Monday, 31 December 2012

Uff - i znów kolejny blog:)


Skroiłem dziś stronkę ze swoimi piosenkami. Jeśli ktoś woli, zamiast fanpage'u na fejsie, to tam też znajdzie kolejne kawałki. No i przy okazji Szczęśliwego Nowego Roku! Dla mnie 2012 (he he - tak jak i 2011 i 2010:) był raczej ciężki, mam nadzieję, że w tym będzie lepiej. A jeśli nie, to i tak damy radę:) Trzymajcie się ciepło. http://ksiezycowy-terrorysta.blogspot.com/

Monday, 24 December 2012

Winszowanie świąteczne:)




















Szczęścia, zdrowia, mądrej głowy,
Zrzucić kapitalizmu okowy,
Żeby zdechli politycy,
Z mediów kłamcy bladolicy,
Żeby z dymem poszły banki,
Zamiast rakiet, pełne dzbanki,
zamiast dronów, plon zielony,
Z dumnych łbów zrzucić korony,
Generałów powiesimy,
Prezydentów obalimy,
Świat na nowo urządzimy
Nowe lasy zasadzimy,
Sprawiedliwy świat wyśnimy,
Fajkę pokoju wypalimy
A gdy wszystko to zrobimy,
Wreszcie dobrze się wyśpimy
Ze świątecznymi życzeniami
Salud!

Tuesday, 18 December 2012

Onirka eskapistyczna 2 - Księżycowy terrorysta

Po trochu zgrywam te piosenki w nowych aranżacjach. Onirkę eskapistyczną napisałem dla Tani i jest to chyba mój ulubiony kawałek. Tania śpiewa również w chórkach. Zapraszam na stronę fejsbukową: http://www.facebook.com/ksiezycowy.terrorysta


 

Onirka Eskapistyczna 2

1
Przyznam się, że wolałbym śnić
Czarnym kotem z twoich rysunków być
Łapać myszy w nocy, biesić się i drwić
Na twoich kolanach czułych z psich gróźb kpić

W innym scenariuszu byłbym groźnym muszkieterem
Złego kardynała przebiłbym rapierem
Później wyznałbym ci miłość w Paryżu pod drzewem
Rano pojechalibyśmy do naszej Polski rowerem

ref
Hej, hej, nie wiem sam, czy się cieszyć mam,
czy nie wiem czy cie mam, czy mi cie odbierze czas
zapłacić rachunki, raty, prąd i gaz,
a ja na to chwytam cię za rękę, nie puszczam

2
Niby coś tam mówię, staram się, próbuję,
Jakieś plany snuję, życie porządkuję, ale
Prawdę mówiąc wolę zamieniać się w wilka
I z moją wilczycą po lesie grać w berka

Nie mam nic przeciwko baśniom Andersena
Nie przeszkadza mi też z Kamasutry scena
Moja miłość nie z tej Ziemi, nie masz się co bać
Polecimy na Marsa. Już tam są? Kurwa mać.

ref
Hej, hej…

3
Ale dzisiaj koniec z narzekaniem
Chodź, zrobimy sobie razem pranie
Upieczemy jagodowy placek
Kuchnia z tobą lepsza niż pałace

Gdyby nie ty byłbym narkomanem
Z książek przez nos wciągałbym utkane
Ze słów światy, z palca wyssane,
W twoich oczach się opamiętałem

ref
Hej, hej…

Saturday, 15 December 2012

"Tajemnica" - Księżycowy terrorysta

Zapraszam do posłuchania nowego kawałka Księżycowego terrorysty. Tym razem zrobiłem "Tajemnicę", niektórzy z was może natknęli się tutaj na te piosenkę wcześniej, w wersji na ukulele. Tym razem gościnnie wystąpili : Nadia, Monia, Wiki, Kuba i Tania:) Muzycznie jest to dosyć luźna przeróbka utworu Raappana - Maasta maahan.
No i tradycyjnie już zapraszam na fan page na fejsbuku.

 
Tajemnica

 ref:
Zdarza się, że głowę byś odwrócił,
głowie powiesz w rozmowie, że się boisz
chodźmy już panowie, mądrej głowie dość po słowie, ale
kto opowie, kto kłamstwo odrzuci

1
Włączyłem telewizor na chwilę, przysięgam
zwykle chronię serce, po pilota nie sięgam,
na jedynce podawali wiadomości
na ulicach zwłoki, krew zamiast miłości,
w Afryce brak żywności, w Ameryce gościnności
we Wrocławiu skin lewaka, lewak skina bez litości
przez chciwość do nicości, pogrążamy się w ciemności
długa droga do miłości, kiedy broń jest w gotowości

ref:
Zdarza się…

2
Siedzę raz w pociągu, w drodze na terapię
obok siedzi facet, chyba górnik, smacznie chrapie,
naprzeciwko trzy dziewczyny, lat może szesnaście,
każda w ręce ma iPoda, taka moda, ale szkoda,
no bo przecież dusza młoda, Bóg nas stworzył w swych ogrodach,
przecież życie to przygoda, a nie pusty wzrok w iPodach,
a ten górnik się obudził, popatrzył spod byka,
przecież praca uszlachetnia, skąd więc jego mina szpetna

ref.
Zdarza się…

3
Teraz kilka słów o Bogu, albo raczej o religii,
nie rozumiem całej dziwnej, głupiej tej rozterki,
jak Go zwał tak Go zwał, przecież Facet nie jest głupi
szczerze wołaj z serca, On na pewno cię usłyszy,
nie masz po co się więc pienić, że ktoś woła Go inaczej,
Kryszna, Jah, Mahomet, najważniejsze serce twoje,
zamiast głosić świętą jihad, palić czarownice,
popatrz w oczy brata twego, a zrozumiesz tajemnicę

ref.
Zdarza się…


Tuesday, 11 December 2012

Afganistan - Księżycowy terrorysta

Hej
Na stronie Księżycowy terrorysta wrzuciłem nowy kawałek, "Afganistan". Już wcześniej go tutaj wrzucałem, na ukulele, ta wersja jest jednak bardziej studyjna (no, prawie;)
Pozdrowienia dla wszystkich włóczęgów życiowych (bo czy wszyscy nie jesteśmy trochę włóczęgami?)




1
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka

Jaką kołysankę, jaką kołysankę
Zna zza muru wróg

Czyje moje serce, czyje moje ciało
Komu zawsze mało, kto chce władzę całą

Czy ci ludzie spali, czy ci ludzie spali,
Gdy spadł na nich gruz

Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę
Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę

Boję się o ciebie, boję się o ciebie,
Idzie ostry mróz

Jak brzmi słowo kocham, co czytasz wieczorem
Kiedy pada deszcz, czy idziesz z parasolem

Czy te dzieci spały, czy te dzieci spały
Gdy spadł na nie gruz

2
Afgańska jesień z latawcem, starzec na kabulskiej ławce,
Sklepikarka mąkę waży, jak się gra w Bujala Bazi

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie były kraty, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

3
Cały świat odwrócił oczy, człowiek się już całkiem stoczył
Nikt nie zwraca już uwagi, wielkich nikt nie lubi droczyć
Co się z wami ludzie stało, jak długo to będzie trwało
A tym draniom ciągle mało, a tym draniom ciągle mało

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie spadły bomby, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

Oj la la la laj lo laj lo…

Wednesday, 5 December 2012

Księżycowy terrorysta

Hej
     Zapraszam wszystkich do polubienia mojej muzycznej strony facebookowej. Od kilku miesięcy piszę swoje piosenki. Od początku znajomi zachęcają mnie, żeby wziął się za to na poważnie. Nie wiem, na ile poważnie chcę się za to wziąć, ale jednak zmobilizowałem się, żeby zrobić cały album. Na razie na stronie jest jeden kawałek promo, po Nowym Roku powinien być już cały album. Póki co posłuchajcie. Jeśli podoba wam się muza, czy przekaz, to udostępniajcie u siebie na fejsie, czy blogu, czy gdziekolwiek, dzięki:)

Księżycowy terrorysta facebook
     Jeśli ktoś nie ma facebooka, to niedługo będzie też strona internetowa, a póki co można posłuchać próbki tutaj. Salud!



Apokaliptyczny dowcip
(Michaiłowi Bakuninowi)

1
Dzisiaj miałem sen prześwietny
Wyśnił mi się świata kres
Pierdyknęło coś z kosmosu
Trzeba zwijać interes

Płoną miasta, płoną wsie
Ludzkość już na samym dnie
Apokaliptyczny dowcip
Ale nikt się nie śmieje

2
Z Wall Street płynie fala lawy
Nie pomogły im dolary
Nie najlepiej też w Londynie
Ile w dół tam poszedł funt

Czemu nie śpiewam o Polsce
Z polskiej ziemi jest mój ród
No bo tam gdzie była Polska
Zbyt się podniósł poziom wód

3
Wyobraźcie tylko sobie
Już nie będzie gnębił ZUS
Już nie będzie Guantanamo
W Izraelu runął mur

Trochę szkoda tylko zwierząt
Kotów, psów, antylop gnu,
Żubrów, słoni i delfinów,
Nawet muchów oraz kun

4
Szkoda mi też pizzy, wina,
Dziewczyn oraz KSU
Z drugiej strony gdy w niebycie
Wyśnię sobie to co chcę

Dobre książki, dobrzy ludzie,
Wolna miłość, wolny świat,
Z trzeciej strony po co znowu
Człowiek już swą szansę miał

5
Siedzę sobie na balkonie
Widok stąd przepiękny mam
Lecz najbardziej to się cieszę
Że się w TV skończył Klan

Koniec wreszcie z aferami
Nadszedł wreszcie wojen kres
Lecz najbardziej to się cieszę
PO z PiSem liż was pies

6
Przyszedł sąsiad, przyniósł wódkę
Mówi, że nie lubi sam
Mówi mi, że mówić Lesiu
Nie ma co se mówić pan

W tym momencie jeszcze jeden
Meteoryt z nieba spadł
Obudziłem się, a niech to,
Wcale się nie skończył świat

Friday, 16 November 2012

Om


     Kiedy kartka pusta i nie przychodzi ani jedna poukładana myśl, to trzeba wziąć się za te niepoukładane i z nich coś ulepić... 

     Kamienie staczają się po zboczu góry, lawina przez wszechświat, akcja, reakcja, boska dłoń i odwieczne pytanie – czy dłoń tylko raz to dotknęła, żeby wprawić w ruch, czy też ciągle jest, ciągle działa. Myślę, że to drugie. Bóg… Bóg to też człowiek. Chce dotykać, chce brać udział i chce kochać. Dlatego ogrom wszechświata, te miliony galaktyk uchwycone przez Hobbsa, straszą tylko, gdy nie widzimy niczego poza tym wszystkim. Straszy nas wtedy ten ocean, w którym jesteśmy tylko małą, połyskliwą rybką. Czarne dziury, pulsary, planety, komety, galaktyki, kwarki, próżnia, nieograniczona przestrzeń, nieograniczony czas… 

     Kiedyś, kiedy byłem sporo młodszy, oddawałem się z zapałem astralnym podróżom. W nocy wysuwałem się z ciała i brykałem jak wypuszczony na spacer kundel. Fruwałem nad drzewami, wzbijałem się do księżyca, beztrosko wywijałem podniebne koziołki i nieodpowiedzialnie zbliżałem się do kosmicznych wędrowców, którzy nie wiadomo czego chcieli, skąd byli i o co im chodziło. Czasami płatałem psikusy, straszyłem bezsenne dzieci, czasami podglądałem sąsiadki w kąpieli, a jeszcze innym razem wylatywałem bardzo daleko, szukając mądrzejszych ode mnie, którzy by mi co nieco wyjaśnili. Najczęściej jednak po prostu się bawiłem, fruwałem bez celu, rozkoszując się pędem, wolnością i tajemniczością tego wszystkiego. 

     Pamiętam, że nie istniał dla mnie strach. Dokładnie w momencie wyjścia poza to trójwymiarowe, ograniczone ciałem continuum, okazywało się, że wszystko ma sens, że wszechświat jest uporządkowany, że stoi za nim idea, i wszystko – ja, oni, wy, niebo, duchy, zmieniający kształty, astralni uwodziciele i zwykli spacerowicze, a nawet ludzie pozostający w swoich malutkich ciałach – jest w harmonii, jest dokładnie takie, jakie ma być. 

     Tęsknię za tamtym uczuciem.
     Kiedyś podróżowałem autostopem. Wiosna, pył, upał, tym upalniejszy, że hiszpański. Wracając do domu z dwumiesięcznej podróży, utknąłem na małej stacji benzynowej pod Murcją (na południu Hiszpanii). Spieszyło mi się do domu, byłem zmęczony, zniechęcony, przeładowany doświadczeniami. Parę dni wcześniej pobiło mnie kilku nastoletnich gangsterów, i teraz chciałem po prostu być już z Tanią w jakimś azylu, liżąc rany. Mimo chęci, nie dałem rady, utknąłem na dobre. Przez trzy długie dni czekałem na stopa. Godzina za godziną, dzień za dniem żar wylewał mi się na głowę. Byłem głodny, bez pieniędzy, a ludzie byli obcy, drwiący i bezduszni. 

     Poczułem, że dobiłem do pewnych granic. Nie jestem pewien jakich, ale to było mocne uczucie. Poczułem się całkowicie sam w nieprzyjaznym wszechświecie (uczucie, które zresztą wraca do mnie czasami). 

     Nadszedł drugi zachód słońca na tej przeklętej stacji benzynowej. W najgłębszej desperacji patrzyłem na czerwień chmur na zachodzie, wciągałem w nozdrza zapach rozpalonej, ale już powoli stygnącej ziemi, czułem ssanie w okropnie pustym, obolałym żołądku, a każda obojętna twarz z obojętnymi oczami przesuwającymi się obojętnie po mojej zakurzonej zgarbionej postaci, raniła mnie głęboko. 

     I w tym wszystkim nagle przyszła do mnie myśl: a może wszystko, ale to dokładnie wszystko we wszechświecie, wliczając w to moją smętną postać, jest dokładnie takie, jakie powinno być. Nie istnieje nic poza harmonią, nawet te rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zgrzytem w porządku świata, jak choćby to moje cierpienie i desperacja. Poczułem, że ciąg wypadków, które doprowadziły mnie do tego miejsca w życiu, moje narodziny, dorastanie, poszukiwania, odkrycia, zamęt, decyzje, wszystko to, co budzi we mnie niepewność, żal, nadzieję i beznadzieję, dumę i wstyd, strach, odwagę, jest doskonałym składnikiem, doskonałej opowieści. Nic nie jest przypadkowe, głupie czy nie pasujące. To było wrażenie przenikające na wskroś, potężne. Na chwilę wzniosłem się ponad codzienny odbiór rzeczywistości, ponad dualizmy. To było uczucie podobne do tego, z astralnych wędrówek, choć brakowało mu delikatności i zrelaksowania, jakie charakteryzowały tamte doświadczenia. Tam byłem rozochoconym ale rozespanym dzieciakiem na kolanach czegoś przyjaznego, swojskiego. Tutaj stanąłem przed surową, ogromną, ale i piękną prawdą

     Poszukujemy harmonii. Nawet ci z nas, którzy wydawałoby się nie mają głowy do takich przemyśleń. Nawet te rzeczy, które w moim dziennym „ja” wzbudzają niechęć i protest, jak choćby nacjonalizm, to przecież próby nadania sensu światu, a przez to usensowienie świata, odnalezienie harmonii i ostatecznie doświadczenie ulgi w jedności. 

     Wszyscy próbujemy nadać sens wszystkiemu. Może jest tak dlatego, że boimy się, że ten sens nie istnieje sam z siebie, dlatego na nas spoczywa odpowiedzialność poukładania tej bezsensownej na pierwszy rzut oka układanki? Też biorę w tym udział. A jednak czasami przypominam sobie podniebne szybowania, samotne wędrówki po obcych krajach, wstawanie o świcie i próby doświadczania Boga, kiedy jeszcze byłem mnichem, miłość do kobiety i parę innych rzeczy. I wtedy mam wrażenie, że ten sens, ta harmonia już jest, sama z siebie, nie potrzebuje naszych wysiłków, żeby ją zbudować, nie musimy wypruwać sobie żył, żeby uporządkować „ten bajzel”, nie musimy się bać, że jesteśmy bezsensownym pyłkiem w bezsensownej przestrzeni.

     Czasami wiem, że jestem jak najbardziej sensownym pyłkiem, w zupełnie sensownym wszechświecie, który opiera się na całkowicie sensownej i pięknej idei. Trzeba tylko pozwolić temu płynąć, nie walczyć, nie kombinować. Om.

Thursday, 15 November 2012

Istota rozumna



     Kim jest istota rozumna? Co dzieje się, kiedy rozumny człowiek, czy jakakolwiek rozumna istota natyka się na brata w rozumie? Pofantazjujmy.

    Myślę, że najpierw taki ktoś musi zdecydować, czy ta druga jednostka świadomości, jest świadoma, czy jest rzeczą. To jest łatwe. A przynajmniej dla rozumnej istoty. Świadomość przebija spod skóry jak światło. Rozumna istota jest wyczulona na objawy świadomości. Czy to będzie człowiek, czy zwierzę, czy mieszkaniec Alfa Centauri – nie ma znaczenia. Istota rozumna nie określa siebie ani innych w oparciu o narodowość, kolor skóry, status społeczny, gatunek, kształt, planetę. To są sprawy nieważne. Zewnętrzne materialne desygnaty, definicje, katalogowanie – te czynniki nie mają znaczenia dla istoty rozumnej. Jedyne, co ma jakiekolwiek znaczenie to iskra antymaterii - świadomość.

