Sunday, 29 November 2009

W Polskim Mieście



W Polskim Mieście

Śpiew i gwizdy pijanych klawiszy prawie zagłuszają skoczne nuty disco polo. Dźwięki keyboarda odbijają się echem od ścian korytarzy. Brzmi to trochę upiornie i surrealistycznie. Jeden z „tych” momentów, kiedy myślisz: „skąd się tu wziąłem?”

Wiecie, co znajduje się w zestawie pokojowym, hotelu służby więziennej? Dwa talerzyki, dwa widelce, dwa noże i dwa kieliszki (co najciekawsze, w pokojach jednoosobowych również nie zapomina się o kieliszku :). Na półce pod telewizorem ułożył je dla nas więzień. W sumie to mówi się „skazany”. „Więzień” uważane jest w kulturze penitencjarnej za obraźliwe. Spotkaliśmy go zaraz po przyjeździe.

- To wy zarezerwowaliście trójkę? – spytał dwudziestopięcioletni na oko chłopak, na którego wpadliśmy na korytarzu.
- My – odpowiedziała Tania.
Chłopak podał jej klucze.
- Ostatnie piętro i na lewo.
- Dzięki.
To tyle? Zdziwiliśmy się trochę. Żadnych formalności, dokumentów, spisywania danych? Wstyd się przyznać, ale w takich momentach czuję sentyment do służb mundurowych, szczególnie instytucji tak swojsko pachnących starymi, socjalistycznymi czasami. Klimat trochę z „Psów”, trochę z „Krolla”. Odrapana lamperia, krzywa boazeria, zarządzenia i plakaty na ścianach.
- To był klawisz? – spytałem, zbity z tropu wyglądem chłopaka (spłoszony wzrok, dziwnie wygolona głowa, niebieski kombinezon).
- Coś ty. Skazany.
- I tak sobie może wszędzie chodzić?
- Pewnie tylko tutaj sprząta, a później wraca do celi.

Jutro rano mieliśmy lecieć z powrotem na Wyspy, a pojutrze już do pracy. Okazało się, że musimy zmienić plany.

Spacerowaliśmy dziś po Polskim Mieście. Chcieliśmy przed wyjazdem pożegnać się z krajem, poszwendać bez celu i choć tego ostatniego dnia urlopu, zapomnieć o zamieszaniu ostatnich dni. Za dwadzieścia sześć zeta zjedliśmy obiad w Vedze. Później pospacerowaliśmy po rynku, pełnym świątecznych bud. Ciągnęło mnie do Empiku, ale Tania lubi cepeliowe klimaty i musiałem ulec. Zresztą po co się śpieszyć? W końcu urlop kończy się dopiero jutro. Przechadzając się wśród obwieszonych światełkami budek i dziewczyn przebranych za anioły i mikołajów, prawie zapomnieliśmy, że to dopiero listopad. Tania zaczęła krzątać się przy stoiskach z choinkowymi ozdobami, wełnianymi czapkami i watą cukrową (teraz robią nawet jabłkową i bananową!), a ja z tęsknotą pociągnąłem nosem w kierunku złotych, pachnących dymem i k..... NIEWEGETARIAŃSKICH (!) oscypków.

W końcu postawiłem na swoim i weszliśmy do księgarni. Najpierw wypatrzyłem ostatni numer „Akcentu”. Leżał ukryty za Zeszytami Literackimi. Z próżnością przekartkowałem go, upewniając się, że moje nazwisko ciągle tam jest, po czym ustawiłem go na wyższej półce, gdzie był bardziej na widoku. Wszystko to z lekkim zawstydzeniem.

Pieniędzy mieliśmy już końcówkę, więc z bólem serca ominąłem masywny „Lód” Dukaja (ponad 1000 stron, za 69 złotych), „Bitwę o Hiszpanię” (59 PLN, mmm...), żeby w końcu zdecydować się na „Rzeczy ulotne” Neila Gaimana za niecałe trzy dychy. Tania wzięła sobie „Angorę” i „Przekrój”. Zostało nam jeszcze na piwo i chipsy.

