Thursday, 30 April 2009

Z życia mnicha 1.



W latach 1996 – 1999 byłem mnichem. Spędziłem te kilka lat w aśramie Kryszny, poszukując siebie i Boga, próbując znaleźć sens życia, przyjaciół, mistrza i spokój. Był to wspaniały, mistyczny czas, choć nie brakowało w nim zmagań, trudności i wątpliwości – jaka jednak ścieżka duchowa może być pozbawiona tych rzeczy? Zapraszam do wspólnej podróży...


1. Poranek.


Jak codziennie, obudziły mnie ciche głosy i człapanie bosych stóp. Gdzieś w innym pokoju zaterkotał budzik. Ktoś zwijał śpiwór, ktoś inny zahaczył mnie karimatą. Z odległej świątynki płynęły melodyjne i ledwo słyszalne dźwięki dzwoneczka, który przegrywał jednak z coraz głośniejszym pluskiem wody, dobiegającym z łazienki obok. „Ale bym jeszcze pospał” – zdążyłem pomyśleć, kiedy ktoś włączył światło. Otworzyłem oczy. Dookoła krzątali się moi współtowarzysze. Mnisi o całej palecie twarzy – poważnych, rozespanych, uśmiechniętych, nieobecnych, skoncentrowanych. Gdyby zjawił się teraz tutaj ktoś z ulicy, doznałby szoku. Ogolone głowy, z potarganym wiechciem, sterczących z czubka głowy, włosów, dźwięk nieznanych modlitw, obce symbole, malowane na ciele grudką białej, mokrej glinki… Dla mnie była to jednak codzienność, pełna swojskości i normalności.

Wreszcie usiadłem i spojrzałem na leżący obok poduszki zegarek. 3:50. Mógłbym jeszcze z dziesięć minut pospać, ale wiedziałem, że wcale nie będzie łatwiej wyrwać mi się wtedy z uchwytu snu. Wyczołgałem się ze śpiwora, złożyłem pokłon i wyszeptałem poranną modlitwę, którą zawsze witałem dzień.

Część chłopaków jeszcze spała, ale już za chwilę, z podłogi miały zniknąć ostatnie karimaty. Podreptałem do łazienki i zacząłem spłukiwać z siebie resztki porannego otępienia. Z każdym dzbankiem chłodnej wody, który wylewałem na siebie, czułem się coraz trzeźwiejszy. Choć pierwsze wrażenie nie było raczej przyjemne i zwykle kusił mnie kurek z gorącą wodą, to wiedziałem, że jeśli nie ulegnę, wyjdzie mi to tylko na zdrowie. Kiedyś nikt nie namówiłby mnie na zimny prysznic; wyrzeczenia kojarzyły mi się jedynie z suchymi pustelnikami, którzy porzucając świat, stracili gdzieś po drodze człowieczeństwo. Dopiero tutaj zdałem sobie sprawę, jak ożywcze może być świadome odrzucanie wygód i ile radości daje przezwyciężanie swoich słabości.

Za oknem było jeszcze ciemno. Listopadowy świt dopiero później miał przywitać mnie szarym, deszczowym niebem i nagimi gałęziami lip oraz jesionów. Jak na razie, czarna szyba oddzielała nas od świata na zewnątrz. Po tej stronie rzeczywistości było ciepło, przyciemnione światło rozlewało się po całym budynku złocistym blaskiem, a ciche, krzątające się postacie mnichów, napawały mnie otuchą.

Po kąpieli, założyłem szafranowe dhoti, namalowałem na czole tilak** i jako, że było już prawie w pół do piątej, zbiegłem po schodach, do świątynki na parterze.

Świątynią był duży pokój, dawniej sala bilardowa i dyskoteka, o czym świadczyły, ciągle wyraźne, zagłębienia w drewnianym parkiecie, pozostawione po butach na wysokim obcasie. Nikt pewnie nie przypuszczał, że dom schadzek, zamieni się kiedyś w hinduski aśram. Teraz, zamiast pijanych biznesmenów i wymalowanych, płatnych dziewczyn, pokój zapełniali spokojni, poważni mnisi, których ledwie było widać, w przytulnym półmroku pomieszczenia.




Kiedy wszedłem do środka, świątynka była już pełna. Po lewej stronie, prawie niewidoczne, stały kobiety, owinięte w kolorowe sari i czadary. Część z nich skromnie opuściła oczy, reszta z oczekiwaniem spoglądała w kierunku zasłoniętego jeszcze ołtarza. Mężczyźni, szczególnie ci młodsi, starali się ostentacyjnie nie patrzeć w stronę dziewczyn. Większość stała w milczeniu, czekając na rozpoczęcie modlitw. Niektórzy, przewracając w ręku korale, prawie bezgłośnie intonowali mantry.

Rozejrzałem się, próbując wypatrzyć swoich rówieśników. W kącie, pod ścianą zobaczyłem Sebastiana i Bartka, przecisnąłem się więc w ich kierunku, starając się nie rozpychać za bardzo. Przywitaliśmy się uśmiechami. Bartek wyszeptał mi na ucho, że za cholerę nie mógł wstać i gdyby Martanda*** nie zwlókł go z łóżka, pewnie spałby smacznie przynajmniej do siódmej. Spytałem cicho kiedy jedzie do domu, żeby trochę odpocząć, ale nie zdążył mi odpowiedzieć, ponieważ Vanamali przyłożył palec do nosa i syknął na nas karcąco. „Później pogadamy” – rzuciłem jeszcze, kiedy rozległ się dźwięk konchy.

Wstrzymałem oddech, wpatrując się w kurtynę, która zasłaniała mały ołtarzyk w rogu. Pujari**** zadąwszy w konchę trzy razy, odłożył ją na mały stolik i wreszcie, jak co rano, zaczął powoli odsuwać zasłonę. Złote światło zalało pokój i wszyscy złożyliśmy pokłon. Leżąc na podłodze, zamknąłem oczy i wyszeptałem modlitwę, prosząc Najwyższego o opiekę oraz o to, żebym czuł Jego obecność przez cały dzień. Jak każdego dnia o tej porze, czerpałem radość z poczucia niezwykłości i szczególności tego momentu. Czułem dumę i lekkość, myśląc, że jestem tutaj i najbliższe parę godzin spędzę na modlitwie, otoczony duchowymi astronautami, jak ja sam.

