Friday, 26 September 2014

Streszczenie

   1. Długo się domkiem marzeń nie pocieszyłem - dostaliśmy zawiadomienie o eksmisji. Mamy czas na wyniesienie się do 14 października. To wypada we wtorek, więc muszę coś znaleźć na 10-11-12 października, czyli w weekend. Szkoda, bo fajne miejsce, czuję się tu swobodnie. No ale trudno, życie idzie dalej. Nie mam internetu, czasami tylko Maya udostępni mi swojego hot spota. Dziś wyskoczyłem do pubu, podłączyłem się do wifi, wypiłem dwa Guinessy, wysłałem sporo maili w sprawie mieszkania, czatowałem z Petią. Przyjeżdża tydzień po planowanej eksmisji, tak że muszę coś znaleźć.
   8. Lubię te nasze czaty. Ma to swój urok. Daleko od codzienności, trywialności i nudy. Ponad tysiąc kilometrów to dobra przyprawa dla uczuć. Ja tutaj próbuję nam uwić gniazdo, ona tam ciuła jakieś korony, żeby dołożyć się do czynszu, czasami zobaczymy się na skypie, czasami email, sms.
   4. Ostatnio pobolewają mnie dziąsła, czasami zdaje mi się, że nawet cała szczęka. Nie wiem od czego.
   12. Ranek miałem ciężki emocjonalnie. Niby piątek, tylko trzy godziny w pracy, później weekend, ale nie potrafiłem się tym cieszyć. Wewnętrzne rozdrażnienie, wyobcowanie, wrażenie, że nigdzie nie należę, że ten świat, życie, osoby tu spotykane to tylko sen. Do tego sen o Tani, który wzbudził tęsknotę i żal. I jeszcze uświadomienie sobie odpowiedzialności, jaką na siebie biorę. Petia to krucha dziewczyna, dostała w kość od życia, muszę uważać, żeby jej nie zranić. Ale pod wieczór zeszło ze mnie. Rozmowa z Petią trochę pomogła, Guiness, wielka porcja frytek.
   13. Nie czytam nic ostatnio. Wciągnięty jestem w Star Treka. A resztę czasu wkuwam Czeski. Lubię się uczyć języków. Dziś powtarzałem nazwy miesięcy. Nie jest łatwo. Słowacy używają nazw podobnych do angielskiego (januárafebruára, marec, etc). Natomiast Czesi mają, tak jak Polacy, swoje własne słowiańskie nazwy, niektóre podobne do polskich, ale może to być mylące. Np. czeski květen, to tak naprawdę maj, a července to lipiec. Do tego dochodzą niezłe łamacze języka, jak np: březen, září, říjen. Ale lubię.
   27. Taka myśl mnie naszła w autobusie wczoraj rano: Life is just an endeavour to give sense and meaning to the cold randomness of the Universe. And now - does that acquired sense and meaning has objective, transcendental value, or it has only a purely subjective value - in other words it is just a strategy to cope with impersonal, material, bereft of deeper meaning Cosmos? Personally I believe, there is a deeper, loving sense, underlining everything. We are sentient beings covered by sensless matter. Our harmony and sense seeking propensity is actually inherited, natural quality of loving spark of transcendental consciousness - us, who tries to break free. Maybe "I believe" is a too strong statement. "I desperately hope" would be more accurate. 
   108. Z nocnego czatu:





Marta bazgroł





















Marta-koleżanka-smutek-wakacje-Paryż-samotność-Litwa-siostrzanie-poszukiwanie-chudzina

Sunday, 21 September 2014

Domek na Forest Hill

   Padnięty już jestem, leżę w śpiworze, ale podsumuję na szybko weekend.
   No więc mieszkam w nowym miejscu. Bardzo fajny skłot. Mamy cały dom na Forest Hill, świetna dzielnica. Sami Polacy na razie, choć niedługo dojeżdża jedna Ukrainka, no i Petra też wkrótce będzie. Jestem zadowolony. Dziś jeździłem cały dzień na rowerze po Londynie i cieszyłem się wewnętrzną wdzięcznością. No bo jeszcze parę tygodni temu byłem praktycznie bezdomny, bez grosza, bez dziewczyny, a nagle mam dom (za darmo!:) ze spoko ludźmi, zacząłem pracę, a niedługo dołącza do mnie kochająca dziewczyna.
   Poniżej kilka zdjęć.
 







