Monday, 31 October 2016

Krótkie 4




















   Zima nadchodzi, ale okazało się, że glany spleśnialy. Londyńska atmosfera i mieszkanie w suterenie im nie służą. Dwadzieścia minut ze szczotką i wodą z mydłem, teraz suszymy.

Wednesday, 26 October 2016

Czo ta Polska

 

Czasami, kiedy myślę o Polsce, to dochodzi do mnie, że mi wstyd z to wszystko. I nie chce mi się tam nawet jechać. Ale wtedy puszczam sobie Koniec Świata i sobie przypominam, że przecież Polska to nie te "wyklęte" mordy, ale właśnie Koniec Świata, Grabaż, Kazik, Ferdydurke, Dąbrowszczacy, Lem, Starsi Panowie Dwaj, Cybulski, Mumio, Krawców Wierch i Tytus , Romek i A'Tomek.
   Wsiadłem na rower i poszybowałem w świetle latarni, samochodów i szyb do Battersea Park. Napiłem się, zapaliłem, ze słuchawkami w uszach, nie wypuszczanymi ani na chwilę, jak koło ratunkowe. "Bo wszystko, czego chcę, całe życie być przy tobie. Nie, nie zgaśnie nigdy ogien". Zrobiłem kółko omijając rozgniewaną kobietę z psem, jej krzyki nie przebiły się przez parasol, pojechałem dalej, wzdłuż Wisły, obserwując łodzie rzeczne i samochody po drugiej stronie.




























Moja ulica:)

Tuesday, 25 October 2016

Taki dzień...

   Dziś smutek. Wystarczyło małe wspomnienie z rana. Jak zaraz na początku całej tej burzy mówiła z przejęciem, że aby uratować nasz związek, musimy się w nim zanurzyć bez hamulców, skoczyć w niego, bez oglądania się przez ramię. A ja bez przekonania kiwałem głową. A maszyny czasu jeszcze kurwa nikt nie wynalazł...
   Usiadłem na łóżku, stopy dotknęły lodowatej podłogi, ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem. Tylko kilka łez. Nauczyłem się powstrzymywać ten klimat, zanim nie zamieni się w rzekę. Ale nastrój pozostał. Ubrałem się w byle co i bez entuzjazmu pobłąkałem się po Londynie. Wreszcie wróciłem do domu, przygnieciony poczuciem winy, straty i porzucenia. W żołądku twardy, zaciśnięty węzeł.
   Dziś już ze mnie nic nie będzie. Idę po wino.

Monday, 24 October 2016

Donald Trump i samotność na urlopie





















    1. Śnił mi sie Donald Trump. Spotkałem się z nim i kandydatem Demokratów, który zastąpił Hilary Clinton. Rozmowa była zrelaksowana, zabawna, mądra. Sprawiła mi dużo radości. Wreszcie nie wytrzymałem i spytałem Trumpa: "Jak to jest: wydajesz się zabawnym, mądrym gościem, twój przeciwnik zresztą też. Zaczynam myśleć, że wszyscy politycy są normalnymi ludźmi. Ale kiedy dochodzicie do władzy, to coś się z wami dzieje. Nie ma już znaczenie życie ludzkie, zaczynacie wojny, w których giną tysiące, głodzicie całe kraje, oszukujecie, kradniecie, niszczycie. O co chodzi?". Trump popatrzył na mnie uważnie, lekko się wahając. Wreszcie odpowiedział: "Widzisz, Marcin, taka jest po prostu natura władzy. To nie ludzie są źli, ale idea władzy. Władza jest jak trucizna. My, politycy, też jesteśmy jej niewolnikami." Tak, że sny mam ciągle anarchistyczne, tak trzymać.
   2. Kupiłem blender w Argosie (tylko dziesięć funa). Miałem całą torbę bananów ze skipowania, stwierdziłem i że będę sobie robił smoothie. Nie piję alkoholu już od ponad tygodnia (dziewięć dni), więc zastępuję upojne radości zwykłymi.
   3. Ćwiczyłem kilka godzin na ukulele i oglądałem Jamesa Bonda.
   4. Do południa powłóczyłem się rowerem po Londynie. To znaczy rano chciałem iść do lekarza, ale brakło miejsc, a że było wcześnie, stwierdziłem, ze nie muszę jeszcze wracać do domu. Jutro znów spróbuję załatwić wizytę. Od kilku miesięcy coś mnie pobolewa pod pachą. Lepiej to sprawdzić.
   5. Doskwiera mi samotność. Pogadałbym z kimś od serca, połaził po Londynie, szukając skarbów.

