Thursday, 29 October 2015

Bajka o nostalgii - Księżycowy terrorysta



Bajka o nostalgii

Na dachu leży złodziej, patrzy w gwiazdy i drży,
Piętro niżej siedzę przy oknie, w ręku papieros się tli,
A w dole na ulicy bezdomny pijak śni,
Mgły się snują, pary całują, mam nostalgię we krwi.

Opowiedz mi, co lubisz i czego się boisz.
Opowiedz mi, co podziwiasz i z czego kpisz.
Opowiedz mi, w co wierzysz i w co wątpisz (czy to samo to jest).
Opowiedz mi, czy kochałaś i o czym zapomniałaś.

Kocham cię, kocham cię, otwórz się,
Jestem jaskółką, twą przyjaciółką.
Kocham cię, przytulić mam cię chęć.
Jestem strumykiem, w ciemności płomykiem.
Kocham cię, tylko ciebie chcę.
Jestem piosenką, nucę cichuteńko.
Kocham cię, kocham cię, kocham cię,
Nucę cichuteńko.

Opowiedz mi, jak umarłaś i czy poszłaś do nieba
Opowiedz mi, czy ktoś o ciebie dbał, gdy była potrzeba
Opowiedz mi, czy zawsze miałaś dosyć chleba
Opowiedz mi, czy kochałaś i o czym zapomniałaś.

Tuesday, 27 October 2015

Ahoj, kapitanie!

 

























    Życie mnie zaskoczyło.
   No więc sobota, siedzę w domu, cieszę się z urlopu, ale bardzo się nie cieszę, że muszę wrócić za tydzień do pracy. Atmosfera w collegu po zmianie kierownictwa stała się dla mnie nieznośna.
   No i na fejsie odzywa się facet, którego poznałem na Rainbow. Fajny człowiek, artysta, filozof, wolnościowiec. Gadamy przez chwilę, aż nagle mówi:
   - Wiesz, kupiłem jacht i w lutym ruszam w rejs po świecie. Chcesz się dołączyć?
   Serce zabiło mi jak młot.
   - Rejs? Ja? Poważnie? Gdzie?
   - Jak najbardziej poważnie. Ruszamy końcem lutego. Pierwszy etap: z Holandii, przez Belgię, Francję do Marsylii kanałami i rzekami. Etap drugi: z Marsylii Morzem Środziemnym do Grecji i włóczymy się po greckich wysepkach. Etap trzeci: na jesień przez Atlantyk do Argentyny. Wchodzisz w to?
   No i wszedłem.
   Zostaję w Londynie do połowy lutego, a później z Petią zaciągamy się na łajbę. Pierwszy raz od dawna oddycham pełną piersią.

Saturday, 24 October 2015

Jesienne smuteczki
























   Jesienne smuteczki (jak to u smutasa bywa).
   Petia kiedyś wspomniała, że nigdy jej nie rysuję, zrobiłem więc jej małą niespodziankę. Jutro spróbuję dokończyć tekst nowej piosenki, a wieczorem może wspólna kolacja ze wspólokatorami, Simon zaproponował.
   Kolejna porcja szalonych snów. Dziś w nocy Tania była niebezpieczną przestępczynią. Razem z przyjacielem mieliśmy ją schwytać. Zrobiliśmy zasadzkę. Kiedy nas zobaczyła, kazaliśmy jej się nie ruszać i z wycelowanymi strzelbami zaczęliśmy się powoli zbliżać. Nagle wyciągnęła pistolet i zanim zdążyliśmy zareagować, strzeliła. Mój przyjaciel dostał kulę w głowę, ja prosto w serce. Na chwilę straciłem przytomność. Gdy doszedłem do siebie, Tani już nie było. Zacząłem poszukiwania na własną rękę, ale nie było łatwo. Bolało mnie serce, w którym utkwiła kula, nie mogłem też wziąć głębszego oddechu, bo plułem od tego krwią. Mieszanka podświadomych i świadomych ran, oraz urywków z "Heroes".
   Słucham bhajanów (BB Govinda Swami), bazgrzę, piję piwo, za drzwiami ogrodowymi chlupocze deszcz.
   Dobranoc.

