Wednesday, 23 November 2011

I’m so hippy tonight


The artwork by Tania/Saragrahi

So, what’s up? Has the world turned into a warm feather quilt already? Good people are not dying anymore and the TV series characters have integrity and speak with grace and wisdom? The steel weapons have turned into the wooden toys and the nuclear ones into fireworks waiting for a New Year’s party? Have Christian husbands taken Muslim wives and do they have Universal children who smoke natural dope and make free (not too dirty) love?

Have people stopped eating animals? (c’mon, they must have by now!) And those big, smelly, ugly banks – have they been burned to the ground? And those pimply, sad bankers – have they got a piece of land, each of them, and a plough and a bag of seeds? Those fuckers would be so much happier, and they would make rest of us so relieved, wouldn’t they? What about that poor junkie girl (what’s her name?) who prostitutes herself by the Øksnehallen? Have she met a shaman lover prince who gave her a handful of shrooms and her soul was cured of her Dark Passenger (as Dexter calls it)?

Have the atheists stopped to be so full of themselves and have the believers thrown away the mouldy books and replaced them with love? Have they? Oh, man - and those noisy, happy, red cheeked children – do they go on a sledge ride or swim in a mountain brook, or play hide-and-seek in the grandma’s orchard and don’t give a shit about that evil vampire playstation-slash-xbox-slash-!Pod-bullshit, designed to make another asshole rich and those pretty young beings brainwashed?

Actually not. None of these things have happened. And yet tonight I’m not too sad. I don’t even know why. I guess I believe that the old pretty things haven’t gone away forever, and those hopeful dreams are nor buried for good.
Salud comrades!

Monday, 14 November 2011

Świat Studni


Trochę czasu minęło i przypomniałem sobie o tym kawałku. Zapraszam do lektury. Jest w nim dużo mnie, czasami aż się bałem, kiedy to pisałem - tyle rzeczy dowiadywałem się o sobie w trakcie.
Jako reklamę załączam fragment recenzji z sieci:

"Mimo wielu narzekań na to pismo (a błędy korektorskie są tu najmniejszym problemem) i tu trafiają się perełki, po które warto sięgnąć. W trzecim numerze roku 2010 takim tekstem jest opowiadanie Marcina Kreczmera, „Świat studni”. Historia ta balansuje na granicy horroru w stylu Gaimana i baśni. Jest tu mroczna tajemnica, jest magiczny świat znajdujący się tuż obok naszego, a trójka głównych bohaterów to dzieci. Kreczmerowi udało się stworzyć świetną atmosferę, tu rzeczywiście można poczuć, że zagrożenie jest realne. Być może to przez dosłowność, z jaką autor opisuje wydarzenia, co nie oznacza, że epatuje brutalnością. Udało mu się także stworzyć przekonujących bohaterów. Biorąc pod uwagę fakt, że są nimi dzieci, nie było to zadanie łatwe."

Świat w Studni


- Twarz Piotrka zaczęła rozpływać się w czarnych falach jeziora. Zobaczyłam jeszcze tylko, jak chwyta go za szelki tłusta łapa Pana Złego Szeląga i wszystko pochłonęła ciemność. Wtedy po raz ostatni widziałam brata... Siedemdziesiąt lat temu. – Wyblakłe, smutne oczy Babci wypełniły łzy. Krzych i Alek z szeroko otwartymi ustami wyczekiwali kontynuacji opowieści, choć wydawało się, że to może być koniec historii. Małgosia siedziała przy biurku, udając że pisze w pamiętniku, ale długopis przestał poruszać się dobre pół godziny wcześniej. Chyba przy fragmencie o ucieczce z Domu Szczurzego Grabarza.
- I co dalej? Co dalej? – Alek nie wytrzymał.
Mama postanowiła interweniować. Chrząknęła do czytającego gazetę Taty. Gazeta z głośnym trzaskiem wylądowała na stole.
- No dobra! Koniec mrocznych opowieści. Kto chętny do zbierania czereśni? – zawołał z wyjątkowo nieudolnie udawanym entuzjazmem.
Mama pokiwała z politowaniem głową. Chłopcy nie okazali ani krzty zainteresowania. Nie odrywali oczu od Babci. Małgosia zwykle pomagała rodzicom w dyscyplinowaniu malców, tym razem jednak milczała. Tata wzruszył ramionami i wrócił do lektury Angory.
- Obudziłam się w szpitalu – powiedziała wreszcie staruszka. – Leżałam w gorączce przez tydzień. Kiedy odzyskałam świadomość, najpierw spytałam o Piotrka. Widząc poważne twarze lekarzy, zrozumiałam że został w Świecie Studni... – przerwała i ściągnęła okulary, żeby wytrzeć oczy.
- Nigdy nie próbowałaś po niego wrócić? – spytała Małgosia. Mama syknęła ze złością, a Tata podniósł gazetę jeszcze wyżej. Babcia włożyła okulary i popatrzyła na dziewczynkę. Małgosia poczuła, jakby przeszło jej po plecach stado arktycznych mrówek. W wyblakłych oczach staruszki zobaczyła strach.

- Kiedy w studni zrobisz zeza, to zobaczysz światła dwa. Jedno lewe, drugie prawe, jedno znane, drugie nie. Jeśli wrócić chcesz do domu, lepiej dobrze wybierz, bo bardzo łatwo jest się zgubić i na zawsze zostać tam, tam gdzie mieszka Pan Zły Szeląg, Krzywy Ksiądz i Zgniły Klaun, gdzie nie wschodzi nigdy słońce i gdzie Psubrat, Ślepy Skrzat tańczą wokół małych dzieci, kiedy one śpiąc na wspak spadły z łóżek wymiar niżej, w kukułkowy, mroczny świat, świat zegarów, starych mebli, stęchłych zasłon, wrednych psów, świat koszmarów, ciemnych piwnic, leśnych kaplic oraz łez.
Nawet Tata odłożył gazetę i z otwartymi ustami słuchał monotonnego głosu. Mama pierwsza otrząsnęła się z oszołomienia. Otworzyła okno. Czterdziestoletnia na oko pielęgniarka siedziała w ogrodzie i paliła.
- Pani Aldono! Pani Aldono! – zawołała Mama. Kobieta zgasiła papierosa i szybko podeszła do okna.
- Co się stało? – Patrzyła z niepokojem.
- Lepiej, żeby pani przyszła.
Pani Aldona pobiegła w stronę drzwi.
Babcia ciągle patrzyła na wystraszoną dziewczynkę.
- Boję się – powiedział cicho. – Tak bardzo boję się Świata w Studni.

***
- Czy Babcia jest wariatką? – spytał Krzych, spoglądając z oczekiwaniem na siostrę.
- Jasne, że jest! – zawołał Alek, skacząc po łóżku. – Jest kompletnym świrem!
Małgosia strzeliła go w ucho. Chłopiec usiadł z szeroko otwartymi ustami. Pomyślał, czy nie wybuchnąć płaczem, ale głosy rodziców kłócących się w kuchni nie zachęcały do szukania wsparcia. Pokazał tylko język i przezornie zniknął z zasięgu dłoni.
- Nie jest – dziewczynka odpowiedziała na pytanie.
- Mama mówiła... – Alek znów próbował wtrącić swoje trzy grosze. Widząc mordercze spojrzenie siostry, zagryzł wargi i zaczął udawać, że interesują go wiszące na ścianie poroża. Pożółkłe czaszki wlepiały w nich puste oczodoły.
- Babcia jest normalna – powiedziała z naciskiem. – Kto jak kto, ale my powinniśmy być po jej stronie.
- Taaak? – spytał zaciekawiony Krzych. – Dlaczego?
- No właśnie, dlaczego? – powtórzył Alek.
Zmierzyła ich taksującym wzrokiem. Przez chwilę panowała napięta cisza. Dziewczynka przenosiła wzrok od jednego chłopca do drugiego. Wreszcie zatrzymała go na młodszym z braci.
- Dlaczego nie powiesz Mamie o Złotej Kropelce?
Siedmioletni chłopiec o wielkich, ciemnych oczach zaczerwienił się po same uszy.
– Obiecałaś, że nigdy…!

Złota Kropelka pojawiła się w życiu Krzycha dwa lata wcześniej. To był pierwszy dzień w przedszkolu. Wystraszony, zapłakany, opuszczony przez cały świat, po kilku godzinach tak zwanej zabawy w tłumie nieznajomych dzieci, wyśmiewających jego odstające uszy, z ulgą przywitał czas leżakowania.
Choć nie wiedział jak, wreszcie udało mu się uciec w sen od horroru chichotów i pierdzeń obcych dzieci.
Wtedy spotkał Złotą Kropelkę. Siedziała - równie dobrze można by powiedzieć, że unosiła się albo spływała jak strumień wody - na brzegu łóżka. Była złotą, lśniącą kroplą. Ogromne, przyjazne oczy patrzyły z powagą. Dotknęła go małą dłonią o trzech długich palcach.
- Jestem Złota Kropelka – powiedziała. – Twoja przyjaciółka i opiekunka. Będę śpiewała ci piosenki, uczyła czarów, oprowadzała po wybudowanych z astralnej materii pałacach...
- Jakich pałacach? – spytał spokojny już chłopiec.
- Wszystko sam zobaczysz – szepnęła i pocałowała go w usta.
Następnie chwyciła za rękę i zabrała na spacer po przedszkolu, pokazując kolorowe sny dzieci, czasami wlewając w te ciemniejsze kroplę złota.
Kiedy otworzył oczy, wcale nie bał się już innych przedszkolaków.

Małgosia spojrzała teraz na rok starszego chłopca, będącego zupełnym przeciwieństwem brata. Alek mógł robić wszystko, poza siedzeniem w miejscu. Nigdy nie zatrzymywał się, żeby pomyśleć, nigdy też nie zastanawiał się nad tym, co mówił. Rozpierała go niekontrolowana energia. Gdyby nie Małgosia, byłby przywódcą. Jedna rzecz łączyła go z młodszym bratem – również miał coś do ukrycia.
- A może przyznasz się rodzicom, gdzie spędzasz noce? – spytała ostro.
Chłopiec zmrużył oczy, zastanawiając się, czy byłby w stanie przyłożyć siostrze. W końcu wzruszył ramionami i wrócił do kontemplowania jeleniej czaszki.

Gdzie Alek spędzał noce? Oczywiście w łóżku, jak każdy ośmiolatek. Ale nie tylko. Pewnego dnia zorientował się, że jest wilkiem. Tego typu odkrycie z pewnością wstrząsnęłoby dorosłym, ale on powitał nową sytuację z otwartymi ramionami i często w nocy hasał po lasach i łąkach, płosząc zające, dziki i ptaki.
Z początku był przekonany, że to tylko dziwaczny, ale w sumie przyjemny sen. Któregoś dnia, po obejrzeniu w telewizji programu o psychologii i mózgu doszedł do wniosku (którego nie powstydziłby się dorosły), że jego sny są remkopastą... nie, nie - re-kom-pen-sa-tą pod-świa-do-mo-ści, ponieważ na jawie nie wyładowuje całej energii.
Któregoś dnia zniknął Łajza. Łajza mieszkał z nimi od zawsze. Jedynie Małgosia pamiętała jak przez mgłę dzień, kiedy przynieśli do domu małego szczeniaka. Uwielbiali go wszyscy, nawet dalsi i bliżsi sąsiedzi, u których pies w swoich włóczęgach spędzał sporo czasu. Często znikał nawet na dwa, trzy dni, ale wracał, może tylko trochę chudszy niż zwykle, z kilkoma zadrapaniami czy ugryzieniami.
Tamtego razu pies zniknął na amen. Po tygodniu cała rodzina z bólem serca położyła na nim krzyżyk.
Alek zasnął i już po chwili był wilkiem. Wyskoczył przez okno, spadając sprężyście na cztery łapy. W świetle księżyca podszedł do psiej budy. Od razu wyczuł trop. Ze zjeżoną sierścią pobiegł za znajomym zapachem. Minął opuszczony młyn, przepłynął rzekę, przebiegł kawałek lasu, cichcem ominął ognisko pijanych chuliganów. Wreszcie dotarł do starej szopy, w której chłopi przechowywali wieszaki na siano. Obwąchał zbity z desek, pochyły budynek. Tutaj trop się urywał. Wilk zawył bezradnie. Kiedy zamilkł, usłyszał ciche skomlenie. Obiegł szopę dookoła, szukając wejścia, ale jedyne drzwi były zamknięte na grubą, zardzewiałą kłódkę. Sfrustrowany wrócił do domu.
Rano pamiętał wszystko, co do najdrobniejszego szczegółu. To wtedy przyznał się Małgosi i Krzychowi do nocnych eskapad. Uwierzyli bez zastrzeżeń i razem pobiegli do starej szopy. Wyłamali kilka desek i odratowali ledwo co żywego kundla, który przywitał ich merdaniem ogonem i lizaniem rąk. Nie mieli pojęcia, jak znalazł się w pułapce. Może to był zwykły wypadek? Woleli nie myśleć, że ktoś mógłby zrobić to umyślnie.
Tego samego dnia Krzych opowiedział o Złotej Kropelce.
A Małgosia o Czarnej Kukułce oraz Skrzacie i Psie.

Z poważnym wyrazem twarzy usiadła w wielkim, chyba stuletnim fotelu. Skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła w zamyśleniu. Chłopcy przyglądali się z oczekiwaniem.
- Babcia nie jest wariatką. Tego jestem pewna – powiedziała wreszcie.
- Skąd możesz wiedzieć na sto procent? – zapytał młodszy z chłopców.
Przymknęła oczy. Głos, naśladujący monotonną intonację Babci, zabrzmiał złowieszczo i głucho.
- „Gdzie Psubrat, Ślepy Skrzat tańczą wokół małych dzieci, kiedy one śpiąc na wspak, spadły z łóżek, wymiar niżej, w kukułkowy, mroczny świat”.
Chłopcy wcisnęli się pod koc.
- Czarna Kukułka, Pies i Skrzat... – wyszeptał przerażony Krzych. Jego oczy były jeszcze większe niż zwykle. Alek przygryzł paznokieć.
- O cholera – powiedział.

Przeznaczenie rozdało jej najgorsze karty. Krzych miał Złotą Kropelkę, Alek był wilkiem. Ona tańczyła ze złośliwym rottweilerem o wyżelowanej sierści i zgniłych zębach oraz z brudnym, ślepym karłem, który opowiadał dowcipy dla dorosłych i niby przez przypadek chwytał ją za pupę. Śpiewała im mieszkająca w spróchniałym zegarze kukułka – czarownica. Kukanie i zgrzytający do rytmu walca mechanizm zmuszał Małgosię do ohydnego tańca. W ciągu najdłuższych na świecie dwunastu kuknięć musiała podporządkować się upiornej melodii, obleśnemu krasnalowi i psu, któremu straszliwie cuchnęło z gęby.

Wracając z uratowanym Łajzą do domu, chłopcy słuchali jej opowieści. Choć było lato, poczuli chłód. Postanowili iść dłuższą drogą, żeby nie musieć przechodzić przez las – nie chcieli spuszczać z oczu sierpniowego słońca. Kiedy dochodzili już do domu, Krzych stanął i powiedział nieśmiało:
- Porozmawiam ze Złotą Kropelką. Może pomoże.
Alek popatrzył z zazdrością, żałując, że propozycja nie wyszła od niego.
- A ja pogryzę ich tyłki tak, że będą trzymali się z daleka! – zawołał z większym przekonaniem, niż naprawdę czuł. Z wdzięcznością uśmiechnęła się do chłopców. Kamień spadł jej z serca.
Nie na długo.
Tej samej nocy Czarna Kukułka znów zagrała walca. Psubrat i Ślepy Skrzat śmiejąc się złośliwie, ściągnęli ją z łóżka i zaczęli tańczyć. Psubrat szeptał jej do ucha po francusku. Była wdzięczna, że nie rozumie ani słowa. Ręce Ślepego Skrzata obmacywały sukienkę, na co z uśmiechem patrzyła Czarna Kukułka, skrzecząc, krztusząc się sprężynami i kółkami zębatymi, rozciągając czas pomiędzy kuknięciami niczym gumę do żucia.
Małgosia przypomniała sobie o rozmowie z braćmi.
- Krzych! Alek! – krzyknęła. Wszystko zamarło. Uśmiech spełzł z twarzy wychylonej z zegara czarownicy. Psubrat przestał szeptać, Ślepy Skrzat przestał jej dotykać. Nagle pojawił się wielki wilk ze zjeżonym karkiem i Krzych, na którego ramieniu siedział mały, złoty duszek. Uśmiechnęła się z ulgą.
Przeraźliwy skrzek rozdarł powietrze. Czarna Kukułka rozwarła szeroko usta. Zgniłe brązowe zęby oraz zielonkawy język spływały bulgoczącym śluzem. Małgosia ze zgrozą uświadomiła sobie, że bracia nie mają żadnych szans w starciu z jej prześladowcami. Jak mogła w ogóle myśleć, że pokonają te stare i złe istoty?
Psubrat i Ślepy Skrzat zarechotali i rzucili się na chłopca, wilka i duszka. Drapiąc, gryząc, bijąc, rechocząc, plując i targając za uszy, w ułamku sekundy pokonali słaby opór. Małgosia zobaczyła jeszcze, jak Psubrat wgryza się w kark wilka, a Ślepy Karzeł urywa i połyka rękę Złotej Kropelki. Wreszcie na upiorną scenę opadła ciemność.
Leżała w łóżku, łapczywie łapiąc powietrze i słuchając rozpaczliwych uderzeń serca. Wróciła. Nie wszystko jednak było w porządku. Z sypialni chłopców dochodziły krzyki. Wyskoczyła z łóżka i ruszyła do pokoju braci. Krzych i Alek przytulali się do Mamy i Taty. Byli mokrzy od łez i potu. Rodzice przekonywali, że któremuś z nich przyśnił się koszmar. Kiedy zaczął krzyczeć, drugi to podłapał.
Skoro tylko wszystko się uspokoiło, rodzice poprosili, żeby spała tej nocy z malcami. Nie zmrużyli oka do rana. Powiedziała wtedy, żeby nigdy więcej nie próbowali jej pomagać.
Poradzi sobie sama.

- To znaczy, że ona naprawdę była w Świecie w Studni i zgubiła tam brata? – zapytał młodszy z chłopców.
Pokiwała głową.
- A ja słyszałem, że brat Babci utopił się w studni, kiedy byli dziećmi – powiedział Alek. Krzych niepewnie przytaknął.
- Też tak słyszałem. Mama mówiła, że Babcia była wtedy bardzo chora. Wszyscy myśleli, że umrze.
Uciszyła ich gestem ręki.
- Oczywiście, że tak myślą. Dziwicie się? To dorośli.
- Czarna Kukułka, Ślepy Skrzat i Psubrat istnieją naprawdę? – Alek pogładził się po karku. Rana zadana przez Psubrata goiła się miesiącami.
- Przecież wszyscy widzieliśmy – prychnęła Małgosia. – Miałeś jakieś wątpliwości?
- Teraz to co innego. Wplątani są dorośli... – stwierdził Alek.
- Babcia to nie dorosła – zaprotestował młodszy z chłopców. Alek postukał się w czoło.
- Co ty pieprzysz, facet?
Wstała z fotela i błyskawicznie chwyciła go za ucho.
- Auuu! Za co?! – krzyknął.
- Za jajco. – Szarpnęła mocno, żeby zapamiętał i popchnęła go z powrotem na poduszkę.
Chwycił się za ucho.
- Drugi raz w to samo miejsce… – Popatrzył spod oka. Krzych tym razem nie stanął po jej stronie. Obydwaj wpatrywali się w nią wyczekująco. Westchnęła i wyciągnęła rękę.
- Przepraszam, poniosło mnie.
Chłopiec podał dłoń, ale Małgosia zamiast nią potrząsnąć, przyciągnęła go i ze śmiechem obsypała pocałunkami.
- Błeee – zdegustowany wyrwał się z objęć i wytarł twarz podkoszulkiem. Krzych dusił się ze śmiechu.
- Ty też chcesz? – zagroziła. Chłopiec naciągnął koc na głowę. I tak jej to nie powstrzymało.