Sunday, 23 October 2016

Krótkie 2




















   Tydzień temu zrezygnowałem z alkoholu na czas nieokreślony, zostałem więc zmuszony do szukania wieczorami szczęścia i radości gdzieś indziej:)

Saturday, 22 October 2016

Pierwszy dzień urlopu

















     Urlop rozpoczęty. Rano wskoczyłem na rower i pojechałem na "polowanie". Piętnaście minut ode mnie znajduje się Covent Garden Market - ogromny kompleks hurtowni warzyw i owoców. Kiedyś, kiedy mieszkałem na skłocie, jeździliśmy tam po darmowe jedzenie. Pomyślałem, że spróbuję samemu. Obłowiłem się po uszy. Dookoła walały się stosy warzyw, owoców, ziół, grzybów. Czułem się, jakbym włamał się do banku. Nabrałem, ile dałem rady unieść i wróciłem do domu, gdzie umyłem, obkroiłem i posegregowałem zbiory. Planuję tam jeździć co sobotę.
   Ze zdobycznych warzyw zrobiłem guacamole, dołożyłem sałatę i ryż zawijany w liście winogron, i śniadanie wyszło jak złoto.
   Później pojechałem na przejażdżkę. Postanowiłem obskoczyć okoliczne ciucholandy. Potrzebuję butów, jakiegoś swetra, może kurtki. Znalazłem tylko fajną czapkę. Miałbym też świetne, mocne, skórzane buty, ale okazało się, że mieli tylko jeden. Trudno. W tym tygodniu wyskoczę jeszcze raz.
   Nie chciało mi się wracać, jesienna pogoda dopisywała, pojechałem więc do centrum. Zjadłem obiad w świątyni, posiedziałem, obserwując ludzi, a później na Soho Square paliłem e-papierosa i myślałem o tym, że nie będzie tak źle. Przyzwyczajam się do życia samemu.
   Tak, że ogólnie dzień był fajny. Dopiero na wieczór zepsułem sobie lekko humor (ale bez przesadyzmu:). Postanowiłem "przegrać" 10 funtów w pokera online. Gdybym tradycyjnie przegrał je w kilka minut, byłbym w miarę spokojny w swoim rozczarowaniu, ale szło mi świetnie. W pół godziny podwoiłem pieniądze, wyczułem falę i już mi się marzyła dodatkowa stówa na weekend. To mnie zgubiło. Przeszarżowałem i jednym strzałem straciłem wszystko. No ale adrenalina już ze mnie schodzi.
   Co jeszcze? Tydzień bez alkoholu. Bardzo dobrze się z tym czuję. Nie ciągnie mnie jakoś szczególnie. Sprawia mi przyjemność budzenie się bez kaca i utrzymywanie czystej świadomości. Myślę, że wyjazd Petry uwolnił mnie od dużej dawki stresu. Męczyłem się, tkwiąc w związku, który nie był dla mnie.
   To tyle. Jest stabilnie, w miarę spokojnie. Brakuje mi czegoś, to fakt, nie wiem, jakiejś mistyki, głębi, światełek choinkowych, zapachu lasu, ognia w kominku, dotyku miękkiej dłoni we włosach, rozmów o jakiejś książce. Ale to nie jest brak neurotyczny, męczący, ale raczej coś jak liryczna tęsknota.

