Tuesday, 27 October 2009

Piwniczka pomalowana wapnem



Kartki z podróży 9



zima 2004 – 2005 Kopenhaga

Wracam z grania. Za oknem kolejki wiatr siecze deszczem, aż się zimno robi na sam widok. Wystające z bezpalczastych rękawiczek palce, po kilku godzinach grania są różowe i prawie nie mam w nich czucia. Dlatego pod koniec musiałem już grać najprostsze kawałki. Było dobrze. Podszedł do mnie dyrektor Teatru Narodowego Norwegii i porozmawiał chwilę. Podobał mu się Bob Marley w wykonaniu akordeonowym. Wrzucił sześćdziesiąt koron. Razem z resztą zarobku uzbierało się 200 koron. Kupiłem butelkę martini i jeszcze zostało mi 120. Na igrzyska i chleb jest.
Dostałem dziś maila od Ruthanny. Dużo inspiracji. Powiedziała, żebym nie bał się życia artysty, skoro materialne życie nie idzie mi za dobrze. Lubię dziewczynę. Kiedy wyjadę z Danii, będę ją pamiętał najbardziej ze wszystkich.
Miałem jechać na Christianię, ale zdecydowałem się jednak na powrót do domu. Znów skusiłbym się na hasz, a to co wypaliłem wczoraj z Mikką wystarczy mi na jakiś czas. Spotkaliśmy się wczoraj pod wieżą Christiana Andersena. Kończyłem już granie, więc zaprosił mnie do kolegi ze szkoły cyrkowej. Zaproponował, żebym pomógł z koncertem który chcą zorganizować 15 stycznia. Mógłbym na przykład zająć się wyżywieniem. Chyba dam się namówić.

***

Późno się zrobiło. Słuchamy z Tanią Manu Chao. Światło latarni wlewa się w piwniczne okienko pod samym sufitem. Nie przeszkadza nam już grzyb i pobielone wapnem ściany. Cieszymy się, że mamy własny kąt. Graliśmy w kości, później w karty. Potem Tania pokazała mi swoją kolekcję obrazków z Władcy Pierścieni. Ma ich chyba z tysiąc i cieszy się z tego jak dziecko. Nie chce mi się spać. Chciałbym uchwycić coś, życie.
Jestem kiepskim artystą. Doszedłem dziś do takiego wniosku. Ale jestem też kiepskim robotnikiem, biznesmenem, kucharzem, etc. Z dwojga złego wybieram bycie złym artystą. Przynajmniej mogę robić to, co lubię.

Ruthanna

Uśmiech od ucha do ucha,
poplątany włos,
łata łatę zakrywa,
a ze skarpety, przez dziurę
duży palec kiwa.
Jeśli jeszcze nie wiecie
o kim w zagadce mowa,
wsłuchajcie się w zachrypły głos,
a kto będzie miał szczęście
usłyszy zza okna
dźwięk fletu, albo skrzypiec...
albo głośne chrapanie
o dwunastej w południe.

Mikka

Zwykle marsową ma minę
nie na darmo jest Finem,
trochę strach się odezwać,
przynajmniej na początku.
Wielkie, masajskie dziury
w różowych, fińskich uszach,
za uszami pęk żółtych dredów
a w kieszeni indiańska fajka
i woreczek
ziół.

***

Większość poetów pisze o tym mistycznym, dostępnym tylko poetom świecie, a ja mam wrażenie, że piszę tylko o pragnieniu wejścia do tego świata. Zawsze, w prawie każdym wierszu. Czy to też zalicza się do poezji?



Federico Garcia Lorca - wiersze





Kasyda o płaczu

Zamknąłem balkon,
by nie słyszeć szlochu,
lecz za szarymi murami
niczego nie słychać prócz szlochu.

Mało aniołów jest, które śpiewają,
i bardzo mało psów, które szczekają,
tysiąć skrzypiec w mojej dłoni się mieści.

Ale szloch to pies ogromny,
szloch to anioł ogromny,
szloch to skrzypce ogromne,
łzy, które wiatr przebijają -
i nic nie słychać prócz szlochu.
Kiedy księżyc wschodzi,
głuchną wszystkie dzwony
i kreślą się tajne,
niezbadane ścieżki.