     Kiedy już nastąpi kontakt i ustanowi się, iż druga strona dzieli z nami skarb świadomości, dzieje się coś ciekawego i zapierającego dech w piersiach: rozumna istota nie czuje potrzeby zmieniania innej rozumnej istoty. Wręcz przeciwnie. Akt spotkania z inną cząstką rozumu jest czymś tak magicznym, transcendentalnym, że w istocie rozumnej budzi się ogromny szacunek i docenienie sposobu, w jaki rozum i uczucia przejawiają się w kimś innym. I to bez względu na różnice w poziomie przejawiania się świadomości. Bo to fakt – te przejawy mogą się różnić – inaczej przejawia się świadomość delfina, inaczej człowieka, inaczej mrówki, a jeszcze inaczej Enta, Marsjanina, czy mędrca zamieszkującego jaskinię w Himalajach. Istota rozumna nie ma jednak najmniejszej skłonności do świadomościowego apartheidu. Taka skłonność nie jest możliwa w istocie rozumnej. Jest to rzecz po prostu nieprawdopodobna i tyle. No bo, czy widzimy niewielki palec porannego słońca wsuwający się przez szparę w suficie na strychu, czy  też kąpiemy się w tysiącach promieni, leżąc na leśnej polanie, nasze doświadczenie jest to samo – obcujemy ze słońcem. Tak samo jest ze świadomością. Jakim wyrazem głupoty i arogancji byłoby stopniowanie, ocenianie, a nawet wywyższanie się nad przejawami świadomości w jakiś sposób odmiennymi od tego, jak my przejawiamy siebie? Na całe szczęście istota świadoma nie widzi świata w ten sposób.

    Wyobraźcie sobie planetę, gdzie rzeczywistość – społeczna, duchowa, religijna, spożywcza, ekonomiczna, polityczna, rodzinna – opierałaby się na świadomościowej dyskryminacji. Duchowy apartheid. Co to byłoby za straszne miejsce! Pomyślcie – ludzie, bogowie, zwierzęta, a każdy z nich żyjący tylko w swoim odizolowanym, obmurowanym ego, małym światku, idąc przez życie zajęty tylko etykietowaniem, ocenianiem, szufladkowaniem. „Ten jest mądry, ten jest głupi, tego będę słuchał, tamtego uczył, tego zmienię, tamtemu dam się zmienić, a tego małego, brzydkiego, włochatego zjem. To mi się może przysłużyć, a tamto nie. To będę kochał, a tamtym gardził”. Dreszcze przechodzą na samą myśl.

     Można by pójść jeszcze dalej. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym całkowicie odmawiałoby się świadomości innym istotom, tylko dlatego, że istoty te różnią się od nas. Jak gdyby kształt naczynia, czy jego kolor, mógłby mieć wpływ na jego zawartość! Co za absurd!
   
Pierwszy mróz

Gdy przyszedł pierwszy mróz
wyskoczyłem przez dziurki w nosie
i zostałem wilkiem

Pod uśmiechniętym okiem Brata Księżyca
biegłem po skrzypiącym śniegu
jak rozbrykane szczenię

Z moich boków buchała para,
chłeptałem krew wiewiórki,
którą później przeprosiłem,
ale że byłem wilkiem,
martwiłem się tylko chwilkę

Na polanie leżałem na plecach,
żując słomkę i patrząc,
jak igrają gwiazdy
(też się urwały spod kołder,
karier, rachunków, terapii,
niedzielnych obiadów,
kinowych seansów,
sensów, bezsensów
i przeplatania się tych dwóch?)

Kiedy wreszcie cichaczem
zaczął mnie z boku zachodzić
ten łobuz Świt,
warknąłem nonszalancko
i w kilku susach
skoczyłem
przez dziurki w nosie,
zostawiając za oknem
mroźną noc i wilcze kły

Monday, 5 November 2012

Wilcze szczenię

Kawałek powstał pod wrażeniem Akli D - Anfas Tranquil. Spodobała mi się energia kawałka, zrobiłem więc do niego polski tekst i trochę zmieniłem muzykę.


1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im

Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

Dan, da ri di du du dan dar dej…

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic

A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Sunday, 4 November 2012

Na wasze totemy oddaję mocz



    Nie chcę ględzić, a z drugiej strony chcę wrócić do nawyku pisania. Przynajmniej jedna strona, żeby słowa płynęły, nie zatrzymywały się, żeby przecierały się ścieżki skostniałej kreatywności. No więc… Ręka ma się nie zatrzymywać. No więc… 
     Smoleńsk, kolejny pogrzeb, pomieszane ciała, wymiana trumien, narodowo-katolicki patos, rzygam tym. Tyle lat mieszkałem poza Polską i się odzwyczaiłem. Albo się pogorszyło, tak też może być. Czy mi się zdaje, czy ludzie się już zaczęli bać wyrażać swoją opinię? Na przykład nie wolno powiedzieć złego słowa na polskich najemników dających dupy w Afganistanie, czy Iraku, których w dodatku promuje się na patriotów. Jacy patrioci? Gówniarze, którzy z braku ekonomicznych możliwości w tym polskim bajzlu korzystają z okazji, żeby zarobić na przemocy. A tłuste świnie u koryta, Tuski, Kaczyńscy, Komorowscy, Rydzyki, robią patriotyczno-religijno-histeryczny szoł. Naprawdę można się porzygać. 

     Czy naprawdę chcę się tym katować na wieczór? Powiem szczerze, że mi samemu udziela się ta paranoja. Choćby teraz: waham się, czy napisać szczerze niektóre rzeczy. 

     Na przykład Smoleńsk. Pamiętam po katastrofie czarne wstążeczki na fejsie, patetyczne pierdoły, jakie ludzie pisali z miłości do swoich władców. Moje odczucia były natomiast inne. Radość, ulga. Zastanawiałem się, czy nie kupić szampana. Bo mój odbiór rzeczywistości jest taki, że to są okupanci zwykłych ludzi, pijawki*. Najszczęśliwszy byłbym, gdyby tak wyszykować z tysiąc takich Tupolewów, zapakować światowych prezydentów, ministrów, generałów, bankierów i pierdolnąć nimi o rząd pancernych brzóz. Byłem w szoku, kiedy prawie wszyscy wpadli w sentymentalny żal po martwych okupantach. Żałoba, poezje, msze, modlitwy. Szaleństwo (wiem, że w tym samolocie zginęli też zwykli ludzie i te krytyczne słowa nie odnoszą się do nich). Przecież więcej miałoby sensu płakać nad rozbitym samolotem z normalnymi ludźmi, takimi jak my. To z nimi mamy więcej wspólnego. To zwykli ludzie wiedzą ile kosztuje chleb, ledwo wiążą koniec z końcem, harują dla swoich rodzin, kłócą się, idą na piwo, oglądają Rodzinka.pl. Ale przy takich „zwykłych” wypadkach poziom emocji jest zrównoważony. Człowiek popatrzy na dziennik, skrzywi się, będzie miał pięć sekund refleksji i może jeszcze temat dnia do kolejki w sklepie. I to wszystko. A kiedy rozbija się samolot z ludźmi, którzy nami manipulują, rządzą, żyją z naszej pracy, sami nie robiąc nic, bawią się na bankietach, jeżdżą na konferencje, podlizują się wielkim z innych państw (szczególnie z jednego), to naród przez kilka lat tym żyje, podnieca się, histeryzuje. 

     Wyrażam tutaj swój gniew, na terapii mi wyszło, że to dla mnie dobre, ale nie zachęcam do wysadzania samolotów z politykami (choćby dlatego, że szkoda tych ładnych stewardess). Jestem za obywatelskim nieposłuszeństwem, biernym oporem i tworzeniem pozytywnych rozwiązań, nie za przemocą. Po prostu dziwie się, na jakim świecie żyję, jak bardzo jeszcze większość ludzi jest zacofana, przywiązana do łaszenia się do pańskiej ręki. Dziwię się też, jak mało ludzi protestuje. Powinna być przecież jakaś elita intelektualna, naśmiewająca się z narodowych, religijnych, społecznych bożyszcz i totemów. Żeby utrzymać jakiś balans, odświeżyć krew w narodzie. Nic z tego. Intelektualiści albo milczą (ze strachu?), albo mizdrzą się do polityków, bądź elit finansowych, bądź też do siebie samych. A przecież te nasz śmieszne polskie totemy trzeba wyśmiewać, szydzić z nich, bluźnić przeciwko nim, obszczywać. Bo inaczej ludzie się przyzwyczają. I zamienimy się w Talibów. 

     Niech ktoś nazwie Karola Wojtyłę Jasiem Trzęsiłapką (mój teściu, stary komuch jest mistrzem takich przezwisk), niech powie, że ma w dupie Zbrodnię Smoleńską, albo że religia powinna wypierdalać ze szkół, urzędów i publicznej telewizji, bądź też stwierdzi, że Głowa Państwa to burak… Ok., nie są to głębokie przemyślenia. Dałoby się więcej, bardziej naukowo i historycznie przeanalizować błędy Jana Pawła II, rolę kleru w Polsce, itp. Mi nie chodzi jednak o naukową analizę, intelektualne żonglerki, szpanowanie głębią swojej opinii. Chodzi mi tylko o to, że brzydzi mnie ta polska dzicz podrygująca przed koślawymi, śmierdzącymi totemami. I nie tylko o Polskę chodzi – każdy kraj ma jakiś swój zbiór „świętości”, wszyscy siedzą w oparach ciemnoty, podtrzymywanej przez instytucje religijne, polityczne i finansowe. Łatwo się steruje durną masą, podniecającą się ekshumacjami, meczami, zbrodniami wojennymi sprzed 60 lat. Ciemna masa nie pyta, gdzie idziemy, kto coraz ciaśniej trzyma w garści zasoby tej planety, kto wykańcza Afrykę, kto zarabia na zbrojeniach, kto nas truje, kto pozbawia nas przyszłości. 

     Mdli mnie na myśl, że jakiś gorliwy idiota doczepi się do mnie o obrażanie religijnych i narodowych wartości, i będę musiał z nim dyskutować, bronić się, a może nawet zapłacić karę, jak ten biedny facet, co powiedział, że polscy żołnierze, którzy zginęli w Afganistanie są sami sobie winni, i sąd nałożył na niego 300 złotych mandatu. Zdaje sobie też sprawę, że to nie jest spójny, dobrze napisany esej, którym można by się pochwalić. Ot kilka terapeutycznych zapisków na bloga. Ale czuję się lepiej, że to z siebie wyrzuciłem. Może ktoś się zainspiruje, zobaczy że nie jest sam w tym cyrku, może też skleci kilka słów od serca, co go męczy i brzydzi. 

     Ja sobie tak myślę, że dobrze mieć świętości w życiu. Też mam. Wierzę w Boga, kocham żonę, cenię przyjaźń, lojalność, odwagę, nie jem zwierząt, uważam też, że natura jest wyrazem boskości. Ale nigdy przed żadną z tych świętości się nie kłaniam, ani nie pozwalam, żeby mnie zaślepiła. Bo świętości mają nas napełniać, wzbogacać, nie zamieniać w matołów.

* Chciałem tu rozjaśnić, bo dotykam tematu ekstremalnie drażliwego. No więc nie uważam, że mam tutaj absolutną rację. Może większość tych ludzi była w porządku, może na swój sposób próbowali pomóc, działać dla innych, nie wiem , co w nich siedziało, nie osądzam. Tu chodzi jednak o coś innego – o prawo do mówienia o wszystkim, wyrażania wszystkich swoich emocji, bez neurotycznego zastanawiania się, czy nie wzbudzi się oburzenia, czy nie przylepi się nam opinia zwyrodnialca, albo nawet, czy nie przypieprzy się do nas aparat „sprawiedliwości”. Tego (prawa do wyrażania opinii) jest coraz mniej, i to nie tylko w Polsce, ale wszędzie, nawet w Stanach, tej rzekomej kolebce wolności słowa.

Saturday, 3 November 2012

Fantazje poterapeutyczne


















03.11.2012 
Sanatorium
pod Księżycowym Kraterem

     Drogi Pankracy

     Nie da się ukryć, że sztuka pisania listów dogorywa i raczej nie ma co oczekiwać jej odrodzenia. No ale mam to gdzieś. Brakuje mi zapachu papieru i odcisków od długopisa. Więc na złość będę pisał, a Twoim, mój drogi, psim obowiązkiem jest odpisywanie. Nie mów, że nie podnieca Cię myśl o wizytach listonosza, który miałby dla Ciebie nie tylko rachunki, broszury oraz książki z allegro, ale i żywy list. Dla mnie to by było coś.

     Długo się nie odzywałem, wiem. Mógłbym pewnie podać trochę rzeczy na usprawiedliwienie, ale ma to sens? Nie pisałem i już. 

     Ciekaw jestem, co u Ciebie. To znaczy coś tam mnie dobiegło. Że się rozwiodłeś (przykro mi, stary), że restauracja padła, że zaszyłeś się w Madrycie, pędząc życie wygnańca. Ale czy to wesołe życie uwolnionego wygnańca, czy też smutna wegetacja wygnańca-straceńca, tego już nie wiem. A chciałbym.

     U mnie było trochę cięższych lat. Nie będę podsumowywał wszystkiego, w końcu nasza ostatnia rozmowa telefoniczna trwała prawie godzinę. Kiedy to było? Dwa lata temu? Chyba jeszcze przed wyjazdem do Hrabstwa Miscatonic. 

     Właśnie skończyłem terapię dla nerwicowców. Już widzę, że się uśmiechasz z politowaniem, ale uwierz mi, wcale nie było mi do śmiechu. Ciężki czas. 

     Jak to się stało? W Miscatonic nie poszło. Wpadłem w długi, nie mogłem znaleźć pracy, mieszkania i co najważniejsze, przyjaciół. Bez ludzi usycham. To nie pierwszy raz ugrzązłem w bagnie, ale zwykle nie dawałem się złamać. Krok po kroku wychodziłem na prostą, bez większych blizn. Tym razem jednak rozsypałem się na kawałki. Wiesz, rzeczy, o których się czyta w Kierkegaardzie albo w żurnalach psychiatrycznych – ból istnienia, niepewność, niepokój, lęk egzystencjalny, strach przed szaleństwem, brak sensu, wszechświat widziany jako czarna, pusta przestrzeń, strach przed śmiercią, myśli samobójcze. To tak w skrócie, żeby cię nie męczyć, ha, ha. 

     Powiem szczerze, że przeraziłem się nie na żarty. Sam wiesz, że zawsze miałem skłonności do melancholii, zamartwiania się, widziałeś mnie w gorszych chwilach. Pamiętasz jak odwiedziłem Cię po wyprawie do Barcelony, gdzie o mały włos nie ukatrupiła mnie banda marokańskich rzeziemieszków? Tak, to był dół i utrata wiary w ludzi. Albo ten mój durny romans z Lucitą, kiedy z powodu tej sprytnej argentyńskiej księżniczki o mały włos nie posypało się moje małżeństwo? Był też niewypał z moją podróżą w czasie, kiedy ubzdurałem sobie, że anarchiści będą w stanie wygrać hiszpańską rewolucję z moją pomocą. Eh…

    Tak więc znasz moje upadki. Ten jednak był inny. Tamte historie rozgrywały się w jakimś kontekście, to ja byłem bohaterem przeżywającym przygody. Bolesne, to fakt, ale moje, barwne, mające smak. Natomiast ostatnie dwa lata były pozbawione kontekstu. Mój świat i ja rozsypaliśmy się na pstrokatą drobnicę, która zatraciła jakikolwiek sens. Wiesz, coś jak uświadomienie sobie, że na sto procent nie ma Boga. Albo odkrycie, że twoja ukochana żona jest agentką CIA, której jedynym zadaniem jest pisanie raportów na twój temat. Straciłem grunt pod nogami i zacząłem się miotać. Próbowałem samemu układać sobie ten sens. Próbowałem różnych rodzajów twórczości. Na przykład rysowanie. Widziałeś mój miscatoński blog? „Obcy w Hrabstwie Miscatonic”. Nie przeczę, dawało mi to przez chwilę frajdę. Nauczyłem się grać na ukulele. Dużo czytałem. Dąbrowski, spiritual emergency, Thomas Moore, Scott Peck, archetypy, mistycy, od poradników dla nerwicowców do traktatów o symbolach Tarota. Jak mały pyłek próbujący nadmuchać się do dawnych rozmiarów. I mimo wszystko pozostawałem pyłkiem. 

     Nie będę się rozwodził nad tym, jak myślałem o samobójstwie, bo uważam, że to głupie. Nie będę też pisał o romansach, nocnych bójkach, haszyszowych fajkach, skacowanych porankach, małżeńskich kłótniach, wywoływaniu opiekuńczych (głuchych) duchów. Znasz ten cały pakiet młodego Wertera (a wiesz, że w lutym uderzy mi już 37?! Już bliżej niż dalej). 

     No i jak wspominałem, w końcu wylądowałem na terapii. To był dobry ruch. Spotkanie się z grupą ludzi podobnie popieprzonych jak ja, pozwoliło mi nabrać dystansu do swojego stanu. Nie obyło się bez problemów, to fakt. Przede wszystkim oczekiwałem, że mądrzy ludzie z dyplomami lekarzy zaaplikują mi genialną metodę i moja dusza będzie uleczona. „Wstań Łazarzu, jesteś zdrów”. Jak się domyślasz, to nie zadziałało. Ale stało się coś innego. Nauczyłem się nie walczyć. Wbrew pozorom, to potwornie ciężka umiejętność, tak sobie przestać walczyć. To po pierwsze. Po drugie, nauczyłem się doceniać swój stan, uważać go nie za przekleństwo, lecz za błogosławieństwo. Dlaczego? Facet, ile ja odkryłem rzeczy o sobie. Wspomnienia, które wróciły, uczucia, które zagrzebałem, a teraz znów się odezwały. Nie mogłem uwierzyć, ile ja tam tego pochowałem, i mówię tutaj o cennych rzeczach. Kilkuletni rycerz Jedi, walczący z biedakiem opętanym przez demona alkoholu, i to jak świetlny miecz malca okazywał się spróchniałym kijkiem, a demon zawsze wygrywał (ta metafora mówi o pijaństwie w domu, nie wiem, czy dość jasna dla Ciebie, różnie u Ciebie z bystrością... Żartuję przecież!). Noce w lesie, z rozpuszczalnikiem, szukając przejścia do innych, lepszych światów. Prawdziwe miłości rozsypane po wioskowych chatkach. Sny o przyjaznych wampirach i dalekich rozwiązłych krewniaczkach.

