Wednesday, 30 December 2015

Synteza filozoficzna

   1. Kończę już "Szkice piórkiem" Bobkowskiego. Niesamowita książka, niesamowity gość. Wyklarował mi moje własne myśli, rozwój mojego zrozumienia rzeczywistości w ostatnich latach. Najważniejszy jest człowiek, indywidualność, wolność osobista. Religie, ideologie, "obiektywne" ideały, to coś strasznego, spowalniającego ludzkość, zniewalające jednostkę, ograniczające jej potencjał rozwoju.
   2. Miałem swój okres mistyczny. Bóg i duchy z innych wymiarów wchodzące w naszą rzeczywistość, nieważność "doczesnego" życia, ukryte znaczenia. Inaczej teraz to widzę. Ciągle wierzę w Boga, w inne wymiary rzeczywistości, ale nie wierzę, że wyższe istoty mieszają się z nami (nic poza obserwowaniem), nie uważam, że materialna codzienność jest nieważna. Jesteśmy tu i teraz, nasze życie jest ważne samo w sobie. To mistycyzm codzienności, oczywistości, trzeźwości. Humanizm. Próby przedwczesnego narzucenia nam komunii z transcendencją, szczególnie w formie religii, czy ideologi to zakłócenie normalnego biegu i prowadzi do ogłupienia, odłączenia się od rzeczywistości, a w najskrajniejszych przypadkach do tragedii (jak fanatyzm religijny, albo idealizm materialistyczny typu komunizm, czy nazizm).
   3. Za półtora miesiąca stuknie mi czterdzieści lat. Z całą pewnością mogę napisać, że wykrystalizowała mi się idea pracy. Przez dłuższy czas myślałem, że być może moja niechęć do zorganizowanej pracy to jakaś skaza, niechęć do przejścia do dorosłości. Teraz widzę jasno, że obecny kult pracy to skrzywienie społeczne, które prowadzi do ogłupienia, kastracji kreatywności i wolności. Jak pisze Bobkowski: ludzie są tak ogłupieni, że nie wiedzą, jak spędzać wolny czas. Mają urlopy (które próbują desperacko wypełnić wczasami, bieganiem, żarciem, rozrywką), ale nie potrafią zatrzymać się, tworzyć, rozmyślać, postrzegać małe rzeczy i zadziwiać się nimi. Nie chcę już próbować. Moja ambicja na teraz, to zminimalizować materialne potrzeby do takiego stopnia, żeby nie pracować (w zrozumieniu popularnym, jako sprzedawanie czasu za pieniądze) już nic. Czas jest zbyt cenny. Chcę go wykorzystać na tworzenie, podróże, rozmowy, zadziwienie światem.
   4. Miłosne utknięcie - to już nie tak łatwo ogarnąć. Serce boli, bo ciągle kocham moją dawną miłość i już raczej będę zawsze. Ale nie paraliżuje mnie to już. Czasami w środku nocy coś usiądzie na piersi, zaboli jakieś małe wspomnienie (czereśnie na ławce na Plantach, strona z jej starego dziennika, poduszka, którą miała od czasów przedszkola), zapłaczę do ściany, z kołdrą na głowie, ale ten ból stał się częścią mnie, wzbogacił mnie, zwiększył serce i pozwolił widzieć i czuć więcej. Jestem za to wdzięczny.
   5. Polityka. Tu w sumie moje poglądy są skrystalizowane od dawna. ostatnie miesiące to tylko pogłębiły. Polityka to chora, brudna sprawa. Patrzę na tych ludzi i brzydzę się nimi tak, że ściska mi żołądek. Ohydne, wykrzywione gęby, z których wyzierają mali generalissimo, Duda, Kaczyński i cała reszta tej bandy. Wycierają sobie mordy flagą, orłem, krzyżem, w oczach szaleństwo, chytrość, pogarda i nienawiść. Poprzednia ekipa to też były świnie, ale świnie w miarę przewidywalne, ucywilizowane, fałszywe w sposób prawie europejski. Ci nowi to jak przebłysk lat trzydziestych. Nacjonalizm, fanatyzm, konserwatyzm, antyhumanizm. Życzę im jak najgorzej.
   6. Na wieczór Donguralesko. Dla mnie najgłębszy polski raper. Dobrej nocy.

Wednesday, 23 December 2015

Święta w górach


 























 1. Pijaństwo i granie na Krawcowym Wierchu. Szymek zorganizował folkową imprezę na Krawculi. Grała Drewutnia, zjawiło się kupę gości, starych znajomych i nieznajomych, Słowaków i Polaków.
   2. Spiłem się słowackim bimbrem. Dobry, mocny, wchodzi ostro, grzeje i raduje.
   3. Wdałem się w bójkę (ja!). Rano na gigantycznym kacu szukałem w śniegu okularów. Duży palec w nodze siwy i bolący od celnego kopniaka. Rano kac moralny, bo przemocy się brzydzę.
   4. Petia zachwycona górami, nastrojem, ludźmi (to tak niezwiązane z poprzednim punktem).
   5. Ubieranie choinki. Czterometrowe drzewo w pokoju. Miałem iść z Łukaszem do lasu, ale chwyciło mnie przeziębienie.
   6. Dziś poszliśmy z Petią do Rajczy na pierogi i piwo. W ciucholandzie kupiłem jej miłą spódnicę, koszulę i sweter.
   7. Nastrój? Smutki i radości wymieszane. Grzeję się przy kominku, piję miód pitny, spoglądam na lśniącą tysiącami barw choinkę, słucham Beaty Bocek (Czeszka śpiewająca też po Polsku, sprawdźcie!). Tęsknię za Tanieczką. Mam nadzieję, że dobrze spędza święta.
   8. No i dla was Wesołych Świąt.
   9. Prezent dla dobrego znajomego:
 

Monday, 7 December 2015

Streszczenie tygodnia (marudzenia, smęty, pierdoły)

    Streszczenie tygodnia:
   1. We Francji skrajna lewica też wygrała. Faszystowskie, konserwatywne, katolickie ohydztwa podnoszą łby w całej Europie. Jak w latach trzydziestych, tylko że nie ma silnej lewicy, jak wtedy. Boję się, brzydzę i ciekaw jestem, gdzie to pójdzie.
   2. Weekend na depresji. Nie potrafię skasować przeszłości, wspomnienia z Tanią idą za mną, nie popuszczają. Bawiłem się kartami tarota. Każdy układ mówi mi, że się zgubiłem, że nie rozumiem, że nie umiem zostawić starej miłości, powitać nowej.
   3. Większość internetowych znajomych mnie męczy. Każdy coś chce, ma jakiś projekt, chce mnie zaangażować. Dajcie mi spokój, ludzie. Nie chce mi się, nie interesuje mnie. Chcecie się podzielić swoimi pomysłami, spoko, ale nie męczcie. Mam swoje życie, wy macie swoje.
   4. Planujemy z  Beretem żeglarską wędrówkę. Kanały, morza, oceany. Cieszę się, tylko rzygania się boję.
   5. Piję. Nie upijam się, nie wpadam w pijackie bagna. Ale codziennie sączę, zmiękczam kontury rzeczywistości.
   6. Nie piszę ostatnio, nie uczę się grać na nowych instrumentach, nie rysuję. Myślę, że to dlatego, że już wiem, że spadam stąd, ale jeszcze tyle czasu zostało i mnie to męczy. Chcę się wyrwać na wolność, o niczym innym nie myślę.
   7. W pracy rozmawiają dziewczyny, kto ma lepszą dupę: Nicky Minaj, czy Kardashian. To mi da raka szybciej, niż palenie.
   8. Marudzenia, co?:) Ale nie do końca czuję tak źle. W poniedziałek lecę na święta do Polski. Cała walizka prezentów, cieszę się, że uszczęsliwię dzieciaki. Będzie swojskie wino, swojskie zioło, kominek, swojskie jedzenie i jam session.
   9. Zamówiłem z allegro całą baterię dzienników Andrzeja Bobkowskiego. Lubię czytać dzienniki. Dystansują mnie od mojej małej rzeczywistości i pozwalają dostrzec szerszą rzeczywistość, dzieloną między ludźmi.
   10. Nie mam w sobie harmonii, spokoju, satysfakcji. Taki jest sens życia, czy coś zjebałem?

Tuesday, 1 December 2015

Dziewczyna z bielmem na oku (sen)









 

   Góry. Moje rodzinne strony. Postanowiłem zostawić dom na jakiś czas i ruszyć na wędrówkę po sąsiednich krainach. Zdaję sobie sprawę, że na jawie te miejsca nie istnieją, ale w snach znam je mniej lub bardziej. Miasteczko z groźnym burmistrzem i jego córką, z którą kiedyś byliśmy blisko, wioska Żydów-muzykantów, gdzie Jankiel na zawsze gra na cymbałach, inne miasteczko, gdzie mieszkają wampiry i gdzie zawsze czeka na mnie pewna wampirzyca, pole kozich łbów na palach, które zawsze omijam szerokim łukiem, polana z prastarą galerią kamieni...
   No więc idę w góry. Plecak, jedzenie, śpiwór, nucę coś pod nosem.
   Nagle między drzewami widzę jakieś postacie. Ciemna skóra, nerwowe ruchy, przygarbieni. To uchodźcy. Lekkie ukłucie lęku. Przecież to obcy na mojej ziemi. Szybko otrząsam się z atawistycznego, genetycznego strachu. Macham do przybyszów, pozdrawiam ich uśmiechem. Zatrzymują się i patrzą nieufnie. Wreszcie podchodzą. Jakieś trzydzieści osób. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Podajemy sobie ręce. Patrzą badawczo, wreszcie się rozluźniają. Mówią coś w obcym języku. Nie rozumiem. 
   Do przodu przeciska się dziewczyna i zagaduje po angielsku. Szczupła, długie, brązowe włosy, szczera, ładna twarz, duże oczy. Jedno brązowe, drugie pokryte bielmem. Nie sprawia to na mnie złego wrażenia. Wręcz przeciwnie: nadaje jej twarzy uroku, głębi, jak blizna.
   - Możesz nam pomóc? Wyjaśnisz, jak dojść do najbliższego miasteczka? Chcemy poprosić o azyl.
  Ma miły, delikatny głos. Słyszę zmęczenie.
   - No jasne! 
   Bardzo się cieszę, że mogę pomóc. Rozdaję dzieciakom prowiant, jaki miałem na drogę. Siadamy na trawie. Rysuję prostą mapę, opisuję wioski i miasteczka. Kiedy już wszyscy wiedzą, co i jak, zagajam z dziewczyną osobistą rozmowę. Skąd jest, jak ma na imię, co się stało.
   Ma na imię Marrion. Pochodzi z Kornwalii w południowej Francji (tak!) i próbuje się przedostać do Austrii. Jej rodzinne strony zniszczyła wojna. Zginęli jej rodzice i rodzeństwo. Ogarnia mnie głęboki smutek i żal. Pod koniec rozmowy jestem już zupełnie zakochany. Patrzę jej w oczy, jedno brązowe, przenikliwe, głębokie, drugie zamglone, białe, tajemnicze i równie piękne. 
   Budzę się.