Kiedy księżyc wschodzi,
ziemię morze zmywa,
a serce jest wtedy
wysepką w otchłaniach.

Nikt nie je pomarańcz
przy pełni księżyca.
Wtedy jeść owoce
zielone i zimne.

Kiedy księżyc wschodzi
o stu bladych licach,
pieniążki ze srebra
szlochają w sakiewce.

Pieśń jeźdzca

W księżycu włóczęgów
czarnym z samotności
śpiewają ostrogi.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

...Stalowe ostrogi
martwego włóczęgi,
który lejce zwolnił.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który zakwitł?

W zaćmionym księżycu
rozkrwawiło pasmo
gór Sierra Morena.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Noc o czarnych bokach
gwiazd ostrogą wspięta
cwałuje przez niebo.

Koniu chłodnej sierści,
jakiż zapach ma nóż, który zakwitł?

Pod czarnym księżycem
krzyk i blask szeroki
weselnego ognia.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Piosenka końcowa

Już noc nadchodzi.

Promienie księżyca biją
w czarne kowadło wieczoru.

Już noc nadchodzi.

Wśród ciemności wielkie drzewo
otula się w słowa pieśni.

Już noc nadchodzi.

I gdybyś zechciała teraz
przyjść do mnie ścieżkami wiatru,

Już noc nadchodzi.

zobaczyłabyś jak płaczę
pod wielkimi topolami.
Aj, dziewczyno!
Pod wielkimi topolami.

Przedmieście Kordoby

Bronią się w chacie
przed blaskiem gwiazd.
Noc w przepaść zapada.
W środku leży martwe dziecko,
różą uwieńczone
ukrytą we włosach.
Płacze nad nim sześć słowików
u kraty okiennej.

Ludzie idą zasmuceni
z otwartymi gitarami.

Saturday, 17 October 2009

Whiskey, mystics and men



Dzisiejsze znalezisko. Miód:). Chcę do lat sześćdziesiątych!

Thursday, 15 October 2009

Znowu do Anglii - 2008



Kartki z podróży 8
jesień 2008, pociąg do Katowic (a później na lotnisko)

I znowu – pociąg, walizki, nieprzewidywalne jutro. Cholera, który to już raz? Skończyły się nam półroczne wakacje od życia. Tzn. od walki o przetrwanie. Z paroma odłożonymi tysiącami, mogliśmy zapomnieć, że jesteśmy lumpen proletariat i wyluzować się przez kilka miesięcy.
Dużo się działo. Sporo lekcji od życia – i tych twardszych i tych przyjemniejszych. Zmarł tata – to było i ciągle jest ciężkie przeżycie. Brakuje mi go i ciągle czuję pustkę, jaką po sobie zostawił. Wszyscy walczyliśmy, ale nie dało się nic zrobić.
Nie przestaję też wspominać Camino de Santiago. To był chyba mój najlepszy pomysł, choć teraz wydaje się już snem, albo wspomnieniem z filmu. A przecież dopiero jakieś dwa miesiące minęły, odkąd wróciliśmy z trasy. Miesiąc w drodze, osiemset kilometrów piechotą, no kurde, to naprawdę było zajebiste. Ciekaw jestem, czy uda mi się kiedyś zrobić z tego książkę.
Poza tym byliśmy te pół roku blisko z rodziną, pierwszy raz od paru lat.
To tyle jeśli chodzi o podsumowanie. Lepiej nie skupiać się tylko na przeszłości. Przyszłość jest ciekawsza. Nigdy nie wiadomo, co i jak. To fakt – jestem zestresowany. Znowu zmiany, nowa sytuacja, ludzie, jak odnajdę się w nowej pracy, która gdzieś tam na mnie czeka, jak nie dać się kontrolować stresowi... Może wreszcie spotkam ludzi ze swojego plemienia. Może nauczę się nowych rzeczy. W końcu rok temu nie umiałem jeszcze żonglować.