***
Nadchodził. Coś rozrywało tkaninę snów, otwierając ją niczym skalpel skórę. Pod kolorowymi łąkami, srebrzystymi dzwoneczkami śmiechu, obłokami o kształtach zwierząt i kwiatów rozwarła się czerwona, krwista rana, obnażająca kwilące serce.
Stała w długim, wilgotnym i ciemnym korytarzu. Jego końce ginęły w mroku. Po obu stronach czerniły się otwory drzwi. W oddali zabrzmiał dźwięk kroków i piskliwy śmiech. Nadchodził Pan Zły Szeląg.
- Uciekaj – usłyszała szept dobiegający z czarnej wnęki. Spróbowała przebić wzrokiem mrok. Wydało się jej, że w małym okienku widzi bladą twarz dziecka. Nagle cały korytarz wybuchnął szeptanym gwarem dziecięcych głosów.
- Uciekaj, uciekaj, biegnij, uciekaj, nie czekaj, nie stój, nie śpij, uciekaj...
Koniec korytarza rozświetliła blada łuna. To on. Jest coraz bliżej. Zaczęła biec, ścigana przez upiorny śmiech i ciche, paniczne ostrzeżenia małych więźniów. Boże, jak się bała. Biegła, ale jak to bywa w snach, biegła zbyt wolno. Próbowała chwytać za nierówne kamienie wystające ze ścian, czuła jednak, że traci siły i wcale nie przyśpiesza, ani odrobinę. Kroki za jej plecami były coraz głośniejsze, a szepty przerażonych dzieci coraz cichsze.
- Zamarynujemy sobie małego skowronka – cienki, skrzeczący głos musiał należeć albo do kogoś bardzo młodego, albo bardzo grubego. Był zbyt blisko! Musi biec! Musi biec! Dzieci całkiem zamilkły, migały tylko przelotnie przerażone, blade twarze. Ciągle słyszała słowa wypluwane z chciwością przez Pana Złego Szeląga.
- Mała dziewczynka ogrzeje mi łóżko... Małe stworzonko będzie gotowało mi pyszne zupki... po których będą pływać chrupiące strupki... Mała Małgosia wpadła po uszy... teraz Pan Zły Szeląg będzie miał z kim tańczyć... trupia orkiestra już opłacona... każdy dostał dwie krople śluzu i kwilące niemowlę... Nie uciekaj kruszynko... chciałbym cię poznać z moim szczurem...
Dobiegła do końca korytarza. To znaczy nie całkiem. Na wysokości kolan otwierała się czarna jama, wysoka na tyle, żeby móc do niej wejść na czworakach. A co, jeśli później będzie jeszcze ciaśniej? A co, jeśli zrobi się tak ciasno, że będzie musiała pełznąć i nagle odkryje, że to koniec? Ślepy korytarz? Jak zawróci?
Położyła się na brzuchu i schowała twarz w dłoniach. „Chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę się obudzić chcę...” – zaczęła powtarzać jak mantrę.
- Chrum, chrum – ktoś chrząknął nagle tuż nad uchem. Zanim ogarnęła ją ciemność, usłyszała jeszcze dziecięcy, odległy głos:
- Uciekaj...

***
W sobotę, w pierwszym tygodniu po przeprowadzce do Babci, Małgosia, Alek i Krzych wykorzystali fakt, że Tata i Mama spędzali wieczór na mieście. To miał być dzień myszkowania po ciemnych zakątkach, a szczególnie po strychu, na który mieli szlaban. Przynajmniej, jak powiedziała Mama, do czasu, aż wszędzie zrobi porządek i będzie pewna, że nie czają się tam żadne niebezpieczeństwa. Małgosia uważała, że głównym niebezpieczeństwem, o jakie chodziło Mamie, jest kurz i śmieci, które roznieśliby po sterylnie czystym domu.
Babcia korzystała z majowego słońca. Siedziała w ogrodzie, przypatrując się wygibasom pani Aldony, która pod nieobecność nowych gospodarzy domu ćwiczyła tai-chi.
Krzych, przykleiwszy twarz do szyby, z fascynacją obserwował dziwaczne ćwiczenia pielęgniarki.
- Na co się gapisz? – spytał zaczepnie Alek, wchodząc do kuchni.
- Pani Aldona robi dżudo.
Starszy brat stanął obok i przygryzając chleb z dżemem, fachowym okiem popatrzył na scenę za oknem. Prychnął z pogardą.
- Phi, jakie dżudo, matole. To jest joga.
- Wcale nie. Jogę się robi na siedząco – zaprotestował obrażony Krzych. Alek wytarł obklejoną dżemem dłoń w koszulkę brata.
- Małgosia czeka na nas na górze. Idziemy na strych. Ruchy.
Krzych popatrzył niepewnie na starszego chłopca.
- Ale Mama powiedziała...
- Jak chcesz, to sobie tu siedź – przerwał mu Alek. – Ale jeśli znajdziemy skarby albo broń z wojny, to nic nie dostaniesz. – Gwiżdżąc wyszedł z kuchni. Po chwili młodszy chłopiec pobiegł za nim.

Zniecierpliwiona dziewczynka siedziała na schodach. Zgromiła ich wzrokiem, szczególnie Alka.
- Miałeś tylko zawołać Krzycha. Co ci tyle zajęło?
- Pokazywał mi jakieś głupoty...
Krzych ze złości dostał rumieńców.
- Wcale nie! Po pierwsze nie głupoty, ale dżudo, a po drugie on sobie robił kromkę z dżemem.
Zmrużyła oczy i wwierciła je w brata.
- Kromkę z dżemem, tak?
Alek odwrócił się w stronę Krzycha i zagryzając wargi pokazał pięść.
- No dobra, koniec tego – powiedziała. – Dziś robimy wyprawę na strych. – Podniosła do góry dwie latarki. – Jedna dla mnie, a druga dla Krzycha.
- A ja? – spytał Alek.
- A ty następnym razem nie rób sobie chleba z dżemem, kiedy każę ci się śpieszyć.
Pomaszerowała do góry.

Wcale nie potrzebowali latarek - światło działało doskonale. Małgosia oczekiwała zakurzonych, starych kufrów, grubych pajęczyn, zgniłych gratów i innych eksponatów tego rodzaju. Kiedy otworzyli małe drewniane drzwi, znaleźli się w słonecznym przestronnym pokoju o ogromnych oknach z widokiem na las i jezioro. Panował lekki nieład, a meble pokryte były kurzem. W świetle popołudniowego słońca lśniły nieliczne pajęczyny.
Chłopcy pozbyli się całego niepokoju, który czuli jeszcze przed drzwiami. Alek założył sobie na głowę wojskową czapkę, należącą kiedyś do Dziadka, podobnie jak kilka medali, które znalazł w szufladzie biurka i natychmiast przypiął do podkoszulka. Tak wystrojony, usiadł na bujanym fotelu i zaczął wydawać rozkazy niezwracającemu uwagi Krzychowi. Ten zanurzył się w lekturze starych czasopism i z fascynacją podziwiał zabawne, kolorowe ilustracje.
- Myślisz, że będę mógł to wziąć na dół? – zawołał, machając pożółkłym numerem „Magazynu Polskiego”.
- Nie – odpowiedziała krótko. Po chwili dodała: – Chyba że wiesz, co powiesz Mamie, kiedy spyta, skąd to wygrzebałeś.
Rozczarowany chłopiec ciężko westchnął i wrócił do lektury.

Szukała czegoś konkretnego. Nie wiedziała czego, ale coś ciągnęło ją tutaj odkąd Babcia opowiedziała swoją historię. A jeszcze bardziej od koszmaru. Nie pamiętała dużo. Coś o dzieciach, uciekaniu i potworze, który chciał zrobić z nią straszne rzeczy. Pierwszy raz jakiś sen przeraził ją bardziej niż „obleśny taniec z koszmarnymi zboczeńcami przy kukułkowej katarynce”.
Zaciekawiło ją wiszące na ścianie czarnobiałe zdjęcie. Grupka około trzydzieściorga dzieci uśmiechała się w kierunku aparatu. Chłopcy ubrani byli w jednakowe ciemne mundurki, a dziewczynki w białe, krótkie sukienki. Na zdjęciu ktoś napisał czarnym piórem:
Sierociniec Wieży z Kości Słoniowej
20 czerwca 1929 r.

Szybko policzyła. Babcia powiedziała, że siedemdziesiąt lat temu straciła Piotrka. Czyli dokładnie w 1929 roku! Poczuła się trochę nieswojo. Dla nabrania odwagi spojrzała do tyłu, gdzie w złocistym świetle popołudniowego słońca Alek udawał generała, a Krzych grzebał w starych książkach i gazetach. Wróciła do zdjęcia. Czy któreś z nich to właśnie Babcia? Nie mogła połączyć żadnej z tych ślicznych dziewczynek z pomarszczoną starowinką o oczach pociągniętych mgłą.
Nagle uświadomiła sobie, że jednym z pożółkłych chłopców mógł być Piotrek. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Musiała powstrzymać się, żeby nie odskoczyć ze strachem. Niepokoiło ją coś jeszcze. Niewyraźne twarze wyglądały znajomo.
Strząsnęła nieprzyjemne wrażenie i rozejrzała się po reszcie pokoju. Kilka szaf, parę pudeł, stary, ale zadbany rower (bez przerzutek - natychmiastowa dyskwalifikacja), ogromne lustro, rozebrane na części małżeńskie łóżko... Wzrok przyciągał biały sekretarzyk ukryty w kącie, za wielką klatką dla kanarków.
Podeszła powoli. Biała farba odpadła w kilku miejscach, obnażając ciemnobrązowe, prawie czarne drewno. Brakowało kilku szuflad. W ich miejscu ziały puste, ciemne otwory. Przykucnęła i z wahaniem zbliżyła rękę do uchwytu jedynej szuflady. Obejrzała się jeszcze raz na chłopców i pociągnęła za rączkę. Odetchnęła z ulgą. Zamknięte. Wstając, oparła się o sekretarzyk i widocznie coś musiała poruszyć, ponieważ rozległ się metaliczny brzdęk. Mały, zardzewiały kluczyk upadł na podłogę. Zamarła. Bardzo nie chciała wiedzieć, co kryje szuflada, ale z drugiej strony niewytłumaczalne poczucie obowiązku kazało zbadać zawartość sekretarzyka.
- Alek! Krzych! – zawołała, przeklinając w duchu swoje tchórzostwo. – Chodźcie tutaj.
Chłopcy porzucili swoje zajęcia.
- Co tam masz? –Alek wyciągnął szyję.
- Jeszcze nie wiem, może nic. – Zbliżyła klucz do dziurki.
- To po co nas wołasz?
- I dlaczego trzęsie ci się ręka? - dodał Krzych.
- Tss... – syknęła. Klucz bezszelestnie obrócił się w zamku. Wzięła głęboki oddech, oczekując czegoś okropnego - zdechłej myszy, sztucznej szczęki albo czegoś w tym rodzaju.
Pociągnęła.
W szufladzie leżał obwiązany sznurkami notatnik w skórzanej okładce. Na środku naklejono wycięte z gazety, pożółkłe zdjęcie budynku. Choć teraz po sierocińcu zostały tylko ruiny, rozpoznała dom, przed którym stały dzieci ze zdjęcia.
- Phi – prychnął Alek. – Wielkie mi coś.
To była pozorna buta. Krzych nie powiedział ani słowa, ale wielkie oczy skierowane na zdjęcie zabłysły niechęcią. Małgosię ogarnęło nieodparte pragnienie, żeby odłożyć notatnik na miejsce, zamknąć szufladę, a kluczyk wyrzucić przez okno. Pokonała pokusę. Wzięła znalezisko pod pachę.
- Schodzimy.

Rąbek słońca ciągle wystawał zza linii drzew. Przez chwilę rozważali zbadanie notatnika w ogrodzie, gdzie trawa, drzewa i letnia bryza dodawałaby otuchy. Kiedy jednak pomyśleli, że zapadający zmrok miałby zastać ich poza bezpiecznymi ścianami domu… Zaszyli się w pokoju Małgosi. Chłopcy usiedli na łóżku, dziewczynka zaciągnęła zasłony i zapaliła górne światło. Usiadłszy obok braci, przecięła scyzorykiem dratwę, która opinała okładki grubego brulionu. Krzych otworzył szeroko oczy i usta, a Alek zaczął nerwowo kołysać się na boki. Spiorunowała go wzrokiem.
- Masz chorobę sierocą?
Znieruchomiał.
Początek wypełniały odręczne notatki. Od czwartej strony zaczynały się gazetowe wycinki z dopisanymi komentarzami i datami. Przewróciwszy pobieżnie kilka kartek, ze zgrozą uświadomiła sobie, na co patrzy. Każda z notatek mówiła o zaginionym dziecku. Zatrzasnęła zeszyt.
- Co robisz? – spytał Krzych, podnosząc zdziwione oczy.
- Nie chcę, żebyście to oglądali – szczerze odpowiedziała.
Popatrzyli najpierw na siebie, później na nią. Zaskoczyła ją powaga w ich spojrzeniu.
- Siedzimy w tym razem – powiedział starszy z chłopców. – Odkąd jestem wilkiem, odkąd Krzych spotkał Złotą Kropelkę i odkąd próbowaliśmy ci pomóc zrzucić urok Czarnej Kukułki, siedzimy w tym razem.
Spojrzała na Krzycha
- Strasznie się boję, ale myślę, że ma rację - powiedział.
Wyciągnęła ramiona i cała trójka objęła się mocno.
- Kocham was, maluchy – powiedziała. Twarze chłopców okryły rumieńce. Z obawą, ale i z przeczuciem własnej mocy spojrzeli na złowrogi notatnik.
- No to zaczynamy – westchnęła i dotknęła okładki. W pokoju zrobiło się nagle chłodniej. „Bardzo bym chciał, żeby była tu teraz Złota Kropelka” – pomyślał Krzych. „Bardzo bym chciał, żeby to wszystko było tylko snem” – pomyślał Alek. „Boże, co my robimy?” – pomyślała Małgosia.

Na pierwszej stronie ktoś starannie wykaligrafował:

„1. Albert Krztyna – październik 1908, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dwanaście lat. Pierwszy. O porwanie i morderstwo oskarżono włóczęgę, którego następnego dnia po zaginięciu Alberta przyłapano z przedmiotami skradzionymi z biura dyrektora sierocińca, Anatola Zermana. Dyrektor został zamordowany nożem. Znaleziono go leżącego w kałuży krwi na podłodze drewnianej szopy, leżącej na terenie posesji. Ciała chłopca nigdy nie odnaleziono. Włóczęgę powieszono. Opowiedział w 1933 roku p. Krzysztof Mrozek – w ówczesnym czasie stróż sierocińca, obecnie woźny w szkole, w Małych Gajach”.

Przełknęła głośno ślinę. Chłopcy skończyli czytać kilka chwil później. Bez słowa przysunęli się do siebie. Naciągnęła koc na nogi.
- Czytamy dalej? – spytała, upewniając się, że nie zmienili zdania. Przytaknęli niepewnie głowami.

„2. Czesio Ząbek – wrzesień 1913, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dziesięć lat. Zniknął ze swojego łóżka. Chłopcy przyznali się do nocnej eskapady na jabłka. Ząbek nigdy nie wrócił. Przeszukano okolicę, nie zatrzymano żadnych podejrzanych. Ostatecznie stwierdzono, że chłopiec utonął w jeziorze. Ciała nigdy nie odnaleziono. Opowiedziała w 1933 roku p. Zofia Maciejowska, opiekunka wychowanków sierocińca w latach 1911–1913”.

„3. Joanna Skrzynecka – maj 1914, córka Jana i Krystyny Skrzyneckich, zamieszkali dwa kilometry od sierocińca. Dziewięć lat. Ojciec, bogaty właściciel ziemski, wspomagał sierociniec finansowo. Dziewczynka zaginęła w biały dzień, w czasie uroczystej kolacji na część pana Jana Skrzyneckiego, którą wydało kierownictwo sierocińca. Nie znaleziono ciała. Przeszukano i ostatecznie zasypano należącą do sierocińca studnię pod lasem”. (Tutaj ktoś kilkakrotnie podkreślił ostatnie zdanie czerwonym atramentem).
„Opowiedziała w 1934 roku p. Jadzia Skrzynecka, młodsza siostra Joanny”. (Można było wyraźnie widzieć, że choć cały zapisek był starannie wykaligrafowany, to następne słowa napisano drżącą ręką): „Pani Jadzia rozpłakała się opowiadając o tamtym dniu. Kiedy już wychodziłam, chwyciła mnie za rękę i powiedziała, że choć była małą dziewczynką, to pamięta i może przysiąc, że ostatni raz widziała Joasię stojącą właśnie obok studni i wrzucającą do niej patyki. „Skoro jednak tam wpadła, to dlaczego nie znaleziono ciała? A jeśli coś przeoczono i ona ciągle tam leży? Zasypana?”.

Następne cztery przypadki zaginięć dzieci były jeszcze zapisane ręcznie. Dwunastoletnia dziewczynka z Małych Gajów w 1917 roku, która wybrała się na grzyby ze swoim psem (pies wrócił sam), sześcioletni syn dyrektorki sierocińca w 1919 (zniknął ze swojego łóżka) oraz dwa zaginięcia w 1920 (bliźniaki, wychowankowie sierocińca, osiem lat, bawili się w ogrodzie, opiekunka wyszła na chwilę, żeby zaparzyć herbatę. Kiedy wróciła, chłopców już nie było). W żadnym z tych przypadków nie odnaleziono ciała.

Pierwszy wycinek z gazety pokazywał zdjęcie drobnego, uśmiechniętego, na oko sześcioletniego chłopca. Tytuł artykułu brzmiał:
„Tajemnicze zniknięcie w Rysich Borach”:
„Fiaskiem zakończyły się czterodniowe poszukiwania siedmioletniego wychowanka sierocińca Wieży z Kości Słoniowej w Rysich Borach (k. Białegostoku). Piotr Peszko zaginął we wtorek, 25 czerwca br. razem ze swoją jedenastoletnią siostrą Magdaleną Peszko. W środę nieprzytomną dziewczynkę znaleziono na podwórzu sierocińca. Natychmiast została przewieziona do szpitala w Białymstoku. Do tej pory nie odzyskała przytomności, choć jak twierdzi lekarz, jej zdrowiu nic nie zagraża.
Kilkunastu leśników z okolicznych leśnictw i około pięćdziesięciu ochotników z Rysich Borów, Małych Gajów, Białej Wsi oraz Grządek przeczesywało przez kilka dni lasy, jeziora, stawy i opuszczone budynki. Niestety, bezskutecznie. Oczekuje się, że Magdalena Peszko, siostra zaginionego, będzie mogła przekazać jakieś informacje dotyczące brata, kiedy tylko odzyska świadomość.
Nie jest to pierwsze zaginięcie dzieci w tych okolicach. Lokalne władze twierdzą jednak, że przypadki zaginięć nie są ze sobą powiązane i najprawdopodobniej winne tragedii mogą być tutejsze liczne jeziora i inne zbiorniki wodne”.

Przerwali lekturę. Chłopcy spojrzeli na siostrę.
- Myślisz, że chodzi o Babcię? – spytał Alek.
Przytaknęła.
- Nie wiedziałem, że Babcia ma na imię Magdalena – powiedział. Po chwili dodał: – Ale przecież my nie mamy na nazwisko Peszko!
Krzych, ciągle patrząc na zdjęcie, odpowiedział:
- Kiedy Babcia wyszła za mąż, zmieniła nazwisko. Patrzcie tutaj – wskazał na zdjęcie dziewczynki leżącej w szpitalnym łóżku. Obok, na krześle, tyłem do aparatu, siedział lekarz, sprawdzający puls. Dziewczynka spoglądała prosto w obiektyw. Choć zdjęcie było ziarniste i pożółkłe ze starości, w ciemnych oczach osadzonych w szczupłej, ładnej twarzy czaił się strach. Ten sam, co w oczach Babci. Serce ścisnęło się jej w piersi na myśl o małej dziewczynce, która uciekła z piekła, zostawiając za sobą młodszego brata. Zaczęła czytać artykuł pod zdjęciem.

