Friday, 28 May 2010

Klisze

Klisze



Przeglądałem dziś rano zdjęcia. Kiedy jesteśmy na obczyźnie, staramy się wozić z sobą nieduży wybór, żeby leczyć emigracyjne chandry. Jest garstka zdjęć z dzieciństwa, trochę z czasów nastolactwa – tylko Tania, bo ja niestety spaliłem kiedyś wszystkie, w ramach pobudzenia katharsis;), kilka fotek z czasów mojego mnichowania i późniejszego zakochania w Tani. Jeszcze granie na ulicy, trochę historii po drodze i początek naszego nieszczęśliwego związku z zieloną, nudną i nadętą Anglią.

* * *



1997 rok. Zima. Kraków. Od kilku miesięcy mieszkam w świątyni. Odżywam, oddycham z ulgą. Po chaosie wcześniejszego roku, ćpania, chlania, kryzysie tożsamości, wreszcie wszystko się uspokoiło i poczułem, że świat wraca do normy… Albo raczej zmieniłem się na tyle, że przestało mnie ruszać szaleństwo otoczenia. Zacząłem widzieć głębszy sens.
Viśvarupa (kiedyś Wojciech) był świetnym facetem (ciągle jest, choć nie jesteśmy w kontakcie). Starszy mnich, który uciekł od świata jeszcze w latach osiemdziesiątych. Miło go wspominam.

* * *



Chłopak z bębnem to ja. Cork City. Irlandia. 1998. To była przygoda. Pierwszy mój wyjazd za granicę. To wtedy złapałem bakcyla włóczęgostwa. Naszą misją było założenie świątynki w Cork. Trzy dziewczyny, trzech chłopaków, entuzjazm, wiara w przyszłość, radość z życia. Codziennie spędzaliśmy kilka godzin śpiewając i tańcząc na ulicy. Ludzie myśleli, że jesteśmy kompletnymi wariatami, ale lubili nas. Po trzech miesiącach skończyło nam się pozwolenie na pobyt. Próbowałem jeszcze wrócić, ale zatrzymali nnie w Dover, kiedy przekraczałem La Manche i wykopali do domu. I dobrze. Właśnie miał zacząć się nowy rozdział.

* * *



To zdjęcie ukradłem mojej miłej zaraz na początku naszej znajomości i w tajemnicy zrobiłem sobie kopię. Ma na nim jakieś szesnaście lat (w białej bluzie, druga od prawej). Teraz jest dwa razy starsza, a prawie nic się nie zmieniła dziewczyna:). Co do kradzieży i tajemnicy – mieszkając w religijnej społeczności, gdzie kontakt damsko-męski jest ograniczony do minimum i gdzie czystość i cnota mieszkańców jest strzeżona jak Alcatraz, moje przedsięwzięcie leżało w kategorii wyczynów Jamesa Bonda.

* * *



1999 rok, wczesna wiosna, Kraków, świątynia. Dobre wiatry przygnały do świątyni Tanię. Na tym zdjęciu znamy się jakieś cztery miesiące. Już zdecydowaliśmy się na ślub. Skończyły się moje marzenia o byciu wędrowym mnichem i spędzeniu starości pod drzewem w Indiach, albo w Himalajach. Najwyższy miał dla mnie inne plany. Za niecały rok od tej chwili pobieramy się. W międzyczasie zadłużam się na samochód („jeśli chcesz być prawdziwym mężczyzną i głową rodziny, musisz mieć samochód”), okazuje się, że kupiłem najgorszego rzęcha na giełdzie, spędzam miesiąc i kupę kasy na naprawę, po czym mamy wypadek w czasie wyprowadzki ze świątyni. Nam nic się nie stało, ale samochód w drobny mak. Podłamuje się nasz entuzjazm i wiara, że wszystko się ułoży. To wtedy zakodowało się w nas przekonanie, że życie składa się z wysiłków, które ostatecznie i tak rozbijają się w pył. Wiem, że to fatalizm, ale myślę, że z czasem utemperowałem go na tyle, że nie paraliżuje mnie, ale raczej pozwala mieć dystans do świata. Ostatecznie, jedyną rzeczą, jaką zachowamy, będziemy tylko my sami.

* * *



To było w Prima Aprilis, 2000 roku. Zrobiliśmy furorę strojem Tanii i malunkami na twarzy. Kobity z urzędu stanu cywilnego pożyczyły od nas kasetę, żeby chwalić się nietypową parą. Próbowała nas opluć pewna babcia, która akurat wychodziła z kościoła (kościół stał zaraz obok Urzędu Gminy), ale nie trafiła. Uznaliśmy to za dobry znak na przyszłość;)

* * *



Tania w czasie uroczystego dnia inicjacji. Wreszcie dostaje upragnione nowe imię. Od tego dnia aż do teraz jest dla mnie Tulasi.

