć, jak pozostać swobodnym duchem, równocześnie trzymając się jednego zadania przez długi okres czasu. Nie wychodzi mi na razie za dobrze. Czuję się jak płatny robotnik, idący do pracy. Każda strona to łopata piachu, którą przerzucam bez entuzjazmu, gromadząc zapisane strony i myśląc o przyszłości, o jakimś mistycznym momencie, kiedy wreszcie zacznie się proces twórczy. Proces twórczy już się zaczął i nie będzie lepszej sposobności, żeby przywołać muzę. Muzo, bądź ze mną zawsze.

     Tołstoj napisał, że trzeba mieć jeden pogląd w ciągu pisania powieści i być mu wierny. Powieści, w których narrator zmienia swoje poglądy na każdej stronie jest bezsmakowa, nijaka.
     Nie o tym chciałem pisać.
   
     Czego mi brakuje. Kolorów, srebra, zapachów, niewinności bohatera – niewinności, która zapewnia świeże spojrzenie na rzeczywistość. Przypomnij sobie karciane opowieści – zwykły bohater, o zwykłych marzeniach, barwny przykład szczerego, baśniowego eskapizmu z odrobiną pieprzu (latająca, naga bestyjka).

     Możesz to połączyć z „Najstarszymi”. Możesz patrzeć na tę opowieść, jak na magiczną historię, którą naprawdę przeżywasz? Przecież nie mogłeś się doczekać wejścia do Łaciatych Rubieży. Dlaczego ci przeszło? Powiem ci dlaczego – bo wcale tam nie wszedłeś. Ślizgasz się po warstwie lodu, pod którą kwietnie prawdziwe życie. Jak go znaleźć? A jak piszesz teraz? Wcale nie używasz tylko słów. Piszesz to, co naprawdę czujesz, słowa płyną same, jesteś zsynchronizowany z ich melodią, rytmem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ok. Więc wyobraź sobie, że zaczynasz następną scenę Najstarszych… I nie bądź jak Chandler w odcinku Friendsów, w którym Monika zabiera go do fotografa i za każdym razem, kiedy obiektyw skupia się na nim, jego twarz zastyga w sztuczną maskę. Czy tak samo jest z tobą? Dopóki tak sobie piszesz, wszystko jest dobrze. Kiedy wracasz do powieści, nagle okazuje się, że znów jesteś zaspanym robotnikiem z łopatą, czekającym na fajrant i piwo z kolegami. ok. Więc spróbuj.

     Tecumseh… I już – maska zastygła, fotograf chce zrobić zdjęcie, ale zamiast Chandlera, na krześle siedzi manekin bez duszy. Cholera. Czuję bezsilność. Jeszcze raz.

****

     Minęło bardzo wiele czasu odkąd widział ją ostatnio. Był pewny, że nie udałoby mu się policzyć tych wszystkich lat. Nawet w tysiącleciach. Dopiero widząc ją znowu, zrozumiał, że ciągle tęskni. Złote, proste włosy, z których była tak dumna, spływały po plecach na koc. Była naga. Tecumseh nie wyciągnął ręki, choć bardzo tego pragnął. Bał się, że dotyk wypłoszy wizję, że wspomnienie odziane w kształt rozwieje się pod muśnięciem palców.
     - Nie bój się. Możesz mnie dotknąć – powiedziała z uśmiechem. Tym samym, co kiedyś, jakby śmiała się tylko połową ust, gdy tymczasem druga kpiła z niego. W jakiś sposób miało to sens, ale tylko, gdy na nią patrzył.
     - Jesteś snem? – powiedział i ostrożnie dotknął jej ramienia.
     Zachichotała, zasłaniając usta dłonią. Popatrzyła ciemnobłękitnymi oczyma.
     - W pewnym sensie.
     - To sztuczka Arcybiskupa?
     - Również. W pewnym sensie.
     - Nie rozumiem.
     - Mam dowiedzieć się, czy masz klucz.
     Tecumseh nie przestał gładzić jej ramienia.
     - Czy to naprawdę tak głupie? Jesteś iluzją zesłaną przez chciwego człowieka?
     Pokręciła głową.
     - Nie. Naprawdę tutaj jestem. Czuję swoje ciało. Czuję jak mnie dotykasz. Czuję twój smutek, bo wiesz, że to tylko na chwilę, że wkrótce znów mnie nie będzie. Muszę jednak wiedzieć, czy masz klucz.
     - Nie.
     Przytaknęła ze smutkiem i opuściła wzrok.
     - Tęsknisz? – zapytała.
     - Tak. Czasami. To było naprawdę dawno.
     - Jak dawno? – Spojrzała z zaciekawieniem.
     Pokręcił głową.
     - Bardzo dawno. Nie powiem ci, nawet gdybym sam dokładnie wiedział. Poczułabyś się stara, a tego chyba nie chcesz. – Mrugnął. Przez chwilę milczeli. On gładził jej ramię, ona patrzyła w okno. Tecumseh zdawał sobie sprawę, że obydwoje chcieli zatrzymać ten moment na długo, ale niestety nie było to możliwe.
     - Co teraz? – zapytał w końcu.
     - Zabiją cię.
     - Potrafią?
     Przytaknęła.
     - To niebezpieczni ludzie.
     - Możesz coś zrobić?
     - Jestem tylko zjawą. I to wysłaną, żeby wydrzeć ci tajemnicę.
     Wstała powoli, pozwalając, aby jego dłoń ześlizgnęła się po biodrze. Zachichotała, gdy spróbował przytrzymać ją za udo. Podeszła do drzwi.
     - Teraz zaśniesz. Oni zajmą się resztą. Nie będzie bolało… - Zawahała się. – Tak myślę. – Otworzyła drzwi. Zerknęła jeszcze raz przez ramię. Tym razem nie uśmiechała się ani trochę.
     - Do zobaczenia, kochany olbrzymie.
     Pomachał jej ręką.
     - Do zobaczenia blondyneczko.
     Zmrużyła oczy, udając gniew i pogroziła mu palcem. I zniknęła.
     Tecumseh chciał wstać i pobiec za nią, później zdał sobie sprawę, że nie spotkałby jej, ponieważ nie żyła już od bardzo, bardzo dawna, ale mógłby przynajmniej ostrzec Jack’a i tego biednego chłopca, który przez przypadek wplątał się w to wszystko. Zamiast tego złożył głowę na poduszce i zasnął snem bez marzeń.