Ktoś zaczął śpiewać. To Viśvarupa, swoim lekko chrypiącym głosem, rozpoczął poranną pieśń. Viśvarupa nie śpiewał zbyt dobrze, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Była to stara pieśń, mówiąca o tym, jak bardzo potrzebujemy pomocy, że świat jest płonącym lasem i tylko deszcz może ugasić ten pożar. Po chwili wszyscy dołączyliśmy do niego i kołysząc się delikatnie, powtarzaliśmy za nim mądre słowa, napisane kilkaset lat temu, przez indyjskich mędrców.

Jak co rano musiałem walczyć ze snem, i jak co rano próbowały mnie obleźć nachalne urywki myśli: obrazy z przeszłości, plany na przyszłość, że czeka mnie dentysta, że zostało mi w szafce jeszcze trochę słodyczy z niedzielnej uczty, że się nie nadaję, brązowe oczy nowej mieszkanki aśramu…

Melodia zaczęła nabierać coraz większego tempa. Dźwięk bębnów, dzwoneczków i słowa pieśni pozwoliły mi w końcu wzbić się ponad szum umysłu. Razem z innymi zacząłem kołysać się coraz szybciej. Bartek stanął z boku. Mogłem widzieć, że nie czuje się dziś najlepiej. Uśmiechnąłem się do niego i pomachałem przyjaźnie ręką. Odpowiedział niechętnym ruchem głowy, próbując ukryć zmieszanie pod nonszalanckim uśmiechem.

Kołysanie niezauważalnie przeszło w ognisty taniec. Z imionami Boga na ustach skakaliśmy, jak nam się wydawało, prawie pod sam sufit. Objęliśmy się z Marcinem i Sebastianem za szyje i zaczęliśmy wirować jak szaleni, nie potrafiąc powstrzymać wesołego śmiechu. Byliśmy młodzi, zdrowi i przede wszystkim wolni. Wiedzieliśmy, że tam za oknem, cały świat pogrążony jest jeszcze w ciemności snu, ale tutaj, w tym pachnącym kadzidełkami i potem miejscu, pełnym kolorowych, uśmiechniętych ludzi, panował już dzień. Uwielbiałem ten moment porannego wariactwa, kiedy radość istnienia wylewała się z nas w sposób niekontrolowany, kiedy muzyka i taniec w słodkim crescendo, pozwalały dotknąć czegoś niezwykłego, w nas samych, w środku, do czego zwykle nie mamy dostępu. Czystą jaźń, pełną blasku, światła i miłości, którą od tysięcy lat próbują poznać i opisać mędrcy, jogini, święci, Chrześcijanie, Muzułmanie, wolni strzelcy…

Kiedy pieśń umilkła, złożyliśmy pokłon, znów przywołując modlitwą boską opiekę i pomyślność. Po chwili umilkł dźwięk głosów i wszyscy podnieśli się na nogi, wycierając spocone czoła rąbkami dhoti lub sari. Wymknąłem się jeszcze do łazienki i po chwili wróciłem, żeby oddać się cichej, tym razem, modlitwie.

Usiadłem wygodnie przed ołtarzem i wpatrując się w Bóstwo, wziąłem do ręki korale. Po chwili mój szept dołączył do szeleszczącego chóru reszty mnichów. Czerń za oknem zaczęła nabierać szaro - brunatnych odcieni. Byłem już w stanie rozróżnić kształty drzew i budynków, choć jeszcze przynajmniej godzina dzieliła nas od świtu. Starałem się jednak nie wybiegać myślami tak daleko. Teraz stałem się samotną iskrą, na szczycie wysokiej góry, skąd mogłem cicho wołać, prosząc o światło. Moja modlitwa stopiła się z dźwiękiem, pierwszego tego dnia samochodu, krakaniem wrony i cichym bębnieniem deszczu o szybę. Wreszcie byłem tu i teraz.



*dhoti - tradycyjny strój męski noszony w Indiach składający się z upiętego w pasie kawałka materiału (bawełna, jedwab). Dhoti występuje zwykle w jasnych kolorach (białym, szarym, jasnobrązowym, żółtym itp.). Kolor szafranowy zarezerwowany jest dla mnichów żyjących w celibacie

** tilak - w hinduizmie jest to znak na ciele, głównie na czole, przeważnie z glinki lub papki sandałowej, pozwalający odróżnić tradycję, do której należy właściciel tilaki. Glina niezbędna do wykonania tilaki wydobywana jest ze świętej rzeki lub jeziora.

***Martanda – adepci duchowi, w ścieżkach wywodzących się z Hinduizmu, często, w czasie inicjacji, otrzymują nowe imię, co symbolizuje rozpoczęcie nowego życia.

****pujari – kapłan w świątyni.

c.d.n.


Wednesday, 29 April 2009

Z życia mnicha - wstęp.



Wstęp.

W latach 1996 – 1999 byłem mnichem. Spędziłem te kilka lat w aśramie Kryszny, poszukując siebie i Boga, próbując znaleźć sens życia, przyjaciół, mistrza i spokój. Był to wspaniały, mistyczny czas, choć nie brakowało w nim zmagań, trudności i wątpliwości – jaka jednak ścieżka duchowa może być pozbawiona tych rzeczy?

Pamiętam dni, kiedy ogarniała mnie niekontrolowana radość życia i poczucie wolności, oraz związku z Absolutem. Pamiętam też momenty cichej desperacji, kiedy wszystko szło nie tak jak powinno, a wątpliwości i smutek podkopywały moją wiarę w sens podróży, której się podjąłem.

Większość jednak czasu, życie jakie prowadziłem było zwykłe i zabarwione codziennością (choć rzadko nudą). Dzieliłem je z przyjaciółmi, z którymi połączył mnie los, żebyśmy wszyscy mogli się czegoś od siebie nauczyć. Było to życie obowiązków, ale i ucieczki, posłuszeństwa, choć częściej buntu, ludzkich namiętności i cennych, rzadkich chwil uniesienia, w zetknięciu z czymś, co było większe ode mnie i od wszystkiego co znałem.