     Uświadomiłem sobie, że chcę się zaprzyjaźnić ze swoją ciemnością, zamiast próbować rozproszyć ją za wszelką cenę. I to była dobra decyzja. Nerwy wyciszyły się, przestałem czuć się bezsilnym pyłkiem, zamiast tego poczułem się pełniejszy, zharmonizowany, silniejszy. Bo nie można być tylko ze światła, albo tylko z ciemności. Żeby być sobą, trzeba przyjąć wszystko, cały pakiet, który ułożył dla nas Najwyższy.

     Ha, ha, chyba zacząłem przesadzać z patosem, co? Zdarza mi się. Na terapii dowiedziałem się, że zbyt poważnie podchodzę do życia. Akurat tę cechę z chęcią bym złagodził, bo męczy mnie czasami.

     Co więcej? Może na razie starczy? Zaczekam na Twoją odpowiedź, jeśli oczywiście dasz się namówić na to zacofane epistolarne zboczenie. Ostrzegam, że na żadne emaile nie będę odpowiadał. Śmierdzi mi ten XXI wiek i nie zamierzam poddawać się mu bez walki. Zresztą powiedz sam – czyż nie będziesz się czuł lepiej opisując swoje madryckie przygody na zwykłej kartce papieru? Jakby wyglądałyby na ekranie komputera pojedynki na szpady z dumnymi Cyganami, schadzki w Retiro z czarnookimi Henriettami i Peppitami, ciemne interesy z arabskimi handlarzami ziół i wonności, przesiadywanie pod Puerta del Sol, pijąc Don Simona z kartonu, za sześćdziesiąt centów? Bo na ile Cię znam, to wierzę, że jesteś jednak wygnańcem przygodowym, a nie złamanym. 

     Trzymaj się, Pankraceńku, pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na list.

     Zawsze Twój,
     Montresor Amontillado

Monday, 15 October 2012

Afganistan


Melodię zapożyczyłem od Manu Chao z piosenki "Carreteiro"


1
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka
Jaka w moich żyłach płynie krew, no jaka

Jaką kołysankę, jaką kołysankę
Zna zza muru wróg

Czyje moje serce, czyje moje ciało
Komu zawsze mało, kto chce władzę całą

Czy ci ludzie spali, czy ci ludzie spali,
Gdy spadł na nich gruz

Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę
Szukam zawsze domu, kiedy go odnajdę

Boję się o ciebie, boję się o ciebie,
Idzie ostry mróz

Jak brzmi słowo kocham, co czytasz wieczorem
Kiedy pada deszcz, czy idziesz z parasolem

Czy te dzieci spały, czy te dzieci spały
Gdy spadł na nie gruz

2
Afgańska jesień z latawcem, starzec na kabulskiej ławce,
Sklepikarka mąkę waży, jak się gra w Bujala Bazi

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie były kraty, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

3
Cały świat odwrócił oczy, człowiek się już całkiem stoczył
Nikt nie zwraca już uwagi, wielkich nikt nie lubi droczyć
Co się z wami ludzie stało, jak długo to będzie trwało
A tym draniom ciągle mało, a tym draniom ciągle mało

Ref:
Pozwólcie mi tam pójść i pobyć z nimi chwilę
Czy kogoś tam zastanę, gdy już opadnie mgła,
Pozwólcie mi tam pójść i napić się herbaty,
Czy tam gdzie spadły bomby, wyrośnie jeszcze kwiat
Pozwólcie mi iść

Oj la la la laj lo laj lo…

Thursday, 11 October 2012

Vlad - wampiryczny tren


Była już (anty)polityka, była też miłość, a dziś trochę kabaretu. Zresztą wampir to jest temat na topie obecnie...;) Uprzedzam, że cholernie długie mi to wyszło.















1.
Pochodził z Rumunii
Nazywał się Vlad
Przeleżał w mogile
Prawie siedemset lat

Lecz pewnej mrocznej nocy
Gdy znudził mu się grób
Otworzył brzydkie ślepia
I strząsnął z siebie bród

Ref:
Na na na
Historia ta obudzi dreszcze w was
Na na na
Nie zaśnie brzdąc, dorosły ani dziad

2.
Pierwszą ofiarę
Wypatrzył już po chwili
Na widok dziewczyny
Jak się nie zaślini

W księżycu zabłysły
Nagie Vlada kły
Nic tu nie pomogą
Najrzewniejsze łzy

Ref:
Na na na
Jeśli słabe serce masz, to odwróć twarz
Na na na
Postmodernistyczna, straszna, krwawa kaźń

3.
Na widok łysej czaszki
I szpetnej gęby Vlada
Buchnęło dziewczę śmiechem
I tak przez łzy powiada:

„Wnioskuję, żeś pan wampir
Ale starej daty
Dzisiaj dzieci nocy
Są jak dzieci kwiaty”

Ref:
Na na na
Litości nie zna Vlad
Na na na
Już wkrótce się przekona cały świat

4
Nie łatwo wampirem
W czasach hollywoodu być
Już lepiej dla Vlada
Było w grobie rzezie śnić

Lecz serce chociaż zimne
Odważnie w nim biło
Ppoza tym, co tu kryć
Strasznie chciało mu się pić

Ref:
Na na na
Za chwilę się poleje ciepła krew
Na na na
Wśród drzew w wampirze wzbiera zimny gniew

5
„Posłuchaj głupia kwoko
Nie obchodzi mnie
Zachowaj dla siebie
Głupie swe idee \

Nie potom wyszedł z grobu
Coby słuchać bzdur
Przygotuj się na śmierć
Zaraz wyssie cię wampir-gbur”

Ref:
Na na na
Dokąd zmierza historia dziwna ta
Na na na
Sam dobrze nie wiem… tra la la la la

6.
Na nieuprzejme słowa
I słów tych gniewny ton
Ściemniało żeńskie lico
Aż się wystraszył on

A kiedy z ust dziewczęcia
Wyszły kły wielkie dwa
To biedny Vlad oniemiał
I zgłupiał aż do cna

Ref:
Na na na
Czy wciąż końcówka krwawa czeka nas?
Na na na
I na co mu to było, biedny Vlad.

7.
Od nocy tej strasznej
Zaczęły się zmiany
Zamiast Vlada w baranicy
Jest Vlad ładnie ubrany

Na łysinie wyhodował
Modne, gęste loki,
Nocą, miast polować,
Pija marchewkowe soki

Lecz kiedy piękna żona
Tuż obok w trumnie śpi
Wspomina wampir biedny
Kawalerski zapach krwi…
Tssss…..

Ref:
Na na na
Wampir też człowiek - do kobiety lgnie
Na na na
To już jest koniec, jasny wstaje dzień



Sunday, 7 October 2012

Onirka Eskapistyczna 2


Tym razem piosenka miłosna, dedykowana mojej Tani. Wciągnęło mnie to pisanie, pozwala fajnie spędzić weekend i nie czuć się, że zmarnowałem czas, albo że nic nie jestem wart (co czuję większość czasu). Pozdrowienia dla wiernych czytaczy\słuchaczy.


1
Przyznam się, że wolałbym śnić
Czarnym kotem z twoich rysunków być
Łapać myszy w nocy, biesić się i drwić
Na twoich kolanach czułych z psich gróźb kpić

W innym scenariuszu byłbym groźnym muszkieterem
Złego kardynała przebiłbym rapierem
Później wyznałbym ci miłość w Paryżu pod drzewem
Rano pojechalibyśmy do naszej Polski rowerem

ref
Hej, hej, nie wiem sam, czy się cieszyć mam,
czy nie wiem czy cie mam, czy mi cie odbierze czas
zapłacić rachunki, raty, prąd i gaz,
a ja na to chwytam cię za rękę, nie puszczam

2
Niby coś tam mówię, staram się, próbuję,
Jakieś plany snuję, życie porządkuję, ale
Prawdę mówiąc wolę zamieniać się w wilka
I z moją wilczycą po lesie grać w berka

Nie mam nic przeciwko baśniom Andersena
Nie przeszkadza mi też z Kamasutry scena
Moja miłość nie z tej Ziemi, nie masz się co bać
Polecimy na Marsa. Już tam są? Kurwa mać.

ref
Hej, hej…

3
Ale dzisiaj koniec z narzekaniem
Chodź, zrobimy sobie razem pranie
Upieczemy jagodowy placek
Kuchnia z tobą lepsza niż pałace

Gdyby nie ty byłbym narkomanem
Z książek przez nos wciągałbym utkane
Ze słów światy, z palca wyssane,
W twoich oczach się opamiętałem

ref
Hej, hej…

Tuesday, 2 October 2012

Anarchia

Takie małe manifesto (anty)polityczne. Wartości artystycznych to bardzo nie ma, ale naszło mnie po lekturze Tołstoja.


Ref:
Mówią, taki czas
To ciemność siedzi w nas
I oni po to są, byśmy nie dotknęli dna
I po to dają prawa nam
I muszą strzec
Byśmy nie zabili się

1.
Nie wierzę temu nie
Bo wcale nie jest źle
Tam gdzie życie własnym torem toczy się
No powiedz przecież sam
Czy kary boisz się
Czy dobrym wolisz być
Bo ze złem się czujesz źle

Popatrz wreszcie dookoła, czy zobaczyć to zdołasz,
Mądrzy ludzie w garniturach, w telewizji puste słowa,
Na ulicy tłum sam nie wie po co
Ktoś się karmi jego krwią

Ref:
Mówią, taki czas…

2.
Ty wierzysz nadal im
Gdy mówią: „podnieś broń,
Ojczyzna potrzebuje twojej krwi”
Kryzys, kryzys, kryzys to nie my,
Kryzys to zrobiliście wy.

Więc bracie mój, z tej czy tamtej strony
Nie trony, nie salony, ani banków szpony,
Lecz tylko plon zielony,  nie daj ogłupić się, ogłupić się
I praca twoich dłoni, nie daj ogłupić się, ogłupić się

Mówią – ekonomia to jest temat nie dla wszystkich
Milionerzy z Wall Street nie są w ciemię bici
A nad tobą niewidzialny bat
Taka twoja dola psia

To nie nowość jest, tak od tysięcy lat,
Nadszedł czas by brat bratu ofiarował kwiat
Wtedy cały świat, w niewoli od wielu lat
Każdy będzie wiedział kto przyjaciel a kto kat

Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną moja rodzina
Powiedz nie finansjery drwinie

Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną cała Ziemia
Powiedz nie finansjery drwinie


Ref:
Mówią, taki czas…

Monday, 1 October 2012

Przekłady z angielskiego

Jak w temacie.
Kończą się nam oszczędności, a przed końcem terapii nie będę rozglądał się za pracą, tak że szukam coś dorywczego w międzyczasie.
Macie coś do przełożenia z angielskiego (na studia, do pracy, itp.), albo znacie kogoś, albo macie jakiś pomysł, gdzie mógłbym użyć znajomość języka, to dajcie znać.
kalpatarudasa@gmail.com
Dzięki!
Marcin

Sunday, 23 September 2012

Mądre i głupie



1
Słowa mądre słowa głupie
Martwa mucha w zimnej zupie
Kropla czaju z samowara
Zapatrzona w siebie para

Chciałbyś sensu się dopatrzeć,
Przebrnąć przez metafor sie-eć
Ale widok czyjejś gęby
Sprawia, że się nie chce chcieć

ref
Laj, laj, laj, sie opamiętaj
Daj, daj, daj, wszystkiego nie zjedz sam
Naj, naj, naj, chłopcy dwaj
Jeden to dobry ja, a drugi – moje drugie ja

2
Szukasz w sercu potwierdzenia
Swej ważności docenienia
Ktoś ci mówi pył i marność
A ktoś: bierz, bo nigdy zadość

Pytasz – czy sens w szlachetności
W pokonaniu sła-abości
No a może w bezczynności
Bądź też w ciała żądz radości

ref
Laj, laj, laj, chłopie graj
Posprzątaj, nikt nie pozbiera szkła
Zawracaj, coś zostawiłeś tutaj
Jeden to dobry ja, a drugi – moje drugie ja

3
Szedłem raz ulicą w mieście
Dookoła ludzi z dwieście
Ale smutno w sercu było
Bo każdemu się spieszyło

Za to problem inny na wsi
Jakby sobie wszyscy poszli
Tylko w barze garstka gości
Spija nektar śmiertelności

ref
Laj, laj, laj, posłuchaj
To ktoś cię woła z dala i odejść nie pozwala
Naj, naj, naj, chłopcy dwaj
Jeden to dobry ja, a drugi – moje drugie ja

Tuesday, 18 September 2012



W tej piosence

1.
W tej piosence o dziewczynie
Burza loków, lat dwadzieścia, smutnych oczu gwiazdy dwie
Dość wcześnie swą miłość znalazła,
Ona jego, on ją, uczuciem czystym lśnią,
Po pół roku pierwszy raz uderzył ją,
Otarła nos, nie powiedziała nic,
Później więcej złych słów i więcej krwi,
Choć miłość nie zgasła, w końcu zamknęła drzwi,
I być może jakoś by to szło, nie stało by się nic,
Każdy swoją drogą poszedłby, otworzył nowe drzwi,
Ale on zrobił duży błąd, z dziesiątego piętra na suchy ląd,
Teraz ona siedzi sama wieczorami
I się rani wspomnieniami, żyletkami
La, la, la, la, laj laj, laj, laj, laj

Ref:
Co prawdą jest, a co nie
Zanim zbawisz świat
Ratuj siebie, wyjrzyj zza swych krat

Gdy idzie źle
Pamiętaj że
W twoim sercu ogień życia wre

Na samym dnie
W gęstej mgle
Dostaniesz odpowiedź, nie martw się

A twoje dni
W których głośno klniesz
Rozluźnij pięści, ktoś się zbliżyć chce.

2.

W tej piosence o chłopaku
Mówię wam, dobrze go znam,
Gdy dzieckiem był
W swej małej głowie wiele krwawych bitew stoczył
To nie tylko o to chodzi, że go ojciec pasem bił,
Lecz o to, że ten chłopiec w sercu miłość do ojca krył
Po całych wiekach na odwagę zebrał się
Powiedział o tej nienawiści, co go żre
I tego właśnie dnia, tak sprawił dziwny los
Nie wytrzymało serce ojca, to był cios,
Od tego dnia, każdego dnia, długiego dnia,
Ten chłopak łka, a jego dusza pełna rozbitego szkła
Lecz w nocy w ciepłych snach odwiedza go przyjazny duch
I mówi: „synu, kocham cię, prawdziwy z ciebie zuch”
La, la, la…

Ref.
Co prawdą jest a co nie…

3.
W tej piosence niczym w lustrze możesz przejrzeć się
Nieraz zaplątałeś się w te ulice
Podnosisz rękawicę, chociaż wcale nie chcesz
A przecież pokój to jest wszystko, czego pragniesz
Więc nie bój się, choć dzisiaj źle,
Jutro dobrze będzie, musisz mocno tylko chcieć,
I jeszcze jedna rzecz, samotnością nie dręcz się,
Prawda taka jest, że moim bratem, moją siostrą
Jesteś

Ref.
Co prawdą jest a co nie…

Friday, 31 August 2012

Tajemnica - piosenka

     Hej znajomi
     Ostatnio nic się nie odzywam, wiem, ale jakoś tak jest z tą terapią (skończyłem właśnie drugi tydzień), trochę też pisałem na moim nowym angielskim blogu, no i jakoś tak nie znajdywałem drogi do Garści Drobnych. Wczoraj napisałem piosenkę, chciałem się z wami podzielić. Pozdro.
    Marcin
    PS. Kiepsko u mnie z wymyślaniem melodii "pożyczyłem" więc muzykę w dużej części od zespołu Raappana z utworu Maasta maahan (polecam zespół, świetne fińskie reggae.)



Tajemnica 


ref:
Zdarza się, że głowę byś odwrócił,
głowie powiesz w rozmowie, że się boisz
chodźmy już panowie, mądrej głowie dość po słowie, ale
kto opowie, kto kłamstwo odrzuci

1
Włączyłem telewizor na chwilę, przysięgam
zwykle chronię serce, po pilota nie sięgam,
na jedynce podawali wiadomości
na ulicach zwłoki, krew zamiast miłości,
w Afryce brak żywności, w Ameryce gościnności
we Wrocławiu skin lewaka, lewak skina bez litości
przez chciwość do nicości, pogrążamy się w ciemności
długa droga do miłości, kiedy broń jest w gotowości

ref:
Zdarza się…

2
Siedzę raz w pociągu, w drodze na terapię
obok siedzi facet, chyba górnik, smacznie chrapie,
naprzeciwko trzy dziewczyny, lat może szesnaście,
każda w ręce ma iPoda, taka moda, ale szkoda,
no bo przecież dusza młoda, Bóg nas stworzył w swych ogrodach,
przecież życie to przygoda, a nie pusty wzrok w iPodach,
a ten górnik się obudził, popatrzył spod byka,
przecież praca uszlachetnia, skąd więc jego mina szpetna

ref.
Zdarza się…

3
Teraz kilka słów o Bogu, albo raczej o religii,
nie rozumiem całej dziwnej, głupiej tej rozterki,
jak Go zwał tak Go zwał, przecież Facet nie jest głupi
szczerze wołaj z serca, On na pewno cię usłyszy,
nie masz po co się więc pienić, że ktoś woła Go inaczej,
Kryszna, Jah, Mahomet, najważniejsze serce twoje,
zamiast głosić świętą jihad, palić czarownice,
popatrz w oczy brata twego, a zrozumiesz tajemnicę

ref.
Zdarza się…


Wednesday, 1 August 2012

Are you a friend?


