Thursday, 22 October 2015

Jaskółki

   Muszę zrobić sobie przerwę.
   Piszę piosenkę. Myślę o niej już od tygodnia, śni mi się, z moich nieporadnych brzdękań w snach rodzi się porywające arcydzieło, które roztkliwia duszę, rodzi harmonię, wyciska łzy, pozwala nawiązać kontakt z innymi statkami kosmicznymi zagubionymi w mroźnym kosmosie, smutek i radość, miłość i samotność.
   A na jawie męczę się z każdym słowem, nic nie łączy się w spójną całość, nieporadne to, żałosne. Nie wiem, czy bardziej mnie wkurzają częstochowskie rymy, czy koncepcyjna niespójność. A przecież tuż tuż, pod cienką warstwą rzeczywistości dokładnie wiem, co chcę powiedzieć. No to czemu tak jest? Nie chcę zginąć w trywialności i zwyczajności.
   Jutro ostatni dzień w pracy przed urlopem. Męczy mnie każda godzina. Pomijając obiektywną wartość mojej pracy: pomoc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, to subiektywnie patrząc, czuję się, że tracę tam życie. Od dziewiątej do szesnastej sprzedają swój czas, a w środku chcę czegoś zupełnie innego. Chcę to z siebie zrzucić, być wolnym, tworzyć, podróżować, płynąć z nurtem życia, a nie tak, na pół gwizdka.
   Plan jest, żeby dotrwać do lata, a później wziąć rok bezpłatnego urlopu i odetchnąć, zastanowić się, co dalej.
  Śniło mi się dzisiaj, że spotkałem Obcych. Ich intelekt nieporównywalnie przewyższał ludzki. Przejęli ciało mojej bratanicy, Nadii (czym złamali mi serce) i zajęli się badaniem ludzkości. Chciałem ich pokonać, uratować małą dziewczynkę, ale moje wysiłki były dla nich, jak brzęczenie komara. I na koniec, w desperacji powiedziałem im: "Macie swój intelekt, potęgę, technikę, ale nie rozumiecie, że to wszystko jest niczym w porównaniu z miłością. To nie wiedza stworzyła wszechświat. To miłość. My ludzie potrafimy kochać, wy nie. To wy jesteście niczym, nie my. Choćbyście nas całkiem zniszczyli, to i tak my wygramy". Zatrzymali się. Obcy w ciele Nadii, dziecięcym głosem, martwą, choć teraz lekko zaciekawioną intonacją zapytał mnie, czym jest miłość. I odpowiedziałem, jak mogłem najlepiej. O tym, co rodzi się z miłości: oddanie, poświęcenie, radość, ból, siła, ciekawość, jedność. Mówiłem i mówiłem, jąkając się, wiedząc, że od moich słów zależy przyszłość ludzkości. I nagle odeszli. Mała Nadia, teraz wolna, rozejrzała się zdziwiona dookoła, podbiegła do mnie i przytuliła się. "Co się stało, wujku?" zapytała. Rozpłakałem się z ulgi i obudziłem się.
   Po drodze z pracy spotkałem dwóch czarnych nastolatków. Patrzyli na mnie drwiąco, agresywnie. Przechodząc obok, jeden z nich potrącił mnie ramieniem. Zwlnili kroku, czekając, czy wdam się w burdę. Oczywiście się nie wdałem. Ale w środku poczułem złość i przez chwilę pomyślałem sobie, że z chęcią bym im skopał dupy, ale to tak porządnie, żeby polała się krew.
   I tak to idzie, w górę i w dół, od piękna do brzydoty, od miłości do samotności, od natchnienia do trywialności. Jak te jaskółki w piosence, bez gniazda, bez domu, z miejsc, któreśmy opuścili, smoki z papieru, z mięsa i kości, jesteśmy tylko gośćmi, nie ma nikogo, kto czeka na nasz powrót.
   A może?



PS. Adam, nie chce mi się typować. Wiesz, że jestem aspołeczny. Ale odpowiem dla ciebie:)

   - Twoja ulubiona książka i dlaczego właśnie ta?

   Mistrz i Małgorzata. Bo to najpiękniejsza miłość, z jaką się spotkałem. I najwolniejsza wolność. I najcudniejszy diabeł.

   - Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

   Mój pradziadek, dziadek i tata i całe multum wujków śmieją się, jedzą i zapijają wódką, a mama popycha moją huśtawkę zawieszoną na futrynie drzwi w kuchni.