* * *



W tym górskim schronisku wylądowaliśmy na ponad pół roku. Było świetnie – czasami cisza i spokój, czasami goście, gitaru, ogniska. Wtedy chyba pierwszy raz doceniłem góry, choć mieszkałem tam od urodzenia. Nie byliśmy jednak gotowi na osiedlenie się. Po pół roku wyjechaliśmy do Hiszpanii.

* * *



Po dziewięciu latach ciągle jesteśmy zakochani w tym kraju. Był to ważny okres. Mieszkaliśmy na małej farmie pod Madrytem. Zanim miejsce kupili wielbiciele Kryszny, należało do generała Franco. To w tym czasie rozwinęło się w nas przekonanie, że musimy być niezależni. Życie na wsi, w małej społeczności, z jej politykami, hierarchiami, zniechęciło nas do jakiejkolwiek instytucji, bez względu na wzniosłość jej zasad. To wtedy zamiast „krysznowiec” zacząłem o sobie mówić „niezależny poszukiwacz”. Mimo wszystko zostawiliśmy tam serca i kiedy się da wracamy. Po latach pamietam więcej dobrych rzeczy, niż złych.

* * *



Zaczęło się od „Amelii”. Po Hiszpanii wylądowaliśmy w Raszynie pod Warszawą. Podła praca, podłe traktowanie, niekończące się godziny w paskudnej firmie z podłymi ludźmi. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Wtedy obejrzeliśmy Amelię i powiedziałem, że nauczę się grać na akordeonie, a kiedy już choć trochę zajarzę, to pojedziemy w świat. Ciężko było myśleć o akordeonie, skoro nie starczało nawet na jedzenie, ale na szczęście, któregoś czerwcowego dnia, Tania powiedziała szefowi, co myśli o jego firmie i powiedziała, gdzie ma się pocałować (to znaczy w dupę). Zostaliśmy zwolnieni. To była ulga. A po tygodniu dostałem akordeon na prezent od Szymka. Pełna synchroniczność. Na kilka miesięcy zamelinowaliśmy się w górach, gdzie oddałem się bez reszty rzępoleniu na instrumencie. Nienawidziłem go - jego nieposłuszeństwa, oporności i fałszowania, ale mimo to, zaraz po przebudzeniu, na wpół przytomny chwytałem za klawisze , miechy i guziki. Opłaciło się.

* * *







Na jesień, 2003, byłem gotowy… Teraz myślę, że nie byłem ani trochę, ale wtedy rozpierała mnie duma z pięciu melodii na akordeonie, które kaleczyłem z uczuciem. Jeszcze się wahaliśmy, ale po przeczytaniu „Alchemika” machnęliśmy ręką i pojechaliśmy. Po kupnie biletów do Amsterdamu zostało nam jakieś 200 euro. Liczyliśmy tylko na mój muzyczny talent:). Nie były to mocne fundamenty, ale jakimś cudem się udało. Okazało się, że mogę nas nakarmić z grania. Amsterdam, Groningen, później Paryż. Tam Tani zepsuły się plecy i musiała wrócić do domu, na leżąco, zajmując dwa siedzenia w autobusie, a ja zostałem w Paryżu. Nie dlatego, że chciałem, ale nie mieliśmy kasy na dwa bilety. Nie zraziliśmy się. Później było więcej wyjazdów. Dania, Hiszpania, Irlandia, Anglia.
Na pierwszym zdjęciu z tej trójki są z nami Anna Maria i Suzanna z Holandii. Poznaliśmy sie w Hiszpanii. Zaprosiły nas do siebie i spędziliśmy tam prawie miesiąc. Sympatyczne dziewczyny. To w tamtym okresie (a zdaje się nawet tamtego wieczoru w pubie) zacząłem używać "flows of happines" na określenie fali szczęścia zalewającej człowieka, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest wolny i wszystko zależy od jego marzeń. Miałem wtedy nadzieję, że to stan permanentny.

* * *



Aleksyj, rosyjskoukraiński brodacz, którego przygarnęliśmy. Dobry chłopak. Urodził się na Kamczatce, później los rzucał go po świecie, między innymi do Polski. Spotkaliśmy się, kiedy odwiedzałem świątynię w Warszawie. Wyczuliśmy anarchistyczno-duchowe wibracje i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Świetnie grał na gitarze, miał super historie do opowiadania.

