Thursday, 27 August 2009

Tańcząc z lwem ponad chmurami



Tańcząc z lwem ponad chmurami
(sen)

Spaceruję pod lasem, za rzeką, na wzgórzu. Przyglądam się ośnieżonym świerkom, wdycham mroźne powietrze, spoglądam w dół, na prawie całkiem ukryty wśród lip i zarośli dom.
Nagle, bardzo blisko, kilkanaście metrów dalej widzę żubra. Potężne zwierzę przygląda mi się czujnie, przeżuwając wygrzebaną spod śniegu trawę. Czuję strach i w panice rozglądam się za drzewem, na którym mógłbym się schronić. Okazuje się, że wszystkie mają tak cienkie i giętkie gałęzie, że kiedy tylko na nie wchodzę, uginają się do samej ziemi. Coraz bardziej się boję, ale wreszcie jest! Dostrzegam potężne, solidne drzewo. Biegnę, oglądając się lękliwie na coraz groźniejszego żubra. Wspinam się z ulgą, ale... Co jest? Na gałęzi siedzi wielki tygrys i przygląda mi się łakomie. Zeskakuję i na ślepo biegnę w dół, chcąc jak najszybciej wrócić do domu. Przebiegam przez rzekę i wreszcie znajduję się w wiosce.

Coś jest nie tak. Wśród mieszkańców panuje poruszenie. Ludzie biegają, rozmawiają o czymś w podnieceniu, wszędzie stoją klatki z dzikimi zwierzętami, co minutę przyjeżdżają ciężarówki i dowożą nowe. Zatrzymuję sąsiada. Wyjaśnia mi, że nie wiadomo skąd, ale tego ranka w całej okolicy zaroiło się od dzikich zwierząt. Po pierwszym szoku wójt zorganizował akcję wyłapywania drapieżników. Ciekawe. Siadam z boku, na deskach i obserwuję zamieszanie.

Zaciekawia mnie jedna z klatek, dopiero co przywieziona. Podchodzę bliżej. W środku siedzi lew. Czuję do niego wielką sympatię, coraz bardziej ogrzewającą serce. W jakiś sposób wiem, że lew czuje to samo. Patrzymy sobie w oczy. Wiem, że za wszelką cenę muszę go uwolnić. Otwieram klatkę. Czuję niebezpieczeństwo, wiedząc, że chociaż lew czuje ze mną związek, to jednak pozostaję dzikim zwierzęciem. Ale co tam. Lew wychodzi niepewnie. Chcę go dotknąć. Odsuwa się i warczy. Wiem, że odbywa się w nim wewnętrzna walka. W porządku. Postanawiam nic nie wymuszać.
- Musimy uciekać – mówię cicho. Rozumie mnie. Cichaczem wymykamy się z wioski. Prowadzę go w stronę rzeki i później do góry, do lasu, niedaleko którego przechodziłem wcześniej.
Czuję się cudownie. Coraz bliżej zwierzęcia. Pomiędzy nami nawiązuje się coraz jaśniejsza nić przyjaźni i wspólnoty, duchowego pokrewieństwa. Po raz drugie zbieram się na odwagę. Dotykam go. Czuję pod palcami masę stalowych mięśni, gorącą krew pulsującą pod sierścią, słyszę jego ciężki oddech. Lew wzdryga się, ale nie zrzuca mojej dłoni. Wiem, że nic mi już nie grozi.

Przypominam sobie, że jest zima, wszędzie pełno śniegu, a ja nie mam butów. Moje bose stopy zanurzają się w mokrym śniegu, ale nie czuję zimna. Dziwi mnie to, ale może po prostu rozgrzałem się wchodzeniem pod górę?

Kiedy jesteśmy już pod samym lasem, okazuje się, że nie wolno nam tam wejść. Nie mam pojęcia dlaczego. W takim razie musimy zawrócić. Choć ciągle uciekamy, nie czujemy wcale strachu. Raczej podekscytowanie i radość z bycia razem. Atmosfera zabawy pochłania przestrzeń. Ciekawe jakby to było, zjeżdżać na stopach, jak na nartach? Spróbuję. Da się! Boże, jak cudownie! Sunę coraz szybciej, ciesząc się pędem, wolnością, przyjaźnią, slalomuję. Przyjemnie jest czuć śnieg przesuwający się pod stopami. Lew biegnie wielkimi susami tuż obok mnie, a kiedy nie może już nadążyć, przestaje biec i też zjeżdża na łapach. Szybciej! Braterstwo i wolność! Pełnia! Wiatr gwiżdże w uszach, zostawiam za sobą smugę śmiechu.

Dojeżdżamy do ostrego spadu. Niczym na skoczni, wyrzuca nas wysoko w powietrze. Zapiera mi dech w piersiach. Nie przestajemy się wznosić, pod stopami coraz szybciej umykają nam nieznaczne kwadraciki domów, placki lasów, cienkie nitki rzek. Wylatujemy ponad chmury. Po chwili one też są daleko w dole, jak miękki, biało-różowy puch. Obok mnie ciągle leci lew. Śmiejemy się, patrząc na siebie. Jesteśmy dziećmi.



Tuesday, 25 August 2009

Śmierć pod autobusem



(fragment opowiadania)

- Cześć Kartoflany Nosku! – zawołał z drugiej strony ulicy, machając ręką pełną polnych kwiatów. Na dźwięk jego głosu kilku przechodniów odwróciło głowy. „Skąd wytrzasnął polne kwiaty, w samym środku miasta?” – pomyślała, robiąc przesadnie zdziwioną minę, choć wiedziała, że z tej odległości, pewnie i tak nie zobaczy jej twarzy.
- Sam masz kartoflany nos, a do tego odstające uszy! – odkrzyknęła z udawanym gniewem i zaśmiała się głośno.
- Poczekaj aż cię dopadnę! – zawołał ciemnowłosy, szczupły chłopak, wchodząc na drogę. Ciągle wymachiwał bukietem kwiatów.

W filmach zwykle słychać w takim momencie histeryczny dźwięk klaksonu i głuchy odgłos ciała uderzającego o maskę. W tamten poniedziałek, wczesnym popołudniem, niedaleko skrzyżowania Piastowskiej i Reymonta, w jednym momencie biegł w jej stronę, a w następnej chwili, zamiast niego, to określone (i przecież wyraźnie zajęte!) miejsce w przestrzeni, zajmował autobus.

Zmierzał w jej stronę, z uśmiechem i bukietem kwiatów, a zaraz potem zamienił się w zabrudzony smarem i obklejony reklamami autobus. Poczuła, jakby nieskończony, wypełniony lodowatą próżnią Wszechświat nachylił się nagle nad jej ramieniem i parsknął śmiechem, prosto do ucha. Po kilku sekundach to uczucie trochę zelżało i teraz miała wrażenie, że biegnący z krzykiem ludzie, hamujące z piskiem samochody, histeryczny płacz starszej pani, która upuściła torbę z zakupami (kolor rozlewającego się po ulicy mleka z białego wkrótce przeszedł w różowy, a z różowego w szkarłatny), powtarzane przez staruszka, niczym mantra: „Jezus Maryja, Jezus Maryja”, oraz znajomy szyld kawiarni „Bajka”, w której zamierzali zjeść dziś drożdżówkę z serem – wszystko to było głupawym graffiti, wysprajowanym na coraz szybciej pędzącym pociągu, który z wyciem rozrywał powietrze. Pomyślała, że byłoby dobrze, gdyby przejeżdżające z przeraźliwym stukotem wagony nigdy się nie skończyły. W ten sposób mogłaby zastygnąć w tej chwili, niczym triasowy komar w bursztynie i w ten sposób uniknąć zdania sobie sprawy z tego, że jej narzeczony został właśnie zabity przez autobus.

- Wszystko z tobą w porządku? – zapytał zaniepokojony Michał, który właśnie przeszedł przez pasy. W ostatniej chwili, gdy już miała upaść, wypuścił kwiaty z ręki i chwycił ją za ramiona.
– Co się dzieje skarbku? Nie strasz mnie – powiedział, widząc jej bladość.
- Jezu, Michał... – wyszeptała. Przeraziło go to jeszcze bardziej. Małgosia oddychała głęboko, łapczywie łapiąc powietrze. Michał trzymał ją za dłonie, rozglądając się w panice za jakąś ławką, albo schodkiem, na którym mogliby przysiąść.
- Gosia, no mów kurwa co się dzieje! Potrzebujesz lekarza, czy co?!
Dziewczyna próbowała coś powiedzieć, ale w końcu tylko się rozpłakała. Objęła go mocno za szyję.
- Żyjesz, kochany, żyjesz... – zdołała wydusić. Michał zesztywniał i odsunął ją od siebie na długość ramienia.
- Gośka, co ty mówisz?
Popatrzyła trochę trzeźwiej, choć ciągle nie umiała powstrzymać łkania. Jej wielkie, brązowe oczy spoglądały na niego z mieszaniną ulgi i strachu. Michał odpowiedział badawczym wzrokiem, w którym po chwili pojawiło się zrozumienie i współczucie.
- Znowu? – zapytał, choć znał już odpowiedź. Przyciągnął dziewczynę do siebie. – Powiedz malutka, znowu?
Małgosia odpowiedziała:
- Znowu umarłeś, Michał.

Monday, 24 August 2009

Studnia mądrości



Tarotowe Poetriki - Studnia mądrości

Najpierw sądziłam,
że chciałeś uratować ją
z łapsk hołoty.
Waleczny rycerz
na białym koniu –
każdy by tak pomyślał.

Ale później dostrzegłam,
jak bardzo się różnicie –
czerwień a błękit,
pasja a mądrość,
świadomość a sen.
Wtedy zrozumiałam,
że jesteś porywaczem
i musiałam odejść
(uwierz, było mi ciężko).

Dziewczyn się nie porywa,
z dziewczynami się zaprzyjaźnia.
Jeśli chcesz zajrzeć do studni,
nie musisz wybierać z niej wody.
Po prostu zamykasz oczy
i skaczesz.