Pewnego dnia, zastanawiając się nad projektami literackimi, których mógłbym się podjąć, pojawiła się w mojej głowie myśl: a dlaczego nie napisać by o tamtym okresie?
Postanowiłem więc stworzyć serię krótkich szkiców, opisujących codzienność, ale i magię tamtego okresu.

Rozluźnij więc krawat przyjacielu. Oprzyj się wygodnie i wyobraź sobie, że zamiast gęstej czupryny, masz gładko ogoloną głowę, a zamiast dżinsów, szafranowe szaty. Pomyśl o tym, że wstałeś o czwartej rano, wziąłeś zimny prysznic i następne dwie godziny spędziłeś na wołaniu do Wszechświata i walce ze snem. A później świt ogłosił nadejście nowego dnia, który już czekał na ciebie z szerokim (być może nawet szelmowskim) uśmiechem i z dłońmi pełnymi niespodzianek.

Zapraszam do wspólnej podróży…

c.d.n.

Prawdziwy smak flamenco.


Fabian Perez - "Tablado flamenco"

Prawdziwy smak flamenco.
(Fragment z "Byli też ciemnoocy...)

Około dziewiątej wieczorem leżałem już w łóżku, skacząc po ośmiu dostępnych kanałach telewizyjnych. Zadzwonił telefon. To Eduardo zapraszał mnie do baru, gdzie tej nocy grali flamenco. Miałem do wyboru – zostać ze swoją melancholią i czarnymi myślami, oglądając hiszpańskich „Milionerów”, w ciasnym pokoiku hotelowym, albo wziąć ją (melancholię) na koncert flamenco, gdzie być może pozwoliłaby mi bardziej wczuć się w żałosne i ochrypłe skargi cygańskich artystów.

Bar nazywał się Estrella, co znaczy „gwiazda” i leżał ukryty w małej uliczce, której koniec wychodził na Plaza Nueva (czyżby wszystkie drogi prowadziły na Plaza Nueva?).

Kiedy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy pierwszymi klientami, więc z zadowoleniem zajęliśmy miejsca w ciasnym pomieszczeniu, które, jak mówił Eduardo, w ciągu kilkunastu minut będzie zapchane do granic możliwości.

Faktycznie, po chwili ludzie głośną falą zaczęli wlewać się do środka. Najwidoczniej wszyscy się znali i co chwila ktoś witał barmana głośnym okrzykiem, objęciem, albo nawet cmoknięciem w policzek. Nie zauważyłem nawet, kiedy zjawili się muzycy, ale w sumie połowa z tych ludzi wyglądała, jakby zaraz miała wziąć do ręki gitary i zacząć zawodzić o andaluzyjskich tęsknotach. Później, już w trakcie koncertu, większość z nich bezgłośnie i nieomylnie powtarzała słowa piosenek, śpiewanych przez dwójkę artystów.

Z tłumu szczególnie wyróżniała się jedna postać. Był to stary Cygan, o przenikliwych, ciemnych oczach i kręconych włosach, tak czarnych, że prawie granatowych. Wyglądał jak skrzyżowanie indiańskiego wodza i Al Pacino. Spytałem o niego Eduarda. Wyszeptał mi na ucho, że jest to słynny Manuel Arana, który urodził się w jaskiniach Sacromonte i całe życie poświęcił flamenco. Można go spotkać na każdej większej juerdze. Sam jest wyśmienitym śpiewakiem i gitarzystą, legendą Granady. Eduardo dodał, że skoro zjawił się tego wieczoru w Estrelli, oznacza to, że dzisiejsi artyści muszą być naprawdę dobrzy.

Facet miał coś w sobie i ciężko było mi oderwać oczy od jego wyprostowanej, dumnej postaci. Później, kiedy zaczął się już koncert, Manuel Arana, z zamkniętymi oczami zaczął kołysać się do transowego rytmu, śpiewając cicho do siebie, albo wyrażając swoje uznanie głośnymi „Ole!”, „Pero como toca!”, „Escucha a esta chica!”.

Muzyków było dwoje. Gitarzystą był jowialnie, może nawet trochę komediowo wyglądający ciemny Andaluzyjczyk, o ogromnym nosie i wielkich, śmiejących się oczach. Wyglądał jak przerysowana postać z „Don Kichota”, ale jakiekolwiek pozory śmieszności zniknęły bez śladu, kiedy zamknął oczy i zaczął mistrzowsko uderzać w struny, albo delikatnie muskać je opuszkami palców.

Towarzyszyła mu kobieta, około czterdziestki, o głosie tak ochrypłym i smutnym, że w niektórych momentach wydawało się, jakby jej struny głosowe miały zaraz pęknąć, nie będąc w stanie znieść więcej alkoholu, dymu i śpiewu.

Spodziewałem się czegoś innego. Oczekiwałem, tak jak wczoraj, żywego rytmu i melodyjnych piosenek, ale to co dostałem, było kompletnie innym doświadczeniem. Czasami dźwięk gitary zniżał się prawie do szeptu, żeby nagle wybuchnąć szorstkim akordem, po którym następowała cała seria prawie jazzowych improwizacji. Dziewczyna zwykle zaczynała piosenkę dosyć cicho, sama wyklaskując sobie rytm, za to pod koniec pieśń przechodziła w krzyk, przeraźliwą skargę na zły los, a nawet płacz. W pewnym momencie naprawdę zaczęła głośno szlochać i w tym szlochu zgubiła się granica pomiędzy tym, co było tylko przedstawieniem, a jej prawdziwymi emocjami, co miejscowi znawcy przywitali głośnym aplauzem i serią pełnych podziwu „Ole!”.

Śmiało mogę powiedzieć, że to był pierwszy raz w życiu, kiedy naprawdę poczułem flamenco i nie mam na myśli współczesnych, melodyjnych zespołów grających tzw. fusion, jak np. Ojos de Brujo, ale prawdziwe, czyste flamenco, roots. Żałuję, że nie potrafię opisać tego wszystkiego lepiej.