„Przebudzenie w Rysich Borach”
„W poniedziałek 1 lipca br. w białostockim szpitalu Magdalena Peszko, siostra zaginionego przed tygodniem Piotra Peszko, odzyskała przytomność. Rodzeństwo zamieszkiwało sierociniec Wieży z Kości Słoniowej w Rysich Borach od śmierci rodziców w wypadku samochodowym cztery lata wcześniej. Dzieci zniknęły ze swoich sypialni we wtorek, 25 czerwca br. Dziewczynka została odnaleziona następnego dnia na podwórzu sierocińca i pozostawała nieprzytomna przez sześć dni. Jak dotąd nie odnaleziono jej brata.
Po odzyskaniu świadomości dziewczynkę natychmiast przesłuchał lokalny oficer policji. Według jego słów dziewczynka jest w szoku i jej słowa nie mają sensu. Wiadomo jednak, że w zniknięcie dzieci były zamieszane osoby trzecie. Na tym etapie policja nie może udzielić więcej informacji”.

Pod spodem ktoś ręcznie dopisał: „Przesłuchiwał mnie komisarz Antoni Belka. Cham i prostak. Po drugim przesłuchaniu stwierdził, że jestem wariatką i przerwał śledztwo”.

Ostatni artykuł dotyczący Babci pochodził z 20 lipca. Nie było żadnego zdjęcia, jedynie krótka notka.

„Zakończenie poszukiwań”
„Wczoraj korespondent naszej gazety był świadkiem zasypania studni na terenie sierocińca Wieży z Kości Słoniowej w Rysiach Borach, w której 25 czerwca br. utonął Piotr Peszko – siedmioletni wychowanek sierocińca (patrz „Wieści Wschodnie” numer 45 i 47). Chłopiec wpadł do studni podczas spaceru z siostrą. Dyrekcja sierocińca podjęła kroki, żeby podobna sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Studnia została zasypana”. (Ostatnie trzy słowa podkreślono trzykrotnie). „Siostra zmarłego chłopca pozostaje pod obserwacją psychiatryczną w Białostockim Centrum Chorób Umysłowych. Istnieje podejrzenie, że śmierć brata spowodowała u dziewczynki trwałe zaburzenia natury umysłowej”.

Pod spodem drżąca ręka napisała wielkimi literami:
„Przecież pani Jadwiga powiedziała, że studnię zakopano już w 1914 roku! Kto ją odkopał na nowo? I dlaczego? Czyżby Pan Zły Szeląg mógł wpływać fizycznie na nasz świat?!! Druga rzecz – gazeta nie wspomina, że nie odnaleziono ciała.”

- No dobra. Wystarczy – powiedziała zdecydowanie i zamknęła notatnik. Spod zasłon nie wpływało już żadne światło, a żarówka wydawała się nie mieć dość mocy, żeby rozjaśnić gęstą, mętną atmosferę. – Czas na spanie.
Chłopcy nie zaprotestowali. Zeszli z łóżka i bez entuzjazmu skierowali się do drzwi. „Wyglądają jak mali dorośli” – pomyślała, patrząc na ich drobne postacie i zgarbione plecy.
- Alek, Krzych...
Zatrzymali się i odwrócili głowy. Nie wytrzymała i podbiegła do chłopców. Objęła ich mocno, ledwo powstrzymując łzy.
- Chcecie zostać ze mną? – spytała, starając się, żeby zabrzmiało to jak propozycja wyśmienitej zabawy, a nie rozpaczliwa próba uratowania ich małego świata dzieciństwa. – Łóżko jest duże, zmieścimy się we troje. Co wy na to? – odsunęła do tyłu głowę, żeby zobaczyć ich twarze. Chłopcy uśmiechali się z ulgą.
- Hura! – zawołali i wskoczyli z powrotem na łóżko.
- Nie będę dzisiaj mył zębów! – zawołał Alek.
- Ja też nie – dodał Krzych.
- No to ja też nie – zaśmiała się i schowała notatnik do szafy, po drugiej stronie pokoju – byle jak najdalej od łóżka. „A jutro rano pozbędę się tego paskudztwa” – pomyślała i wskoczyła pod kołdrę.
- Dobranoc – szepnęła. – Jutro wszystko będzie dobrze, zobaczycie.
- Dobranoc – odpowiedział cicho Krzych, odpływając powoli w krainę snów.
- ...branoc – dodał swoje trzy grosze na wpółprzytomny Alek.
„Tylko dzieci potrafią tak doskonale zapominać” – przeszło jej jeszcze całkiem dojrzale i mądrze przez głowę. Po chwili równe oddechy śpiących dzieci wypełniły pokój.

***
- Zobaczcie, zobaczcie, dziewczynka ze Świata Ponad znowu tu jest – powiedział ktoś tuż obok ucha. Jak echo, dziecięce głosy zaczęły powtarzać:
- Dziewczynka ze Świata Ponad... dziewczynka ze Świata Ponad... dziewczynka znowu tu jest...
Otworzyła powoli oczy. Otaczał ją krąg dziecięcych twarzy. Leżała na łóżku o pomalowanej na biało obudowie z metalowych prętów. Jak łóżko szpitalne, jakie widziała w starym filmie. Podniosła się na łokciu. Wystraszone nagłym ruchem dzieci odskoczyły.
- Kim jesteście? – spytała.
Z tyłu zrobił się ruch. Małe postacie rozstąpiły się, aby przepuścić chłopca człapiącego z trudem na bocianich nogach. Podszedł do dziewczynki.
- Przyszłaś nam pomóc? – zapytał poważnie.
- Ja... nie wiem... chyba nie – odpowiedziała zmieszana. – To mi się śni – dodała usprawiedliwiająco. Popatrzyła bezradnie na inne dzieci. Zauważyła, że każde ma w jakiś sposób zniekształcone ciało – nieproporcjonalnie wielką, albo małą rękę, nogę, uszy czy nos, albo wręcz całkowicie niepasujące fragmenty, jak bocianie nogi jej rozmówcy, bukiety tulipanów zamiast rąk, świński ryjek zastępujący nos, czy włosy z trawy. Wszystkie ubrane były w szarawe piżamy, które kiedyś pewnie były kolorowe.
- Nie przyszła pomóc... nie przyszła... tylko zabłądziła... biedna dziewczynka... – szeptały.
- Jak ci na imię? – spytał chłopiec.
- Małgosia.
Zbliżył twarz. Prawie dotykali się nosami. Do pomieszczenia wpłynęła ciemność i chłód.
- Lepiej uciekaj, Małgosiu. On już nadchodzi.
W mroku widać było tylko blade twarze dzieci, powtarzające ze strachem:
- Nadchodzi... nadchodzi... on już nadchodzi...
- Kto, kim on jest? – spytała cicho.
- Uciekaj – szepnęły wszystkie dzieci chórem i jednocześnie rozpierzchły się po kątach. Chłopiec popchnął ją w pierś. Drzwi otworzyły się z hukiem. Spadła.
Nie przestała śnić. Była teraz małą myszką, skuloną w kącie pokoju pod szafą.
- Chrum, chrum, drogie maluszki – usłyszała piskliwy głos. Dwa elegancko wypastowane, skórzane buty o grubej podeszwie zatrzymały się przy niej.
- Chrum, chrum, Panie Zły Szelągu – dzieci przywitały się posłusznie.
Dwa buty z głośnym stukotem przemaszerowały przez pokój. Wcisnęła się jeszcze bardziej w kąt.
- Powiedzcie mi, moje kochane cukiereczki: nie miałyście gościa?
- Nie, Panie Zły Szelągu – odpowiedział zgodny chór.
Głos mężczyzny zaczął drżeć coraz mniej ukrywaną groźbą:
- Jesteście pewne, moje skarbki? Nie było dziś u was obcej dziewczynki?
- Nie, Panie Zły Szelągu, nie było.
Ciemność zgęstniała. Wydawało się, że w powietrzu rozszedł się mdlący, ohydny zapach. „Tak w snach śmierdzi strach” – pomyślała trzeźwo.
- Pytam po raz ostatni, małe skurwysyny i lepiej mówcie prawdę. Rozmawiałyście z dziewczynką ze Świata Ponad? – zachrypiał Pan Zły Szeląg.
Zdała sobie sprawę, że cały pokój – podłoga, szafa, łóżka, powietrze – wszystko drży z przerażenia.
- Nie, Panie Zły Szelągu, nie rozmawiałyśmy – zakwiliły drżące głosy.
- Bawiliśmy się w teatr – rozpoznała głos chłopca o bocianich nogach.
- W teatr... – powtórzył cicho Pan Zły Szeląg. - I o czym był ten teatr?
- O różnych rzeczach – o słońcu, chmurach, rzece, mamie, jeździe na rowerze, pociągu, świętach, gonitwie z psem, pikniku w maju, soczystych papierówkach, no i o dziewczynce też – odpowiedział chłopiec rezolutnym głosem. – Chcesz się z nami pobawić?
Przez chwilę panowała cisza. Małgosia obawiała się, że nastąpi coś naprawdę strasznego. Zamiast tego ciemność rozproszyła się i świat przestał drżeć.
- Bawimy się w teatr! – zawołał z entuzjazmem Pan Zły Szeląg. Okute buciory zaczęły podrygiwać jak w tańcu. Po sekundzie dołączył do nich las bosych stóp.
- Teatr! Bawimy się w teatr! – rozległy się radosne okrzyki. Cała grupa, z Panem Złym Szelągiem na czele, pomaszerowała do drzwi.
Wtem, zupełnie nieoczekiwanie zobaczyła twarz chłopca o bocianich nogach. Klęczał przed szafą. Drżały mu wargi, chyba powstrzymywał płacz.
- A teraz zmykaj, ile masz sił w łapkach – powiedział cicho i pobiegł koślawo w stronę drzwi.

Wypadła ze snu. Serce obijało się o żebra tak mocno jakby chciało uciec. W uszach ciągle dzwonił nienaturalny, wymuszony śmiech dzieci tańczących dookoła Pana Złego Szeląga.
Podniosła się na łokciach, żeby całkowicie strząsnąć z siebie krople koszmaru i przez przypadek tam nie wrócić. O mały włos nie krzyknęła. Ktoś siedział na krześle obok łóżka! Wpadający przez szparę w zasłonach blask księżyca osrebrzył zatroskaną twarz.
- Cicho – szepnęła staruszka i wskazała głową na drugą stronę łóżka. – Nie obudź chłopców.
Popatrzyła na spokojne, pogrążone we śnie twarze braci i przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Strych, notatnik, zaginione dzieci... Skierowała pytający wzrok na nieoczekiwanego gościa. Babcia uśmiechnęła się ciepło i z widoczną troską wskazała na brulion, który leżał na jej kolanach.
- Widzę, że znalazłaś moje zbiory.
Dziewczynka usiadła wygodniej, oplotła kolana ramionami i pokiwała twierdząco głową. Staruszka westchnęła ciężko i wytarła łzę, która zaiskrzyła się w świetle księżyca.
- Przepraszam. Powinnam już dawno to spalić – szepnęła ni to do siebie, ni do Małgosi.
Dziewczynka nie wiedziała, co powiedzieć. Sama planowała pozbyć się znaleziska z samego rana. Z drugiej strony przeczuwała, że nie będzie to takie proste.
- Nie wiedziałam, że było więcej dzieci – powiedziała wreszcie. – Myślałam, że tylko ty i Piotrek.
Babcia pokręciła głową.
- Nie tylko... W Świecie w Studni mieszka ich dużo.
Małgosia wstrzymała oddech.
- Mieszka? Teraz? – zapytała z zapartym tchem.
- O, tak. One nie umierają. Widzę je w snach. Zabawki w rękach złego ducha, zastygłe jak w bursztynie, uwięzione w koszmarze...
Dziewczynka rozszerzyła oczy i nachyliła się w stronę staruszki.
- Ja też je spotykam – szepnęła. Chłopcy poruszyli się niespokojnie przez sen. Krzych cichutko jęknął. – Dzieci tańczące z diabłem. Przerażone i bezbronne. Czekają na pomoc...
- Ależ Małgosiu, kochana, jak to możliwe? Dlaczego tak mówisz?

Opowiedziała o wszystkim: o tańcu z Psubratem i Ślepym Skrzatem, o Złotej Kropelce, nocnych metamorfozach Alka i jej przerażających snach ze Świata w Studni: o Panu Złym Szelągu, zniekształconych dzieciach, tunelu i piwnicznych celach.
Staruszka zadumała się na chwilę. Księżycowy promyk swobodnie wędrował po pokoju, rzucany to tu, to tam przez poruszane wiatrem zasłony. Widok ten dodawał w jakiś sposób otuchy.
- Nigdy nie myślałam – Babcia przerwała wreszcie ciszę – że to, co mi się przytrafiło, zaginięcie Piotrusia, koszmary, mogło mieć wpływ na was, na ciebie i chłopców. To przecież było tak dawno.
Małgosia spróbowała sobie wyobrazić lata, które minęły od 1929 roku. Pomyślała o czarno-białym Charlie Chaplinie, zjadającym sznurówkę, o ogromnym, wiekowym jesionie na podwórku i pokrytej patyną miedzianej popielniczce z wytłoczoną scenką z polowania, którą Tata dostał od Dziadka. Ciągle nie była w stanie zrozumieć przepaści oddzielającej ją od tak odległej przeszłości.
- Kiedy uciekłam ze Świata w Studni – kontynuowała Babcia – widocznie zabrałam ze sobą cząstkę jego magii. Teraz przeszła ona na was. – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Nie wiem, jak to możliwe. Czuję się winna wobec ciebie i chłopców. Powinnam skończyć to lata temu. Na samym początku, kiedy Piotrek się zgubił, było mi ciężko. Co noc o nim śniłam i przeklinałam swoje tchórzostwo... Ale nie mogłam... Kilka razy podeszłam do studni na tyle blisko, że słyszałam melodię, ale nie mogłam przezwyciężyć strachu...
- Melodię?
- O tak, studnia śpiewa. Nigdy nie słyszałam niczego piękniejszego.
Małgosia przypomniała sobie Czarną Kukułkę. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że coś pochodzącego z tamtej strony mogło być piękne.
- Wiedziałam o innych dzieciach. Wszyscy miejscowi wiedzieli, choć nie tyle, co ja. Bałam się, ale coś popychało mnie, żeby dociekać, zbierać wycinki. Miałam nadzieję, że dokopię się do czegoś ważnego...
- Znalazłaś?
Potrząsnęła głową.
- Nic. Zbierałam wycinki o każdej ofierze Pana Złego Szeląga. Wypatrywałam czegoś, co dałoby mi do ręki broń... – zawahała się na chwilę. – Jedna, jedyna rzecz nie pasowała do całości.
Małgosia wyciągnęła szyję.
- Tak?
- Pierwszy przypadek zaginięcia dziecka.
Dziewczynka spróbowała sobie przypomnieć wczorajszą lekturę.
- Albert Krztyna?
- Tak, Albert Krztyna, w 1908 roku. Czasami myślę, że musi być kluczem. Okoliczności zniknięcia są inne niż pozostałych dzieci. No i był pierwszy.
- Zamordowany dyrektor, włóczęga...
- No właśnie. W zaginięcia pozostałych dzieci nie był zamieszany nikt inny.
- Znalazłaś coś więcej?
- Kiedy zaczęłam badać, minęło już zbyt wiele czasu. Może na samym początku, w dwudziestym dziewiątym mogłabym jeszcze odszukać kogoś, kto miał coś wspólnego z tamtą sprawą. Niestety, byłam za młoda. Miałam tyle lat, co ty.
Małgosia pomyślała o tym, jak potraktowałby ją świat, gdyby zaczęła nagle wypytywać o zaginięcia, morderstwa i sprawy sądowe sprzed wieku.
- Później, kiedy poznałam Dziadka i zamieszkałam tutaj, nieraz próbowałam przekonać go do wyjazdu. Po wojnie łatwo było zamieszkać na Ziemiach Odzyskanych. Ale on był za bardzo przywiązany do tego miejsca. Kiedy zostałam mężatką i mogłam bez przeszkód prowadzić śledztwo, ludzie, którzy mogli cokolwiek powiedzieć, rozjechali się po świecie, albo już nie żyli.
Małgosia westchnęła rozczarowana. Babcia chwyciła ją za rękę. Dłonie staruszki były kruche i gorące.
- Teraz jednak niepokoi mnie coś innego.
Zamarło w niej serce.
- Tak? – zapytała drżącym głosem.
Staruszka wychyliła się do przodu. Jej oczy odbijały wyglądający zza okna księżyc.
- Nie rozumiem, moje dziecko, czego on chce od ciebie.

***
Następnego dnia zaczęło lać. Nie jakiś wiosenny deszczyk, ale porządna ulewa, która w godzinę zamieniła ogród w nieprzyjazny staw i zmusiła Łajzę, żeby schował się do budy. Zwykle ulewy mają to do siebie, że szybko przechodzą. Zostawiają po sobie odświeżone powietrze i odżywione rośliny. Ta jednak po porządnym prysznicu postanowiła tylko lekko przykręcić kurek i wylewać już normalny, monotonny i szary deszcz. Zamiast kolorów soczystego lata rzeczywistość przybrała barwy listopadowe.
Po wieczorze, który spędzili na badaniu tajemnicy zaginionych dzieci, chłopcy obudzili się w zadziwiająco dobrych humorach. Przygaśli dopiero po odsłonięciu firanek.
Po wydarzeniach ostatnich dni Małgosia nie mogła zrzucić ciężaru, który przygniatał jej pierś. Wstała wcześniej niż chłopcy i ranek spędziła przy oknie, w swoim pokoju, słuchając bębnienia deszczu o parapet.
Przyszli około południa.
- I co? Czytamy dalej? – zapytał Alek.
- Nie dzisiaj – pokręciła głową. Bracia odetchnęli z ulgą i pobiegli z powrotem na dół, pomagać pani Aldonie w pieczeniu ciasta.
Kiedy wyszli, wyciągnęła z szuflady notatnik i zagłębiła się w lekturze.

Oprócz ośmiu przypadków, o których przeczytali zeszłego wieczora, do wojny zniknęło jeszcze piętnaścioro dzieci. Dziewiątka z sierocińca, reszta z okolicznych wiosek. Później zaczęła się wojna i kiedy we wrześniu niemieccy okupanci przekazali Białystok Sowietom, komuniści wysłali sieroty do miasta, a z opustoszałego budynku zrobiono willę dla rodzin rosyjskich oficerów.
Babcia nie zamieściła żadnych artykułów z tamtego okresu, napisała jednak o kapitanie Aleksieju Lebiediewie stacjonującym w Rysich Borach. Jego syn, Danił, pewnej nocy zniknął z własnego łóżka. Oficjalna wersja mówiła o porwaniu przez polskich bandytów.
Kiedy w czerwcu 1941 roku Niemcy wyparli Sowietów z terenów białostockich, sierociniec w Rysich Borach został tajnym miejscem zebrań oficerów niemieckiego wywiadu. W 1944 w trakcie walk z Rosjanami, budynek został całkowicie zniszczony.
Później długo, długo nic i dopiero w 1965 zniknęła trzynastoletnia dziewczynka z Grządek, później kolejna dziewczynka z Rysich Borów w 1972 oraz w 1978 sześcioletni chłopczyk, który przyjechał z Warszawy do rodziny na wakacje. Ze zdjęcia spoglądał uśmiechnięty, rezolutny chłopiec o krzywo obciętej grzywce, zanurzony po kolana w wodzie i wyciągający w stronę aparatu dłoń z brudną muszlą, obwieszoną zielonymi glonami. Podpis pod zdjęciem informował, że zrobiono je nad Jeziorem Olszykowskim, dwa dni przed zniknięciem dziecka.
Zadrżała. Do Jeziora Olszykowskiego było tylko piętnaście minut piechotą. Nieraz w wakacje kąpała się tam z chłopcami. Notatnik zsunął się na podłogę. Położyła się na łóżku i zwinęła w kłębek.