W więziennym hotelu dancing trwał już na całego. Przemknęliśmy cichaczem pod drzwiami świetlicy, żeby w końcu zamelinować się bezpiecznie pod trójką. Pościeliliśmy łóżko, włączyli telewizor. Miło tak odpocząć po całym dniu podróży. Później zadzwonił telefon. Stan mamy się pogorszył. Leży na OIONie. Czyli zostajemy na razie w kraju.




Friday, 20 November 2009

Urlop!

Jutro wreszcie jedziemy na urlop. Stop. Witaj Polsko kochana:). Stop. Nie wiem, czy będzie internet. Stop. Na pożegnanie trochę (kaleczonej) muzyki. Stop. Trzymajcie się. Stop.

Tuesday, 17 November 2009

unlibertario - nowy blog



Niniejszym chciałbym zaprosić wszystkich na swojego nowego bloga - unlibertario . Nie wiem jeszcze jak się to rozwinie, na ile starczy mi entuzjazmu i czy będzie to miało sens, ale doszedłem do wniosku, że chciałbym pisać trochę więcej na ten temat, a tutaj, na garści-drobnych jest raczej miejsce na bardziej osobiste i literackie wynurzenia. Co nie znaczy, ze nie będzie ich na unlibertario:)
Pozdrawiam.

Saturday, 14 November 2009

Skąd pochodzą piosenki...



Skąd pochodzą piosenki...

Jestem dziś bardzo pobudzony. Doszedłem do punktu, w którym desperacko szukam wyciszenia. Myślę, że w dużej mierze powodem mojego niepokoju jest moje zanurzenie się w wolnościowej literaturze – Peter Marshall, Noam Chomsky, Hiszpańska Wojna Domowa. Wchodząc w ten temat, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo wykrzywiony i szalony jest świat, w którym żyje. Nic tutaj nie jest tak, jak powinno być. Może oprócz smaku bigosu i „Friendsów”.

Druga rzecz, która budzi we mnie smutek, to fakt, że żyjemy w czasach wielkiej hipokryzji i coraz bardziej scentralizowanych systemów, które szybko tracą pozory demokracji, a słowo „liberalizm” staje się synonimem drapieżnego, niekontrolowanego kapitalizmu. Jednak jakimś cudem wydaje się, że większa część ludzkości nie zdaje sobie z tego sprawy. Czasami myślę, że może to ze mną coś jest nie tak.

Lepiej czułbym się w końcu XIX wieku, kiedy ciągle młode oświecenie wspierane było przez wspaniałych myślicieli i artystów, jak Oscar Wild, Edward Carpenter, William Morris, czy najbardziej chyba przeze mnie ulubiony Henry David Thoreau. Tęsknię za utraconym rajem. Nie ma znaczenia, że nigdy go nie doświadczyłem.

Próbuję więc łagodzić egzystencjalne lęki. Spokojna muzyka gdzieś na granicy słyszalności (moja miłość nazywa ten rodzaj muzyki „plumkaniem’). Zasłona oddziela mnie od strug deszczu uderzających o szybę i podmuchów wiatru z entuzjazmem szarpiących plandeki, pod którymi schowały się rowery. Tania czyta Tolkiena, napychając się makaronem i sałatką z ogórków.
- Nie czytaj już tych anarchistów – radzi mi z troską. – Zwariujesz od tego. Weź się lepiej za jakąś powieść.
Ma rację. Potrzebuję przerwy.
Wyciągam karty Tarota. Może one pomogą mi odwrócić się od zewnętrznego chaosu do wewnątrz. Chyba tylko tam możliwa jest harmonia.

Rozkładam na stoliku brązowy, kwiecisty materiał i jak zwykle kładę na nim Najwyższą Kapłankę. Gęsty, biały dym splata się z jej włosami. Nagie piersi wysuwają się z niebieskiej sukni. To bogini, więc w jej seksualności jest coś transcendentalnego. Najwyższa Kapłanka patrzy na mnie przenikliwie, z ulotnym uśmiechem.