PS. Ostatnio odwiedzam blogi starych znajomych i szukam nowych. Czuję otuchę, widząc, że są ludzie, którzy czują głęboko, potrafią o tym pisać. Te odwiedziny łagodzą uczucie odseparowania.





Thursday, 20 October 2016

Radość z wolności



 Miły dzień. W pracy czuję się już w miarę zintegrowany, co jest sukcesem, bo społeczna strona miejsca pracy jest dla mnie najtrudniejsza. Czuję się z ludźmi w klasie w miarę swobodnie, nie wyczuwam tarć. Mam w klasie Greczynkę, Kurdyjkę, Amerykankę i Somalijkę. Fajna mieszanka. Najlepiej chyba dogaduję się z Ayan - Somalijką. Miła, mądra dziewczyna. W ogóle w szkole po Anglikach najwięcej chyba Somalijczyków. Sympatyczna nacja. Bardzo oddani tradycji i swojej kulturze, ale równocześnie bardzo uprzejmi i przyjaźni wobec innych. Poczucie humoru też świetne. A tak w temacie, to wydaje mi się, że jedna dziewczyna z agencji, też z Somalii, się chyba we mnie trochę zadurzyła:) Bardzo młoda, nie więcej niż dwadzieścia lat, ładna, skromna. Wodzi za mną oczami, zagaduje, wyraźnie szuka mojego towarzystwa. Miło wiedzieć, że mogę podobać się młodej, ładnej dziewczynie. Podnosi mnie na duchu jej niewinna adoracja. Ale trzymam przyjazny dystans.
   W drodze z pracy, lawirując rowerem pomiędzy samochodami utkniętymi w korku, czułem przyjemną lekkość. Myślę, że to radość z wolności.

A tutaj somalijski hicior, w ramach wzbogacenia kulturowego:)

 

Monday, 17 October 2016

Kawalerka

   Piątkowa prywatka była miła do momentu, kiedy nie padłem prawie nieprzytomny od tequili. Podobno puściłem pawia, ale nie pamiętam. Weekend spędziłem w łóżku, dochodząc do siebie. Zdałem sobie sprawę, że mam problem. Wystraszyła mnie desperacja, z jaką próbuję uciec od rzeczywistości. Piątek był ukoronowaniem. Poczytałem trochę artykułów i porad o alkoholizmie. Na szczęście to nie jest zaawansowane stadium, fizycznie nie jestem uzależniony. Więcej sportu, medytacji, hobby i unikanie triggerów powinno pomóc.
   Wczoraj wyjechała Petia. odprowadziłem ją na dworzeć w Victorii. Posiedzieliśmy z godzinę z frytkami i herbatą, gdając o tych ostatnich trzech latach i o tym, jak to będzie być samemu. Petia cieszy się na kilka miesięcy odpoczynku od Londynu, z rodziną. Ja sam nie wiem. Jakaś część mnie się cieszy. Mieszkam zupełnie sam w centrum Londynu, mam pracę, dziś powinno dojść ukulele, czyli będę miał zajęcie. A living room wystarczająco duży, żeby trochę poćwiczyć. Boję się jednak samotności. Uczucia, że nie jestem dla nikogo ważny, że nikt mnie nie wita po powrocie z pracy, nie cieszy się na mój widok. Ciekawe, jak to będzie.
 

Friday, 14 October 2016

Lista piątkowa, nawet niezła

   Za chwilę idę na imprezę, więc napiszę kilka słów, żeby kac nie zamazał wszystkiego.