***********************************

     I co? Nie było tak źle. Nie jest to z pewnością arcydzieło, ale nie cierpiałeś w trakcie pisania. Dlaczego? Bo pisałeś o uczuciach. Bo nie było tylko akcji, biegania, ale symboliczna, piękna scena, z miłością, szczerością. Tecumseh naprawdę czuł coś i przekazałeś to w tej scenie po prostu za pomocą kilku gestów i słów, bez bezpośredniej nachalności. I przede wszystkim nie robiłeś tego na siłę. Sprawiło ci przyjemność pisanie. kolejna rzecz – pisarz wie w każdej scenie, co czują jego bohaterowie. Nie może opisywać ich zachowań nie wiedząc. A doskonałością jest, kiedy czuje to, co czują bohaterowie. Tak. To jest najlepsze. Próbuj przed każdą sceną wyobrazić sobie uczucia bohaterów. Każdego z nich. teraz na przykład będzie scena z Jackiem. Na pewno będzie trochę nieufności, ale też pokaże się jego miłość dla dzieci, żal, że ich zawiódł.

Chcesz spróbować teraz?

*****************************************

     Jack uważał, że rozejście się do różnych pokoi było głupią rzeczą. Przez te wszystkie lata uczył się ufać Tecumsehowi i choć po wielu trudach mógł nazwać go przyjacielem (w pewnym sensie), czasami buntował się wewnętrznie. Tak jak teraz.
     Przechadzał się nerwowo od ściany do ściany. Nie zamierzał kłaść się spać. Nie pod jednym dachem z tymi ludźmi. Zdał sobie sprawę, ze bardzo chce mu się palić. Odruchowo chwycił się za kieszeń na piersi, choć nie kupował papierosów już sto lat. Dosłownie sto – ostatnią paczkę kupił 22 listopada 1910 roku. Nie dokończył jej wtedy. To był dzień jego ucieczki do Europy.
     Postanowił przejść się do pokoju Pankracego. Może jemu zostały jakieś fajki.
     Otworzył ostrożnie drzwi i wystawił głowę. Spodziewał się, że ktoś będzie pilnował drzwi, ale korytarz był pusty. Na ścianie dopalała się ostatnia pochodnia. Wyszedł, bezszelestnie zamykając drzwi i stąpając na palcach skierował się w stronę pokoju Pankracego. Minął drzwi Tecumseha. Zatrzymał się na chwilę. Wydawało mu się, że usłyszał kobiecy głos. Cofnął się o krok i pochylił głowę, ale nie usłyszał nic więcej. Przyjrzał się szparze pod drzwiami. Nic, ciemność, Tecumseh musiał już dawno spać. Potrząsnął głową i ruszył w stronę drzwi Pankracego.
     Zapukał delikatnie. Nic. Uderzył trochę mocniej. Odpowiedziała mu cisza. Czy to możliwe, żeby w takich warunkach ktoś miał taki mocny sen? Nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się z lekkim skrzypieniem, w środku było jednak zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć.
     - Pankracy – zawołał cicho. – Pankracy! – powtórzył głośniej, kiedy nie doczekał się odpowiedzi. Przez chwilę rozważał, czy nie wrócić do swoich drzwi, przy których ciągle paliła się pochodnia i nie pożyczyć jej na chwilę, ale przypomniał sobie, że w jego pokoju na stole stało kilka świec, może więc tutaj również jakieś będą.
     Dopiero po kilku krokach w ciemności pomyślał, że jeśli ktoś jest w pokoju Pankracego, powiedzmy morderca, to teraz ma doskonałą okazję, aby wykończyć i jego.
     Na oślep znalazł świeczkę i zapalniczkę.
     W rosnącym blasku zobaczył na łóżku Dhinę i Uphina Juniora. Dzieci kuliły się u wezgłowia, patrząc z przestrachem.
     - Tato? To ty?
     Jack o mały włos nie wywrócił stołu ze świeczką. Jęknął i zaczął przygryzać sobie kciuka. Nie robił tego od dnia kiedy znalazł ich ciała. Odwrócił na chwilę głowę, ale kiedy znowu spojrzał na łóżko, one ciągle tam były.
     - Tato? – Dhina była bliska płaczu. Uphin Junior wtulał się w siostrę i po prostu patrzył na niego.
     Jack nie mógł stać tak w nieskończoność. Gdyby w tym spotkaniu było coś… jak ze spotkania z duchami, albo gdyby czuł, że to jakaś sztuczka Arcybiskupa, wyszedłby od razu, ale… To było naprawdę. Nie miał wątpliwości. Jego maleństwa… one naprawdę tam były. Nie powstrzymując się więcej podbiegł do łóżka i chwycił obydwoje w objęcia. Dhina rozryczała się na całego, ale ona zawsze była skora do płaczu. Uphin Junior włożył mu palce we włosy i zmierzwił je trochę. Jak zwykł to robić każdego wieczoru, kiedy Jack kładł go spać.
     - Zestarzałeś się, tato – powiedział chłopiec, nie zwracający uwagi na szlochającą siostrę. Odsunął się trochę. – Wyglądasz smutniej. I jakbyś się zmniejszył.
     - Może to ty urosłeś – odpowiedział, choć wiedział, że to nieprawda. Uphin Junior wyglądał dokładnie jak wtedy, gdy widział go ostatni raz. W dniu inwazji.
     - Dlaczego płaczesz? – zwrócił się do córki. – Nie becz.
     Dziewczynka popatrzyła mu w oczy.
     - Nie chcę, żebyś umarł.
     - Wcale nie planuję. Co ty mówisz, stokrotko?
     Dziewczynka pokręciła głową.
     - Już wpadłeś w sieci – powiedział z takim żalem, że Jack poczuł, że sam jest bliski płaczu. Pokręcił głową, pokazując że nie rozumie.
     Chłopiec objął go mocno.
     - Oni chcą wiedzieć, czy masz klucz.
     Jack zaczynał pojmować. Nie do końca, ale powoli dochodziło do niego, że znalazł się w pułapce. Najgorsze było to, że mimo wszystko był przekonany, że dzieci były prawdziwe. Przecież znał swoją słodką Dhinę i przemądrzałego Uphinka.
     Odsunął się na odległość ramienia.
     - Nie mam klucza. I co teraz? Macie mnie zabić?
     Dhina znów zaczęła szlochać. Chłopiec spojrzał na niego z wyrzutem.
     - Tatko, jak możesz tak mówić? My… - Jego oczy również wypełniły się łzami. – Tęskniliśmy. Pociemniało niebo i mama kazała nam zostać w pokoju, a sama pobiegła po pomoc. Po ciebie. Myśleliśmy, że przyjdziesz, zabierzesz nas w bezpieczne miejsce, ale długo nikt nie przychodził, a później usłyszeliśmy trzask drzwi…
     Dziewczynka przestała płakać, zasłuchana z przerażeniem w opowieść brata, jakby zdziwiona, że ta tamte straszne wydarzenia dotyczą jej.
     - Uphin zbiegł na dół. Usłyszałam krzyk i hałas, jakby ktoś się przewrócił i dziwiłam się, że nikt nie płacze, przecież musiał się nieźle uderzyć. Zawołałam Uphina, później zaczęłam wołać ciebie i mamę. I wtedy na górę przyszli źli ludzie ubrani na czarno. Mieli krew na ustach…
     Jack nie mógł tego słuchać. Przyciągnął dziewczynkę do siebie, prosząc ją, żeby przestała.
     - Przepraszamy tatko. Nie chcieliśmy, żebyś umarł. Nie było nas, a później nagle jakbyśmy znowu byli, tutaj, w tym ciemnym pokoju i wiedzieliśmy, że mamy cię spytać o klucz, i jeszcze wiedzieliśmy, że grozi ci niebezpieczeństwo, ale nic nie mogliśmy zrobić. Przepraszam.
     - Przepraszam – dodał chłopiec. – I co teraz? – zapytał z mieszaniną ciekawości i smutku.
     - Nie wiem – odpowiedział bezradnie Jack.
     - Chyba musimy już iść – powiedział cicho dziewczynka i chwyciła za rękę ociągającego się brata. Jack nie próbował ich powstrzymać. Klęczał na łóżku, patrząc jak dzieci trzymając się za ręce podchodzą do drzwi.
     - Dhina. Uphin.
     Dziewczynka i chłopiec odwrócili głowy.
     - Przepraszam, że nie wróciłem. Przepraszam, że nie pobiegłem prosto do domu. Myślałem, że… - zająknął się.
     - Wiemy tatko, wiemy – powiedziała dziewczynka, zrobiła minę, którą nauczyła się chyba w trzecim roku życia, kiedy zdechł pies Uphina Juniora. Używała jej od tego czasu zawsze dla dodawania otuchy w chwilach smutku. Dzieci opuściły pokój.
     Nie usłyszał już odgłosu zamykanych drzwi. Zasnął.