- Coś cię boli, chłopcze? – pyta z leciutką drwiną. – Czyżbyś spędzał zbyt wiele czasu z moim bratem, Magiem? Uważaj na niego. Zawsze chce zmieniać świat, zawsze chce przekuć idee w czyny, a rewolucje mają to do siebie, że łatwo zgubić w nich duszę; zapatrzywszy się w horyzont, przestać widzieć swoje serce.



- Lubię przychodzić do ciebie, Bogini Snów. Oprócz tego, że jesteś piękna, to zawsze powiesz coś mądrego.
- Próbujesz być zabawny? – Najwyższa Kapłanka podnosi brew.
Kręcę głową.
- Mówię z serca. Przy tobie czuję się w domu. Jesteś moją przystanią, spokojną wodą, gwiazdą...

Dłonie Najwyższej Kapłanki kreślą w kłębach pachnącego dymu magiczne znaki. To nie są potężne czary Maga. To magia kobieca – tak zostały stworzone motyle, letnia bryza i zapach jaśminu w nocy.

- Szukasz porządku w chaotycznym świecie – mówi w końcu. – Równocześnie uważasz, że to porządek Cesarza jest zabójcą harmonii. Myślisz, że szczęście ukryte jest w całkowitej wolności, a dobre rzeczy rodzą się z pozornego nieporządku, kiedy upada Cesarz, zastąpiony przez miłość. Miłość uosabianą przez Cesarzową i jej kobiecą anarchię, opartą na uczuciach, zaufaniu i sztuce. Równocześnie widzisz jaki świat jest naprawdę i to nie pozwala ci odetchnąć. Dlatego przyszedłeś tutaj, szukając ukojenia we mnie.



Kiwam głową.
- Znasz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny, bogini.
- I czego ode mnie oczekujesz, zagubiony podróżniku?

Milczę przez chwilę, niepewny odpowiedzi. Dym we włosach Najwyższej Kapłanki przybiera fantastyczne formy. Kształty dziecięcych wspomnień, namiętnych pocałunków, snów o utraconych, rodzinnych wioskach, których nigdy nie było.
- Pokaż mi drugą stronę...
- Och, więc jesteś pewny, że ona istnieje?
- A skąd przychodzą sny? Skąd wiara w harmonię, skoro nigdy jej nie doświadczyłem? Gdzie rodzą się bogowie, anioły i piosenki, które czasami słyszymy, tuż przed obudzeniem, i których później nie potrafimy wyrzucić z serca przez cały dzień?
- Może to wszystko rodzi się w tobie, mój chłopcze?
- A ja skąd pochodzę? – Kręcę głową. – Nie graj ze mną. Nie dzisiaj. Już i tak myślę za dużo. Poza tym czuję nienawiść. Nienawidzę Cesarza i Arcykapłana. Nie lubię nienawiści.

Uśmiech Najwyższej Kapłanki jest bardziej kojący niż blask księżyca. Wyciąga dłoń.
- Więc chodź – mówi cicho, prawie szepcząc. Zasłona za jej plecami lekko drży. Wydaje mi się, że słyszę szum fal. – Dziś możesz zapomnieć o kłopoczących cię kamiennych tronach i złoconych tiarach. Dziś w nocy będziemy pływać nago w jeziorze.
- Gdzie jest to jezioro?
- Tuż za mną. W krainie, z której pochodzą piosenki, słyszane czasami tuż zanim skończy się sen.
Dotykam jej dłoni i już...


Thursday, 12 November 2009

Biblioteka Światów




Część z was czytała całość, ale dla tych, którzy nie czytali, wrzucam jeden z moich ulubionych fragmentów. W pewnej części oparty na pięknym śnie, który jeszcze długo po przebudzeniu "świecił" pod moimi powiekami, w innej części w tym fragmencie mieści się lekko ufantastyczniony światopogląd o życiu i wszechświecie, jaki rozwinąłem przez lata.