Thursday, 18 September 2014

Prawie weekend, alienacja, przeczekanie

 
Czwartek wreszcie. Jutro tylko trzy godziny w pracy i weekend!
   Jutro wieczorem jadę do Brixton. Emma, znajoma Tomasa, której powiedział, że szukam miejsca, skontaktowała mnie z jakimś skłotem, który już jest tam sześć lat. Właśnie szukają pary, żeby się dołączyła. Z jednej strony niekoniecznie chce mi się mieszkać na skłocie, ale gdy pomyślę, ile kasy udałoby się odłożyć, gdyby nie trzeba było płacić czynszu... Mógłbym spłacić długi, odłożyć na święta, na wakacje, na akordeon. Nie trzeba by się było zarzynać. Poza tym dziesięć minut na rowerze od mojej pracy. Jutro sprawdzę, jakie są warunki mieszkaniowe i towarzystwo. Nie mogę Petry sprowadzić na jakąś melinę.
   Nudy trochę. Praca-skłot-praca. Nie mam tutaj bliskich przyjaciół. Ileż można oglądać Star Treka i ćwiczyć skale? Wynajduję sobie mniej i bardziej twórcze zajęcia, ale bez interakcji z innymi, to trochę jałowe. Ale lepsze to, niż nic nie robienie i się użalanie. Coś przynajmniej z tego zostanie – umiejętność grania na melodyce, czeski język, rysunki, wpisy w dzienniku, odłożona kasa. Momenty zastoju staram się zwykle wykorzystać na naukę nowych rzeczy. Później, kiedy życie znów ruszy, dobrze jest mieć dostęp do nowych skillsów:)
   Sprawdziłem konto dziś rano i okazało się, że nie mam ani na piwo. Na szczęście jutro pierwsza wypłata. Odłożę większość i zostawię jakąś dwudziestkę na przeżycie tego tygodnia.
   Kosmitę narysowałem w pracy. Nazwałem go „Alienacja”. Kiedy nie mam towarzystwa ludzi podobnie myślących i czujących, czasami czuję się, jak na innej planecie.

Wednesday, 17 September 2014

Migrena i kto zrozumie to wszystko?

 




















Ból głowy mnie dopadł, leżę w łóżku. Łupie tak bardzo, że prawie nic nie widzę. Do tego smutek. Żal mi strasznie Tani, myślę o tym jak ją zraniłem. Petii też mi żal. Płakałem dziś z tego wszystkiego. Radhika widziała w jakim jestem stanie. Naparzyła mi ziółek. Później zrobiła kameralny bhajan u siebie w pokoju. Siedziałem słuchając intonowania i smarkałem w rękaw. Przytuliła mnie na koniec swoimi kośćmi, chudzina.
   - Co się dzieje? – spytała.
   - Czasami czuję jej stronę. Jak to musiało być, zostać zdradzonym przez najbliższą osobę, której się zupełnie ufa – wydukałem przez łzy.
   Nie wiedziała co powiedzieć, przytuliła mnie więc mocniej.
   Petii też się pożaliłem. Odpisała „Nie bądź smutny. Jesteś dobrym chłopcem, o dobrym sercu. Tania to wie i ja też.”
   Wiem, że Tania wybaczyła, że jest dobrze. Tylko czasami sam sobie nie potrafię wybaczyć.
   Ale lepiej mi się zrobiło po tym wszystkim. Modlitwa też pomaga.
   Mocne jest to wszystko, potężne doświadczenie. Uświadomienie sobie własnej ułomności, lekcja pokory. W tym wszystkim chodzi o nauczenie się miłości. Im miłość większa, bez ego, nieograniczona, bezinteresowna, tym człowiek pełniejszy, harmonijny. Ale w sumie nic nie wiem. Czasami myślę, że wiem, a czasami czuję, że nic nie wiadomo, nic się nie da wiedzieć, wszyscy jesteśmy ślepcami, próbujemy to wszystko zrozumieć, ale błądzimy po omacku. Coraz bardziej wierzę, że głową tego się nie zrozumie. Tylko sercem, oddaniem i pokorą.
   Tak, że wieczór trochę ciężki. Ale tabletka na ból głowy zaczęła działać, Nohavica pociesza, jeszcze tylko dwa dni do końca tygodnia pracy. Dziś rano ćwiczyłem. Wypaliłem tylko jedną fajkę. Żadnego alkoholu, nawet piwa. Jutro będzie lepiej.
   Plasterek oscypka przed snem:)