   - Kiedy ostatnio i z jakich powodów czułaś/eś się (choć przez chwilę) szczęśliwa/y?

   Kiedy grałem z dziewczyną w chińczyka w pubie przy kuflu guinessa. Bo wszystko było zwykłe i miłe.

   - Pierwsza rzecz, którą robisz po wstaniu z łóżka?

   Sprawdzam fejsa na komórce:)

   - Masz możliwość poznania trzech postaci historycznych – jakie to postaci i dlaczego właśnie one?

   Kropotkin, bo miał piękny umysł i niesamowite przygody.
   Che Guevara, bo nie wierzę, że był mordercą. Z całych sił próbował zmienić świat na lepsze i zginął w trakcie.
   Neandertalczyka, który zakochał się w dziewczynie homo sapiens i założył z nią rodzinę. To musiała być niesamowita sprawa, prawie jakby pokochali się mieszkańcy dwóch planet.

Sunday, 18 October 2015

Raggle-Taggle

   Jest taki mało znany irlandzki pisarz, Walter Starkie. Kiedyś przypadkiem trafiłem na jego książki z lat trzydziestych. Opisywał swoje podróże po Europie. Miałem pomysł, żeby zacząć je tłumaczyć i znaleźć wydawcę, moim zdaniem książki sprzedawały by się świetnie. Pomysł gdzieś się rozpłynął (choć kto wie:). Gdyby się znalazł sponsor, to można by to wydać.
   Dziś sprzątałem komputer i znalazłem kawałek, który do tej pory przetłumaczyłem. Fragment jest przed edycją, pewnie znalazło się sporo błędów, ale warto poczytać. Facet ma świetny styl, ciakwe przygody, dobre poczucie humoru. Zapraszam.













Raggle-Taggle
Walter Starkie

Przedmowa

Książka ta składa się z zapisków z podróży, jaką odbyłem po Węgrzech i Rumunii. Opiera się na dzienniku, który prowadziłem w wolnych chwilach, na ogół używając przypadkowych kawałków papieru w kawiarniach, barach, namiotach, czasami przy świetle księżyca. Moim jedynym usprawiedliwieniem dla publikacji tego dziennika jest to, iż samotny włóczęga czasami męczy się rozmowami z samym sobą i czuje potrzebę podzielenia się swoimi doswiadczeniami. Głównym celem mojej podróży była próba posmakowania wędrownego życia cygańskiego minstrela, utrzymującego się jedynie z gry na skrzypcach. Ponadto  - jako amator, nie naukowiec - chciałem zbadać bogactwo ludowej muzyki i legend, które tworzą istotną część życia ludzi ciągle słuchających w nabożnym skupieniu niewidomego śpiewaka i jego starych pieśni. Na Węgrzech i w Rumunii Cyganie przez wieki grali rolę minstreli i gawędziarzy, przynosząc ze sobą romantyzm swoich indyjskich korzeni. W dzisiejszych czasach niełatwo jest podążać śladami George’a Borrowa, w Europie, w której roi się od policji i celników, a na wagabundę patrzy się z podejrzliwością. Niemniej jednak dla człowieka, który odważy się opuścić hotele i główne trakty dla bezdomnej włóczęgi, czeka szczególna nagroda: poczucie całkowitej wolności w towarzystwie królów natury, jak Cervantes nazywał Cyganów.
     Moja podróż jednakże nie była zupełnie bezdomną tułaczką. Zadawałem się zarówno z klasami wyższymi, jak i niższymi, czasami prosto z cygańskiej rudery udawałem się do willi profesorów i artystów. Jednak cały ten czas czułem, że idę w ślady wędrownego Cygana, łowiąc to tu to tam przypadkowe kawałki ich tradycji. Kiedy wróciłem do domu, udałem się do mojej biblioteki i ponownie przeczytałem książki napisane przez innych, którzy szli ścieżką Romów. Siedząc w miękkim fotelu, oddałem się swobodnej i nieskrępowanej podróży po krainach wyobraźni, gdzie podróżnik może zawsze liczyć na pomoc latającego dywanu, siedmiomilowych butów, czy magicznego przejścia do baśniowej krainy. Wtedy też postanowiłem podzielić się z czytelnikiem moją miłością do Cyganów. Żadna podróż po świecie nie byłaby kompletna bez  pisarzy i poetów, którzy wyobraźnią pokolorowali swe doświadczenia. Tak samo i ja mam nadzieję spłacić dług wdzięczności, jaki mam wobec pisarzy, którzy mi pomogli.
     Na zakończenie zacytuję opis mojej osoby, dany przez prawdziwego przyjaciela, kiedy zobaczył mnie brnącego przez krainy potu i fantazji: „Niski, przysadzisty człowiek, o szerokich ramionach i tęgi w pasie. Czysta karnacja i jasne włosy, mocno zarysowana szczęka, ale twarz pucułowata, co podkreśla jeszcze podwójny podbródek. Oczy niebieskie, w opiniach senorit nawet nordyckie, krótkie brwi, z czego jedna wznosi się diabolicznie ku górze. Krok powolny, spacerowy, łatwo dostaje zadyszki, często odpoczywa, śmieje się niepohamowanie, lecz pije z umiarem, preferując czerwone wino od białego. Ma napady melancholii, jest przesądny i pamięta sny. Słuchając słodkiej muzyki czuje smutek, a kiedy gra na skrzypcach, czuje się jak Don Kichote na Rozynancie. W rzeczywistości skrzypce są, jakby powiedział to Sterne, jego konikiem, jego lekkim szaleństwem, na którym cwałuje z dala od życiowych zmartwień.”
Trinity College
Dublin