Biblioteka Światów
(fragment minipowieści)

Krzyś śnił o bibliotece. W niekończącym się holu, pod sklepieniem z pojedynczych gwiazd i całych galaktyk, w ich złotym, migoczącym świetle, stały regały z książkami. Półki pełne zakurzonych, masywnych ksiąg, jak i nowych, pachnących jeszcze drukiem wydań, sięgały tak wysoko, że ich szczyty nikły w ciemnościach kosmosu. „A może szczyt nie istnieje i drewniane regały nigdy się nie kończą, rosnąc i rosnąc w poszukiwaniu sufitu wszechświata?” – pomyślał chłopiec, patrząc z szeroko otwartymi ustami w górę.

- Witaj w Bibliotece Światów – powiedziała Złota Kropelka, pojawiwszy się nie wiadomo skąd.
- To ty! – Ucieszył się Krzyś i wyciągnął ręce. Złocista, mała istota objęła go i wtuliła się policzkiem w szyję. – Tak długo nie przychodziłaś – poskarżył się. Złota Kropelka odsunęła się trochę i popatrzyła mu ze smutkiem w oczy.
- Musimy porozmawiać Krzysiu. O bardzo ważnych rzeczach.
- Ja też chciałem z tobą porozmawiać. - Ściszył głos. - Dzieje się coś złego... - Złota Kropelka pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Wiem, mój malutki, wiem, wszystko się łączy.
- Wiesz o dzieciach, Panu Złym Szelągu i Świecie Studni?

- Przejdźmy się. – Złota Kropelka spłynęła z objęć Krzysia i unosząc się nad ziemią, chwyciła go za rękę, po czym poszli przed siebie, po czerwonym, wytartym, ale ciągle miękkim dywanie. Krzyś z zapartym tchem rozglądał się dookoła. Choć książek były miliony, czuł każdą z osobna i jeśli skupiał się na konkretnej okładce, wydawało się, że książka woła i chce mu opowiedzieć historię. To było piękne i pociągające, ale trochę też się bał. Ścisnął mocniej dłoń Złotej Kropelki. Kątem oka zobaczył spadającą gwiazdę.
- Pomyślałeś sobie życzenie? – spytała jego towarzyszka.
- Tak. Chciałbym, żeby Małgosia...
- Tsss – Złota Kropelka przyłożyła palec do nosa. – Jeśli powiesz, to się nie spełni. Nie wiedziałeś?
Krzyś zamknął buzię i pokiwał głową z przejęciem. Znów rozejrzał się po pełnych półkach.
- Co to za miejsce? Jeszcze nigdy mi go nie pokazywałaś.
- Biblioteka Światów. Zwykle nie przyprowadzam tutaj gości.
- Dlaczego?
- Ponieważ... to nie jest zwykłe miejsce.
- A czy jakieś miejsce, które do tej pory z tobą odwiedziłem, było zwykłe?
Złota Kropelka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Masz racje, ale Biblioteka Światów jest inna.
- Opowiesz mi o niej?
- Dlatego tu jesteś.
- I to ma jakiś związek z zaginionymi dziećmi?
- Mówiłam ci, że wszystko się łączy.
- Czasami nie wiem czy mówisz konkretnie, czy filozoficznie.
- Tym razem konkretnie.
Krzyś zmarszczył czoło.
- Ale czy ja tego nie zapomnę? Jest tyle rzeczy, które pamiętam będąc z tobą, a po przebudzeniu nie zostaje z nich nic i znów jestem tylko małym, głupim chłopcem.
- Nigdy nie jesteś głupi.
- Wiesz, o co mi chodzi. Kiedy wracam ze spacerów z tobą, świat staje się mniejszy... albo ja widzę mniej. Znów oglądam rzeczywistość z perspektywy dziecka.
- Tak to już jest, Krzysiu. Musimy stosować się do zasad naszych światów. Nie ma na to rady.
- Więc znowu zapomnę?
Złota Kropelka pokręciła przecząco głową.
- Nie teraz. Tym razem musisz pamiętać. To ważne.
- No to opowiedz mi.