* * *







Aż wreszcie postanowiliśmy się na chwilę choć zatrzymać. W 2005 wylądowaliśmy w Birmingham. Od czasu, kiedy nie wpuścili mnie do Anglii w 1999, ten kraj był moją obsesją. Kiedy wreszcie udało mi się dojechać, rozczarowałem się. Od samego początku nie mogłem ścierpieć tego miejsca. Tylko, że łatwo było o pracę, obydwoje znaliśmy język i w ten sposób utknęliśmy.
Mimo wszystko spotkaliśmy kilku przyjaciół i przeżyliśmy sporo dobrych rzeczy. Na pewno nie był to zmarnowany okres.

* * *

Jakość zdjęć tragiczna, ale nie mam skanera, są to więc zdjęcia zdjęć.

Saturday, 15 May 2010

Pocztówka prowokacyjna;)



W ramach odwdzięczenia się za wszystkie śliczne, czasami seksowne zdjęcia zaprzyjaźnionych blogerów i blogerek. Pozdrawiam:)

Tuesday, 4 May 2010

Przyjaciel Durruttiego - sen





Jeden z moich rewolucyjnych snów:) W sumie ciekawy pomysł - wybranie sobie wojny z historii., na którą człowiek czuję, że się spóźnił. Można by to kiedyś wykorzystać. Zdarzyło się jeszcze więcej, ale początek i uczucia z nim związane pamiętam najlepiej. Powyżej piosenka ze snu, której kawałek przetłumaczyłem trochę niżej.

Przyjaciel Durruttiego
(sen)

- Jakie znasz języki? – pyta urzędowym, zmęczonym tonem oficer, w cerowanej kufajce. W oczekiwaniu na odpowiedź przysuwa do siebie zadrukowany blankiet. Bawi się pieczątką.
- Francuski. Trochę niemiecki… - odpowiada nieśmiało mężczyzna przede mną. Zwalisty, szeroko rozstawione nogi, nerwowo miętosi w trzęsących się dłoniach czapkę. Chłop oderwany od pługa.
- Ruch oporu we Francji. 1943 – oznajmia oficer, wpisując nazwę przydziału. Koślawe pismo, rutynowe, niczym u lekarza. Ciekawe, czy ktoś to odczyta? Podaje kartkę ruchem jednocześnie odprawiającym interesanta.

- Następny – mówi, zanim jeszcze mężczyźnie przede mną udaje się odsunąć na bok. Podchodzę, z zaciekawieniem przyglądając się reakcji na twarzy poprzednika. Rozczarowanie? Może zmęczenie po długiej drodze?

- Języki?
- Polski, angielski, hiszpański – podkreślam szczególnie ostatni.
- Przekonania polityczne?
Zaskoczył mnie.
- Eee – jąkam się. – Chyba antypolityczny – mówię niepewnie. Nie chcę się za bardzo określić, żeby nie wpłynąć na werdykt. Ale jeśli nic nie powiem, to kto wie gdzie mogę wylądować? Rewolucja październikowa? Wojna burska? Cholera. Oficer gryzie krzywo zaostrzony ołówek, zastanawia się. – Anarchista – wypalam wreszcie.
- Trzeba było tak od razu – uśmiecha się. – Wojna domowa w Hiszpanii. 1936. Milicja Durruttiego. – Pieczątka z impetem ląduje na dokumencie.

Podekscytowany chwytam ostęplowany papier i schodzę na bok, robiąc miejsce następnemu ochotnikowi. Nie mam czasu nacieszyć się przydziałem. Podchodzi zarośnięty żołnierz, starszy ode mnie o kilka lat. Uśmiecha się szczerbato i wyciąga rękę.
- Jose – mocny, szczery głos. Chyba Andaluzyjczyk. Lubię Andaluzyjczyków.
- Martin – odpowiadam, kładą mocny akcent na ostatnią sylabę jak rodowity Hiszpan. Bardzo chcę być „swój”.
- Mam odprowadzić cię do koszarów – mówi kładąc mi rękę na ramieniu. – No i witaj.
Idziemy. Po chwili sięga do kieszeni i podaje mi wymiętą opaskę. Czerwono-czarną.
- Na rękaw – wyjaśnia.