Sunday, 22 November 2015

Wieczorynka



























   "Dla mnie to najpiękniejszy i jednocześnie najsmutniejszy obraz świata. To ten sam obraz, który jest na poprzedniej stronie, lecz narysowałem go jeszcze raz, abyście dobrze zapamiętali to miejsce, w którym zjawił się na ziemi i znikł Mały Książę. Przyjrzyjcie się uważnie, abyście mogli rozpoznać ten krajobraz, jeśli któregoś dnia będziecie wędrować przez afrykańską pustynię. A jeśli kiedyś znajdziecie się w tym miejscu, nie spieszcie się, błagam was, zatrzymajcie się na chwilę pod gwiazdą! Jeśli przyjdzie do was śmiejące się dziecko o złotych włosach, nie odpowiadające na pytania - zgadniecie kto to jest. Nie zostawiajcie mnie wtedy w moim smutku: bądźcie tak mili i napiszcie mi szybko, że wrócił..."
   "Mały Książe" Antoine de Saint-Exupery

Monday, 16 November 2015

Wiadomości marynistyczne


























   Dziś trochę wieści marynistycznych. Pogadałem właśnie z Beretem. Wrócił z Holandii, z oględzin łodzi. Nie jest źle, ale jednak trochę remontu i przebudowy trzeba będzie zrobić. Przedyskutowaliśmy opcje i doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie kanałami przez Niemcy dopłynąć do Szczecina i tam zrobić cały remont. Beret ma przyczepę, tam moglibyśmy mieszkać, blisko łodzi i wspólnie doprowadzilibyśmy ją do stanu używalnosci.
   Cieszę się bardzo. Nawet to rzyganie na początku jakoś mnie nie rusza (choć na pewno będę miał jeszcze dosyć). Dostaniemy w kość na pewno już na początku, bo remont łodzi w lutym, w Polsce, to będzie doświadczenie, ale takie niewygody w służbie wolności to sama radość;)
   Pogadałem też Petią. Dziś była na plaży, wysłała mi zdjęcia. Zazdroszczę. W Londynie wieje, leje, szaroburo i smętnie. Nastrój mi się udziela, ale po rozmowie z Beretem duch się trochę podniósł.
   Ostatniej nocy śniło mi się Camino de Santiago. Trochę mnie to przybiło z rana, ale nauczyłem się podnosić i iść, bo innego wyjścia nie ma, a zresztą uczucia, wspomnienia, doły, są jak powoli przesuwająca się chmura. Co jakiś czas wychodzi słońce, później chmura wraca i znów odpływa. Taka jest natura świadomości. Widzę, że ostatnimi laty wzrosła moja wytrzymałość.
   Powyżej zdjęcie naszej łajby. Jeszcze nie zdecydowaliśmy o imieniu, ale Beret skłania się ku "Zofii". Zosia... Mi pasuje:)


Sunday, 15 November 2015

Samsara Lovers


























   No i weekend przeleciał błyskawicznie. Prawie całe dwa dni spędziłem w łóżku, oglądając Heroes. W piątek zaszaleliśmy trochę z Michellem i Clem. Zjedliśmy wspólną kolację, zrobiliśmy jam session, a później namówiłem wszystkich, żeby pójść potańczyć. Zeszło nam gdzieś tak do drugiej w Tigerze. Klem ukradli kurtkę. Ale zabawę mieliśmy dobrą.
   W sobotę, jak można było przewidzieć, nie czułem się najlepiej. Obejrzałem chyba z dziesięć odcinków Heroes, ugotowałem cieńką zupę. Dziś było lepiej. Też serial, ale wieczorem otrząsnąłem się. Poćwiczyłem na rowerze przy muzyce, relaksując się i czekając na artystyczną inspirację.
   Pojawił mi się ten obraz: tańcząca para dekadenckich kościotrupów, a nad nimi ich dusze, tańczące lekko, radośnie, nieformalnie. Nie byłem pewny, jak to ogarnąć, ale udało się, jestem zadowolony z efektu. Nazwałem ten kawałek "Samsara Lovers". Samsara oznacza cykl narodzin i śmierci. A "Lovers", bo wierzę, że jesteśmy czymś więcej, ponad ciałem, czasem i przestrzenią. Miłość jest prawdziwa. A reszta to wiatr, zamieszanie, tale told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing. 
   Ale mi się nie chce iść do roboty jutro!

Friday, 13 November 2015

Piątkowe ekstazy

   Uff, weekend wreszcie:) Tydzień w pracy był dosyć ciężki, polityki, donosicielstwo, jakaś kosmiczna, surrealistyczna bzdura. Ale czuję, że dwutygodniowy dół się skończył. Dzięki Bogu.
   Właśnie rozmawiałem z Petią na skypie. Dziś wylądowały z Martą w Bankoku. Pokazała mi hotel i ryneczek obok. Pierwsza w nocy u nich, a życie kwitnie. Uśmiecham się do siebie, widząc jej podekscytowanie i radość z podróży. Trzydziestoletnia dziewczynka:) Już za nią tęsknię. Cieszę się na naszą podróż w święta do Polski, pokażę jej polskie góry, moją cudną rodzinę, prawdziwe święta (bo u mnie w domu święta są najlepsze). A później Wyprawa, Rejs, Wolność.
   Właśnie zagadała do mnie Sibila na fejsie. Szefowa sprzed lat z Birmingham. Chorwatka, kochana kobieta. Na koniec powiedziała: jeśli gdzieś w drodze będziesz już spłukany, to nie będzie grzech napisać do mnie, zawsze coś będę mogła wysłać, żebyś nie była skazany na łowienie ryb.
 

Sunday, 8 November 2015

Kryszna, sny i oceany


























   Dzień spędziłem z Kryszną. Słuchałem bhajanów, rysowałem, później słuchałem Red Hots Chili Peppers, z albumu By the Way, mój ulubiony, też związany z czasami bhaktowskimi, z farmy w Hiszpanii. Kupiłem na ulicy w Madrycie, pirat od Nigeryjczyków z prześcieradłami, w które zwijali płyty, kiedy musieli uciekać przed policją. Szkoda mi ich było.
   Serce boli, myślę, że następny tydzień będzie tak ciężki, jak poprzedni, no ale nie narzekam. Wszystko, co się dzieje, to życie.
   W domu mieliśmy wspólną kolację. Ugotowałem pyzy ze smażoną cebulką, kiełbasą sojową i sałatką z czerwonej kapusty.
   Jutro praca, a za pięć tygodni święta w domu, na wsi.
   Ogromny szmat czasu do lutego. Chciałbym już wypłynąć i zostawić wszystko za sobą. Odliczam. Może ta cała woda, rzeki, morza, oceany, spłukają ze mnie zmęczenie, sny i wspomnienia.



Thursday, 5 November 2015

O czytaniu i inne

   Efekt domina wygląda tak: miałem ochotę na dobrą fantastykę. Ściągnąłem z Chomika "Czas zmierzchu" Dmitra Glukhovskiego (ponieważ, jak wszyscy wiedzą, Rosjanie to najlepsi pisarze). Książka wciągnęła mnie po uszy. Ale po pierwszym rozdziale okazało się, że to tylko jednorozdziałowy sample. Było już za późno na wahanie. Sprawdziłem jeszcze dokładnie w sieci, czy jest kompletne wydanie pirackie. Nie było, więc kupiłem legalnego ebooka.
   Książka mówi o prekolumbijskiej Ameryce. Temat przedstawiony tak ciekawie, że przypomniałem sobie o książce, na którą miałem wielką chęć kilka lat temu:  "1491. Ameryka przed Kolumbem" Charls'a C. Mann'a. Po sprawdzeniu okazało się, że pirackiego ani innego ebooka nie ma, więc wszedłem na stronę jakiejś polskiej księgarni w UK. Tam okazało się, że książka ma drugi tom: "1493. Świat po Kolumbie". Nie mogłem się już wycofać, zakupiłem obydwie.
   Miałem przez chwilę wyrzuty sumienia, bo cienko z kasą, budżet to 40 funtów na tydzień, ale później pomyślałem, ile wydałem od weekendu na wino i piwo, i wyrzuty sumienia mi przeszły:)

***
   1. Postanowiłem pisać więcej w moim papierowym dzienniku. Przyzwyczajam się. Kiedy ruszę w rejs, chciałbym, żeby to był mój codzienny kompan.
   2. Ogromny smutek od weekendu. Tęsknota, uczucie utraconej miłości, niewinności, stara bajka, poznajecie ją już długo, nie będę więc rozwijał.
   3. Odkąd zdecydowałem się odejść z pracy, chodzenie tam stało się nieopisaną męką. Aż się boję swojej mrukliwości i drażliwości. A najgorsze są zebrania departamentów. Raz, że nie mogę patrzeć na niektórych (ostatnio ktoś mnie zakablował do menagerki, że używałem komórki w godzinach pracy), a dwa, to męczę się próbami pokazania, że mnie to interesuje. Biurokracyjne pierdoły. Na przykład weszła teraz nowa ustawa pomagająca w zapobieganiu terroryzmowi i każda szkoła musi wprowadzić ten temat do programu nauczania. Ja cie pier... Połowa z naszych dzieciaków nie umie się podetrzeć, 70% nie umie nawet mówić. I teraz ustawowo mamy pilnować, żeby się nie zradykalizowały. Debilny świat. Jeśli jednak chodzi o same dzieciaki, to próbuję dawać z siebie wszystko, jak wcześniej. Bidulki nie są przecież winne, że mam doła i że świat jest jebnięty.
  4. W weekend ma przyjść Petia. Ciężko, bo mam okres tzw. "jaskiniowy", męczy mnie każde towarzystwo. Nie mogę jednak się wykręcić, bo w środe wyjeżdża do Tajlandii na dwa tygodnie z Martą. Nie wiem, czy będę jeszcze kiedyś w stanie mieszkać z kobietą. Póki co, nie wygląda to najlepiej. Trzy, cztery dni mogę wytrwać, później jednak jedyne, o czym marzę, to żeby zostawiono mnie samego. Kiedyś tak nie miałem.
  5. Źle mi dziś, ale przy książce jest lepiej, relaksuję się, więc spadam. Pa.

Monday, 2 November 2015

Czy baranek zjadł różę?

 
Tu kryje się wielka tajemnica. Dla was, którzy tak jak ja kochacie Małego Księcia, nie ma na świecie poważniejszego zagadnienia niż to, czy gdzieś - nie wiadomo gdzie - baranek, którego nie znacie, zjadł różę czy nie... Popatrzcie w niebo. Zapytajcie: " Czy baranek zjadł różę? Tak czy nie?". I zobaczycie jak cały świat zmieni się dla was. A żaden dorosły nie zrozumie nigdy, jak wielkie to ma znaczenie!
Mały książę - Antoine de Saint-Exupéry

Rozbitek

   

Pierwszy dzień w pracy po urlopie. M. prawie odgryzła mi kciuka. Przez jakieś 15 sekund zaciskała na nim zęby z całej siły i nic nie mogłem zrobić. Na szczęście trafiła na paznokieć, tak że skończyło się tylko na siniaku i niewielkim krwiaku. Będzie bolało parę dni, nie pogram na charango.
   Później zebranie departamentów, standartowa nuda, wazeliniarstwo, nieważne dyskusje. Jakoś dotrwałem do końca. Po pracy wyskoczyłem do supermarketu, kupiłem sobie pure ziemniaczane, kotlety sojowe, ogórki kiszone i zgrzewkę piwa.
   W domu posprzątałem kible, wziąłem prysznic, zjadłem. Petia chciała pogadać, ale napisałem jej, że jestem zmęczony, zamykam się w jaskini, nie ma mnie dla nikogo.
   Tak, że posłuchajcie Antoniny Krzysztoń i spadajcie (ale wróćcie).

Sunday, 1 November 2015

Il de Fons

















Wiem, że jest gdzieś taki cmentarz. Może w niebie
lub przy porcie, gdzie się kończą zbłąkania.
O mym sercu tam jest napis, kochana:
"Ono biło tylko dla ciebie"...

Szło za tobą w słońcu, w rozpaczy,
przy każdej czekało cię bramie -
tak było zawsze. A kto myśli inaczej,
kłamie, pamiętaj, kłamie.
K.I. Gałczyński

Thursday, 29 October 2015

Bajka o nostalgii - Księżycowy terrorysta



Bajka o nostalgii

Na dachu leży złodziej, patrzy w gwiazdy i drży,
Piętro niżej siedzę przy oknie, w ręku papieros się tli,
A w dole na ulicy bezdomny pijak śni,
Mgły się snują, pary całują, mam nostalgię we krwi.

Opowiedz mi, co lubisz i czego się boisz.
Opowiedz mi, co podziwiasz i z czego kpisz.
Opowiedz mi, w co wierzysz i w co wątpisz (czy to samo to jest).
Opowiedz mi, czy kochałaś i o czym zapomniałaś.

Kocham cię, kocham cię, otwórz się,
Jestem jaskółką, twą przyjaciółką.
Kocham cię, przytulić mam cię chęć.
Jestem strumykiem, w ciemności płomykiem.
Kocham cię, tylko ciebie chcę.
Jestem piosenką, nucę cichuteńko.
Kocham cię, kocham cię, kocham cię,
Nucę cichuteńko.

Opowiedz mi, jak umarłaś i czy poszłaś do nieba
Opowiedz mi, czy ktoś o ciebie dbał, gdy była potrzeba
Opowiedz mi, czy zawsze miałaś dosyć chleba
Opowiedz mi, czy kochałaś i o czym zapomniałaś.

Tuesday, 27 October 2015

Ahoj, kapitanie!