Złota Kropelka puściła dłoń chłopca i usiadła mu na ramieniu.
- Twój świat nie jest jedynym światem – zaczęła.
- To już wiem. Zabrałaś mnie przecież do tylu miejsc. Ogrodów, planet, pałaców. Poznałem duszki i elfy. Zjeżdżaliśmy wspólnie po zjeżdżalniach utkanych z gwiezdnego pyłu. Uczyłaś mnie języka Marsjan...
Złota Kropelka pokręciła głową.
- Nie, nie. To ciągle był twój świat.
- Naprawdę? – Chłopca zamurowało.
- Tak. Zawsze pokazywałam ci twój własny świat, po prostu z trochę innej perspektywy. A czasami w większej skali, niż przyzwyczajeni są ludzie. Nigdy jednak nie opuściłeś swojego domu.

Kilka książek, wyraźnie nowych i świeżych, sfrunęło z półki i z głośnym trzepotem przeleciało nad ich głowami, aby wzlecieć wyżej, gdzie w końcu stopiły się z czernią nieboskłonu. Kiedy prawie dotykały włosów chłopca, poczuł powiew czegoś nowego, radosnego i pełnego młodzieńczej energii. Krzyś zatrzymał się na chwilę, próbując wytropić je pośród gwiazd, ale Złota Kropelka pociągnęła go za ucho.
- Skup się, Krzysiu. To ważne.
Chłopiec uśmiechnął się przepraszająco.

- Zanim zaczął się czas, Opiekunowie pisali książki, a każda z nich stała się światem. Bo musisz wiedzieć, że wszechświat nie składa się z atomów - a przynajmniej nie naprawdę, ale z historii, idei oraz słów. Opiekunowie pisali więc swoje dzieła, a trwało to tak długo, że gdyby czas już wtedy istniał, nigdy by nie skończyli. Na szczęście czas jeszcze spał, czekając na chwilę, aż czytelnicy przewrócą pierwszą stronę pierwszej napisanej książki. A kiedy wreszcie to się stało, czas przeciągnął rozespane kości, wstał i ruszył przed siebie. Będzie tak szedł już zawsze.
- I nigdy znów nie zaśnie? – zapytał ze współczuciem Krzyś.
Złota Kropelka pogładziła go po włosach.
- Oczywiście, że zaśnie. Każdy musi kiedyś odpocząć. Ale kiedy zaśnie, nie będzie już czasu, więc śmiało można powiedzieć, że będzie szedł zawsze. Tam gdzie nie ma czasu, nie ma też „zawsze”, ani „nigdy”.
Krzyś zrozumiał, choć był przekonany, że kiedy się obudzi, to z pewnością nie będzie tego pamiętał. Westchnął bezsilnie:
- Co dalej?
- Opiekunowie przynieśli książki tutaj. Ułożyli je na półkach, choć ręce im drżały, kiedy musieli się rozstać z ukochanymi dziełami.
- A później odeszli?
- Nie. Kiedy już wszystkie książki leżały na półkach, Opiekunowie spojrzeli na nie, jak się zdawało, ostatni raz. Pomyśleli wtedy o milionach opowieści, zapisanych na nieskończonych stronach, o swoich bohaterach, ich miłości, nienawiści, przyjaźniach, problemach i triumfach... i okazało się, że nie mogą odejść. Łzy płynęły im z oczu i już wiedzieli, że nigdzie nie pójdą. Opiekunowie pożegnali się ze sobą, po czym weszli do książek, żeby już zawsze być z postaciami, którym dali życie. Właśnie tak – uświadomili sobie wtedy, że ich książki nie były zwykłymi książkami, ale światami, w których słowa stały się duszą. Zrozumieli, że stworzyli życie. Dlatego nie byli w stanie odejść.
Kropelka nachyliła się do ucha chłopca.
- To jest właśnie Biblioteka Światów – wyszeptała. – A jedną z tych książek jest twój świat.