Capullo de Jerez.

Tuesday, 28 April 2009

Wspomnienia z Granady - 2009.




Wspomnienia z Granady - 2009.

(fragment z "Byli też ciemnoocy...")


Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód.


Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy tam dotarłem, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc, całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.



Myślę, że mogłem wtedy lepiej skorzystać ze spędzonego tam czasu. Po pierwsze, w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko dziesięć euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.


Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż pięć euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.


Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie.



Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.


Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.


Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty, dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.



- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.

Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.

- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.

Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.


Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu dziesięć euro.

- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.

Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.


Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni przed naszym spotkaniem. Pierwszy raz zobaczyłem go na dworcu w Maladze, kiedy czekałem na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.


Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi jak znalazł się na dnie. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.


Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.


Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.

- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!

Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.

Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.


Monday, 27 April 2009

Mistyka.


Ronald Companoca -El Viaje de la Luna.

MISTYKA

Trzeba by troszkę mistyki
Wyłowić z przerębli
Środek grudnia, zimno jak diabli
A w głowie tylko nagie fakty
Zmartwienia i troski
Codzienny znój
Pieniądze
Jutro

Gdzie mistyczny dźwięk? Trochę mistyki wyłowić trzeba
Trzeba znów naoliwić skrzydła
I korkociągiem w nocne niebo się wzbić
Otrząsnąć z cyfr kościanych
I słomianych literek
Jestem zmęczony codziennością...

Sunday, 26 April 2009

Taniec


TANIEC

Zbudźmy potwora!
Zbierzmy się przed jaskinią
i zanućmy sprośne piosenki.
Zawyjmy jak wilki
i zbudźmy potwora.

Ludzie śpią w swoich domach
a straceńcy nie śpią wcale-
całe ich życie to sen
.

Zbudźmy potwora!
Ludzie zwijają się w kule
i pokrywają muszlami i naroślami,
a straceńcy tańczą nago,
odsłonięci,
gotowi na przyjęcie ciosów,
a ciosy od życia
są jak pchnięcia dłutem-
boski Rzeźbiarz
wybiera tylko żywą skałę

Zbudźmy potwora!
O zbudźmy go,
zanućmy sprośne piosenki.

Wiem, że którejś pochmurnej nocy,
spotkamy się na wzgórzu.
Czekam zawsze niedaleko księżyca
i wypatruję twojej miotły...

Saturday, 25 April 2009

Religia jest jedna.


Sri Caitanya Mahaprabhu

Religia jest jedna.
(z "Saints of Bengal" dr. Kapoora)

Nagle do środka wszedł pustelnik, który wdał się w ożywioną rozmowę z Barha Babajim.

- Zanim wyjdziesz, o panie – powiedział- mógłbyś mi powiedzieć do której grupy należysz?
- Grupy? O jakiej grupie mówisz mój bracie? Bóg jest jeden i wszyscy należą tylko i wyłącznie do Niego!
- Tak panie, to prawda, ale przecież istnieje tyle różnych wyznań i każdy podąża jednym z nich. Pytam właśnie o to.
- Tak naprawdę różne wyznania są jedynie różnymi sposobami na które ludzie rozumieją tą samą Wieczną Prawdę. Wszystkie różnice giną, kiedy wyznawca staje twarzą w twarz z Prawdą. Różne wyznania reprezentują różne szkoły myśli w naszych wysiłkach zrozumienia Boskiej Idei. Są to ścieżki, które mogą i które powinny być zjednoczone i pogodzone w harmonijnej całości, która jest tkaniną Doskonałej Religii całego świata.
- Ale przecież istnieją różne grupy i chciałbym wiedzieć do której ty należysz.
- Nie podoba mi się słowo „grupa”, które zakłada podziały i granice. W rzeczywistości religia jest niepodzielną całością, która zawiera w sobie wszystkie te różne koncepcje, na różnych etapach duchowej ewolucji. Ciągle jednak jest jednością. Niektórzy wspięli się tylko na pierwsze stopnie, niektórzy doszli do połowy, ale są też tacy, którzy osiągnęli szczyt drabiny ewolucji. Ci, którzy są na szczycie mogą widzieć różne grupy duchowych poszukiwaczy wspinających się po drabinie, będących na różnych etapach duchowego rozwoju i są w stanie zharmonizować pozorne sprzeczności. Będąc na szczycie zrozumienia Boga są oni w stanie dać świadectwo Prawdzie.

Na różnych etapach zrozumienia Boga pojawili się różni mistrzowie, którzy prowadzili swoich uczniów stosownie do poziomu swojego zrozumienia i to właśnie oni dali narodziny różnym duchowym ścieżkom, które z czasem zaczęto postrzegać jako różne grupy religijne. Jednak w religii Boga, który jest Jeden nie ma takiego podziału; w naukach Wielkich Mistrzów nie istniały podziały i schizmy. Pojawiły się one dopiero później, będąc wynikiem niedoskonałego zrozumienia późniejszych uczniów Wielkich Mistrzów.

Strach jest tylko cieniem.


VICTOR BREGEDA - When Apples Dream


STRACH JEST TYLKO CIENIEM


Z drzewa świat wygląda inaczej.
Skaczę z gałęzi na gałąź,
a spacerowicze przechadzają się
w świetle księżyca.
Niedługo świt strzeli z bicza
i przepłoszy cienie.

Chciałbym cię chwycić za rękę
i na chwilę spaść,
w szarą masę się wkraść,
i poszukać skarbów,
zagubionych na uliczkach
cichej nocy-
zanim świt strzeli z bicza
i przepłoszy ciebie.

A raz ujrzałem pośród nieba
garść słów,
utkanych z jasnych gwiazd,
że trzeba być i iść i żyć i coś,
że strach to tylko sen i cień,
i że każdy dzień to jakby
nowa książka i nowy film...
aż świt strzelił z bicza,
i zniknęły nanizane na wszechświat
mądre słowa,
i tylko w sercu odbił się słów sens.

Najwspanialsze odkrycie to to,
że nie jestem sam,
sprytne oczy
figlarny błysk...
Za zakrętem jeszcze tyle miast
i przyjaznych domów o otwartych drzwiach,
i tyle nocy, gdzie ciepły powiew
obudzi łaskotaniem śmiech.

