Friday, 28 August 2015

Za zakrętem zawsze jest coś więcej

 


















źródło: internet

   Noc jeszcze trwa, ale już się obudziłem. Ścięło mnie wczoraj wcześnie przy filmie, to dlatego. Włączyłem Trójkę i chciałbym napisać parę zdań o radości z nieuregulowania.
   Tak jak teraz: zasnąłem w ubraniu, ze zwiniętym kocem pod głową zamiast poduszki, bez umytych zębów, w poprzek łóżka, bez kolacji. Obudziłem się o trzeciej rano, poszedłem do kuchni, zjadłem garść śliwek, wylałem się (nie w kuchni:), wróciłem do pokoju, przerzuciłem koc na drugą stronę łóżka i położyłem się w tym samym ubraniu.
   Kiedyś na samą myśl o takim flejowstwie dostałbym dreszczy. Nie byłoby kwestii, żebym zasnął w takich warunkach. No ale kiedyś przykładałem za dużo wagi do kontroli nad własnym życiem. Czułem, że muszę wszystko regulować, bo jeśli nie, to cały rozpadnę się, rozpłynę w jakąś nieokreśloną breję. Głupie to było.
   Ostatnie kilka lat nauczyło mnie, że taka kontrola jest nierealna; życie idzie tak jak chce. Idziemy jakąś drogą, jasną, prostą i szeroką jak autostrada, a nagle, nie wiadomo jak, znajdujemy się na jakiejś zarośniętej leśnej ścieżce, prowadzącej Bóg wie dokąd. Kiedyś się tego bałem, ale teraz zaczyna mi to sprawiać coraz większą radość. Nie wiedzieć, co się stanie, gdzie idę, kogo spotkam. Kompletna nieprzewidywalność (nie chcę powiedzieć, że nie mam celu. Mam silne poczucie kierunku moralnego i duchowego i to mi wystarczy). Ale ta nieprzewidywalność ma w sobie coś paradoksalnie kojącego. Bo ja, zawsze będę ja. Wraz z porzuceniem kontroli znika strach, ale ja, jako indywidualność zostaję i myślę, że rozwijam się lepiej, jeśli nie próbuję "too hard".

   Ostatnie kilka dni w Polsce. Niespodziewanie, dosłownie w ostatniej chwili wpadł w moje życie bardzo miły gość. Gość ten zjawi się tutaj jutro rano i razem idziemy na Granie pod Księżycem. To tak apropos tej życiowej nieoczekiwaności.
   Chcę przed powrotem do Zielonego Albionu zatańczyć przy ogniu, pod rozgwieżdżonym niebem, napić się swojskiego wina, wylać serce w szczerych słowach, wysłuchać czyjegoś serca i tym wszystkim utwierdzić się w przekonaniu, że życie nigdy się nie zatrzymuje, że zawsze jest coś więcej za zakrętem.

Thursday, 27 August 2015

Za dziesięć druga


























   Druga w nocy, słuchając  muzyki (wiem, wiem, main stream, ale lubię ten kawałek:), obok mój nowy kolega, dziwi się wszystkiemu.
   Dzień bardzo fajny, zrelaksowany. Wczoraj posiadówa z Tomem do rana, choróbsko przechodzi, a w sobotę festiwal słowiański na Suchej Górze.
   Dobrej nocy.


Tuesday, 25 August 2015

***

   Leżę w łóżku, z lekką grypą. Przytulił się kotek i patrzy na klawisze, po których stukam, jakby chciał się na nie rzucić. Groźny gość. Słucham Barcelona Gypsy Klezmer Orchestra i trawię pizzę z czterema serami.
   Choć choróbsko mnie rozłożyło, to w sercu dobrze. Fajny spokój,  poczucie że przyszłość pełna jest skarbów, które czekają, żeby je odkryć. Dobrze mi. W taki sposób, jak było kiedyś: niewinny, pełny możliwości i wiary w siebie. Zniknęło gdzieś poczucie winy, żal. Myślę, że coś w sercu wreszcie zwolniło mnie z pokuty:) Moje głębsze ja powiedziało: wystarczy już tego, czas wziąć się znów za życie.
   Póki co zostaję w Londynie. Spróbuję swoich sił jako Senior Teaching Assistant. Będę miał też więcej szkoleń. Przydadzą się, gdybym chciał kiedyś spróbować znaleźć podobną pracę w Polsce.
   Wracam w niedzielę. Cieszę się nawet. Skorzystam jeszcze ze słońca, po pracy powłóczę się na rowerze po tym mieście, które mimo wszystko stało się w końcu moje.
   Zabieram się za film. Podobno świetny.