Decyzja o zejściu do Świata w Studni musiała pozostać tajemnicą. Pamiętała zniekształcone postacie dzieci ze snu. Na samą myśl, że Krzych albo Alek mieliby znaleźć się w rękach Pana Złego Szeląga coś dławiło ją w gardle. To było silniejsze od strachu przed samotną wyprawą.
Nie wiedziała, co robić, kiedy już będzie na miejscu. Założyła, że gdy postawi stopę w Świecie Studni, ta sama intuicja, która prowadziła ją teraz, pomoże jej zrobić następny krok. Czuła, że nie jest w tym wszystkim sama. Gdzieś za delikatną taflą rzeczywistości przechadzają się przyjazne istoty, gotowe pomóc, kiedy przyjdzie taka potrzeba. A później przypominała sobie, jak Psubrat odgryzał ramię Złotej Kropelce i już nie była taka pewna.
Zejście zaplanowała na następną sobotę. Rodzice wybierali się do miasta na przyjęcie w firmie Taty. Miało to być coś uroczystego, ważnego i długiego. Powrót zaplanowali dopiero na niedzielę. Co do przygotowań – nie była pewna, jak miałyby wyglądać.
Przypomniała sobie obejrzane horrory. Czy pakowanie plecaka z zapasami, śpiworem, bronią - do tej kategorii zaliczyła stary szwajcarski scyzoryk z piętnastoma ostrzami - miało jakikolwiek sens?
Ostatecznie zapakowała latarkę, kanapki i nóż. Przez chwilę rozważała wcześniejszy rekonesans – zbadać, czy w ogóle został jakiś ślad po studni. W końcu doszła do wniosku, że nie byłaby w stanie pójść tam dwa razy. Co ma być, to będzie. A jeśli niczego nie znajdzie, to przynajmniej z czystym sumieniem powie, że próbowała. W głębi serca wiedziała jednak, że studnia tam będzie – porosła mchem, wilgotna, posępna i przerażająca - jak pewnie wyglądają wszystkie bramy do piekła.

***
Bezszelestnie przymknęła drzwi i cicho poszła w stronę wyjścia. Zatrzymała przy drzwiach prowadzących do pokoju chłopców. To była najtrudniejsza część tego wszystkiego – zostawić braci. Może już nigdy ich nie zobaczy? Przemogła słabość. Szepnęła cicho: „cześć, maluchy”, i zdecydowanym krokiem wyszła z domu.
Noc była piękna. Ciepła, tętniąca życiem. Świerszcze koncertowały na całego w chórze z żabami, a księżyc jasnym blaskiem oświetlał okolicę. Podniosła głowę. Aż zaparło jej dech w piersiach – chyba jeszcze nie widziała tylu gwiazd naraz. Przez chwilę poczuła się dobrze i lekko. Jak bohaterka baśni, która to baśń na sto procent zakończy się dobrze. Dziarsko ruszyła przed siebie. Chciała jak najszybciej zostawić z tyłu dom kuszący ciepłym łóżkiem i normalnością. Dziś była Alicją w Krainie Czarów, Frodo Bagginsem, Pippi Langstrumpf i Tomkiem Sawyerem. Przynajmniej na razie, zanim przerażenie nie zetnie jej krwi w żyłach – zażartowała w myślach.
Ruiny sierocińca widziała kilka razy z samochodu. Trzeba było przejść około kilometra ścieżką przez las, później kawałek brzegiem jeziora i po jakichś stu metrach z szosy widać już pozostałości kamiennego ogrodzenia i metalowej bramy, z której jakimś cudem uchowało się jedno ze skrzydeł.
Przez chwilę próbowała gwizdać dla otuchy, ale dała spokój. Czuła się zbyt odsłonięta. Szła więc w ciszy i wkrótce całkowicie pochłonęły ją myśli. Z każdym krokiem czarniejsze.

Minęła ostatnią linię drzew, ujrzała srebrzącą się taflę wody. Wtedy za plecami rozległ się głośny trzask gałęzi. Stanęła i odwróciła głowę.
- Jest tam ktoś? – zawołała lękliwie i łagodnie, jakby ogłaszając – „jestem niegroźna i bezbronna, chyba nie zrobisz mi krzywdy?”. Próbowała przebić wzrokiem niezbyt gęstą ciemność, ale nie dostrzegła nic szczególnego. Ciemne buki, dęby, trochę krzaków, przewrócony pień – pozostałość po burzy...
Zauważyła ruch w zaroślach. Trzask łamanej gałązki odbił się echem po okolicy. Była bliska paniki. Już miała biec, kiedy z zarośli wyszła mała postać. Po paru sekundach dołączyła do niej druga, jeszcze mniejsza. Małgosia zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć. Zrobiła krok do tyłu. Jedna z postaci pomachała ręką.
- Nie bój się, to my! - Jak gdyby nigdy nic, stanęli przed nią bracia. Uśmiechali się niepewnie, ale było widać, że są z siebie dumni.
- Co tu robicie?! – Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. - Skąd...?
Alek wzruszył ramionami.
- Wiemy, że masz nas za głąbów, ale tym razem się przeliczyłaś – powiedział. Krzych mrugnął.
- Przecież uzgodniliśmy, że siedzimy w tym razem.
Miała problem ze znalezieniem odpowiednich słów.
- Skąd… Skąd wiedzieliście?
Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Godzinami przesiadywałaś w pokoju, cały tydzień czytałaś o dzieciach... – zaczął Alek.
- Mogłam wyrzucić notatnik.
- Znaleźliśmy go w szufladzie.
- Przeczytaliście wszystko?
- Wszystko.
- Ale skąd wiedzieliście, że dzisiaj?
- Z nikąd – powiedział Alek. – Pilnowaliśmy cię codziennie, ale przeczuwaliśmy, że wyruszysz, kiedy rodziców nie będzie w domu.
- Śledziliśmy cię od samych drzwi – dodał Krzych. – Ale był czad! – zaśmiał się zadowolony.
Alek pstryknął go w ucho.
- Był czad, dopóki nie zacząłeś chodzić, jakbyś był niedorozwinięty.
Krzych pokazał mu język.
- Nie mówi się niedorozwinięty, ale niepełnosprawny, wieśniaku.
Przypomniała sobie, że myślała po drodze o Frodo Bagginsie. No i ma swojego Meriadoca i Pippina. Szybko spoważniała.
- Nie ma mowy. Wracacie do domu i to natychmiast – powiedziała surowo. – To nie jest zabawa.
Alek popchnął brata lekko do przodu.
- Powiedz jej.
- Co ma powiedzieć?
Krzych popatrzył poważnie.
- Rozmawiałem ze Złotą Kropelką. Powiedziała, że musimy zejść całą trójką. W pojedynkę nie dasz rady.
Podejrzliwie zmarszczyła nos.
- Nie ściemniasz?
Podniósł uroczyście rękę.
- Przysięgam.
Westchnęła ciężko.
- Czy ten twój duszek powiedział jeszcze coś?
- Tylko jedną rzecz.
- Tak?
- Żebyśmy znaleźli Alberta.
- Alberta Krztynę? – upewniła się.
- Chyba tak. Powiedziała: „Najważniejsze, żebyście dotarli do Alberta. On wam pomoże”.
„Czyli intuicja nie zawiodła Babci” – pomyślała. Odwróciła się w stronę jeziora.
- No to chodźmy.

***
Szarobrązowa cierniówka, siedząca na gałęzi dębu pod oknami dworku, spoglądała z zaciekawieniem na kobietę w fotelu. Pomimo ciepłej nocy staruszka opatulona była w koce i wydawało się, że drży. Drobną, kruchą postać oświetlał blask lampki. Gdyby mały, przypominający wróbla ptak podleciał trochę bliżej, zobaczyłby, że wstrząsa nią płacz.
Gdyby wskoczył na gałąź wyżej, zobaczyłby dwóch chłopców, śpiących w rozkopanej pościeli.
Ptak jednak tego nie zrobił. Spłoszony podejrzanym hałasem, zeskoczył z gałęzi i zniknął w gęstwinie drzew. A nawet gdyby zobaczył śpiących chłopców, to jakie miałoby to znaczenie?

Bracia śnili.
Alek wysunął się z ciała i już po chwili prężył grzbiet pod dotknięciem srebrnych dłoni księżyca. Chciwie wciągnął powietrze i zawył, podnosząc pysk do góry, w stronę gwiazd. Ludzki aspekt osobowości wycofał się o kilka kroków, robiąc miejsce wilkowi. Czuł wolność i moc. Głęboko oddychał nocnym powietrzem, nasiąkniętym aromatami lasu. Zapachy paproci, drzew, ciepłych, kulących się w norach ciał, mętnej wody z jeziora i wielu innych rzeczy, których nawet nie potrafiłby nazwać - a na pewno nie jako ośmioletni chłopiec - wypełniły nozdrza i uderzyły do głowy. Dreszcz przyjemności zjeżył sierść. Był gotów na kolejną eskapadę.
Nagle poczuł coś nieprzyjemnego, innego niż zwykle. Odór koszmarów, rozkładającego się ciała, szarości, zła... Znał ten smród. Warknął nieśmiało i wbrew sobie podkulił ogon. Dobrze pamiętał kły Psubrata na karku.
Niepewnie wycofał się w stronę domu, straciwszy cały zapał do nocnych wędrówek.
Nagle poczuł kolejny zapach, również znajomy. Małgosia!
Trop zaczynał się u drzwi i prowadził do lasu. Z wysiłkiem strząsnął z siebie strach i ruszył po śladach. Biegł z głową nisko przy ziemi i szczerzył kły.
Wściekłość. Jedna rzecz, że tych dwóch zboczeńców panoszyło się w snach, ale nie mógł znieść myśli, że polowali na Małgosię nawet na jawie.
Był zły na siostrę. Jak mogła sama pójść do Świata w Studni? Teraz już wiedział, co znaczyły smutne spojrzenia.
Biegł. Do śladów Małgosi dołączyły dwa nowe. Zapach zgnilizny i zła stał się nie do zniesienia. Strach powrócił, ale zdusił go w sobie.
Przy gładkiej tafli jeziora, odbijającej blask księżyca i gwiazd, dostrzegł trzy postacie. Zaczął biec jeszcze szybciej, z obawą, że może być za późno i kiedy znajdzie Małgosię, okaże się, że nie zdążył, że coś jej zrobili, że już jest martwa albo... Najbardziej bał się, że wejdzie do studni.
Dobiegł do nich, zanim zdążyli oddalić się od brzegu jeziora. Małgosia maszerowała w środku, trzymając za ręce Psubrata i Ślepego Skrzata.
Oczywiście nie dostrzegła wilka, chociaż Alek desperacko biegał dookoła całej trójki. Najpierw myślał, że Psubrat i Ślepy Skrzat również go nie widzą, ale przy którymś okrążeniu odwrócili się i mrugnęli złośliwie. Ślepy Skrzat wyciągnął długi jęzor i udał, że liże rękę dziewczynki. Małgosia poczuła, że głowa Ślepego Skrzata dotyka jej ramienia. Objęła go mocno i pocałowała w czoło.
- Wszystko będzie dobrze – powiedziała ciepło, nie zwalniając kroku.
- Wiem – odpowiedział Ślepy Skrzat, zwracając w jej stronę pokryte bielmem oczy.
Zdezorientowany Alek przestał biec. Patrzył na oddalającą się grupkę i nic nie rozumiał. Psubrat machał radośnie szpiczastym ogonem. Jaskrawe, prawie białe światło księżyca nadawało tej scenie atmosfery nierealności. Alicja wpadła w ręce Zwariowanego Kapelusznika i Marcowego Zająca, nie zdając sobie sprawy, że ta ich wersja jest gorsza od Freddiego Krugera i Jigsaw’a razem wziętych.
Kiedy pojął sytuację, pomknął w stronę domu jak wiatr. Myślał o ostatnich słowach Małgosi. „Wszystko będzie dobrze”. Czy na pewno? Jedno wiedział na sto procent: kiedy wróci do ciała, obudzi Krzycha i ze wszystkich sił pobiegną za siostrą, to i tak nie mają szans dogonić jej, zanim dotrze do studni.
Mimo to biegł, jakby od tego zależało wszystko.

Krzych śnił o bibliotece. W niekończącym się holu, pod sklepieniem z pojedynczych gwiazd i całych galaktyk, w złotym, migoczącym świetle stały regały z książkami. Półki pełne zakurzonych, masywnych ksiąg oraz nowych, pachnących jeszcze drukiem wydań sięgały tak wysoko, że szczyty nikły w ciemnościach kosmosu. „A może szczyt nie istnieje i drewniane regały nigdy się nie kończą, rosnąc i rosnąc w poszukiwaniu sufitu wszechświata?” – pomyślał, patrząc z podziwem do góry.
- Witaj w Bibliotece Światów – powiedziała Złota Kropelka. Pojawiła się nie wiadomo skąd.
- To ty! – zawołał. Złocista, mała istota objęła go i dotknęła ciepłym policzkiem szyi. – Długo nie przychodziłaś – poskarżył się. Złota Kropelka odsunęła się i popatrzyła ze smutkiem.
- Musimy porozmawiać. To bardzo ważne.
- Ja też chciałem z tobą porozmawiać. - Ściszył głos. - Dzieje się coś złego...
Złota Kropelka pokiwała głową.
- Wiem, mój malutki, wiem, wszystko się łączy.
- Wiesz o dzieciach, Panu Złym Szelągu i Świecie w Studni?
- Przejdźmy się. – Spłynęła z objęć Krzycha, chwyciła go za rękę i poszli przed siebie po wytartym, czerwonym dywanie. Chłopiec z zapartym tchem rozglądał się dookoła. Choć książek były miliony, czuł każdą z osobna, miał wrażenie, że każda go woła i chce opowiedzieć historię. To było piękne i pociągające, ale trochę też się bał. Ścisnął mocniej dłoń Złotej Kropelki. Kątem oka zobaczył spadającą gwiazdę.
- Pomyślałeś sobie życzenie? – spytała.
- Tak. Chciałbym, żeby Małgosia...
- Tsss – Złota Kropelka przyłożyła palec do ust. – Jeśli powiesz, to się nie spełni. Nie wiedziałeś?
Ucichł.
- Co to za miejsce? Jeszcze nigdy mi go nie pokazywałaś.
- Biblioteka Światów. Zwykle nie przyprowadzam tutaj gości.
- Dlaczego?
- Ponieważ to nie jest zwykłe miejsce.
- A czy jakieś miejsce, które do tej pory odwiedziliśmy, było zwykłe?
Złota Kropelka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Biblioteka Światów jest inna.
- I to ma jakiś związek z zaginionymi dziećmi?
- Mówiłam ci, że wszystko się łączy.
- Czasami nie wiem, czy mówisz konkretnie, czy filozoficznie.
- Tym razem konkretnie.
Zmarszczył czoło.
- Nie zapomnę tego? Jest tyle rzeczy, które pamiętam z tobą, a po przebudzeniu nic nie zostaje i znów jestem małym, głupim chłopcem.
- Nigdy nie jesteś głupi.
- Wiesz, o co chodzi. Kiedy wracam od ciebie, świat staje się mniejszy... albo ja widzę mniej. Znów oglądam rzeczywistość z perspektywy dziecka.
- Tak to już jest. Musimy stosować się do zasad. Nie ma rady.
- Więc znowu zapomnę?
Pokręciła przecząco głową.
- Tym razem musisz pamiętać.
Złota Kropelka puściła jego dłoń, podfrunęła wyżej i usiadła mu na ramieniu.
- Twój świat nie jest jedyny – zaczęła.
- To już wiem. Zabrałaś mnie przecież do tylu miejsc. Ogrodów, planet, pałaców. Poznałem duchy i elfy. Zjeżdżaliśmy wspólnie po zjeżdżalniach utkanych z gwiezdnego pyłu. Uczyłaś mnie języka Marsjan...
Pokręciła głową.
- Nie, nie. To ciągle twój świat.
- Naprawdę? – chłopca zamurowało.
- Trochę inna perspektywa, inna skala. Nigdy jednak nie opuściłeś domu.
Kilka książek, wyraźnie nowych i świeżych, sfrunęło z półki i z głośnym trzepotem przeleciało nad głowami, aby wzlecieć wyżej, gdzie w końcu stopiły się z czernią nieboskłonu. Poczuł powiew czegoś nowego, radosnego i pełnego młodzieńczej energii. Zatrzymał się, próbując wytropić je pośród gwiazd, ale Złota Kropelka pociągnęła go za ucho.
- Skup się.
Zrobił przepraszającą minę.
- Zanim zaczął się czas, Opiekunowie pisali książki. Każda była światem. Musisz wiedzieć, że wszechświat nie składa się z atomów, a przynajmniej nie naprawdę, ale z historii, idei oraz słów. Opiekunowie pisali swoje dzieła, a trwało to tak długo, że gdyby czas już wtedy istniał, nigdy by nie skończyli. Na szczęście czas jeszcze spał, czekając na chwilę, aż czytelnicy przewrócą pierwszą stronę pierwszej napisanej książki. A kiedy to wreszcie nastąpiło, przeciągnął rozespane kości, wstał i ruszył przed siebie. Będzie tak szedł już zawsze.
- I nigdy znów nie zaśnie? – zapytał ze współczuciem.
Złota Kropelka pogładziła go po włosach.
- Oczywiście, że zaśnie. Każdy musi kiedyś odpocząć. Ale kiedy zaśnie, nie będzie już czasu, więc śmiało można powiedzieć, że będzie szedł zawsze. Tam gdzie nie ma czasu, nie ma też „zawsze” ani „nigdy”.
Zrozumiał, choć wiedział, że kiedy się obudzi, to z pewnością nie będzie tego pamiętał. Westchnął bezsilnie.
- Co dalej?
- Opiekunowie przynieśli książki tutaj. Ułożyli je na półkach, choć ręce im drżały, kiedy musieli się rozstać z ukochanymi dziełami.
- A później odeszli?
- Kiedy już wszystkie książki leżały na półkach, spojrzeli na nie, jak się zdawało, ostatni raz. Pomyśleli o milionach opowieści zapisanych na nieskończonych stronach, o bohaterach, ich miłości, nienawiści, przyjaźniach, problemach i triumfach... Okazało się, że nie mogą odejść. Łzy płynęły im z oczu i już wiedzieli, że nigdzie nie pójdą. Pożegnali się ze sobą, po czym weszli do książek, żeby już zawsze być z postaciami, którym dali życie. Właśnie tak – uświadomili sobie, że ich książki nie są zwykłymi książkami, ale światami, w których słowa stały się duszą. Zrozumieli, że stworzyli życie.
Kropelka nachyliła się bliżej.
- To jest właśnie Biblioteka Światów – szepnęła. – A jedną z książek jest twój świat.
Rozejrzał się z jeszcze większym podziwem i czcią. Niezliczone grzbiety starożytnych ksiąg kusiły obietnicami najpiękniejszych historii, nieskończonych opowieści, niepowtarzalnych przygód. Na niektórych grzbietach mógł odczytać tytuły, choć nie rozumiał, co oznaczają obce słowa. Ich odbicie w głowie sprawiało przyjemność.
- Dlaczego niektóre z nich wydają się starsze, a inne młodsze?
- Tutaj czas jest inny niż gdzie indziej. Myślę, że to miejsce nawet dla niego jest za duże i czasami gubi drogę.
- A my się nie zgubimy?
- Nie, my nie, bez obawy – uspokoiła go Złota Kropelka i skoro nie kontynuowała tematu, doszedł do wniosku, że musi uwierzyć na słowo.
- Jak to wszystko jest związane ze Światem w Studni?
Złota Kropelka popatrzyła poważnie.
- To jest Biblioteka Światów. I zapewniam cię, że żadna z tych książek nie jest zatytułowana „Świat w Studni”.
- Może jest to tytuł jakiegoś małego rozdziału?
Nie odpowiedziała.
Spojrzał bezradnie na niekończący się tunel dębowych regałów. W oddali ginął czerwony strumień dywanu.
- Nie rozumiem.
Złota Kropelka poleciała do jednej z półek. Wyciągnęła grubą księgę.
Chłopiec z przejęciem wbił wzrok w jej dłonie, próbując odczytać tytuł złocący popękaną skórę okładki.
- Czy to Ziemia?
- To świat, w którym wszystko się zaczęło. – Pokazała, żeby usiadł na dywanie, po czym przysiadła obok i zaczęła przewracać pachnące kurzem i starością stronice. W końcu znalazła to, czego szukała.
- On miał na imię Enapay, ona Citlali - zaczęła. - Ich świat był bardzo podobny do waszego. Mężczyźni kochali kobiety, a kobiety mężczyzn. Tak samo rosły drzewa, a leśne jeziora dawały ochłodę zmęczonym podróżnym, kochankom i dzieciom. Były tam też miasta, choć nie tak wielkie, szare i śmierdzące spalinami. Ulice pachniały kwiatami, przechodnie pozdrawiali się poezją i śpiewem, a zmęczony wędrowiec mógł zawsze usiąść w małej kawiarence i za opowieść z drogi dostawał tyle złocistego wina z jabłek, pachnącego chleba z masłem i tytoniu, ile chciał.
Ich dom stał na wzgórzu, za miastem. Żyli z tego, co napisał on i utkała ona. To było skromne, ale piękne życie. Kochali się bez pamięci i kiedy nie śpiewali pieśni o miłości ani nie spacerowali po zielonych wzgórzach i bezpańskich sadach pełnych owoców, spędzali czas na pełnej zapomnienia miłości. Wtedy ich ciała i dusze na całe godziny stawały się jednością.
W tym świecie ludzie żyli dłużej niż w waszym. Po stu latach wspólnego życia, kiedy ich miłość ciągle była taka, jak na samym początku, a może nawet lepsza, bo dojrzalsza, Citlali ukąsił wąż. Zmarła.
Enapay przestał układać pieśni, nawet te smutne, przestał rozmawiać z ludźmi i chodzić do świątyni. Przyjaciele myśleli, że umarł, ale kiedy przyszli w odwiedziny, ochrypłym głosem kazał im iść do diabła... - Złota Kropelka zamilkła.
- Co dalej?
- No i właśnie tutaj jest problem: nie ma żadnego dalej – odpowiedziała.
- Myślałem, że księgi są kompletne, że zawierają każdą opowieść wszechświata.
- Enapay zniknął.
- Umarł?
- Nie. Śmierć to nie koniec, a jedynie przejście do następnego rozdziału. Nikt nie może zniknąć ze swojego świata. Rodzi się na nowo, żeby wziąć udział w kolejnej opowieści. Każda historia pozostaje w księdze. Zniknięcie Enapaya jest pierwszą anomalią, jaka wydarzyła się w Bibliotece Światów.
- A drugą?
- Pojawienie się Świata w Studni, który tak naprawdę nie istnieje.
- Coś łączy te dwie rzeczy?
Złota Kropelka wsłuchała się w coś, co pozostawało poza zasięgiem jego słuchu. Następnie chwyciła go za ręce i pierwszy raz, odkąd ją poznał, zaczęła mówić w pośpiechu. Usłyszał w jej głosie strach. To było najgorsze.
- Zaraz wrócisz do siebie. Twój brat już dobiega do domu. Zaraz zrzuci wilczą skórę.
- Co mam robić?
- Twoja siostra jest już po drugiej stronie...
- Małgosia weszła do Świata w Studni?!
Złota Kropelka wskazała na książki.
- Zniknęła z Biblioteki Światów.
Gdzieś spoza dobiegł hałas.
- Co teraz? – popatrzył błagalnie, wiedząc, że to już jego ostatnie sekundy spotkania.
- Kiedy przejdziecie na drugą stronę, znajdź Enapaya.
Poczuł na ramieniu dotyk dłoni. Spróbował strząsnąć intruza. Złota Kropelka, książki i gwiazdy zaczęły rozpływać się jak mgła rozpędzona podmuchem wiatru.
- Powiedz mu, że Citlali ciągle na niego czeka... – usłyszał jeszcze, zanim w uszy nie wdarł się inny głos.
- Wstawaj! – wołał Alek, szarpiąc go za ramię. – Wstawaj!
Otworzył oko. Alek nie przestawał szarpać.
- Co się stało? – zapytał rozespanym głosem. Równocześnie starał się utrzymać w głowie jakąś myśl, wspomnienie. Niestety wyślizgiwało się coraz szybciej.
- Małgosia weszła do Świata w Studni – powiedział zdyszany Alek. Krzych błyskawicznie oprzytomniał. Usiadł.
- Skąd wiesz?
- Widziałem ją. Nie była sama.
Poczuł, jak strach ściska mu gardło. Nie był w stanie wydusić słowa.
- Towarzyszą jej Ślepy Skrzat i Psubrat – dokończył Alek. – Ubieraj się.
Chłopiec wstał i tak szybko jak tylko mógł wciągnął spodnie oraz poszukał bluzy i butów. Drżał ze strachu. Bał się o Małgosię, o Alka i z pewnością bał się o siebie. Oprócz tego przerażało go coś jeszcze. Miał wrażenie, że zapomniał o czymś ważnym.