Sunday, 14 September 2014

O oddaniu się





















Już wieczór, zaraz wczołgam się do śpiwora i odpłynę. Na korytarzu słychać kilka ściszonych głosów. Dla mieszkańców skłotu to wczesna pora. Zostało jeszcze parę rozmów, jointów, może jam session albo bhajan, zanim popadają do łóżek nad ranem.
   Ja dziś jestem nieprzysiadalny. Cały dzień spędziłem samotnie. Część w pokoju, oglądając Star Treka, ćwicząc skale na melodyce, część na świetlicy, przy internecie. Trochę boli mnie obtarty łokieć i kolano (upadłem wczoraj wieczorem na pysk. Im człowiek starszy, to chyba głupszy:). I do tego porysowałem sobie okulary.
   Jestem zmęczony, czuję niepokój i tęsknotę, ale równocześnie jestem szczęśliwy. Coś mnie wypełnia: poczucie harmonii, ważności tego doświadczenia, miłości, ruchu i jeszcze wiele innych rzeczy, które nie potrafię do końca nazwać. Czuję się samotny, tutaj, wśród obcych ludzi, w Londynie, gdzie nikt nie wie, kim tak naprawdę jestem, co się dzieje w środku, ale jednocześnie czuję bliskość drugiej osoby, choć jest tak daleko. Nie tylko mojej księżniczki, ale też Tani i kilku innych dusz, które są dobrze życzącymi przyjaciółmi, obserwującymi z sympatią, nie próbując nic zmieniać, doceniając wyjątkowość każdej ścieżki. Tak już mam, że sam nie oceniam innych i jeśli ktoś próbuje ocenić mnie, czy zmienić, to duży minus ma ta osoba. Osobiste doświadczenie jest zbyt indywidualne i unikalne, żeby ktokolwiek był w stanie dać komuś sensowną radę o czymkolwiek.
   Słucham Redhotsów, zęby już wyszorowane, pranie rozwieszone, narysowałem przed snem nowy obrazek i przypadkiem odkryłem ciekawą technikę na Photoshopie (w kolorach fali). Obrazek o oddaniu się, ufności wbrew logice, przekraczaniu naturalnej samotności i niemożności kontrolowania życia (i uczeniu się jak właśnie w tym braku kontroli znaleźć szczęście). Wypaliłem tylko trzy fajki dzisiaj. Jutro nie wezmę tytoniu do pracy, żeby nie kusił. Zapalę tylko po obiedzie i jeszcze może jednego, bez powodu.
   To tyle na dziś. Dobranoc.

Lekki kac, sto smsów i placki ziemniaczane

 Niedzielny, drewniany dzień, na kacu:) Wczoraj wieczorem mieliśmy małą imprezę na skłocie i trochę się wymsknęło spod kontroli. Obiecuję nad sobą pracować bardziej:)
   Dużo smsowaliśmy z Petią dzisiaj. Próbowałem ją nacisnąć, żeby przyjechała wcześniej. Nie da jednak rady, zobowiązania jej nie pozwolą. Dwa miesiące oddzielnie, to spora próba dla naszego związku, mam nadzieję, że ją przejdziemy. No i też spora próba dla mojej cierpliwości. Zawsze miałem z tym problem.
   Udało mi się ściągnąć dziś cały czwarty sezon Star Treka, co jest sukcesem przy tym chwiejnym internecie. Na obiad dziewczyny zrobiły placki ziemniaczane (litewska wersja trochę inna od polskiej). I chyba tyle na dzisiaj.