„Are you a friend?”
she wrote on the piece of newspaper
I’ve wrapped my sandwich with.
“Of course I am”
I almost said.
But instead I handed her a slice of bread.
She tore off a piece and started to chew
in this cute, annoying way I like
or don’t like,
depending on the moment.

And then we went downtown.

As usually
we showed each other
the flowery balconies
in the old town.
“It would be so cool to live here”
“Yeah, cool, but it must be so expensive”
“Lucky bastards”
Little rituals,
yes, we have those.

Then we kissed
friendly kiss,
just with the lips,
no tongues.
We’ve created a very closed circle of friends.
Just two of us
in that weird unfriendly town.

If anyone asks,
we didn’t
go to
bed.

Sunday, 29 July 2012

Śri Radhika Stava na uke

Właśnie wróciliśmy z Tanią z festiwalu w Sudetach, gdzie jak co roku spotkaliśmy się ze Swamim i naszym duchowym rodzeństwem. Poniższy filmik uchwycony został przez Yoya podczas wspólnego ogniska. Spontaniczna improwizacja okazała się hitem wieczoru:)




Niedługo, kiedy się już ogarnę, wrzucę trochę wspomnień ze zlotu.

Tuesday, 3 July 2012

Blada twarz - piosenka

     Na terapii dowiedziałem się ostatnio, że mam mały kontakt z rzeczywistością i przerost myślenia abstrakcyjnego (coś w tym jest:P). Pomyślałem w związku z tym, że spróbuję napisać piosenkę dotyczącą codziennej rzeczywistości. Tekst jest mój, muzykę "pożyczyłem" od fińskiego muzyka, Paleface, z utworu Shangri-la (poszperajcie na youtube, fajny kawałek).

 

Blada twarz


1
Ponad dwadzieścia lat przeszło
Jak nadeszła wolność
Zrzuciliśmy obce jarzmo
Rozpędzili ciemność

Bu ha ha ha, wolny rynek,
Misja pokojowa,
Z Waszyngtonu przybył cesarz
A w Krakowie zamilkł dzwon

2
Gdzieś tam w radiu populiści
Krzyczą o ojczyźnie
Że zdradzona, że tu Żydzi
Geje, komuniści,

Unia, krzyże i mohery,
Zwolennicy ganji
Z jednej strony mord katyński
A w mtv soft porn gra

3
Na uniwersytach rosną
Chciwi konformiści
Nikt nie czyta już Homera
Nie zna Kropotkina

Coca-cola, diablo cztery,
McDonalds, Tupolew,
Polska nie zagra w finale,
A w Toruniu lata cyrk

4
Z polskiej ziemi globtrotterzy
Funty i dolary
Na Londyńskiej ławce kloszard,
Przybył spod Warszawy

Tralalala, Wieża Eiffla,
Golonka i piwo,
Magda Gessler, Wojewódzki,
Ciemny Cygan czyli Rom

5
Usiądź ze mną ma dziewczyno
Napijmy się wina
Kiedyś może się przemieni
Smutna ta kraina

Pif paf hej ho, hej dziecino
Marzenia nie giną
Niech nas jutro uratuje
Tytus albo Janek Kos

Monday, 18 June 2012

Na Słowacji - czerwiec 2012







   













Dzień 1

  Piękna jest ta Słowacja. Pomyśleć, że to tylko parę kilometrów od domu, a wszystko jest takie inne – miasteczka, wioski, budynki, ludzie, a nawet natura. Siedzimy z Tanią i Monią w pociągu z Dolnego Kubina do Popradu. Dziś po południu mamy dotrzeć do Abrahamovic, do domu Tomka, gdzie czekać będzie na nas Szymon z Rosą.

     * * *










    





     Pierwszy obraz po wyjściu z autobusu w Janowcu – wzgórze a na nim kolorowe, koślawe dachy, błotnista droga, mrowie biegających między budynkami dzieci i ławki zasiedziałe ludźmi. Dech mi zaparło.
     - Co to jest? – zapytałem Rosy, która przywitała nas na przystanku. – Ja tam chcę.
     - Możesz iść, ale wrócisz w majkach.
     Zajarzyłem. Osada cygańska. Wyglądało to niesamowicie. Jakbym cofnął się w czasie o sto lat, albo odwiedził moje sny, te o starych miasteczkach pełnych Żydów-cymbalistów, wąsatych Cyganów i bałkańskich gierojów. Smutno mi było, że nie mam wstępu do tej innej, niecywilizowanej krainy, ale i tak cieszyłem się, że są jeszcze takie miejsca, odporne na raka XXI wieku. No bo dla mnie to jest rak. Czuję autentyczny wstręt do tej epoki, w której żyję – czasu technologii, biurokracji, konsumpcjonizmu, tandet i uniformizmu. Przeciwnicy komuny walczyli o wolny rynek i zachodnie swobody, mówili o wolności jednostki, a ostatecznie wszystko sprowadziło się do dyktatury tandety, tanizny i głupoty. Wiem, że w tych słowach pojawia się odbicie cieni, które od długiego czasu wiszą mi nad głową, ale mam na tyle trzeźwości, żeby dostrzec prawdę wystarczająco obiektywnie. Niech to wszystko już wreszcie pieprznie i niech ludzie zaczną budować świat od nowa.



* * *
     Już późne popołudnie. Jesteśmy w domu u Tomka. Słowak, myślę, że ma trochę ponad trzydziestkę, jak ja. Spotkaliśmy się niedawno na Pomorzu, kiedy razem z Szymkiem i Rosą odwiedzili nas u teścia. Wegetarianin, zainteresowany duchowością. Od razu poczułem do niego sympatię. Widać w oczach szczerość i zagubienie. „Troubled mind”, jak to mówią. Mam nadzieję, że będziemy mieli trochę okazji do rozmów przez te kilka dni.
     Dziś śpimy u niego w domu. Tania, Monia, Rosa, Szymek i ja. Od jutra przeprowadzamy się do Kamennego Domu, gospodarstwa agroturystycznego, które Roland wynajął na dwa dni.
     O, wyszło słońce! Fajnie. Rozproszą się chmury i wreszcie zobaczymy Tatry, które podobno ciągną się za oknem.

     * * *
     Poszliśmy do Kamennego Domu porozmawiać z gospodynią. Dom wyjątkowy. Z tego, co zrozumiałem to był to stary, kasztelański dworek w ruinie. Nowa właścicielka wyremontowała go i żyje teraz z turystyki. Wszystko kamień i drewniane, stare bale. W głównej izbie palenisko. Kilka pokoi dla gości, w każdym ozdobne skrzynie, ręcznie robione ornamenty na ścianach.
     Posiedzieliśmy chyba z dwie godziny. Gospodyni wyciągnęła domowej roboty śliwowicę i pierniczki. Z pierniczków skorzystałem, co do śliwowicy, to nie piję (co jest świeżym postanowieniem, więc nie było zbyt łatwo). Szymon za to pił za dwóch:)

     * * *

















     Spaliśmy u Tomka. Polegliśmy pokotem na stryszku. Tomek zapalił świeczkę przed obliczem Śivy i opowiedział nam, jak przed dziewięcioma miesiącami spadł z balkonu i przeżył śmierć kliniczną. Po drugiej stronie tunelu spotkał kogoś, kto powiedział mu, że może wybrać, czy chce wracać do ciała, czy umrzeć, ale lepiej skorzysta, jeśli wróci, no więc wrócił. Był w śpiączce ponad tydzień.

     * * *
     Nie mogłem zasnąć i przewracałem się z boku na bok chyba do drugiej rano. A potem śniłem, że jestem głową ekspedycji naukowej po morzach północnych. Byłem spokojnym, mądrym profesorem z poczuciem misji. Podobało mi się w tym śnie.
     
Dzień 2

 
















     Z górki nad Pikovami widać łańcuch Tatr. Widok budzący cześć, a z tą koroną chmur to już w ogóle odjazd. Weszliśmy z Tanią, Szymkiem, Moniką i Tomkiem. Usiedliśmy i pogadali o dawnych czasach, kiedy Pikowce były małą osadą oszczepników – wolnych ludzi, którzy nie musieli płacić podatków, ale byli zobowiązani do obrony granicy przed Polakami. Zastanawialiśmy się też nad pieszą wędrówką przez Tatry z Polski na Słowację, a zakończyliśmy rozmową o Moralezie i Hugo Chavezie, i jeszcze jakby to było fajnie, gdyby można było zacząć cały świat od nowa.

  















   * * *
     Reszta dnia to obieranie, krojenie, gotowanie, smażenie. Zaoferowaliśmy się ugotować dla wszystkich (zapowiedziało się jakieś trzydzieści osób). Nie przypuszczałem, że będzie taka frajda. 
     Teraz siedzimy przed Kamennym Domem i zbieramy się na wyprawę do gorących źródeł. Wreszcie basen, w którym nie będę dźwięczał zębami na fioletowo. Juhu!
     Cegła wrócił właśnie ze Slovenskego Raju, a czekaliśmy tylko jeszcze na jego grupę: Aldonę, Siwą i Majkę. No to idziem.


     














* * *

     Tak zrelaksowany, jak na tych gorących źródłach, nie byłem dosłownie od lat. W jednym basenie woda była ciepła, a w drugim gorąca. Pluskaliśmy się całą bandą przez ponad dwie godziny. Zanurzony po szyję w siarczanej zupie czułem rozpierającą mnie radość – że Słowacja, że woda, że ludzie, że nie piję, że szukam, że żyję, że kocham.

  















   Dzień 3

     Kiedy wreszcie wyłożyliśmy na stół spóźnione półmiski i garnki, i popatrzyłem na barwną ucztę, odetchnąłem z ulgą. Udało nam się zrobić coś dobrego. Ludzie byli pod wrażeniem. Widok gości zakradających się do lodówki, żeby dolać sobie schłodzonego słodkiego ryżu z malinami był nadzwyczaj przyjemny.
     Też nażarłem się po uszy.

    















     Później trochę graliśmy. Najpierw z Rodanem i Igorem – oni na gajdach, ja na bodhranie, a później, po projekcji filmu o Cyganach, zagrałem na ukulele parę kameralnych kawałków przy kominku.
     Wreszcie Tanię i mnie zmogło zmęczenie. Nie daliśmy się namówić na oglądanie wschodu słońca.  Około drugiej rano wymknęliśmy się pod kołdrę i do krainy snów.

     Dzień 4

     Siedzimy na dworcu w Kralowanem. Zaraz mamy pociąg do Dolnego Kubina, Wszyscy zmęczeni. Tania raczy się rozmiękłą od upału czekoladą, a Monia bez przekonania komentuje przechodzących ludzi.
     Z Kamennego Domu na dworzec w Popradzie zawiózł nas Tomek. Ciężko mu dziś było. Widziałem, że zaczęło się już wczoraj wieczorem. Nie jest mu wygodnie ze swoim umysłem, znam ten ból. Mimo jego milczenia i chmurności staraliśmy się być uśmiechnięci i weseli, żeby było mu lepiej i żeby zapamiętał nas pozytywnie.
     Po drodze podjechaliśmy jeszcze raz pod tę osadę, którą zobaczyłem zaraz po przyjeździe. W kilka sekund obległo nas stado ciemnoskórych dzieci.
     - Daj euro! Daj euro!



















      Gąszcz chudych rąk wdarł się przez okno do samochodu. Trochę się wystraszyłem, kiedy od strony osady ruszyło biegiem kilkunastu Cyganów. Zaniepokojony spojrzałem na Tomka, ale ten zamiast odjeżdżać, zaczął żartobliwie podpuszczać dzieciaki i rozdał im trochę kasy.
     - No widzisz – powiedział, kiedy wreszcie wydostaliśmy się z gęstniejącego tłumu. – Takie nasze małe Indie.

     * * *
     W lejącym się z nieba żarze utknęliśmy. Była niedziela i przez najbliższe kilka godzin nie mieliśmy żadnej możliwości wydostania się z Lokcy. Dopytaliśmy się więc, gdzie najlepiej stanąć na stopa na Novot. Po jakiejś pół godzinie złapaliśmy mrukliwego, ale sympatycznego pana do Zakamennej, stamtąd autobus do Novoci, kolejny autostop, już do Polski, autobus, na nogach i wreszcie dwa kilometry od domu Łukasz odebrał nas samochodem.

     * * *
     I tak się skończyło. Później były jeszcze kłęby dymu, bo w piecu znów nie ma ciągu, zimny prysznic, bolące kolano, przegląd maila (jak zwykle, tylko kilka spamów), sms od Tomka, w którym mówi, że „ste super ludie”, zupka chińska i chleb z serem wędzonym i chrzanem, zmęczenie, lekka alienacja i „Test Pilota Pirxa” do poduszki.




Wybór zdjęć




Tomas, nasz gospodarz pierwszej nocy na Słowacji.

*






















Szymek, mój brat, gra na gajdach na ulicy, u jego stóp wierna towarzyszka, India.

*


















Tania i Monia w pociągu do Dolnego Kubina.


*






















W drodze powrotnej, prawie na granicy z Polską, zaraz złapiemy stopa do Ujsół.

*





















Pierwszego dnia poszliśmy do Kamennego Domu spotkać się z naszą gospodynią. Od lewej: Tania, ja, Szymek, Rosa, Tomek.

*


Bez komentarza:)


*



Zdjęcie z ulicznym artystą:) Od lewej: ja, Szymek, Monia, Tania.



*


















Słodki ryż gotuje się około trzech godzin (później chłodzi się go kilkanaście godzin, później ubija się śmietanę, praży płatki migdałowe, robi sos malinowy). Żmudną pracę urozmaicałem ćwiczeniami na ukulele.

*



















Od lewej: Bianka (również się nagotowała, żeby nie było, że tylko Tania i ja), Rosa - druga kucharka, autorka cukini w sosie według przepisu z jej rodzinnych Włoch)

*



Co rano pamiętaliśmy o porannej medytacji, Najczęstszy komentarz na widok białych woreczków na korale japa: co wam się stało w rękę?:)

*
















Kamenny Dom z zewnątrz



*

















Tania i Bianka




*

















Z Szymkiem w gorących źródłach


*























Mieszanie zmrożonego słodkiego ryżu z bitą śmietaną. Boże, ale to było dobre!



*
















Od lewej: Roland - szwajcarski przyjaciel i jeden ze sponsorów zjazdu, Rosa, Kasia, Szymek.



*
















Wegetariańska uczta budziła wielkie uśmiechy na wszystkich twarzach:)




*




Rozgrzewka

I jeszcze mały filmik:


Thursday, 17 May 2012

Zapiski przed Najstarszymi


     Dwa lata temu pracowałem na powieścią (która na razie czeka na skończenie) i przed "właściwym" pisaniem pozwalałem sobie na sesje tak zwanego "automatycznego pisania" (free writing). Kiedyś wrzuciłem tutaj kilka fragmentów, teraz zamieszczam całość plus kilka ilustracji z mojego innego bloga.

Free writing 1
14.08.2010

     Free writing, free writing, żeby rozgrzać pióro, a spod pióra nic się nie chce  lać, żadne piękne słowa, metafory, chwytające za serce konstrukcje, archetypy i marzenia dzielone z ludzkością – kiedy piszesz o marzeniu dzielonym z ludzkością, archetypowym znaczy się, wtedy rezonans się odzywa w sercach czytelników i myślą, że piszesz prosto do nich, że skądś się znacie, z mitycznych szlaków, podniebnych ścieżek, balów o północy w astralnych frakach, mentalnych garniturach, przy szampanie półbogów, po którym nie ma kaca, a wręcz przeciwnie – człowiek się rano czuje jeszcze lepiej niż się czuł przed imprezą.

     Mieszkałem kiedyś na Księżycu. Nie na tym, którego sięgają lunety, ale tym z innego wymiaru. Żyłem 10 000 lat, pijałem soma rasę, miałem przyjaciół, przechadzaliśmy się w niebieskim świetle Ziemi w pełni i rozmawialiśmy o filozofii. Pewnego dnia, po tysiącach lat relaksiku skończył mi się karmiczny kredyt i w trymiga wyskoczyłem z półboskiego ciała. Pod stopami przyjaciele, ukochana, przytulny dom, przewiewany wonnym, mroźnym powietrzem, cyk i po wszystkim. Zabolało mnie, że nikt nawet nie spojrzał w górę, każdy kontynuował rozmowy, zajęcia, recytowania poezji, a ja po prostu przestałem dla nich istnieć. Cholera, nie za miła sytuacja. Później wylądowałem na Ziemi i od teraz to Księżyc mam nad głową, a Ziemię pod stopami, i nie ma soma rasy, ludzie gadają o polityce i meczach, nie o filozofii i poezji, no a zamiast żyć 10 000 lat, żyjemy zaledwie 60, 70, czy sto. Niedużo, co?