   1. Fajny dzień w pracy. Normalnie pracuję z nastolatkami na wózkach inwalidzkich. Dziś na jakąś godzinę wysłano mnie do klasy maluchów - od czterech do sześciu lat. Cutness overload. Te dzieciaki były przesłodkie. Siedziały na wózkach inwalidzkich, każde z jakimś tikiem, drżeniem, porażeniem mózgowym. Łzy mi napłynęły do oczy, kiedy pomyślałem przez jakie trudności muszą przechodzić w takim młodym wieku. Jedna dziewczynka o imieniu Angel, mała Chinka odleciała na widok mojej brody i cały czas głaskała mnie po twarzy i się śmiała. Inna nie mogła oderwać ode mnie oczu i coś tam gulgotała towarzysko, mały Pakistańczyk seplenił coś o bajkach. Odleciałem.
   2. Na zakończenie był program dla całej szkoły o Judaizmie (raz w miesiącu jest dzień jakiejś religii). Było jedzenie, stroje, opowieści, a na koniec dyskoteka z muzyką klezmer. To było szeleństwo. Cała szkoła zaczęła tańczyć, każde z dzieci na swój odjazdowy sposób. Wybuch odgłosów, pląsań i śmiechu, radości. Powietrze przenikała miłość i radość. To było niesamowite. Czułem się wyróżniony, że mogłem brać w tym udział.
   3. Coś się ostatnio zmienia. Po troszkę, dlatego wcześniej mi umykało, ale jest to coraz wyraźniejsze uczucie: krok po kroku zaczynam czuć się oddzielną osobą od Tani. Uczucie rozdzielenia, rozerwania na połowę blaknie. Zaczynam ze zdziwieniem dostrzegać siebie, jakbym dopiero teraz wykształcał swoją indywidualność. Smutek ciągle jest, ale mam wrażenie, że moja jaźń, ego, wyklarowuje się, buduje niezależną tożsamość.
   4. Petia kupiła dziś bilety do Pragi. Wyjeżdża w niedzielę rano. Będzie trudno, przyzwyczaiłem się do towarzystwa. Ale wiem, że to dobra decyzja dla nas oboje. Możemy ruszyć do przodu, odblokować się wreszcie.
   5. Kupiłem dziś ukulele on line (to z postu powyżej). Wydałem większość tygodniówki, zostało mi 20 funtów do następnego piątku i może mi nie starczyć na czynsz, ale cieszę się bardzo z nowego instrumentu. Bez tego, to jak bez ręki.
   6. Trzeba się zbierać. Idziemy z Petią na imprezę do mojego starego domu na Rainbow Street, spotkać się z przyjaciółmi, zjeść coś, pogadać. Kupujemy butelkę tequili. To jest też nasza pożegnalna impreza (moja i Petry). Planujemy złoić się na maksa. jutro będę umierał:)

Thursday, 13 October 2016

Crowdfunding i homoseksualny epizod metaforyczny

   Czwartek! Jeszcze dzień pracy i weekend. Lubię piątki, bo mam wtedy wypłatę. Szału nie ma, czynsz zżera wszystko, ale fajnie przez jeden dzień w tygodniu czuć, że się ma kasę. Jeden dzień w tygodniu restauracja (tania, ale jednak), lepszy trunek, nowy juice do papierosa elektronicznego.
   Dziwny mialem sen ostatniej nocy (choć sny są z reguły dziwne, ale ten był wyjatkowo dziwny, nawet jak na mnie). Poznałem ładnego chłopaka i jakimś cudem wylądowaliśmy w łóżku. Rano (ciągle we śnie) obudziłem się na wielkim moralniaku. Pomieszanie wstydu, zniesmaczenia, z dużym uczuciem do chłopaka. Pozbierałem ubrania z podłogi i powiedziałem, że to była pomyłka, żeby o tym zapomniał. Chłopak uśmiechnął się miło i powiedział, żebym się nie martwił, bo jego to nie rusza i tak ma randkę wieczorem. Odetchnąłem z ulgą. Ale wieczorem ogarnęła mnie zabójcza zazdrość, na myśl o jego randce. Wtedy obudziłem się naprawdę, zupełnie oszołomiony. O co tu chodzi?:)
   Poza tym zbieram na nowe ukulele. Moje stare zostało w Polsce, a poza tym już się zaczęło konkretnie sypać. Tak, że jeśli są tu jacyś fani Księżycowego Terrorysty, z zapędami do bycia mecenasem sztuki,zapraszam do kontaktu. Każda dotacja się liczy:) Na fanpagu obiecałem nową piosenkę przed upływem miesiąca (bądź dwóch).
   Ok, wczesny wieczór, wracam do Doktora House'a, chcę zaliczyć jeszcze z trzy odcinki przed snem.