Saturday, 13 September 2014

Zakląć rzeczywistość

   Dziś rano znów pojechaliśmy całą paczką na targ warzywny w Vauxhall. Niesamowita sprawa - ogromny plac pełen hurtowni, a przed każdą tony warzyw i owoców, które mają być wyrzucone, bo nie są pierwszej już świeżości. Ziemniaki, cukinie, kalafiory, śliwki, jabłka, winogrona, szpinak, banany, awokado, seler, okra, kapusta, jarmuż, długo by wymieniać. Darmowy raj:) Trzeba tylko uważać na ochronę, bo przeganiają, ale póki co nikt nas nie napastował. Zaraz po powrocie część skłotu zajęła się myciem wszystkiego, a ja od razu wziąłem się za gotowanie. Pieczone warzywka i sos ze świeżej mięty, palce lizać.
   Nie udało mi się przetrwać trzeciego dnia bez palenia. Brakuje motywacji. Na razie ograniczę do minimum i spróbuję niedługo jeszcze raz. Odkąd załataliśmy nasze problemy z Petią, nie palę przynajmniej łańcuchowo, jestem spokojniejszy.
   Wczoraj zmieniłem status na facebooku na "w związku". Potrzebowałem takiego ruchu. Wcześniej ciągle się wahałem, co było chyba głównym powodem naszych zgrzytów z Petią. Czuję, że teraz chciałbym mocniej się zadedykować. Nie byłem do końca fair wobec niej, utknięty w połowie drogi. Tak się dziewczyn nie traktuje:)
   Tania w Kalkucie. Bardzo zbliżyła się z córką Bhrigu (jej chłopaka). Nie mamy okazji dużo się komunikować. Mam nadzieję, że wszystko jej tam wyjdzie. Wspieram się na odległość ile możemy.
   Poniżej stary obrazek, narysowany jeszcze w Kopenhadze, gdzie byłem zmuszony skippingować. Wtedy jednak nie podobało mi się za bardzo. Byłem świeżo po załamaniu nerwowym, nerwy w strzępach, męczyłem się. Próbowałem jednak śmiać się z tego:) Myślę, że to taki sposób na zaklęcie rzeczywistości.

Thursday, 11 September 2014

Lista króciutka oraz Petia ponownie

 
Żałuję trochę, że ten blog nie może być zupełnie anonimowym dziennikiem, odwiedzają mnie tutaj znajomi, których znam w realu, z drugiej strony mam jeszcze papierowy dziennik, w stu procentach nieocenzurowany, więc tutaj mogę zawsze zostawić trochę niedopowiedzeń.
   Pomijając cały łańcuch przycznowo-skutkowy, który do tego doprowadził, Petia zgodziła się spróbować jeszcze raz. Po naszych burzliwych perypetiach, mam dla niej dużo podziwu, że zdecydowała się na jeszcze jedno podejście. Trochę to jednak potrwa. Ma zobowiązania wobec rodziny i pracy. Powinno się udać do końca października. Będę miał wtedy już podwójny pokój, kiedy wróci z Czech.
   Tania zaczęła nowe życie, z nową miłością. Nie chcę więc wisieć na jej wspomnieniu, jak opętany żałobnik:) Jesteśmy bliskimi przyjaciółmi, to już zostanie na zawsze. Z Petią mamy trochę problemów i niezgodności, ale z drugiej strony mamy też dużo rzeczy, które nas łączą, i które nie pozwalają nam się od siebie oderwać, choć próbowaliśmy nie wiem ile już razy.