     *********************************

     I dobrze. Może to nie jest jakieś spektakularne, ale twoje. Czułeś to choć trochę. Może później okaże się, że wcale nie było takie złe.


Free writing 10
02.09.2010

     Tołstoj też się zmagał. Ale dziś nie piszę o zmaganiu. W kominku pali się powolutku, nie trzeba za często dokładać, a i tak ciepło. Kominek ma coś w sobie, coś dodającego otuchy, a otucha to fajna rzecz, kiedy spokój w sercu i jakaś taka błogość, nie ma niepokoju, a kiedy nawet myśli się o śmierci, to nie w kontekście czarnej przepaści, ale początku przygody. Bliskość Boga tak na mnie działa. Bóg jest takim kominkiem dodającym otuchy. Dziś święto, Janmastami, pierwszy raz od nie wiem jak dawna naprawdę spróbowałem zrobić coś dla Boga, ugotowałem Mu z Tulasi pyszną strawę, zaśpiewałem, poczytałem o Jego chwałach i od razu lepiej na sercu. Później leżałem z Tulasi opartą na moim ramieniu i drzemaliśmy sobie smacznie i chyba nawet coś mi się przyśniło, ale nie pamiętam co.

     Sen miałem piękny dzisiaj. Podróżowaliśmy z Tulasi piechotą do Indii, a świat był jak z baśni, pełne dziwnych ale przyjaznych miast, ludów, zwyczajów, Tulasi dostała od cesarza Chin piękne kimono, a Indiach raja zaprosił nas na ceremonię instalacji bóstw Nrsmhadeva. Pamiętam, jak delektowałem się uczuciem swobody, wolności, nieodgadnioności każdego dnia, Jezu, jakie to piękne. Chciałoby się to doświadczyć i na jawie. A nie doświadczasz? Teraz jest jawa, a przecież ciągle widzisz mapę świata i pamiętasz odpoczynek na zielonych Wyspach Owczych i wysokie latarnie, sięgające nieba w Pekinie. Nie pamiętasz? Jasne, że tak. Czyli przeżywasz to na jawie. Malowniczy jest świat, a jak mówią, wszystko jest w oku tego, kto spogląda. Tym bardziej pisarz, artysta powinien wierzyć w potęgę swojej wizji, i nie poddawać się szarej wizji narzuconej przez społeczeństwo. Większość ludzi żyje w szarym świecie. To ich wybór (bardziej, czy mniej), ale to nie znaczy, że musisz podążać, jak owca za stadem.

     W innym śnie odwiedziłem Zosię Maciejowską w Birmingham. Mieszkała w naszym starym mieszkaniu w Balsall Heath i trochę jej zazdrościłem i nawet zastanawiałem się, czy nie zostać jakiś czas w Birmingham, żeby popracować. Czy to nie byłoby miłe? Ale w którym Birmingham? Tym szarym, czy tym ze snów?

Free writing 11
05.09.2010

     Miałem dziewięć żyć, straciłem wszystkie z nich – śpiewa Kocie Imperium, dobra piosenka, naprawdę, inspirująca. Chciałbym wprowadzić trochę tego klimatu w Najstarszych, nie tylko bieganiny, strzelaniny, bez chwili zastanowienia, nie lubię tego, ale jak mam ruszyć akcję?

     Największym problemem jest utrzymanie zainteresowania i motywacji. Naprawdę martwi mnie, że tego nie czuję. Muszę wejść głębiej w bohaterów, muszę ich zacząć czuć. Po co rozwiesiłem sobie zdjęcia postaci, skoro ich nie czuję, nie wiążę się z nimi? Nie wiem, co czują? Jaka jest jedna z zasad pisania? Zawsze wiedz, co czują bohaterowie w danej scenie. Bądź w ich głowach. Jesteś każdym z nich, nawet Exnerem, nawet Alterem. Zuzka – gorzka, twarda na zewnątrz, miękka, zraniona w środku, jedyną szansą na normalne życie dla niej jest zdrada ukochanego. Tecumseh – Najstarszy, maruder, czuje się oszukany przez swoich, ale jednak poczucie obowiązku sprawia, że poświęca się sprawie Jaja. Jack, stary dobry Jack, ścigany przez poczucie winy i chęć zemsty.