Po drugiej stronie
lśnią jasno gwiazdy,
kaczeńce nucą mądrości,
maratończycy leżą na piasku
i piją koktajle,
a śmiertelnie chorzy
tańczą, rozmawiając w przerwach
o Bhagavad-gicie.

Żeby zrozumieć,
musisz zatrzymać czas
i poprosić o rękę
Boginię Mądrości –
tak to się robi.
A nie porywać
od razu.



Sunday, 23 August 2009

Sny, Rosja i reinkarnacja



Tarotowe Poetriki -
Sny, Rosja i reinkarnacja


Śniłem kiedyś,
że byłem carskim oficerem.
Młodym, silnym,
ze starego rodu.
Pamiętam lśniące buty,
patriotyzm,
szerokie ramiona
i złocistą moc,
wpływającą we mnie
nitkami karmy.

Później eliksir przestał płynąć,
zużyłem całą gotówkę,
ściany teatru
nie kusiły już
blaskiem.
Tak skończył się jeden sen,
a zaczął nowy.

Szkocka chłopka
z opałem na plecach
zawołała do siostry:
„Uważaj na śliskie kamienie,
ostatniej nocy znów lało”
i chwyciła się za bolący krzyż.

Świat się zestarzał,
przyblakły porzeczki,
poszarzały klejnoty,
sczerniała krew
na zardzewiałych,
nie lśniących już klingach.

Czas do łóżka.
Reksio śpi w budzie,
Szuwarek w jeziorze,
zdjęcie Bruce Lee’go
na ścianie,
mama gasi światło,
„Dobranoc synku”.
Dobranoc...
i tonę w Bałtyku,
a dobra wróżka
szepce mi do ucha,
mantry dla umarłych.





Saturday, 22 August 2009

Kilka pierwszych dni – Groningen



Kartki z podróży 4

listopad, 2003, Groningen (Holandia)

Dziś pierwszy raz wychodzę z akordeonem na ulicę. Boję się jak cholera. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć mam nadzieję, że coś wpadnie. Wiem, że jeśli to zrobię i wszystko pójdzie dobrze, będzie to oznaczać, że jednak można spełniać swoje marzenia, nawet te najbardziej śmiałe. Kilka miesięcy temu wpadłem na to, żeby nauczyć się grać na akordeonie, później wymyśliłem, że możemy tak zjechać Europę, nie przejmując się szukaniem pracy, no i teraz, to co będzie dziś, okaże się sprawdzianem.

Za oknem trochę chmurno, ale jeszcze nie pada. Dni robią się coraz zimniejsze i mokre. Wczoraj na spacerze po mieście, trochę nam dolało. No ale grunt, że mamy na razie dach nad głową. Susann wydaje się cieszyć z naszego pobytu.

Wczoraj dostałem email od Paulo Coelho. Jakiś czas temu wysłałem mu krótki list z podziękowaniami za to co robi i na ile jego książki zmieniły moje życie. Odpisał, że jest bardzo wdzięczny za moje słowa i że opinie czytelników inspirują go do pisania. Pobłogosławił mnie, żeby miłość zawsze była moim przewodnikiem. Niby brzmi to new age’owsko, żeby nie powiedzieć babsko, ale ostatnio nastawiłem się na odkrywanie takich podstawowych prawd na nowo. Coelho jest w tym dobry. „Alchemik” jest prostą historią i na pewno nie jest arcydziełem literackim, a jednak jest w nim coś głębokiego. Jakby komuś udało się dotknąć podstawowych archetypów.

Napisała też Sita. Okradziono ją w Madrycie ze wszystkiego: z obrazów, dokumentów, kasy. Ciekawe co teraz zrobi, bidulka.



***

Zagrałem wczoraj. Na początku byłem straszliwie spięty. Na szczęście nie padało, ale było już dosyć zimno. Ulice zapełniły się popołudniowym tłumem, ludzie wracali do domów z pracy, robili zakupy, chowali dłonie w kieszeniach kurtek.

Znalazłem zachęcający róg ulicy, z dość szerokim chodnikiem, z gzymsem, na którym mogłem się oprzeć, ale i tak stałem tam bezczynnie przez chyba piętnaście minut, nie mogąc zdobyć się na odwagę. Wreszcie wygrzebałem mój mały akordeon z czarnej torby, tej potarganej, niedużej, w której normalnie trzymam ciuchy. Przed sobą położyłem małą, porcelanową miseczkę, którą znalazłem u nas w szafce. Później zwróciłem się twarzą do ściany, założyłem szelki akordeonu, zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i odwróciłem się z powrotem do świata. Drżały mi ręce i miałem kompletną pustkę w głowie, ale powoli zacząłem odzyskiwać spokój, aż wreszcie trema odeszła.

Ludzie byli mili, uśmiechali się i wydawali się nie dostrzegać, że jestem stuprocentowym amatorem. Wręcz przeciwnie – wszyscy rozpoznawali kawałki z „Amelii” i sporo osób zatrzymało się, żeby ze mną pogadać, wrzucić parę groszy. W jakieś czterdzieści minut wpadło około dziesięciu euro.

Teraz, kiedy wiem, że mogę utrzymać nas z grania, że możemy posmakować trochę wolności, poznać kawałek świata, poczułem ulgę. Bałem się, że nic z tego nie wyjdzie, a Bóg mi świadkiem, że skończyły mi się ostatnio pomysły. To było zagranie vabank.

Samo granie też sprawiło mi przyjemność. Było coś relaksującego i rozgrzewającego serce w takim obnażeniu się przed ludźmi – no tak, takie granie na ulicy, szczególnie kiedy ktoś nie jest wirtuozem, a jedynym jego atutem jest szczere pragnienie - jest jak obnażenie się. Pierwszy raz poczułem, że udało mi się wyrwać z anonimowości i zamiast małym, szarym elementem kolektywu, stałem się elementem spajającym, czymś co połączyło tych ludzi i mnie z nimi. Nie umiem tego do końca uchwycić. Chodzi o to, że porzucenie ego choć na chwilę, daje dużo radości.
Poza tym ludziom czegoś brakuje i może widzą to w grajku na ulicy, który nie musi się martwić o kredyty, pracę, podatki, samochód, itd.
No dobra, na razie.



***

Znalazłem jakąś spelunkę, niedaleko naszego mieszkania, na jednej z uliczek odchodzących od De Bazeelstraat. Małe szklanki. Półtora euro za takie mikroskopijne piwo? Muszę się oduczać przeliczać. Tutaj w „Europie” nic już tańsze nie będzie. Nie ma co się tak szczypać z kasą. Bóg zesłał, Bóg zabrał.

Zepsuł mi się dzisiaj nastrój. Nic konkretnego, po prostu dopadł mnie jakiś niepokój. Nawet nie niepokój, coś bardziej jak... nienasycenie, brak satysfakcji. Trochę dziwne, przecież wszystko wychodzi, idzie tak jak chcę, świat stoi otworem. Może brakuje mi relacji z ludźmi i czuję się samotny?

Podoba mi się w tej spelunie. Oryginalny klimat. Właściciel wygląda jakby popijał cały dzień, tak samo zresztą jak jego kolega. Może to nie jest bar, ale trafiłem do czyjegoś domu o otwartych drzwiach? Nie, to bar.

Kolega właściciela przyniósł mi piwo do stolika i ze szczerbatym uśmiechem zabłysnął polskim: „Na zdrowie!”, po czym dodał „Drink and forget brothetr, life sucks”. Mili są tu ludzie.

Ciekawy bar. Stary jak świat. Czarne, drewniane ściany, zapach starego drewna, stęchlizny i piwnego moczu, jak w starych, komunistycznych barach, które pamiętam z dzieciństwa i w sumie z wczesnej młodości też. Podłoga z desek lepi się trochę, w kątach stoją stare beczki, przerobione na stojaki na kwiaty, wielki telefon z lat czterdziestych na ściennej półeczce, na ścianach pożółkłe zdjęcia, pocztówki, a nawet czterdziestoletni plakat z korridy w Cordobie. Miejsce definitywnie pamięta czasy, kiedy Holandia nie była jeszcze przykładowym trybikiem w UE. Nowa Europa nie zniszczyła jeszcze tego miejsca i gdzieś w bocznych uliczkach, na przedmieściach, ciągle jeszcze można spotkać pozostałości starych czasów i nostalgicznych rozbitków, jak ci dwaj spijaczeni panowie. Chwytam klimat. Szklanka wprawdzie mała, ale właściciel baru podaje koledze szklankę piwa i pokazuje na mnie, mówiąc coś po holendersku. Mężczyzna kładzie szklankę przede mną. „On the house” – mówi i mruga zawadiacko. Dziękuję uchwycony za serce szczodrością gospodarza i podnoszę szklankę do góry, schylając głowę w geście podziękowania. Gospodarz macha ręką. „Daj spokój, nie ma za co” – mówi i zaczyna wycierać brudną ścierką szklanki.



Thursday, 20 August 2009

Irlandzkie marudzenia - Dublin



Kartki z podróży 3

2005, wiosna, Dublin

No to stało się. Złożyłem wymówienie. Nie czuję tej ulgi, jakiej oczekiwałem, ale to pewnie dlatego, że jeszcze jestem w szoku. W końcu nie minęło jeszcze nawet pół godziny od spotkania z Krwawą Mary. Cholera, niesprawiedliwe to wszystko. Kobieta tak się przyczepiła, że raczej nie miałem wyjścia. Codziennie wynajdywała nowy problem, codziennie musiałem znosić nowe ataki. Good bye Mary i twoja piekielna restauracjo... Nie chce mi się już o tym myśleć. Teraz muszę się raczej skupić na próbach zapomnienia tego kilkumiesięcznego koszmaru. Poza tym mogę spróbować dostrzec dobre strony. Wypaliłem trochę złej karmy, czuję się silniejszy (tak?), więcej doświadczeń. Kiedy wezwała mnie dziś na dywanik, była przygotowana na przynajmniej pół godziny „profesjonalnego” znęcania się nade mną. Aż miło było widzieć jej minę, kiedy powiedziałem, że odchodzę. Nici z jej wakacji w Szwajcarii. Bez głównego kucharza...