A później cichutko przyjdzie świt,
i nie budząc mnie ze snu,
delikatnie przegoni ostatni,
zabłąkany cień.



Friday, 24 April 2009

Niesekciarska religia.




Niesekciarska Religia.

Bhaktivinoda Thakur.


Ludzie Indii i innych krajów mogą być podzieleni na dwie kategorie - osły i łabędzie. Z tych dwóch, osły są w większości. Łabędzie są mniejszością. Łabędzie badają znaczenie pism dla swojego własnego postępu i w ten sposób odnoszą korzyść.


Każdy ma prawo rozmawiania o duchowych tematach. Jednak można podzielić ludzi na trzy kategorie, stosownie do ich cech. Ci, którzy nie posiadają niezależnej mocy rozróżniania i oceniania, nazywani są neofitami, czyli tymi, których wiara jest słaba. Nie istnieje dla nich żadna alternatywa poza ślepą wiarą.


Jeśli nie przyjmą wszystkiego, co spisali twórcy pism, jako rozkazu Pana, upadną. Są oni w stanie zrozumieć tylko podstawowe znaczenie nauki o Bogu; nie mogą oni jednak pojąć jej subtelnego znaczenia. Dopóki nie zrobią stopniowego postępu, dzięki dobremu towarzystwu i duchowym naukom, powinni próbować awansować w życiu duchowym, przyjmując schronienie wiary. (…)


Sekciarstwo jest naturalnym produktem ubocznym Prawdy Absolutnej. Kiedy na początku mędrcy ustalają zasady duchowej nauki i nauczają o Prawdzie, nie jest ona skażona sekciarstwem. Ale zasady dotyczące celu i metod osiągnięcia prawdy, otrzymane poprzez łańcuch mistrzów i uczniów , z upływem czasu zmieniają się, stosownie do mentalności ludzi.


Zewnętrzne zasady wyznania, którymi podąża jedno społeczeństwo, nie są koniecznie akceptowana przez inne. Dlatego jedna społeczność (kraj, rasa, kontynent) różni się od innej.
W miarę jak społeczność (wyznawcy jednej z religii) stopniowo rozwija więcej przywiązania dla swoich własnych zasad religijnych (Chrześcijaństwo, Islam, Hinduizm, itd.) , zaczyna nienawidzić innych społeczności i uważa ich wyznanie za gorsze.

Te sekciarskie oznaki można od czasów niepamiętnych obserwować we wszystkich krajach. Taka postawa przeważa wśród neofitów i do pewnego stopnia może być zaobserwowana pomiędzy osobami na środkowym etapie rozwoju duchowego (madhyama-adhikari). Jednak pośród osób najbardziej zaawansowanych (uttama-adhikari) nie ma nawet śladu sekciarstwa.


Przestrzeganie konkretnych zasad religii jest jedną z głównych cech każdego społeczeństwa.


Istnieją trzy rodzaje zasad.


- Alocakagata – Zewnętrzne znaki wyznania religijnego. Przykładami alocakagata są tilak, korale na szyi, szafranowe szaty (Indie), chrzest, krzyż (Chrześcijaństwo).


- Alocanagata - różnorakie czynności praktykowane w procesie czczenia Boga. Przykłady alocanagata to wyrzeczenia, ofiary ogniowe, składanie ślubów, studiowanie pism, wielbienie bóstw, konstruowanie kościołów i świątyń, szacunek wobec poszczególnych rodzajów ksiąg (Koran, Biblia), odwiedzanie świętych miejsc.

- Alocyagata - przypisywanie Najwyższemu personalizmu, albo impersonalizmu, spekulowanie na temat nieba i piekła, opisywanie przyszłego przeznaczenia duszy.


Różnice pomiędzy społecznościami, powstałe z powodu miejsca, czasu, języka, zachowania, jedzenia, ubrania i ich natury wchłonięte są w duchowe praktyki danego regionu i stopniowo jedna społeczność staje się tak inna od drugiej, że może zaniknąć zrozumienie, że wszyscy są ludzkimi istotami (stąd wojny religijne). Te właśnie różnice sprawiają, że powstaje niezgoda, przerwanie społecznych wymian i walka, nawet do punktu wzajemnego zabijania się.


Kiedy w neoficie zaczyna dominować mentalność osła, skupia się on tylko na różnicach. Ale jeśli uda mu się rozwinąć mentalność łabędzia, wówczas nie będzie brał udziału w sporach. Raczej taka osoba spróbuje wznieść się na wyższy poziom.


Osoby na środkowym etapie zrozumienia duchowego, nie martwią się tak bardzo o zewnętrzne oznaki religii, ale za to pogrążają się w sporach na temat kwestii filozoficznych (różnice w dogmatach, założeniach filozoficznych wyznania). (…) Sprzeczności pojawiają się tak naprawdę tylko z powodu oślej mentalności.


Osoby podobne łabędziom są w stanie zrozumieć potrzebę istnienia różnych praktyk religijnych, w zależności od czyichś cech, poziomu zrozumienia, czy miejsca pochodzenia. Dzięki temu naturalnie nie będą one zainteresowane sekciarskimi sporami.

(…)


Thursday, 23 April 2009

Zaczekaj, please.


Śri Czejtania Mahaprabhu.

Zaczekaj, please.
(pożegnanie)

Zamiotłem już pokój.
Włożyłem na miejsce
zabłąkaną książkę.
Porcelanowy jeleń
wysłał mi zachęcający gest.

Już czas – uśmiechnął się zegar,
a zza okna zmierzch
zagwizdał trzy razy –
to nasz znak.

Wziąłem do ręki dwa buty.
Buty? –zaśmiałem się cicho.
Po co ci buty, skoro wiatr
użycza ci swoich piór?
I po co ci strach, skoro sam wilk
dał ci swoje kły?

Już czas – zamknąłem powieki
i otworzyłem oczy –
pod stopami gwiazdy,
a nad głową Ty.