 

























    Życie mnie zaskoczyło.
   No więc sobota, siedzę w domu, cieszę się z urlopu, ale bardzo się nie cieszę, że muszę wrócić za tydzień do pracy. Atmosfera w collegu po zmianie kierownictwa stała się dla mnie nieznośna.
   No i na fejsie odzywa się facet, którego poznałem na Rainbow. Fajny człowiek, artysta, filozof, wolnościowiec. Gadamy przez chwilę, aż nagle mówi:
   - Wiesz, kupiłem jacht i w lutym ruszam w rejs po świecie. Chcesz się dołączyć?
   Serce zabiło mi jak młot.
   - Rejs? Ja? Poważnie? Gdzie?
   - Jak najbardziej poważnie. Ruszamy końcem lutego. Pierwszy etap: z Holandii, przez Belgię, Francję do Marsylii kanałami i rzekami. Etap drugi: z Marsylii Morzem Środziemnym do Grecji i włóczymy się po greckich wysepkach. Etap trzeci: na jesień przez Atlantyk do Argentyny. Wchodzisz w to?
   No i wszedłem.
   Zostaję w Londynie do połowy lutego, a później z Petią zaciągamy się na łajbę. Pierwszy raz od dawna oddycham pełną piersią.

Saturday, 24 October 2015

Jesienne smuteczki
























   Jesienne smuteczki (jak to u smutasa bywa).
   Petia kiedyś wspomniała, że nigdy jej nie rysuję, zrobiłem więc jej małą niespodziankę. Jutro spróbuję dokończyć tekst nowej piosenki, a wieczorem może wspólna kolacja ze wspólokatorami, Simon zaproponował.
   Kolejna porcja szalonych snów. Dziś w nocy Tania była niebezpieczną przestępczynią. Razem z przyjacielem mieliśmy ją schwytać. Zrobiliśmy zasadzkę. Kiedy nas zobaczyła, kazaliśmy jej się nie ruszać i z wycelowanymi strzelbami zaczęliśmy się powoli zbliżać. Nagle wyciągnęła pistolet i zanim zdążyliśmy zareagować, strzeliła. Mój przyjaciel dostał kulę w głowę, ja prosto w serce. Na chwilę straciłem przytomność. Gdy doszedłem do siebie, Tani już nie było. Zacząłem poszukiwania na własną rękę, ale nie było łatwo. Bolało mnie serce, w którym utkwiła kula, nie mogłem też wziąć głębszego oddechu, bo plułem od tego krwią. Mieszanka podświadomych i świadomych ran, oraz urywków z "Heroes".
   Słucham bhajanów (BB Govinda Swami), bazgrzę, piję piwo, za drzwiami ogrodowymi chlupocze deszcz.
   Dobranoc.

Thursday, 22 October 2015

Jaskółki

   Muszę zrobić sobie przerwę.
   Piszę piosenkę. Myślę o niej już od tygodnia, śni mi się, z moich nieporadnych brzdękań w snach rodzi się porywające arcydzieło, które roztkliwia duszę, rodzi harmonię, wyciska łzy, pozwala nawiązać kontakt z innymi statkami kosmicznymi zagubionymi w mroźnym kosmosie, smutek i radość, miłość i samotność.
   A na jawie męczę się z każdym słowem, nic nie łączy się w spójną całość, nieporadne to, żałosne. Nie wiem, czy bardziej mnie wkurzają częstochowskie rymy, czy koncepcyjna niespójność. A przecież tuż tuż, pod cienką warstwą rzeczywistości dokładnie wiem, co chcę powiedzieć. No to czemu tak jest? Nie chcę zginąć w trywialności i zwyczajności.
   Jutro ostatni dzień w pracy przed urlopem. Męczy mnie każda godzina. Pomijając obiektywną wartość mojej pracy: pomoc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, to subiektywnie patrząc, czuję się, że tracę tam życie. Od dziewiątej do szesnastej sprzedają swój czas, a w środku chcę czegoś zupełnie innego. Chcę to z siebie zrzucić, być wolnym, tworzyć, podróżować, płynąć z nurtem życia, a nie tak, na pół gwizdka.
   Plan jest, żeby dotrwać do lata, a później wziąć rok bezpłatnego urlopu i odetchnąć, zastanowić się, co dalej.
  Śniło mi się dzisiaj, że spotkałem Obcych. Ich intelekt nieporównywalnie przewyższał ludzki. Przejęli ciało mojej bratanicy, Nadii (czym złamali mi serce) i zajęli się badaniem ludzkości. Chciałem ich pokonać, uratować małą dziewczynkę, ale moje wysiłki były dla nich, jak brzęczenie komara. I na koniec, w desperacji powiedziałem im: "Macie swój intelekt, potęgę, technikę, ale nie rozumiecie, że to wszystko jest niczym w porównaniu z miłością. To nie wiedza stworzyła wszechświat. To miłość. My ludzie potrafimy kochać, wy nie. To wy jesteście niczym, nie my. Choćbyście nas całkiem zniszczyli, to i tak my wygramy". Zatrzymali się. Obcy w ciele Nadii, dziecięcym głosem, martwą, choć teraz lekko zaciekawioną intonacją zapytał mnie, czym jest miłość. I odpowiedziałem, jak mogłem najlepiej. O tym, co rodzi się z miłości: oddanie, poświęcenie, radość, ból, siła, ciekawość, jedność. Mówiłem i mówiłem, jąkając się, wiedząc, że od moich słów zależy przyszłość ludzkości. I nagle odeszli. Mała Nadia, teraz wolna, rozejrzała się zdziwiona dookoła, podbiegła do mnie i przytuliła się. "Co się stało, wujku?" zapytała. Rozpłakałem się z ulgi i obudziłem się.
   Po drodze z pracy spotkałem dwóch czarnych nastolatków. Patrzyli na mnie drwiąco, agresywnie. Przechodząc obok, jeden z nich potrącił mnie ramieniem. Zwlnili kroku, czekając, czy wdam się w burdę. Oczywiście się nie wdałem. Ale w środku poczułem złość i przez chwilę pomyślałem sobie, że z chęcią bym im skopał dupy, ale to tak porządnie, żeby polała się krew.
   I tak to idzie, w górę i w dół, od piękna do brzydoty, od miłości do samotności, od natchnienia do trywialności. Jak te jaskółki w piosence, bez gniazda, bez domu, z miejsc, któreśmy opuścili, smoki z papieru, z mięsa i kości, jesteśmy tylko gośćmi, nie ma nikogo, kto czeka na nasz powrót.
   A może?



PS. Adam, nie chce mi się typować. Wiesz, że jestem aspołeczny. Ale odpowiem dla ciebie:)

   - Twoja ulubiona książka i dlaczego właśnie ta?

   Mistrz i Małgorzata. Bo to najpiękniejsza miłość, z jaką się spotkałem. I najwolniejsza wolność. I najcudniejszy diabeł.

   - Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

   Mój pradziadek, dziadek i tata i całe multum wujków śmieją się, jedzą i zapijają wódką, a mama popycha moją huśtawkę zawieszoną na futrynie drzwi w kuchni.

   - Kiedy ostatnio i z jakich powodów czułaś/eś się (choć przez chwilę) szczęśliwa/y?

   Kiedy grałem z dziewczyną w chińczyka w pubie przy kuflu guinessa. Bo wszystko było zwykłe i miłe.

   - Pierwsza rzecz, którą robisz po wstaniu z łóżka?

   Sprawdzam fejsa na komórce:)

   - Masz możliwość poznania trzech postaci historycznych – jakie to postaci i dlaczego właśnie one?

   Kropotkin, bo miał piękny umysł i niesamowite przygody.
   Che Guevara, bo nie wierzę, że był mordercą. Z całych sił próbował zmienić świat na lepsze i zginął w trakcie.
   Neandertalczyka, który zakochał się w dziewczynie homo sapiens i założył z nią rodzinę. To musiała być niesamowita sprawa, prawie jakby pokochali się mieszkańcy dwóch planet.

Sunday, 18 October 2015

Raggle-Taggle

   Jest taki mało znany irlandzki pisarz, Walter Starkie. Kiedyś przypadkiem trafiłem na jego książki z lat trzydziestych. Opisywał swoje podróże po Europie. Miałem pomysł, żeby zacząć je tłumaczyć i znaleźć wydawcę, moim zdaniem książki sprzedawały by się świetnie. Pomysł gdzieś się rozpłynął (choć kto wie:). Gdyby się znalazł sponsor, to można by to wydać.
   Dziś sprzątałem komputer i znalazłem kawałek, który do tej pory przetłumaczyłem. Fragment jest przed edycją, pewnie znalazło się sporo błędów, ale warto poczytać. Facet ma świetny styl, ciakwe przygody, dobre poczucie humoru. Zapraszam.













Raggle-Taggle
Walter Starkie

Przedmowa

Książka ta składa się z zapisków z podróży, jaką odbyłem po Węgrzech i Rumunii. Opiera się na dzienniku, który prowadziłem w wolnych chwilach, na ogół używając przypadkowych kawałków papieru w kawiarniach, barach, namiotach, czasami przy świetle księżyca. Moim jedynym usprawiedliwieniem dla publikacji tego dziennika jest to, iż samotny włóczęga czasami męczy się rozmowami z samym sobą i czuje potrzebę podzielenia się swoimi doswiadczeniami. Głównym celem mojej podróży była próba posmakowania wędrownego życia cygańskiego minstrela, utrzymującego się jedynie z gry na skrzypcach. Ponadto  - jako amator, nie naukowiec - chciałem zbadać bogactwo ludowej muzyki i legend, które tworzą istotną część życia ludzi ciągle słuchających w nabożnym skupieniu niewidomego śpiewaka i jego starych pieśni. Na Węgrzech i w Rumunii Cyganie przez wieki grali rolę minstreli i gawędziarzy, przynosząc ze sobą romantyzm swoich indyjskich korzeni. W dzisiejszych czasach niełatwo jest podążać śladami George’a Borrowa, w Europie, w której roi się od policji i celników, a na wagabundę patrzy się z podejrzliwością. Niemniej jednak dla człowieka, który odważy się opuścić hotele i główne trakty dla bezdomnej włóczęgi, czeka szczególna nagroda: poczucie całkowitej wolności w towarzystwie królów natury, jak Cervantes nazywał Cyganów.
     Moja podróż jednakże nie była zupełnie bezdomną tułaczką. Zadawałem się zarówno z klasami wyższymi, jak i niższymi, czasami prosto z cygańskiej rudery udawałem się do willi profesorów i artystów. Jednak cały ten czas czułem, że idę w ślady wędrownego Cygana, łowiąc to tu to tam przypadkowe kawałki ich tradycji. Kiedy wróciłem do domu, udałem się do mojej biblioteki i ponownie przeczytałem książki napisane przez innych, którzy szli ścieżką Romów. Siedząc w miękkim fotelu, oddałem się swobodnej i nieskrępowanej podróży po krainach wyobraźni, gdzie podróżnik może zawsze liczyć na pomoc latającego dywanu, siedmiomilowych butów, czy magicznego przejścia do baśniowej krainy. Wtedy też postanowiłem podzielić się z czytelnikiem moją miłością do Cyganów. Żadna podróż po świecie nie byłaby kompletna bez  pisarzy i poetów, którzy wyobraźnią pokolorowali swe doświadczenia. Tak samo i ja mam nadzieję spłacić dług wdzięczności, jaki mam wobec pisarzy, którzy mi pomogli.
     Na zakończenie zacytuję opis mojej osoby, dany przez prawdziwego przyjaciela, kiedy zobaczył mnie brnącego przez krainy potu i fantazji: „Niski, przysadzisty człowiek, o szerokich ramionach i tęgi w pasie. Czysta karnacja i jasne włosy, mocno zarysowana szczęka, ale twarz pucułowata, co podkreśla jeszcze podwójny podbródek. Oczy niebieskie, w opiniach senorit nawet nordyckie, krótkie brwi, z czego jedna wznosi się diabolicznie ku górze. Krok powolny, spacerowy, łatwo dostaje zadyszki, często odpoczywa, śmieje się niepohamowanie, lecz pije z umiarem, preferując czerwone wino od białego. Ma napady melancholii, jest przesądny i pamięta sny. Słuchając słodkiej muzyki czuje smutek, a kiedy gra na skrzypcach, czuje się jak Don Kichote na Rozynancie. W rzeczywistości skrzypce są, jakby powiedział to Sterne, jego konikiem, jego lekkim szaleństwem, na którym cwałuje z dala od życiowych zmartwień.”
Trinity College
Dublin

Jak mogę dbać o mój dom i ziemię?
Jak mogę dbać o swe skarby, o?
Jak mogę dbać o młodego pana,
Kiedy odeszłam z wędrownymi Cyganami, o?