Znowu wolność. Znów się martwię, co będzie, czy znajdę robotę, czy sobie poradzę, czy nie zawiodę Tulasi... No ale trzeba iść do przodu. Dopóki nic nie znajdę, będę grał na ulicy, żeby było chociaż na jedzenie. Poradzimy sobie. Trzeba wreszcie wrócić do wiary w przyszłość, że coś tam czeka szczególnego, że to całe zamieszanie (życie) to tylko mały krok na ścieżce.
Ale i tak człowiekowi smutno, że jakby się nie starał, nic z tego nie wychodzi.

***

Ptak mnie wczoraj osrał, kiedy grałem na ulicy. Siedziałem w tym tunelu na Temple Bar, fajna akustyka, żebrzące, bezczelne, piegowate i ogniście rude matki z dziećmi zrobiły sobie przerwę, całe miejsce dla mnie, gra się jak złoto, aż tu nagle coś mokrego i ciężkiego chlapie mnie w głowę. Chwała Bogu, że miałem sporo papieru toaletowego. Ogólnie jednak było dobrze. Uzbierałem z dwadzieścia euro w godzinę. Później zjawił się Jamajka i swoim ciężkim, brazylijskim akcentem zaprosił mnie na jointa. Później spróbowaliśmy grać razem, ale definitywnie lepiej wychodzi mi gra solo.



Tulasi wychodzi właśnie na spacer. Sama i naburmuszona. Chodzi o to, że wczoraj nie wymasowałem jej bolącej nogi i teraz ostentacyjnie pokazuje mi, że sama daje sobie radę ze wszystkim i wcale mnie nie potrzebuje.

***

Nie mogłem już wysiedzieć w domu. Drugi tydzień bezrobocia. Zjadłem obiad i teraz siedzę na plaży. Puściłem parę kaczek, ale co to za przyjemność, skoro nie ma nikogo, kto by zawołał: „wow!”. Czuć zapach morza. Delikatnie, ale czuć. Może kiedy zrobi się wreszcie cieplej, będzie czuć bardziej? Kawałek ode mnie stoi dziewczyna i filmuje morze. Dziwiłem się, po co jej taki długi film o morzu, ale chyba też się zorientowała, że to nudne. Dała sobie spokój i poszła. Już znika za skałami. Trochę dalej widzę zmierzającą w moim kierunku matkę z dzieckiem... a może to tylko starsza siostra? Wygląda bardzo młodo. No ale w końcu to jest Irlandia. Matką zostaje się tu wcześnie.
To tyle jeśli chodzi o tłumy na plaży. Smętne to Bray. A może to ja? Podobno tylko nudni ludzie się nudzą. Stąd gdzie siedzę widać po prawej stronie tą górę z wielkim krzyżem, na którą ostatnio weszliśmy z Tulasi. Na morzu kilka żaglówek, a na horyzoncie znika prom, odpływający pewnie do Anglii. Podobno morze wycisza, posiedzę więc trochę dłużej.

***

Znowu sam. Cholernie mi ciężko, kiedy Tulasi idzie do pracy, a ja zostaję w domu. Teraz jest jeszcze w porządku; mam parę rzeczy do zrobienia – wyniosę śmieci, sprzątnę, pójdę na Internet, poszukam pracy, sprawdzę maila, forum, ale później? Czas tak się dłuży.

Przedwczoraj wylądowałem na pogotowiu. Zacząłem się dusić, aż w końcu zadzwoniliśmy na 999. Sąsiedzi mieli cyrk. Tulasi pojechała ze mną, trochę się naczekaliśmy, zrobili mi jakieś badania, prześwietlenia i nie byli do końca pewni co jest nie tak. Mogę mieć astmę. Dostałem inhalator na wypadek, gdyby atak się powtórzył.



Wczoraj spędziliśmy cały dzień razem. Poszliśmy na długi spacer, na „prawą stronę miasta” i okazało się, że są tam przepiękne tereny. Zielone góry, pastwiska, łąki. Kupiliśmy też los na loterię, za pieniądze, które znaleźliśmy na ulicy (każdy znaleziony drobniak trafia do słoika loteryjnego, gdzie wszystkie zebrane grosiki mają za zadanie skumulować dobrą fortunę). Niestety plan nie wypalił – jeśli wygralibyśmy 5000 euro, mieliśmy rzucić Irlandię i wyjechać do Włoch, na tą farmę, o której pisała Sita. Nauczyć się nowego języka, poznać nowych ludzi, tym razem z „cieplejszej” części Europy. Nie tak nam było pisane. Wycieczkę zakończyliśmy w barze nad morzem, przy piwku i ręcznie struganych frytkach z octem, do których dostaliśmy gratisowe surówki, w ramach przeprosin za bardzo długie czekanie. Później wieczorem oglądaliśmy filmy. Wszystkie mówiły o śmierci. A przecież dzień był fajny. Jakiś przekaz?

***

Kolejny dzień, z którym nie wiadomo co zrobić. To już chyba piąty tydzień bez pracy. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo zawieszony w bezczynności i marazmie. Błeee, nienawidzę tego. Niech już coś się stanie. Jakakolwiek zmiana, jakakolwiek praca. Cokolwiek. Poza tym mam też wyrzuty sumienia, że ona pracuje, a ja tylko wydaję pieniądze. Jak długo będzie jeszcze trwało to zawieszenie? Gdzie mam znaleźć spokój? Słucham Tryo, próbując schronić się w klimacie ich muzyki. Za bardzo jestem skoncentrowany na sobie, ale ciężko się wyłączyć, skoro większość czasu jestem sam ze sobą. Wstaję rano, zwykle nie jem śniadania, nie jestem głodny, wychodzę do Bray, kupuję z dwa pączki, jakiś sok, idę na Internet, odpowiadam na maile, wchodzę na jobs.ie oraz FAS, jeśli znajduję coś ciekawego, wysyłam CV, ale jak do tej pory nikt mnie (chlip) nie chce. Jak można nie chcieć takiego fajnego gościa? Ha, ha. Później kupuję sobie cydra i choć odwlekam ten moment tak bardzo, jak tylko się da, to wreszcie wracam do „domu”, a tam nie ma nic, do czego chciałoby się wrócić. Dom pusty, trzy kanały w telewizji raczej nie są w stanie odwrócić mojej uwagi od życia. Tak wygląda ostatnio mój żałosny rozkład dnia.



Słucham więc francuskiej muzyki i uciekam w marzenia. Wyobrażam sobie, że jestem razem z grupą artystów – podróżników, myśli płyną gładko i ostro, śpiewamy na ulicy, słowa same łączą się z muzyką, w jakimś poetyczno-anarchistycznym porywie, razem łatwiej jest nam znieść obojętność ludzi i bezsensowność świata. To tylko sen, ale próbuję zanurkować w nim tak głęboko, żeby nie musieć wdychać powietrza tego obojętnego, matematycznego wszechświata, który coraz mniej mi się podoba.

Żałuję, że moje życie nie zazębiło się na dłużej o teatr. Tylko ten rok, czy dwa w ogólniaku. Lubiłem to. Samo granie i jeszcze ta atmosfera wokół tego, ludzie. Jestem humanistą bez towarzystwa humanistów. To trochę jak życie bez powietrza. Wszyscy są praktyczni, patrzą w przyszłość, planują, wykupują trzeci filar... szkoda gadać. Tęsknię za latami dziewięćdziesiątymi. Nie wszyscy jeszcze byli tak doskonale pragmatyczni, jak teraz. Pamiętam naszą grupę teatralną. Dwurura, Funia, Zbychu (później został księdzem), Profesor Misiek... Wspólne wigilie, wyjazdy. Do dziś pamiętam jak dobierałem się do Dwurury, na co ona kopnęła mnie kolanem w miejsce, którego się kopać nie powinno. Później jednak była już o wiele przychylniejsza. Na jednym z wyjazdów, to był zdaje się przegląd teatrów amatorskich w Andrychowie, kiedy spaliśmy na sali gimnastycznej, Profesor Misiek rzucał w nas klapkami (nie wiem jak udało mu się trafić w tych egipskich ciemnościach), a rano wysłał do spowiedzi, po czym dobrodusznie wybaczył nam błędy młodości:). To były czasy. Ale i tak byłem zakochany w nie zwracającej na mnie uwagi Funi. Teraz kojarzę, że była brzydulą, ale mi zawsze podobały się dziwne dziewczyny. To od niej spróbowałem pierwszy raz w życiu marihuany, słuchając Doorsów.
Napiszę jeszcze wiersz i zdrzemnę się trochę...

TANIEC

Zbudźmy potwora!
Zbierzmy się przed jaskinią
i zanućmy sprośne piosenki
Zawyjmy jak wilki
i zbudźmy potwora

Ludzie śpią w swoich domach
a straceńcy nie śpią wcale-
całe ich życie to sen

Zbudźmy potwora
Ludzie zwijają się w kule
i pokrywają muszlami i naroślami
a straceńcy tańczą nago
odsłonięci
gotowi na przyjęcie ciosów
a ciosy od życia
są jak pchnięcia dłutem-
boski Rzeźbiarz
wybiera tylko żywą skałę

Zbudźmy potwora!
O zbudźmy go
zanućmy sprośne piosenki

Wiem, że którejś pochmurnej nocy
spotkamy się na wzgórzu
czekam zawsze niedaleko księżyca
i wypatruję twojej miotły...



Krakowski romans



Krakowski romans
(fragment tego samego opowiadania, z którego pochodzi "Wiedźma wygrała")

Małgosia odesłała Michała do domu. Chciała być sama. Choć byli razem już od roku, ciągle jeszcze mieszkali oddzielnie. To była jej decyzja, ale sama nie wiedziała dlaczego trzymała się jej tak bardzo. Byłoby miło poleżeć teraz razem, przytulić się i spróbować wspólnie znaleźć sens w wydarzeniach ostatnich tygodni. Zamiast tego siedziała samotnie, w cichym, zalanym popołudniowym słońcem pokoju, na poddaszu krakowskiej kamienicy, w samym prawie centrum (gdyby nie okazyjna cena i pieniądze za korepetycje z hiszpańskiego, nie byłaby w stanie pozwolić sobie na taki luksus) i próbowała choć trochę się wyciszyć, poszukać jakiegoś sensu w tym wszystkim, zracjonalizować doświadczenia z ostatnich kilkunastu dni.