Jak mogę dbać o mój dom i ziemię?
Jak mogę dbać o swe skarby, o?
Jak mogę dbać o młodego pana,
Kiedy odeszłam z wędrownymi Cyganami, o?

Ostatniej nocy spałaś w puchowych pierzynach,
Z bialutkim prześcieradłem pod nimi, o!
A dziś będziesz spała bez dachu nad głową
Razem z wedrownymi Cyganami, o!

Jak mogę dbać o puchowe pierzyny,
Jak mogę dbać o bielutkie prześcieradło, o!
Dziś będę spała bez dachu nad głową,
Ale za to z wędrownymi Cyganami, o!
(stara pieśń)

Część Pierwsza

Rozdział 1
W drogę z wędrownymi Cyganami!

Pomysł podróży do Węgier w roli wędrownego minstrela pojawił się w styczniu 1919 roku. W ostatnich latach wojny przebywałem we Włoszech, razem z brytyjskimi siłami zbrojnymi. Podróżowałem ciężarówką Fiata, który niczym tespiański powóz niósł moich minstrelskich towarzyszy. Jeździliśmy od jednostki do jednostki w górach prowincji weneckiej, koncertując po barakach, stodołach i namiotach.
     Pewnego dnia dawałem koncert skrzypcowy w baraku Y.M.C.A. niedaleko małego miasteczka, Montobello. Kiedy rozeszła się publiczność, zauważyłem pięciu mężczyzn kręcących się przy wyjściu. Byli to austriaccy więźniowie, zatrudnieni do ciężkich przez dowództwo armii brytyjskiej, w oczekiwaniu na repatriację. Jedno spojrzenie przekonało mnie, że mam do czynienia z Cyganami. Mieli brązową skórę i podejrzliwy, przenikający wzrok. Jeden z nich, przyjmując rolę rzecznika, zapytał mnie po włosku z nieśmiałością, czy nie pokazałbym mu swoich skrzypiec. Kiedy podałem mu instrument, wszyscy zebrali się dookoła i zaczęli w podnieceniu rozmawiać po węgiersku.
     Po kilku minutach ich rzecznik spytał, czy nie zrobiłbym im przysługi. Wszyscy z nich byli węgierskimi Cyganami, przymusowo powołanymi do armii austriackiej, i wszyscy należeli do muzycznej klasy Romów. Zapytali, czy nie poprosiłbym dowódcy baraku Y.M.C.A., aby dał im kawałek drewna. Nadałoby się nawet stare pudełko po papierosach. Kidy zapytałem o powód tej dziwacznej prośby, Cygan odpowiedział:
     - Signore, jeśli zdobędziesz dla nas drewniane pudełka, zrobimy z nich skrzypce, a później bashavav. Jesteśmy węgierskimi Cyganami i usychamy z potrzeby muzyki. Krew w nas zamarza z braku lassu i friss, dzięki którym moglibyśmy śnić o puszta.
     W tym momencie przypomniałem sobie, że wśród Cyganów słowo bashavav, czyli granie na skrzypcach ma magiczny wydźwięk. Oznacza taniec życia, wyrażenie powolnego, smutnego lassu i szybkiego, rytmicznego friss, prowadzącego do dzikiego csardas. Węgierski Cygan zamknięty w więzieniu, umrze z melancholii, jeśli nie dostanie kawałka drewna, z którego mógłby sobie zrobic skrzypce. Spełniłem ich prośbe i wyjechałem.
     Dziesięć dni później, mając okazję pojechac do tego samego miasteczka, udałem się w odwiedziny do znajomych Cyganów. Ku memu zdziwieniu okazało się, że z drewnianych pudełek naprawdę zrobili  sobie skrzypce i smyczki, na których grali iście po szatańsku.. Ich muzyka była tak zaraźliwa, że nawet powściągliwi żołnierze brytyjscy tańczyli jak derwisze. Ostatecznie pułkownik był zmuszony zatrudnić Cyganów jako orkiestrę taneczną.
     Te drewniane pudełka, na których tu i tam przymocowana była nierówna struna, wydawały się groteskowe, a jednak pulsując pod diabelskimi palcami Cyganów, wyczyniały cuda.
     W przerwie ognistego koncertu zapytali mnie:
     - Dlaczego nie przyjedziesz na Węgry, do kraju Mulatni? Jesteś skrzpykiem. Każde drzwi staną przed tobą otworem, jeśli zagrasz węgierską melodię. Signore, nie będziesz potrzebował pieniędzy ani jedzenia. Możesz wędrować wzdłuż i wszerz Puszty, żyjąc z samej muzyki.
     Jeden z nich, pochodzący z Transylwanii, dodał:
     - Musisz przyjechać do Transylwanii, krainy gór i lasów, skąd pochodzą skrzypce. My, Cyganie z Koloszvar znamy tajemnicę skrzypiec, wiemy, jak pojawiły się na świecie. Powiedz mi, przybyszu, czy znasz historię narodzin skrzypiec?
     Przyznałem się do swojej ignorancji. Cygan kontynuował:
     - Opowieść ta znana jest w Transylwanii, gdzie każdy Cygan wierzy w cudowne pochodzenie skrzypiec. Pewnego razu w jednej z transylwańskich wiosek mieszkała dziewczyna. Wieśniacy uważali, że ktoś rzucił na nią urok, ponieważ pomimo jej wielkiej urody i bogatego posagu, żaden mężczyzna nie chciał poprosić ją o rękę. Ona sama zakochana była w młodym rolniku, on jednak nigdy nawet na nią nie spojrzał, chociaż wzdychała za nim od rana do wieczora. W końcu, widząc iż wszystkie jej wysiłki idą na marne, zwrociła się do Diabła. Ten powiedział, że da jej magiczny instrument, który rzuci młodzieńca do jej stóp.
     - Ale najpierw – powiedział – musisz dać mi tewgo ojca, matkę i twoich czterech braci.
     Jak już mówiłem, na dziewczynie musiał leżeć jakiś urok, ponieważ bez słowa oddał ich wszystkich. Wtedy diabeł z cała ojca stworzył skrzypce, z białych włosów matki smyczek a z czterech braci struny, które nawlókł na skrzypce.
     - Możesz teraz odejść – powiedział diabeł. – Zagraj na tych skrzypcach do ucha twojego ukochanego, a pójdzie za tobą na koniec świata.
     Kiedy dziewczyna zagrała, jego oczy spoczęły na niej, jak w transie. Wzięła go za rękę i oboje pełni radości zaczęli iść do jej domu, kiedy nagle na ich drodze pojawił się diabeł i powiedział:
     - Przyszedł czas, abym odebrał swoją należność. Oboje słuchaliście muzyki diabła, dlatego musicie teraz pójść ze mną do piekła.
     Tak też się stało. Natomiast skrzypce leżały na leśnej ścieżce, dopóki nie znalazł ich wędrowny, obszarpany Cygan. Od tego dnia Cyganie grają po świecie na skrzypcach, a ponieważ jest to instrument diabła, mężczyźni i kobiety głupieją, kiedy go słyszą, i tylko Cyganie znają jego tajemnicę.
     W tych dniach 1919 roku ten węgierski Cygan nauczył mnie wielu węgierskich melodii. Nazywał mnie pral, bratem, ponieważ przeszliśmy cygańską ceremonię braterstwa krwii i obiecałm mu, że odwiedzę jego kraj jako wędrowny skrzypek. Musiało jednak minąć dziesięć lat, zanim byłem w stanie spełnić moją obietnicę. Przez wszystkie te lata pamiętałem o obietnicy danej temu ciemnemu, transylwańskiemu Cyganowi. Myślałem o niej w najdziwniejszych momentach, kiedy najmniej się spodziewałem, często razem z nią przypominała mi się stara piosenka: „Off with the raggle-taggle Gypsies, O!”, którą zwykłem mu śpiewać. Ta diaboliczna melodia pojawiała się w moim umyśle, w środku poważnego wykładu na uniwersytecie i sprawiała, że moje ciało drżało z tęsknoty za spieczononymi słońcem równinami, brązowymi namiotami i dźwiękiem skrzypiec granych w nocy pod drzewami.
     Marzenia szybko blakły w blasku ponurej rzeczywistości miejskiego życia, wraz z jego togą powszechnego poważania, obowiązkami dla dobra publicznego i skrępowaniem przeciętnością.
     Lecz pewnego dnia, na koniec letniego semestru na uniwersytecie, w 1929, zdecydowałem, iż nadszedł czas spełnienia obietnicy danej Cyganowi. Udałem się z Irlandii na kontynent.