***
Zaczęli słyszeć melodię studni, jeszcze zanim zostawili za sobą jezioro i zobaczyli odłamki starej bramy. Najpierw nie zdawali sobie z tego sprawy. Po prostu przestali czuć strach. Powoli narastało w nich uczucie beztroski i radości. Wyprostowali przygarbione od zmartwień plecy i z radością zagwizdali wspólnie melodię, której nigdy wcześniej nie słyszeli. Słodki zapach malin, lasu i grzybów wypełniał nozdrza i płuca. Mieli wrażenie, że razem z nimi śpiewają drzewa, leśne zwierzęta, a nawet jasne, migoczące figlarnie gwiazdy. Krzych nie wytrzymał i zaczął się głośno śmiać, patrząc na brata z radością i przeczuciem nadchodzącej zabawy. Alek też wybuchnął śmiechem. Melodia była coraz głośniejsza. Wkrótce bracia byli w stanie rozumieć słowa nieznanej pieśni. Choć słyszeli ją pierwszy raz, czuli, że jest ona czymś najbardziej swojskim i przyjaznym, czymś co było z nimi od zawsze, od narodzin, jak kołysanki, których nigdy nie śpiewali im rodzice. Była to pieśń o wolności, miłości, przyjaźni, przygodzie, zabawie. Studnia wołała coraz głośniej, aż w końcu chłopcy zaczęli biec, chcąc jak najszybciej do niej dotrzeć, zanim ktoś ich uprzedzi albo zanim zniknie brama do innego, lepszego świata. Biegli, potykając się, a studnia śpiewała.
Kiedy Alek wyłożył się jak długi, najpierw pomyślał, że zaczepił nogą o gałąź, ale w świetle księżyca zobaczył metaliczny blask. Chromowana latarka. Uśmiech zamarł mu na twarzy. To była latarka Małgosi. Pieśń studni przycichła. Jedno po drugim powróciły wspomnienia. Ostatecznie po melodii został tylko drażniący dźwięk, gdzieś na granicy słyszalności. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie zauważył w niej fałszywych nut. Młodszy z braci ciągle biegł. W świetle księżyca można było zobaczyć ciemny zarys starej, kamiennej cembrowiny, do której zmierzał.
- Krzych!
Chłopiec nie zareagował. Biegł, zbliżając się niebezpiecznie do porośniętej krzakami studni. Alek wiedział, że nie ma szans go dogonić, zanim dotrze do celu. Nagle wymacał pod ręką nieduży kamień. Nie myśląc, wziął zamach i z całej siły rzucił.
- Tylko nie w głowę, tylko nie w głowę... – szeptał zbielałymi wargami, obserwując jak w zwolnionym filmie lecący w powietrzu kamień. Paradoksalnie, oddalając się, wyglądał na większy niż w momencie, kiedy nim rzucił. Choć ciągle próbował zakląć tor lotu, był pewien, że kamień trafi w tył głowy Krzycha. W ostatniej milisekundzie zamknął oczy. Usłyszał głuchy, mokry, jak się wydawało, dźwięk kamienia uderzającego w głowę, a później cichy jęk i szelest opadającego na trawę ciała. Kiedy otworzył oczy, zobaczył klęczącego obok studni brata. Chłopiec syczał z bólu i z trudem sięgając ręką, próbował rozmasować sobie łopatkę.
Alek znalazł się przy nim w kilka sekund.
- Żyjesz?
Brat popatrzył szklistym i oszołomionym wzrokiem. Alek nie wiedział, czy był to skutek wyjścia spod uroku pieśni, czy uderzenia kamieniem.
- Żyję, ale coś zdrowo walnęło mnie w plecy. Boli jak skurczysyn.
Starszy z braci odetchnął z ulgą. Rozejrzał się dookoła. Teraz, kiedy znowu mógł trzeźwo myśleć i nic nie wpływało na jego odbiór rzeczywistości, zdał sobie sprawę, jak nieprzyjemne i wrogie było to miejsce. Krzych musiał poczuć to samo - ze zmarszczonym czołem przeczesał okolicę wzrokiem.
Studnia stała na pustej przestrzeni, gdzieniegdzie porosłej trawą i kilkoma rzadkimi krzakami. Za nią czerniła się nieruchoma ściana lasu. Na prawo widać było nierówne krawędzie ruin, lśniące złowrogo w świetle księżyca.
Najstraszniejsza była jednak sama studnia. Kamienie, z których zbudowano cembrowinę, były czarne i wydawało się, że w świetle słońca muszą być pewnie tak samo czarne jak teraz, w nocy. Na dwóch koślawych słupkach stał dach krzywo zbity z cienkich żerdzi. Sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili miał się rozpaść. Stare drewno skrzypiało z najlżejszym podmuchem wiatru.
I zapach. Podobny do tego, jaki Alek poczuł wcześniej tej nocy, ale, o ile to możliwe, jeszcze silniejszy: smród zgnilizny, strachu, przemocy i szaleństwa. Chłopcy mieli wrażenie, jakby odór wypływał ze studni ciemnym, niewidocznym strumieniem, obklejając skórę i ubrania śliską warstwą.
- Co teraz? – przerwał milczenie Krzych. Jego głos zabrzmiał głucho i słabo. – Wchodzimy?
- Chyba tak...
- Wiesz co? Chyba wolałbym wejść tam, słuchając melodii... – powiedział zrezygnowany Krzych, ale zaraz umilkł ze strachem. W powietrzu zadźwięczało kilka zagubionych nut. Wystarczyłoby małe dmuchnięcie, żeby melodia rozpaliła się na nowo. Alek syknął ze złością i przyłożył palec do nosa. Krzych zrobił przepraszającą minę i przez chwilę obaj chłopcy stali w ciszy, czekając aż znów będzie słychać tylko szum lasu i skrzypienie daszka studni.
Alek pochylił się ku bratu.
- Wolisz wejść tam jak mysz złapana w pułapkę czy raczej po cichu, niespodziewanie i z własnej woli? – szepnął.
- Z własnej woli – odpowiedział drżącym głosem Krzych. Alek westchnął i zmierzwił ciemne włosy młodszego brata.
- No to idziemy.
Podchodząc do studni, mieli ciągle nadzieję, że zobaczą tylko wypełnioną kamieniami dziurę, a Małgosia najprawdopodobniej śpi smacznie w swoim pokoju, nieświadoma ich nocnej wędrówki. Studnia była jednak studnią – powitała ich mrocznym otworem, wypełnionym nieprzeniknioną, cuchnącą czernią.
Chłopcy nachylili się nad cembrowiną, próbując bezskutecznie przebić wzrokiem ciemność. Alek przez chwilę rozważał wrzucenie do środka małego kamyka, ale myśl ta przeraziła go. Równocześnie dostrzegli zardzewiałe pręty wmurowane w kamienne ściany studni. Już wiedzieli, w jaki sposób zejdą.
Starszy z braci przypomniał sobie o znalezionej latarce i omiótł głębinę snopem światła. Nie zobaczył zbyt wiele. Jedynie to, że metalowe szczeble ciągną się do samego dołu, gdzie kilkanaście metrów niżej lśni mała, czarna moneta powierzchni wody. Chłopcy jeszcze raz rozejrzeli się dookoła, zatrzymując tęskny wzrok na ścieżce, którą przybyli. Alek pierwszy przełożył nogę przez krawędź cembrowiny i upewniwszy się, że metalowe pręty trzymają się mocno ściany, zaczął powoli schodzić w dół.
- Ostrożnie, rób wszystko powoli, nie śpieszy się – powiedział do Krzycha i jego głowa zniknęła poza krawędzią. Po sekundzie dołączył do niego drugi chłopiec.
Mogli przysiąc, że zejście zajęło przynajmniej godzinę. Tak naprawdę nie trwało dłużej niż kwadrans. Nie wiedzieli, czego oczekiwać. Czy nagle, ot tak, przejdą do innego świata? Czy ktoś ich tam zabierze? No a w takim przypadku, co z elementem zaskoczenia?
Kiedy zeszli do poziomu wody, nie stało się nic. Wisieli na przerdzewiałych stopniach nad czarną, śmierdzącą cieczą i nawet przestali czuć strach, czekając na rozwój sytuacji. W milczeniu powisieli kilka minut, spoglądając na wodę i szukając w ścianach ukrytych przejść i tuneli.
- Nic – stwierdził zbity z tropu Krzych.
- Tyle to i ja widzę.
- To co teraz robimy?
- Nie wiem. Myśl.
- Myślę... A może Świat w Studni nas nie chce?
Alek pokręcił głową.
- Nie ma szans. To nie o to chodzi.
- A o co?
- Pewnie, gdybyśmy wskoczyli tutaj z radością, podążając za pieśnią, wiedzielibyśmy, co zrobić. Pan Zły Szeląg już by o to zadbał.
Znów zapadła cisza. Usłyszeli plusk. Zdesperowana żaba próbowała nieudolnie wspiąć się na wilgotną, śliską ścianę.
- Pamiętasz ten wiersz-zaklęcie, który powiedziała Babcia? – spytał nieśmiało młodszy z chłopców. Alek popatrzył w górę, na stopy Krzycha.
„Ma łeb na karku” – pomyślał z uznaniem.
- No tak! „Kiedy w studni zrobisz zeza, to zobaczysz światła dwa. Jedno lewe, drugie prawe, jedno znane, drugie nie”. Tylko, co to znaczy? – zmarkotniał. – No, ale próbujmy. – Chłopcy zaczęli zezować, próbując dostrzec jakieś światło.
- Nic z tego – westchnął po chwili Alek. – Nie działa. A u ciebie? – zapytał i podniósł głowę. Wtedy właśnie zobaczył księżyc. Kiedy schodzili w dół, przewędrował kawałek nieba i spoglądał teraz przez wąskie gardło studni bezpośrednio na nich.
- Hej, popatrz do góry.
Krzych zadarł głowę i zobaczył księżyc.
- To mamy światło! – Zaczął robić zeza z jeszcze większym entuzjazmem. Nic się nie stało.
Alek patrzył bezradnie w górę. Nagle zdrętwiała noga osunęła się ze szczebla i zanurzyła w lodowatej wodzie. Chłopiec cofnął z obrzydzeniem stopę. I wtedy zrozumiał.
- Chyba już wiem, co musimy zrobić – powiedział niechętnie.
- Tak? Co takiego?
- Wcale ci się nie spodoba – mruknął i nabrawszy powietrza wskoczył do wody.
Krzych z niedowierzaniem popatrzył na rozchodzące się po wodzie kręgi. Spojrzał jeszcze raz na księżyc i zrozumiał.
Po kilku sekundach jedynie ciche uderzenia fal o ściany świadczyły o tym, że przed chwilą ktoś tam był. Jedna z nich strąciła z wystającego ze ściany kamienia skazaną na śmierć żabę.

Na szczęście po drugiej stronie woda była ciepła. Chłopcy wynurzyli się z niedużego, leśnego stawu, prychając i wypluwając błoto i kawałki roślin. Od razu wymacali dno w płytkiej sadzawce i z pośpiechem ruszyli do brzegu.
W Świecie Studni również panowała noc. Ogromny, jaskrawożółty księżyc spoglądał melancholijnym wzrokiem. Wyraźnie można było dostrzec sznury, którymi przymocowany był do bezgwiezdnego nieboskłonu. Grupka wielkich ryb o ludzkich oczach przyglądała się chłopcom nieufnie. Ryby szepnęły coś do siebie i wybuchnęły złośliwym śmiechem, po czym zniknęły pod lustrem wody.
Krzych i Alek zaczęli wychodzić z wody jeszcze szybciej. Na brzegu tyłem do nich siedziała mała, czarnowłosa dziewczynka. Bracia otrząsnęli się z wody i szlamu. Sprawdziwszy, że są cali i zdrowi, przenieśli wzrok na dziewczynkę, która co kilka sekund potrząsała głową, opędzając się od czegoś niewidzialnego.
- One mówią, że jestem nienormalna. One mówią, że jestem nienormalna. One mówią, że jestem nienormalna – powtarzała mechanicznie. Bracia popatrzyli na siebie, nie wiedząc za bardzo, co zrobić. Alek zbliżył się do dziewczynki.
- Przepraszam...
- One mówią, że jestem nienormalna. – Dziewczynka nie zwróciła na niego uwagi.
- Przepraszam, nazywam się Alek, a tam stoi mój brat, Krzych. Szukamy naszej siostry. Skoro tu siedzisz, to może ją widziałaś?
- One mówią, że jestem nienormalna – powtarzała, nie przestając rytmicznie kołysać głową.
Alek odwrócił się do Krzycha i pokazał bezradnie na plecy dziewczynki.
Chłopiec podszedł bliżej i uklęknąwszy, dotknął jej ramienia.
- Kto tak mówi? – zapytał cicho, mając nadzieję, że jej nie wystraszy.
Dziewczynka odwróciła do niego ładną, bladą twarz. Drżały jej usta i oczy były pełne łez. Wyciągnęła szyję do chłopca, który z trudem opanował się, żeby nie odsunąć twarzy.
- One mówią, że jestem nienormalna.
- Ale kto?
- Muchy! – krzyknęła przeraźliwie i zaczęła machać rękami. Krzych o mały włos się nie wywrócił. Zostawił dziewczynkę i wrócił do brata.
Spróbowali znaleźć jakieś punkty odniesienia, które odpowiadałyby miejscom w ich świecie. Jeśli staw był odbiciem jeziora, to idąc tamtą ścieżką, doszliby do ruin sierocińca. Istniało duże prawdopodobieństwo, że właśnie tam znajdą wszystkie odpowiedzi. Było to równie dobre miejsce na rozpoczęcie poszukiwań jak każde inne.
- Idziemy? – spytał Alek.
- A co z nią? – Krzych wskazał na płaczącą dziewczynkę.
Jakby w odpowiedzi, zza drzew wybiegło nagle kilka postaci. Wysoki, chudy mężczyzna w koloratce i sutannie, z wielkim, krzywym nosem oraz czterech grubych pielęgniarzy. Ksiądz utykał na jedną nogę i wspierał się na lasce, co jednak nie przeszkadzało mu w biegu. Łysi pielęgniarze w poszarzałych od brudu fartuchach nie mieli twarzy. Nie zwracając uwagi na chłopców, rzucili nosze na trawę i położyli na nich nieprotestującą dziewczynkę, po czym tak szybko jak się zjawili zniknęli w ciemnościach. Chłopcy, nawet gdyby chcieli, nie mieli czasu na protest. Scena rozegrała się w całkowitej ciszy.
- Nie podoba mi się tutaj – powiedział Krzych.
- Wiem.
- Co teraz?
Alek w skupieniu zmarszczył czoło.
- Nie wydaje ci się, że jakoś inaczej myślimy?
- Co?
- Po pierwsze spokój. Jest tutaj strasznie, wiadomo więc, że czujemy strach, ale nie aż tak, jak przed wejściem do studni.
Krzych spojrzał na czarną, oleistą powierzchnię stawu, w której odbijała się jaskrawa parodia księżyca, na nienaturalnie nieruchome drzewa i krzaki, na puste i martwe niebo. Miał wrażenie, jak gdyby świat ten powstał w czyjejś zapomnianej piwnicy. Powinien bać się o wiele bardziej, ale wszystko tutaj było niczym w nudnym, pokręconym śnie. Oprócz tego nie myślał już jak mały chłopiec. Wiedział i rozumiał więcej. Pamiętał. Pamiętał ostatnią rozmowę ze Złotą Kropelką.
- Muszę ci coś opowiedzieć – odwrócił się nagle do brata. – Coś bardzo ważnego.
Alek z powagą spojrzał na odmienionego Krzycha.
- Dawaj.
Krzych opowiedział o Bibliotece Światów, Opiekunach, Enapayu i Citlali.
Chłopiec słuchał bez słowa.
- Co to wszystko oznacza? – spytał w końcu, kiedy brat skończył relację. – Myślisz, że Pan Zły Szeląg to Enapay?
Krzych wzruszył ramionami.
- Możliwe. Myślę, że to właśnie próbowała powiedzieć mi Złota Kropelka.
- No więc mamy znaleźć Pana Złego Szeląga i powiedzieć mu, że Citlali czeka na niego w jego własnym świecie, tak że może już zwinąć cyrk i wracać do siebie? To wystarczy?
- To już jest jakiś plan.
- No dobra. W którą stronę idziemy?
Najprostszym wyborem była ścieżka teoretycznie prowadząca do sierocińca. Tam też się skierowali.