Tuesday, 10 November 2009

Ostatnia przystań



Ostatnia przystań
(sen)

Idę przez las jakimś górskim szlakiem. Lato, zielono, pięknie pachnie powietrze; grzybami, liśćmi, trawą. Jestem spokojny, zrelaksowany, czuję się w domu. Wychodzę na polanę, skąd rozciąga się widok na biegnącą w dole ścieżkę. Nagle widzę jakiś ruch. Na ścieżce pojawiają się dwie grupki ludzi. Jedna to cywile; wystraszeni, nie potrafiący opanować paniki. Druga grupa to żołnierze, mierzący do cywili z karabinów. Cywile są coraz bardziej niespokojni, krzyczą w strony żołnierzy, rzucają w nich kamieniami. W pewnym momencie zaczynają biec. Żołnierze strzelają i puszczają się w pogoń. Jestem w szoku. Przecież wszystko było takie spokojne i piękne. Co się dzieje? Zdaję sobie sprawę, że uciekinierzy zmierzają w moją stronę. Nie chcę się z nimi spotkać. Zaczynam biec w górę, kryjąc się w krzakach. Dobiegam do ukrytej w górach bazy wojskowej. Wiem, że do tego właśnie miejsca chcą dostać się uciekinierzy. W jakiś sposób jest to najbezpieczniejsze miejsce. Wiem, że ma się zdarzyć coś strasznego. Dlatego ludzie próbują dostać się do bazy. Muszę tam wejść.

Strażnicy zatrzymują i legitymują każdego, kto chce przejść przez bramę, ale akurat gdy podchodzę, wartownik wchodzi na chwilę do jakiegoś pomieszczenia. Wykorzystuję ten moment, żeby wejść do środka.

Kopuła, którą widziałem na powierzchni okazuje się tylko małą częścią ogromnej bazy, ciągnącej się dziesiątki pięter w dół. Z zasłyszanych w środku fragmentów rozmów, rozumiem, że zbliża się jakaś straszliwa katastrofa, która zmiecie z powierzchni Ziemi większą część ludzkości. Ale dlaczego? Co ma się zdarzyć?! Postanawiam dostać się do serca bazy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety po drodze znajduje się mnóstwo punktów kontrolnych. Nie mam pojęcia co zrobić, ale nagle podchodzi do mnie jeden z żołnierzy i widząc, że jestem ubrany po cywilnemu, bierze mnie za kogoś innego.
- Czy pan jest tą osobą od statystyk?
- Tak, to ja – odpowiadam odruchowo.
Żołnierz podaje mi jakieś wydruki.
- Tutaj są wyniki badań – mówi i odchodzi w pośpiechu.

Cieszę się, że przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia. Podchodzę do punktu kontrolnego. Strażnik pyta mnie o identyfikator. Mówię mu, że zapomniałem go zabrać. Wartownik odpowiada, że w takim razie nie mogę przejść. Wskazuję na wydruk w mojej ręce i krzyczę, że to bardzo ważne papiery, dowództwo na nie czeka i jeśli mnie zatrzyma, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Bluff działa. Wystraszony wartownik przeprasza i wypisuje mi identyfikator, żebym później nie miał problemów. Po drodze zostaję zatrzymany kilka razy, ale identyfikator otwiera mi wszystkie drzwi.

Zatrzymuję się przy grubej, pancernej szybie. Coś dziwnego dzieje się z pogodą. Robi się ciemno, sine chmury zakrywają całe niebo, strugi deszczu zalewają ziemię. Uświadamiam sobie, że nadchodzi prawdziwy potop. Wkrótce cała Ziemia zostanie przykryta grubą warstwą wody. Jedyne schronienie to właśnie ta baza, do której udało mi się dostać.
Atmosfera nieodwołalności i apokaliptyczności. Strach, podziw w obliczu potęgi natury, ulga, że znalazłem schronienie i żal, że już nigdy nie będzie tak samo – nie będzie lasów, łąk, miast, kawiarni z ciastkiem, piwa, randki w kinie.

Na zewnątrz coś się porusza. Przybliżam twarz do szyby. Ogromne, wężowe stwory pełzną w strugach wody, zabijając ostatnich mieszkańców Ziemi, którzy do ostatniej chwili mieli nadzieję, że dostaną się do bazy. Przez chwilę myślę, że wolałbym być na zewnątrz. Czuję, że zdradziłem ludzi. Płaczę, przyciskając twarz do okna. To naprawdę koniec...?



Friday, 6 November 2009

Manu Chao, anarchia i akordeon.







Kartki z podróży 10

Manu Chao, akordeon, ulica, szklanka trunku. Listopad jeszcze nie zamienił się w zimę i pod barowym parasolem wcale nie jest źle.