Rozdział 2
Ze skrzypcami przez świat

Pewnego lipcowego dnia, 1929, wyruszyłem z mojego domu w Masone na liguryjskich wyżynach  na cygańską wyprawę. Nie było łatwo przekonać rodzinę o moich zdrowych zmysłach. Moja żona, będąc Włoszką, posiada tradycyjnie włoski zdrowy rozsądek i zawsze patrzyła z obawą na moje okresy włóczęgi ze skrzypcami. Zawsze próbowała rozwinąć we mnie poważne podejście do życia, przystające głowie rodziny. Włóczęgowska strona mojej osobowości jest elementem dysonansu próbującego zniszczyć uroczystą harmonię życia spędzonego na profesorskim trudzie. Mój teść, profesor starej daty, przyjaciel Carducciego, wolał czytać o Cyganach w dziewiętnastowiecznej literaturze, a i to nie za często. Moja wyprawa wydawała się jego romańskiemu umysłowi kolejnym przykładem szalonego, niekonsekwentnego nastawienia do życia, które charakteryzuje Europejczyków z północy – zawsze niepoprawnych nomadów.
     - Tak czy inaczej, mój drogi chłopcze – powiedział – dam ci na drogę dwie rzeczy: aparat fotograficzny i puszkę „Flita”.
     Jedeynym członkiem rodziny, który pochwalał moje przedsięwzięcie i w tajemnicy mi zazdrościł, był mój syn, mający lat sześć. Był zafascynowany obszarpanymi Zingari, którzy czasami, w drodze do Genewy, obozowali na uliczce niedaleko naszego domu. Pewnego dnia złapałem go, kiedy przehandlowywał z nimi domowe zapasy w zamian za koraliki i świecidełka. Cyganie oznaczali dla niego wędrowne życie czystej wolności. Ze łzami w oczach błagał mnie, abym go zabrał ze sobą.
     Contadino, pracujący w naszym ogrodzie obdarował mnie starymi ubraniami i butami. Jeśli chciało się słuchać wezwania włóczęgowskiego życia, ważne było, aby nie ubierać się zbyt dobrze i tym samym uniknąć wyglądu zwykłego turysty. Mając na to wpływ, nie chciałem być turystą, gdyż nie mógłbym wtedy spotykać się z włóczęgami i wagabundami, żyjącymi tylko z własnego sprytu. Jaka jest definicja turysty? Turysta jest rozdętym ślimakiem, podróżnikiem niosącym cały swój majątek na plecach, czołgającym się na brzuchu przez świat. Wiedziałem, że w wiejskim stroju nie obudzę czujności drapieżników, czających się na turystów.
     Tak więc wczesnego poranka, z pokrowcem na skrzypce pod pachą i plecakiem na ramionach ruszyłem pieszo przez góry, kierując się na Genewę. Gorące południe zastało mnie uwięzionego w śmierdzącym wagonie trzeciej klasy, w pociągu zmierzającym do Wenecji. Pragnę podkreślić słowo „śmierdzący”, ponieważ w mojej włóczęgowskiej karierze odkryłem, że słowo „zapach” jest wiodącym motywem wędrówki. Kiedykolwiek wspominam moje przygody, natychmiast pamiętam zapach, jak im towarzyszył. W jednej chwili myśle o Neapolu i natychmiast głęboko w środku wydaję się słyszeć pulsującą nutę czosnku, zmieszanego z toskańskimi cygarami i słabym zapachem piżma. Następnie w mojej głowie odbija się echem raz za razem Wenecja, z tego prostego powodu, że znałem tam dziewczynę o imieniu Giovanna, która miała w zwyczaju perfumować ubrania subtelną wonią, rozbudzającą moje zmysły. Może i nie była piękna, lecz wspomnienie jej perfum sprawiło, że w wyobraźni ścigałem ja przez góry i doliny, jakby była najbardziej zachwycającą hurysą ze wszystkich rajów Orientu.