Już lecę – proszę czekaj,
jeszcze tylko dwie chwile…
Na dole przez sen ktoś zapłakał…
Jeszcze jedna…
Na Ziemi zaszczekał pies…
Oto moja ręka,
już nie jestem swój.
Oto moja twarz,
jestem już tylko Twój.

Sunday, 19 April 2009

Droga na Woodstock - 2008



Woodstock 2008


30 lipiec


10:35

Za 45 minut ruszamy na pociąg. Najpierw do Bielska i stamtąd do samego Kostrzyna. Woodstock. Nie czuję się zbyt dobrze, ale zwykle przed podróżą mam problemy z żołądkiem, czuję się zdezorientowany i oszołomiony. Po tylu podróżach powinienem być już przyzwyczajony, ale widać to nie działa w ten sposób. Schowałem do plecaka wielkie tomisko „Every Day Just Write” SDG i będę się starał uciekać tam od hałasu i upału. Czasami czuję się zmęczony narzekaniem SDG; narzekaniem na zdrowie, brak świadomości Kryszny, świat, itd., ale przeważa we mnie przyjemność z zetknięcia się z umysłem Waisznawy. To jest coś niesamowitego, móc z tak bliska zobaczyć, prawie, że poczuć to, co dzieje się w jego sercu, jak szczerze próbuje, jak walczy o uczciwość. Wchodząc z nim w kontakt, sam zaczynam tęsknić za tym co on, a jednocześnie nie potrzebuję poświęcać tej lekturze tyle wysiłku, co czytaniu Gity, czy Bhagavatam. Nie byłbym w stanie schronić się w śastrach, siedząc w środku zatłoczonego pociągu, albo na samym Woodstocku.

Zaraz wychodzimy. Tulasi radzi mi, żebym obciął sobie paznokcie, później nie będzie okazji.

15:20

Ruszyliśmy z Bielska. Zdążyliśmy jeszcze napełnić brzuchy w Green Wayu i później spędziliśmy ponad godzinę, czekając na pociąg. Widząc tłumy młodzieży trochę się zestresowałem, ale okazało się, że na razie jest luźno i gdyby udało nam się przejechać całą drogę w takiej atmosferze, byłbym szczęśliwy. Nic nie poradzę, że nie mogę, ani mi się nie chce wchodzić w atmosferę radosnej hałaśliwości. Chcę za to spokoju i ciszy. He, he, dziwnie to brzmi z ust osoby, która siedzi w pociągu na Woodstock. W sumie jadę tam przede wszystkim, żeby pobyć z bhaktami, spotkać się z przyjaciółmi i przez kilka dni niczym się nie martwić.

Pogoda upalna i całkiem możliwe, że będzie prażyło tak samo, jak dwa lata temu.

17:00

Ufff, ale upał. Nie pomaga nawet to, że otwarte są wszystkie okna. Tulasi usiadła na stoliku i wystawiła dla ochłody głowę przez okno. Nasz wagon ciągle spokojny, ale po drodze do toalety zdałem sobie sprawę, że na razie mamy szczęście. Tzn. nie ma żadnych zadym, ani chamstwa, ale będąc w tym wieku, szczególnie po wypiciu kilku win, człowiek walczy o bycie w centrum, tak że przy 10 osobach próbujących zabłysnąć dowcipem robi się straszny hałas. Pamiętam jak sam taki byłem. Pamiętam Woodstock w 1995. Jechaliśmy całą grupą, z punkowcami z Oświęcimia. Ciągle byliśmy pijani, a w którymś momencie udało nam się zamknąć w WC i nawąchać rozpuszczalnika. Do tego ciągły hałas, przesadny śmiech, śpiewanie piosenek KSU i Dezertera. Wszystko to w jakiejś desperacji i niepokoju. Bycie nastolatkiem to nie jest łatwa sprawa.




18:52

Raczej nie dojedziemy na 2:30. Co kilkanaście minut jakiś ciołek zrywa hamulec bezpieczeństwa. Od samego początku nastawiłem się jednak na przetrwanie i tolerowanie wszystkiego co mnie spotka po drodze i na samym Woodstocku, tak że jestem spokojny. Myślę, że jak na razie, w miarę dobrze udaje mi się zachować wewnętrzną ciszę.

Czas na jabłko i ciacho.

19:45

Problemy. Możliwe, że nasz pociąg będzie musiał zawrócić do Bielska. Podobno jakiś dzieciak próbował się zabić… Gwizdek! A jednak jedziemy dalej.

Powietrze odświeżyło się po deszczu. Przed chwilą lało jak z cebra. Mam nadzieję, że poleje też w Kostrzynie, nie byłoby tyle kurzu.

Czy to idealne miejsce dla gentelmana? Pewnie nie, ale czy w ogóle jest takie gdzieś? Wszyscy szukamy drogi i wcale nie jest łatwo znaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Nic dziwnego, że człowiek się buntuje i zasłania swój strach arogancją i buńczucznością. Wszyscy jesteśmy tacy sami.

Przed WC spotkałem chłopaka z koralikami tulasi na szyi. Wyglądał spokojnie i sympatycznie. Też popatrzył na moje korale i później przez chwilę patrzył na mi badawczo w oczy, ale nie odezwaliśmy się do siebie. Koraliki Tulasi można teraz kupić wszędzie.

Nasz kącik ma braminiczny nastrój. Każdy z nas z jakąś książką, albo dziennikiem. To chyba jedyne takie miejsce w całym pociągu. Przechodzące co jakiś czas dzieciaki patrzą na nas ze zdziwieniem i politowaniem. Tulasi też pisze w swoim dzienniku. Chciałem, żeby sprawdziła ten nowy zespół reggaowy, który ostatnio skądś ściągnąłem (Danny I), ale powiedziała, że teraz pisze do Kryszny i że nie chce tego z niczym mieszać.

Dobrze jest tak jechać przez coraz gęstszy mrok, wiedząc, że ktoś obok modli się do Kryszny. W słuchawkach rasta-bhakta modli się do Jah. Śpiewa, żeby nigdy nie zapominać o Bogu, żeby zawsze w naszym sercu płonął ogień miłości do Jah. Nie pozwólmy mu zgasnąć.