Piękny dziś dzień, doskonały na podróż. Słoneczny, pogodny wrzesień, ale nie za gorąco. Za oknem migają uginające się pod ciężarem owoców jabłonki i grusze. Owoce obrodziły w tym roku niesamowicie. Jest mi lekko i świeżo. Powoli wchodzę w atmosferę podróży i ogarnia mnie podekscytowanie niemożnością zgadnięcia, co przynosi nam los. I to już na dniach. Tak jak zwykle ruszyliśmy w ciemno, bez żadnej, nakręconej pracy. Tak najbardziej lubię. W takim momencie czuć największą wolność (ale i największą niepewność, jak sobie już człowiek uświadomi, jaki głupi.)
Tanię bolą plecy i jest jej niedobrze. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, zajmę się wszystkim i będę nosił wszystkie bagaże. Piszę to w trzęsącym się przedziale i wkurzam się, że przez pomyłkę wziąłem czarny długopis. Nienawidzę czarnego długopisu.



* * *
ciągle w pociągu

W takich momentach zastanawiam się, czy po prostu polecieć z muzyką i wyłączyć się ze świata, czy choć trochę spróbować opisać atmosferę. Tylko, że wtedy można wytrącić się z „transu”. Włączyłem na mp3 ten zespół z Finlandii, reggae, jak mu jest... Rappanna. Już od godziny płynę z nimi, łapiąc klimat. (...)
Kiedy o tym wszystkim piszę, ucieka mi to, co naprawdę chcę powiedzieć. Chciałbym umieć przerzucić słowa z serca na papier, bez pośrednictwa głowy. Tam niestety gubi się większość potrzebnych słów.
Może piosenką? W rytmie reggae...

Czasami jesteś tak sam,
że myślisz – nie ma innych
innych, takich jak ty,
do dzielenia serca
i dzielenia snów,
chcesz wspiąć się do góry,
zamiast tego mury,
ludzie zwykłe gbury

A jednak oni są,
porozrzucani
czasami sami
czasami razem, poukrywani,
zagubieni,
ci szczęśliwi w małych plemionach,
a tych pechowych
czeka jeszcze droga,
niełatwo jest znaleźć Boga,
tak samo trudno
braci,
a jeszcze trudniej
siebie.

Saturday, 10 October 2009

Wszechświat


Wszechświat nie jest maszyną, lecz matką. Jeśli okazujesz jej troskliwość, ona okazuje troskliwość tobie. Kiedy widzi, że pragniesz się rozwijać, obdarza cię mądrością, dzięki której możesz zmniejszyć ból i negatywny wpływ karmy na twoje życie. Cały sekret leży w zrozumieniu, że Wszechświat nie jest bezosobowy i martwy.

Wednesday, 7 October 2009

Friday, 2 October 2009

Po prostu deprecha



Eh, jak mi się cholernie nie chce. Chciałbym móc wyłączyć się z gry, odsunąć od wszystkiego, zamknąć w jakimś domku na wsi i żeby nikt, niczego ode mnie nie chciał. Moja luba namówiła mnie na oglądanie Rancza na youtube, żeby mnie pocieszyć i jeszcze bardziej się zdołowałem sielankowym obrazem - odziedziczony domek z dębami, mała wioska, spokój.
Nie mam siły ani chęci chodzić do pracy 43 godziny w tygodniu, w obcym kraju, odkładając w ślimaczym tempie śmieszne pieniądze (choć na pewno lepsze niż w Polsce - jeszcze jeden powód, żeby tu utknąć), coraz częściej zaglądając w butelkę i czując, że utknąłem. Jedyne o czym teraz marzę, to żeby wszystko sie zatrzymało, żeby zamroził się czas i choć na kilka miesięcy wszystko przestało biec, uciekać. Mieć czas na poczytanie książki, spacer, pisanie, albo po prostu nic nie robienie.
Ludzie myślą, że jestem mrukiem i chamem, bo spławiam wszystkie zaproszenia, czy wproszenia, a ja po prostu nie mam siły na bycie z innymi. Męczy mnie każdy towarzyski wysiłek, a rozmowy są torturą - zwykle wydaje mi się, że wszyscy gadają o bzdurach i tylko z uśmiechem potakuję, marząc o ucieczce.
Noż kurwa mać.