***
Małgosia była na balu. Pan Zły Szeląg z okazji przybycia szczególnego gościa ogłosił wielkie święto. Dzieci pomogły założyć jej śnieżnobiałą suknię i okropnie niewygodne, ciasne, czerwone pantofelki. Salą balową była stołówka sierocińca. Na długich stołach leżały tace pełne owoców, kolorowe torty, ciastka, dzbany z lemoniadą. Ciężkie, kryształowe żyrandole zalewały pomieszczenie złocistym blaskiem, który odbijał się od lśniącej, wypolerowanej posadzki. Wszystko było jak z bajki i gdyby nie fałszująca orkiestra ubranych w czarne fraki nieboszczyków o szklistych oczach, ktoś mógłby uwierzyć, że to nie koszmar, ale przyjemny, baśniowy sen. Nie tylko w muzyce czuć było fałsz. Pomimo śmiechu oraz pozornie radosnych tańców i wygłupów źrenice wszystkich dzieci rozszerzone były strachem i oczekiwaniem czegoś przerażającego. Czegoś, przy czym orkiestra podgniłych trupów była tylko niewinnym żartem. Napięcie niezauważalnie rosło i coraz częściej udające rozbawienie dzieci spoglądały z obawą na wielkie drzwi.
Jak do tej pory nie spotkała jeszcze Pana Złego Szeląga. Ślepy Skrzat i Psubrat przyprowadzili ją do sierocińca i z chichotem wrzucili do czarnej piwnicy. Rozpoznała ciemne cele i korytarz, którym uciekała kiedyś we śnie. Po chwili jej strażnicy wrócili i ogłosili, że Pan Zły Szeląg chciałby przywitać ją uroczystym przyjęciem. Przysyła piękną suknię i zaprasza na bal. Powiedziawszy to, zaprowadzili ją do sypialni pełnej dzieci i poinformowali, że bal rozpoczyna się za pół godziny. Tyle zajęły jej przygotowania i wkrótce zdyszana pobiegła z resztą więźniów do sali balowej. Wszystko to było tak niespodziewane i dziwaczne, że nie mogła pozbierać myśli. Najbardziej była w szoku po tym, jak Krzych i Alek zamienili się w Ślepego Skrzata i Psubrata.
Od tamtego momentu stała się biernym obserwatorem wydarzeń.
- Małgosia? – zapytał ktoś. Rozpoznała chłopca o bocianich nogach. Przywitała go bladym uśmiechem.
- Ostatnio nie zdążyłeś się przedstawić – powiedziała, wyciągając rękę.
Chłopiec odpowiedział smutnym uśmiechem.
- Piotrek.
- Piotrek? –w jednej chwili wróciła jej jasność myśli. – Jest tu więcej dzieci o takim imieniu?
Chłopiec wzruszył ramionami.
- Z tego co wiem, nie.
Zarzuciła mu ręce na szyję. Po raz pierwszy od wejścia do studni poczuła, że coś się układa. Znalazła brata Babci!
Chłopiec oddał uścisk, nie rozumiejąc jednak jej radości.
- Po co tu przyszłaś? Ostrzegaliśmy cię.
- Chcę wam pomóc.
- Pomóc? Niby jak? Rozejrzyj się – wskazał na tańczące postacie. – Myślisz, że nie mieliśmy dosyć czasu na znalezienie drogi ucieczki? Myślisz, że zawsze byliśmy... tacy?
- Jacy?
W oczach chłopca zabłysła łza.
- Przerażeni i bierni.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wbiegli Psubrat, Ślepy Skrzat oraz cyrkowy klaun. Spod kolorowego makijażu przebijały plamy zgnilizny.
- Zgniły Klaun – szepnął Piotrek i chwycił ją mocno za rękę.
Upiorna trójka z ohydnym rechotem pochwyciła jednego z chłopców i wywlokła za włosy na zewnątrz. Jego krzyki ucięły zatrzaskujące się z hukiem drzwi. Po chwili orkiestra podjęła przerwaną melodię.
- Kim oni są? – wyszeptała zbielałymi wargami Małgosia.
- Nie tylko dzieci znajdują drogę do Świata Studni. Czasami wpadnie tutaj zabłąkane zwierzę, czasami jakiś dorosły postanowi skrócić sobie życie, i wtedy, jeśli Pan Zły Szeląg uzna, że może mieć z nich pożytek, trafiają tutaj jako jego świta.
- Co będzie z chłopcem?
Piotrek zagryzł usta.
- Wróci. Lekko odmieniony, jeszcze bardziej przerażony. Przez kilka dni albo tygodni nie będzie chciał rozmawiać. Będzie płakał więcej niż zwykle, a później wszystko wróci do normy.
- To straszne! – krzyknęła i nerwowo przygryzła paznokieć.
- Nie tak straszne, jak wtedy, gdy Pan Zły Szeląg przychodzi po ciebie osobiście.
Dziewczynka zaczęła zdawać sobie sprawę, że źle obliczyła ryzyko. Wiedziała, że wchodzi w coś niebezpiecznego i strasznego, ale nie podejrzewała, że będzie to coś tak... Nie! Nie mogła sobie teraz pozwolić na panikę. Musiała działać szybko.
- Posłuchaj. Muszę znaleźć pewnego chłopca. Albert Krztyna. Jest tutaj?
Piotrek popatrzył zdziwiony.
- Albert? Nie ma tutaj nikogo takiego.
Krew odpłynęła jej z twarzy.
- Jesteś pewny?! To był pierwszy chłopiec, który zginął w studni. Musi tutaj być.
- Przykro mi. Możesz być pewna, że przez te wszystkie lata zdążyliśmy się dobrze poznać.
Małgosi opadły ręce. Cały plan polegał na odnalezieniu Alberta. Bez tego była tak samo bezbronna i zagubiona jak reszta dzieci.
- Chyba, że masz na myśli Chłopca bez Imienia.
Poczuła przypływ nadziei.
- Chłopca bez Imienia?
- Za sierocińcem stoi stara, drewniana szopa. Mieszka tam chłopiec, z którym nie wolno nam rozmawiać.
- Dlaczego?
- Po prostu nie.
- Co on tam robi?
Piotrek wzruszył ramionami.
- Czy ja wiem? Nic. Patrzy czasami przez okno. Nigdy nic nie mówi. Rzadko go widujemy. Nie podchodzimy do szopy, żeby Pan Zły Szeląg nie myślał, że chcemy z nim rozmawiać. Wtedy byłoby z nami krucho.
- A teraz jest wam dobrze?
Chłopiec popatrzył z jeszcze większym smutkiem.
- Nie oceniaj nas tak szybko, dziewczynko ze Świata Ponad. Poczekaj trochę, aż tutaj pomieszkasz.
Zacisnęła pięści.
- Nie zamierzam. Pokaż mi, gdzie jest ta szopa – powiedziała zdecydowanie. Przeczuwała, że to jej jedyna szansa. Chłopiec zawahał się, ale w końcu chwycił ją za rękę.
- Chodźmy.

Wyszli ukradkiem małymi drzwiczkami od strony kuchni. Na czworakach przemknęli pomiędzy nogami milczących kucharzy i już po chwili byli na zewnątrz, pod pustym, nijakim niebem. Okna sierocińca migotały kolorowymi światłami. Stłumione tony pokracznego fokstrota wcale nie dodawały otuchy.
- Tędy – chłopiec pociągnął ją w kierunku małej furtki, zasłoniętej częściowo gęstym bluszczem. Kiedy stanęli przed wejściem do ogrodu, poczuła, że puścił jej dłoń. Popatrzyła pytająco.
- Ty nie idziesz?
- Nie mogę.
Kiwnęła na znak, że rozumie i chwyciła za klamkę.
- Mam wrażenie, że znam cię od dawna – powiedział.
Przez chwilę chciała wszystko wyznać, ale uśmiechnęła się tylko z wdzięcznością.
- Dziękuję za pomoc. Wracaj już.
Po drugiej stronie muru, na drzewie wisiał człowiek. Gruby sznur oplątywał mu nogę. Druga, ugięta w kolanie, krzyżowała się z pierwszą. Ręce zwisały bezwładnie. Twarz ukryta była w cieniu. Małgosia o mały włos nie krzyknęła. W ostatniej chwili opanowała strach i wziąwszy głęboki oddech, spróbowała przejść obok wiszącego ciała.
- Jesteś pewna, że chcesz tam iść?
Zmiękły jej nogi. Z impetem upadła na pupę. Ból zadziałał otrzeźwiająco. Wisielec okręcił się wokół własnej osi i teraz spoglądał na nią z tajemniczym uśmiechem.
- Eeee... Dobry wieczór – wyjąkała, podejrzliwie taksując zakręcone wąsy i krzaczaste brwi mężczyzny.
- Tutaj nie ma dobrych wieczorów. Jest tylko długa, niekończąca się i z pewnością niedobra noc. Pytałem, czy jesteś pewna, że chcesz tam iść.
Wyciągnęła szyję, żeby móc wiedzieć poza Wisielcem. Kilkanaście metrów dalej stała mała szopa.
- Nie mam innego pomysłu – odpowiedziała zrezygnowana. Nie wiedzieć czemu, niespodziewane spotkanie uspokoiło ją.
Wisielec pokręcił z dezaprobatą głową.
- Nie masz innego pomysłu? Myślisz, że to wystarczy?
- Co innego mogłabym zrobić?
- Nie mówię, że twój pomysł jest zły. Jednak dobrze by było, gdybyś okazała trochę więcej przekonania i wiary we własne siły. Tam gdzie idziesz – wskazał na szopę za swoimi plecami – znajdziesz rzeczy gorsze niż wszystko, co widziałaś do tej pory. Dlatego pytam, czy naprawdę chcesz tam iść. Żeby stawić czoła prawdziwym demonom, nie możemy być gotowi tylko w połowie ani nie wolno zdawać się nam na łut szczęścia. Musimy być pewni.
Westchnęła.
- Nie jestem już niczego pewna. Przyszłam tutaj, żeby uratować te wszystkie dzieci. Czułam, że to jest moją misją - dlatego miałam te wszystkie sny, dlatego znalazłam notatnik. Myślałam, że znajdę rozwiązanie w trakcie, jak to bywa w filmach, że ktoś mi pomoże, że odkryję tajemnicę, dzięki której wszystko stanie się proste, że... Miałam nadzieję, że nie będę sama. – Wtuliła głowę w kolana, powstrzymując łzy.
Wisielec nie przestawał się uśmiechać.
- Podjęłaś duże ryzyko. Nie znam wielu osób, które byłyby w stanie zrobić coś takiego. To nie świadczy tylko o głupocie. Myślę, że twoja lekkomyślność osiągnęła stadium bohaterskości. A ile jedenastoletnich dziewczynek zostaje bohaterami?
- Kim jesteś? – spytała.
- Nikim. Gościem w tej opowieści.
- Gościem? Skąd?
- Z innej opowieści. – Wisielec mrugnął do niej ciepło.
- Aha – nic nie rozumiała.
- Porozmawialiśmy, ale teraz już czas na ciebie. On planuje potańczyć. Co będzie, jeśli nie zastanie tam honorowego gościa? Musisz się śpieszyć.
Wstała i otrzepała sukienkę z ziemi i trawy.
- Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować. Nic nie zrobiłem. To ty jesteś bohaterką wieczoru.
Ukłoniła się i minąwszy swojego rozmówcę, ruszyła z pośpiechem w kierunku drewnianej szopy. Gdy już była przy samych drzwiach, zerknęła za siebie, ale nie zobaczyła nikogo. Jedynym wisielcem był koślawy, smutny księżyc.

Zapukała lekko do drzwi. Nikt nie odpowiedział.
- Albercie, Albercie – zawołała cicho, zbliżywszy usta do dziurki od klucza. Nic. W końcu nacisnęła ostrożnie klamkę. Drzwi otworzyły się bezgłośnie. W środku na skrzyni z narzędziami siedział dwunastoletni na oko chłopiec. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem.
Zamknęła drzwi. Powoli podeszła bliżej. Chłopiec miał ładną, harmonijną twarz i długie brązowe włosy. Najbardziej zafascynowały ją jego ciemnoniebieskie, wielkie oczy, w których zobaczyła tyle smutku i cierpienia, że nie była w stanie się opanować. Objęła go z całych sił.
- Już dobrze. Już się nie bój. Wszystko będzie dobrze – mówiła, głaszcząc go po głowie. Kiedy udało się jej trochę opanować, chwyciła go za ramiona i powiedziała zdecydowanie:
- Musisz mi wszystko o sobie opowiedzieć. Wszystko, co tylko pamiętasz i wiesz.
Chłopiec milczał, patrząc bez słowa w pustkę. Małgosia zdała sobie sprawę, że ściska go zbyt mocno. Zdjęła dłonie z jego ramion i usiadła obok. No to pięknie. Siedziała w starej szopie, w koszmarnej krainie rządzonej przez nieśmiertelnego psychopatę, a jedyny klucz do rozwiązania całej tej łamigłówki okazał się albo niemy, albo tak bardzo zraniony, że stracił zdolność porozumiewania. Małgosia pomyślała o śpiących w domu braciach i coraz bardziej zaczęło ją boleć w środku. Zostanie tutaj już na zawsze i tak jak Piotrek zgubił Babcię, tak ona już nigdy nie zobaczy Krzycha i Alka.
Wzdrygnęła się, kiedy dłoń chłopca dotknęła jej ręki. Podniosła głowę i popatrzyła z nową nadzieją w oczy Alberta. Wielkie, niebieskie, smutne i głębokie. Zaczęła w nie wpadać, tonąć w błękicie, zatracać siebie. Przemknęło jej jeszcze przez głowę, że to może być nowa sztuczka Pana Złego Szeląga, a po chwili już nie istniała. Była Albertem.

Lato 1908 roku. Panna Krystyna Matuszewska stała na schodach i uderzała w nieduży mosiężny dzwon, zawieszony na białej desce, przybitej nad gankiem. „Obiad! Obiad!” – wołała wysoka, niemłoda już kobieta. Chłopcy i dziewczęta z ociąganiem porzucili swoje zajęcia i posłusznie ruszyli w stronę budynku. Nie wszyscy.
- Cicho – Albert syknął do przyjaciela, z trudnością powstrzymując śmiech.
- Jestem cicho, to ty się zamknij – szepnął dwunastoletni blondyn o zadziornym wyrazie twarzy. Leżeli w krzakach poza dziedzińcem sierocińca, ale nie na tyle daleko, żeby nie widzieć Panny Krystyny i nie słyszeć dźwięku dzwonu. Wychowawczyni liczyła wchodzące do budynku dzieci. Kiedy ostatnie weszło do środka, spojrzała na pusty plac, a następnie pokręciła z dezaprobatą głową, wzruszyła ramionami i weszła do domu.
Chłopcy otrzepali się z trawy i poklepali po ramionach.
- No to co? Biegniemy? – zapytał Albert. – Kto ostatni przy jeziorze, ten jest osioł i ciamajda. – Nie czekając, puścił się sprintem przez las. Zbyszek zawył jak wilk i ze śmiechem rzucił się w pogoń za przyjacielem. Wiedział, że i tak wygra wyścig. Albert miał gadane, ale od biegania to był on.
Po kilku minutach byli na brzegu jeziora. Zrzucili ubrania i dziko wrzeszcząc, wskoczyli na golasa do ogrzanej sierpniowym słońcem wody.

Wieczór, kilka dni później. Albert, trzymając się za tyłek wszedł wolnym krokiem do sypialni. Próbował usiąść na łóżku, ale dół pleców bolał zbyt mocno. Położył się więc na brzuchu i odwrócił twarzą do ściany. Kilku chłopców szepnęło coś do siebie i wybuchnęło śmiechem. Zbyszek popatrzył na nich groźnie.
- Chce któryś w zęby?
Chłopcy zerknęli z niechęcią, ale nie zareagowali na zaczepkę. Wyszli z pokoju.
Zbyszek podszedł do przyjaciela i usiadł obok na krześle. Przez chwilę milczał, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę.
- Boli?
Odpowiedziała cisza.
- Przepraszam. Mój pomysł, moja wina.
Leżący chłopiec odwrócił się i po chwili poważnego milczenia szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz. Mrugnął.
- Miałeś stracha, że cię wsypię?
- Ani trochę.
- Ani odrobinkę? Myślałeś, że wezmę na siebie całą winę i nadstawię dupę na dwadzieścia pasów?
- No. Tak myślałem.
Uśmiech nabrał jeszcze większego blasku.
- To miałeś kompletną rację skurczybyku – wyciągnął rękę do przyjaciela. – Jak zawsze.
Zbyszek uścisnął dłoń.
- Jednak następnym razem sam się włamujesz do stróżówki. Ja już dostałem nauczkę.
- Masz to jak w banku – odpowiedział Zbyszek i jeszcze mocniej ścisnął jego dłoń.
- Ale pocztówki masz?
Chłopiec nachylił się konspiracyjnie nad przyjacielem i sięgnął za pazuchę.
- A co myślałeś? – powiedział i podał przyjacielowi plik wymiętych zdjęć, z których uwodzicielsko patrzyły nagie, uśmiechnięte dziewczęta o pełnych kształtach. Albert popatrzył z rozmarzeniem na skradzioną stróżowi kolekcję.
- Wiesz, że już mnie nie boli?
Głośny śmiech wypełnił echem korytarze.

14 wrzesień, 1908, noc. Obudziło go skrzypienie otwieranych drzwi. Spod półprzymkniętych powiek zobaczył wysoką postać w płaszczu, trzymającą w ręce świeczkę. Mężczyzna rozglądał się przez chwilę po ciemnej sali, aż wreszcie ruszył w jego stronę. Chłopiec zmrużył powieki jeszcze bardziej. W tej chwili chciał nie istnieć. Czujnie obserwował cień, który w końcu zatrzymał się obok jego łóżka. „Nie, nie, nie ja, nie” – prosił w duchu. Cień zawahał się. W końcu wybrał łóżko obok.
- Wstawaj - szepnął mężczyzna do śpiącego chłopca. Rozespany, najpierw nie rozumiał, co się dzieje, ale już po sekundzie rozpoznał twarz gościa. – Wstawaj, mówię. Idziemy.
- Nie chcę – odpowiedział cicho Zbyszek. – Proszę mnie zostawić – w drżącym głosie brzmiał strach i wstręt.
Mężczyzna położył mu dłoń na głowie.
- Nie bój się. Zaraz będziesz z powrotem. Chciałem tylko porozmawiać.
Zbyszek posłusznie wstał i podreptał na bosaka za mężczyzną w płaszczu, cicho zamykając za sobą drzwi.
Albert, żeby zdusić krzyk, wsadził sobie w usta poduszkę. Nienawidził siebie. Kiedy mężczyzna schylił się nad łóżkiem przyjaciela, poczuł ulgę.
Po godzinie ktoś znowu otworzył drzwi. Zgarbiony chłopiec szybko przeszedł przez ciemny pokój i cicho wczołgał się pod kołdrę. Albert czekał na jakiś dźwięk, choćby szloch, który dałby mu pretekst do odezwania się, ale Zbyszek leżał w całkowitej ciszy. Albert był pewny, że nie śpi.