     Ok – wyczerpuje ci się bateria, czy brakuje ci słów? Nie wyczerp wszystkich, to przecież tylko rozgrzewka. O czym planujesz dziś pisać – chcę przedstawić Zuzkę, Zuzannę, Zuzannę … Nie wiem, jak na nazwisko, nieważne, jeszcze nie teraz. No więc miła dziewczyna, dziewczyna z moich marzeń – samodzielna, o ostrej urodzie, trochę egzotycznej, potrafi mówić ze wzgardą, potrafi się śmiać krystalicznie, choć na co dzień ma głos lekko zachrypnięty, jak chłopak. Zuzka. Wylądowała w niezłej kabale, nie ma już grzebienia, nylonowych rajstop, piwa i koleżanek. Wylądowała w mało sympatycznej krainie, i to wcale nie jakaś opowieść fantasy, ale kawał ciężkiego chleba i traumatycznych przejść. Zuzka to nie jest senny cień, ale konkretna dziewczyna. Patrzę na jej zdjęcie, ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest za ładna. A mi się podoba.

Free writing 2
15.08.2010

     Kolejna sesja free writing, po sporej dawce księżycowej poezji. Nie da rady, trzeba będzie dziś o księżycu pisać, księżycu i papierosach, miłości i tajemnicach. Poezja. To jest dusza literatury, dusza prozy również, gdyby ktoś nie wiedział. Bajki? Nie, nie sądzę. Dlaczego Gaiman tak na serce działa? Bo to prawdziwy poeta, choć Anglik. Poeta prawdziwy, w zanadrzu ma niespodzianki, koszmary zmieszane z miłymi marzeniami, do tego wycinek z gazet, dawno słyszana piosenka, słodycze z czasów komuny, z czasów przedwojenny film – tak właśnie działa poeta. Choć mówi tylko swoim językiem, nie żadnym esperanto, czy angielskim, to jakimś cudem wszyscy go rozumieją. Tzn. wszyscy z duszą. Ci bez duszy, nie dyszą, tylko liczą, zamieniają poranki i zmroki na dolary, później z tych dolarów układają puzzle i nigdy nie przestają tej głupiej zabawy, ot, dzieci samolubne. Do nich poeta nie mówi.

     Ja tu o poezji, a za oknem poranna burza, jeszcze daleka, jeszcze tylko grzmi, żadnych błysków. Szara, popielata, niebo nisko wisi, z rzadka przejedzie samochód rozpryskując cienką warstwę wody na szosie. Mgła, nie zapominaj o mgle. Lubię takie poranki. Można siąść spokojnie, pod oknem i zerkać za okno w soczystą, stęsknioną światła zieleń i szaroburość. Gąbka trawy wchłania soki z nieba, zesłane przez boga nieba. jak ma bóg nieba na imię? Indra? To bóg piorunów. A zwykły bóg nieba? Takiego spokojnego, niebieskiego? Dziś sobie nie przypomnę, dziś za dużo chmur. Dziś jedynie Indra skacze po wyobraźni. I jeszcze Posejdon, bo wody za dużo.

     A w powieści dziś bezchmurna noc, tysiące gwiazd, jak posypka po cieście, szukanie tajemnicy, seks młodzieńczy, dziewiczy, tanie wino, kanapki. Trzeba z tego zrobić coś interesującego, wymyślić wciągające pierwsze zdanie, i drugie, które zapewni, że z czasem nie będzie gorzej i jeszcze trzecie. A reszta z rozpędu, skoro człowiek się już wciągnął. A ostatnie musi być naprawdę intrygujące, żeby czytelnik wskoczył do drugiej sceny na główkę, z zamkniętymi oczyma, spodziewając się głębokiej wody. Trzeba mu to dać, ale wcale nie jest łatwo. Boję się jak cholera. Boję się trywialności, egzaltowaności, zwykłej głupoty i płytkości. Z daleka znów grzmot nadleciał, ale nie odłączam jeszcze komputera, tutaj piorun nie doleci z tak daleka.


Free writing 3
16.08.2010

     Eh zazdrość człowieka zżera, gdy czyta takiego geniusza. Dla mnie Neil Gaiman to prawdziwy mistrz. Otwierasz pierwszą stronę i po tobie, wsiąkłeś, nawet King nie ma takiej mocy (choć moc Kinga nieogarnięta jest również). Gaiman ma w sobie poezję, oj tak moi mili, facet dokopał się do ukrytych poziomów, których pilnuje Cerber, na których przechadzają się dusze czyśćcowe i gdzie uczniowie dawno spalonej szkoły grają w twista (co to cholera jest ten twist – nigdy się nie dowiedziałem).

     Zmiana tematu, ale na jaki? Coś co pomoże mi w pisaniu? Coś co ruszy akcję? To sobie zachowaj do książki, nie marnuj pomysłów, tutaj na kartkach free writing po prostu pisz, co ślina na język przyniesie. Sąsiadowi spaliła burza telewizor i dekoder cyfrowego polsatu (czy innego z tych ustrojstw, skąd mam się znać?). Siedział później cały dzień w naszej kuchni, pokorny, zmartwiony i szczęśliwy, że w centrum. Co kto wszedł opowiadał mu o swojej tragedii. My też mieliśmy burzową przygodę: wszystko wyłączyliśmy z gniazdka, ale kiedy piorun uderzył gdzieś blisko, odłączona lampka buchnęła białym światłem prosto w twarz, omal się nie zesrałem.

     Oj ciągnie się dzisiaj to free writing, nie wróżę łatwego pisania, ale 6 stron ma był i już, taki standard wrzuciłem. Gdyby nawet szło jak z nosa, to w kilka miesięcy zakończę pierwszy draft i można będzie się wziąć za ratowanie tego tworu. Jak na razie nie jestem zadowolony, szczególnie po przeczytaniu kilku stron „Amerykańskich Bogów”. Jak nadać treścią taką trójwymiarowość? Jak, cholera, jak? Wczoraj w nocy wypiłem kawę i pisałem. Chciałem sprawdzić, czy jestem rannym, czy nocnym pisarzem. nie mam pojęcia. Chyba wolę napisać dużo rano, bo wtedy nic nade mną nie wisi, a wieczorem zrobić ekstra robotę, żeby czuć się lepiej. Dobre samopoczucie to fajna rzecz. Kiedy się skończy ta strona? Nie zatrzymuję się dłużej niż na sekundę, żeby rozruszać zesztywniały umysł, ale w jakiś sposób cienko dzisiaj.
W mojej dawnej szkole, tu zaraz, dwa domy dalej – to było częste miejsce moich koszmarów. Fruwałem na strychu. Byłem duchem. Życie było nudne, puste i niebezpieczne, bo nigdy nie brakowało większych duchów, polujących na takie małe łazęgi jak ja.

Free writing 4
17.08.2010

     No weź się za to chłopcze, inspiracja nie przyjdzie z powietrza, rozgrzej tą dłoń rozgrzej szare zwoje i serce, bo nie możesz tylko żyć tu i teraz w świecie zjawisk, żyj też w świecie twórców. Co się dzieje? Rytmy reggae, rytmy serca, potrafisz płynąć? Potrafisz przestać się trzymać rzeczywistości? Rzeczywistość jest jak kotwica zarzucona na cmentarzu, rzeczywistość to odbicie zatrzymane na siatkówce, a za siatkówką przecież tyle krain, dlaczego naciskać na te trzy wymiary? Wycisnęliśmy je już jak cytrynę. Ma sens? Nie.

     Opowiedz o czymś innym. Co uważasz za katastrofę? Zuzka sama na pustkowiu, dziewczyna, z procą. I co się dzieje? Kto zagraża jej życiu? Nie wiesz? Zbójcy? Zboczeńcy? Stwory? Zawirowania czasoprzestrzenne? Choroby? Mało oryginalne. Bardzo mało. Może Zuzka spotyka rodziców. Fałszywe kukły udające miłość i opiekę, potrafiące wpływać na umysł ofiary. Zuzka zaczyna czuć się coraz swobodniej, domowo, wracają wspomnienia. Dobre! I wtedy zjawia się Lis, czyli Mulder, który tak naprawdę robi śledztwo, bada jak działają stwory Łaciatych Rubieży, ma swoje filozofie na ich temat.

     Świetnie. Ale nie o tym miało by swobodne pisanie. W swobodnym pisaniu chodzi o rozluźnienie mózgu, zrelaksowanie się, żeby nie myśleć w sztywnych schematach. Myśl o mrocznych piwnicach i słonecznych strychach, mokrej pleśni i złocistym sianie, szczerbatym, szczerym, szarmanckim uśmiechu w odróżnieniu od wilgotnego, wyuzdanego i wijącego się jak wąż. Walcz ze zmęczeniem, umysł jest ponad materią. Myśl też o książce, o tym jaki sukces odniesie, o ludziach pochłoniętych w sprawach twojej krainy, o chwale i spełnieniu. Wyobraź sobie trailer filmowy. szalona paczka wchodzi w krainę umysłu. Zdrada, miłość, śmierć, szaleństwo, inne wymiary, inne planety, nieznana historia wszechświata i Ziemi, kto mógłby oprzeć się pokusie? Czy może być bardziej fascynująca historia niż ta, wypływająca szczerze z samych trzewi snów? Nie sądzę. Bądź Magiem.


Free writing 5
18.08.10

     Jadziem z tym koksem panie dziejku, tym razem w rytmie flamencillo, hiszpańskie rytmy, gorąca krew, zaczarowane pustkowia, stare zamki, nieufność, rycerstwo, dysonanse historyczne, lubię Hiszpanię. W moim sercu to druga ojczyzna i następna książka w całości będzie poświęcona tej krainie. Dziewczyny Hiszpańskie – piękne, nie  wszystkie oczywiście, nie ma co używać stereotypów, ale te piękne, których nie brak w żadnym kraju, tam są wyjątkowo piękne – i te nieduże z Andaluzji, o ochrypłych głosach, krzywych nosach i cudownie czarnych oczach, jak i te szlacheckie, klasyczne, wysokie w czarnych woalkach i ażurowych mantyllach. Ach cóż za kobiety, iberyjski kwiat. Tam chyba kiedyś mieszkałem w życiach poprzednich przemierzałem równiny Extremadury, zielone góry Asturii, ceglaste wzgórza Granady, gdzie ciągle słychać arabski śpiew. Może Majowy Uśmiech jest taką Hiszpanią? Ale wtedy nie nazywałby się Majowym Uśmiechem. Bardziej pasowałoby wtedy coś w rodzaju… nie wiem… Wzburzona Krew, Duma Pięciu Nacji, Księżycowe Łzy, nie wiem. Ale to dobry pomysł. Lepiej pisać o czymś, na czym człowiek się zna, niż wymyślać mdłą krainę, której nawet się nie czuje. To dobry pomysł.

     A dziś za oknem słonecznie, żadnych burz, zawirowań, deszczu uderzającego w szybę. Dziś idziemy do Rajczy. jedziemy na rowerach, coś papierkowego trzeba załatwić. Tulasi już wstała, nic się nie odzywa, bo nie chciała mi przeszkadzać. Nauczyła się już po kilku dniach, że przy pisaniu muszę mieć ciszę, szczególnie gdy zaczynam i wisi nade mną wizja pustych kartek papieru, których nie mam czym zapisać. ha, ha – powiedziałem „papieru”. Ludzie już nie używają papieru. W pewnym sensie komputerowe pisanie, to prawdziwie ezoteryczna rzecz. tworzy się coś z niczego – stworzone słowa nie istnieją tak naprawdę, bo ileż ma realności rząd zer i jedynek? To tak mało dotykalne jak idea. Nie wiem. Dziś znowu pustka w głowie. Tak jak wczoraj i przedwczoraj, tak jak za każdym razem gdy siadam do stołu. Tylko, że dzisiaj naprawdę czuję, że będzie kiepsko. Nie piszę sceny akcji, ale scenę starej opowieści. jak nie zanudzić?

Free writing 6
26.08.2010

     Hej ho, hej ho. Co słychać na horyzoncie zdarzeń, co się dzieje na pustyni uczuć, martwy długopisie odezwij się. Attention, silvuple. Przechadzam się po plaży. Lazurowe wybrzeże wygląda pięknie o tej porze roku. Czarnowłosa kocha się z Chińczykiem nie zwracając uwagi na przechodniów i kawiarniowiczów sączących czarną kawę. Słońce praży, żeby wyprażyć się do bólu, przed księżycem, bo to zazdrosny gość, nie da się z nim na jednym nieboskłonie siedzieć. A co w snach? Pustki. Suche słowa nie opisują, bo nie ma czego. Warstwy trzeba zrzucić. Każda z postaci coś przecież czuje. Tecumseh obowiązek, Jack London też, ale i tęsknotę za domem, rodziną która umarła, Zuzka za normalnym życiem, a później też za miłością Pankracego, a Pankracy tęskni najbardziej za sobą, za połówką, która zniknęła tamtej nocy, osiemnaście lat temu. Każdy za czymś tęskni.

     A ty? Ja tęsknię za sławą. Naprawdę? Nie wiem. Za spokojem. Zakochaniami, ogniskami z przyjaciółmi, na bezkresnych przestrzeniach, poboczach nieskończonych wstęg dróg. Tego pragnę. Wolności. Tego mi brakuje. Rozkołysz wyobraźnię, rozkaruzeluj myśli, metafory zamieszaj i porównania i słodkie słowa, trafiające w samo sedno duszy. Dlaczego to takie trudne? Żeby pisać trzeba cały czas czuć. A jak czuć, jak się jest taką kłodą drewna jak ja? Aaaaaaaa!!! Lenistwo, grypa, cieknący nos, pusty łeb, słomiani bohaterowie, zimne lato, kłótnie w internecie, lęki, depresje, piwo, wymuszone rundy, bez serca, masturbacja kilkoma opowiadaniami, których nikt nawet nie zauważył. Strząsnąć to z siebie trzeba. Ale jak? O mama e ha, o mama e ha.

     Skaczemy bez spadochronu. Skaczemy? jestem sam. Nie ma nikogo, żeby pokazać, żeby zakręcić śrubę. Zakręć sobie. Ty jesteś widownią. I nie tylko ty. Przecież na gałęzi drzewa zawsze siedzi drugi ptak, przyglądający się jak pierwszy zjada owoce. Niech on będzie twoją widownią. O he mama, aj o he mama. Drynk, drynk, onomatopeiczny telefon. halo? Czy to ty? Uff, już myślałem, że cię nie ma. Napełnij mi serce, zzzzzzzzzzzz, o he mama… Ta strona się nie kończy jak nieskończony skrol w Morzu Martwym… The End.


Free writing 7
31.07.2010

     Strach przed porażką, strach przed byciem nieudacznikiem, chcesz być pisarzem, ale nagle uświadamiasz sobie, że twoje pisanie jest kiepskie, kiepskie jak granie na skrzypcach dwunastoletniej panny. Po roku rzępolenia schowa skrzypce w futerale i zostanie zwykłą sekretarką. A prawdziwi artyści będą spotykać się na bohemskich przyjęciach, improwizować, jamsessionować, pisać wiersze o kosmosie i miłości, obalać rządy (przynajmniej na papierze), chodzić spać o świcie i wstawać wieczorem, jak wampiry, ale nie te współczesne, pachnące, uczące się w liceum i kochające się w smętnych balladach na gitarze. Nie, takie kicze nas nie interesują. Chcesz panteonu bogów, którzy umarli w XIX wieku w Paryżach, Madrytach, Meksykach i Petersburgach. Panteonu bogów pijanych absyntem, kokainą i haszyszem. Nie zapomnij o sztuce, eksperymentach, romansach… Niech wiruje  świat.

     Wiesz jaki jest twój problem? Piszesz jak uczniak, ciągle szukasz słów w głowie. przestań, powinieneś przecież wiedzieć, że słowa z głowy nie mają dużego znaczenia. Przypomnij sobie Karciane Opowieści. Dlaczego było to takie dobre? Bo pisałeś z serca, rzucałeś obrazy, które nie wyśniły się jeszcze w żadnej głowie. Pisz o twoich rzeczach, jeśli jest uczucie pomiędzy Zuzką a Pankracym pokaż je, użyj słów, opisz uczucia, obrazy, co który bohater zauważa w drugim. I to jest kraina snów – mogą dziać się rzeczy szalone, w czym problem? Cholera, musisz jakoś wybrnąć z tej kiszonki. Teraz będziesz pisał o mnichach. Zrób doświadczenie. Jeśli się boisz nie musisz opisać tej sceny w samym pliku. Zrób oddzielny plik i zrób sobie scenę free writing. Nie nastawiaj się na nic, po prostu rzucaj słowami. No, na co czekasz? Ok – ruszam. Boje się jak cholera. Codziennie trzeba przełamywać nowe bramy, niszczyć nowe bariery.

Free writing 8
01.09.2010

     Powodzie, deszcze… Ktoś kiedyś powiedział, albo przeczytałem w książce, że taki deszcz – ciągnący się, niekończący, godzina za godziną, dzień po dniu, jest gorszy niż burza z oberwaniem chmury. Co ja pieprzę? Ból głowy się zaczyna, ponownie ogarnia mnie poczucie własnej nijakości i bzdurności mojej powieści. Piszę już tylko z obowiązku. I to ma być free writing, które ma mi pomóc w pisaniu? Nie wydaje mi się. Masz się zainspirować. Jak? Rozpal w sobie zainteresowanie akcją. Pomyśl – bohaterowie weszli do starego klasztoru rządzonego przez nieprzyjemnego typa… W ogóle tego nie czuję, cholera, boli, boli. Czy mam po prostu siąść i pisać na siłę? Czy czekać aż znów zapali się inspiracja? A w którym momencie miałeś tą inspirację? W żadnym. Wena jeszcze mnie nie nawiedziła.