Śniłem dziś o buncie, rewolucji i wolności. Wyrzeczeniu się siebie, wzięciu sprawy w swoje serce, poświęceniu. Może dlatego odkopałem zakurzony akordeon i wyszedłem na ulicę. Minął równy rok odkąd grałem ostatni raz. Szukałem pracy, nie miałem kasy i granie było jedyną rzeczą, której mogłem się trzymać i czuć, że nie stoję w miejscu. Później udało się – zacząłem sprzedawać 43 godziny swojego tygodnia za kilkaset funtów w poważnej organizacji. Muzyka wylądowała w szafie, a konto bankowe zastąpiło kapelusz brzęczący monetami.

Manu płacze: „mentira, mentira, todo es mentira”.



Znowu jestem na deszczowej ulicy i znów brakuje mi odwagi, tak jak za pierwszym razem. Znów czuję się słabszy od ulicy. Próbuję przypomnieć sobie filozofię, którą kiedyś przezwyciężałem tremę i nieśmiałość. Najważniejsze jest zapomnieć o poczuciu własnej wartości. Tak jak pisze Carlos Castaneda – poczucie własnej wartości jest główną przeszkodą w poznaniu siebie i w nawiązaniu kontaktu z naturalną mistyką płynącą w eterze.

Wychodząc z instrumentem na ulicę, nagle okazuje się, że jesteś sam w obliczu obojętnej masy. Najpierw, z naciśnięciem pierwszych klawiszy, po wykrzyczeniu drżącym głosem pierwszych strof piosenki, czujesz się nagi i bezbronny. Świat wydaje się nawet bardziej szary niż zwykle. Szum rozmów, suchy tupot obcasów i samotność. Najważniejsze jest przebicie się przez tę ścianę. Zamknij oczy i poczuj swoją muzykę, pomimo trzydziestu kilku lat na karku, spróbuj mieć wiarę w mądre słowa Boba i Manu. „Sometimes I dream about reality, sometimes I feel so gone...”

Nagle, niezauważenie zmienia się sceneria. Z bezosobowego szumu przebijają się słowa i uśmiechy, głos przestaje drżeć, artystyczna pustka zamienia się w złoty blask. Ściany już nie ma i tak samo nie ma ciebie. Tzn. nie „ciebie” prawdziwego, ale tej części twojej osobowości, która jest definiowana przez otoczenie, a nie duchową iskrę wewnątrz. Uświadamiasz sobie kim jesteś, jak bardzo jesteś innymi, mistyczna jedność... Tym jest dla mnie (czasami) granie na ulicy.

Ciężko jest się przebić. Myślisz, że już prawie jesteś po drugiej stronie ego, kiedy kształtna brunetka, na oko Hiszpanka, przechodzi obok twojej ławki. Nie potrafisz oderwać oczu od jej kołyszących się bioder i obfitych piersi. Czarna, krótka spódniczka i zgrabne nogi w czarnych rajstopach... Znów jesteś sam. „Infinita tristeza, infinita pobreza, otro mundo...”



Dziś w nocy strzelałem do generałów. Każda kula trafiała do celu. Kiedy padali na ziemię, medale rozsypywały się po bruku, niczym złote, bezużyteczne chrząszcze. Czułem się wolny i radosny. Pachniał mi proch, czułem też bez. Chyba była wiosna. Nie bałem się śmierci, nie bałem się starości, odrzucenia. Harmonia i muzyka... Jesteś gotowy, żeby podnieść akordeon i strzelać nutami?

Pamiętam kiedy w 2003 pod Wieżą Eiffla musiałem uciekać przed policją. Najpierw grałem. Byłem jedynym muzykiem w okolicy i jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że w tamtym miejscu panował zakaz „żebrania”. Ludzie zatrzymywali się i wrzucali mi do kapelusza smakowite monety i jeszcze smakowitsze uśmiechy. Po jakichś dwudziestu minutach wyrzucono mnie po raz pierwszy. Przechodnie zaprotestowali, ale chłodni chłopcy w mundurach z naciskiem powtarzali, że mam się wynieść. Poszedłem, a po chwili wróciłem i znów łowiłem dusze i monety. Drugi raz chłopcy w mundurach nie byli tak uprzejmi, jak za pierwszym razem. Jeden z nich mnie popchnął, a drugi spisał moje dane i adres.