Sprzęt marzeń:


Tuesday, 11 October 2016

krótkie 1

   Wiem, że jestem w dobrym nastroju, kiedy budzę się rano i stwierdzam, że dziś nie palę ani nie piję, a może nawet po południu zafunduję sobie czterdzieści minut z Chodakowską;) Pojawia się czasami we mnie potrzeba uporządkowania życia, zmiany statusu z ofiary życiowych zawirowań na kogoś, kto ma kontrolę nad sobą.

Monday, 10 October 2016

Vivo soñando

   Spróbuję pisać trochę więcej. Nie żeby się żalić ani wymądrzać (co nieraz robiłem:), ale terapeutycznie. Pisanie pomoaga mi nabierać dystansu i jaśniej widzieć rzeczy. Długo pisałem dziennik, ale jakoś nie mogę się zmobilizować. Nie wiem czemu, łatwiej mi ostatnio na blogu. W dzienniku tylko jojczę jak stara baba.
   Czytam kriminał Cobhena, "Bez pożegnania". Świetna książka. W jednym miejscu bohater pisze, że po odejściu jego ukochanej przeraził się, bo uświadomił sobie, że teraz ma tylko dwa wyjścia: albo być resztę życia sam, albo zgodzić się na bycie z kimś, kto nie dorównuje jego pierwszej miłości.
   Utożsamiam się z tym. Dokładnie tak się czuję. Nie boję się bardzo, że ktoś się mnie nie pokocha. Mój największy strach jest taki, że ja nikogo już nie pokocham. Tak to wygląda.
   Ktoś mi dziś powiedział, że żałoba zwykle trwa dwa lata. Moja się przedłuża, co nie jest za dobre. Paraliżuje mnie to utknięcie. I te częste sny, po których budzę się zmęczony i jeszcze bardziej rozwalony. Ostatniej nocy śniłem, że Tania uświadomiła sobie, że nie może żyć beze mnie, bo jestem jej prawdziwą miłością. Patrzyła na mnie z głębokim uczuciem i wiedziałem, że wszystko będzie teraz dobrze. Że będę takim mężem, jakim powinienem być. Zero alkoholu, fajek, rozglądania się za laskami. Że przeszliśmy ciężką próbę i teraz będziemy mogli zestarzeć się razme, jak zawsze marzyłem. Obudziłem się przed budzikiem, na materacu w living roomie, koło szklanki niedopitego piwa i nie było to przyjemne. Leżałem przez dłuższy czas i jak codziennie od dwóch lat, przeklinałem siebie.
   Ale w końcu wstałem, wziąłem prysznic, zjadłem lekkie śniadanie, wsiadłem na rower i pojechałem do pracy. W szkole całkowicie skupiłem się na zajęciach, pomagając dzieciakom uczyć się nowych rzeczy, starając się przywołać uśmiech na ich twarzy. I przez to sam się uśmiechałem. Daję radę.
   Na razie wszystko jest w rozsypce, ale powoli się zbieram do kupy. Czekam, aż Petia wyjedzie. Myślę, że do jakiegoś tygodnia, dwóch. Przeniosę się wtedy z podłogi w salonie, w pokoju (jedynym ogrzewanym w zimie) zrobię sobie mały azyl, spróbuję ćwiczyć po pracy chociaż z pół godziny. W weekendy będę spacerował albo jeździł na rowerze, czasami spotkam się z Fernandą na pogaduszki. Z odkładaniem kasy nie będzie za dobrze, dopóki nie znajdę dodatkowej pracy, ale to mnie aż tak nie martwi. Czuję, że jestem w stanie znaleźć spokój w samotności. Grunt to przestać się miotać i wyżywać na sobie.
   Tyle na dzisiaj. Poczytam teraz, później poszperam jeszcze po fejsie.