Sunday, 23 August 2015

Rainbow, czerwona sukienka, nowe perspektywy



















   Siedzę w schronisku na Rycerzowej. Za oknem brunatno-zielone od drzew góry. Niebo blednie przed wieczorem. Obok mnie dziesięciu podpitych chłopaków słucha disco polo z komórki, głośno rozmawia i wcina bigos.
   Piję piwo, czekam na zasmażany ser z kartoflami i małosolnymi ogórkami.
   To tyle ze scenerii.
   A w środku? Dobry miks. Spokój, smutek, radość, jakaś głębia, zrozumienie rzeczy zwykle niewidzialnych.
   Wracam z Rainbow Gathering na Słowacji. Miało być trzy dni, a spędziłem tam osiem. Duże zmiany w sercu. Udało się przełamać rzeczy, w których tkwiłem utknięty od dłuższego czasu.
   Było dobrze. Głębokie rozmowy od serca, przyjaźnie, wolność i platoniczne, szczenięce zakochanie.
   Ale opowiem od początku, na ile pamiętam.

***

   Gdy przyjechałem z Londynu i spędziłem w domu kilka dni, Szymon powiedział, że zaraz pod granicą, po słowackiej stronie odbywa się Rainbow Gathering. Ucieszyłem się. W domu nie czułem się za dobrze. W „naszym” kąciku aż się roiło od duchów przeszłości. Zasłonki, które razem wieszaliśmy, wspólne książki, notatki Tani, bzdurni, pierdołki i badziewka. Przykro się na to wszystko patrzyło.
   Któregoś wieczoru ze złości i żalu odegrałem się na facebooku. Usunąłem prawie wszystkich znajomych. Z trzystu osób zostało może osiemnaście. Najbliższa rodzina i kilku przyjaciół.
   Większość czasu spędzałem na czytaniu, żeby oderwać się od rzeczywistości.
   Wreszcie przyszedł dzień wyjazdu na Rainbow.

   Podjechaliśmy z Szymkiem do Soblówki. Po drodze spotkaliśmy dwie przesympatyczne dziewczyny, Kasię i Karolinę. Namawialiśmy je, żeby do nas dołączyły, ale nie dały się przekonać. Rozdzieliliśmy się na Przysłopie.
   Nie czułem się za dobrze, choć słońce miło grzało, dookoła góry i lasy. Byłem wyobcowany i smutny, nie potrafiąc strząsnąć samotności. Nie byłem nawet pewny, czy chcę tam iść, ale alternatywą było siedzenie w domu i męczenie się wspomnieniami. Z Szymkiem rozmawialiśmy sporadycznie. Nie jest łatwym partnerem do rozmowy, łatwo go urazić.
   Schodząc w dół, przy pierwszych słowackich domach spotkaliśmy miejscowych dziadków. Miałem okazję sprawdzić swój czeski. Rozmawiało mi się w miarę swobodnie. Później droga przez wioskę (Vyhylovkę) i znów do góry. Zatrzymaliśmy się w Chacie na Końcu Świata na piwo. Stamtąd jeszcze piętnaście minut i znaleźliśmy się na rainbołowej polanie. Stało tylko jedno tipi, kuchenny szałas przykryty plandeką i kilka namiotów.
   Podeszliśmy do kuchni. „Welcom home, brothers!” zawołała nieliczna grupa hipisów i zaczęli nas serdecznie obejmować. Miłe to było. Przypomniałem sobie, jak dobrze mi było na Rainbow Gathering w 2012 w Lukoviście.
   Pogadaliśmy chwilę, poczęstowali nas herbatą, wyjaśnili nam, gdzie jest pitna woda i shit pity.
   Później rozbiłem namiot.
   Za bardzo nie pamiętam, co działo się pierwszego dnia. Mały jam session, grałem na jambeyu, pierwszy food circle. Wieczorem, dosyć wcześnie wczołgałem się do śpiwora i czytałem książkę.
   Smutek i dysharmonia nie opuściły mnie, ale jednak zrobiło się trochę lepiej. To miejsce miało na mnie dobry wpływ. Ludzie patrzący ci w oczy, każdy rozmawiający z każdym, nikt niczego nie oczekujący od ciebie.