Z Michałem poznali się prawie dokładnie rok wcześniej. Wiosna niezauważalnie przechodziła w lato, ciepła bryza poruszała delikatnie drzewami na Plantach, podekscytowani sesją końcową studenci pili wino w parku, a turyści napychali się obwarzankami i oscypkami, zapijając lodowatym piwem, podawanym w malowniczych, przytulnych barach.
Lubiła spacerować po Krakowie, ot tak, bez celu, z książką i dziennikiem w torbie, przechodzonym aparatem cyfrowym i łagodnymi, brązowymi oczami, którymi badała przechodniów, zawsze nastawiona na, jak sama mówiła, wyławianie ludzi ze swojego plemienia.
Czasami siadała na trawie, pod Wawelem, albo na Rynku, na jakiejś wolnej ławeczce, czy murku i pisała o tym jak pachną dorożki (oczywiście końmi!), co się jej śniło, że chciałaby być tutaj w latach dwudziestych i ciekawe, czy wtedy również mogłaby mieć na sobie tą samą białą sukienkę w czerwone i niebieskie secesyjne kwiaty, z dużym wycięciem na plecach, i czy byłaby w stanie stopić się w niej z tłumem.
Michał powiedział jej później, że wcale nie musiałaby wracać do lat dwudziestych, żeby wyróżniać się z tłumu. Nawet teraz, w dwudziestym pierwszym wieku, wyglądała jakby była nie z „teraz”. W ogóle nie było wiadomo skąd jest.

Pewnego dnia, spacerując po ciasnych uliczkach, weszła do jego zakurzonego antykwariatu w piwniczce. Czytał właśnie stary egzemplarz „Kronik Marsjańskich” Raya Bradburego, pozbawiony okładek i kilkunastu ostatnich stron. Wygrzebał go z pudła, które jakiś miłosierny samarytanin zostawił rankiem pod drzwiami jego sklepiku i nie wiedział nawet kiedy całkowicie zagubił się na uliczkach opuszczonych, tajemniczych i pięknych marsjańskich miast. Nie miał zbyt wielu klientów, kiedy więc usłyszał skrzypienie drzwi, z zainteresowaniem podniósł głowę z nad książki. Sklepik nie miał lady, tylko mały stolik na którym ledwo mieścił się komputer. Kasa fiskalna musiała zadowolić się miejscem na podłodze. Obłożona papierami i książkami oraz pokryta kurzem, z pewnością obudziłaby podejrzenia urzędu skarbowego, na szczęście jednak wydawało się, że urząd zapomniał o jego sklepiku. Do środka prowadziły dosyć strome schody i najpierw zawsze widział nogi klienta. Dzięki temu miał sekundę, albo dwie na ocenę sytuacji i przygotowanie indywidualnego podejścia do klienta. Inaczej należało podchodzić do zgrabnych, nastoletnich nóg, w spódniczce, a inaczej do dystyngowanych, w kantkę, albo w sztruksach obstrzępionych przy nogawkach.

Po kilku tygodniach, kiedy byli już parą, powiedział jej, że kiedy pierwszy raz weszła do jego sklepiku, ciężko było mu zaklasyfikować jej nogi. "Na pewno były zgrabne" -dodał szybko, widząc jej zmarszczone czoło), ale miały też w sobie coś poważnego, artystycznego, tajemniczego, pociągającego, ale i godnego czci. „To wszystko wyczytałeś z moich krzywych nóg?” – zaśmiała się, mile połechtana.

Więc nieznajoma dziewczyna weszła do sklepu i pokazała swoje nogi. Odłożył książkę i czekał na resztę zagadkowej postaci, zastanawiając się przez chwilę, czy być może nie zobaczy zaraz twarzy marsjańskiej księżniczki o złotych oczach. Zamiast tego, zobaczył Małgosię i tak to się wszystko zaczęło. Zupełnie jak w „Mistrzu i Małgorzacie”, która – jak się okazało – była ulubioną książką zarówno jego jak i jej.

Czasami to ona przychodziła do niego, do antykwariatu i grzebała godzinami po zakurzonych półkach, równocześnie rozmawiając z nim o Atlantydzie, Dostojewskim, snach, Tarocie, seksie, Bogu – przy tym temacie ścierali się ogniście; Michał był ironicznym agnostykiem, ona w pełni przekonaną teistką, ale nigdy nie pokłócili się na tyle, żeby coś się między nimi popsuło.
Innym razem, Michał zamykał swoją piwniczkę na cztery spusty i czekał na Małgosię pod szkołą, a później spacerowali godzinami po Krakowie, z zaskoczeniem odkrywając ciągle nowe zakątki, ulice i szalone sklepiki z dziwactwami.
Minęło wspólne lato, pełne wędrówek i spoconej miłości na dusznym poddaszu jej mieszkania, później złota – choć pod koniec szaro-deszczowa jesień, następnie mroźna zima (grzali się wtedy przy malutkiej farelce, w przytulnym półmroku jego sklepiku, delektując się zapachem kurzu, starego papieru i gorącej herbaty z malinowym sokiem).

Aż przyszła wiosna, która wszystko zmieniła.



Wednesday, 19 August 2009

Tarotowe poetriki - Czas



(Dzisiejszy pomysł - poezja inspirowana w całości Tarotem. Kilka, przypadkowo wybranych kart i próba uchwycenia obrazu, uczucia, czy myśli. Wsłuchując się w Anima Mundi. Spróbuję zrobić z tego coś, może nie regularnego, ale na pewno powracającego)

Tarotowe poetriki - Czas

Jedną twarz miała kamienną,
drugą, ludzką – ze słów i ciała.
Dumnie wsparta pod boki,
w dłoni trzymała aksamitną maskę.
Dlatego zostawiłem ją samą,
w słonecznikach
i usiadłem na brzegu rzeki,
obserwując niecierpliwie
przesypujące się ziarnka piasku.
Ciągle wydaje mi się,
że nie mam już czasu.









Wiedźma wygrała



(fragment opowiadania)

- Wiedźma wygrała – powiedział cicho Omawnakw, Pierzasta Chmura, patrząc w stronę czystego już nieba. Był poranek po tornadzie.
Siedział na trawie, obok zbutwiałego, pachnącego zgniłą korą i mchem pnia. Jego twarz zwrócona była na północ, w stronę miasta białych ludzi, które leżało dziesięć mil od rezerwatu. Obok niego stała stara kobieta. Choć z jej twarzy można było wyczytać podeszły wiek, ciągle potrafiła stać prosto i dumnie. Na imię było jej Awenasa, co znaczy Mój Dom.
Awenasa zbliżyła dłoń do ramienia starca, ale w ostatniej chwili zawahała się i odpowiednia chwila umknęła. Cofnęła rękę.
- Co z Ojcem Gwiazd? – zapytała z troską.
Omawnakw nie przestawał patrzeć w dal. Wiatr rozwiał mu po twarzy białe włosy. Wyglądały jak świeży śnieg okrywający pomarszczoną, brązową korę dębu. Westchnął. Tym razem Awenasa zebrała się na odwagę i położyła swoją dłoń na dłoni męża.
- Czy żyje? – spytała z pełnym napięcia oczekiwaniem.
Starzec nie odpowiedział. Siedział w milczeniu jeszcze przez chwilę, po czym chwycił się ramienia Awenasy.
- Pomóż mi wstać kobieto.

Awenasa pociągnęła go delikatnie w górę, aż stanął na nogi. Następnie zwinęła wytartą derkę ze skóry jelenia i powoli ruszyła za oddalającym się mężem. Ziemia ciągle była nabrzmiała wilgocią. Mokra trawa przyklejała się do mokasynów. Omawnakw szedł przodem, podpierając się kawałkiem kija. Jego żona, choć mogła iść o wiele szybciej, pokornie dreptała za nim. Kiedy zbliżyli się do pierwszych zabudowań wioski, Omawnakw wyrzucił kij i wyprostował z wysiłkiem plecy. Jego twarz pozostawała surowa i nieprzenikniona.
Szli przez ulicę, odpowiadając na ukłony jej mieszkańców, witających z szacunkiem swojego wodza. Kiedy stanęli wreszcie przed chatą, Omawnakw odwrócił się do żony.
- Bitwa trwała trzy lata i Wiedźma ją wygrała, ale Ojciec Gwiazd ciągle opiekuje się plemieniem Jicarilla – powiedział z dźwięczną dumą i przekonaniem, po czym zniknął w drzwiach domu.
Awenasa wspięła się na pierwszy stopień. Odwróciła głowę i spojrzała ze smutkiem w stronę niewidocznego Codell. Oczy miała pełne zwątpienia i łez.

Friday, 14 August 2009

Z okazji Bożego Narodzenia...



Janmasthami 2009

Dziś Janmasthami. Dzień urodzin Kryszny, czyli w pewnym sensie hinduistyczne Boże Narodzenie. Siedzę w pokoju hotelowym, gdzieś w Kornwalii, sam, słuchając starej muzyki elektronicznej (niech żyją lata dziewięćdziesiąte i Robert Miles!), wchodzę w refleksyjny nastrój. Jestem na koloniach z dziećmi. Dziś mam wolne, przed popołudniowym powrotem do domu, Mitchellem zajmuje się Hortensja. Chwała Bogu, bo przy śniadaniu widziałem, że dzieciak nie był w zbyt dobrym humorze i dostał ataku szału. Nie miałbym na to siły.