     A co z Pankracym? Czyż nie jest coraz bledszy, z każdą sceną? Płytki dowcipniś idący z prądem, nie robiący nic sam z siebie? Niedobrze. Czy coś ci daje to pisanie? To co robisz teraz, swobodny flow? Nie wiem. Nie czuję tego, ciągle nie czuję. Pomyśl, że Łaciate Rubieże są dla ciebie ucieczką. Chcesz podróży, nie możesz ciągle siedzieć tutaj, chcesz odkrywać nowe miejsca. Dlaczego ŁR nie miałyby być takim miejscem? Zaludnij go miejscami, które znasz, które kochasz, przestrzenią, pragnieniem wolności, marokańskimi przemytnikami, hiszpańskimi włóczęgami, irlandzkimi łotrzykami, kobietami, które kochałbyś, gdybyś był wagabundą, awanturami, w których nikomu nie może się nic stać, bo przecież jesteś głównym bohaterem. Potrafisz to? Potrafisz malować tęczą snów? Spróbuj. Nie bądź nudnym rzemieślnikiem. Pisanie nie jest pracą. jest UCIECZKĄ! Rozumiesz? Jesteś zawodowym eskapistą, chwyć się więc tej sposobności kolego.


Free writing 12
07.09.2010

    Harmonia w dysharmonii, szukanie smaku w The Streets. Dlaczego nie? Czavsy nie mogą mieć magii? Oni tez mają swoją magię, trzeba się tylko wsłuchać, znaleźć częstotliwość, no dlaczego, dlaczego nie. Jak by tu zmienić świat. Swój świat oczywiście, nie świat szeroki- ten jest zmieniany przez każdego, każdy zmienia swój. A co w Anglii? Dziś dzikie zapiski, nie wstawiaj żadnych radarów, barier, kontroli, i co? masturbacja w wannie, klub, nocny klub, dziewczyna obciąga w kiblu, twoja? Nie, niczyja, chór głosów, boli mnie dusza, boli? Jak może boleć coś, czego nie czujesz. Życie pełnią życia, nawet światłem miasta rozbrykanego, nieważne, chodzi o to, żeby żyć, oddychać, pulsować do rytmu, pulsować razem ze światłami klubu, miasta… zaczynasz cenzurować…

     I lżejszy rytm. Ojos de Brujo, hiszpańska wiedźma, klaskanie, miłość życia, bunt, walka, krwawa historia, miłość, pogarda dla ludzi, co nie żyją jak chcą, ale wporządkowują się w system. Rozruszać mózg. Myślisz, że tak łatwo? Luz, papka, drgania, znajdźmy porządek w drganiach, w wibracjach, pozornie chatotyczne gówno i co? Widzisz porządek? Harmonię? Tak? Nie. Wyczuwam ją głęboko, ale nie jestem nawet blisko/ Nie. Jesteś. Zaraz przed przebiciem ostatniej pokrywy jest najciemniej (jak pod latarnią, pamiętasz?). Zbuduj most. Pożyteczna praca, nie buduj tylko murów odgradzających cię od ludzkości, buduj mosty, w czynie społecznym, o czym dziś śniłeś?

     Hmm, śniłem o Jacku i Pankracym, w latach osiemdziesiątych. Spotkali się w snach. A może nawet o tym nie śniłem, pomyślałem tylko zaraz po przebudzeniu, ale i tak podobał mi się pomysł. Wino rozrobione z sokiem. Dobra myśl, jak Big Pepe w Granadzie w parku, zaraz po tym, kiedy poczęstowałem jedzeniem starego Marokańczyka (odmówił alkoholu). Marokańczyk poszedł później spać na kartonach, a ja rozmawiałem z otwartym ale rozpustnym Hiszpanem. Ta strona nigdy się nie skończy, a ja naleję sobie więcej wina. Już mi lepiej, muzyka ze słuchawek, więc nie mam gdzie uciec, nic nie jest na zewnątrz, everything jest wewnątrz, lubię to, wiesz? Sprawiło mi dużo przyjemności to swobodne pisanie, dziś , w okresie pustynnym, bez sztuki w sercu (a może sztuka jest teraz). Bye muchacho.

Free writing 13
09.09.2010

     Najdalej w grudniu będę miał skończony PIERWSZY SZKIC. JEŚLI OCZYWIŚCIE UTRZYMAM TEMPO, a to nie będzie łatwe, z takim brakiem entuzjazmu. Co ja pieprzę. To miał być free writing, a nie wykaz żali. Umysł, czym jest umysł? Subtelną substancją owijającą serce jak wata, przez którą próbuje wyrazić się dusza? Czy też przestrzenią, krainą pełną krain, po której krążymy, iskry boże, wędrowcy po bezdrożach, życie po życiu. Ha, ha – pomyślałem o materialistach – umysł to funkcja mózgu. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś może być w pełni przekonany o takich głupotach, ale z drugiej strony taka jest natura wiary – każdy wierzy w co chce, a Bóg, Wielki Duch, wszechświat ułatwia to, wzmacnia naszą wiarę, żeby łatwiej nam było żyć. Boddhisattva. Współczucie – warstwa miłości, czyli głównej energii przenikającej wszechświat.

     Co dziś tak filozoficznie? Cenzurujesz? Przecież nie pływasz dziś tak wysoko, wręcz przeciwnie, brak woli działania, lenistwo, zmysłowość, egoizm, niezadowolenie, tęsknota, strach. Strach jest ważny – motor mojego działania – jeśli czegoś nie zrobię, to po skończeniu się oszczędności, znów wyląduję w pracy. A prawda jest taka, że nienawidzę zorganizowanej płatnej pracy. To koszmar i tortura. Na samą myśl całe moje wnętrze zwija się w orzeszek. Zbyt to dziś poukładane. Może jeśli będę pisał szybciej, nie będę oszukiwał? Jak mam nie oszukiwać? Z zaskoczenia. Nie stwarzaj siebie. Jesteś taki jak wszyscy, tylko… tylko co? Nic.

     Brakuje mi takich jak ja – jak w takim razie jestem taki jak wszyscy? Nie jestem. Udowodnij. Pokaż mi ludzi, z którymi zaiskrzyłoby, z którymi mógłbym wymienić poglądy, żarty, wyprawy, tajemnice. I co? Gówno. Nie ma nikogo. Jestem sam. A może o to chodzi? Ze wszyscy jesteśmy tacy sami. Jestem egoistą, za bardzo skupiam się na sobie. To był, jest problem z tą sesją – jak soczewka skupiłem się w 100% na sobie, jakby nie było nikogo innego, jakby wszechświat to był ja. Dziwnie to zabrzmiało.
Do pracy mister.