***

   Obudziłem się z gorąca. Słońce grzało niemiłosiernie. Wyczołgałem się z namiotu i popatrzyłem dookoła. Większość obozu jeszcze spała. Pomachał mi nagi hipis, ćwiczący jogę. Zszedłem do kuchni. Maks poczęstował mnie kawą i tytoniem. Piękny człowiek. Na oko czterdzieści pięć lat, długie włosy, broda, słowiańskie, płócienne ubranie. Rozmawialiśmy łamaną czesko-polską miksturą. Od razu poczułem sympatię. Powolne ruchy, spokój, tolerancja, lekko zgryźliwy humor.
   Przyszedł też Beret, z którym wczoraj graliśmy przy ognisku. Okazało się, że mnie zna. Kiedyś trafił w sieci na moją muzykę i nawet wymieniliśmy kilka maili. Sam też pisze piosenki. Dobre- inteligentne, dowcipne, ostre. Charakterystyczny człowiek. Potężny, z kwicołową brodą i posturą, okularami, ubrany w luźny chałat, no oczywiście beret. Inny na każdy dzień.
   Szymon wstał trochę później. Od razu zaczął składać namiot. Wybierał się do jakiegoś słowackiego miasta, żeby zarobić coś graniem na ulicy. Okazało się, że do rana siedział przy Głównym Ogniu, grając na dudach i rozmawiając z ludźmi. Powiedział mi o dwóch dziewczynach, Włoszce i Francuzce, które według niego były przesympatyczne. Tego samego dnia okazało się, że miał rację. Alice i Juliette były świetnymi towarzyszkami na festiwalu. Zostaliśmy przyjaciółmi. Do ich wyjazdu spędziłem z nimi dużo czasu, ładując się ich energią, wygłupami i pozytywnością. Chodziło mi po głowie, żeby uderzyć do którejś z nich, obie były raczej ładne, ale wibracja między nami była tak kumpelska, że dałem sobie spokój.
   W sumie w tych pierwszych dniach byłem nastawiony na znalezienie jakiejś dziewczyny do łóżka, ale później się zmieniło. Stały się dwie rzeczy: wszedłem na wibrację siostrzano-bratnią. I jeszcze zjawiła się Dziewczyna w Czerwonej Sukience.

***

   Ciężko mi odtworzyć chronologię. Dni tam były podobne do siebie, ale w sposób nienudny. Człowiek chwyta rytm. Pobudka wczesnym rankiem, polowanie na kawę, shit pit, food circle, jam session, rozmowy, rozmowy, rozmowy.
 
   Spotkałem Smutnego Adama, Polaka, słodkiego chłopaka o wielkich niebieskich oczach schowanych za okularami z grubego szkła, o nieśmiałym uśmiechu, sympatycznym niepokoju i niedopasowaniu.
   Pabla Jezusa, Hiszpana, z którym zaprzyjaźniliśmy się od serca, nabijaliśmy się z sympatią z „hipisów”, zwierzaliśmy się ze spraw sercowych. Którejś nocy upaliliśmy się mocną trawą, po czym śpiewał wymyślone, przerysowane piosenki z różnych rejonów Hiszpanii, żeby pokazać mi różnice w stylach. Umierałem ze śmiechu.

















Pablo

   Argentyńczyka z Trąbką, którego znielubiłem od pierwszego wejrzenia za fałsz i pozerstwo (później znielubiłem go jeszcze bardziej z powodu Dziewczyny w Czerwonej Sukience).
   Hinka Dzieciaka, dwudziestoletniego ekstatycznego Czecha o chłopięcej twarzy i niegasnącym uśmiechu (później zatruł się grzybami i wylądował na dzień w szpitalu).
   Strakiego Wodza Aho i jego dziewczynę – nieoficjalnych duchowych organizatorów festiwalu. Poczułem od razu szacunek i sympatię.
    Suchą Wiedźmę, która mówiąc o miłości i „Rainbow spirit”, napastowała wszystkich swoją kontrolą. Wzbudziła moją niechęć, której zawstydziłem się, gdy przyszła się pożegnać i poprosiła mnie o mój obrazek na pamiątkę.
   Eliasa Izraelitę, który siedem miesięcy wcześniej wyszedł z wojska i brał udział w wojnie w Gazie. Pewnego wieczoru śpiewał przy moim małym ognisku piękne hebrajskie pieśni i opowiadał, że w armii zawsze nosił ze sobą ukulele.
   Patricię Wróżkę, jego dziewczynę, Austriaczkę. Położyła moją głowę na kolanach i głaskała mnie po twarzy, szepcząc, żebym się nie martwił, bo wszystko będzie dobrze.
   Saszę Dumną Chudzinę, rosyjską, dziwną dziewczynę, którą pierwszy raz zobaczyłem, kiedy stała naga przy Głównym Ogniu. Później dużo rozmawialiśmy i nawet trochę się zaprzyjaźniliśmy. Klarnet, Klezmer i pewna niedostępność, która nie pozwoliła nam się bardziej zbliżyć. Dobra dziewczyna.

