Kilka miesięcy później grałem w Madrycie. Po kilku piosenkach stary rastaman wrzucił mi do kapelusza tłusty kawałek haszu. Zrobiłem przerwę, skręciłem grubego skręta, po którym wydawało mi się, że śpiewam równie dobrze jak Bob Marley. I znowu przyszli chłopcy w mundurach. „Co tam palisz?” „Nada.” „Nada? Nie wydaje nam się. Tym razem ci darujemy, ale konfiskujemy narkotyki. Spadaj, chłopcze.” Zabrali resztę haszu i spisali moje dane. Błąkając się po ulicach, zobaczyłem w ciemnym zaułku policyjny samochód, z którego okien wydobywał się gęsty dym. Znam ten zapach. Dwóch policjantów siedzi w środku, z rozanielonymi twarzami. Poznają mnie. Uśmiechają się i żartobliwie grożą mi palcem. Odpowiadam uśmiechem i pokazuję im dwa palce w kształcie V. Robią to samo.

Jeszcze jedna scenka. Znów z paleniem. Nie chcę wyjść na palacza, ale lubię wspominać tamten moment. Kopenhaga. Christiania, hippisowskie osiedle w środku miasta, żadnych samochodów, modnych sklepów, biegających w pośpiechu ludzi. Kolorowe grafitti, matki z niemowlakami przywiązanymi do pleców starymi szmatami, podpici Eskimosi, uśmiechnięci Latynosi zaczepiają dziewczyny. Wyciągam akordeon i zaczynam grać „Natural Mystic”. Po pierwszych kilku słowach przerywa mi stary hippis. Siwe, brudne włosy, korale i frędzle, zapach potu i taniego alkoholu. „Źle to robisz, stary”. „Tak? To znaczy się co?” „Nie jesteś skupiony, rozglądasz się dookoła, nie czujesz muzyki, niedobrze” „To co mam zrobić”. Hippis podaje mi skręta. Mocna, kopenhaska czekolada. „A teraz zamknij oczy i śpiewaj”.

Najpierw wydaje mi się, że chyba nie będę w stanie zagrać. Przeliczyłem swoje siły i chyba muszę usiąść. W końcu palę tylko okazyjnie. Ale zbieram się do kupy i zaczynam. Jeszcze nigdy nie grałem tego tak powoli. „There is a Natural Mystic flowing trough the air, If you listen carefully, now you will hear...”. Pomału wchodzę w słowa piosenki i dźwięk instrumentu. Zaciskam oczy, jestem skoncentrowany i poważny, rozumiem i czuję każde słowo piosenki. Po chwili wydaje mi się, że atmosfera robi się gęstsza, dźwięki i słowa nabierają mocy. Wręcz wydaje mi się, że to już nie tylko ja śpiewam, ale całe miasto. Słyszę nawet gitarę i drugi akordeon. Wow, tego jeszcze nie było. Chyba przesadziłem. Głosów jest coraz więcej i mam wrażenie, że lecę. Gram coraz wolniej i ciszej, powtarzam ostatnie słowa wiele razy, „such a Natural Mystic, going trough the air...”, nie chcę, żeby to się skończyło. Wreszcie zapada cisza. Składam akordeon i zamykam skórzaną klamrę. Powoli otwieram oczy... Wokół mnie siedzi z dwadzieścia osób, chłopak z gitarą, dziewczyna z akordeonem. Wszyscy uśmiechają się i zaczynają klaskać. „Thank you man, that was something”. Stary hippis sięga do kieszeni i wrzuca monetę, patrząc zachęcająco na publikę. Ludzie idą w jego ślady. Brzęczą monety, ludzie siadają dookoła, czekając na więcej. Hippis poklepuje mnie po ramieniu. „Tak się to robi chłopcze. Z serca. Z serca, nie z głowy, I’m telling you”...