Ostatniej nocy spałaś w puchowych pierzynach,
Z bialutkim prześcieradłem pod nimi, o!
A dziś będziesz spała bez dachu nad głową
Razem z wedrownymi Cyganami, o!

Jak mogę dbać o puchowe pierzyny,
Jak mogę dbać o bielutkie prześcieradło, o!
Dziś będę spała bez dachu nad głową,
Ale za to z wędrownymi Cyganami, o!
(stara pieśń)

Część Pierwsza

Rozdział 1
W drogę z wędrownymi Cyganami!

Pomysł podróży do Węgier w roli wędrownego minstrela pojawił się w styczniu 1919 roku. W ostatnich latach wojny przebywałem we Włoszech, razem z brytyjskimi siłami zbrojnymi. Podróżowałem ciężarówką Fiata, który niczym tespiański powóz niósł moich minstrelskich towarzyszy. Jeździliśmy od jednostki do jednostki w górach prowincji weneckiej, koncertując po barakach, stodołach i namiotach.
     Pewnego dnia dawałem koncert skrzypcowy w baraku Y.M.C.A. niedaleko małego miasteczka, Montobello. Kiedy rozeszła się publiczność, zauważyłem pięciu mężczyzn kręcących się przy wyjściu. Byli to austriaccy więźniowie, zatrudnieni do ciężkich przez dowództwo armii brytyjskiej, w oczekiwaniu na repatriację. Jedno spojrzenie przekonało mnie, że mam do czynienia z Cyganami. Mieli brązową skórę i podejrzliwy, przenikający wzrok. Jeden z nich, przyjmując rolę rzecznika, zapytał mnie po włosku z nieśmiałością, czy nie pokazałbym mu swoich skrzypiec. Kiedy podałem mu instrument, wszyscy zebrali się dookoła i zaczęli w podnieceniu rozmawiać po węgiersku.
     Po kilku minutach ich rzecznik spytał, czy nie zrobiłbym im przysługi. Wszyscy z nich byli węgierskimi Cyganami, przymusowo powołanymi do armii austriackiej, i wszyscy należeli do muzycznej klasy Romów. Zapytali, czy nie poprosiłbym dowódcy baraku Y.M.C.A., aby dał im kawałek drewna. Nadałoby się nawet stare pudełko po papierosach. Kidy zapytałem o powód tej dziwacznej prośby, Cygan odpowiedział:
     - Signore, jeśli zdobędziesz dla nas drewniane pudełka, zrobimy z nich skrzypce, a później bashavav. Jesteśmy węgierskimi Cyganami i usychamy z potrzeby muzyki. Krew w nas zamarza z braku lassu i friss, dzięki którym moglibyśmy śnić o puszta.
     W tym momencie przypomniałem sobie, że wśród Cyganów słowo bashavav, czyli granie na skrzypcach ma magiczny wydźwięk. Oznacza taniec życia, wyrażenie powolnego, smutnego lassu i szybkiego, rytmicznego friss, prowadzącego do dzikiego csardas. Węgierski Cygan zamknięty w więzieniu, umrze z melancholii, jeśli nie dostanie kawałka drewna, z którego mógłby sobie zrobic skrzypce. Spełniłem ich prośbe i wyjechałem.
     Dziesięć dni później, mając okazję pojechac do tego samego miasteczka, udałem się w odwiedziny do znajomych Cyganów. Ku memu zdziwieniu okazało się, że z drewnianych pudełek naprawdę zrobili  sobie skrzypce i smyczki, na których grali iście po szatańsku.. Ich muzyka była tak zaraźliwa, że nawet powściągliwi żołnierze brytyjscy tańczyli jak derwisze. Ostatecznie pułkownik był zmuszony zatrudnić Cyganów jako orkiestrę taneczną.
     Te drewniane pudełka, na których tu i tam przymocowana była nierówna struna, wydawały się groteskowe, a jednak pulsując pod diabelskimi palcami Cyganów, wyczyniały cuda.
     W przerwie ognistego koncertu zapytali mnie:
     - Dlaczego nie przyjedziesz na Węgry, do kraju Mulatni? Jesteś skrzpykiem. Każde drzwi staną przed tobą otworem, jeśli zagrasz węgierską melodię. Signore, nie będziesz potrzebował pieniędzy ani jedzenia. Możesz wędrować wzdłuż i wszerz Puszty, żyjąc z samej muzyki.
     Jeden z nich, pochodzący z Transylwanii, dodał:
     - Musisz przyjechać do Transylwanii, krainy gór i lasów, skąd pochodzą skrzypce. My, Cyganie z Koloszvar znamy tajemnicę skrzypiec, wiemy, jak pojawiły się na świecie. Powiedz mi, przybyszu, czy znasz historię narodzin skrzypiec?
     Przyznałem się do swojej ignorancji. Cygan kontynuował:
     - Opowieść ta znana jest w Transylwanii, gdzie każdy Cygan wierzy w cudowne pochodzenie skrzypiec. Pewnego razu w jednej z transylwańskich wiosek mieszkała dziewczyna. Wieśniacy uważali, że ktoś rzucił na nią urok, ponieważ pomimo jej wielkiej urody i bogatego posagu, żaden mężczyzna nie chciał poprosić ją o rękę. Ona sama zakochana była w młodym rolniku, on jednak nigdy nawet na nią nie spojrzał, chociaż wzdychała za nim od rana do wieczora. W końcu, widząc iż wszystkie jej wysiłki idą na marne, zwrociła się do Diabła. Ten powiedział, że da jej magiczny instrument, który rzuci młodzieńca do jej stóp.
     - Ale najpierw – powiedział – musisz dać mi tewgo ojca, matkę i twoich czterech braci.
     Jak już mówiłem, na dziewczynie musiał leżeć jakiś urok, ponieważ bez słowa oddał ich wszystkich. Wtedy diabeł z cała ojca stworzył skrzypce, z białych włosów matki smyczek a z czterech braci struny, które nawlókł na skrzypce.
     - Możesz teraz odejść – powiedział diabeł. – Zagraj na tych skrzypcach do ucha twojego ukochanego, a pójdzie za tobą na koniec świata.
     Kiedy dziewczyna zagrała, jego oczy spoczęły na niej, jak w transie. Wzięła go za rękę i oboje pełni radości zaczęli iść do jej domu, kiedy nagle na ich drodze pojawił się diabeł i powiedział:
     - Przyszedł czas, abym odebrał swoją należność. Oboje słuchaliście muzyki diabła, dlatego musicie teraz pójść ze mną do piekła.
     Tak też się stało. Natomiast skrzypce leżały na leśnej ścieżce, dopóki nie znalazł ich wędrowny, obszarpany Cygan. Od tego dnia Cyganie grają po świecie na skrzypcach, a ponieważ jest to instrument diabła, mężczyźni i kobiety głupieją, kiedy go słyszą, i tylko Cyganie znają jego tajemnicę.
     W tych dniach 1919 roku ten węgierski Cygan nauczył mnie wielu węgierskich melodii. Nazywał mnie pral, bratem, ponieważ przeszliśmy cygańską ceremonię braterstwa krwii i obiecałm mu, że odwiedzę jego kraj jako wędrowny skrzypek. Musiało jednak minąć dziesięć lat, zanim byłem w stanie spełnić moją obietnicę. Przez wszystkie te lata pamiętałem o obietnicy danej temu ciemnemu, transylwańskiemu Cyganowi. Myślałem o niej w najdziwniejszych momentach, kiedy najmniej się spodziewałem, często razem z nią przypominała mi się stara piosenka: „Off with the raggle-taggle Gypsies, O!”, którą zwykłem mu śpiewać. Ta diaboliczna melodia pojawiała się w moim umyśle, w środku poważnego wykładu na uniwersytecie i sprawiała, że moje ciało drżało z tęsknoty za spieczononymi słońcem równinami, brązowymi namiotami i dźwiękiem skrzypiec granych w nocy pod drzewami.
     Marzenia szybko blakły w blasku ponurej rzeczywistości miejskiego życia, wraz z jego togą powszechnego poważania, obowiązkami dla dobra publicznego i skrępowaniem przeciętnością.
     Lecz pewnego dnia, na koniec letniego semestru na uniwersytecie, w 1929, zdecydowałem, iż nadszedł czas spełnienia obietnicy danej Cyganowi. Udałem się z Irlandii na kontynent.