Saszka


  Szalonego Biesa i jego przyjaciółkę, Sarenkową Babuleńkę. Bies, Rosjanin, tryskał energią, wyglądał jak ludowy diabeł z kozią brodą, grał na gitarze też jak diabeł, nosił jarmułkę i znał po angielsku może trzy słowa. Polubiłem go na umór. A Sarenkowa Babuleńka była z Białorusi i miała dwadzieścia lat. Ogromne, poczciwe oczy, słodki uśmiech, i jeszcze jakaś siła i opiekuńczość, jaką otaczała Szalonego Biesa.















Szalony Bies

 Dieduszkę, też z Rosji. Siedemdziesiąt lat, albo i więcej, zawsze chodził goły, grał na drewnianej grzechotce, gdzie tylko mógł, prosił o tytoń i śpiewał stare rosyjskie pieśni.
   Carlę i Willego – ona z Niemiec, on ze Szwecji. Mądrzy, spokojni, utalentowani. Trochę zdrowej ironii, otwartości, przyjacielskości. Trzymali się raczej na uboczu, ale czułem, że byłem dla nich na Rainbow najbliższą osobą. Zazdrościłem im dojrzałej, spokojnej miłości. Myślę, że się pobiorą i spędzą razem całe zrównoważone, spokojne życie. Carla super rysuje.























Carla i ja

  Barę Pędziwiatra, pięcioletnią rezolutną dziewczynkę, która co rano wołała do mnie „Ahoj” i kiedy tylko mogła, zaczepiała mnie i wyśmiewała. Oddałem jej moje dwa lizaki, którymi podzieliła się z jeszcze mniejszą siostrzyczką.
   Rastamana Drągala, Rumuna, rainbołowego chłopaka Saszy. Zjawił się nagi w trakcie organizacyjnej dyskusji. Przez chwilę zapanowała zdenerwowana cisza, spowodowana ogromnymi rozmiarami jego penisa.
   Romanę Prześmiewczynię, Czeszkę, sąsiadkę namiotową. Na pytanie, co robi, odpowiadała z czesko-irlandzkim akcentem: „some spirituals shit”. Myślałem najpierw, że jest przesiąknięta cynizmem, ale okazała się świetną kumpelą, a jej „spiritual shit” okazał się najsensowniejszym shitem ever.
   Olę Kaloryferkę, która ostatnią moją noc spędziła w moim namiocie. Pierwszy raz nie było mi w nocy zimno, a jej choinkowe światełka na baterie sprawiły, że moja miniaturowa brudna dwójka zamieniła się w przytulny domek.
   A później zjawiła się Dziewczyna w Czerwonej Sukience.

***

   To był Wieczorny Krąg. Zebrało nas się wokół ognia ze sto pięćdziesiąt osób. Wygłupy, rainbołowe piosenki, trzymanie się za ręce, łańcuchy pocałunków w dłoń albo w policzek, śmiechy.
   I wtedy ją zobaczyłem.
   Serce zaczęło walić jak młot, nogi mi zmiękły, zakręciło mi się w głowie. Stała po drugiej stronie kręgu, dosyć daleko, ale widziałem każdy szczegół. Szczuplutka, czarnowłosa, o wielkich brązowych oczach, które zwężały się najcudniej na świecie, kiedy się śmiała. A śmiała się ustami bardziej szerokimi niż przeciętne, ale szerokimi doskonale, perfekcyjnie. Wszystkie inne, standartowe usta przy jej ustach wydawały się zawstydzone swoją wąskością i nijakością. Dołki w wysoko podniesionych policzkach znajdowały się w doskonałych miejscach, niby wyjęte żywcem z romantycznych powieściowych cliche, i nagle nie były już cliche, ale jedynymi, unikalnymi, niepowtarzalnymi dołeczkami. Na drobnych, szczupłych ramionach wisiała czerwona sukienka do kolan, ukrywająca prawie nieistniejące piersi, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Zdziwiony uświadomiłem sobie, że od teraz, już na zawsze jestem wielbicielem małego biustu. Sukienka nie była w stanie ukryć za to jej pełnych bioder i wąskiej talii, która była stworzona do tego, żeby chwyciły ją męskie (moje) ręce, żeby podniosły do góry i żeby na kwiecistej łące wirować w stylu bollywoodzkim. Jej bosych stópek nie widziałem, bo zasłaniała je trawa, ale byłem pewny, że jej małe, doskonałe palce są dziełem geniusza natury albo Stwórcy.
   Nie miała więcej niż dwadzieścia lat. W jakiś nieuchwytny sposób nie pasowała do festiwalu. Widać, że nigdy nie miała do czynienia z tym hipisowskim światem.
   No i zakochałem się jak mały chłopiec. Cały wieczór nie spuszczałem z niej wzroku, śledząc i pożerając jej każdy gest, minę, uśmiech. Siedziała na tyle daleko, że mogłem sobie pozwolić na gapienie się, bez obawy zauważenia.
   Gdy już poszła spać, ja też uciekłem do namiotu i wsunąłem się do śpiwora pijany zauroczeniem.
   Zanim zasnąłem, przemknęło mi jeszcze przez głowę, że to pierwszy wieczór od roku, kiedy nie męczy mnie poczucie winy, samotność i żal.