Janmasthami. Kiedyś obchodziłem ten dzień bardzo hucznie. Kilkaset osób w świątyni, dzikie tańce, śpiew, modlitwa, radość, uczty po których człowiek nie był w stanie podnieść się z podłogi, przyjaciele. Czasami miałem wrażenie, że naprawdę złapałem Pana Boga za nogi. Nie chodziło o bezpieczeństwo wynikające z przynależności do grupy – a przynajmniej nie tylko o to – ani nie o ucieczkę od świata pod skrzydła organizacji, co również jest częstą pułapką. Chodziło o radość płynącą z przekonania, że świat ma sens, że nie jest zlepkiem atomów, bezwładnie unoszących się w kosmosie, ani owocem durnego, niewyjaśnionego przypadku. Zrozumienie, że wszechświat jest doskonały. Nie w jakiś uporządkowany, matematyczny sposób. To byłaby ostatnia rzecz, jaka by mnie pociągała. Znalazłem wtedy spokój, ponieważ tak jak podejrzewałem chyba od samego początku, okazało się, że jest coś więcej poza tym materialnym światem, że istnieje osoba, która za tym stoi (a nic nie przeraża mnie bardziej, niż idea bezosobowego, bezcelowego wszechświata), że mogę teraz nie obejmować całego obrazu, ale on istnieje, namalowany boską dłonią. Zrozumiałem, że wszechświat nie tylko ma logiczny sens, ale również jest piękny, że jest owocem boskiej inspiracji, za którą nie stoją kosmiczne, nienaruszalne i zimne prawa, ale uczucia i sztuka. Tak rozumiem Boga – jako artystę o wielkim sercu.

Zrozumienie to przyszło z pogrążenia się w religii (a może pogrążyłem się w religii, ponieważ ta idea dojrzewała we mnie od dawna?). Z czasem jednak inna strona religii odepchnęła mnie od siebie. Przyszedłem po transcendentalne zrozumienie, nieograniczoną wolność i pełnię uczuć. Po pewnym czasie zaczęła przytłaczać mnie „ludzka” twarz religii – sztywność, instytucjonalizm, polityka, biurokracja. Stopniowo zacząłem się odsuwać od głównego nurtu, aż w końcu zostaliśmy sami – moja dobra małżonka i ja.

Myślę, że w pewnym sensie to dobrze – jesteśmy wolni w swoich wyborach i nie musimy się przejmować społeczną presją oraz instytucjonalnymi konfliktami. Zawsze byłem wolnym duchem.

Postanowiłem uczcić jakoś ten dzień. Oderwać myśli od zmartwień, przestać zastanawiać się, czy ten ból w piersi to owoc mojego, coraz częstszego popalania w ostatnich miesiącach, zapomnieć o pracy, pieniądzach, braku przyjaciół i emigracyjnej chandrze. Wrzuciłem na mp3jkę wykład Swamiego i po raz pierwszy od paru miesięcy spróbuję dać się porwać jego słowom. Chwycę się ich jak balonu i wzniosę się ponad chmury, oglądając z radością czyste niebo, wdychając mroźne, świeże powietrze i mając nadzieję, że zbyt szybko nie spadnę, przynajmniej dopóki nie nacieszę się wolnością i kontaktem z Pięknem.



Śniłem dziś o doktorze Housie... Free writing ma swoje prawa, z których najważniejsze jest – nie ma żadnych praw. Dlatego wejdźmy na doktora House’a. Lubię go. Cięty dowcip, pogarda dla społecznych i instytucjonalnych norm, niezależność, całkowita wierność sobie, bezkompromisowość. Z tego samego powodu, do dzisiaj, po półtorej dekadzie, ciągle jestem zakochany w Foxie Mulderze.

W swoim śnie należałem do diagnostycznej grupy House’a. Pamiętam jak staliśmy gdzieś na schodach, w wielkim budynku, sami i nagle House wyciągnął pistolet i zastrzelił Chase’a. Następnie powiedział mi, że mam go gdzieś zakopać. Czułem opór, ale równocześnie moja lojalność i podziw dla House’a nie pozwalały zachować mi się zgodnie z moim własnym osądem sytuacji. Bez protestu chwyciłem ciało Chase’a za nogi i zacząłem ciągnąć gdzieś, gdzie mógłbym go ukryć. Czułem się dziwnie – zaszokowany i przerażony (najbardziej tym, że zrozumiałem, że House jest nieobliczalny), ale równocześnie byłem zadowolony, że obdarzył mnie zaufaniem i że jestem teraz jego najbliższym współpracownikiem. Dziwaczne to było. Nie spodziewałbym się po sobie takiej reakcji.

W drugim śnie byłem podróżnikiem. Znajdowałem się w jakimś mieście, w Ameryce Południowej, w Andach (pamiętam wysokie góry). Od jakiegoś czasu podróżował ze mną pewien mężczyzna, myślę że w moim wieku. Coś mnie w nim niepokoiło, ale nie chciałem być niemiły i zostawić go. Kiedy znaleźliśmy się w tym mieście, miałem wizję przyszłości, w której zobaczyłem, że mój towarzysz jest częścią międzynarodowej organizacji, która chce przejąć władzę nad całym światem i żeby tego dokonać muszą dowiedzieć się, gdzie ukryłem pewien starożytny przedmiot, znaleziony przeze mnie w górach. Przerażony wizją, nie udało mi się zachować pozorów spokoju i w panice rzuciłem się do ucieczki, która trwała przez resztę snu – ścigała mnie cała organizacja, która miała swoje macki wszędzie, a ja uciekałem lepiej niż Jason Bourne, skacząc z budynku na budynek, z okna do okna, stojąc na palcach, na pięciocentymetrowych gzymsach, czy wtapiając się we wzór na zasłonach, jak kameleon. Dużo adrenaliny i strachu, ale ucieczka, moja sprawność i poczucie własnej ważności sprawiły mi przyjemność.

Nie będę pisał, że nasze życie (życia, jeśli ktoś wierzy w reinkarnację) jest jak taki sen. Już i tak mam problem z powtarzaniem truizmów. Wracając do Boga, to cieszę się, że jest w moim życiu. Może nie na tyle, ile bym chciał, nie tak jak kiedyś, ale jednak zawsze jest Go choć trochę. No i zawsze wiem, że kiedy już zmęczę się ucieczkami, gonitwami, zakopywaniem zwłok, wędrówkami po górskich bezdrożach, oddawaniem swojej duszy ideom, to będę mógł się do Niego odwrócić, otrzeć z czoła pot i odpocząć przez chwilę w Jego spokojnym, ciepłym towarzystwie, gdzie wszystko jest normalne i swojskie.

Życzę wszystkim Szczęśliwego Bożego Narodzenia. Hare Kryszna.







Sunday, 9 August 2009

Maszyna czasu - Bristol



Kartki z podróży 2

08.08.2009, Bristol

Postanowiłem się zgubić. Wsiadłem na rower, zatrzymałem się na kawę u Kristofa, a później spacerem minąłem Water Front, port, aż trafiłem na małą boczną uliczkę, gdzie skusił mnie ukryty, stary pub. Dawno nie polowałem na miejscowe, starożytne bary. W środku prawie pusto. Uśmiechnięty barman, jeden klient przy barze, drugi – zmarnowany, starszy facet, w szarej, poplamionej marynarce i kilkudniowej, siwej szczecinie na twarzy – wszyscy pogrążeni w oglądaniu na starym telewizorze meczu bilardowego. Zamówiłem Ale – najwyższy czas, żebym spróbował tego angielskiego „przysmaku”. Prawie tak samo niedobre jak Guiness, a może nawet gorsze. Przy połowie goryczy Guinessa, jest tak samo pozbawione gazu i ostrości, jak irlandzki trunek. Musiałem jednak spróbować – wpisuję to na listę podróżniczych „must do”, obok paelli i churrosów w Hiszpanii, czy duńskiego gluka.

Goście porzucili oglądanie telewizji i zaczęła się ożywiona rozmowa. Wydaje się, że ludzie ci się nie znają, ale nie przeszkadza im to w pogawędce. Dyskusja dotyczy kwestii tego, gdzie tak naprawdę znajduje się centrum Bristolu. Okazuje się, że wśród tubylców istnieje co do tego mała niezgodność. Kto powiedział, że centrum jest w centrum?! Dlaczego mamy się z tym zgodzić? Równie dobrze centrum mogłoby być tutaj, niedaleko, przy porcie. No ale co w takim razie zrobić z autobusami, na których jak byk stoi „city center”? W takim razie niech będzie.

Chce mi się papierosa. Od prawie tygodnia nie palę, ale siedząc w starym, angielskim pubie, sącząc gorzkie Ale, papieros wydaje się czymś nieodzownym. Walcz chłopie!

Anglia jest jedynym krajem, w którym trudno jest mi usiąść i po prostu cieszyć się byciem. W innych miejscach – w Danii, Holandii, Hiszpanii, czy nawet Irlandii potrafiłem bez problemu wczuć się w lokalną atmosferę, rozmarzyć się o miejscowej historii, czy podglądać ludzi i z ciekawością podsłuchiwać ich rozmowy. Tutaj jest inaczej. Może to nawet nie wina kraju. Może za dużo spędziłem tutaj czasu i zdałem sobie sprawę, że ciężko tu o niespodzianki, czy oryginalnych ludzi. Może sam siebie odciąłem, zablokowałem? Dlatego wstąpiłem do tego pubu. A nóż coś wyłowię z tej angielskiej, ciepłej zupy? Jak na razie wyłowiłem jednak tylko smak karmelu z pędzonego w pobliskim Bath, Ale.

Zniszczony pan w poplamionej marynarce (z pod której wystaje sweter, z pewnością za gorący na tę pogodę), przygląda mi się badawczo, zastanawiając się, co też tam skrobię. Zdał sobie sprawę, że to zauważyłem i zmieszany zaczął rozmowę z barmanem. Ciężko jest mi wyłowić słowa z ich ostrego, bristolskiego akcentu. Wybuchają rubasznym śmiechem, jeszcze kilka słów i znów cisza. Ciekawe, czy mają tutaj szachy?

Na tablicy za mną, białą kredą ktoś napisał wiersz. Jenny Joseph – 1932. Czy był to ktoś, kto lubił tutaj przychodzić? Czy tak po prostu, właściciel chciał wprowadzić trochę poezji do swojego przybytku?