     Sny – śniło mi się, że próbowałem rozpalić rewolucję. I początek jak zwykle w rewolucjach szedł dobrze. koło gminy postawiliśmy chatkę dla bezdomnego artysty i to był piękny początek buntu – odzyskanie publicznej własności z rąk urzędasów, z bezosobowej instytucji państwa. To było piękne. Ale później zrozumiałem, że oni są potężni i wystarczy przeczekać rewolucję, a kiedy ludzie się już wyszaleją, przejąć wszystko z powrotem. Bardzo niemiłe uczucie. Szliśmy przez rynek w Rajczy, była chyba zima, złocista noc – nie wiem dlaczego, odświątecznych świateł? Od księżyca? Płonących budynków? Może od wszystkiego naraz? Kto wie. Piękny to był wieczór i smutny w jakiś sposób (ale i radosny – nawet jeśli się coś nie udaje, to dobrze wiedzieć, że jest potencjał i ludzie o otwartych sercach i umysłach. To było miłe. Na przedzie szła dumna Puszpasara, la femme fatal tamtego wieczoru, wyśmiewała rewolucjonistów i pokazywała ponętne ramię, i równocześnie byłem na nią rozgniewany i miałem na nią chrapkę. Dobre połączenie, czyż nie?


Free writing 9
01.09.2010

     Skąd ta pustka? Słowa, które ze mnie wylatują wydają mi się puste, myśli miałkie, brak temu idei, spójności, jakbym wszystko robił na siłę. Jakbym teraz powiedział sobie: Jestem Pisarzem i sam fakt zaszufladkowania się sprawił, że pisanie zaczęło być pracą, a nie twórczym procesem. Być może słowo „praca” zabija we mnie duszę? Pisanie musi być swobodnym przepływem energii, idei, ucieleśnieniem mojego pragnienia wolności?

     Te sesje free writing są ważne. Uczę się procesu twórczego. Próbuję zrozumieć, jak pozostać swobodnym duchem, równocześnie trzymając się jednego zadania przez długi okres czasu. Nie wychodzi mi na razie za dobrze. Czuję się jak płatny robotnik, idący do pracy. Każda strona to łopata piachu, którą przerzucam bez entuzjazmu, gromadząc zapisane strony i myśląc o przyszłości, o jakimś mistycznym momencie, kiedy wreszcie zacznie się proces twórczy. Proces twórczy już się zaczął i nie będzie lepszej sposobności, żeby przywołać muzę. Muzo, bądź ze mną zawsze.

     Tołstoj napisał, że trzeba mieć jeden pogląd w ciągu pisania powieści i być mu wierny. Powieści, w których narrator zmienia swoje poglądy na każdej stronie jest bezsmakowa, nijaka.
     Nie o tym chciałem pisać.
   
     Czego mi brakuje. Kolorów, srebra, zapachów, niewinności bohatera – niewinności, która zapewnia świeże spojrzenie na rzeczywistość. Przypomnij sobie karciane opowieści – zwykły bohater, o zwykłych marzeniach, barwny przykład szczerego, baśniowego eskapizmu z odrobiną pieprzu (latająca, naga bestyjka).

     Możesz to połączyć z „Najstarszymi”. Możesz patrzeć na tę opowieść, jak na magiczną historię, którą naprawdę przeżywasz? Przecież nie mogłeś się doczekać wejścia do Łaciatych Rubieży. Dlaczego ci przeszło? Powiem ci dlaczego – bo wcale tam nie wszedłeś. Ślizgasz się po warstwie lodu, pod którą kwietnie prawdziwe życie. Jak go znaleźć? A jak piszesz teraz? Wcale nie używasz tylko słów. Piszesz to, co naprawdę czujesz, słowa płyną same, jesteś zsynchronizowany z ich melodią, rytmem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ok. Więc wyobraź sobie, że zaczynasz następną scenę Najstarszych… I nie bądź jak Chandler w odcinku Friendsów, w którym Monika zabiera go do fotografa i za każdym razem, kiedy obiektyw skupia się na nim, jego twarz zastyga w sztuczną maskę. Czy tak samo jest z tobą? Dopóki tak sobie piszesz, wszystko jest dobrze. Kiedy wracasz do powieści, nagle okazuje się, że znów jesteś zaspanym robotnikiem z łopatą, czekającym na fajrant i piwo z kolegami. ok. Więc spróbuj.

     Tecumseh… I już – maska zastygła, fotograf chce zrobić zdjęcie, ale zamiast Chandlera, na krześle siedzi manekin bez duszy. Cholera. Czuję bezsilność. Jeszcze raz.

****

     Minęło bardzo wiele czasu odkąd widział ją ostatnio. Był pewny, że nie udałoby mu się policzyć tych wszystkich lat. Nawet w tysiącleciach. Dopiero widząc ją znowu, zrozumiał, że ciągle tęskni. Złote, proste włosy, z których była tak dumna, spływały po plecach na koc. Była naga. Tecumseh nie wyciągnął ręki, choć bardzo tego pragnął. Bał się, że dotyk wypłoszy wizję, że wspomnienie odziane w kształt rozwieje się pod muśnięciem palców.
     - Nie bój się. Możesz mnie dotknąć – powiedziała z uśmiechem. Tym samym, co kiedyś, jakby śmiała się tylko połową ust, gdy tymczasem druga kpiła z niego. W jakiś sposób miało to sens, ale tylko, gdy na nią patrzył.
     - Jesteś snem? – powiedział i ostrożnie dotknął jej ramienia.
     Zachichotała, zasłaniając usta dłonią. Popatrzyła ciemnobłękitnymi oczyma.
     - W pewnym sensie.
     - To sztuczka Arcybiskupa?
     - Również. W pewnym sensie.
     - Nie rozumiem.
     - Mam dowiedzieć się, czy masz klucz.
     Tecumseh nie przestał gładzić jej ramienia.
     - Czy to naprawdę tak głupie? Jesteś iluzją zesłaną przez chciwego człowieka?
     Pokręciła głową.
     - Nie. Naprawdę tutaj jestem. Czuję swoje ciało. Czuję jak mnie dotykasz. Czuję twój smutek, bo wiesz, że to tylko na chwilę, że wkrótce znów mnie nie będzie. Muszę jednak wiedzieć, czy masz klucz.
     - Nie.
     Przytaknęła ze smutkiem i opuściła wzrok.
     - Tęsknisz? – zapytała.
     - Tak. Czasami. To było naprawdę dawno.
     - Jak dawno? – Spojrzała z zaciekawieniem.
     Pokręcił głową.
     - Bardzo dawno. Nie powiem ci, nawet gdybym sam dokładnie wiedział. Poczułabyś się stara, a tego chyba nie chcesz. – Mrugnął. Przez chwilę milczeli. On gładził jej ramię, ona patrzyła w okno. Tecumseh zdawał sobie sprawę, że obydwoje chcieli zatrzymać ten moment na długo, ale niestety nie było to możliwe.
     - Co teraz? – zapytał w końcu.
     - Zabiją cię.
     - Potrafią?
     Przytaknęła.
     - To niebezpieczni ludzie.
     - Możesz coś zrobić?
     - Jestem tylko zjawą. I to wysłaną, żeby wydrzeć ci tajemnicę.
     Wstała powoli, pozwalając, aby jego dłoń ześlizgnęła się po biodrze. Zachichotała, gdy spróbował przytrzymać ją za udo. Podeszła do drzwi.
     - Teraz zaśniesz. Oni zajmą się resztą. Nie będzie bolało… - Zawahała się. – Tak myślę. – Otworzyła drzwi. Zerknęła jeszcze raz przez ramię. Tym razem nie uśmiechała się ani trochę.
     - Do zobaczenia, kochany olbrzymie.
     Pomachał jej ręką.
     - Do zobaczenia blondyneczko.
     Zmrużyła oczy, udając gniew i pogroziła mu palcem. I zniknęła.
     Tecumseh chciał wstać i pobiec za nią, później zdał sobie sprawę, że nie spotkałby jej, ponieważ nie żyła już od bardzo, bardzo dawna, ale mógłby przynajmniej ostrzec Jack’a i tego biednego chłopca, który przez przypadek wplątał się w to wszystko. Zamiast tego złożył głowę na poduszce i zasnął snem bez marzeń.

***********************************

     I co? Nie było tak źle. Nie jest to z pewnością arcydzieło, ale nie cierpiałeś w trakcie pisania. Dlaczego? Bo pisałeś o uczuciach. Bo nie było tylko akcji, biegania, ale symboliczna, piękna scena, z miłością, szczerością. Tecumseh naprawdę czuł coś i przekazałeś to w tej scenie po prostu za pomocą kilku gestów i słów, bez bezpośredniej nachalności. I przede wszystkim nie robiłeś tego na siłę. Sprawiło ci przyjemność pisanie. kolejna rzecz – pisarz wie w każdej scenie, co czują jego bohaterowie. Nie może opisywać ich zachowań nie wiedząc. A doskonałością jest, kiedy czuje to, co czują bohaterowie. Tak. To jest najlepsze. Próbuj przed każdą sceną wyobrazić sobie uczucia bohaterów. Każdego z nich. teraz na przykład będzie scena z Jackiem. Na pewno będzie trochę nieufności, ale też pokaże się jego miłość dla dzieci, żal, że ich zawiódł.

Chcesz spróbować teraz?

*****************************************

     Jack uważał, że rozejście się do różnych pokoi było głupią rzeczą. Przez te wszystkie lata uczył się ufać Tecumsehowi i choć po wielu trudach mógł nazwać go przyjacielem (w pewnym sensie), czasami buntował się wewnętrznie. Tak jak teraz.
     Przechadzał się nerwowo od ściany do ściany. Nie zamierzał kłaść się spać. Nie pod jednym dachem z tymi ludźmi. Zdał sobie sprawę, ze bardzo chce mu się palić. Odruchowo chwycił się za kieszeń na piersi, choć nie kupował papierosów już sto lat. Dosłownie sto – ostatnią paczkę kupił 22 listopada 1910 roku. Nie dokończył jej wtedy. To był dzień jego ucieczki do Europy.
     Postanowił przejść się do pokoju Pankracego. Może jemu zostały jakieś fajki.
     Otworzył ostrożnie drzwi i wystawił głowę. Spodziewał się, że ktoś będzie pilnował drzwi, ale korytarz był pusty. Na ścianie dopalała się ostatnia pochodnia. Wyszedł, bezszelestnie zamykając drzwi i stąpając na palcach skierował się w stronę pokoju Pankracego. Minął drzwi Tecumseha. Zatrzymał się na chwilę. Wydawało mu się, że usłyszał kobiecy głos. Cofnął się o krok i pochylił głowę, ale nie usłyszał nic więcej. Przyjrzał się szparze pod drzwiami. Nic, ciemność, Tecumseh musiał już dawno spać. Potrząsnął głową i ruszył w stronę drzwi Pankracego.
     Zapukał delikatnie. Nic. Uderzył trochę mocniej. Odpowiedziała mu cisza. Czy to możliwe, żeby w takich warunkach ktoś miał taki mocny sen? Nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się z lekkim skrzypieniem, w środku było jednak zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć.
     - Pankracy – zawołał cicho. – Pankracy! – powtórzył głośniej, kiedy nie doczekał się odpowiedzi. Przez chwilę rozważał, czy nie wrócić do swoich drzwi, przy których ciągle paliła się pochodnia i nie pożyczyć jej na chwilę, ale przypomniał sobie, że w jego pokoju na stole stało kilka świec, może więc tutaj również jakieś będą.
     Dopiero po kilku krokach w ciemności pomyślał, że jeśli ktoś jest w pokoju Pankracego, powiedzmy morderca, to teraz ma doskonałą okazję, aby wykończyć i jego.
     Na oślep znalazł świeczkę i zapalniczkę.
     W rosnącym blasku zobaczył na łóżku Dhinę i Uphina Juniora. Dzieci kuliły się u wezgłowia, patrząc z przestrachem.
     - Tato? To ty?
     Jack o mały włos nie wywrócił stołu ze świeczką. Jęknął i zaczął przygryzać sobie kciuka. Nie robił tego od dnia kiedy znalazł ich ciała. Odwrócił na chwilę głowę, ale kiedy znowu spojrzał na łóżko, one ciągle tam były.
     - Tato? – Dhina była bliska płaczu. Uphin Junior wtulał się w siostrę i po prostu patrzył na niego.
     Jack nie mógł stać tak w nieskończoność. Gdyby w tym spotkaniu było coś… jak ze spotkania z duchami, albo gdyby czuł, że to jakaś sztuczka Arcybiskupa, wyszedłby od razu, ale… To było naprawdę. Nie miał wątpliwości. Jego maleństwa… one naprawdę tam były. Nie powstrzymując się więcej podbiegł do łóżka i chwycił obydwoje w objęcia. Dhina rozryczała się na całego, ale ona zawsze była skora do płaczu. Uphin Junior włożył mu palce we włosy i zmierzwił je trochę. Jak zwykł to robić każdego wieczoru, kiedy Jack kładł go spać.
     - Zestarzałeś się, tato – powiedział chłopiec, nie zwracający uwagi na szlochającą siostrę. Odsunął się trochę. – Wyglądasz smutniej. I jakbyś się zmniejszył.
     - Może to ty urosłeś – odpowiedział, choć wiedział, że to nieprawda. Uphin Junior wyglądał dokładnie jak wtedy, gdy widział go ostatni raz. W dniu inwazji.
     - Dlaczego płaczesz? – zwrócił się do córki. – Nie becz.
     Dziewczynka popatrzyła mu w oczy.
     - Nie chcę, żebyś umarł.
     - Wcale nie planuję. Co ty mówisz, stokrotko?
     Dziewczynka pokręciła głową.
     - Już wpadłeś w sieci – powiedział z takim żalem, że Jack poczuł, że sam jest bliski płaczu. Pokręcił głową, pokazując że nie rozumie.
     Chłopiec objął go mocno.
     - Oni chcą wiedzieć, czy masz klucz.
     Jack zaczynał pojmować. Nie do końca, ale powoli dochodziło do niego, że znalazł się w pułapce. Najgorsze było to, że mimo wszystko był przekonany, że dzieci były prawdziwe. Przecież znał swoją słodką Dhinę i przemądrzałego Uphinka.
     Odsunął się na odległość ramienia.
     - Nie mam klucza. I co teraz? Macie mnie zabić?
     Dhina znów zaczęła szlochać. Chłopiec spojrzał na niego z wyrzutem.
     - Tatko, jak możesz tak mówić? My… - Jego oczy również wypełniły się łzami. – Tęskniliśmy. Pociemniało niebo i mama kazała nam zostać w pokoju, a sama pobiegła po pomoc. Po ciebie. Myśleliśmy, że przyjdziesz, zabierzesz nas w bezpieczne miejsce, ale długo nikt nie przychodził, a później usłyszeliśmy trzask drzwi…
     Dziewczynka przestała płakać, zasłuchana z przerażeniem w opowieść brata, jakby zdziwiona, że ta tamte straszne wydarzenia dotyczą jej.
     - Uphin zbiegł na dół. Usłyszałam krzyk i hałas, jakby ktoś się przewrócił i dziwiłam się, że nikt nie płacze, przecież musiał się nieźle uderzyć. Zawołałam Uphina, później zaczęłam wołać ciebie i mamę. I wtedy na górę przyszli źli ludzie ubrani na czarno. Mieli krew na ustach…
     Jack nie mógł tego słuchać. Przyciągnął dziewczynkę do siebie, prosząc ją, żeby przestała.
     - Przepraszamy tatko. Nie chcieliśmy, żebyś umarł. Nie było nas, a później nagle jakbyśmy znowu byli, tutaj, w tym ciemnym pokoju i wiedzieliśmy, że mamy cię spytać o klucz, i jeszcze wiedzieliśmy, że grozi ci niebezpieczeństwo, ale nic nie mogliśmy zrobić. Przepraszam.
     - Przepraszam – dodał chłopiec. – I co teraz? – zapytał z mieszaniną ciekawości i smutku.
     - Nie wiem – odpowiedział bezradnie Jack.
     - Chyba musimy już iść – powiedział cicho dziewczynka i chwyciła za rękę ociągającego się brata. Jack nie próbował ich powstrzymać. Klęczał na łóżku, patrząc jak dzieci trzymając się za ręce podchodzą do drzwi.
     - Dhina. Uphin.
     Dziewczynka i chłopiec odwrócili głowy.
     - Przepraszam, że nie wróciłem. Przepraszam, że nie pobiegłem prosto do domu. Myślałem, że… - zająknął się.
     - Wiemy tatko, wiemy – powiedziała dziewczynka, zrobiła minę, którą nauczyła się chyba w trzecim roku życia, kiedy zdechł pies Uphina Juniora. Używała jej od tego czasu zawsze dla dodawania otuchy w chwilach smutku. Dzieci opuściły pokój.
     Nie usłyszał już odgłosu zamykanych drzwi. Zasnął.

     *********************************

     I dobrze. Może to nie jest jakieś spektakularne, ale twoje. Czułeś to choć trochę. Może później okaże się, że wcale nie było takie złe.


Free writing 10
02.09.2010

     Tołstoj też się zmagał. Ale dziś nie piszę o zmaganiu. W kominku pali się powolutku, nie trzeba za często dokładać, a i tak ciepło. Kominek ma coś w sobie, coś dodającego otuchy, a otucha to fajna rzecz, kiedy spokój w sercu i jakaś taka błogość, nie ma niepokoju, a kiedy nawet myśli się o śmierci, to nie w kontekście czarnej przepaści, ale początku przygody. Bliskość Boga tak na mnie działa. Bóg jest takim kominkiem dodającym otuchy. Dziś święto, Janmastami, pierwszy raz od nie wiem jak dawna naprawdę spróbowałem zrobić coś dla Boga, ugotowałem Mu z Tulasi pyszną strawę, zaśpiewałem, poczytałem o Jego chwałach i od razu lepiej na sercu. Później leżałem z Tulasi opartą na moim ramieniu i drzemaliśmy sobie smacznie i chyba nawet coś mi się przyśniło, ale nie pamiętam co.