***

   Mała dygresja: to nie jest romantyczne love story, to opowieść o czymś innym. Nie spletliśmy się w namiętnych uściskach, nie wyznaliśmy sobie miłości, nie okazaliśmy się ukochanymi z poprzedniego życia, którzy odnaleźli się po wiekach, nie porwałem jej ze sobą (choć chciałem), nawet nie porozmawialiśmy więcej niż trzy zdania. O tych trzech zdaniach zaraz opowiem.

***

   - Pablo, soy loco (Pablo, jestem wariatem).
   - Co się stało?
   - Zakochałem się.
   Pablo nachylił do mnie swoją ciemną, jezusową, andaluzyjską twarz.
   - Która? – zapytał z ciekawością i przyjazną drwiną.
   - Ta najpiękniejsza.
   - Najpiękniejsza jest Alice i jeśli chcesz możemy się o to pojedynkować – zadeklamował aktorsko.
   - Nie zgrywaj się. Taka młodziutka, w czerwonej sukience, o najsłodszych oczach z małymi piersiami.
   - Czerwona sukienka, ładne oczy, małe cycki. No tak, nawet niezła, choć za chuda jak na mój gust. No to dawaj, spróbuj, czemu nie?
   - Ja? Zwykły śmiertelnik i bogini? Chcesz, żebym umarł? Jeśli podejdę bliżej niż pięć metrów to spalę się na popiół, dostanę wylewu i zacznę się jąkać. A zresztą nie pamiętasz, co stało się z Alice?
   Przez twarz Pabla przebiegła ciemna chmura. Zauroczył się w Alice. Wyznał mi to dwa dni wcześniej. Poradziłem mu, żeby jej to powiedział. Dostał paskudnego kosza, a później Alice związała się z przystojnym Wenezuelczykiem, który świetnie tańczył i miał gadane.
   - No to co planujesz zrobić? – zapytał.
   - Jak to co? Będę patrzył na nią, jak zakochane cielę, wyobrażał sobie, że mamy dzieci, dom i kochamy się na śmierć. Później pojadę do domu i będę żałował, że nic nie zrobiłem. A później zestarzeję się samotnie w przytułku i zakończę swój pełen znoju żywot.
   - Muy bien! – Pablo aprobująco wystawił kciuk.

   Koło południa wpadłem na pomysł. Narysuję jej obrazek. Na razie wolałem nie myśleć o tym, jak go podaruję. Nawet jeśli udałoby mi się przełamać nieśmiałość, to jeszcze musiałbym wybrać moment, kiedy ona jest sama, a takich momentów nie widziałem do tej pory.
   Usiadłem przed namiotem ze szkicownikiem i kredkami. Dosiadł się Pablo, Alice, Juliette, Jaman, Willy i Carla. Gadaliśmy sobie o bzdurkach, ale w dziewięćdziesięciu procentach byłem skupiony na rysowaniu. Rysunek wyglądał tak: na środku okrągłej wzorzystej ramki stała Dziewczyna w Czerwonej Sukience. Nie miała kwietnego wianka, a w ręku zamiast badylka trzymała motylka. Obok stał baśniowy wielki kot, nad głową słońce, księżyc i gwiazda. Włożyłem w to całe serce i byłem coraz bardziej zadowolony z rezultatu.
   Pablo, popatrzył mi przez ramię.
   - Widzę, skąd czerpiesz inspirację – powiedział konspiracyjnie. Niewystarczająco konspiracyjnie, bo Juliette i Alice zaczęły wołać:
   - Pokaż, pokaż, kogo tam rysujesz!
   Podałem z ociąganiem notatnik. Na twarzy Alice pojawił się wielki uśmiech.
   - Czy to ta nowa dziewczyna? Czyżby ktoś tu się zabujał? – powiedziała z udana powagą.
   Pablo parsknął śmiechem.
   - Już starczy. Oddawajcie – wyciągnąłem rękę.
   - Nie wściekaj się. No i poważnie, świetnie ci to wyszło. Powinieneś jej to dać w prezencie – powiedziała Alice.
   - Nie, coś ty, nie mam dziesięciu lat, nie będę się wygłupiał… - Ociągałem się, żeby powiedzieć prawdę.
   Pablo popatrzył uważnie.
   - Serio mówisz?
   - No dobra, dziś wieczorem jej to dam.
   Dziewczyny zaklaskały
   - Masz jaja – powiedział Pablo i poklepał mnie po plecach.
 