   Lista króciutka:

   1. Prawie koniec pierwszego tygodnia pracy w tym roku szkolnym! Jutro tylko trzy godziny i fajrant. Cieszę się, że ten aspekt jest rozwiązany. Wiadomo, że czasami się nie chce, jak to w pracy – nikt nie lubi sprzedawać swojego czasu. Na szczęście rekompensują to inne rzeczy – satysfakcja z robienia czegoś pożytecznego i dobrego, zarobki większe od minimum, szacunek społeczny.

   2. Wczoraj po powrocie z pracy trafiłem akurat na małą wystawę obrazów Laury. Młodej litewskiej artystki z naszego skłotu. Zorganizowała z przyjaciółmi mały wernisaż w jednym z pokojów. Fajnie im to wyszło. Mnóstwo świec, wino, dobre sery, świetna muzyka. Choć miałem nie palić, to poddałem się świątecznej, beztroskiej atmosferze i wmieszałem się w tłum z nieodłącznym papierosem i lampką wina, rozmawiając ze wszystkimi. Najdłużej z Marco. Portugalczyk, młody chłopak, przyjechał do Londynu tylko na kilka dni, żeby wziąć udział w konkursie o grant, jako perkusista. Dziś rano miał przesłuchanie.

   3. Kolejne podejście do niepalenia. Grunt to nie przestawać próbować. Cały dzień bez fajki. Od jutra poranna gimnastyka. Teraz, kiedy chmury trochę się rozwiały, mój instynkt autodestrukcyjny osłabł z lekka:) Myślę, że muszę popracować trochę nad samodyscypliną. Przez długi czas byłem zbyt surowy dla siebie. Później odreagowałem w ten sposób, że postanowiłem nie walczyć z niczym, w ten sposób zaprzyjaźniając się z całością mnie, a nie tylko z ideałem osobowościowym. Myślę, że teraz byłoby dobrze znaleźć wewnętrzną siłę w zrównoważonej samodyscyplinie. Choć mi się nie chce za bardzo. Więc krok po kroku, naturalnie. Bitwa z fajkami wystarczy mi na ten czas.



Tuesday, 9 September 2014

Lista melancholijna






Lista melancholijna (a która nie jest:)

   1. Powyżej ostatnie obrazki z dziennika, z serii "Petia":) Tęsknię za tą małą czeską blondyną.
   2. Po wakacjach z powrotem w pracy. Wczoraj i dzisiaj ogarnialiśmy szkołę, jutro będą już dzieciaki. Trochę się cieszę. Dobrze być z powrotem w pracy, którą się lubi.
   3. Rozmawiałem dziś rano przez telefon z Petią. Spytałem, czy chciałaby spróbować jeszcze raz. Nie chciałaby. Znalazła już pracę, jest szczęśliwa z rodziną. Tak, że kaniec filma.
   4. Wczoraj wieczorem na skłocie było cotygodniowe zebranie. Spytałem czy mogę zostać tu jeszcze miesiąc. Pozwoliłoby mi to uzbierać dosyć kasy, żeby wynająć jakiś skromny pokoik. Zgodzili się.
   5. Pracuję nad nową piosenką. Nie jestem jej do końca pewny. Napisałem ją i ułożyłem muzykę przy sporym wewnętrznym cierpieniu i nie wiem, czy chcę to dzielić z ludźmi. Z drugiej strony, co mi tam. To moja twórczość, nie mogę się jej wstydzić, czy cenzurować. Teraz pracuję, więc mam mniej czasu, ale powinienem się wyrobić do końca tygodnia. Tadas obiecał, że dogra kilka instrumentów. To świetny muzyk.
   6. Palę za dużo. Szczerze mówiąc to kopcę jak lokomotywa. Oprócz tego apetyt mi zniknął. Dziś wmusiłem w siebie falafela i garstkę winogron. Wczoraj nawet nie pamiętam, czy jadłem. Chyba jakiegoś owoca.
   7. Dziś po pracy wyszorowałem wszystkie kible na skłocie:) Skoro mogę zostać jeszcze miesiąc, chcę się poudzielać:)
   8. Smutek, smutek, smutek.
   9. Mama obiecała przysłać oscypka z Polski:)