     Sen miałem piękny dzisiaj. Podróżowaliśmy z Tulasi piechotą do Indii, a świat był jak z baśni, pełne dziwnych ale przyjaznych miast, ludów, zwyczajów, Tulasi dostała od cesarza Chin piękne kimono, a Indiach raja zaprosił nas na ceremonię instalacji bóstw Nrsmhadeva. Pamiętam, jak delektowałem się uczuciem swobody, wolności, nieodgadnioności każdego dnia, Jezu, jakie to piękne. Chciałoby się to doświadczyć i na jawie. A nie doświadczasz? Teraz jest jawa, a przecież ciągle widzisz mapę świata i pamiętasz odpoczynek na zielonych Wyspach Owczych i wysokie latarnie, sięgające nieba w Pekinie. Nie pamiętasz? Jasne, że tak. Czyli przeżywasz to na jawie. Malowniczy jest świat, a jak mówią, wszystko jest w oku tego, kto spogląda. Tym bardziej pisarz, artysta powinien wierzyć w potęgę swojej wizji, i nie poddawać się szarej wizji narzuconej przez społeczeństwo. Większość ludzi żyje w szarym świecie. To ich wybór (bardziej, czy mniej), ale to nie znaczy, że musisz podążać, jak owca za stadem.

     W innym śnie odwiedziłem Zosię Maciejowską w Birmingham. Mieszkała w naszym starym mieszkaniu w Balsall Heath i trochę jej zazdrościłem i nawet zastanawiałem się, czy nie zostać jakiś czas w Birmingham, żeby popracować. Czy to nie byłoby miłe? Ale w którym Birmingham? Tym szarym, czy tym ze snów?

Free writing 11
05.09.2010

     Miałem dziewięć żyć, straciłem wszystkie z nich – śpiewa Kocie Imperium, dobra piosenka, naprawdę, inspirująca. Chciałbym wprowadzić trochę tego klimatu w Najstarszych, nie tylko bieganiny, strzelaniny, bez chwili zastanowienia, nie lubię tego, ale jak mam ruszyć akcję?

     Największym problemem jest utrzymanie zainteresowania i motywacji. Naprawdę martwi mnie, że tego nie czuję. Muszę wejść głębiej w bohaterów, muszę ich zacząć czuć. Po co rozwiesiłem sobie zdjęcia postaci, skoro ich nie czuję, nie wiążę się z nimi? Nie wiem, co czują? Jaka jest jedna z zasad pisania? Zawsze wiedz, co czują bohaterowie w danej scenie. Bądź w ich głowach. Jesteś każdym z nich, nawet Exnerem, nawet Alterem. Zuzka – gorzka, twarda na zewnątrz, miękka, zraniona w środku, jedyną szansą na normalne życie dla niej jest zdrada ukochanego. Tecumseh – Najstarszy, maruder, czuje się oszukany przez swoich, ale jednak poczucie obowiązku sprawia, że poświęca się sprawie Jaja. Jack, stary dobry Jack, ścigany przez poczucie winy i chęć zemsty.

     A co z Pankracym? Czyż nie jest coraz bledszy, z każdą sceną? Płytki dowcipniś idący z prądem, nie robiący nic sam z siebie? Niedobrze. Czy coś ci daje to pisanie? To co robisz teraz, swobodny flow? Nie wiem. Nie czuję tego, ciągle nie czuję. Pomyśl, że Łaciate Rubieże są dla ciebie ucieczką. Chcesz podróży, nie możesz ciągle siedzieć tutaj, chcesz odkrywać nowe miejsca. Dlaczego ŁR nie miałyby być takim miejscem? Zaludnij go miejscami, które znasz, które kochasz, przestrzenią, pragnieniem wolności, marokańskimi przemytnikami, hiszpańskimi włóczęgami, irlandzkimi łotrzykami, kobietami, które kochałbyś, gdybyś był wagabundą, awanturami, w których nikomu nie może się nic stać, bo przecież jesteś głównym bohaterem. Potrafisz to? Potrafisz malować tęczą snów? Spróbuj. Nie bądź nudnym rzemieślnikiem. Pisanie nie jest pracą. jest UCIECZKĄ! Rozumiesz? Jesteś zawodowym eskapistą, chwyć się więc tej sposobności kolego.


Free writing 12
07.09.2010

    Harmonia w dysharmonii, szukanie smaku w The Streets. Dlaczego nie? Czavsy nie mogą mieć magii? Oni tez mają swoją magię, trzeba się tylko wsłuchać, znaleźć częstotliwość, no dlaczego, dlaczego nie. Jak by tu zmienić świat. Swój świat oczywiście, nie świat szeroki- ten jest zmieniany przez każdego, każdy zmienia swój. A co w Anglii? Dziś dzikie zapiski, nie wstawiaj żadnych radarów, barier, kontroli, i co? masturbacja w wannie, klub, nocny klub, dziewczyna obciąga w kiblu, twoja? Nie, niczyja, chór głosów, boli mnie dusza, boli? Jak może boleć coś, czego nie czujesz. Życie pełnią życia, nawet światłem miasta rozbrykanego, nieważne, chodzi o to, żeby żyć, oddychać, pulsować do rytmu, pulsować razem ze światłami klubu, miasta… zaczynasz cenzurować…

     I lżejszy rytm. Ojos de Brujo, hiszpańska wiedźma, klaskanie, miłość życia, bunt, walka, krwawa historia, miłość, pogarda dla ludzi, co nie żyją jak chcą, ale wporządkowują się w system. Rozruszać mózg. Myślisz, że tak łatwo? Luz, papka, drgania, znajdźmy porządek w drganiach, w wibracjach, pozornie chatotyczne gówno i co? Widzisz porządek? Harmonię? Tak? Nie. Wyczuwam ją głęboko, ale nie jestem nawet blisko/ Nie. Jesteś. Zaraz przed przebiciem ostatniej pokrywy jest najciemniej (jak pod latarnią, pamiętasz?). Zbuduj most. Pożyteczna praca, nie buduj tylko murów odgradzających cię od ludzkości, buduj mosty, w czynie społecznym, o czym dziś śniłeś?

     Hmm, śniłem o Jacku i Pankracym, w latach osiemdziesiątych. Spotkali się w snach. A może nawet o tym nie śniłem, pomyślałem tylko zaraz po przebudzeniu, ale i tak podobał mi się pomysł. Wino rozrobione z sokiem. Dobra myśl, jak Big Pepe w Granadzie w parku, zaraz po tym, kiedy poczęstowałem jedzeniem starego Marokańczyka (odmówił alkoholu). Marokańczyk poszedł później spać na kartonach, a ja rozmawiałem z otwartym ale rozpustnym Hiszpanem. Ta strona nigdy się nie skończy, a ja naleję sobie więcej wina. Już mi lepiej, muzyka ze słuchawek, więc nie mam gdzie uciec, nic nie jest na zewnątrz, everything jest wewnątrz, lubię to, wiesz? Sprawiło mi dużo przyjemności to swobodne pisanie, dziś , w okresie pustynnym, bez sztuki w sercu (a może sztuka jest teraz). Bye muchacho.

Free writing 13
09.09.2010

     Najdalej w grudniu będę miał skończony PIERWSZY SZKIC. JEŚLI OCZYWIŚCIE UTRZYMAM TEMPO, a to nie będzie łatwe, z takim brakiem entuzjazmu. Co ja pieprzę. To miał być free writing, a nie wykaz żali. Umysł, czym jest umysł? Subtelną substancją owijającą serce jak wata, przez którą próbuje wyrazić się dusza? Czy też przestrzenią, krainą pełną krain, po której krążymy, iskry boże, wędrowcy po bezdrożach, życie po życiu. Ha, ha – pomyślałem o materialistach – umysł to funkcja mózgu. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś może być w pełni przekonany o takich głupotach, ale z drugiej strony taka jest natura wiary – każdy wierzy w co chce, a Bóg, Wielki Duch, wszechświat ułatwia to, wzmacnia naszą wiarę, żeby łatwiej nam było żyć. Boddhisattva. Współczucie – warstwa miłości, czyli głównej energii przenikającej wszechświat.

     Co dziś tak filozoficznie? Cenzurujesz? Przecież nie pływasz dziś tak wysoko, wręcz przeciwnie, brak woli działania, lenistwo, zmysłowość, egoizm, niezadowolenie, tęsknota, strach. Strach jest ważny – motor mojego działania – jeśli czegoś nie zrobię, to po skończeniu się oszczędności, znów wyląduję w pracy. A prawda jest taka, że nienawidzę zorganizowanej płatnej pracy. To koszmar i tortura. Na samą myśl całe moje wnętrze zwija się w orzeszek. Zbyt to dziś poukładane. Może jeśli będę pisał szybciej, nie będę oszukiwał? Jak mam nie oszukiwać? Z zaskoczenia. Nie stwarzaj siebie. Jesteś taki jak wszyscy, tylko… tylko co? Nic.

     Brakuje mi takich jak ja – jak w takim razie jestem taki jak wszyscy? Nie jestem. Udowodnij. Pokaż mi ludzi, z którymi zaiskrzyłoby, z którymi mógłbym wymienić poglądy, żarty, wyprawy, tajemnice. I co? Gówno. Nie ma nikogo. Jestem sam. A może o to chodzi? Ze wszyscy jesteśmy tacy sami. Jestem egoistą, za bardzo skupiam się na sobie. To był, jest problem z tą sesją – jak soczewka skupiłem się w 100% na sobie, jakby nie było nikogo innego, jakby wszechświat to był ja. Dziwnie to zabrzmiało.
Do pracy mister.

Free writing 14
12.09.2010

     Czytałem wczoraj (i dziś w wannie) Gaimana. Z podziwem, ale i zazdrością. Nigdy tak nie będę pisał, cholera, nie ma szans, Gaiman jest bogiem opowieści. Później śniłem (albo rozmyślałem) o wyprawie z 2004. Wylądowałem za plantacjami, w deszczu, środek nocy, podejrzane elementy, spalone ruiny, koszmary, wyjące psy, smród zgnilizny, niewyobrażalny smród, przysięgam. I co? Nie masz przeżyć? Masz. Nie imituj, grzeb w swoim życiu, masz swoje historie do opowiedzenia i swój pogląd na świat. Retro, bo retro, ale równocześnie nowy, w świecie plastyku i 1000 programów w TV. Piwo, w piecu strzela, pół godziny moczenia się w wannie, za oknem szczeka pies. Niespełnione ambicje i lenistwo walczą o prym. Płytkie to cholerstwo, nie? Wznieść się ponad to – kusi. Ale tak już robiłem – w okresie spokoju rzucasz materialne życie, a później, kiedy trzeba włożyć coś do gara, zasuwasz jak kmiotek, za miskę strawy. I co? Gdzie ta duchowość wtedy? Muszę wybudować stałe podstawy... I jak niby pomagam sobie tym gadaniem w zaczęciu nowej sceny?

     Tecumseh i Jack London przeszli przez drzwi w wigwamie i idą w ciemności. Nie wiedzą, co ich czeka, oni czekają na znak. Kiedy będzie po wszystkim wrócą do wigwamu. Co dalej? Nie wiadomo. Mają nadzieję, że wizja pokaże im wyjście z sytuacji. Jeden kroczek i następny, nie bój się, to nie może być gorsze niż ci się wydaje, że jest. To niemożliwe, uważasz to przecież za takie gówno. Ale trzeba iść do przodu. Najgorszą przeszkodą w każdym przedsięwzięciu jesteśmy my sami. Truizm? Może. Ale jeśli naprawdę poczujesz, jeśli uchwycisz jego znaczenie, to wtedy truizmem już nie będzie, ale najprawdziwszą prawdą. Jesteś podróżnikiem po drodze mlecznej – pamiętaj o tym – łatwiej utrzymać wtedy dystans do siebie, do tego, co się robi. Skoro jestem turystą, to jakie ma wszystko znaczenie? Robić bez przywiązania, co trzeba, ale nie zapominać, co jest ważne. Wczoraj film o Tołstoju, Ostatnia Stacja. Trochę przekłamań, spłycenie, ale ostatni moment dobry, śmierć, wycisnęło łzy z oczu. Czy przypomniało mi śmierć ojca?


Free writing 15
13.09.2010

     Praca fizyczna to fajna rzecz. Ale musi być dobrowolna. Przymus niszczy całą przyjemność z pracy. Tołstoj pod koniec życia codziennie rąbał drwa, pomagał chłopom w polu, pomagał reperować zagrody, domy. Dziś zbudowałem ze starych drzwi, desek i stu gwoździ zadaszenie i kilka pochyłych ścian w drewutni. Tam będzie wychodził zawiew od kominka. Niespokojny umysł, niepotrzebna złość. Najchętniej walnąłbym tym w kąt i puścił sobie jakiś film. Za oknem dźwięk kosiarki, próbuję zagłuszyć go afrykańskimi rytmami, nosowe sylaby piosenki, za dużo m i b i n, jedno po drugim. Wygrzeb się z tego tunelu…

     Cholera, zwinąłem się w pięść, nic nie chce wyjść na zewnątrz, trzymam w środku uczucia i słowa, jak skąpiec, zwinięty do muszli ślimak, a właśnie że nie, nie pozwalam zaskorupić się. Chcę być wolnym, otwartym, jak dziewięciosił. Kiedy sikasz na dziewięciosiła zamyka się, wiedziałeś o tym? A środek dziewięciosiła po oskubaniu z liści jest jadalny i w miarę smaczny. Pokazała mi babcia. Tylko skąd wiedzieć, na który ktoś sikał? Babcia w szpitalu. Ma z 90 lat i złamała biodro. Umiera. Nie byłem odwiedzić. Po śmierci ojca, i teściowej nie mogę już oglądać śmierci. Za dużo. Już i tak zbyt wiele myślę o śmierci, a to mnie wykańcza. Neurotyczna osobowość. A czego się bać? Nowego snu? Wolności? Wyzwolenia? Przestrzeni nieogarniętej? Boga? To dlaczego się boisz?

     Niepotrzebna złość, naprawdę. Widać potrzebujemy przerwy. W końcu kiedy ostatni raz odetchnęliśmy od siebie? Nie pamiętam. Będzie już kilka raz, jak dzień w dzień razem. Czasami potrzeba przestrzeni. Najchętniej pojechałbym w podróż, jak kiedyś. Spakować plecak, akordeon i ruszyć po Europie, spać w parkach, w ogrodach, grać na ulicy, zarobić na chleb, ser i wino, spotkać dobrych ludzi i złych unikać, siadywać czasami na górce za miastem i patrzeć z ulgą w dół, z ulgą, że się tam nie jest, że nie wpasowało się w system. Chcę pojechać. Ale jeszcze nie. Na razie muszę udowodnić coś sobie. Doprowadzić choć jedną rzecz w  życiu do końca. „Najstarsi”.

Free writing 16
17.09.2010

     Brandywina była rzeką w Shire. Rysie nie zachodziły w te okolice, bały się krwiożerczych wydr. Stalin był demonem, stworzył biurokratyczne piekło i nie wypuścił Bułhakowa. Za cara wydawało się, że jest źle, ale nawet za Iwana Groźnego nie było tak źle, archipelag Gułag. Śliwka węgierka, słodka, lekko zgniła z jednej strony, skojarzyła mi się z dzieciństwem, strzela ogień w piecu, na ręce mam sześć szwów, siekiera ściągnęła skórę jak kawałek plasteliny, pod nią plastykowa kość, jesteśmy tylko maszynami. Nie. Mieszkamy w maszynach. Tak lepiej.

     Chodzi o to, że wierzę w transcendentalną iskrę antymaterii – ducha, wierzę, że ta nieograniczona cząstka świadomości jest obuta w ograniczony kawałek materii. Żyjemy w jaskiniach, bojąc się wyjść na przestrzeń, odgiąć ograniczone trzema wymiarami horyzonty, posmakować nieskończonych pól eterycznych. Zbyt wiele abstrakcji, nawet sam ich nie czujesz, operuj w świecie znanych pojęć i to właśnie je łącz w nieznane formacje. Śniłem dziś o ucieczce i torturze. Byłem detektywem schwytanym przez możnych tego świata w dębowym lesie za murem żydowskiego cmentarza. Możni torturowali mnie, bili, nie zważali na błagania i wyparcie się mojej pracy – chcieli się po prostu zemścić za to, jak ich szkalowałem, obnażałem przed publicznym okiem. Tych kilku ludzi było symbolem wszystkich przywódców tego świata, chciwych władzy, bezwzględnych. Ukamienowali mnie. Najciekawsze, że byłem w stanie wyprzeć się wszystkiego w zamian za darowanie życie.

     Spod stalowoszarych chmur nie przebija dziś niebo. Ręka trochę kręci, ale wziąłem ibuprofen extra forte, powinno pomóc. Apatia, lenistwo, brak motywacji do pisania. Dlaczego chcę opowiedzieć tę historię? Czy jest czegoś warta? Czy jest jedynie narzędziem, którym chcę coś osiągnąć? Nie wiem. Zakładam, że to przeszkody umysłu, entropia bezwładnej materii – dlatego mimo wszystko trzeba próbować nadać jej kierunek – żeby się nie cofać. Dlatego wracam do „Najstarszych”. Scena Zuzki z afrykańskim bożkiem i bitwa Tecumseha.

Free writing 17
19.09.2010

     Ich Weiss Warum. Wentylacja wykuta, a piecyk ciągle dymi. Taka już widać jego uroda. Ręka się goi, ale spod bandaża lekki swądek, na szczęście jutro zmiana opatrunku. Ciąg świadomości, nie myśl, nie wysilaj się, pozwól płynąć słowom, za każdym razem to takie trudne, cholera. Grzeję nogi na termoforze, nogi ciepłe, a dusza lodowata, przed południem w pochmurną niedzielę. Skąd tu brać juice w taki dzień? Z nieba nie spadnie, trzeba pokopać w środku. Wbrew apatii, wbrew bezwładności. To dowód, że jesteśmy uwięzieni w materii – duch jest dynamiczny, materia statyczna. W stanie wolnym działanie jest naszą naturą. W stanie uwięzienia w materii przejmujemy cechy materii, czyli statyczność i bierność, która prowadzi do entropii. Filozofia.