Rozdział 2
Ze skrzypcami przez świat

Pewnego lipcowego dnia, 1929, wyruszyłem z mojego domu w Masone na liguryjskich wyżynach  na cygańską wyprawę. Nie było łatwo przekonać rodzinę o moich zdrowych zmysłach. Moja żona, będąc Włoszką, posiada tradycyjnie włoski zdrowy rozsądek i zawsze patrzyła z obawą na moje okresy włóczęgi ze skrzypcami. Zawsze próbowała rozwinąć we mnie poważne podejście do życia, przystające głowie rodziny. Włóczęgowska strona mojej osobowości jest elementem dysonansu próbującego zniszczyć uroczystą harmonię życia spędzonego na profesorskim trudzie. Mój teść, profesor starej daty, przyjaciel Carducciego, wolał czytać o Cyganach w dziewiętnastowiecznej literaturze, a i to nie za często. Moja wyprawa wydawała się jego romańskiemu umysłowi kolejnym przykładem szalonego, niekonsekwentnego nastawienia do życia, które charakteryzuje Europejczyków z północy – zawsze niepoprawnych nomadów.
     - Tak czy inaczej, mój drogi chłopcze – powiedział – dam ci na drogę dwie rzeczy: aparat fotograficzny i puszkę „Flita”.
     Jedeynym członkiem rodziny, który pochwalał moje przedsięwzięcie i w tajemnicy mi zazdrościł, był mój syn, mający lat sześć. Był zafascynowany obszarpanymi Zingari, którzy czasami, w drodze do Genewy, obozowali na uliczce niedaleko naszego domu. Pewnego dnia złapałem go, kiedy przehandlowywał z nimi domowe zapasy w zamian za koraliki i świecidełka. Cyganie oznaczali dla niego wędrowne życie czystej wolności. Ze łzami w oczach błagał mnie, abym go zabrał ze sobą.
     Contadino, pracujący w naszym ogrodzie obdarował mnie starymi ubraniami i butami. Jeśli chciało się słuchać wezwania włóczęgowskiego życia, ważne było, aby nie ubierać się zbyt dobrze i tym samym uniknąć wyglądu zwykłego turysty. Mając na to wpływ, nie chciałem być turystą, gdyż nie mógłbym wtedy spotykać się z włóczęgami i wagabundami, żyjącymi tylko z własnego sprytu. Jaka jest definicja turysty? Turysta jest rozdętym ślimakiem, podróżnikiem niosącym cały swój majątek na plecach, czołgającym się na brzuchu przez świat. Wiedziałem, że w wiejskim stroju nie obudzę czujności drapieżników, czających się na turystów.
     Tak więc wczesnego poranka, z pokrowcem na skrzypce pod pachą i plecakiem na ramionach ruszyłem pieszo przez góry, kierując się na Genewę. Gorące południe zastało mnie uwięzionego w śmierdzącym wagonie trzeciej klasy, w pociągu zmierzającym do Wenecji. Pragnę podkreślić słowo „śmierdzący”, ponieważ w mojej włóczęgowskiej karierze odkryłem, że słowo „zapach” jest wiodącym motywem wędrówki. Kiedykolwiek wspominam moje przygody, natychmiast pamiętam zapach, jak im towarzyszył. W jednej chwili myśle o Neapolu i natychmiast głęboko w środku wydaję się słyszeć pulsującą nutę czosnku, zmieszanego z toskańskimi cygarami i słabym zapachem piżma. Następnie w mojej głowie odbija się echem raz za razem Wenecja, z tego prostego powodu, że znałem tam dziewczynę o imieniu Giovanna, która miała w zwyczaju perfumować ubrania subtelną wonią, rozbudzającą moje zmysły. Może i nie była piękna, lecz wspomnienie jej perfum sprawiło, że w wyobraźni ścigałem ja przez góry i doliny, jakby była najbardziej zachwycającą hurysą ze wszystkich rajów Orientu.
     Teraźniejsze zapachy w pociągu były najrozmaitsze. Przede wszystkim salame, włoski rodzaj kiełbasy, który w tak gorący dzień, jak dziś, tworzy podstawę całej harmonii zapachów. Zmieszany z cebulą i rybą, stworzył agresywny motif. Na dalszym planie znajdowała się dziwna i subtelna woń blaszanych kufrów pełnych raczej zatęchłych ubrań, zmieszanych z kulkami na mole i kamforą. Nad tym wszystkim królował dym z cygar, niczym kadzidło w katedrze, zabijające smród wiernych i pozwalające na pogodę ducha.
     - Lei e musicista? – zapytał obdarty syn ziemi, wskazując nad moją głowę, na skrzypce przymocowane do plecaka.
     - Oczywiście, drogi panie, jestem muzykiem, wędrownym minstrelem. Co mogę dla ciebie zagrać? „Canzone del Grappa”, jeżeli jesteś Alpino, „Dzwony San Giusto”, jeżeli pochodzisz z Triestu, albo „O Sole Mio”, jeśli twoją ojczyzną jest Neapol?
     Był to stary żołnierz. Z wdzięczności za pełną werwy melodię, która przywołała dobre wspomnienia, obdarował mnie lirem.
     W Weenecji zatrzymałem się tylko na czas potrzebny na złapanie pociągu do Triestu, Postumii i Rakeku, pierwszym mieście na serbskiej granicy. Miałem szczęście, ponieważ pasażerowie w wagonie chcieli muzyki. Granie na skrzypcach w pociągu jest ekscytującym przeżyciem. Kołyszesz się na wszystkie strony, a twój smyczek zagraża zdrowiu i życiu słuchaczy. Oprócz tego rytm kół bardziej pasuje do dzikiej, niepohamowanej muzyki Węgier, przyprawiającej o zawrót głowy, niż do elegijnych pieśni Włoch. Wydawało się, iż większość pasażerów mówiła po włosku, podszedłem więc do mężczyzny o chudej twarzy, siedzącego w kącie i powtórzyłem moją mantrę:
    - Co mogę dla ciebie zagrać? „Canzone del Grappa”, jeżeli jesteś Alpino, „Dzwony San Giusto”, jeżeli pochodzisz z Triestu, albo „O Sole Mio”, jeśli twoją ojczyzną jest Neapol?
     Mężczyzna spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. „Co takiego zrobiłem? – pomyślałem. Nagle przypomniałem sobie, że zbliżamy się do Ljubljany i ten człowiek był najprawdopodobniej pełnokrwistym Serbem. Pośpiesznie zagrałem cygańską taneczną melodię, ale chór głosów z innej strony pociągu zażądał „Cavalleria Rusticana”, więc wróciłem do włoskiej muzyki. Na koniec występu nie musiałem posyłać w koło mojego kapelusza, gdyż podeszło pięciu bądź sześciu mężczyzn i sami z siebie wrzucili monety do pokrowca, a inni wyciągnęli butelki wina, aby wznieść toast za grajka. Zanim dotarłem do Kotora zarobiłem trzy liry, pięć denarów i jednego pengo. „Te pieniądze ofiarowuję tobie, o Aradio, bogini włóczęgów. Niech ugaszą gniew jaki czujesz do mnie – tłustego członka klasy średniej, który jako intruz próbuje wedrzeć się w twoje szeregi.” Mam nadzieję, że bogini, patronka Minions of the moon usłyszała mnie w swojej wiedźmiej jaskini, gdyż moim celem było spotkać włóczęgów i Cyganów, którzy zamieszkują peryferie cywilizacji i polują na uczciwych ludzi, wykorzystując swoją wiedzę o dziwnej muzyce i tańcu, rozpalających zmysły i doprowadzających do szaleństwa.
     Zastanawiam się, czy włóczędzy posiadają paszporty? Mój był całkowicie w porządku, z wizami do Węgier i Rumunii. „Wszyscu włóczędzy i Cyganie świata nie przeprowadzą cię przez granicę, jeśli twój paszport nie jest w porządku” – powiedział rumuński konsul w Genewie, kiedy uiszczałem dziesięcioszylingową opłatę w angielskiej walucie (nie przyjmował żadnej innej). Na jednej z wiz zauważyłem napis: „Posiadacz wizy zobowiązuje się, iż nie będzie zarabiał żadnych pieniędzy w czasie pobytu na Węgrzech”. „Cóż za małostkowy zakaz” – pomyślałem. – „Nie brzmi zachęcająco dla cudzoziemskiego grajka bez grosza przy duszy”. Pocieszyłem się jednak myślą, że w wiejskich noclegowniach, chłopskich chatach, czy też na węgierskich drogach nie spotkam raczej związków zawodowych włóczęgów i Cyganów.
     Tak czy inaczej, w tej podróży żadne autorytety nie zabiorą pieniędzy, które już zarobiłem. Zakupiłem kanapke z szynką i kawę ze śmietanką, po czym ułożyłem się do snu na niewygodnej, drewnianej ławce.

Rozdział 3
Mulatni
Cyganie – kobiety – wino – czardasz

     - Wiesz mój drogi bracie – powiedział Cygan Karoly – w języku węgierskim istnieje słowo „mulatni”, oznaczające zabawę z Cyganami. Dziś wieczorem doświadczysz mulatni, które sprawi, iż twoja niemrawa, północna krew zacznie szybciej krążyć.
     Siedzieliśmy w ogrodzie kawiarni w małym miasteczku Siofok. Kilka jardów od nas rozpościerały się błękitne wody Balatonu, mieniąc się w prażącym, sierpniowym słońcu.
     „Mulatni” musi być zatrważającą siłą.” – pomyślałem. - Choć mam obolałe nogi i jestem wykończony, to na dźwięk tego słowa budzi się we mnie energia.
     Wczesnym świtem dojechałem pociągiem do Nagy Kanisza, małego miasteczka na węgierskiej granicy. Na pół śpiący wyruszyłem z plecakiem na ramionach i skrzypcami pod pachą wzdłuż zakurzonej drogi. Wędrówka bez żywej duszy, z którą można by zamienić słową jest nużąca. Od czasu do czasu drogą przemykał samochód, dusząc mnie pyłem i nie miałem nawet satysfakcji z tego, żeby kierowca usłyszał moje przekleństwa. Współczesna cywilizacja jest nieprzyjazna wagabundzie i nawet węgierska wieś nie sprzyja już trubadurowi. To ciekawe, jak skupiamy się na sobie, kiedy pozbawieni jesteśmy możliwości rozmowy. Moja umiejętność węgierskiego była ograniczona do trzech słów, których nauczyła mnie dziewczyna w wagonie trzeciej klasy z Rakek. Dwa z tych słów to „Kezet Csokolom”, co, jak rozumiem, oznacza uprzejmy zwrot i odkryłem, że są bardzo użyteczne. Trzecie słowo to Szeretlek, które, jak powiedziała moja znajoma dziewczyna, odnosi się do miłości. Słowa te wydawały się jednak bezużyteczne, kiedy pytałem o drogę wieśniaków. Kłaniali się, kiedy mówiłem: „Kezet Csokolom”, ale kiedy przechodziłem na niemiecki, francuski, a nawet włoski, wzruszali tylko ramionami.
     W końcu jednak ujrzałem w oddali błękitne wody jeziora Balaton. Poczułem się, jak towarzysze Ksenofona, kiedy krzyczeli: „Morze! Morze!”. Chłodne wody jeziora były oazą dla podróżnika o obolałych stopach. Balaton nazywany jest węgierskim morzem i każdy Węgier czuje się głęboko dumny z jego szerokich przestworów. Idąc wzdłuż jego brzegów mijałem wiele przyjemnych miasteczek, z któyrych wszystkie miały przedrostek odnoszący się do Balatonu – Balaton Gyorgy, Balaton Komavaras, Balaton Boglar. Kiedy dotarłem do miasteczka Siofok, zdecydowałem, że zatrzymam się tam dzień lub dwa dla odpoczynku. Wieczorem znalazłem się w towarzystwie mojego cygańskiego przyjaciela, Karoly Arpada, kierownika cygańskiej orkiestry w kawiarni na świeżym powietrzu.
     Karoly Arpad jest jednym z najbardziej znanych cygańskich skrzypków na Węgrzech, grywał też w Paryżu i w Londynie. W zimie grywa w wielkich restauracjach w mieście Szeged, ale w lecie migruje ze swoim zespołem do wielu turystycznych, nadwodnych miejscowości, których tak wiele położonych jest nad Balatonem. Arpedowi towarzyszyło sześciu innych Cyganów, każdy z nich bardzo różnego typu, lecz wszystkich łączyła śniada cera. Jeden z nich pochodził z Odessy i miał wystające policzki typu mongolskiego, inny z Jugosławi, lecz najbardziej interesujący z nich był rumuńskim Cyganem, skrzypkiem, o imieniu Zsika.
     Zsika, ciemniejszy jeszcze niż jego towarzysze, zafacynował mnie swoją wyrazistą osobowością. Jego skóra miała ten piękny miedziany odcień spotykany wśród murzynów, zęby lśniły niezmąconą białością, a włosy były głeboko czarne i kręcone. Natychmiast przypomniał mi Jozsiego, cygańskiego podopiecznego Liszta. Zsika charakteryzował się urokiem i dowcipem, ale był równie dandysowaty, jak Beau Brummel. Wszystkie swoje pieniądze wydawał na upiększanie siebie i miał najbardziej uwodzicielskie oczy, jakie widziałem w życiu. Nie mogła go minąć ani jedna dziewczyna, żeby zaraz nie zaczął się puszyć jak Chanticleer. Grając z zespołem na skrzypcach, wybierał sobie jasnowłosą dziewczynę siedzącą ze swoją mamą, po czym wysyłał je tak tęskne spojrzenia, że dzieczyna oblewała się rumieńcem i próbowała ukryć swoje zmieszanie przed surowym rodzicem.
     W miłym chłodzie wieczora udałem się ze Zsiką wykapać w jeziorze, leczy było to dla mnie żenujące doświadczenie. Ja chodzę na plażę, aby się wykąpac i popływać. Jednak nie Zsika. Dla niego kąpiel była pretekstem do flirtowania i zalegalizowanej rozwiązłości z osobnikami płci przeciwnej. Dla niego cała atmosfera przesiąknięta była misterium kobiecej obecności, dotykaniem dłoni, szeptaniem pokus, umawianiem się na nocne schadzki, obietnicami zmysłowych przyjemności.
     Plaża zatłoczona była opalającymi się i kąpiącymi ludźmi. Mężczyźni, kobiety i dzieci każdego wieku, grube stare babcie, piersiaste niemieckie gospodynie w ciasnych strojach kąpielowych, mizerni starcy na krzywych nogach w okularach, otyli mieszczanie, owłosieni troglodyciu łypiący pożądliwie okiem na wymalowane i upudrowane cocottes, młodzi, opaleni Adonisi o szerokich brakach, z których każdy koniecznie musiał nosić minę Rudolpha Valentino, jasnowłose, germańskie dziewki, wyglądające jak spragnione seksu Brunhildy, czarnowłose Węgierki o bladych twarzach i ognistych oczach.
     Węgierska dziewczyna nadawała tej scenie egzotyczności. Opiszę ten typ: niewielka osóbka o jasnej skórze, włosy czarne jak węgiel, głowa niewielka, o delikatnych kształtach, jakby modelował ją artysta, nosek niewielki i wyrazisty, czoło szerokie, nadające jej twarzy dynamiczne cechy Valkiryi, brwi tak gęste, że wydają się tworzyć jedną nieprzerwaną prostą linię nad oczyma. Jej cała postać jest proporcjonalna, z tendencją do szczupłości. Szczupłość tą jednak łagodzą pełne biodra, kołyszące się łagodnie, kiedy idzie. Wszystko blednie jednakże przy jej oczach. Może i jej wygląd nie jest tak klasyczny jak u Rumunek, może i jej postać nie jest tak gietka jak u Szwedek, lecz jej oczy mają hipnotyzującą moc. Kiedy budzi się w niej gniew, z jej czarnych, agatowych oczu strzelają iskry. W innych momentach pali się w nich pogodny blask. W pewnym sensie wygląda na Włoszkę, lecz bez jej doskonałych proporcji. Jest bardziej niepokojąca, ponieważ w jej oczach kryje się tajemnicza dzikość, nęcąca mężczyzn. Widziałem wiele dziewcząt tego typu, i wszystkie napełniały mnie niewysłowioną tęsknotą. Zsika wydawał się odgadywać moje myśli, ponieważ przedstawił mnie żonie swojego cygańskiego przyjaciela. Powiedział mi, że była jego kochanką, ale zmęczył się nią, a poza tym padł ofiarą uczucia do jasnowłosej, polskiej dziewczyny z Warszawy.
     Śniada dziewczyna, Anna, była ucieleśnieniem typu, który właśnie opisałem, jeśli nawet nie bardziej pociągająca. Kąpaliśmy się razem, wyzwałem ją na wyścig pływacki, który przegrałem z kretesem. Miała dziwny, trochę pogardliwy sposób bycia, jakby uważała, że mężczyźni są w ogóle nieważni. Kiedy leżała w słońcu, pomimo obfitych krągłości bioder i ud, było w niej coś atletycznego, przez co myślałem o niej, jako o młodym Hermesie. Na początku nie miała o mnie pochlebnego zdania. Stojąc przed nią w moim stroju kąpielowym, czułem wstyd burżuja w średnim wieku, zmuszonego do paradowania w kąpielówkach na konkursie piękności. Kiedy ujrzała mnie pierwszy raz idącego z Zsiką, wybuchnęła śmiechem i zawołała: „O, idzie Biały i Czarny!” W jej cygańskim umyśle moja białość w porównaniu do śniadego ciała Zsiki, miała w sobie coś nieprzyzwoitego.
     Szybko odkryłem, że pomimo mojej bladości, Anna nie czuła do mnie fizycznego wstrętu. Niedługo okazała mi dowody swego zainteresowania. Najpierw przemaglowała mnie odnośnie mojego życia; chciała wiedzieć, czy byłem żonaty, ile miałem kochanek, ile dzieci. Dodam, że rozmowa toczyła się w kiepskim niemieckim, gdyż Anna znała po cygańsku tylko kilka słów. Zatopieni w rozmowie, zupełnie zapomnieliśmy o Zsice, kiedy rozejrzeliśmy się dookoła, okazało się, że zniknął. Wtedy Anna eksplodowała stekiem wściekłych obelg. Powiedziała mi, że zawsze ją oszukiwał. Tak, była jego kochanką, bardziej niż jakakolwiek inna kobieta, dała mu wszystko, miesiącami żył jej kosztem. Na koniec wybuchnęła płaczem.
     Zdenerwowałem się, ponieważ znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a jej krzyki ściągnęły na mnie sporą uwagę. Wydaje się, że ludzie uważali mnie za powód. Jednakże Węgry, w przeciwieństwie do Europy Północnej, są rozkosznie dyskretnym miejscem. Sceny pełne pasji wybuchają bardzo często w retsauracjach, powietrze zapełnia się gniewnymi słowami, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Przypuszczam, że ludzie są wdzięczni, że nie przyszła jeszcze ich kolej, więc nie przerywają rozmów i pozostawiają rozwścieczonych ludzi samym sobie.
     Nie wychowałem się na Węgrzech. Mój umysł pełny był kompleksów przedmieść. Zalałem się rumieńcem i cąły się trząsłem, próbując uspokoić moją ładną rozmówczynię, przypominającą jednego z tych dzikich demonów napadających mężczyzn w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”. Nie mogłem, co spowodowało tą namietną scenę. Zsika powiedział mi przecież: „Była moją kochanką, zostawiłem ją, ale nie ma między nami żalu”.
     Nagle jej gniew i łzy dobiegły końca. Chwyciła mnie za ramię.
     - Chodźmy do Kavehaz.
     Po trzech czy czterech szklankach wiśniówki ogarnęła ją dzika gadatliwość i opowiedziała mi swoją historię. Była córką węgierskiego ojca i cygańskiej matki. W wieku piętnastu lat uciekła z domu i dołączyła do trupy wędrownych artystów, jako tancerka. Po kilku latach włóczęgi wyszła w Budapeszcie za gracza na cymbałach, z którym ciągle żyła.
     - To stary człowiek – powiedziała. – Cyniczny. Wie, że mam w sobie diabła młodości, ale biedaczek chce spokojnego życia. Pozwala mi mieć kochanków, ale muszę zachować ich w tajemnicy. Kiedy uda mu się mnie nakryć, bije mnie, ale lubię to; skaczę mu wtedy do twarzy i wydrapuję oczy. Dziś wieczorem musisz pójść ze mną. Zatańczę dla ciebie kilka cygańskich tańców.
     Przyznam się, że moja towarzyszka budziła we mnie niepokój. Była zbyt egzotyczna, jak na mój smak. Mężczyzna to prosta istota; lubi wyobrażać sobie urok ciemnych występków, jego fantazja daje się uwodzić niebezpieczeństwom, ale przyprowadźcie go do jednej z tych lśniących, fatalnych piękności, a natychmiast zacznie tęsknić za spokojnym miejscem przy kominku i ciepłymi kapciami. Kiedy Circe mówiła do mnie o podnietach magicznych okien otwierających się na zaczarowane krainy, w sercu paliła mnie żałość, ale nie przestawałem powtarzać w głowie słów piosenki: „Le Belle Dame Sans Merci”:

„Ah, cóż cię to trapi, rycerzu w zbroi?
Tak samotny i niemrawo się ruszasz.
Z brzegu jeziora zniknęła turzyca,
I zamilkł śpiew ptaków”

     Moja donkiszoteria popychała mnie do przyjęcia roli paladyna i towarzyszenia pięknej damie, bo czyż życie nie składa się ze świetlanych wyczynów w nieznanych krainach? Poza tym wagabunda nie zasługuje na swoje miano, jeżeli nie jest gotowy na posmakowanie radości chwili. Ale wtedy moja wrażliwa tożsamość Sancho Pansy zaczęła ciągnąć mnie za połę płaszcza, mówiąc: „Dlaczego pchasz się w to ryzyko? Jesteś obcy w obcym kraju, a ta dziewczyna z jej cygańskimi sztuczkami zostawi cię bez grosza, a może nawet dorzuci do interesu cięgi z rąk znajomego rzezimieszka”.  Moja wewnętrzna dyskusja nie miała jednak znaczenia, gdyż dziewczyna zadecydowała za mnie; chwyciła mnie pod rękę i rozkazała zaprowadzić się do restauracji na świeżym powietrzu, gdzie mieliśmy doświadczyć Mulatni.
     Była niedziela, więc wszystkie ławki pod drzewami zapełniał głośny tłum. Na małej, drewnianej scenie pod drzewem grał cygański zespół. Kiedy tylko podeszliśmy, Karoly Arpad zagrał dla nas piosenkę, zwaną „Hullamszo Balaton”, którą Anna zaczęła śpiewać na cały głos.
     Chwilę później powiedziała mi, abym poszedł zagrać z zespołem. Arpad podał mi skrzypce. Rozpocząłem słynną melodią węgierską, „Cserebogar”. Szybko dołączyła się orkiestra z akompaniamentem. Później zagrałem słynną nutę „Chinka Panna” oraz „Repulj Fecskem”, czyli pieśń ptaka autorstwa Remenyi, aż zacząłem grać „Farewell” Emersa, jedną z najpiękniejszych irlandzkich melodii. Pierwszy raz zagrałem ją sam, orkiestra nie spróbowała nawet się dołączyć, ale za drugim razem wszyscy muzycy dołączyli się z zaimprowizowanym akompaniamentem. Dar improwizacji akompaniamentu dla jakiejkolwiek melodii jest jedną z najbardziej niezwykłych cech Cyganów, gdyż żaden z muzyków, poza Primas, mógł czytać nuty.
     Następnym punktem wieczoru była kolacja z cygańskim zespołem. Cóż za hałaśliwa była z nas grupa. Posiłki na Węgrzech mają jedną szczególną właściwość: każda potrawa musi być doprawiona papryką. Najpowszechniejszym daniem jest Gulyas, rodzaj potrawki z duszonego mięsa, w bogatym smakowo sosie. Na deser zjedliśmy słodkie csorge fank, czyli jabłka w cieście, którym towarzyszył tokaj.
     Cyganie powiedzieli mi, że to narodowy bohater, Rakoczy, książę Transylwanii rozsławił to złote wino, znane na Węgrzech jako wino królów, oraz król win. Tokaj powinno się pić z deserem, gdyż nie jest to wino stołowe, jak plater czy burgund. Dla mnie pice tego złotego trunku, siedząc przy stole, było świętokradztwem. Powinno się je pić wędrując pod drzewami, słuchając muzyki, tak aby smak mógł utrzymać się dłużej, jak długa, podwójna nuta zagrana na skrzypcach. Tokaj ma bukiet subtelnie utrzymujący się na języku, jak Oloroso Sherry. Kiedy pociągniesz łyka, jego aromat wydaje się rezonować, niczym echo strun pianina. Znane są legendy o klasztorze na Węgrzech, gdzie tokaj przechowywano w jaskini. Jego reputacja była taka, że nikt nie mógł się zbliżyć, chyba że w stroju dworskim, niosąc srebrny kandelabr. Podobno papież Pius IV na Soborze w Trent, otrzymał w prezencie od biskupa beczkę wina, jako najcenniejszy podarunek, jaki można było ofiarować. Po spróbowaniu papież ogłosił: „Summum Pontificem talia vina decent”: to wino nadaje się dla Jego Świątobliwości. Jestem pewny, że papież Leon X pił właśnie tokaj, kiedy Rafael opowiadał mu historie, albo gdy wracał z wypraw myśliwskich i papiescy słudzy podawali mu złote kielichy pełne nektaru. Tokaj jest węgierskim winem i symbolizuje szczodrość węgierskiej rasy. Jak tutejsi ludzie, jest szczere i żadne sztuczne dodatki nie psują jego smaku. Wino to pije się, kiedy Tzigan stroi skrzypce, i kiedy ciemna dziewczyna obok czeka na rytmiczne pulsowanie Czardasza. To wino prowadzi nas do magicznej Mulatni, gdzie znikają wszystkie zmartwienia świata.
     Po kilku szklankach tokaja zmieniła się cała sceneria, a oświetlone drzewa wyglądały jak płonący las. Odurzająca muzyka i wino wypełniały się nawzajem, przykrywając nasze oczy opalizującym welonem, przez który oglądaliśmy świat. W oddali słyszałem cymbały Corybantic tancerzy w Tracji, wołających do Bożka Wina i Rytmu. Muzyka i wino zamieniły się w ostateczną orgię – biada Pentheus, wrogowi Bachantek, jeżeli zbliżyłby się zbytnio do ukoronowanego laurami zespołu.
     Ognista rytmiczność muzyki zwiększała swoją intensywność, aż nagle rozpoczął się czardasz. W tańcu tym jest coś uroczystego i strasznego, kiedy spływa rozszalałą falą na zgromadzenie ludzi i niczym sztorm rozrzuca wszystko na wietrze.
     Ludzie w pośpiechu wstali z miejsc i ruszyli na otwartą przestrzeń. Każdy mężczyzna pochwycił partnerkę i pociągnął ją ze sobą. Każda twarz napięta była emocjami. Z trudem rozpoznałem Annę; zamieniła się w dziką bestię (maenad?). Bez słowa zerwała się z miejsca i pobiegła na spotkanie młodego mężczyzny, który przywołał ją z sąsiedniego stolika. Oboje dołączyli do rozszalałej chmary. Mężczyźni położyli ręce lekko na ramionach kobiet, one zrobiły to samo. Mężczyźni zaczęli przebierać nogami szybciej i szybciej, kobiety ruszały ramionami niczym opętane przez wiedźmy, przestrzeń napełniła się okrzykami, w szaleńczym tempie brzdękały skrzypce, a jęczący, nieubłagalny kontrabas wciągał nas w niekończącą się plątaninę rytmów.