Ktoś znowu zerwał hamulec. Szkoda mi starszych panów-konduktorów, którzy muszą biec co chwilę na drugi koniec pociągu. Dzieciaki, dajcie spokój.

Czerwona światła coraz bardziej widoczne w zapadającym zmierzchu. Mijamy odrapane budynki kolejowe, gęste sieci torów, brzozy, las. Cieszę się, że udało mi się wejść na wyższą wibrację. Ciało ciągle jest zmęczone, ale mi, siedzącemu w środku tego ciała jest dobrze. Udaje mi się widzieć trochę więcej niż zwykle. Dwóch starych kolejarzy, w odblaskowych kurtkach, których mijamy właśnie powoli. Siedzą na ławce i palą papierosy, wyglądając staro i zmęczenie. Tak daleko od domu.

Późno się zrobiło. Cisza to byłaby teraz rozkosz, ale mam do wyboru tylko muzykę z mp3jki, albo ochrypłe głosy „śpiewające” punkowe piosenki. Tak na marginesie, mam wrażenie, że punk bardzo zszedł na psy. Z muzyki studentów i bohemy stał się muzyką… nie wiem, ale te teksty śpiewane przez dzieciaki, to kompletne prostactwo. Punk wszedł pod strzechy i to był jego koniec :) .


Radha i Kryszna.

Thursday, 16 April 2009

Sen o Cesarzu.



Sen o Cesarzu.

Dziś śniłem o archetypie Cesarza. Nie o samej osobie, starym władcy na tronie, ale o idei porządku i jego potrzebie. O tym, jak trudno jest zbudować prawo i porządek, kiedy raz zapanuje chaos.

W moim śnie, grupa bandziorów niszczy stary ład. Są to zwykli kryminaliści, a nie żadni rewolucjoniści, którzy rządzą brutalną siłą i wypaczoną filozofią, mieszającą faszyzm i anarchizm.
Jestem dosyć młodą osobą, mam około trzydziestki, pełen ideałów i energii. Postanawiam wystąpić przeciwko chaosowi. Udaje mi się zdobyć skądś powietrzny motocykl (trochę taki, jak z „Gwiezdnych Wojen”), broń i udaję się do zrujnowanego miasta, gdzie moi przeciwnicy mają swoją władzę.
Zaczynam tam swoją rewolucję (anty-rewolucję?). Zabijam po kolei najważniejszych przywódców bandy, a w międzyczasie organizuję spotkania, na których namawiam zwykłych ludzi do walki. Pamiętam jedno zebranie, w starym, zrujnowanym kościele, gdzie śpiewałem do ludzi pieśń o wolności, po której całe tłumy chwyciły za broń i wyszły na ulice.

W pewnym momencie snu, zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele czeka mnie pracy, żeby znowu zaprowadzić na świecie względny pokój, i że będzie to najprawdopodobniej praca na całe pokolenia. Nawet jeśli teraz uda mi się zebrać armię i wygrać tę wojnę, i nawet jeśli później zostanę królem (przy takim chaosie demokracja nie miałaby szans), to będę musiał polegać na innych. Z czasem ci „inni” mogą ulec korupcji i będę musiał próbować naprostować rzeczy, a później, w końcu umrę. Być może moja praca pójdzie wtedy na marne i dopiero po jakimś czasie znów ktoś inny poprowadzi wszystko o kolejne parę kroków do przodu.

Tak właśnie wygląda historia świata – tysiącletnie procesy budowania porządku i pokoju, postęp, następnie skostnienie, degeneracja, aż wreszcie upadek, wieki ciemności i od nowa. Historia jest kołem, choć ludzie Zachodu, przyzwyczajeni do linearnej koncepcji rzeczywistości, wolą myśleć, że postęp jest czymś ciągłym i trwałym.

W tym śnie, chyba pierwszy raz w życiu zdałem sobie tak mocno sprawę z potrzeby porządku i stabilności, ale rozumiem, że równocześnie potrzebna jest równowaga – sam porządek (Cesarz) bez aspektu kobiecego (Cesarzowa, Najwyższa Kapłanka) będzie czymś martwym i sztywnym, a w najgorszym przypadku może nawet oznaczać tyranię i totalitaryzm.
Zdrowy Cesarz pozwala na wolny rozwój myśli, filozofii i sztuki, wiedząc, że na żyznej glebie wolności, będzie rozwijał się zdrowy porządek.

Dopiero kiedy objawia się negatywna strona Cesarza, czyli zastój, nadmierna kontrola, myślenie, że idealny porządek i władza oznaczają statyczny bezruch, wtedy właśnie pojawia się potrzeba rewolucji (Wieża, Rydwan).
Zdrowa rewolucja oznacza, że ziemska siła Rydwanu, wspierana przez ideę wolności (Kapłanka, Cesarzowa) zmiata skostniały system i stwarza grunt na powstanie czegoś nowego i świeżego.
Niestety cechą materii jest skostniałość, co oznacza, że z czasem ten nowy, żywy porządek również będzie musiał umrzeć.
Dlatego zawsze będą potrzebni rewolucjoniści i budowniczowie.

Tuesday, 14 April 2009

Nieprzewidywalność Rzeczywistości.


Głupiec z "Victorian Romantic"

Nieprzewidywalność Rzeczywistości.
(O tym, jak coś w środku nie pozwala wierzyć w cuda.)

Jako kartę dnia wyciągnąłem Najwyższą Kapłankę. Miałem wrażenie, jakbym spotkał starego przyjaciela. Karta ta radzi, żeby się wyciszyć, wejść głębiej w siebie, otworzyć się na to, co szepcze intuicja, być gotowym na odkrycie nowych rzeczy o sobie i świecie.
Karta z wielkich arkanów wyciągnięta jako karta dnia świadczy, że w jakiś sposób, ten dzień jest ważny.
Siedząc w pociągu do Manchesteru, zawinąłem karty z powrotem w kawałek zielonego jedwabiu i zapatrzyłem się w mijane za oknem, deszczowe widoki, myśląc, że tego dnia spróbuję dostrzec znaczenie we wszystkim, jak Scully w „All Things”.