„Kiedy będę stary, ubiorę się na fioletowo
i założę czerwony kapelusz,
w którym nie będzie mi do twarzy.
Wydam emeryturę na brandy
letnie rękawiczki
i satynowe sandały.”

Kończy mi się już moja szklanka piwa (przepraszam – Ale). Nie chce mi się jednak wychodzić na aż za bardzo znajomą ulicę. Nawet w domu nie udaje mi się wyciszyć tak bardzo, jak tutaj.
Czyżbym napisał wcześniej, że w telewizji leci bilard? Chodziło mi o krykieta.

Porozmawiałem z Johnem (nie spytałem o imię, ale niech będzie John). Opowiedział o Piotrze Borczewskim, z którym pracował w latach pięćdziesiątych. Piotr został tutaj po wojnie i pracował w hotelu. John spytał czy „Borczewski” da się przetłumaczyć na angielski. Chyba nie, choć „Borczewski” może pochodzić od „bór”. Więc Peter Forest? – zaśmiał się John.

Kiedy kupowałem drugą szklankę Ale, powiedziałem barmanowi, że to mój pierwszy raz. Z radością nalał mi w kilku szklankach próbki różnych odmian Ale, entuzjastycznie wyjaśniając różnicę w smaku, ostrości i mocy.

No dobra. Nie przychodzi mi do głowy już nic prozatorskiego. Kolej na poezję...

„Maszyna Czasu”

Za oknem maszyny czasu
mignął autobus – piętrowy
i dwa kabriolety
pełne ciemnych okularów,
tatuaży
i głośnej muzyki
hip-hop.

W maszynie brązowe słoje drewna
ściętego pewnie ze sto lat
przed Margaret Thatcher
albo jeszcze dawniej.

Nie ma obrazków świętych –
czarnobiałe zdjęcia
opowiadają historie
o dumnym panu
w rzeźnickim fartuchu,
konnych powozach
pełnych beczek z piwem
i brukowanych ulicach
zatłoczonych duchami i psami.

Moja koszulka jest zbyt niebieska
jak na wiktoriańskiego pisarza,
jestem więc robotnikiem z doków.
Zamieniłem korsarstwo
na uczciwą pracę.
Wczoraj widziałem murzyna,
a chińczyk chciał mnie oszukać
o dwa funty
w palarni opium.


Saturday, 8 August 2009

W starym barze - Kopenhaga



Kartki z podróży 1

17.10.2004, Kopenhaga

Znalazłem sobie bar. Wysiadłem z metra na Sobjerg i błądząc po ciasnych uliczkach znalazłem wreszcie stary pub, który przyciągnął mnie nieuchwytną atmosferą, wylewającą się przez szczelinę w drzwiach, razem z gęstym, papierosowym dymem.
Atmosfera antyczna, kontuar z ciemnego drewna, odrapane ściany, stara duńska muzyka i starzy ludzie. Trochę przypomina mi to mój ulubiony bar z Groningen, tylko, że ten tutaj jest bardziej kulturalny. No i raczej nikt nie postawi mi piwa. Panuje półmrok, powietrze nasiąknięte dymem, ściany koloru zielono-brązowego. Wisi na nich mnóstwo eksponatów – stary klakson samochodowy, gigantyczny termometr, talerze, okładki płyt, reprodukcje obrazów, a oprócz tego na każdym stoliku stoi lampka i mała świeczka.

Takie miejsca są dobre, żeby jakoś się zmobilizować. Do czego? Do świeżego postrzegania świata. Straciłem ostatnio wizję podróżnika. Przykryła mnie cała ta codzienna rutyna: praca, komputer, dom. Brrr – nie lubię być tak wciągnięty przez codzienność. Poza tym prawie nic nie piszę. Jedynie jakieś wyrywkowe wpisy w dzienniku. Muszę włóczyć się częściej. Częściej wychodzić z akordeonem na ulicę, częściej zmuszać się do pisania, spacerów. To powinno utrzymać mnie na fali. Muszę wynieść z tego czasu, który dostałem, tyle, ile się da.

W całym barze nie ma nikogo młodszego niż pięćdziesiąt lat. Wszyscy piją piwo i palą, tak że można by powiesić siekierę. Chyba też zapalę.

Czytałem dziś w sieci dzienniki Artura z lat osiemdziesiątych, kiedy mieszkał na farmie joginów, w Sudetach. Ciekawe rzeczy. Opisuje spartańskie warunki w jakich żyli i dziwnych ludzi, jacy tam mieszkali. Fragment o Robercie, który siłą woli potrafił wyłączyć światło, postawił mi włosy na karku.

Za każdym razem, kiedy ktoś wchodzi, zastanawiam się czy zjawi się ktoś młodszy, ale nie, to nie jest ten rodzaj baru. Teraz weszła kulawa pani, z zafarbowanymi na żółto włosami, około sześćdziesiątki. Nie wiem czyz kupić jeszcze jedno piwo, czy już iść. Rozpiera mnie energia, nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, szczególnie kiedy jestem sam. Lubię towarzystwo.

Cały dzień leje. To chyba normalne w Danii, a przynajmniej w tej części. Bez parasola ani rusz. Leje, mży i wieje.

Może i nie wyszedłem z mojej melancholii, ale widzę zmianę. Wreszcie jestem sam na sam ze swoimi myślami. po prostu siedzę, dumam i postrzegam, a nie tylko biorę bezmyślny udział. Chyba wezmę jednak to piwo... Wziąłem.

Czuję, że chciałbym pogadać, z którymś z tych samotnych ludzi, siedzących tutaj. Na przykład z tą starszą panią, która sączy sobie winko przy barze. Albo z tym panem naprzeciwko. Posłuchałbym z chęcią ich opowieści. No ale nie odważę się sam zagadać. Może nie mają ochoty na rozmowę? Może wyszedłbym na osła? Choć kiedy widzę ich spojrzenie, to myślę, że oni też by porozmawiali, ale tak samo jak ja, boją się pierwsi odezwać. Starszej pani upadła torebka i jej pasek zaplątał się w buty. Starownika pozbierała swoje rzeczy i chyba wychodzi... Nie. Wzięła jeszcze jeden kieliszek wina. Wypiła go jednym haustem, po czym bufetowa odprowadziła ją do drzwi i ucałowała na pożegnanie. Przyjaciółki. Teraz rozmawia z panem naprzeciwko. Opowiada mu coś o tej starszej pani, która wyszła. Podoba mi się tutaj. Rodzinnie.

No i wreszcie pan też sobie poszedł. Ukłonił mi się na pożegnanie, rozłożył ostrożnie parasol i wyszedł w deszcz.

No dobra. Dopalę jeszcze papieroska, wypiję ostatni łyk piwa i wracam do domu. Piwniczka czeka.


Friday, 7 August 2009

Jak się obudzić?



Jak się obudzić?

Znacie to uczucie, gdy rzeczywistość wymyka się wam z rąk i już nie jesteście pewni, czy nie znaleźliście się po prostu w złym śnie? Niestety, wszystkie próby obudzenia się spełzają na marne i jedyne co wam pozostaje, to bezsilnie czekać, aż czyjaś miłosierna dłoń, tam na jawie, poruszy waszym ramieniem i sprowadzi was z powrotem do normalnego, swojskiego świata.

Z pewnością mieliście takie chwile w życiu. Na przykład, gdy jako dziecko, rzuciliście kamieniem w pędzący samochód – sprawdzając tylko, czy w zderzeniu z pojazdem, kamień rozpryśnie się na kawałki – i kiedy samochód zatrzymał się z piskiem opon, wybiegł z niego rozwścieczony dorosły. Choć pędzicie ze wszystkich sił, klucząc pomiędzy budynkami, chowając się za drzewami, starając się z całym swoim sprytem zmylić pogoń, to coraz bardziej wściekły dorosły jest cały czas tuż za waszymi plecami. Ostatecznie chowacie się w zrujnowanym, od lat nieużywanym wychodku, cicho zamykacie drzwi, kulicie się w brudnym kącie i modlicie, żeby wasz prześladowca nie usłyszał panicznie głośnego rytmu waszego serca...

Coś z dorosłego życia? Umierający bliski. Przepocona pościel, brzęczący cicho telewizor, który ma stwarzać pozory normalności, równo ułożone pudełka i buteleczki z bezużytecznymi lekarstwami, zaraz obok, na nocnym stoliku, zapomniany, wymięty prospekt jakiegoś klubu książki („Nie, prosimy już nie dzwonić, on jest chory... Tak, jak poczuje się lepiej, na pewno oddzwoni...”). Bliska osoba wpatrzona nieruchomo w ścianę i już nawet nie próbujesz zagaić rozmowy, wiedząc, że nie ma sensu powtarzać, że naświetlania działają, skoro nie działają. Choć chciałbyś nawiązać kontakt, to zdajesz sobie sprawę, że pomiędzy wami ktoś postawił już wysoką, grubą ścianę, oddzielająca świat żywych od świata umarłych. Wychodzisz więc na zewnątrz, na słońce i rozglądając się dookoła, widząc codzienny, nie przejmujący się niczym świat, uświadamiasz sobie, że coś w środku ciebie głośno krzyczy.