Free writing 14
12.09.2010

     Czytałem wczoraj (i dziś w wannie) Gaimana. Z podziwem, ale i zazdrością. Nigdy tak nie będę pisał, cholera, nie ma szans, Gaiman jest bogiem opowieści. Później śniłem (albo rozmyślałem) o wyprawie z 2004. Wylądowałem za plantacjami, w deszczu, środek nocy, podejrzane elementy, spalone ruiny, koszmary, wyjące psy, smród zgnilizny, niewyobrażalny smród, przysięgam. I co? Nie masz przeżyć? Masz. Nie imituj, grzeb w swoim życiu, masz swoje historie do opowiedzenia i swój pogląd na świat. Retro, bo retro, ale równocześnie nowy, w świecie plastyku i 1000 programów w TV. Piwo, w piecu strzela, pół godziny moczenia się w wannie, za oknem szczeka pies. Niespełnione ambicje i lenistwo walczą o prym. Płytkie to cholerstwo, nie? Wznieść się ponad to – kusi. Ale tak już robiłem – w okresie spokoju rzucasz materialne życie, a później, kiedy trzeba włożyć coś do gara, zasuwasz jak kmiotek, za miskę strawy. I co? Gdzie ta duchowość wtedy? Muszę wybudować stałe podstawy... I jak niby pomagam sobie tym gadaniem w zaczęciu nowej sceny?

     Tecumseh i Jack London przeszli przez drzwi w wigwamie i idą w ciemności. Nie wiedzą, co ich czeka, oni czekają na znak. Kiedy będzie po wszystkim wrócą do wigwamu. Co dalej? Nie wiadomo. Mają nadzieję, że wizja pokaże im wyjście z sytuacji. Jeden kroczek i następny, nie bój się, to nie może być gorsze niż ci się wydaje, że jest. To niemożliwe, uważasz to przecież za takie gówno. Ale trzeba iść do przodu. Najgorszą przeszkodą w każdym przedsięwzięciu jesteśmy my sami. Truizm? Może. Ale jeśli naprawdę poczujesz, jeśli uchwycisz jego znaczenie, to wtedy truizmem już nie będzie, ale najprawdziwszą prawdą. Jesteś podróżnikiem po drodze mlecznej – pamiętaj o tym – łatwiej utrzymać wtedy dystans do siebie, do tego, co się robi. Skoro jestem turystą, to jakie ma wszystko znaczenie? Robić bez przywiązania, co trzeba, ale nie zapominać, co jest ważne. Wczoraj film o Tołstoju, Ostatnia Stacja. Trochę przekłamań, spłycenie, ale ostatni moment dobry, śmierć, wycisnęło łzy z oczu. Czy przypomniało mi śmierć ojca?


Free writing 15
13.09.2010

     Praca fizyczna to fajna rzecz. Ale musi być dobrowolna. Przymus niszczy całą przyjemność z pracy. Tołstoj pod koniec życia codziennie rąbał drwa, pomagał chłopom w polu, pomagał reperować zagrody, domy. Dziś zbudowałem ze starych drzwi, desek i stu gwoździ zadaszenie i kilka pochyłych ścian w drewutni. Tam będzie wychodził zawiew od kominka. Niespokojny umysł, niepotrzebna złość. Najchętniej walnąłbym tym w kąt i puścił sobie jakiś film. Za oknem dźwięk kosiarki, próbuję zagłuszyć go afrykańskimi rytmami, nosowe sylaby piosenki, za dużo m i b i n, jedno po drugim. Wygrzeb się z tego tunelu…

     Cholera, zwinąłem się w pięść, nic nie chce wyjść na zewnątrz, trzymam w środku uczucia i słowa, jak skąpiec, zwinięty do muszli ślimak, a właśnie że nie, nie pozwalam zaskorupić się. Chcę być wolnym, otwartym, jak dziewięciosił. Kiedy sikasz na dziewięciosiła zamyka się, wiedziałeś o tym? A środek dziewięciosiła po oskubaniu z liści jest jadalny i w miarę smaczny. Pokazała mi babcia. Tylko skąd wiedzieć, na który ktoś sikał? Babcia w szpitalu. Ma z 90 lat i złamała biodro. Umiera. Nie byłem odwiedzić. Po śmierci ojca, i teściowej nie mogę już oglądać śmierci. Za dużo. Już i tak zbyt wiele myślę o śmierci, a to mnie wykańcza. Neurotyczna osobowość. A czego się bać? Nowego snu? Wolności? Wyzwolenia? Przestrzeni nieogarniętej? Boga? To dlaczego się boisz?

     Niepotrzebna złość, naprawdę. Widać potrzebujemy przerwy. W końcu kiedy ostatni raz odetchnęliśmy od siebie? Nie pamiętam. Będzie już kilka raz, jak dzień w dzień razem. Czasami potrzeba przestrzeni. Najchętniej pojechałbym w podróż, jak kiedyś. Spakować plecak, akordeon i ruszyć po Europie, spać w parkach, w ogrodach, grać na ulicy, zarobić na chleb, ser i wino, spotkać dobrych ludzi i złych unikać, siadywać czasami na górce za miastem i patrzeć z ulgą w dół, z ulgą, że się tam nie jest, że nie wpasowało się w system. Chcę pojechać. Ale jeszcze nie. Na razie muszę udowodnić coś sobie. Doprowadzić choć jedną rzecz w  życiu do końca. „Najstarsi”.

Free writing 16
17.09.2010

     Brandywina była rzeką w Shire. Rysie nie zachodziły w te okolice, bały się krwiożerczych wydr. Stalin był demonem, stworzył biurokratyczne piekło i nie wypuścił Bułhakowa. Za cara wydawało się, że jest źle, ale nawet za Iwana Groźnego nie było tak źle, archipelag Gułag. Śliwka węgierka, słodka, lekko zgniła z jednej strony, skojarzyła mi się z dzieciństwem, strzela ogień w piecu, na ręce mam sześć szwów, siekiera ściągnęła skórę jak kawałek plasteliny, pod nią plastykowa kość, jesteśmy tylko maszynami. Nie. Mieszkamy w maszynach. Tak lepiej.

     Chodzi o to, że wierzę w transcendentalną iskrę antymaterii – ducha, wierzę, że ta nieograniczona cząstka świadomości jest obuta w ograniczony kawałek materii. Żyjemy w jaskiniach, bojąc się wyjść na przestrzeń, odgiąć ograniczone trzema wymiarami horyzonty, posmakować nieskończonych pól eterycznych. Zbyt wiele abstrakcji, nawet sam ich nie czujesz, operuj w świecie znanych pojęć i to właśnie je łącz w nieznane formacje. Śniłem dziś o ucieczce i torturze. Byłem detektywem schwytanym przez możnych tego świata w dębowym lesie za murem żydowskiego cmentarza. Możni torturowali mnie, bili, nie zważali na błagania i wyparcie się mojej pracy – chcieli się po prostu zemścić za to, jak ich szkalowałem, obnażałem przed publicznym okiem. Tych kilku ludzi było symbolem wszystkich przywódców tego świata, chciwych władzy, bezwzględnych. Ukamienowali mnie. Najciekawsze, że byłem w stanie wyprzeć się wszystkiego w zamian za darowanie życie.