   Wieczorny Krąg był niesamowity. Po kolacji zaczęło się granie. Chwyciłem wolny jambey i przejąłem prowadzenie sekcji rytmicznej. Graliśmy chyba z dwie godziny bez przerwy. Dołączyli się wyjątkowo dobrzy muzycy, z gitarami, ukulelami, harfami, melodykami. Pieśni współgrały ze mną, wzruszały, wznosiły, podobnie jak bliskość ze wszystkimi, poczucie połączenia i braterstwa. Po prostu czad.
   Gdy trochę ucichło, oddałem komuś bęben i usiadłem obok Saszy, nie spuszczając oczu z Dziewczyny w Czerwonej Sukience. Czekałem na moment, kiedy będzie sama. Ciągle jednak ktoś wokół niej był. Trzy przyjaciółki bez przerwy, a oprócz tego faceci, którzy próbowali się zbliżyć i zaimponować jej. Szczególnie nachalny był Argentyńczyk z Trąbką, który już na dobre zagościł na mojej czarnej rainbołowej liście.
   Myślałem, że już dam sobie spokój i wrócę do namiotu na tarczy, ale nagle Dziewczyna w Czerwonej Sukience wstała i wyszła z kręgu po bluzę leżącą kilka metrów dalej. Nabrałem powietrza w płuca, wstałem i podbiegłem.
   - Cześć – zagadałem po angielsku, nie mając pojęcia o jej narodowości.
   - Cześć – odpowiedziała z chyba czeskim akcentem. Widać, że była trochę zaskoczona moim nagłym podbiegiem.
   - Mam coś dla ciebie – wyciągnąłem trzęsącą się rękę z obrazkiem.
   - Dla mnie? – powiedziała z niedowierzaniem i przyjęła podarunek.
   - Narysowałem to dzisiaj.
   Chciałem jeszcze coś dodać, zapytać o imię, jakoś z sensem to zakończyć, ale głos mnie zawiódł. Staliśmy jeszcze parę sekund w ciszy, zamrożeni w chwili pełnej jej nieśmiałego, zaskoczonego uśmiechu, po czym pomachałem jej niezdarnie ręką i odszedłem tak szybko jak mogłem. Miałem tylko nadzieję, że jest mi blisko do nieśmiałej wersji amanta w wykonaniu Hugh Granta (choć podejrzewałem, że raczej wyglądałem jak Forest Gamp).
   Dziewczyna w Czerwonej Sukience wróciła do kręgu, powiedziała coś do koleżanek i wskazała na mnie ręką. Te popatrzyły najpierw na mnie, po czym zaciekawione nachyliły się nad rysunkiem. Po chwili Dziewczyna w Czerwonej Sukience podniosła głowę z nad kartki i uśmiechnęła się do mnie.
   - Co się właśnie tutaj stało? – zapytała Sasza, która obserwowała całą scenę.
   Opowiedziałem jej w skrócie o sytuacji. Przytuliła mnie do piersi.
   - Ah, ty biedaku. Jak się teraz czujesz? – zapytała troskliwie.
   - Nie wiem. Dobrze, głupio, odważnie, zażenowanie, szczęśliwie i smutno.

***

   Rano miałem paskudnego moralniaka. Zastanawiałem się, czy może się nie zwinąć już do domu, żeby nie musieć przełykać wstydu, kiedy spotkam się z nią na Porannym Kręgu. No ale jakoś pozbierałem się do kupy, stwierdziłem, że nie zrobiłem przecież nic głupiego (powtórzyłem sobie to kilka razy, żeby lepiej utkwiło i żebym uwierzył, że to prawda).
   Zagotowałem wodę przy ognisku, zaparzyłem herbatę. Z braku cukru wrzuciłem do kubka parę łyżek powideł śliwkowych. Nie wyglądało najlepiej, ale smakowało wyjątkowo dobrze. Włączyłem Kindla.
   Z namiotu obok wyczołgała się Romana. Popatrzyła na mój kubek.
   - Skąd masz herbatę? – zapytała.
   - Chodź, jest dość dla ciebie. Jeśli lubisz herbatę z powidłami.
   Skrzywiła się, ale podeszła i pociągnęła nieufnego łyka.
   - Paskudne, ale może być. Przynajmniej gorące – powiedziała i usiadła obok.
   Skręciliśmy po papierosie i paliliśmy w ciszy przez chwilę.
   - Chcesz iść na piwo? – zapytałem.
   Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
   - Piwo? Na Rainbow?
   - Przecież nie tutaj. Niedaleko jest schronisko, mają tam bar.
   Romana wzruszyła ramionami.
   - Czemu nie?