Tego samego dnia, wieczorem musiałem przyznać się do porażki – nic nie wypatrzyłem. Cały dzień czułem się niezdolny do oczekiwania niespodzianek. Coś wewnątrz przeszkadzało mi myśleć, że rzeczywistość jest nieprzewidywalna, i w każdej chwili los może się całkowicie odmienić. Nagle może podejść do ciebie osoba, która okaże się twoim najlepszym przyjacielem, na resztę życia, albo jakaś mała rzecz, choćby podarte ogłoszenie na słupie, da ci pomysł na to, co zrobić z czasem jaki ci jeszcze pozostał.

Co więc nie pozwalało mi czekać na cuda? Doświadczenie? A właśnie, że nie. Doświadczenie mówi mi przecież, że cuda się zdarzają, że codziennie (no, może nie codziennie, ale często) spotykają nas rzeczy, które całkowicie mogą zmienić nasze życie.
Weź na przykład to, jak zacząłem uczyć się na akordeonie i co z tego wynikło.
Najpierw, zupełnie przypadkowo obejrzałem „Amelię” i zakochałem się w akordeonowej muzyce Yanna Tiersena. Po jakichś dwóch tygodniach dostałem na prezent akordeon. Kilka miesięcy później, znając już kilka melodii, stwierdziłem, że możemy z Tulasi ruszyć w świat i będę utrzymywał nas z grania na ulicy. Pojechaliśmy więc do Groningen, w Holandii, gdzie spędziliśmy wspaniałe chwile, czerpiąc radość ze swobody i niezależności.

To jest właśnie tajemnica: trzeba umieć być tarotowym Głupcem. Pozostawać otwartym i rozumieć, że Wszechświat może dać nam wszystko, że może obrócić nasze życie kompletnie do góry nogami, i to nie tylko w zły sposób, jak obawia się większość ludzi, ale pozytywnie.

To nie jest łatwa sztuka. Jak mówi Swami: umysł, tak jak reszta materialnego ciała, jest tylko martwą materią i próbuję on ściągnąć naszego ducha na platformę materii, gdzie wszystko jest statyczne i martwe.
Jednakże duch jest innej kategorii i nie ma nic wspólnego z materią. Duch to pełnia, życie, wolność i zupełna nieprzewidywalność.


Ray Bradbury powiedział...

"Choćby się napisało sto nowelek, z których wszystkie bez wyjątku okazały się kiepskie - nie oznacza to jeszcze porażki. Porażką byłaby dopiero rezygnacja z pisania. Napisałem około dwóch tysięcy krótkich opowiadań, z czego opublikowałem chyba nie więcej niż trzysta, i mam wrażenie, że ciągle się uczę. Każdy człowiek, który wytrwale pracuje, ma przed sobą szansę. Nie zostanie może wielkim pisarzem, ale jeżeli będzie pielęgnował staromodne cnoty pracowitości i wytrwałości, to niewątpliwie odniesie pewien sukces."

RAY BRADBURY, marzec 1967

* * * * * * * * * *

Tutaj jest mój wielki, soczysty uśmiech: ......... :))

Próbując znaleźć źródło.


Gwiazda z "Victorian Romantic".


PRÓBUJĄC ZNALEŹĆ ŹRÓDŁO.


„Podróżniku”


Podróżniku po podniebnych szlakach,

przestań się wreszcie bać –

po tylu odwiedzinach w domach z twardej cegły,

chyba już wreszcie wiesz:

jesteśmy wszyscy braćmi,

pielgrzymami

szukającymi źródła wieczności,

włóczęgami po zakurzonych drogach,

którzy zmęczeni wypijają ostatnie krople

wody, ze skórzanych bukłaków swoich serc.


Kiedy mówię o wieczności,

nie mam na myśli

kryształowych i chłodnych przestrzeni,

ani światła igrającego w lodzie.

Wieczność ma dla mnie inny kolor –

kolor śmiechu, ciepła i drzew,

znajomych głosów, zapachu owoców

i wiatru we włosach,

kiedy biegniesz na bosaka

po trawie,

z przyjaciółmi.


* * * * * * * * * *


Z kartami cały sekret polega na tym, żeby nie myśleć (tutaj uśmiecham się przekornie). Nie chodzi o całkowite „niemyślenie”, ale raczej o to, żeby racjonalna, gadająca strona ucichła, i żeby obudziła się strona rozpoznająca zapomniane smaki, zapachy, wrażenia ze snów i poprzednich żyć.


Klucz od tego miejsca ma Najwyższa Kapłanka, dlatego chyba, najbardziej ze wszystkich kart, ciągnie mnie w jej kierunku. Prawdziwy smak z życia można czerpać tylko wtedy, kiedy choć trochę jest się w kontakcie z tą ukrytą częścią naszej osobowości, która „wie” o wiele więcej, niż nasze świadome „ja”, które wielu nas uważa za wszystko co jest.


Nie jest łatwo odrzucić racjonalność. To tak, jakby ktoś chciał wyrzucić okulary, nie będąc pewnym, czy będzie mógł bez nich cokolwiek zobaczyć. Kiedy jednak zdecydujesz się ich pozbyć, zdajesz sobie sprawę, że to nie były okulary, tylko oprawki z czarną taśmą, zamiast szkieł.


O wiele ciężej nie myśleć głową, gdy chce się o tym pisać. Odłóż na chwilę długopis i popłyń, słuchając irańskich brzmień, które kilka lat temu, żegnały cię przed długą podróżą.


„Źródło”


Wsłuchuję się w śpiew – płacz

pustynnego wojownika.

Twardy głos i zimny, nocny wiatr

niosą pieśń życia

i wspomnienie,

którego nie nożna uchwycić.

Każdy z nas tęskni za domem.


Pamiętasz czasami uliczki miast,

w których nigdy nie byłeś?

Albo twarze nieznajomych,

znajome aż do bólu?

Albo wspólne spacery

i rozmowy w dziwnych językach?


Podniebne loty

w kryształowych samolotach,

piękne kobiety,

śpiewające dźwięczne pieśni,

o miłości i złotym, mocnym winie,

przynoszącym siłę i wizje.


To ciągle nie dom,

tylko okruch wspomnienia,

ze snu, jak ten.



"La despedida"