     Spod stalowoszarych chmur nie przebija dziś niebo. Ręka trochę kręci, ale wziąłem ibuprofen extra forte, powinno pomóc. Apatia, lenistwo, brak motywacji do pisania. Dlaczego chcę opowiedzieć tę historię? Czy jest czegoś warta? Czy jest jedynie narzędziem, którym chcę coś osiągnąć? Nie wiem. Zakładam, że to przeszkody umysłu, entropia bezwładnej materii – dlatego mimo wszystko trzeba próbować nadać jej kierunek – żeby się nie cofać. Dlatego wracam do „Najstarszych”. Scena Zuzki z afrykańskim bożkiem i bitwa Tecumseha.

Free writing 17
19.09.2010

     Ich Weiss Warum. Wentylacja wykuta, a piecyk ciągle dymi. Taka już widać jego uroda. Ręka się goi, ale spod bandaża lekki swądek, na szczęście jutro zmiana opatrunku. Ciąg świadomości, nie myśl, nie wysilaj się, pozwól płynąć słowom, za każdym razem to takie trudne, cholera. Grzeję nogi na termoforze, nogi ciepłe, a dusza lodowata, przed południem w pochmurną niedzielę. Skąd tu brać juice w taki dzień? Z nieba nie spadnie, trzeba pokopać w środku. Wbrew apatii, wbrew bezwładności. To dowód, że jesteśmy uwięzieni w materii – duch jest dynamiczny, materia statyczna. W stanie wolnym działanie jest naszą naturą. W stanie uwięzienia w materii przejmujemy cechy materii, czyli statyczność i bierność, która prowadzi do entropii. Filozofia.

     Wkurza mnie ten dym. Jak łatwo umysł zakotwicza się w nieważnych rzeczach. Szkoda. Wysiłek. Nawet tutaj nie robię wysiłku. Jest jedna rzecz, którą się robi bez wysiłku (przynajmniej pierwszy raz). Seks. No ale to też materia, czyż nie? Jazz, swing, swing, alkohol, papierosy, zadymiona piwnica, drewniany kontuar pomalowany na zgniłą zieleń, obłupuje się już lakier, tam bym dziś usiadł. Bez wysiłku obserwował dekadencki świat, upijał się powoli, rozmawiał z obcymi o ich problemach, porażkach – w takich miejscach nie rozmawia się o zwycięstwach. Zwycięzcy chodzą do innych lokali. Tam gdzie światło, szampan i suknie z dekoltami.

     Brakuje mi angielskich pubów, gdzie mogłem usiąść na wytartej kanapie, anonimowo, nikt mnie nie napastował i mogłem pić jeden po drugim cidery, palić papierosy w tajemnicy przed żoną i nikt nie patrzył z potępieniem, każdy miał gdzieś raka płuc, czytać napisy na starych posterach, jeszcze przedwojennych, albo czytać jakąś dziwną książkę wygrzebaną z Oxfamu. Nie udaje mi się do końca odetchnąć tutaj. Poczerpać natchnienia z siły bezwładności. Przecież tak też można. Bierz skąd możesz, jeśli nie z kosmosu, to  z głębiny morza. Wszędzie są iskry Boga, nie?


Free writing 18
21.09.2010

     No, no, no, no es directo, buscalo en dentro… Przez okno widzę psa. Ogromna bestia, owczarek kaukaski, potulny jak owca, przynajmniej jeszcze teraz, to jeszcze szczeniak.
Zapach cebuli i podsmażanych ziemniaczków, piec huczy, w żołądku burczy, niepewność, co do następnych stron – za każdym razem, gdy zasiadam do „Najstarszych” wydaje mi się, że niemożliwe jest spłodzenie choćby jednego słowa. Po prostu niemożliwe. No ale przecież powoli to idzie.

     Wczoraj oglądałem film o francuskim artyście. Zapomniałem imienia. Sergio Guinsberg, czy coś takiego (nie mylić z amerykańskim Guinsbergiem z epoki hipisów). Początek spodobał mi się, fantazja dziecka, ale później za dużo pozbawionego substancji dekadentyzmu, promiskuityzmu, samozniszczenia. Nic w tym nie ma złego, artyści tacy są, ale reżyser nie wszedł dość głęboko i wydawało mi się zbyt powierzchowne.

     Dostałem dziś email do K. z poprawkami do opowiadania. Lubię dziewczynę, błyskotliwa, dobre poczucie humoru, wyczuwa głębsze warstwy rzeczywistości. Osobowość z tych, co mnie onieśmielają, przy których czuję się jak burak. Zawsze miałem ten problem. Kompleks wioskowy, czy coś. Wiem, że nie powinienem, a jednak.

     Brakuje mi towarzystwa ludzi na jakimś poziomie intelektualnym i duchowym, z podobnym kątem postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duża część mojej depresji wynika z samotności, z niemożności komunikowania się, wyrażenia siebie tak, żeby ktoś zrozumiał i z drugiego bieguna zadziwić się głębią przemyśleń i doświadczeń innych ludzi. Tego mi brakuje, ale za bardzo nie wiem, co z tym zrobić.

     Słucham dziś muzyki hiszpańskiej. Quinto Parpadeo, Jarabo del Palo, La Pegatina, Macaco, Amparanoia. Ta muzyka ma moc. Żadna tak do mnie nie przemawia, z żadnej innej części świata. Pokochałem Hiszpanię. Coraz bardziej czuję, że zbliża się czas kolejnej wyprawy. Tulasi nie będzie zadowolona, ale na wiosnę spakuję plecak, akordeon i ruszę znowu, sponiewierać się po iberyjskich ulicach, pogłodować, nadużywać haszyszu i riojy. Mam nadzieję, że do tego czasu książka będzie już skończona, a przynajmniej pierwszy draft.