   Po drodze okazało się, że Romana zajmuje się duchowo-psychologicznym doradztwem. Rozmawialiśmy o ciemnej nocy duszy, o naszych przeżyciach, poglądach, niedawnym rozwodzie. Przy okazji wyszło też moje zauroczenie.
   - I jak się czujesz z tym wszystkim? – zapytała zaciekawiona. – Planujesz ją zdobyć?
   Machnąłem ręką.
   - Jasne, że bym chciał, ale to nierealne. Zresztą, nie o to chodzi. Ta sprawa jest dla mnie ważna w inny sposób. Wiem, że to zwykłe zauroczenie. Nie mam pojęcia, kim jest ta dziewczyna. Może jest głupia, albo łatwa, albo jak najbardziej normalna, albo zajebista. Chodzi raczej o to, co się stało we mnie.
   - Zresetowała cię – powiedziała domyślnie Romana.
   - Właśnie tak. Wiesz, że od dnia, którego odeszła moja żona, byłem codziennie nieszczęśliwy? Nie było dnia, żebym nie myślał, jak bardzo spieprzyłem sobie życie, żebym nie wspominał naszych wspólnych przeżyć, żebym nie był zły na siebie albo na nią. Dość miałem tego ciągłego obwiniania się, użalania, poczucia bycia zdradzonym, choć to ja przecież zdradziłem. I teraz… Od dwóch dni czuję się inaczej.
   Doszliśmy do Chaty na Końcu Świata. Zamówiłem dwa borówkowe piwa.
   - Myślisz, że to szczęście, to uczucie, które masz teraz, płynie od niej? – zapytała.
   Pokręciłem głową.
   - Wiem, że szczęście jest we mnie, nie na zewnątrz. Rozumiem te sprawy. Jednak jest dla mnie za wcześnie. Samotność mnie paraliżuje, oblepia. I teraz, dzięki tej nieznajomej dziewczynie uwierzyłem, że ciągle mogę kogoś pokochać. Że moje serce nie umarło wraz z odejściem Tani. Nie wiem, kim będzie ta osoba, kiedy ją spotkam i czy w ogóle jakąś spotkam w tym życiu, ale spadł mi z serca ogromny ciężar. Jakby w kilka dni wróciło do mnie życie. Samotność straciła nagle swój ciężar. Najgorszy jest brak nadziei. A z nadzieją wszystko jest możliwe.
   Romana się zaśmiała.
   - Może powinieneś zostać terapeutą – powiedziała żartobliwie. – Planujesz coś jeszcze zrobić w kierunku tej twojej piękności?
   Pokręciłem głową.
   - Swoje zrobiłem, dałem jej do zrozumienia, że mi się podoba, teraz jej kolej. Ale nie wydaje mi się, żeby coś z tego wyszło. Młoda, piękna dziewczyna, otoczona przez wielbicieli, zachłystująca się uwagą, młodością, popularnością. Nie jestem typem, który mógłby włączyć się we współzawodnictwo o jej względy. Czułbym się jak idiota.
   - Wiesz, co ja myślę? – powiedziała Romana, odpalając kolejnego papierosa. Też zacząłem skręcać dla siebie. – Że karmiczne związki mogą być różne. Wyobraź sobie, że spotkałeś tę dziewczynę wcześniej, gdzieś na astralnym planie, albo w innym życiu. I tam się umówiliście, że pojawi się w tym momencie życia, żeby wyciągnąć cię z koleiny, w której utknąłeś, żeby znów dać ci nadzieję. Podobnie twoja kochanka, przez którą się rozwiodłeś. Mówiłeś, że już parę lat wcześniej nie byłeś szczęśliwy. Może twój romans miał jakiś głębszy sens. Może ty i twoja żona utknęliście w czymś, i tamta dziewczyna zjawiła się, żeby pomóc wam ruszyć dalej. Mogę mieć rację? – zapytała.
   - Myślę, że masz.
   - Jeszcze po piwku?
   Uśmiechnąłem się.
   - Jasne. Fajnie jest czasami złamać parę zasad.