Wednesday, 14 October 2015

Ucieczka z Krainy Snów (sen)






















   Wreszcie udaje mi się uciec z rzeczywistości do Krainy Snów. Mam towarzysza/towarzyszkę (czasami jest to mój brat, czasami Tania albo Petra). Najpierw jestem podekscytowany wolnością. Ale okazuje się, że Kraina Snów rządzi się swoimi prawami. Jest tam władca/władczyni i rząd. Każdy ze śniących ma swoje jasno określone role. Nam przypada rola więźniów. Mieszkamy w wielkim, wielopiętrowym domu. Gotujemy, sprzątamy. Chcemy uciec, ale w labiryncie korytarzy, z wieloma bezdusznymi strażnikami, jest to niemożliwe.
   Spotykamy inną śniącą, której rola polega na podróżach, spełnianiu swoich marzeń, wolności. Ma swoją paralotnię, którą włóczy się gdzie chce. Dla niej nie ma żadnego wielkiego domu, ale bezkresne przestrzenie i wolność. Dziwi się, że chcemy uciec z raju, ale wskazuje nam drogę. Udaje nam się wydostać z budynku, do Bramy Snów jest jednak długa droga. Musimy się spieszyć, zanim władca/władczyni zda sobie sprawę, że się wydostaliśmy.
   Po drodze natykamy się na małą przyjemną chatkę, z sympatycznym skrzatem. Karmi nas cudnymi serami i szynką. Jest tak miło, że nie chce nam się odchodzić, zapominamy powoli o ucieczce. Coś jednak mnie nurtuje, coś nie do końca mi pasuje w tym skrzacie. Mówię mu, że na nas już czas. Próbuje nas przekonać, żeby zostać na herbacie. Moja towarzyszka się dziwi, że chcę odejść, opiera się mi, ale coraz bardziej czuję, że coś jest nie tak. Kiedy wychodzimy, widzę kątem oka, że skrzat szybko biegnie do drugiego pokoju. Wiem, że poszedł zadzwonić do władcy'władczyni. Nie zostało nam wiele czasu.
   Próbujemy biec, ale jak to we śnie, stopy zapadają się w mulistej ziemi, powietrze stawia opór. Biegniemy pochyleni prawie poziomo do przodu i pomagamy sobie, ciągnąc trawę. W tak żółwim tempie docieramy wreszcie do bramy. Są to wielkie obrotowe drzwi z przedpokojem.
   W drzwiach stoi niemy strażnik w kominiarcena twarzy. Jego oczy są chłodne, ale przyjazne. Pozwala nam wejść do przedpokoju. Jesteśmy o krok od wolności.
   Wtedy pojawia się władca/władczyni. Pełen/pełna furii wrzeszczy, że nie udało nam się jednak i teraz zostaniemy ukarani. Jest gigantyczny/gigantyczna. Chwyta nas za kark, jak dwa bezbronne kocięta i chce wyjść. Na jego/jej drodze staje jednak strażnik.
   - Wiesz kim jestem?!! - krzyczy władca/władczyni. Strażnik stoi jednak bez ruchu, jego oczy patrzą zimno, pewnie. Władca/władczyni kładzie nas na podłodze i zamierza się do ciosu.
   Wtedy zdaję sobie sprawę, że jego/jej moc nic tu nie znaczy. Strażnik jest ważniejszy. Kiedy władca/władczyni uderza strażnika pięścią w pierś, cała moc wraca i władca/władczyni znika.
   Budzę się.

***

   Jeden z tych mocnych, realistycznych snów, które zwykle zapisuję. Obudziłem się w nocy i nagrałem na komórkę, żeby nie zapomnieć. 

***

   A w rzeczywistości jest w porządku. Wczoraj długi dzień w pracy, ale w dobrym nastroju. Dziś przyjeżdża w gości Aga z córką, zostają do soboty. Jutro przyjęcie pożegnalne dla Katii, będzie też Petia. No a później weekend i jeszcze tylko tydzień do urlopu!

Tuesday, 13 October 2015

Sny

   Kiedyś sny były moją ucieczką od rzeczywistości. Dziś sny nie pozwalają mi uciec.


Tuesday, 6 October 2015

Kometa

   Obudziłem się o piątej rano, nie mogłem już spać. Zalew ciemnych myśli, bezsilności, żalu. Wreszcie włączyłem Trójkę i jakoś się wyciszyłem. A zaraz do pracy. Tylko na trzy godziny, później jadę do studentów od zębów, popracować nad moją jedynką.
   Próbuję znaleźć sposób na wybaczenie. Sobie i jej. Czasami wydaje mi się, że jestem blisko, ale czasami wraca wszystko, cały postęp, z którego się cieszyłem, wydaje się nieistniejący.
   Czasami puszczam sobie jakiś stary film. Przypominam sobie, że widzieliśmy go razem. Sprawdzam rok i myślę, co wtedy robiliśmy, gdzie byliśmy. Czy to było na laptopie w Kopenhadze, czy w telewizji w Polsce, czy u kogoś w Hiszpanii. A czasami widzę film, który powstał wcześniej. Patrzę na rok i myślę "O, jeszcze cztery (dwa, pięć, piętnaście) lata do mojego pierwszego spotkania z Tanią".
   Śniło mi się, że wplatałem się w gangsterskie rozgrywki. Albański mafiozo łapie mnie i moich trzech przyjaciół. Jego goryle przyciskają nas do ziemi. Albańczyk podchodzi i po kolei strzela moim przyjaciołom w tył głowy. Kiedy dochodzi do mnie, zaciskam mocno oczy i marzę, żeby było już po wszystkim, żebym już był po drugiej stronie, w krainie bez strachu. Wtedy strzela. Czuję tępy ból i budzę się we własnym łóżku, w krainie, gdzie strachu ciągle jest sporo.

 

Tuesday, 29 September 2015

Dziesięciopunktowa lista niemistyczna

 




















   1. Postanowiłem ograniczyć spożywanie trunków. Codzienne piwo, czy wino, niby niewielka ilość, ale jednak przywiązałem się do lekkiego szumku w głowie po pracy. Wczoraj tylko herbata owocowa i woda. Czułem się paskudnie - poddenerwowany, roztrzęsiony, nie w swojej skórze, ale dziś jest lepiej. Chciałbym w tygodniu w ogóle nie pić.
   2. Humor w pracy i poziom energii były w porządku. Nawet to, że dziś wtorek i długi dzień (do szóstej) nie przeszkadzało mi za bardzo.
   3. W piątek idziemy z ludźmi z domu i z Petrą do kina na Marsjanina w 3D.
   4. Weekend spędziłem miło. Poszliśmy z Petrą do kina na Maze Runner 2, do restauracji na pizzę i nawet do typowej angielskiej tawerny na naszej ulicy. Niezły folklor. Sami biali Anglicy, najmłodszy jakieś pięćdziesiąt lat. Wszyscy oglądali mistrzostwa w rugby. Nic nie jarzyliśmy z Petrą, ale to dodało uroku obserwacji szaleństwa na boisku. Grała Irlandia z Rumunią. Dziś w pracy poprosiłem Will'a, żeby powiedział mi, o co chodzi. Przez pół godziny wyrysowywał mi wykresy, objaśniał zasady. Mój szacunek do tego sportu wzrósł:)
   5. Boję się, że przywlokłem pluskwy ze skłotu. Swędzą mnie nogi ostatnie kilka dni. Na wszelki wypadek zamówiłem organiczny, nietoksyczny spray i profilaktycznie będę odkażał pokój przez tydzień. Na skłocie są skażeni tym robactwem do granic możliwości. Skłot w starym kościele, ogromna przestrzeń, nie ma szans, żeby się tego pozbyć.
   6. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie wyprowadzić się znów na skłot. Zaoszczędziłbym sporo kasy, ale przemyślałem to i dałem sobie spokój. Nie chodzi nawet o pluskwy. Za dużo stresu, zioła, nieogarnięcia. No i lubię swoje mieszkanie. Dziś Simon (landlord) podszedł do mnie idał mi dwadzieścia funtów. "Za co to?" spytałem. "To twoja działka za czynsz Richarda". Na kilka tygodni wprowadził się do nas chłopak Katii. Simon kasuje go trochę pieniędzy. Stwierdził jednak, że skoro wynajęliśmy nasze pokoje bez dodatkowego lokatora w mieszkaniu, to jest fair, żeby dzielić się z nami tym, co płaci Richard. Pierwszy taki landlord mi się trafił w Londynie.
   7. Tak czy inaczej Katia i Richard wyprowadzają się za kilka tygodni na łódź, szukamy więc nowych lokatorów. W czwartek mamy "przesłuchiwać" dwanaście dziewczyn, które są zainteresowane. Dlaczego dziewczyn? Stwierdziliśmy, że dobrze mieć choć jedną dziewczynę w domu, żeby kobieca energia zmiękczała testosteronowe krawędzie:)
   8. Dziś była pierwsza wypłata na nowym stanowisku. Nawet mile się zaskoczyłem. Zapłaciłem czynsz, debet, trochę długów, kupiłem spóźniony prezent urodzinowy dla Wiktorii, soki do vape'a i bilety na święta do Polski. Jestem wprawdzie już na minusie, ale myślę, że w przyszłym miesiącu uda się wyjść na zero.
   9. Zremasterowałęm w photoshopie mój stary obrazek (powyżej) sprzed jakichś dziesięciu lat z innego bloga ("krysznowskiego"). Stare dzieje.
   10. I tyle na dziś. Niemistycznie, może trywialnie, ale może być. Dobrej nocy.

   PS. Znalazłem super lampę na ulicy, tylko fuz trzeba było zmienić. Miło mi teraz świeci na złoto.

Wednesday, 23 September 2015

Narodziny (sen)

   Mocny sen.
   Jestem z moją kobietą gdzieś na odludziu. Zdaje się w górach. Nie pamiętam za bardzo jak wygląda. Czarne kręcone włosy, tylko tyle. Miłość mocna, bezwarunkowa.
   Dziewczyna rodzi. Boję się, bo nikt nam nie pomaga, nie udało nam się dotrzeć do szpitala, sam muszę odebrać poród. Nachylam się między jej nogami. Rozpiera mnie niepokój, odpowiedzialność, czułość. Ona krzyczy, prze, wspieram ją całym sercem.
   Wtedy pojawia się główka dziecka, po sekundzie jego ramiona i reszta. Jest pomarszczone, brązowe, brudne i najpiękniejsze na świecie. Delikatnie biorę je na ręce. Dziwi mnie jego siła i ruchliwość. Podaję je matce. Patrzę na nie obie i zdaję sobie sprawę, że miłość, którą czułem do dziewczyny, ekspanduje, rozprzestrzenia się na nie obie jak ogień, prawie nie mogę tego uczucia pomieścić. Wyciągam nóż i przecinam delikatnie pępowinę. Kładę się obok i grzeję się miłością naszej trójki.

Monday, 21 September 2015

Hrabia Pustkowi

 



















   Droga Niesitniejąca, Bogini Nocy
   Kłaniam się nisko do Twych lotosowych stóp.
   Co jadłaś dziś na kolację? Czy Twe mądre kruki przyniosły Ci serca zagubionych wędrowców? Moje było to niewielkie, pachnące szarotką i miętą. Mam nadzieję, że ci smakowało. Nie martw się o mnie. Próbuję wyhodować nowe. Tym razem mocniejsze, bijące głośniej i czyściej. Kiełkuje powoli. Słońca za mało, ale mam nadzieję, że wyrośnie lepiej niż dynie i cukinie w moim ogrodzie.
   Jak ci się podobała moja nowa piosenka? Napisałem ją specjalnie dla Ciebie. Dziękuję Ci za dar dźwięków i poezji. Gdyby nie Ty, zostałby mi tylko krzyk. Przyszliby agenci Cesarstwa Racjonalności, zamotali mnie w kaftan i zamknęli w celi. A tak, mogę się schować za rymami, nutkami i metaforami, i udawać, że jestem zwykłym człowiekiem z lekkim, poetyckim zakłóceniem osobowości. Tak więc dziękuję Ci, Bogini, że nauczyłaś mnie zamieniać krzyk w poezję.
  Dziś znów pada. W pracy czas wlecze się, jakby chciał zawrócić. Rozmawiam z ludźmi, opiekuję się aniołami z połamanymi skrzydłami i czekam na coś, sam nie wiem na co.
  Nie gniewaj się na mnie. Piję więcej, niż powinienem. Mam nawet swoje triki. Dziś postanowiłem kupić tylko jedno piwo. Dopiero przy kasie zorientowałem się, że trzymam litrową butelkę Corony. Liczba się zgadza (wzruszenie ramion). Ale nie potrafiłbym iść przez dni i noce bez czegoś, co choć na chwilę zabiera szarość i bezsens. Nie chcę Cię oskarżać, ale jest w tym trochę Twojej winy. Zasypałaś ścieżkę połamanymi przez burze dębami, przeniosłaś starożytne świątynie w inne wymiary, odwołałaś do siebie pięknych szpiegów, zostawiłaś mnie na pastwę gazet, rządów, trywialności, durnych gwiazd pop kultury, okrutnego pieniądza. Jakoś muszę sobie radzić.
   Ciężki dziś dzień, Droga Nieistniejąca. Zjadłaś moje serce, więc wiesz, jakie wysłać mi sny. Jeśli nie możesz zrobić choć tego, to zabierz mnie do siebie. Zawsze jestem gotowy.
   Twój na zawsze
   Montresor, Ten Od Beczki
   Hrabia Pustkowi
   Il de Fons

Sunday, 20 September 2015

My higher, jeszcze higher - Księżycowy terrorysta

   Dziś cały dzień przy mikrofonie. Wczoraj wieczorem zapaliłem jointa z Michellem i choć zwykle marihuana mnie obezwładnia, to wczoraj ogarnęła mnie gorączka twórcza, która przetrwała do dziś. No wiecie przynajmniej skąd tytuł;)



My higher, jeszcze higher

1
Weź mnie za rękę,
Za rękę weź mnie, nie bój się,
Podwiń sukienkę,
Lecimy w górę, tam gdzie wiesz.

Ja jestem orłem,
Ty jesteś morzem, nie ma nas,
Ja jestem nocą,
Ty jesteś dniem, spotkajmy się.