"Żyję marzeniami"

Sunday, 9 October 2016

Niedzielna przejażdżka z Yannem Tiersenem



























   W słuchawkach Yann Tiersen. Ściągnąłem dziś ostatnią płytę. Smutek pianina współgra z moim. Dawno nie czułem takiej harmonii. Jesienne słońce, tłum ludzi na Trafalgar Square, ze świata zewnętrznego przebija się dźwięk wody w fontannie, bębnienie i gwar ludzkich głosów.
   Lubię jesienne spacery z rowerem. Czasami idę, czasami, gdy mi się znudzi, albo na chodniku jest za dużo ludzi, wskakuję na siodło i lawiruję między pędzącymi samochodami.
   Schowałem się za muzyką, ale uważnie wypatruję "moich" ludzi. Choć nigdy ich nie znajduję, to co mi szkodzi?
   Zastanawiam się, czy nie pójść obejrzeć obrazów w National Gallery, ale szkoda mi słońca i wiatru. Jeszcze się powaham.
   Modne hinduski z selfstickami szukają turystycznego ujęcia, strażnik z nadwagą, który kazał mi zejść z roweru, wypatruje poważnie zagrożeń, uśmiechnięta arabka czyta smsa od ukochanego, grupka hałaśliwych Włochów z włosami nasroszonymi piankami i żelami, śmieje się głośno. Brakuje mi starych ludzi. Wypatruję ich powolnych ruchów, kryjących ujmującą niepewność.
   Na śniadanie zjadłem tylko kawałek sernika z herbatą, poszukam więc taniej przekąski.

***

   Pojechałem do Camden Town. Kupiłem falafela. Tam robią najpyszniejsze (choć też najdroższe). Zapiłem mikroskopijną ilością soku ze świeżych pomarańczy za funta. Później kanałami dotarłem do Hyde Parku. Na drogą powrotną włączyłem Ana Tijoux, dla zmiany klimatu. W markecie kupiłem gofry i pudding ryżowy na wieczór. I na tym koniec niedzielnej przejażdżki.




Friday, 7 October 2016

Marcych zagubiony w londyńskich bezdrożach

   