Następnego ranka ukradł z kuchni nóż i ukrył go w szopie, za głównym budynkiem sierocińca. Teraz pozostawało jedynie czekać.

12 listopad, 1908, noc. Pan Anatol znów przyszedł w odwiedziny. Jak zwykle stanął w drzwiach, smakując poczucie władzy, po czym bez pośpiechu podszedł do jego łóżka.
- Wstawaj – powiedział szeptem, szarpiąc go za ramię. Chłopiec udał, że budzi się ze snu. Popatrzył błagalnie w czerwone oczy mężczyzny. Słyszał, jak ciężko dyszy.
- Proszę, niech pan weźmie kogoś innego – wiedział, że skurwysyn to lubi.
- Co się głupio boisz? Wszystko będzie dobrze.
Albert zaczął wstawać z łóżka, kiedy nagle usłyszał znajomy głos.
- Zostaw go, gnoju – Zbyszek z zaciśniętymi pięściami stał obok zaskoczonego mężczyzny.
„Nie teraz, nie dziś w nocy” – jęknął w myślach Albert.
- Kładź się, i to już – pan Anatol w kilka sekund zdążył opanować nerwy.
- Powiedziałem, żebyś go zostawił – chłopiec uniósł pięść.
Uderzenie było tak silne, że upadł na podłogę, nie wydając ani jednego jęku. Mężczyzna chciał poprawić kopniakiem, ale Albert chwycił go za połę płaszcza.
- Proszę nic mu nie robić. Ja z panem pójdę, tylko proszę go zostawić.
Dyrektor popatrzył na leżącego chłopca.
- Chodźmy.
Posłusznie poszedł za mężczyzną. Próbował dotrzymać mu kroku. Przeszli przez korytarz, jadalnię, kuchnię, następnie skierowali się w stronę małej furtki. Chłopiec wiedział, dokąd zmierzają. Właśnie tam schował nóż.
Doszli do szopy.
- Rozbierz się – rozkazał mężczyzna, rozpinając równocześnie pasek od spodni. Dyszał coraz głośniej. Chłopiec opuścił majtki do kostek i oparł się o stare biurko. Powoli sięgnął w prawo, gdzie w szufladzie leżał ukryta broń.
Ostrożnie wymacał gałkę i uważając, żeby nie wzbudzić podejrzeń, powoli ją otworzył. Wsunął do środka dłoń. Nie widział, co robi stojący za nim mężczyzna, ale nagle poczuł na plecach jego dłonie, popychające go lekko do przodu. „Gdzie ten zasrany nóż?” – pomyślał chłopiec, przesuwając w panice ręką po dnie pustej szuflady.
Porzucając wszystkie pozory spojrzał w bok. Włożył rękę nie tam, gdzie trzeba! Poczuł napierające na siebie ciało Pana Anatola i coraz większy ból. Jednym ruchem otworzył właściwą szufladę i chwycił za rękojeść noża. Był duży i ciężki. Używano go do wykrawania mięsa z tusz wołowych. Zawahał się tylko przez sekundę.
A później z całej siły pchnął za siebie, celując w brzuch. Poczuł jak ostrze wchodzi głęboko, głębiej niż oczekiwał. Na wszelki wypadek wyszarpnął nóż z ciała. Nie chciał stracić broni. Przynajmniej dopóki nie upewni się, że ten skurwysyn zdechł.
- Kurwa, kurwa – jęknął mężczyzna, chwytając się za prawy bok. – Co ty, kurwa, zrobiłeś... – Jego nogi zaplątały się w opuszczone spodnie i runął na plecy, przeklinając i plując krwią.
Chłopiec wciągnął z powrotem majtki i spodnie od piżamy. Podszedł powoli do wijącego się w trocinach i kurzu mężczyzny. Wokół niego szybko rosła kałuża krwi. Popatrzył przez chwilę, zastanawiając się chłodno, czy musi dokończyć dzieła, czy już raczej po wszystkim.
- Pomóż mi... – wycharczał dyrektor. Z każdym oddechem w kącikach jego ust pojawiały się czerwone bąbelki powietrza. Chłopiec obserwował go jeszcze przez chwilę, a później bez słowa podszedł bliżej, uważając, żeby nie znaleźć się w zasięgu rąk mężczyzny.
Stanął za nim, chwycił go za włosy, szarpnął do góry, odsłaniając szyję i kilkoma szybkimi ruchami poderżnął gardło. Oczy mężczyzny szybko zaszły mgłą. Uderzył jeszcze kilka razy rękami o podłogę, próbując się czegoś chwycić, aż w końcu znieruchomiał. Krew płynąca z brzucha i gardła szybko uciekała pomiędzy nierówne deski podłogi.
Chłopiec, ciągle trzymając w dłoni nóż, patrzył chłodno na nieruchome zwłoki. Po chwili jednak do jego pustych oczu zaczęło wracać życie. Ze wstrętem wypuścił nóż i wytarł ręce o spodnie i koszulkę. Wydawało się, że zaraz zemdleje. Żołądek podszedł mu do gardła. Wybiegł na zewnątrz i zwymiotował. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje.
Noc była ciemna. Ciężkie, listopadowe chmury nie pozwalały przebić się światłu księżyca ani gwiazd. To dobrze. Pragnął ciemności. Chciał się schować. Schować tak głęboko, że nikt by go nigdy nie znalazł. Okno szopy migotało nikłym odbiciem świecy. Chłopiec zwymiotował jeszcze raz i szlochając, pobiegł do głównego budynku. Przez chwilę zawahał się przed drzwiami sypialni. Dusiły go łzy.
Może gdyby poszedł spać, rano wszystko byłoby już dobrze? Może to był tylko zły sen, który opowie rano Zbyszkowi... Pohamował płacz i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę głównego wyjścia. Choć noc była wyjątkowo czarna, chłopiec dokładnie wiedział, w którą stronę iść. Wydawało mu się w ciemności, że miejsce, do którego zmierza, cicho woła, zapraszając do ciepłej kryjówki.
Po chwili był już przy studni. Usiadł na cembrowinie, przełożył przez krawędź obie nogi, popatrzył jeszcze raz w stronę sierocińca, ale nie zobaczył nic oprócz ciemności i mgły. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy wołający go głos. „Zbyszek?” – pomyślał, ale wiedział, że to tylko złudzenie. Potrząsnął głową i popatrzył w dół. To była prawdziwa, gęsta czerń. Tutaj nikt go nigdy nie znajdzie. I skoczył.

- Boże, Boże... – Małgosia chwytała łapczywie powietrze, zataczając się i próbując utrzymać równowagę. Upadła na bok i zwymiotowała. Niebieskooki chłopiec ciągle siedział nieruchomo na skrzyni i patrzył bez słowa.
Dziewczynka nie mogła opanować drżenia. Miała wrażenie, jakby świat rozsypywał się na kawałki, które coraz bardziej przygniatały ją do podłogi.
Teraz miała pewność, że jej pomysł i odwaga były jedynie owocem dziecinnego romantyzmu i czytania zbyt wielu książek. Nic, co do tej pory przeżyła, nie przygotowało ją na tę noc.
- Nadchodzi – powiedział chłopiec.
Jego głos podziałał jak kubeł zimnej wody. Przestała drżeć i szlochać. Podniosła się na kolana.
- Co powiedziałeś?
Chłopiec nachylił się lekko w jej stronę.
- Powiedziałem, że nadchodzi.
Spojrzała na drzwi. Powietrze wypełniła elektryczność. Znów nie mogła oddychać. Chwyciła chłopca za rękę i pociągnęła.
- Musimy uciekać. Wstawaj! – Albert nawet nie drgnął. Patrzył spokojnie przed siebie. W kącikach jego ust dostrzegła nieznaczny uśmiech.
- Słuchaj – powiedziała, siląc się na spokój. – Wiem, że spotkały cię straszne rzeczy - wzdrygnęła się, strząsając wspomnienia – i chcę ci pomóc. Teraz jednak musimy uciekać. Musisz stąd wyjść...
- On już tu jest.
Strach i ciemność niczym szary dym wsączały się do środka przez szpary w ścianach i podłodze.
- Jeszcze nie. Jeszcze możemy uciec! – desperacko szarpała go za dłoń.
- Za późno.
Pociągnęła go z całej siły, zapierając się stopami.
- Wstawaj!
- Chrum, chrum – powiedział Albert. Dziewczynka puściła dłoń. Na skrzyni siedział ogromny, tłusty mężczyzna o twarzy rozpieszczonego dziecka. Grube policzki unosiły się w parodii uśmiechu. Wbił w nią zimne, małe oczka szaleńca. Cofnęła się o kilka kroków. Mężczyzna wstał ze skrzyni. Głową prawie dotykał sufitu. Z jego gardła wydobył się koszmarny bulgot. Pan Zły Szeląg się śmiał.
- Dobry wieczór, mała dziewczynko.
- Dobry wieczór – szepnęła.
- Wreszcie cię spotkałem. Czekałem baaardzo długo. – Zachichotał i zrobił krok do przodu. Cofnęła się jeszcze bardziej, plecami dotykając już prawie drzwi.
- Dlaczego ja?
Uśmiech zniknał z twarzy Pana Złego Szeląga. Wydawało się, że cały świat jęczy z przerażenia. Potwór wyciągnął palec.
- Poznałem kiedyś dziewczynkę bardzo do ciebie podobną. Prawie jak dwie krople wody – w jego głosie słychać było groźbę. – Bardzo ją polubiłem, choć znaliśmy się niedługo. Bardzo niedługo...
Wstrzymała oddech.
- Nie ciekawi cię, dlaczego znaliśmy się niedługo?
Nie mogła wydusić ani słowa. Przytaknęła tylko głową.
- Bo ta mała kurwa uciekła! – wrzasnął Pan Zły Szeląg i wyciągnąwszy przed siebie ręce, skoczył w jej kierunku. Wystarczył jeden ruch, żeby otworzyć drzwi.
Dziewczynka wypadła na zewnątrz. Przez chwilę sądziła, że straci równowagę. To byłby jej koniec. Zachwiała się lekko. Zaczęła biec. Nigdy jeszcze nie pędziła tak szybko, choć długa suknia krępowała jej ruchy. Że też nie wpadła na to, żeby zrzucić ją, zanim weszła do szopy. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że tutaj, wcześniej czy później, będzie musiała przed czymś uciekać.
Obejrzała się dopiero, kiedy dobiegła do furtki. Pan Zły Szeląg, pomimo tuszy, sunął wielkimi susami. Stracił wszelkie pozory człowieczeństwa. Wyglądał niczym ruchliwy, gigantyczny pająk, opętany szałem. Do tego krzyczał. Małgosia nie była w stanie wyłowić słów z jego chaotycznego bełkotu.
Przebiegła przez furtkę, dopadła drzwi prowadzących do kuchni i opuściła metalową zasuwę, choć była prawie pewna, że to nie ma sensu. Pan Zły Szeląg był gospodarzem tego świata. To tak jakby próbowała schować się przed diabłem w samym środku piekła. Omiotła wzrokiem kuchnię, teraz pustą i ciemną. Kucharze, wyglądający jak gumowe lalki, z których ktoś wypuścił powietrze, wisieli nieruchomo na wbitych w ścianę hakach, obok patelni, chochel i noży. Ktoś cicho zapukał w drzwi.
- Dziewczynko ze Świata Ponad, otwórz.
Tak bezszelestnie jak to możliwe szła w stronę wyjścia, nie zwracając uwagi na drżący i płaczliwy głos Alberta.
- Proszę, otwórz. Boję się... Pan Zły Szeląg więzi mnie tutaj już tak długo... Ja tylko chciałem się schować... Chciałem tylko odpocząć w ciemności...
Dotarła w końcu do drzwi od jadalni, która jeszcze niedawno była salą balową. Gruba warstwa kurzu pokrywała meble i stoły. Nadgryzione kawałki ciasta i owoce zarosły pleśnią. Po podłodze walały się brudne szmaty. Weszła do środka i zamknęła cicho drzwi, które stłumiły głos Pana Złego Szeląga.
Co teraz? Cały plan opierał się na odszukaniu Alberta Krztyny. Teraz, kiedy go znalazła, okazało się, że fakt ten nie zmienił nic a nic w całej sytuacji. Ciągle nie miała pojęcia, jak uwolnić dzieci. Musiała przyznać, że w tym momencie coraz bardziej myśli o tym, czy da radę uratować chociaż siebie. Znajdowała się w samym środku koszmaru dwunastoletniego chłopca, który od dziewięćdziesięciu lat nie mógł się obudzić.
- Małgosia – usłyszała ciche wołanie. Przy wejściu stał Piotrek i machał ręką. – Szybko.
Nie zastanawiając się, pobiegła do chłopca. Pociągnął ją na zewnątrz. Na dziedzińcu stały wszystkie dzieci. Zobaczyła wpatrzone w siebie blade twarze i rozszerzone strachem oczy. Jej serce zaczęło bić jeszcze mocniej. Pomiędzy dziećmi rozpoznała dwie twarze.
- Krzych? Alek? To naprawdę wy?
Chłopcy z uśmiechem podeszli do siostry i rzucili się jej na szyję. Przycisnęła ich mocno do siebie. Najpierw poczuła ulgę. Później przypomniała sobie, że tego właśnie chciała uniknąć.
- Jesteście tu naprawdę czy tylko we śnie?
- Jak najbardziej naprawdę.
- Ale skąd...?
Piotrek wskazał na coś za ich plecami.
- Myślę, że nie mamy czasu na wyjaśnienia.
Dzieci odwróciły się powoli. W drzwiach stał Pan Zły Szeląg. Jeśli kiedykolwiek było w nim coś z człowieka, teraz nie został po tym ślad. Czerwony, drżący dyszał ciężko, a po brodzie ściekała mu strużka śliny. Oczy miał szeroko otwarte. Tak szeroko, że wydawało się, jakby zaraz miały wyskoczyć z orbit. Krótkie, grube ręce wisiały bezwładnie po bokach.
- Dlaczego nie jesteście na balu? – zapytał bełkotliwie. Dzieci zrobiły krok do tyłu. – Dzisiaj mieliśmy wszyscy tańczyć. Dlaczego tutaj stoimy? Wyszłyście nakarmić lwy czy coś? Ja się wysilam, zamawiam orkiestrę, najlepszych kucharzy, a wy sobie stoicie, jak gdyby nigdy nic? – głos Pana Złego Szeląga zaczął wchodzić w coraz wyższe, histeryczne rejestry. – Nie interesuje was nawet niespodzianka, jaką przygotowałem? Macie to wszystko w dupie, co?
- Interesuje – powiedziała cicho jedna z dziewczynek, powstrzymując płacz.
- Tak? To podejdź bliżej.
Mała, jasnowłosa dziewczynka oddzieliła się od grupki dzieci i nieśmiało weszła po schodach..
- Niespodziankę miałem. O, patrzcie! - wysypał z kieszeni garść wyrzeźbionych z drewna zwierząt. – Sam, kurwa, strugałem. Całą noc strugałem wam zabawki, a wy tak mi się odwdzięczacie? – na czerwonej, nalanej twarzy pojawiły się łzy. Mała dziewczynka podniosła ze schodów drewnianego konika, wysłała Panu Złemu Szelągowi blady uśmiech i zaczęła powoli schodzić po schodach. Wszyscy stali w bezruchu, czekając na rozwój wypadków.
- Czekaj. – Dziewczynka stanęła posłusznie. – Nie było balu, nie będzie żadnej niespodzianki. – Błyskawicznym ruchem chwycił ją za rękę i rzucił z całej siły o ścianę. Głuchy dźwięk uderzającego o mur ciała i trzask łamanych kości otrzeźwił Małgosię. Chwyciła za ręce sparaliżowanych przerażeniem braci.
- Uciekamy.
- Nie zdążymy dobiec do stawu – szepnął Alek.
Małgosia myślała gorączkowo.
- Biegnijcie do studni – powiedział cicho Piotrek.
Trójka rodzeństwa popatrzyła na niego i na siebie. To mogło być wyjście.
- Czekajcie – powiedział Krzych i zanim zdążyła go powstrzymać, wysunął się do przodu,.
- Citlali ciągle na ciebie czeka! – zawołał.
Myślała, że już nic jej nie może zdziwić ani przestraszyć. Wszystkie oczy spoczęły na chłopcu. Krzych rozejrzał się niepewnie dookoła i zawołał jeszcze głośniej:
- Wracaj do Citlali!
Strużka śliny cieknąca z ust Pana Złego Szeląga zmieniła się w mały strumyk, który po chwili przeszedł w erupcję gęstej piany. Krzych spróbował z powrotem zniknąć w tłumie.
- Teraz możemy już biec – powiedział, kiedy zrównał się z Małgosią i Kłopotkiem.
No i pobiegli. Pod ścianą lasu widać było znajomą kamienną cembrowinę. Jeszcze tylko kilka kroków... Małgosia popatrzyła za siebie i z zaskoczeniem stwierdziła, że nikt ich nie ściga. Dzieci ciągle stały u podstawy schodów. Pan Zły Szeląg siedział na stopniach. Na jego kolanach leżało ciało jasnowłosej dziewczynki. Ciężko było stwierdzić coś z tej odległości, ale Małgosia miała wrażenie, że Panem Złym Szelągiem wstrząsa szloch.
- Co się stało? To dzięki tobie? – spytała Krzycha.
- Nie mam pojęcia.
- Citlali?
- Z tego co wiem, to ukochana Pana Złego Szeląga, który tak naprawdę ma na imię Enapay i pochodzi z innego świata.
- Co? - potrząsnęła głową. – O czym ty mówisz? Pan Zły Szeląg to Albert Krztyna – pierwszy z zaginionych w studni chłopców.
Krzych podrapał się po głowie.
- Kiedy już z tego wyjdziemy, będziemy musieli porównać swoje wersje tej historii.
- Słuchajcie – przerwał im Alek, wskazując w kierunku, z którego właśnie przybiegli. – Wydaje się, że nasz przyjaciel doszedł do siebie. Może lepiej zacznijmy już włazić do tej studni, jeśli chcemy kiedyś opowiedzieć sobie cokolwiek.
Zanim obejrzeli się za siebie, usłyszeli zwierzęcy ryk. Pan Zły Szeląg pędził jak szarżujący byk, wymachując tłustymi ramionami.
Dzieci podbiegły do studni.
- Nie da się zejść! – zawołał Krzych. Gładkie, opadające w czerń ściany bezdyskusyjnie potwierdzały jego słowa. W tym świecie nikt nie wpadł na zbudowanie drabiny.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie planuję tutaj zostać – powiedział zdecydowanie Alek i przełożył nogę poza krawędź ściany. – Musimy skakać – kiwnął ponaglająco na brata. – Chodź, nie bój się. Pomogę ci.
Najpierw wrzucili do studni opierającego się Krzycha, zaraz po nim wskoczył Alek i w ostatniej chwili, kiedy tłuste łapsko Pana Złego Szeląga już miało złapać ją za ramię, w czarną nicość rzuciła się Małgosia.