Free writing 19
22.09.2010

     Here we go, zwarci i gotowi. Przez chwilę myślałem, że za oknem przeleciał dwupłatowiec i nie wiadomo dlaczego zrobiło mi się ciepło na sercu, przyjemnie w stylu retro. Skoro ciągle latają dwupłatowce, to może ostatnie osiemdziesiąt lat się nie zdarzyło? Nie ma bomby atomowej, USA nie zaczyna niezliczonych wojen, nie ma nawet plastyku, ani telewizji. Milej się zrobiło, naprawdę. Nie lubię czasów w których żyję. Coraz większe spłycenie. Postęp jest w stu procentach iluzją. Tak naprawdę od końca dziewiętnastego wieku cofnęliśmy się. Wtedy prawa jednostki zaczynały być big thing. Teraz wielkie imperia znajdują racjonalizacje dla swoich zbrodni, mordują tysiące osób, a ludzie jak osły łykają wszystko i nie zdają sobie sprawy, że nie ma żadnej racjonalizacji dla gwałtu na jednostce. Cofamy się, cofamy.

     Dwupłatowiec, skarby króla Salomona, Indiana Jones, skórzana czapka z nausznikami, miłość na sianie, upał, i możesz się turlać z górki, nie martwiąc się wężami i skorpionami. Chciałbym wrócić do dzieciństwa świata. Czytałem dziś kawałek Gałczyńskiego. Cudotwórca z Mejdugosze (na 100% to brzmiało inaczej). Małe słuchowisko po wizycie u białego Jogina, po drodze z Wilna. Zrobił mu regressing i Gałczyński cofnął się do bycia Hiszpanem – nawet mówił płynnie po hiszpańsku. Przestraszeni uciekli, Kot i Natalka, na dworzec, zdyszani, zdumieni, przytłoczeni głębią tajemnic wszechświata. Ludzi za mało przytłaczają tajemnice wszechświata. Myślą, że są na granicy odkrycia wszystkiego. Co więcej, jestem pewny, że wielu uważa, że nauka odkryła już wszystko. Co za arogancka bzdurka. Wszechświat jest po prostu… no wielki, głęboki, nieprzewidziany, nawet milion żyć nie starczy, żeby go zbadać, jak jezioro ziarnek maku, a każde ziarnko to wszechświat. Co za głupota, Jezu…

     Wczoraj wprowadziłem Gałczyńskiego do Najstarszych. Niespodzianka dla mnie, bo miała być Cyganka, no ale cóż, koty chadzają swoimi drogami. Lampka wina, smooth jazz, niepotrzebny ogień w kominku, dziś słońce przygrzewa wyjątkowo miło.

Free writing 20
26.09.2010

     Nie wiem, czy to coś pomoże, jestem wypełniony biernością, czuję, że nie ma we mnie żadnego ciśnienia, które mógłbym przelać na papier, wręcz przeciwnie – pustka sprawia, że mogę tylko biernie czekać, aż coś mnie wypełni. Przeczytałem Gateway-Brama do gwiazd, Fryderyka Pohla. Dobre SF, kiedyś jedna z moich ulubionych książek, może dlatego spodobał mi się Kontakt z Judie Foster? Podobne założenie – starożytna rasa podróżująca swobodnie po wszechświecie, doglądająca kosmicznych spraw. Dodaje otuchy myśl, że ktoś jednak dogląda tego bajzlu. Ktoś mądry i dobry. Ręka się goi, ale za to chwyta mnie przeziębienie, siedzę z szalikiem na szyi i stopami na termoforze.

     Muzyka francuska, rewolucyjna, z mistycznym akcentem, w Birmingham słuchałem Chango Family, miałem taki okres. Jeździłem na rowerze do Łukasza, grał na kontrabasie, paliliśmy trawę i później włóczyłem się na dwóch kółkach po mieście, ciesząc się z dźwięków. Po trawie muzyka smakuje lepiej.

     Przeczytałem wczoraj gdzieś, nie pamiętam gdzie, że w snach jesteśmy prawdziwsi niż na jawie, w takim sensie, że na jawie narzucamy sobie tyle koncepcji na własny temat, że sami się gubimy. We śnie widzimy jednak swój naturalny poziom. I myślę o snach, w których jestem tchórzem, poświęcam innych dla siebie, rżnę każdą napotkaną dziewczynę. Zastanawiam się, czy taki jestem? Trochę chyba tak. Ale chyba liczy się choć odrobinę, jacy chcemy być? Przez staranie się robimy jakiś postęp. Tołstoj napisał coś podobnego w dzienniku. Nie o snach, o postępie.

     Ciekawe skąd moja chandra? Od powrotu z UK nie było łatwo, ale jakoś się trzymałem, zresztą zawsze tak mam po rzuceniu pracy, dochodzę do siebie miesiąc, albo dwa. Tym razem zamiast lepiej zrobiło się gorzej. Najgorszy jest brak chęci na zrobienie czegokolwiek. Wszystko jest wysiłkiem. No i poczucie własnej pustki, przeciętności, małości. To nie kokieteria, naprawdę w pełni widzę swoją nijakość… Nie nijakość. Nie jestem nijaki. Widzę małość swoich ambicji, pragnień i jeszcze skrajny egoizm.

     Żyć by się chciało, rzucić wszystko w diabły, pojechać gdzieś, niezależny, wolny, beztroski, głupi. Tarotowy Głupiec. Na razie jestem Wisielcem. I jeszcze dwójką mieczy. I ósemką mieczy. Jeszcze czymś? Nie czuję już w ogóle Najwyższej Kapłanki.

     Wczoraj zrobiłem sos fasolowo-czekoladowy na ostro z kotlecikami z kapusty, marchewki i selera. Dobre to było.

Free writing 21
29.09.2010

     Na początku było Jajo, a z Jaja wykluł się człowiek, z człowieka wykluł się smok, ze smoka mop, mopem starłem żłob, analfabetyczny krok, podcieraj nosa maładiec i zmykaj na rewolucję, nad ołowianym niebem złoci się słońce, pola bitew zakwitną łopianami, kaczeńcami, wesołymi wierzbami, a z czasem kilka grządek kapusty, ziemniaki i chatka pokryta strzechą, wielopokoleniowe rodziny, Kajtek, wakacje, szkoła, pierwszy września i znów. Znów? Kosmiczny dowcip. Nieskończenie mała kruszyna w nieskończenie dużym kosmosie, a ludzie utrudniają sobie życie, zrzucają zubożały uran i mówią, że to dla demokracji. Już lepiej nic nie robić, niż robić aż tak źle. Jesteśmy sami w kosmosie? Czy spotkamy sympatycznego ET? Czy na każdej planecie, w którymś z szalonych wymiarów są ludzie, tacy jak my, rozrzuceni tu i tam boską dłonią, aby uczyć się życia?