2
Nie mam imienia,
Poznam je ostatniego dnia,
Dar zrozumienia,
Lecimy w górę, zniknął czas.

Dziwne wrażenia,
Z niebytu wchodzę w bytu trud,
Chcę wyzwolenia,
Chcę z tobą lecieć pośród chmur.

Thursday, 17 September 2015

Poranny list

   Moja Droga Nieistniejąca
   Zwykle piszę do Ciebie w środku nocy, bo wtedy najlepiej słyszę Muzykę Sfer. Ale może też da się pisać w deszczowy londyński poranek, piętnaście minut przed wyjściem do pracy? Sfery wtedy milczą, to fakt, ale chlupotanie deszczu, stłumione buczenie silników i świergotanie jeszcze sennych ptaków to też muzyka.
   Dni mieszają w sobie soki ciemne i jasne.
   Wczoraj dostałem smsa, że Petra w szpitalu. Załamanie miała bidulka, bała się, że coś sobie zrobi. Dziwne to jest na tym świecie. Ona z sercem złamanym tęskni za mną, ja tęsknię za duszkiem z przeszłości, nikt nie może się spotkać po drodze, jak planety na swoich orbitach wyznaczonych jeszcze bilion lat temu. Zadzwoniłem. Juz jej lepiej. Pomogła rozmowa z terapeutką.Przekonała się, żeby dołączyć do grupy wsparcia i zacząć porządkować zakręcone życie.
   Za półtora tygodnia wpada w odwiedziny Joasia. Pokażę jej Londyn, a ona za to posprząta mi łazienkę i zrobi kotlety warzywne.
   Uczę się na darbuce. Głośny i trudny bęben. Jak w niego stukam nieporadnie, to mnie złość bierze na koślawe palce, ale wtedy dobrze mi się uczy, bo walka z sobą to najlepszy rodzaj walki.
   Droga Nieistniejąca. Myślę, że już nikogo naprawdę nie pokocham. Rzeczywistości nie jest łatwo dorównać marzeniom, ale jeszcze trudniej jest dorównać marzeniom spełnionym, odeszłym, zapamiętanym, jak odciśnięty wzorzec, do którego już całe życie będzie człowiek porównywał. A gdyby człowiek jednak chciał zapomnieć, gdyby próbował uwierzyć, to i tak wzorzec nie zniknie, zacznie wołać w snach. Tym głośniej, im bardziej próbuje się zapomnieć. No więc nie walczę i wdzięczny jestem za sny, bo w tych snach choć przez chwilę czuję się cały i spokojny.
   Dzień dobry, Droga Nieistniejąca
   (choć w dzień pewnie śpisz)
   Twój na zawsze
   Smutas Wagabunda Hrabia Il de Fons
 

Tuesday, 15 September 2015

Sen

   Idziemy obok siebie przez jakąś starą, piękną ulicę. Może Kraków, może Madryt. Jest piękny dzień, a nie noc, jak ostatnio we wszystkich moich wizjach i snach. Gadamy o bzdurkach. Nagla ona zaczyna rozpaczliwie płakać.
   - Co się dzieje? - pytam ją miękko.
   - Bo ja cię tak bardzo kocham - jąka się przez łzy.
   Chwytam ją za rękę i idziemy dalej. Wszystko jest jak dawniej. Znów jestem cały.

Monday, 14 September 2015

Ciemność słodka


























A kiedy noc otworzy się jak brama
i sennych rzeźb rozwinie wzór na bramie,
ty będziesz znów jak wczoraj taka sama,
zadźwięczy głos, który nie kłamie.

Na jasną dłoń upadnie ciemność słodka
i włosów puch dębowych liści dotknie.
Pochwalmy noc, że jest jak otchłań,
że spadać w nią jest tak cudownie.

K.I. Gałczyński

Wednesday, 9 September 2015

Moja Droga Nieistniejąca

   


   























   Moja Droga Nieistniejąca

   Co słychać w transcendentalnej krainie nieobecności i nieogarnięcia? Nie znudziło ci się jeszcze w Niebycie? Czy Kraina Idei planuje w najbliższym czasie wysłać tutaj kilku szpiegów, kapłanek i kochanek, dla rozjaśnienia kosmicznej ciemności? Pamiętaj, że zawsze jestem gotowy do zwerbowania przez wasze Najjaśniejsze Moce. Wiesz, że nie lubię tej konkretnej planety za bardzo. Krawędzie są tu za ostre, obijam sobie kościste kolana i łokcie.
   W Londynie już jesień na całego. Wiatr buczy i wyje, co chwila coś tam kapnie, zimno. Odbija się to trochę na nastroju. Wakacyjna euforia opadła szybko, zostało kilka zamazanych wspomnień, jakby wszystko się działo rok temu, a nie parę tygodni. Dużo ze mną zostało, zmiany w sytuacji, zjawiły się nowe osoby, odeszły stare.
   Miałem dziś zrobić sobie dzień bez alkoholu, ale kiedy wyszedłem z pracy i poczłapałem samotnie szarą ulicą, wśród blaszanych, brudnych baraków socjalnych, zrobiło mi sie paskudnie smutno i kupiłem puszkę Żubra. Doszedł mi też malinowy sok do vape'a. Siedzę więc, słucham Bakszyszu, piję piwo i vape'uję, aż siwo w pokoju.
   Tęsknota to chyba już stała część mnie. Tęsknię za niewinnością, spokojem, bliskością z ukochaną, jedyną na zawsze osobą, za domem. Nie za fizycznym domem, ale właśnie za osobą, która jest uosobieniem swojskości, schronienia, normalności.
   Czasami cieszę się swoją wolnością, nieoczekiwanością życia, zwrotami akcji. Ale chyba jednak tak naprawdę głęboko, w środku, chcę tylko ciszy, tzw. "budki".
   I co z tym wszystkim zrobić? Nie wiem. Chcę być znowu małym "Marcysiem", czyimś ukochanym, na kim można polegać, kto nie zdradzał, kto nie kłamał, kto modlił się z serca, kto nie spróbował owocu z drzewa poznania dobrego i złego...
   To tyle z marudzeń na dziś, Droga Nieistniejąca.
   Z ciepłymi uściskami.

   Twój
   Hrabia Londyńskiej Ćwiartki w Królestwie Zakręconości
   Klapaucjusz Il de Fons

Wednesday, 2 September 2015

Wierchowe granie, Elfik i tańce pod księżycem


























   Wreszcie mam chwilę, żeby coś napisać.
   Dziś pierwszy dzień w pracy po urlopie. Jeszcze nie wiem, z kim będę w klasie, ale zdaje się z Arethą, z czego bym się cieszył, bo to dobra dziewczyna, lubię ją bardzo. Opieprzałem się, jak wszyscy zresztą. Dużo herbat, ciastek i książka.
   W domu poćwiczyłem prawie godzinę. Czas wziąć sie za piwny brzuch, bo już mi się znudziło z niego śmiać, wolę go zamienić na mięśnie.

   Jak bym w jednym słowie podsumował urlop w Polsce? Cud.
   Trochę napisałem w ostatnich postach. Czuję, że wydarzyło się bardzo dużo. Mam wrażenie, że pojechałem do sanatorium, żeby podleczyć duszę i tam pod okiem specjalistów zrzucałem złogi, goiłem rany, odsysałem mentalną ropę i piłem kojące wody mineralne (najczęściej ogniste:). Specjalistami byli: Anima Mundi, Moja Własna Dusza i dobre duchy pod postacią hipisów, niespodziewanych gości oraz szanownych członków rodziny.
   Ostatniego dnia przed wyjazdem przyjechała do mnie koleżanka z bloga. Będę nazywał ją Elfikiem, choć może się jej to nie podobać, bo to bardzo poważna, niezależna kobieta;)
   Poszliśmy razem w góry na góralską imprezę. Nie wiedziałem, gdzie to dokładnie jest. Na pytanie Elfika odpowiedziałem, że dojdziemy w jakąś godzinę do dwóch. Szliśmy pięć. Polana była bardzo daleko, podejścia były strome, a oprócz tego nasza forma była tragiczna, więc przystawaliśmy co 200 metrów na piwo i fajkę.
    Wreszcie doszliśmy na miejsce. Na ogniu warzył się gulasz z dziczyzny, w drugim kotle gulasz wegetariański. Górale z dudami, heligonkami i fujarami robili tło. Na stosach leżały oscypki, słoiki z kiszonkami, chleb, butelki z samogonem i swojskim winem. Dużo znajomych twarzy. Tom, Gosia, Szymek, dzieciaki, Roland, Mucha, Tomas, zresztą nie będę wymieniał, bo nie dałbym rady. Znajomi, których nie widziałem od lat. Chciałem Elfika poznać z Łukaszem (bratem), ale znalazłem go w krzakach, nieobecnego, dochodzącego do siebie w krainie Morfeusza, po poranku ze śliwowicą. Wiki powiedziała, że rano natrzaskał nieproszonemu gościowi, który zaczepiał ludzi. "Tata to jest rozbójnik, ale to dobry człowiek", stwierdziła, z czym trudno było się nie zgodzić.





















   Przywitaliśmy sie z kim się dało i poszliśmy rozbić namiot, gdzie po chwili Elfik padła wykończona (nieprzespana noc w pociągu z Warszawy). Padłem na chwile obok niej, ale zbyt byłem podekscytowany wszystkim, żeby spać. Ona zresztą też. Wkrótce dołączyliśmy do reszty.
   Język polski mieszał się ze słowackim, dochodzili nowi znajomi, z którymi serdecznie się witałem i którzy pokazywali ukradkiem na Elfika, porozumiewawczo mrugali, a kiedy mieli okazję, pytali: "To twoja nowa dziewczyna? Przefajna. Nie za młoda dla ciebie?" Wyjaśniałem cierpliwie każdemu, że to przyjaciółka, ale musiałem się zgodzić, że dziewczyna z niej była naprawdę fajna, pod wieloma względami:)
   Zjedliśmy gulaszu, napili się wina, które przytargaliśmy z dołu. W międzyczasie góralscy przyjaciele nalewali nam śliwowicy, ale z tym trunkiem byliśmy wyjątkowo ostrożni.
   Elfik zaaklimatyzowała się błyskawicznie, ze wszystkimi gadała, jakby znała ich od lat, pomagała z jedzeniem, z ogniem i w ogóle imponowała mi na maksa.
















   Kiedy zaszło już słońce, a wzeszedł księżyc w pełni, zaczął się główny punkt programu. Zapłonęło ogromne ognisko, a bębniarze z "City Bum Bum" zaczęli transowe granie. Udało mi się wypatrzeć wolny djembe i dołączyłem do muzyków.

















    Później więcej muzyki i tańca. Wszyscy coraz bardziej się rozgrzewali. Mnie samego porwały ekstatyczno-transowe podrygi i jak szalony zacząłem skakać wokół ognia, wygłupiając się z Tomem, Rosą, Elfikiem też, która wreszcie dostała swój wymarzony taniec pod gwiazdami.
   Po bębnach zaczęły śpiewać folkowe piosenki słowackie dziewczyny. Cudne to było. Zakochałem się we wszystkich na raz. Położyliśmy się z Elfikiem na trawie i słuchaliśmy z otwartymi gębami.
   No ale następnego dnia rano musieliśmy wcześnie wstać (ja w drogę do Londynu, a ona do Warszawy), więc chyba pierwsi ze wszystkich wymknęliśmy się do namiotu i lekko (ale bez przesady) pijani zasnęliśmy ze zmęczonymi uśmiechami na twarzach.






 












   A rano piękny wschód słońca, droga z powrotem (tym razem wyrobiliśmy się w trochę ponad godzinę, a nie w pięć), prysznic i śniadanie u mnie w domu, pociąg do Bielska, naleśniki w Green Wayu i pożegnanie na PKSie.
   A jeszcze później zaczęła się moja gehenna powrotu do UK (zepsuta klima, strajk w Calle, zgubiony pasażer i 10 godzin opóźnienia), ale o tym chcę zapomnieć, więc nie będę się rozpisywał.
   I tyle.