***
Od razu wiedzieli, że nie wrócili do domu. Słońce zachodziło nad wzgórzami porośniętymi oliwnymi gajami. W jego pomarańczowym, delikatnym blasku rzadkie krzewy i białe kamienie kładły długie cienie. Poniżej, w dolinie, widać było nieduże miasteczko z białymi budynkami o czerwonych dachach. Małgosi przypomniało się zdjęcie z Hiszpanii, które widziała w jakimś czasopiśmie. Dzieci rozejrzały się dookoła, stojąc po kolana w basenie wyłożonym różowym marmurem.
- No to pięknie – jęknęła. - Teraz jesteśmy jeszcze dalej od domu.
- Przynajmniej nie depcze nam po piętach potwór z koszmarów – mruknął Alek i zaczął wychodzić z basenu.
Krzych milczał. Miał wrażenie, że już gdzieś widział to miejsce.
- Idziesz? – Małgosia popchnęła go lekko w stronę brzegu. Po chwili cała trójka stała na suchym tarasie, spoglądając w dół na miasto i wzgórza.
- Mamy plan B? – próbował zażartować Alek.
Przez moment panowała cisza.
- Może mamy – zaskoczył wszystkich Krzych. - Poznajcie pana Enapaya – wskazał nieruchomą postać siedzącą na fotelu lekko zasłoniętym zaroślami. Nie czekając na reakcję, dziarsko pomaszerował w jego kierunku.
- Może to jednak naprawdę jest sen – mruknęła Małgosia i razem z Kłopotkiem podążyli za uśmiechniętym chłopcem.
Mężczyzna drzemał w uplecionym z wikliny fotelu. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat, choć włosy miał prawie całkowicie siwe. Jego skóra była ciemnooliwkowa. Głowa opadała mu na pierś. Głośno chrapał. Obok niego, na stoliku z kamienia, stał gliniany dzban i nieduży, również gliniany kubek.
- Proszę pana, proszę pana – powiedział Krzych, szarpiąc go za rękaw. Mężczyzna próbował wyrwać rękę i odwrócić się w drugą stronę, ale chłopiec nie puszczał. Wreszcie odkaszlnął ślinę, splunął i podniósł zapuchnięte oczy na niego, a później na resztę gości.
- A wy co za jedni?
- Pan Enapay?
Wyraźnie skacowany mężczyzna popatrzył spod oka.
- A kto pyta?
Chłopiec wyciągnął rękę.
- Krzych, a to moja siostra Małgosia i Alek – starszy brat.
Mężczyzna z wahaniem wyciągnął dłoń.
- Tak, jestem Enapay. Wybaczcie, nie miewam tutaj wielu gości. Ludzie z miasta nie odwiedzają mnie zbyt często. – Znów splunął. – Chodzą plotki, że trochę mi odbiło, tak że sami rozumiecie – wzruszył ze smutkiem ramionami.
Dzieci przytaknęły współczująco. Enapay sięgnął po dzban i kubek. Kwaśny zapach wypełnił wieczorne powietrze. Mężczyzna zrobił przepraszającą minę.
- Wybaczcie. Ostatnio jakość wina zeszła tu na psy. Kiedyś pachniało owocami, wiatrem i słońcem, teraz mam wrażenie, jakbym pił ocet. – Na potwierdzenie tych słów skrzywił się niemiłosiernie po długim łyku. Nie udało mu się powstrzymać beknięcia.
- No więc co was do mnie sprowadza, moi mili?
Małgosia i Alek przenieśli wzrok na Krzycha. Teraz on był mistrzem ceremonii.
- Przyszliśmy panu powiedzieć, że już czas, by wrócić do Citlali. Ona na pana czeka...
Nie spodziewali się takiej reakcji. Mężczyzna zerwał się z fotela, wywracając przy tym dzban z winem. Mętny płyn z głośnym plaśnięciem rozlał się po tarasie. Smród octu był nie do zniesienia. Twarz Enapaya okrył ciemny rumieniec.
- Kto was tutaj przysłał? – wychrypiał. – Dlaczego ze mnie kpicie? - Zmrużył powieki. – A może nie jesteście dziećmi, ale duchami, które znajdują rozrywkę w czyimś cierpieniu? – Schylił się po łupinę rozbitego dzbana i wyciągnął ją przed siebie. – Idźcie precz!
Dzieci zrobiły kilka kroków do tyłu. Małgosia nie mogła powstrzymać myśli o tym, jak stojący przed nimi mężczyzna podobny był teraz do Pana Złego Szeląga. Krzych nie dawał za wygraną.
- Proszę posłuchać. Nie wiem, co pan teraz myśli, ale musi pan wiedzieć, że to wszystko jest snem, iluzją.
Enapay nieprzytomnie patrzył na chłopca.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Kiedy Citlali odeszła, stało się z panem coś bardzo złego. Odbiło się to nie tylko na pana świecie, ale i na naszym – wskazał na siebie i rodzeństwo.
- Jeszcze raz powtarzam, że nie wiem, o czym mówisz – ciągle trzymając przed sobą ostry odłamek dzbana, z coraz większą złością patrzył na dzieci. – Chcę, żebyście odeszli. Macie teraz odejść i to już. Chcę usiąść, napić się wina, patrzeć na zachód słońca, a potem spać. Dlaczego mi przeszkadzacie? – Mężczyzna zaczął szlochać. W końcu, jakby coś w środku się złamało, opadł na fotel i wypuścił z dłoni kawałek dzbana. Płakał, schowawszy twarz w dłoniach. – Zostawcie mnie, proszę. Pozwólcie mi spać. Nie dręczcie...
Małgosia kiwnęła na chłopców.
- Chyba lepiej, żebyśmy już poszli.
- Ale on nie rozumie! – zaprotestował Krzych. – Muszę mu wytłumaczyć, że to nie jest tak, jak myśli. To nawet nie jest jego świat!
Pokręciła głową.
- Musimy już iść – powiedziała ze smutkiem i pociągnęła go za rękaw.
- Ale dokąd?

- Na razie możecie usiąść z boku, o tam, na ławce, a ja porozmawiam tymczasem z panem Enapayem.
Dzieci odwróciły się jak na komendę. Kilka kroków za nimi stał...
- Wisielec? – zapytała z niedowierzaniem Małgosia.
- Hmm, to nie jest moje imię, ale wziąwszy pod uwagę okoliczności naszej znajomości, całkowicie rozumiem, jak zasłużyłem na nadany mi przez ciebie przydomek, moja droga – powiedział z uśmiechem niespodziewany gość i podkręcił długiego wąsa. – A teraz, jeśli pozwolicie... – wskazał jeszcze raz marmurową ławkę. Posłusznie zajęli miejsca.
Wisielec podszedł do szlochającego mężczyzny i potrząsnął go za ramię.
- Czas do domu, smyku.
Enapay podniósł zdziwiony wzrok. Już chciał odpędzić kolejną zjawę, kiedy nagle coś na kształt zrozumienia pojawiło się w jego oczach.
- Znam cię... – wyszeptał.
- Oczywiście, że znasz. Znasz tak długo, że swobodnie możesz mnie nazwać swoim najlepszym przyjacielem.
- Kim jesteś?
- Właśnie ci powiedziałem. Najlepszym przyjacielem, który przyszedł zabrać cię do domu.
- Nie wiem, o czym mówisz... Jestem w domu – zatoczył krąg ręką. – Zawsze byłem, tutaj się urodziłem, kochałem i tutaj opłakuję moją ukochaną... Zawsze tu byłem – powtórzył.
Wisielec pokręcił ze zniecierpliwieniem głową.
- Skończ już te głupoty, chłopcze. To nie jest bardziej twój dom, niż gdybyś mieszkał w wychodku sąsiada. Zrozum – nie jesteś w domu.
- Nie rozumiem. Pomóż mi zrozumieć – Enapay patrzył błagalnie na Wisielca, który westchnął, jakby przygotowywał się właśnie do wyjaśnienia bardzo prostych spraw małemu dziecku.
- Citlali umarła. To był niewątpliwie cios, ale przypomnę ci, że nie mniej cierpienia przeżyli jej bliscy, a szczególnie pięknooka, słodka Enola, dla której Citlali była jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Kiedy Citlali odeszła, Enola zalewała się łzami przez rok, a później podjęła ślub milczenia na dziesięć lat, żeby zapewnić przyjaciółce lepsze przeznaczenie w przyszłym życiu. A ty co zrobiłeś? Jej brat stworzył wspaniałą rzeźbę, w której zawarł całą swoją miłość i tęsknotę za siostrą. Dzięki temu nawet za kilka tysięcy lat ludzie będą pamiętali twoją Citlali.
- Który brat? Dyani? – zapytał nieśmiało Enapay.
- Dyani? Nie. Mital. Od kiedy Dyani miał rzeźbiarski talent? On po prostu myślał o niej po cichu, bez dramatycznych gestów. Tęsknił w sercu, skromnie zajmując się hodowlą winorośli i oliwek, których nigdy nie zabrakło na stole w jego domu i w domu przyjaciół. To była jego ofiara dla Citlali. Stałość. A ty? Czy napisałeś choć jedną pieśń po jej śmierci? Choć jedną strofę, którą uczciłbyś waszą miłość? Nie. Zamknąłeś się w pustym domu i wpadłeś w pijaństwo, a jakby tego było mało, wykopałeś tunel – i nic mnie bardziej nie wkurza niż fakt, że nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś – którym uciekłeś tutaj, do innego świata. Na dodatek uwięziłeś w nim małego, zagubionego chłopca, zamieniając go w ohydną, potworną istotę, której jedynym celem stało się ranienie innych. Po tym jak sam został straszliwie skrzywdzony, ty dołożyłeś mu jeszcze więcej cierpienia...
- Nie wiem, o czym mówisz! Nic takiego się nie wydarzyło!
- Tak? Spróbuj sobie przypomnieć. Choć raz zrób mały wysiłek.
Enapay zmarszczył czoło.
- Pamiętam śmierć Citlali. Później długie, nudne lata w samotności... Chciałem się zabić. Myślałem tylko o niej i doszedłem do wniosku, że może w ten sposób ją znajdę. W krainie zmarłych... – przerwał i popatrzył na Wisielca. – Zabiłem się?
- Nie. Gdybyś się zabił, nic by się nie stało. A przynajmniej nic na taką skalę.
- Nie wiem... Bardzo chciałem odszukać Citlali. Zrobiłbym wszystko, żeby ją odnaleźć. Pewnego wieczoru przygotowałem wino i truciznę. Usiadłem w ogrodzie, na tarasie... właśnie tutaj... i wypiłem zmieszane z trucizną wino. A później...
- No właśnie, co było później?
- Zmieniłem zdanie – popatrzył przytomnie na Wisielca. – Pomyślałem, że nie napisałem ani jednej pieśni, ani jednej strofy, przez którą ludzie mogliby pamiętać moją Citlali. To było trochę tak, jakbym skazał ją na drugą śmierć... Próbowałem wymiotować. Zdążyłem jeszcze pobiec do kuchni i wypić dzban wody, ale było już za późno na płukanie żołądka. Trucizna, której użyłem, była bardzo szybka. Wiedziałem, że jest już za późno...
- I?
- Zacząłem śpiewać. Wiedziałem, że mam jeszcze kilkadziesiąt sekund, może kilka minut. Śpiewałem pieśń o ucieczce i miłości, o stracie i odpoczynku, o bólu i tęsknocie. Z każdą umykającą sekundą i każdą kroplą wyciekającego życia czułem, jak pieśń staje się coraz potężniejsza i prawdziwsza, aż w pewnym momencie mogłem jej dotknąć. Ułożyła się w kształt drzwi. Ostatkiem sił otworzyłem je i skoczyłem w otchłań...
Wisielec patrzył z powagą i skupieniem.
- Co się wtedy stało? – spytał Enapay.
Wisielec westchnął ze współczuciem.
- Twoja pieśń stworzyła świat... Co dalej?
- Później była ciemność. Czarna nicość, bez czasu i form. Zniknąłem w niej na całą wieczność...
- Stworzyłeś świat, ale magia twojej pieśni nie była na tyle potężna, żeby go wypełnić. Zbudowałeś bąbel nicości, po czym zostałeś jego samotnym, głuchym i ślepym bogiem.
- Aż wreszcie coś się stało...
- Tak. Mały, gwałcony od kilku lat chłopiec, który właśnie zamordował swojego oprawcę, postanowił popełnić samobójstwo. Jego nienawiść, strach i żal do świata dostarczyły budulca twojemu pustemu wszechświatowi, a malec zamiast kryjówki i odpoczynku trafił do więzienia.
- Nie wiedziałem – wyszeptał Enapay. – Dlaczego...
Wisielec wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Nie wiem, dlaczego akurat on, dlaczego ty, jaki jest związek. Nie wiem. Teraz najważniejszy jest fakt, że jestem tutaj i zabieram cię do domu.
- A Citlali? – zapytał nieśmiało Enapay.
- Spotkasz Citlali, nie martw się. Gdybyś nie był w gorącej wodzie kąpany, spotkałbyś ją już dawno. Minęły tysiące lat. Mogliście spędzić je razem, jeśli tylko mielibyście na to ochotę. Życie po życiu, nowa przygoda, nowa opowieść. Miłość nie pozwoliłaby wam podryfować zbyt daleko od siebie. No, ale teraz wszystko będzie już dobrze. Wstawaj.

- Hej! A co z nami?! – widząc, że rozmowa dobiega końca, Małgosia zerwała się na nogi. Chyba nas tutaj nie zostawicie?
- Nie bądź histeryczką, moja droga. Oczywiście, że was tutaj nie zostawimy. Kiedy tylko ten łobuz – wskazał na Enapaya – stąd zniknie, wszyscy wrócą do siebie.
- Nawet dzieci ze Świata Studni? – upewniła się dziewczynka.
- A już szczególnie dzieci ze Świata Studni – potwierdził z uśmiechem Wisielec. – A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, na nas już czas. – Co powiedziawszy, kiwnął na ciągle smutnego, ale już zaczynającego się uśmiechać Enapaya.
- Czy pan jest z Biblioteki? – zapytał cicho Krzych.
Wisielec spojrzał spod zmrużonych powiek.
- Widzę, że ta mała głowa kryje więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.
- Powie mi pan?
Wisielec podkręcił wąsa i mrugnął do chłopca.
- Myślę, że już wiesz.
- Ale nie jestem pewny.
- Powiedzmy, że dawno temu napisałem książkę, która okazała się dużym sukcesem, rzekłbym nawet bestsellerem na skalę kosmiczną. Dlatego też jestem odpowiedzialny za tego tutaj lekkoducha, więc jeśli nie masz nic przeciwko, pójdziemy już w swoją stronę. – I poszli.
Małgosia, Alek i Krzych stali jeszcze przez chwilę, wpatrując się w znikające za drzewami postacie.
- Więc kto to właściwie był? – dziewczynka spojrzała wyczekująco na Krzycha.
- Pisarz. Nie słyszałaś?
Zanim zdążyła dociąć malcowi, wszystko pochłonęła ciemność czarniejsza niż mroźna pustka kosmosu.

***
Wiewiórka wyrzuciła pustą łupinę laskowego orzecha, która wylądowała dokładnie na czole Alka. Chłopiec przez sen odwrócił się na drugi bok, wystawiając twarz na jaskrawe promienie wychodzącego zza drzew słońca. Zmarszczył czoło i zacisnął mocniej powieki, ale sen uciekał szybciej, niż mógł go gonić. A kiedy uciekł na tyle daleko, że pozostało po nim jedynie miękkie odbicie pod powiekami, chłopiec wszystko sobie przypomniał. Usiadł, rozejrzał się dookoła i przez chwilę próbował zrozumieć to, co widzi. A kiedy już zrozumiał, z nieukrywaną radością zaczął szarpać ubrania Małgosi i Krzycha.
- Pobudka! Pobudka!
Chłopiec i dziewczynka usiedli z ociąganiem, przecierając pięściami powieki.
- Zobaczcie! Zobaczcie! – wołał podniecony, zataczając krąg ręką. – Uwolniliśmy wszystkie dzieci!
Rozejrzeli się wokół. Cały dziedziniec sierocińca pokrywały dziecięce szkielety. Niektóre w całości, inne w kawałkach, pojedyncze czaszki, piszczele, małe kręgosłupy.
- Widzicie? Udało się! Uratowaliśmy wszystkich więźniów Świata Studni! – powtarzał ze śmiechem Alek. Małgosia wstała, żeby lepiej widzieć. Poczuła ogromną ulgę. Po chwili cała trójka wzięła się w objęcia i zaczęła skakać z radości do góry.
Mała, szarobrązowa cierniówka, wypłoszona hałasem, zeskoczyła z gałęzi i wzbijając się do góry, z dezaprobatą patrzyła na znikającą w dole trójkę dzieci, tańczących na polu szkieletów.

Epilog

Enapay wysiadł z samochodu. Ojciec przywiązywał do drzewa ghuttala samochodowe sarny-biegaczki.
- Mogę iść na spacer?
- Możesz, ale nie łaź za daleko. Pamiętaj, że jutro zaczynamy z mamą nową pracę. Przydałaby nam się dzisiaj dodatkowa para rąk przy przeprowadzce.
- Za piętnaście minut będę z powrotem – mruknął chłopiec i garbiąc się (głównie na złość ojcu), poszedł przed siebie szeroką uliczką. Kiedy wreszcie samochód i ich nowy dom znikły za zakrętem, odetchnął z ulgą. Popatrzył z gniewem na kolejne głupie drzewo ghuttala. U nich, na północy, rosły prawdziwe, porządne drzewa - zielone, grubolistne zurreny albo iglaste świerki.
Poczuł napływające do oczu łzy i z wściekłością kopnął w pień. Krzyknął z bólu - cholerne ghuttala było tak samo twarde jak każde inne drzewo - i usiadłszy na kamieniu, zaczął głośno szlochać. Dlaczego musieli zostawić prawdziwy dom? Dlaczego musiał opuścić wszystkich przyjaciół ze szkoły? Tylko dlatego, że ojciec i mama przyjęli tę głupią pracę na plantacji szizarrów?
- A tobie co się stało?
Przyłapany chłopiec szybko otarł łzy i spojrzał wrogo na intruza. Dziewczynka była na oko w jego wieku. Długie, czarne włosy, ciemne, piwne oczy, wystające kości policzkowe. Wydawała się znajoma.
- Nie twoja sprawa – odburknął.
Zmierzyła go chłodnym wzrokiem.
- Nieładnie tak się odzywać, kiedy ktoś próbuje być miły.
Przyznał jej rację (tylko w duchu i bardzo niechętnie).
- Przepraszam – wyciągnął rękę. – Jestem Enapay. A ty?
- Citlali.
- Ładne imię.
- Ano ładne.
- Nie bądź już zła, przecież przeprosiłem. Po prostu... – chłopiec zająknął się. –Właśnie się przeprowadziliśmy, musiałem zostawić wszystkich przyjaciół i teraz... – Był pewien, że nie opanuje płaczu. – Teraz będę całkiem sam – dokończył i schował twarz między kolanami, przeklinając ten dzień, przeprowadzkę, a teraz jeszcze to spotkanie.
Poczuł na ramieniu dłoń. Dziewczynka usiadła obok.
- Przestań się już mazać.
- Zostaw mnie.
- No i to jest właśnie głupota. Płaczesz, bo nie chcesz być sam, a kiedy ktoś wyciąga do ciebie rękę, każesz mu spadać.
Znów wytarł twarz i trochę trzeźwiej popatrzył na dziewczynkę. Zdał sobie sprawę, jak bardzo podoba mu się jej zakrzywiony nos i grube brwi.
- Z chęcią zostanę twoją nową przyjaciółką. Jeśli oczywiście chcesz. – popatrzyła z wyczekiwaniem. – Taką propozycję daję tylko raz - dodała.
- Zgoda.
Zmrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie.
- Ale jeśli te łzy i skargi są jakimś pokręconym sposobem na podrywanie, to będzie z tobą bardzo źle.
Pokręcił głową, próbując wyglądać jak najbardziej niewinnie.
- Skoro więc mamy być przyjaciółmi, dobrze byłoby wiedzieć, co kto lubi. Ja na przykład jestem mistrzynią haftowania – na dowód czego z dumą wyciągnęła do niego rękaw płóciennej kurtki, na którym widniała dosyć ładna, biała sarna. Chłopiec cmoknął z podziwem.
- A ty?
Zaczerwienił się lekko.
- Nie wstydź się, dawaj.
- Ja piszę pieśni – wyjąkał zawstydzony. – I jeszcze układam do nich muzykę.
Citlali zagwizdała z uznaniem.
- To ciekawe. Nowy chłopiec jest poetą. Wstawaj.
Podniósł się z kamienia.
- Gdzie idziemy?
- Jak to gdzie? Pomóc twoim biednym rodzicom w przeprowadzce. A kiedy skończymy, masz mi coś zaśpiewać. Pasuje?
- Pasuje.
Zdał sobie sprawę, że nowy dom zaczyna mu się podobać. Citlali chwyciła go za rękę i pomaszerowali w dół ulicy, gdzie ojciec i matka Enapaya zaczęli już wnosić do domu pierwsze kartony z rzeczami.