     Złoty parostatek, turyści piją szampana i podziwiają aligatory, dzikich z łukami, zieloną dżunglę, stary Jack London, prawie całkiem pijany opowiada, jak kiedyś w Klondike o mały włos nie zjadły go komary, a niektórzy popełniali samobójstwo, nie mogąc znieść żądeł. Obok Jules Verne konstruuje batyskaf z dyni i skórki z pomarańcza, nic z tego nie będzie – mówi spod nosa Huckelberry Finn i szczypie w tyłek Pippi Langstrumpf. Złoty parostatek w amazońskiej dżungli. Z góry obserwuje nas dziadek księżyc, rzuca srebrzystymi łzami, żeby delfiny mogły popluskać się w jeziorkach srebra. Klęska. Po co gadać o klęsce, skoro wojna jeszcze nie przegrana? Bitwy stracone, łzy opuszczonych, groby straconych, a przecież to nie kaniec filma, jeszcze nie rozdano Oskarów, nie powieszono reżysera i scenarzystów, nie ma więc co płakać. Delfin, przyjaciel człowieka. W teleekspressie kiedyś powiedziano, że stadko delfinów uratowało rozbitka. Good for him.

     Księżycu! Księżycu! W nocy przyjdź do mej żony i opowiedz jej coś na pocieszenie, albo zabierz ją na krótkie wakacje, coby zeszło z niej napięcie stu żyć, w których zbytnio się stresowała. Palisz? Nie? A ja zapalę. Rak płuc, czy krtani? Do bani. Niech spada. Nie się skryje strach, niech jego głowa na szafocie skończy a dla mnie szata króla. Król jest nagi.

Free writing 22
10.10.10

     Dziś dziesiąty dziesiąty dziesiąty. Spora przerwa, i to nie dla nabrania oddechu, ale z lenistwa, marazmu, apatii. Mam dosyć siebie. Czasami już siebie nie lubię, jak choćby za to – że narzekam jak jakiś przedstawiciel kina moralnego niepokoju, a komu chce się być z takim człowiekiem, skoro nawet ja sam nie czuję się z sobą dobrze? Pajac, smutny Arlekin, nikt nie chce mieć z tobą nic do czynienia, samobiczuj się ośla łąko, ten wpis nie ujrzy światła dziennego, już i tak czujesz, że ludzie przestają cię czytać i lubić. A kiedy ktoś mnie lubił? Skończ z tym ekstremalnym egocentryzmem! To stąd twoje cierpienia młodego Wertera, masz już 34 lata, przestań aż tak skupiać się na sobie. Ok, spróbuję, ani słowa już o mnie.

     Słońce w październiku nie grzeje tak mocno jak w lecie. Naprawdę? Naprawdę, mistrzu truizmów. Wytrzymałem bez siebie jedno zdanie. Sztuczne i matowe. Zostawiłbyś Tanię dla wystrzałowej kobiety (kobiet), bohemskich podróżniczek z dredami, nie bojących się niczego, machających pojkami i szczycących się swoją niezależnością? Nie, nigdy. Naprawdę? Ani na chwilę? Malutką chwilkę, żeby poczuć się żywy, żeby na momencik być Cyganem i wagabundą? Powiedzmy na tydzień, miesiąc, nie zrobiłbyś tego? Ale wtedy byłbym świnią i moja zdrada zaprzeczyłaby całej idei wolności. Nie szanowałbym siebie, a wtedy nikt nie szanowałby mnie. I już nie byłbym wagabundą, ale starszym panem z kryzysem wieku średniego, który próbuje łapać uciekającą młodość, nie rozumiejąc, czym jest wolność, dojrzałość, pełnia. Żałosne cliche. Więc, co? Jak wyjść z tego? Jak znaleźć swoje plemię? Powiem ci. Nie próbuj zmieniać siebie, żeby dostosować się do czyichś ka-tetów. Masz swoje plemię, taki jakim jesteś. Wierność sobie zyskuje ci przyjaciół, a zdrada, pogardę. Rozumiesz? Nie ścigaj fata morgany. Bądź sobą, miej zasady, trzymaj się swojego kursu (szczerość, poglądy, nieukrywanie złych stron) i pozostawaj otwarty. Wtedy to będzie miało wartość.

Free writing 23
15.10.10

     Jasny umysł, ani jednej myśli, żeby czysto wystartować…

     W Katowicach na dworcu, wieczorem przeżyłem miłe chwile. Wewnętrznie, bo zewnętrznie to był ten sam, brudny, przygnębiający dworzec, ale jakoś inaczej to widziałem przez chwilę, poczułem braterstwo z ludźmi, szkoda mi się ich wszystkich zrobiło, czułem że jesteśmy zrobieni z jednego drewna, te same duchowe cząstki świadomości, zamknięte w materialnych ciałach, okręceni nićmi karmy. Brzmi to cholernie New Age, ale nic nie poradzę, tak to wyglądało. Siedziałem z Tanią na schodach przed rozkładem jazdy i patrzyłem na każdego po kolei i każdego wyczuwałem, prawie znałem, najchętniej bym zagadał do każdego po kolei.
     
- Ciekawe, co by się stało, gdyby wszyscy ci ludzie wylądowali na wiele lat w jednym budynku. jakie związki by się nawiązały, jakie przyjaźnie, miłości, problemy, zdrady – powiedziałem do Tani.

     Rzadkie są te chwile, szkoda. Tulipan z oklapłymi płatkami, nie chroniącymi już złotego rdzenia, Calineczka zamarzła, jej ciało spadło na ziemię i stłukło się na tysiące malutkich kryształków, lśniący pyłek i tyle jej widzieli. Tak jak my, w końcu rozpadniemy się i nie zostanie nic… Osobowość. Przywiązanie. Chciałbym utrzymać moją tożsamość na zawsze. A to przecież głupie. Jestem indywidualnością, ale ta tożsamość jest tylko chwilowa. Tak naprawdę mogę być całkiem kim innym, moje prawdziwe ja nie ma nic wspólnego z nostalgicznym anarchistą, może jestem swoim własnym przeciwieństwem. Filozoficzne zawiłości… A właśnie, że nie, żadne filozofie, to życie, realność, doświadczenie. Co z tego, że nie mogę dotknąć tego teraz?
Siadając do pisania szukam sobie setek różnych zajęć. Muszę coś zjeść, napalić w piecu, sprawdzić maila, napić się wina, jeszcze tylko jeden odcinek Friendsów i już… A wcale nie jest łatwiej. Ta książka rodzi się w bólach i najgorsze jest to, że tracę w nią wiarę, zgubiłem drogę, nie widzę światła w tunelu. Chcę ją tylko skończyć. Mówię sobie, że to tylko symulacja książki, a nie prawdziwa powieść. Może w ten sposób oszukam umysł, a później jakoś to poprawię. Bohaterowie już weszli do Lasu de las Pesadillas.