Wednesday, 5 August 2009

Camino de Santiago 7




03.06.08.
Santo Domingo de la Calzada - Belorado

Pierwsza miejscowość do jakiej mamy zajść to Granon. Wyjście z miasta jest tragicznie oznaczone. Nie ma strzałek, są tylko muszle na drodze. Co jakiś czas pojawiają się znaki, a później jest chyba najgorsza droga dla pielgrzymów, jaką widzieliśmy, której prawie w ogóle nie widać, albo po prostu gdzieś źle skręciliśmy. To się dopiero okaże. Dochodzimy właśnie do jakiegoś miasteczka i mam nadzieję, że to jest właśnie Granon. Idzie się wzdłuż drogi i w pewnym momencie widać, że droga jest zmieniona. Jest tam jakiś wielki zakręt i ta droga jakby zabiera Camino i trzeba iść wzdłuż drogi. Mam podejrzenie, że być może ominęliśmy jakiś skręt dla pielgrzymów i idziemy teraz zwykłą drogą, no ale to się jeszcze zobaczy. Na razie sytuacja wygląda tak, że przed chwila zobaczyliśmy daleko za nami Garego i on gdzieś tam skręcił. Więc albo on się pomylił, albo my i coraz bardziej się skłaniam ku opinii, że to chyba my zawaliliśmy

****

Właśnie trafiliśmy na muszlę, obok niedokończonego mostu! Nie wiem co to oznacza…
- Hmm, co to może oznaczać? (Tulasi śmiejąc się ze mnie)
Wszystko zobaczymy. To musi być Granon, nie ma innej możliwości.
- To musi być Granon! To musi być Granon! (Tulasi przedrzeźniając mnie, płaczliwym głosem)
Ciekawi mnie teraz tylko jak dojdzie Gary. Akurat się tam zatrzymamy i coś zjemy to może akurat do nas dojdzie.
Ale dziwne to wszystko było.
- Miejmy tylko nadzieję, że to Granon. (Tulasi)
- No jeśli to nie jest Granon, to… weźmiemy taxi do Granon!
- No! W dupie to mam, nie będę dalej szła. (Tulasi)



No dobra, w każdym bądź razie spróbuje podsumować wczorajszy i dzisiejszy dzień: Santo Domingo de la Calzada miało super schronisko, w takim jeszcze nie byliśmy, za to obsługa okropna, nerwowa, z typowym, cholerycznym Hiszpanem jako hospitalero; pewnie za dużo pali i ma problemy z wątrobą. Jedzonko zrobiliśmy pyszne. Było spagetti. Wypiliśmy butelke wina. W sumie to dwie, bo jeszcze Patryk coś doniósł. Następnego dnia, przy wyjściu z miasta od początku mieliśmy wątpliwości, na każdym kroku, aż w końcu wylądowaliśmy nie wiadomo gdzie. Po drodze praktycznie nie było żadnych strzałek. Dopiero przy tym rozkopie na drodze pokazały się strzałki wskazujące w kierunku, w którym poszliśmy.

po wyjściu z Granon

Następna wioska to Redesilla del Camino (?) i dziś planujemy dojść do Belorado. Nastrój dzisiaj trochę opadł, chociaż pogoda zrobiła się fajna, wychodzi już słońce i może nawet dzisiaj będą upały, ale jakoś wszystko mnie denerwuje. Nawet Gary, którego humor bardzo lubię, działa mi dzisiaj na nerwy. Czuję, że chyba potrzebuję trochę ciszy, spokoju, no i czasu dla siebie, żeby spróbować wejść w refleksyjny nastrój. Zawsze kiedy wszystko zaczyna biec, pędzić, bez zatrzymywania się, czuję się w ten sposób. Spróbuję zostać z tyłu, porozmyślam.

później

Przed nami już nasz ostatni dzisiaj przystanek, czyli Belorado. Droga cały czas tragiczna, ciągnie się przy autostradzie, czasami jest zalana wodą i trzeba wchodzić na autostradę, co jest niebezpieczne, ponieważ Hiszpanie jeżdżą strasznie szybko. Na ile się da próbujemy przejść bokiem. Na razie tragedia. No i hałas. Mam nadzieję, że później będzie lepiej, chociaż Gary mówi, że są takie odcinki, że całe kilometry Camino będą się ciągnęły autostradą. Mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle. W Belorado są tylko dwa schroniska i w tym tańszym (nie wiem czy municipalnym, czy przyparafialnym) jest tylko 26 miejsc (czterdzieści kilka w wakacje), a w tym drugim sześćdziesiąt, ale to prywatne, tak że ciężko wyczuć jakie będą ceny. No ale nawet w prywatnym nie powinno być tak źle, przecież kiedy raz zatrzymaliśmy się w prywatnym zapłaciliśmy tylko siedem od osoby. Chyba przed samym Belorado posłucham sobie jeszcze trochę muzyki, żeby się trochę wyłączyć, odciąć od hałasu autostrady. Buen Camino.



już w Belorado

Jesteśmy już w wiosce. Zatrzymaliśmy się w miłym i malutkim schronisku przy kościele. Tak jak myśleliśmy tylko 26 miejsc, ale byliśmy pierwszymi osobami, więc nie mieliśmy problemu z miejscami. Przesoliła mi się zupa; kiedy ją soliłem przechylił mi się za bardzo woreczek z solą i wszystko wsypało się do garnka, ale Garemu smakowało; zeżarł chyba z cztery talerze. Do tego mieliśmy jeszcze avocado, karczochy, oliwki, wypiliśmy trochę wina, a teraz idziemy się przejść do centrum.

Tulasi boi się tutaj kościołów. W poprzednim do którego weszliśmy była straszna Matka Boska, wyglądała jak koszmar. Teraz wchodzimy do kościółka przy albergue. Drewniana podłoga. Bardzo fajny kościół. Nie wiem Tulasi dlaczego panikujesz. Drewniana, skrzypiąca podłoga, barokowy ołtarz, jasno, miło, widzę bardzo ładny posąg Jezusa, na którym wygląda bardzo smutno. Bardzo miła jest ta rzeźba Jezusa, zrobię zdjęcie. Natomiast Matka Boska jest jednak znowu straszna. Uciekam.



****

Czekamy na Garego. Mam nadzieję, że znajdziemy gdzieś internet. Akurat w naszym dzisiejszym schronisku nie ma komputera, a chciałbym wysłać jakiegoś szybkiego maila do domu.
Posiedzieliśmy dzisiaj z Garym trochę w ogrodzie, opowiedzieliśmy mu, jak zainteresowaliśmy się Kryszną, i jak wcześniej byłem punkiem. Gary opowiedział jak opuściła go żona, i zaczął interesować się buddyzmem, co pomogło mu przetrwać ciężkie chwile… O Gary! Próbowaliśmy cię znaleźć!
- Gdzie jest Tulasi? (Gary)
- W kościele.
- W kościele? (Gary)
- Mają tam bardzo piękną rzeźbę Jezusa.
- Mówisz, że to fajny kościół? (Gary)
- Lubię tutejszego Jezusa. Ale Maria, brrr...



Monday, 3 August 2009

Tornado



Pracuję obecnie nad opowiadaniem, z którego właśnie pochodzi ten fragment. Tekst jeszcze w powijakach, poza tym przerwany pracą nad historią o studni. Czekam na boską inspirację, która pozwoliłaby mi znów się za niego wziąć.

Tornado

Dwudziestego maja, 1918 roku, miasteczko Codell w stanie Kansas zostało nawiedzone przez tornado. Nie byłoby w tym nic dziwnego - w końcu tornado w Kansas nie jest jakimś szczególnym wydarzeniem - gdyby nie fakt, że dokładnie rok wcześniej (dwudziestego maja) huragan zniszczył to samo miejsce. Jeśli to wam nie wystarczy, to wiedzcie, że w na wiosnę 1916 roku (zgadnijcie, którego dnia), tornado również uderzyło w senne miasteczko. Dowcipnisie z okolicznych miejscowości do dzisiaj powiadają, że morał z tego jest taki, żeby tego dnia nie odwiedzać krewnych w Codell. Choć mówią to ze śmiechem, możecie być pewni, że większość z nich zakończy swoje sprawy w Codell dziewiętnastego maja i dopiero dwudziestego pierwszego można będzie znowu spotkać tam odwiedzających miasteczko farmerów, sklepikarzy, czy młodych mężczyzn wizytujących (ten jedyny dzień ze wstydem) swoje dziewczyny.

Dwudziesty maj, 1918, był jasnym i słonecznym dniem, choć trochę za zimnym, jak na tą porę roku. Po dwóch poprzednich tornadach miejscowi ludzie zdążyli już ochrzcić ten dzień Dniem Cyklonu. W całym Codell nie było prawdopodobnie nikogo, kto nie straciłaby choć jednego członka rodziny w dwóch poprzednich katastrofach.

Choć ponowny huragan zaprzeczałby wszelkim rachunkom prawdopodobieństwa, mieszkańcy Codell już od rana z niepokojem spoglądali na niebo. Wkrótce jednak, widząc że pozostaje ono przejrzyste, a powietrze spokojne, wszyscy (oprócz Apaczów w pobliskim rezerwacie) z ulgą zajęli się swoimi obowiązkami. Większość rodzin udała się na pola kukurydzy – główne źródło dochodu w tamtej części Kansas.

Około szóstej, Celesta Adams Glendening, wtedy dwudziestoczteroletnia dziewczyna zobaczyła, że z południowego zachodu zbliża się mała, przeraźliwie czarna chmura. Zaniepokojona krzyknęła do męża, wskazując na horyzont. George Adams Glendenning podniósł głowę i przez chwilę przyglądał się chłodnym, poważnym wzrokiem, rosnącej plamie na niebie.
- Zawołaj dzieci. Na dziś to już koniec pracy – powiedział z pozorną obojętnością i zaczął powoli zbierać narzędzia. Nie na tyle jednak powoli, żeby jego żona nie poczuła się nieswojo.
- Worden! Max! – zawołała drżącym głosem i w pośpiechu przyłączyła się do męża. Po pół godzinie byli już w domu, gdzie pod opieką Nancy Grant, nastoletniej córki sąsiadów, spał najmłodszy z Glendeningów, Alan. Nancy odetchnęła z ulgą, widząc powracających gospodarzy i pożegnała się z nimi w biegu, śpiesząc się do swojego domu (wtedy widzieli ją po raz ostatni).

Chmura zakrywała już cały horyzont. Celesta z napięciem podawała kolację, w coraz ciemniejszym pokoju. W końcu musiała zapalić świece. Wątły płomyk oświetlił kuchnie, w której szyby zaczynał uderzać coraz gęstszy deszcz. Dwaj chłopcy jedli w milczeniu, spoglądając w podekscytowaniu to na okno, to na siebie. Dopisywał im świetny humor i tylko obecność surowego ojca powstrzymywała ich od okazania jawnej wesołości. Coś się wreszcie działo w ich sennym Codell.
- Może powinniśmy schować się w jaskini? –spytała niepewnie żona. George pokręcił głową.
- Jeszcze nie. Ciągle może przejść bokiem. Nie ma się co śpieszyć.
Przez pozostałe sześćdziesiąt cztery lata jego życia, te słowa prześladowały go jak koszmar.