     Wkurza mnie ten dym. Jak łatwo umysł zakotwicza się w nieważnych rzeczach. Szkoda. Wysiłek. Nawet tutaj nie robię wysiłku. Jest jedna rzecz, którą się robi bez wysiłku (przynajmniej pierwszy raz). Seks. No ale to też materia, czyż nie? Jazz, swing, swing, alkohol, papierosy, zadymiona piwnica, drewniany kontuar pomalowany na zgniłą zieleń, obłupuje się już lakier, tam bym dziś usiadł. Bez wysiłku obserwował dekadencki świat, upijał się powoli, rozmawiał z obcymi o ich problemach, porażkach – w takich miejscach nie rozmawia się o zwycięstwach. Zwycięzcy chodzą do innych lokali. Tam gdzie światło, szampan i suknie z dekoltami.

     Brakuje mi angielskich pubów, gdzie mogłem usiąść na wytartej kanapie, anonimowo, nikt mnie nie napastował i mogłem pić jeden po drugim cidery, palić papierosy w tajemnicy przed żoną i nikt nie patrzył z potępieniem, każdy miał gdzieś raka płuc, czytać napisy na starych posterach, jeszcze przedwojennych, albo czytać jakąś dziwną książkę wygrzebaną z Oxfamu. Nie udaje mi się do końca odetchnąć tutaj. Poczerpać natchnienia z siły bezwładności. Przecież tak też można. Bierz skąd możesz, jeśli nie z kosmosu, to  z głębiny morza. Wszędzie są iskry Boga, nie?


Free writing 18
21.09.2010

     No, no, no, no es directo, buscalo en dentro… Przez okno widzę psa. Ogromna bestia, owczarek kaukaski, potulny jak owca, przynajmniej jeszcze teraz, to jeszcze szczeniak.
Zapach cebuli i podsmażanych ziemniaczków, piec huczy, w żołądku burczy, niepewność, co do następnych stron – za każdym razem, gdy zasiadam do „Najstarszych” wydaje mi się, że niemożliwe jest spłodzenie choćby jednego słowa. Po prostu niemożliwe. No ale przecież powoli to idzie.

     Wczoraj oglądałem film o francuskim artyście. Zapomniałem imienia. Sergio Guinsberg, czy coś takiego (nie mylić z amerykańskim Guinsbergiem z epoki hipisów). Początek spodobał mi się, fantazja dziecka, ale później za dużo pozbawionego substancji dekadentyzmu, promiskuityzmu, samozniszczenia. Nic w tym nie ma złego, artyści tacy są, ale reżyser nie wszedł dość głęboko i wydawało mi się zbyt powierzchowne.

     Dostałem dziś email do K. z poprawkami do opowiadania. Lubię dziewczynę, błyskotliwa, dobre poczucie humoru, wyczuwa głębsze warstwy rzeczywistości. Osobowość z tych, co mnie onieśmielają, przy których czuję się jak burak. Zawsze miałem ten problem. Kompleks wioskowy, czy coś. Wiem, że nie powinienem, a jednak.

     Brakuje mi towarzystwa ludzi na jakimś poziomie intelektualnym i duchowym, z podobnym kątem postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duża część mojej depresji wynika z samotności, z niemożności komunikowania się, wyrażenia siebie tak, żeby ktoś zrozumiał i z drugiego bieguna zadziwić się głębią przemyśleń i doświadczeń innych ludzi. Tego mi brakuje, ale za bardzo nie wiem, co z tym zrobić.

     Słucham dziś muzyki hiszpańskiej. Quinto Parpadeo, Jarabo del Palo, La Pegatina, Macaco, Amparanoia. Ta muzyka ma moc. Żadna tak do mnie nie przemawia, z żadnej innej części świata. Pokochałem Hiszpanię. Coraz bardziej czuję, że zbliża się czas kolejnej wyprawy. Tulasi nie będzie zadowolona, ale na wiosnę spakuję plecak, akordeon i ruszę znowu, sponiewierać się po iberyjskich ulicach, pogłodować, nadużywać haszyszu i riojy. Mam nadzieję, że do tego czasu książka będzie już skończona, a przynajmniej pierwszy draft.

Free writing 19
22.09.2010

     Here we go, zwarci i gotowi. Przez chwilę myślałem, że za oknem przeleciał dwupłatowiec i nie wiadomo dlaczego zrobiło mi się ciepło na sercu, przyjemnie w stylu retro. Skoro ciągle latają dwupłatowce, to może ostatnie osiemdziesiąt lat się nie zdarzyło? Nie ma bomby atomowej, USA nie zaczyna niezliczonych wojen, nie ma nawet plastyku, ani telewizji. Milej się zrobiło, naprawdę. Nie lubię czasów w których żyję. Coraz większe spłycenie. Postęp jest w stu procentach iluzją. Tak naprawdę od końca dziewiętnastego wieku cofnęliśmy się. Wtedy prawa jednostki zaczynały być big thing. Teraz wielkie imperia znajdują racjonalizacje dla swoich zbrodni, mordują tysiące osób, a ludzie jak osły łykają wszystko i nie zdają sobie sprawy, że nie ma żadnej racjonalizacji dla gwałtu na jednostce. Cofamy się, cofamy.

     Dwupłatowiec, skarby króla Salomona, Indiana Jones, skórzana czapka z nausznikami, miłość na sianie, upał, i możesz się turlać z górki, nie martwiąc się wężami i skorpionami. Chciałbym wrócić do dzieciństwa świata. Czytałem dziś kawałek Gałczyńskiego. Cudotwórca z Mejdugosze (na 100% to brzmiało inaczej). Małe słuchowisko po wizycie u białego Jogina, po drodze z Wilna. Zrobił mu regressing i Gałczyński cofnął się do bycia Hiszpanem – nawet mówił płynnie po hiszpańsku. Przestraszeni uciekli, Kot i Natalka, na dworzec, zdyszani, zdumieni, przytłoczeni głębią tajemnic wszechświata. Ludzi za mało przytłaczają tajemnice wszechświata. Myślą, że są na granicy odkrycia wszystkiego. Co więcej, jestem pewny, że wielu uważa, że nauka odkryła już wszystko. Co za arogancka bzdurka. Wszechświat jest po prostu… no wielki, głęboki, nieprzewidziany, nawet milion żyć nie starczy, żeby go zbadać, jak jezioro ziarnek maku, a każde ziarnko to wszechświat. Co za głupota, Jezu…

     Wczoraj wprowadziłem Gałczyńskiego do Najstarszych. Niespodzianka dla mnie, bo miała być Cyganka, no ale cóż, koty chadzają swoimi drogami. Lampka wina, smooth jazz, niepotrzebny ogień w kominku, dziś słońce przygrzewa wyjątkowo miło.

Free writing 20
26.09.2010

     Nie wiem, czy to coś pomoże, jestem wypełniony biernością, czuję, że nie ma we mnie żadnego ciśnienia, które mógłbym przelać na papier, wręcz przeciwnie – pustka sprawia, że mogę tylko biernie czekać, aż coś mnie wypełni. Przeczytałem Gateway-Brama do gwiazd, Fryderyka Pohla. Dobre SF, kiedyś jedna z moich ulubionych książek, może dlatego spodobał mi się Kontakt z Judie Foster? Podobne założenie – starożytna rasa podróżująca swobodnie po wszechświecie, doglądająca kosmicznych spraw. Dodaje otuchy myśl, że ktoś jednak dogląda tego bajzlu. Ktoś mądry i dobry. Ręka się goi, ale za to chwyta mnie przeziębienie, siedzę z szalikiem na szyi i stopami na termoforze.

     Muzyka francuska, rewolucyjna, z mistycznym akcentem, w Birmingham słuchałem Chango Family, miałem taki okres. Jeździłem na rowerze do Łukasza, grał na kontrabasie, paliliśmy trawę i później włóczyłem się na dwóch kółkach po mieście, ciesząc się z dźwięków. Po trawie muzyka smakuje lepiej.

     Przeczytałem wczoraj gdzieś, nie pamiętam gdzie, że w snach jesteśmy prawdziwsi niż na jawie, w takim sensie, że na jawie narzucamy sobie tyle koncepcji na własny temat, że sami się gubimy. We śnie widzimy jednak swój naturalny poziom. I myślę o snach, w których jestem tchórzem, poświęcam innych dla siebie, rżnę każdą napotkaną dziewczynę. Zastanawiam się, czy taki jestem? Trochę chyba tak. Ale chyba liczy się choć odrobinę, jacy chcemy być? Przez staranie się robimy jakiś postęp. Tołstoj napisał coś podobnego w dzienniku. Nie o snach, o postępie.

     Ciekawe skąd moja chandra? Od powrotu z UK nie było łatwo, ale jakoś się trzymałem, zresztą zawsze tak mam po rzuceniu pracy, dochodzę do siebie miesiąc, albo dwa. Tym razem zamiast lepiej zrobiło się gorzej. Najgorszy jest brak chęci na zrobienie czegokolwiek. Wszystko jest wysiłkiem. No i poczucie własnej pustki, przeciętności, małości. To nie kokieteria, naprawdę w pełni widzę swoją nijakość… Nie nijakość. Nie jestem nijaki. Widzę małość swoich ambicji, pragnień i jeszcze skrajny egoizm.

     Żyć by się chciało, rzucić wszystko w diabły, pojechać gdzieś, niezależny, wolny, beztroski, głupi. Tarotowy Głupiec. Na razie jestem Wisielcem. I jeszcze dwójką mieczy. I ósemką mieczy. Jeszcze czymś? Nie czuję już w ogóle Najwyższej Kapłanki.

     Wczoraj zrobiłem sos fasolowo-czekoladowy na ostro z kotlecikami z kapusty, marchewki i selera. Dobre to było.

Free writing 21
29.09.2010

     Na początku było Jajo, a z Jaja wykluł się człowiek, z człowieka wykluł się smok, ze smoka mop, mopem starłem żłob, analfabetyczny krok, podcieraj nosa maładiec i zmykaj na rewolucję, nad ołowianym niebem złoci się słońce, pola bitew zakwitną łopianami, kaczeńcami, wesołymi wierzbami, a z czasem kilka grządek kapusty, ziemniaki i chatka pokryta strzechą, wielopokoleniowe rodziny, Kajtek, wakacje, szkoła, pierwszy września i znów. Znów? Kosmiczny dowcip. Nieskończenie mała kruszyna w nieskończenie dużym kosmosie, a ludzie utrudniają sobie życie, zrzucają zubożały uran i mówią, że to dla demokracji. Już lepiej nic nie robić, niż robić aż tak źle. Jesteśmy sami w kosmosie? Czy spotkamy sympatycznego ET? Czy na każdej planecie, w którymś z szalonych wymiarów są ludzie, tacy jak my, rozrzuceni tu i tam boską dłonią, aby uczyć się życia?

     Złoty parostatek, turyści piją szampana i podziwiają aligatory, dzikich z łukami, zieloną dżunglę, stary Jack London, prawie całkiem pijany opowiada, jak kiedyś w Klondike o mały włos nie zjadły go komary, a niektórzy popełniali samobójstwo, nie mogąc znieść żądeł. Obok Jules Verne konstruuje batyskaf z dyni i skórki z pomarańcza, nic z tego nie będzie – mówi spod nosa Huckelberry Finn i szczypie w tyłek Pippi Langstrumpf. Złoty parostatek w amazońskiej dżungli. Z góry obserwuje nas dziadek księżyc, rzuca srebrzystymi łzami, żeby delfiny mogły popluskać się w jeziorkach srebra. Klęska. Po co gadać o klęsce, skoro wojna jeszcze nie przegrana? Bitwy stracone, łzy opuszczonych, groby straconych, a przecież to nie kaniec filma, jeszcze nie rozdano Oskarów, nie powieszono reżysera i scenarzystów, nie ma więc co płakać. Delfin, przyjaciel człowieka. W teleekspressie kiedyś powiedziano, że stadko delfinów uratowało rozbitka. Good for him.

     Księżycu! Księżycu! W nocy przyjdź do mej żony i opowiedz jej coś na pocieszenie, albo zabierz ją na krótkie wakacje, coby zeszło z niej napięcie stu żyć, w których zbytnio się stresowała. Palisz? Nie? A ja zapalę. Rak płuc, czy krtani? Do bani. Niech spada. Nie się skryje strach, niech jego głowa na szafocie skończy a dla mnie szata króla. Król jest nagi.

Free writing 22
10.10.10

     Dziś dziesiąty dziesiąty dziesiąty. Spora przerwa, i to nie dla nabrania oddechu, ale z lenistwa, marazmu, apatii. Mam dosyć siebie. Czasami już siebie nie lubię, jak choćby za to – że narzekam jak jakiś przedstawiciel kina moralnego niepokoju, a komu chce się być z takim człowiekiem, skoro nawet ja sam nie czuję się z sobą dobrze? Pajac, smutny Arlekin, nikt nie chce mieć z tobą nic do czynienia, samobiczuj się ośla łąko, ten wpis nie ujrzy światła dziennego, już i tak czujesz, że ludzie przestają cię czytać i lubić. A kiedy ktoś mnie lubił? Skończ z tym ekstremalnym egocentryzmem! To stąd twoje cierpienia młodego Wertera, masz już 34 lata, przestań aż tak skupiać się na sobie. Ok, spróbuję, ani słowa już o mnie.

     Słońce w październiku nie grzeje tak mocno jak w lecie. Naprawdę? Naprawdę, mistrzu truizmów. Wytrzymałem bez siebie jedno zdanie. Sztuczne i matowe. Zostawiłbyś Tanię dla wystrzałowej kobiety (kobiet), bohemskich podróżniczek z dredami, nie bojących się niczego, machających pojkami i szczycących się swoją niezależnością? Nie, nigdy. Naprawdę? Ani na chwilę? Malutką chwilkę, żeby poczuć się żywy, żeby na momencik być Cyganem i wagabundą? Powiedzmy na tydzień, miesiąc, nie zrobiłbyś tego? Ale wtedy byłbym świnią i moja zdrada zaprzeczyłaby całej idei wolności. Nie szanowałbym siebie, a wtedy nikt nie szanowałby mnie. I już nie byłbym wagabundą, ale starszym panem z kryzysem wieku średniego, który próbuje łapać uciekającą młodość, nie rozumiejąc, czym jest wolność, dojrzałość, pełnia. Żałosne cliche. Więc, co? Jak wyjść z tego? Jak znaleźć swoje plemię? Powiem ci. Nie próbuj zmieniać siebie, żeby dostosować się do czyichś ka-tetów. Masz swoje plemię, taki jakim jesteś. Wierność sobie zyskuje ci przyjaciół, a zdrada, pogardę. Rozumiesz? Nie ścigaj fata morgany. Bądź sobą, miej zasady, trzymaj się swojego kursu (szczerość, poglądy, nieukrywanie złych stron) i pozostawaj otwarty. Wtedy to będzie miało wartość.

Free writing 23
15.10.10

     Jasny umysł, ani jednej myśli, żeby czysto wystartować…

     W Katowicach na dworcu, wieczorem przeżyłem miłe chwile. Wewnętrznie, bo zewnętrznie to był ten sam, brudny, przygnębiający dworzec, ale jakoś inaczej to widziałem przez chwilę, poczułem braterstwo z ludźmi, szkoda mi się ich wszystkich zrobiło, czułem że jesteśmy zrobieni z jednego drewna, te same duchowe cząstki świadomości, zamknięte w materialnych ciałach, okręceni nićmi karmy. Brzmi to cholernie New Age, ale nic nie poradzę, tak to wyglądało. Siedziałem z Tanią na schodach przed rozkładem jazdy i patrzyłem na każdego po kolei i każdego wyczuwałem, prawie znałem, najchętniej bym zagadał do każdego po kolei.
     
- Ciekawe, co by się stało, gdyby wszyscy ci ludzie wylądowali na wiele lat w jednym budynku. jakie związki by się nawiązały, jakie przyjaźnie, miłości, problemy, zdrady – powiedziałem do Tani.

     Rzadkie są te chwile, szkoda. Tulipan z oklapłymi płatkami, nie chroniącymi już złotego rdzenia, Calineczka zamarzła, jej ciało spadło na ziemię i stłukło się na tysiące malutkich kryształków, lśniący pyłek i tyle jej widzieli. Tak jak my, w końcu rozpadniemy się i nie zostanie nic… Osobowość. Przywiązanie. Chciałbym utrzymać moją tożsamość na zawsze. A to przecież głupie. Jestem indywidualnością, ale ta tożsamość jest tylko chwilowa. Tak naprawdę mogę być całkiem kim innym, moje prawdziwe ja nie ma nic wspólnego z nostalgicznym anarchistą, może jestem swoim własnym przeciwieństwem. Filozoficzne zawiłości… A właśnie, że nie, żadne filozofie, to życie, realność, doświadczenie. Co z tego, że nie mogę dotknąć tego teraz?
Siadając do pisania szukam sobie setek różnych zajęć. Muszę coś zjeść, napalić w piecu, sprawdzić maila, napić się wina, jeszcze tylko jeden odcinek Friendsów i już… A wcale nie jest łatwiej. Ta książka rodzi się w bólach i najgorsze jest to, że tracę w nią wiarę, zgubiłem drogę, nie widzę światła w tunelu. Chcę ją tylko skończyć. Mówię sobie, że to tylko symulacja książki, a nie prawdziwa powieść. Może w ten sposób oszukam umysł, a później jakoś to poprawię. Bohaterowie już weszli do Lasu de las Pesadillas.