   Rzadko piszę ostatnio. Kilka dni temu przeglądałem stare wpisy, sprzed pięciu, sześciu lat. Poruszałem wiele rzeczy, wchodziłem w bliskie mi tematy: podróże, mistyka, polityka, tarot. Teraz wydaje mi się to jakimś snem. Od jakichś trzech lat przechodzę kryzys, myślę, że największy. Przeżywam głęboko osamotnienie i odrzucenie. Nie są to łatwe emocje, ale staram się żyć, nie załamywać się. Chodzę do pracy (znów wylądowałem z kochanymi niepełnosprawnymi dzieciakami), jeżdżę na rowerze, spaceruję samotnie po Londynie, staram się nie przesadzać z alkoholem. I tak mija dzień po dniu. Próbuję jakoś wypełnić te zimne, bezbarwne chwile, szukając, jeśli nie sensu (bo nie wiem, czy jakiś jest), to przynajmniej spokoju i dobroci w sobie i innych.
   Zrosłem się ze smutkiem. Uświadomiłem sobie, że głównym sensem mojego życia zawsze była miłość - doskonała, bezwarunkowa, szczera. Kiedy ta miłość odeszła, zdałem sobie sprawę, że nie zostało nic, czego mógłbym się chwycić. Nie chodzi o zwykłe złamane serce, ale o utratę głębokiego przekonania, prawie religijnej wiary w miłość, jako podstawy istnienia.
   To tak w ramach filozoficzno-emocjonalnego streszczenia.
   A jeśli chodzi o codzienność to:
   1. Co piątek po wypłacie przegrywam w pokera dziesięć funtów. Robię postępy: gra nie trwa już pięć minut, jak na początku, kiedy rzucałem się do licytacji z marną parką, ale mogę pociągnąć nawet z pół godziny. Niedługo zacznę wygrywać. Yhmmm...
   2. Od ponad dwóch tygodni jestem w nowej pracy. Miła szkoła na Sheperd's Bush. W mojej klasie dzieciaczki na wózkach, bez możliwości wypowiedzenia nawet prostego słowa. Ale choć intelektualnie to naprawdę biedne sierotki, to emocjonalnie czuć od nich piękne wibracje. Lubię tę pracę.
   3. Rozstaliśmy się z Petrą wreszcie na dobre. Oboje czujemy ulgę, że możemy ruszyć do przodu. To nie były łatwe trzy lata dla żadnego z nas.
   4. Wynajmuję po znajomości mieszkanie w Chelsea. Płacę tylko 500 miesięcznie (nieformalnie) za miejsce prawie w centrum Londynu.
   5. Z Polski dojechał mój rower. Codziennie śmigam na nim do pracy. Zajmuje mi jakieś pół godziny w jedną stronę. Nie jest daleko, ale to bardzo ruchliwa ulica, więc ciężko się zrelaksować. Muszę lawirować po trzech pasach, pomiędzy ciężarówkami, dwupiętrowymi autobusami i osobówkami prowadzonymi przez nerwowych kierowców zmierzających do biur. Tęsknią mi się kopenhaskie ścieżki rowerowe, prowadzące przez parki i jeziorka.
   6. Jeśli chodzi o czytanie, postanowiłem sprawdzić rejony do tej pory starannie przeze mnie omijane: kryminały. Wciągnąłem się po uszy. Ostatnio na kindlu króluje Michael Robotham. Akcja dzieje się głównie w Londynie, albo w Bristolu. Fajnie czytać o znajomych terenach, rozpoznając nazwy ulic i parków.
   7. Oprócz pokera, do mojej piątkowej rutyny zalicza się posiłek w tajskiej restauracji wegetariańskiej, którą mam po drodze z pracy. Za 6.50 mogę nażreć się w bufecie bez ograniczeń.
   8. Miałem dwa małe długi: 100 od Michella i 50 od Muchy. Dziś spłaciłem i jestem na czysto. Debetu też nie mam. Zero lepsze od minusa. Dlatego chyba nigdy nie wezmę kredytu.
   9. Miałem szalony sen niedawno. Pokłosie maratonu serialowego z "Walking Dead". Jakaś zaraza wykończyła większą część ludzkości. Została nas garstka, otoczona przez rzesze zombie. Udało mi się odgrodzić drewnianym płotem dom i kawałek ziemi (z jakiegoś powodu to dom i ziemia babci, gdzie spędzałem w dzieciństwie wakacje). Przy rozkopywaniu ziemi na grządki o mały włos nie zostałem ugryziony przez zgniłego trupa. Wbiłem mu do głowy śrubokręt (co jak wiadomo zabija zombie;). Wtedy spod niego wyciągnęła się do mnie ręka drugiego kościotrupa, który musiał widocznie leżeć pod pierwszym ciałem. Chwycił mnie zębiskami za rękaw koszuli, ale wyrwałem się i zgniotłem mu czaszkę butem. Minęło kilka miesięcy. Prawie nie widywałem ludzi, ale po trochu dołączyło kilka osób. Udało nam się wyhodować dorodne dynie. Pomyślałem, że starczą nam na kilka miesięcy. Bardzo się z nich ucieszyłem.