Po godzinie, deszcz, wiatr i grad, niczym przeraźliwie hałaśliwa armia, stworzył nieprzeniknioną ścianę, przez którą nie było nawet szans się przebić do oddalonej o niecałe dwadzieścia metrów jaskini.
Po następnych dziesięciu minutach masywny dach odleciał z hukiem w ciemność. Na parterze Celesta i George trzymali kurczowo trójkę swoich pociech, czekając w ciszy na ostatnie dla nich uderzenie huraganu.
Kolejny podmuch wiatru zmiótł cały dom. Piątka jego mieszkańców, ocalona nie wiadomo jakim cudem, ciągle stała na swoim miejscu, nie mogąc uwierzyć, że żyją. Następne, o wiele już słabsze uderzenie wiatru wyrwało z rąk matki, małego Alana. Nie było słychać żadnego dźwięku. Huragan zagłuszył rozpaczliwy krzyk dziewczyny i płacz niemowlęcia.
Zmiażdżone ciało jej synka znaleziono dopiero po trzech dniach, dwie mile od farmy.
W sumie zginęło dziesięć osób. Trójka dorosłych i siedmioro dzieci.


Camino de Santiago 6




02.06.08.
Najera – Santo Domingo de la Calzada

Wyszliśmy z Najery i zbliżamy się do pierwszej wioseczki po drodze, do… Azofry. Później Ciruena, no i później już Santo Domingo de la Calzada. Na razie idziemy sami. Dziś mamy do przejścia tylko 21 kilometrów. W porównaniu z wczorajszą trzydziestką wydaje się to bardzo łatwe. Pogoda… Jest szansa na słońce, ale równie dobrze może lać. Nie są to jakieś ciężkie, zwaliste chmury, ale ciężko wyczuć tutejszą pogodę. Jestem już głodny, ale mamy ze sobą śniadanie zebrane z resztek naszego prowiantu z wczoraj. Na razie idziemy sami. Kiedy wychodziliśmy to Gary jeszcze spał. Nate też. W sumie wydaję się, że spała jeszcze większość ludzi i wyszliśmy jako pierwsi z całego schroniska.

Najera raczej nam się nie podobała. Atmosfera była lumpiarska. Pełno było imigrantów… nie mam nic przeciwko imigrantom, ale to nic przyjemnego wyjść pod wieczór na ulicę i natykać się co i rusz na grupki marokańskich gówniarzy, którzy wyzywająco mierzą cię wzrokiem i rzucają jakieś słowne zaczepki.

Zastanawiamy się co tu dziś ugotować. Po ostatnich kilku dniach wszyscy czekają co ugotujemy i zaczynam czuć lekką presję psychiczną. Dziś zastanawiam się nad gulaszem z soczewicy, plus smażone, panierowane oboczniaki, ale zobaczymy najpierw co będzie w sklepie, jaka będzie kuchnia i w jakim my będziemy nastroju.




Od trzech dni nie schną nam już buty. Tak mokrych jak dzisiaj to jeszcze nie miałem. Całkowicie przemoczyłem już nogi. Dlatego marzy mi się słońce, żebym mógł to wreszcie podsuszyć.
Szliśmy jak do tej pory przez mały lasek, później przez winnice. Zajrzałem do jakiejś studzienki i okazało się, że wpadła do niej żaba i nie mogła się wydostać. Próbowałem ją uratować, ale zamiast wchodzić na deskę, którą jej podsuwałem, odpychała się od niej, tak że niestety już po niej i do wieczora już raczej padnie. Studnia raczej się nie napełni, nawet gdyby lało, miał prawie dwa metry głębokości.



Dziś mija ósmy dzień drogi. Cały tydzień drogi za nami. Na początku, pierwsze dni napawaliśmy oczy wszystkim, co się dało, ale teraz człowiek już się trochę przyzwyczaił i ma się wrażenie, że idzie się trochę inaczej. Teraz pojawił się nastrój wędrówki w atmosferze „cierpienie oczyszcza”. Boli mnie cała prawa stopa i denerwują mnie przemoczone nogi, Tulasi bolą plecy. Kurde, jak by się miało suche nogi, szło by się całkiem inaczej. Tak nie lubię chodzić z mokrymi nogami. Moje buty i skarpetki dosłownie ociekają wodą. Myślałem nawet wczoraj przez chwilę, żeby wrzucić buty do suszarki, ale bałem się, że mi się skurczą i rozpieprzą i w ogóle nie będę miał butów. Czasami żałuję, że rano nie ubrałem sobie sandałów. Gdybym wiedział, że nie ma przed nami czerwonego błocka i winnic, ubrałbym sobie sandały, a buty przewiesiłbym przez plecak, a nie chcę zawalić sandałów i później, kiedy dojdziemy, nie mieć już nic do ubrania.
Doszliśmy do pierwszej wioski. Azofra se llama. Też tutaj mają albergue na 60 miejsc i nawet dwuosobowe pokoje. Jest kuchnia, salon i kompletnie wyposażone łazienki. W sumie wczoraj mogliśmy przejść jeszcze to sześć kilometrów… Nie. Wczoraj miałem już dość. Miałem już tak dość, że nawet…

- Wczoraj, jak doszliśmy do schroniska i usiadłam przy stole, żeby się zapisać, bolało mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet tam siedzieć. Chciałam po prostu umrzeć. (Tulasi)
- Jak się człowiek już wykąpie, nasmaruje maściami, to już jest fajnie.
- Odpoczywa się wtedy, nie? (Tulasi)
- Później jeszcze sporo łaziliśmy. Długo was nawet nie było, kiedy poszliście wczoraj po warzywa.
- Nasz sklep był dużo dalej, niż ten indyjski, w którym ty byłeś. (Tulasi)
- Tak?
- No. Ale był chaos w tym sklepie. Jezus, straszny był. (Tulasi)
- Tak? W tym co ja byłem były pikle z mango, ale nie mieli małych słoiczków, tylko wielką puchę. Gdyby były te małe z Pataksa to bym wziął na drogę i dodawał sobie do posiłków.
Miasteczko jeszcze śpi, tak że nie ma co liczyć na gorącą kawę, czy chrupiące pieczywo, a ten chleb co mamy, to już wczoraj był nieświeży. Będziemy musieli go długo żuć.
- Patrz przed nami idzie jakiś pielgrzym. Zdaje się, że idzie w naszą stronę. Może był tutaj w albergue i dopiero wstał?
Ciekawe wczoraj było to schronisko. Taka jedna, ogromna hala, pełna piętrowych łóżek.
- No, chyba na sto miejsc. My mieliśmy numer 73. (Tulasi)
- Na sto, a może nawet więcej, nie? A prawie całe było pełne. Niesamowicie to wyglądało. Zrobiłem zdjęcia.
Jedna osoba tak chrapała, jak gdyby miała krtań ze szkła, od której ścianek odbijały się metalowe kulki.
- Masz na myśli tam po lewej stronie? (Tulasi)
- Tak, chyba tak.
- No, już miałam ochotę wstać i go zdzielić. Zajebać mu i powiedzieć „wypierniczaj stąd po prostu facet”. (śmiech) A tam pisze: „Proszę nie wstawać przed szóstą i nie niepokoić pielgrzymów”. To proszę zrobic oddzielne pokoje dla chrapiących! (Tulasi)



później

Dochodzimy już do naszego ostatniego miasta dzisiaj, Santo Domingo de la Calzada. Jak zwykle doszedł do nas Gary. Spotkaliśmy też Nate’a i Patryka z Irlandii. Kurde, tak się fajnie idzie. Będzie nam brakować Garego. Bardzo się polubiliśmy, zawsze się jakoś spotykamy; albo my czekamy na niego, albo on czeka na nas. Idziemy teraz przez bardzo fajne miejsce. Wyszliśmy z miasteczka, które… nie wiem jak się nazywa, ostatnie przed Santo Domingo. Jest to ogromna przestrzeń z polami. Wyszło też słońce, co poprawiło nam humor. Droga ciągnie się aż po horyzont i niknie gdzieś za pagórkami.

O, wszyscy patrzą na tą żabę, którą tak głośno słychać.

Jak to dobrze, że jeszcze tyle nam czasu zostało do przejścia. Widzę, że tak będę za tym tęsknił. Czasami człowieka zleje, czasami… w sumie to jeszcze nas nie przygrzało, więc nie wiemy jak to jest, ale jest wspaniale. Codziennie nie wiesz co się wydarzy, kogo spotkasz, i nawiążesz relacje z osobami, z którymi na pierwszy rzut oka nic cię nie łączy. Na przykład Gary jest kompletnym sceptykiem, ciągle wyśmiewa się z głębszych przeżyć, mistycznych religii, a my jesteśmy zainteresowani duchowością, hinduizmem, idą tutaj też osoby, które są katolikami, ale wszyscy w jakiś sposób się dogadujemy i idziemy razem. To jest bardzo fajne uczucie.

pod wieczór

Próbowałem pisać w dzienniku, ale się nie udało; Gary cały czas gada. Nie wiem, czy w ogóle mogę coś nawet nagrać. Byliśmy na churrosach z czekoladą. Nate też później poszedł na churrosy z czekoladą, ale chyba nie smakowały mu tak bardzo jak nam. Fajny był dzień, churrosy były pyszne. Zrobiliśmy też obiad. Była pasta w sosie pomidorowym… chyba sobie poczytam, bo nie wiem za bardzo co jeszcze powiedzieć. Jutro czeka nas 23 kilometry. Może jeszcze coś o schronisku? Musze zrobić parę zdjęć, bo to naprawdę ciekawe miejsce. Pokój jest podzielony na małe pomieszczenia, na cztery osoby, ze stolikiem na środku, pomieszczenia przedzielone są półtorametrowymi ściankami pilśniowymi. Zrobię zaraz zdjęcie. No i nic mi się nie chce za bardzo mówić. Tulasi, chcesz coś jeszcze powiedzieć? Nie? No to kończę.