Saturday, 6 September 2014

Lista niewiadomojakaalejestwporządkumimowszystko













   1. Wczoraj spacer z Tomasem po Peckham, w poszukiwaniu pustostanu do zaskłotowania. Rozmowy na najróżniejsze tematy, od marksizmu do miłości. Na koniec usiedliśmy w parku i napili się piwa. Później na lekkim rauszu powrót rowerem do Streatham.
   2. Po alkoholu człowiek głupi. Wysłałem niepotrzebnego maila do Petii. Dziś rano odkręcałem, żartując się, że przed spożyciem alkoholu będę chował przed sobą telefon i komputer. Ciężko mi się od niej odciąć, a muszę. Ta epoka już się skończyła.
   3. Wieczorem skłot pełen ludzi. Pojawiły się nowe osoby, tzn. rezydenci, którzy wrócili z wakacji. Litwini. Imienia chłopaka nie pamiętam, dziewczyny to Wiktoria i Karolina. Karolina podoba jak dwie krople wody do najstarszej córki Lorda Granthama z Dawnton Abby, Wiktoria to wesoła, ładna, sympatyczna blondynka. Siedzieliśmy wszyscy do północy, śmiejąc się, tańcząc, paląc i pijąc.
   4. Rano lekki kac. Wziąłem prysznic, zrobiłem sobie herbaty i czytałem Terzaniego w ogrodzie. Później wyskoczyłem do sklepu po tytoń.
   5. Zostało mi ostatnie dziesięć funtów. Muszę gdzieś pożyczyć na życie. Od poniedziałku praca, ale zanim dostanę pierwszą wypłatę, trochę jeszcze minie. W sumie tutaj dużo nie wydaję. Gotujemy wspólnie, z warzyw i owoców nazbieranych za darmo na targu, plus drobiazgi, które każdy dokłada – jakiś ryż, kawałek soi, chleb. Jedzenie zawsze jest.
   6. Codziennie słucham Nohavicy. Jego nastrój to dobre tło dla tego momentu w mojej opowieści – rozdział o samotności i rozliczeniu.



Thursday, 4 September 2014

Skipping day 2 (zdjecia)




































Skipping day


 Fajnie się zaczął dzień. Spałem tylko jakieś pięć godzin. Zasiedzieliśmy się z Tadasem przy muzyce i joincie. Ale udało mi się wstać wcześnie. Całą grupą pojechaliśmy na rowerach do Vauxhall, na targ warzywny, na tzw. skipowanie (pochodzące z prastarego zwyczaju słowiańskich plemion zbierackich). Nazbieraliśmy chyba tonę warzyw, owoców i kwiatów. Objuczeni ruszyliśmy naszą karawaną z powrotem na skłot. Laura I Liapa szorują wszystko, a ja już się wziąłem za gotowanie. Warzywa się pieką, sałatka zrobiona, wszyscy czekają na wyżerkę.
   Cholera, nie chce mi się stąd odchodzić. Ciągle mam nadzieję, że uda mi się awansować z pozycji gościa na rezydenta.

* * *

   Już po jedzeniu. Wyszło pyszne. Wszyscy odlecieli. Codziennie gotuję coś dobrego dla wszystkich. Była halawa, pieczone ziemniaczki, kitri, zupa ogórkowa, dziś pieczone warzywa. Lubię gotować dla przyjaciół. Czuję się potrzebny.

* * *

   Po jedzeniu włączyliśmy cygańską muzykę i zaczęliśmy wszyscy tańczyć jak szaleni.