***

  Po kolei zaczęli wyjeżdżać moi najbliżsi znajomi. Pablo, Alice, Juliette, Carla i Willy wyjechali jednego dnia, później zwinął się Elias z Patricią.
   Poczułem, że też na mnie czas. Chciałbym zostać dłużej, ale urlop kończył mi się za tydzień, a przed wyjazdem do Londynu chciałem spędzić jeszcze trochę czasu z rodziną.
   W sobotę rano spakowałem namiot. Postanowiłem wyruszyć po Porannym Kręgu (który wbrew nazwie odbywał się zwykle między dwunastą a drugą). Z nostalgią kucnąłem po raz ostatni nad shit pitem. Później rozpaliłem na nowo ognisko, przy którym w nocy grzał się Hinek i Pet (Portugalska podróżniczka). Po nocnych namiętnych hałasach wiedziałem, że grzali się nie tylko ogniem, ale nie zazdrościłem. Raczej ogarnęła mnie prawie ojcowska czułość. Poprawiłem na nich koc i zagrzałem wodę na herbatę. Skończył mi się tytoń, więc poszedłem na spacer, szukając nielicznych obudzonych palaczy.
   Później wstała Ola, która spędziła ze mną noc w namiocie (do niczego nie doszło, chcieliśmy się po prostu przytulić i ogrzać). Zagrałem jej cichutko kilka moich piosenek. Obudził się Hinek, pożartowaliśmy razem, aż w końcu oboje gdzieś poszli.
   Wtedy wstała Romana. Miała ogromną ochotę na kawę. Ognisko na nowo wygasło, ale kilka namiotów dalej ktoś rozpalił swoje, więc podeszliśmy razem. Siedziała tam między innymi Dziewczyna w Czerwonej Sukience. Zaczerwieniłem się jak burak, ale dałem radę zagadać. Przywitaliśmy się ze wszystkimi, położyliśmy na ogniu kubek z wodą. Romana udawała, że nie wie, jak się czuję, ale mrugnęła mi porozumiewawczo.
   Później był mój ostatni krąg. Usiadłem razem z Adamem, Gają, Julką i Sebastianem (bardzo miła, przyjacielska para z Lublinca). Umówiliśmy się na pożegnalne piwo w Chacie na Końcu Świata. Dołączyła do nas Romana. Wreszcie zabrałem plecak i ruszyłem przez obóz, żegnając się ze znajomymi. Smutny był klimat. Rozmowa się nie kleiła za bardzo.
   Okazało się, że bar był zamknięty. Staliśmy tak przez chwile, aż wreszcie zaczęliśmy się ściskać. Uroniłem parę łez. No i poszedłem w siną dal.
 

















Pablo, ja, Willy, Sasza

Saturday, 8 August 2015

Północ właśnie minęła





















   Północ właśnie minęła. Słucham Karla Kryla. Fajna nuta, szczególnie o tej porze. Współgra z nocą, winem, książką, przy której kleją mi się już oczy, ale nie chcę przestać. Smutno, ale dobrze. Jedna z tych nocy, kiedy nie szarpię się, pogodzony z sobą.
   Pojechałem dziś na Londyn rowerem. Zjadłem coś w świątyni, później leżałem na Soho Square, ćmiłem vape'a i czytałem Siergieja Łukjanienko. Ściągnąłem na kindla wszystkie jego książki i czytam jak leci, jedna za drugą. Lubię Rosjan, współgra ze mną ich literatura, podejście do świata: mieszanka determinizmu i buntu, które jakoś się nie wykluczają. Bohater wie, że nie ma szans w starciu z chaotycznym, bezwzględnym światem, ale mimo zagubienia i przekonania o przegranej i tak się buntuje, staje po stronie prawdy. Tak było u Strugackich, Dmitriego Glukhovskiego i u Łukjanienki. Chyba tak z ich narodowej historii to wszystko wychodzi.
   W poniedziałek jadę do Polski. Autobusem, bo bilety na samolot były dwa razy droższe. Dwadzieścia cztery godziny drogi, ale doładuję kindla na maksa i się nie martwię. Zresztą lubię tak podróżować. Przypominaja mi się stare czasy, kiedy nawet do Hiszpanii jeździłem autobusem. Zmieniające się widoki, języki w radiu, napisy na znakach. Lepiej niż samolotem, bardziej naturalnie.
   Dla dzieciaków mam x-boxa. Kiedy jeszcze mieszkałem w Lewisham, Mariusz znalazł na ulicy w dobrym stanie, razem z monitorem i padami. Ucieszą się maluchy.
   Mam nadzieję, że złapię się jeszcze na kawałek lata. Chce mi się popływać w rzece.
   Nie chce mi się natomiast wracać do pracy. Straszny brak motywacji. Siedzieć w Londynie, codziennie do pracy, budować karierę, szkolenia, męczenie się z ludźmi. No ale nie mam pomysłu na nic innego w tym momencie, więc wrócę.
   Przeczytam jeszcze parę stron i pewnie mnie zetnie.
   Na razie.