Cieszę się jak cholera. Marzyłem o tym tak, jak tylko się da. Ale nie da ukrywam, że mam pietra. Niedługo będą do mnie strzelać. Mogę zostać kaleką, albo nawet zginąć. Dochodzimy do ciężarówki. Stoi w rządku innych pojazdów. Niektóre nowe, rozpoznaję nawet vana mercedesa, model nie późniejszy niż z ’90. Ciekawe gdzie ci jadą. Za szybą widzę kilka wąsatych, śniadych twarzy. Bałkańczycy. Jestem prawie pewien. Obok nich furmanka i palący papierosy skośnoocy faceci w korzuchach z zagiętymi szablami u pasa. Mierzą mnie chłodnym, ale zaciekawionym wzrokiem. „Co robi tutaj taki smark w okularkach?” – myślą pewnie. Oddycham z ulgą. Mogłem przecież dostać przydział z nimi i wylądować w jakiejś zapyziałej wiosce, sprzed kilku stuleci, w konflikcie, którego nie rozumiem.

Wsiadamy do ciężarówki. Rozglądam się po pustej pace. Jose wzrusza ramionami.
- Nie ma zbyt wiele chętnych. Są popularniejsze wojny.
Zajmuję miejsce w samym tyle. Chcę wszystko widzieć. Ruszamy. Jose podaję mi krzywo sklejonego papierosa. Niby rzuciłem, ale pal licho, w końcu jadę na wojnę -Rak płuc to ostatnia rzecz, jaką muszę się teraz marwtić. Odpalam. Cuchnący, drapiący w gardło dym wypełnia mi płuca. Usta zalewa gorzka ślina, z trudnością powstrzymuję kaszel. Już i tak czuję się jak laluś. Chociaż tym mogę nadrobić. Mój towarzysz śmieje się do siebie, widząc moje zmagania. Jedziemy jakieś piętnaście minut. Mijamy szare pola, zapuszczone chaty, smutne wierzby. Jakby listopad. To chyba kraina przegranych wojen, o której mi mówiono.

- Trzymaj się, zaraz zacznie porządnie trząść – ostrzega Jose. Chwytam się mocno siedzenia i wstrzymuję oddech. Buch! Trząść?! Ciężarówka spada prawie pionowo w dół, nic prawie nie widać, może szara smuga, jakby gęstego deszczu i osypujące się kamienie. Do tego ten hałas. Zgiełk miliona krzyków, śmiechu, wycia. Ciarki przechodzą po plecach.
- Winda dziejów! – Jose próbuje przekrzyczeć harmider, równocześnie przytrzymując czapkę na głowie. Nie wiem, czy mam być wdzięczny za wyjaśnienie.
A później jedziemy po kamienistej drodze w pełnym hiszpańskim słońcu.

* * *

Dopiero w koszarach po raz pierwszy w pełni uświadamiam sobie, co zrobiłem. Gwar, setki ludzi w źle dopasowanych mundurach, ale każdy i tak pasuje tu lepiej niż ja. Mała grupka zebrana wokół uśmiechniętego cygana z gitarą. Klaszczą do skocznej piosenki i powtarzają chórem niektóre jej partie. Wsłuchuję się w słowa.

En la plaza de mi pueblo…
…chłop mówi do swego pana:
„Nasze dzieci rodzą się
z pięścią podniesioną.
Ta ziemia nie jest moja
ona jest mojego pana
on ją zrasza moim potem
i uprawia moją ręką.
Ale powiedz mi kolego,
skoro to jest jego ziemia,
to dlaczego nigdy w życiu
nie widziałem go tu z pługiem?”

Na ostatnie słowa Cygana kolorowa grupka wybucha rubasznym śmiechem. Podają śpiewakowi gliniany bukłak z winem.
Cholera. Naprawdę tu jestem! Macham do śpiewających ludzi. Odpowiadają przyjaznym gestem i rzucają jakiś żart. Nie rozumiem, ale domyślam się, że chodzi o moją „zieloność”. Serce bije mi mocno. Wdycham zapach kurzu, słońca, taniego wina i potu. Wiem, że choć jeszcze jestem nowy, to niedługo będę śpiewał piosenki z resztą, będę opowiadał z dumą o faszystach, których odstrzeliłem i chwalił się bliznami. Chyba, że nieopierzony, pójdę na odstrzał w pierwszej bitwie. Odganiam nieprzyjemną myśl. Tym będę się martwił na froncie. Teraz chcę po prostu być tutaj, z braćmi i śnić o lepszym świecie. Jose prowadzi mnie do arsenału i dostaję własną strzelbę. Nie zwracam uwagi na rdzę. Z radością ważę w rękach broń. Jej ciężar uświadamia mi powagę sytuacji. To nie zabawa.

Budzę się.