Tuesday, 2 September 2014

O naturze miłości

   Hey ho comrades
   Przejechałem dziś spory kawał drogi na rowerze. W sumie po nic konkretnego. Nie chciałem spędzić całego dnia na skłocie. Rano dowiedziałem się, że dziś są urodziny Radharani, pomyślałem więc, że pojadę do świątyni pomodlić się przed Nią. Wpadłem tylko na chwilę. Za dużo ludzi, żeby siedzieć dłużej, po pięciu minutach zamiast spokojnej medytacji, zaczynają mnie wkurzać hałaśliwi, aroganccy Hindusi. Pięć minut mi wystarczyło. Później wróciłem na skłot, ugotowałem dla wszystkich gar mojej popisowej halawy, nawet biedni weganie się nie oparli słodkim zapachom. Biorę na siebie ich mały grzech:)
   Myślałem dziś o naturze miłości. Jechałem przez Londyn i przyglądałem się dziewczynom, bawiąc się wyobrażaniem sobie, jaką bylibyśmy parą z tą, czy tamtą. Żadna nie wywarła na mnie większego wrażenia. Później myślałem o moich dwóch miłościach. Im dłużej jestem sam, tym bardziej idealizuję obydwie dziewczyny. Nie pamiętam o trywialności, tarciach, ranach. Przypominam sobie momenty, kiedy okazywały bezinteresowną dobroć, pamiętam śmiech, żarty, zadumane spacery, wesołą grę w karty, kosmiczny seks. Dochodzę do wniosku, że dla mnie ważny jest idealizm miłości. Dlatego moje małżeństwo wytrzymało tak długo – stworzyłem sobie fabułę doskonałej miłości, nie zwracając uwagi na skazy. Kiedy Petia wyjechała, to zacząłem za nią tęsknić równie mocno, jak za Tanią. Może ja nie tęsknię za nimi, tylko za samą miłością? Za idealną Ukochaną („idealną” nie w sensie doskonałości, ale przynależącą do świata idei).
   Jest w tym coś kojącego. Nie wiem, czy potrafię to dokładnie wytłumaczyć... Skoro tęsknię za idealną Ukochaną, to utrata tej czy innej osoby, nie jest tak naprawdę ostateczną utratą, a tylko transformacją mnie samego. Swój ideał zabieram ze sobą, nikt nie może mi go odebrać. W ten sposób tęsknota i utrata nie są ostateczne, ani trywialne („miał żonę, znalazł kochankę, kochankę też stracił, teraz ma za swoje”). Są idealne, przynależą do wymiaru uczuć, ducha, nie do materii z jej przyczynowo-skutkową niewolą, czy jeszcze gorzej – do osądu społecznej moralności.
   Ciekawe uczucie, coś nowego – spokój i jakiś rodzaj wewnętrznej pełni płynący z przekierowania tęsknoty za T i P, na niezidentyfikowany, nieokreślony, lecz jednocześnie wewnętrznie znajomy obiekt miłości.
 

Monday, 1 September 2014

Nieznane


 Dziś zdałem klucze od mieszkania na Vauxhall. Od trzech dni mieszkam na skłocie. Miłe miejsce, fajni ludzie, w większości Litwini, jest też Brazylijczyk, Kolumbijczyk, Estończyk, Angielka i Polka. Jeden z chłopaków, Hariyan, wyjechał na jakiś czas, na razie mogę zostać w jego pokoju. Ostatnie kilka nocy spałem w czymś w rodzaju korytarza/living roomu na podłodze. Lubię prywatność, więc cieszę się z nowego pokoju, choć ciągle nie wiem, jak długo będę mógł zostać. No i jest też łóżko, co mnie cieszy.
   Tania wyleciała dziś do Indii. Wysłała mi pożegnalnego smsa z lotniska. Odpisałem, żeby na siebie uważała. Śniło mi się dzisiaj, że na nią krzyczałem, zraniony, zły, że miłość może zgasnąć, o tak sobie, jak spadająca gwiazda. Obudziłem się smutny, trochę skacowany.
   Dziwnie tak istnieć, nie będąc dla nikogo najważniejszą osobą na świecie. Zapomniałem jak to jest. Próbuję znaleźć inną motywację dla codziennego życia, ale nie jest łatwo. Do tej pory zawsze kimś się opiekowałem, Tanią przez te wszystkie lata, później na krótko Petią. Teraz jestem sam. Ale staram trzymać się prosto. Biorę po prostu jeden dzień na raz i próbuję nie myśleć o dalszej przyszłości. Wszystko jest teraz nieznane.