     Teraźniejsze zapachy w pociągu były najrozmaitsze. Przede wszystkim salame, włoski rodzaj kiełbasy, który w tak gorący dzień, jak dziś, tworzy podstawę całej harmonii zapachów. Zmieszany z cebulą i rybą, stworzył agresywny motif. Na dalszym planie znajdowała się dziwna i subtelna woń blaszanych kufrów pełnych raczej zatęchłych ubrań, zmieszanych z kulkami na mole i kamforą. Nad tym wszystkim królował dym z cygar, niczym kadzidło w katedrze, zabijające smród wiernych i pozwalające na pogodę ducha.
     - Lei e musicista? – zapytał obdarty syn ziemi, wskazując nad moją głowę, na skrzypce przymocowane do plecaka.
     - Oczywiście, drogi panie, jestem muzykiem, wędrownym minstrelem. Co mogę dla ciebie zagrać? „Canzone del Grappa”, jeżeli jesteś Alpino, „Dzwony San Giusto”, jeżeli pochodzisz z Triestu, albo „O Sole Mio”, jeśli twoją ojczyzną jest Neapol?
     Był to stary żołnierz. Z wdzięczności za pełną werwy melodię, która przywołała dobre wspomnienia, obdarował mnie lirem.
     W Weenecji zatrzymałem się tylko na czas potrzebny na złapanie pociągu do Triestu, Postumii i Rakeku, pierwszym mieście na serbskiej granicy. Miałem szczęście, ponieważ pasażerowie w wagonie chcieli muzyki. Granie na skrzypcach w pociągu jest ekscytującym przeżyciem. Kołyszesz się na wszystkie strony, a twój smyczek zagraża zdrowiu i życiu słuchaczy. Oprócz tego rytm kół bardziej pasuje do dzikiej, niepohamowanej muzyki Węgier, przyprawiającej o zawrót głowy, niż do elegijnych pieśni Włoch. Wydawało się, iż większość pasażerów mówiła po włosku, podszedłem więc do mężczyzny o chudej twarzy, siedzącego w kącie i powtórzyłem moją mantrę:
    - Co mogę dla ciebie zagrać? „Canzone del Grappa”, jeżeli jesteś Alpino, „Dzwony San Giusto”, jeżeli pochodzisz z Triestu, albo „O Sole Mio”, jeśli twoją ojczyzną jest Neapol?
     Mężczyzna spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. „Co takiego zrobiłem? – pomyślałem. Nagle przypomniałem sobie, że zbliżamy się do Ljubljany i ten człowiek był najprawdopodobniej pełnokrwistym Serbem. Pośpiesznie zagrałem cygańską taneczną melodię, ale chór głosów z innej strony pociągu zażądał „Cavalleria Rusticana”, więc wróciłem do włoskiej muzyki. Na koniec występu nie musiałem posyłać w koło mojego kapelusza, gdyż podeszło pięciu bądź sześciu mężczyzn i sami z siebie wrzucili monety do pokrowca, a inni wyciągnęli butelki wina, aby wznieść toast za grajka. Zanim dotarłem do Kotora zarobiłem trzy liry, pięć denarów i jednego pengo. „Te pieniądze ofiarowuję tobie, o Aradio, bogini włóczęgów. Niech ugaszą gniew jaki czujesz do mnie – tłustego członka klasy średniej, który jako intruz próbuje wedrzeć się w twoje szeregi.” Mam nadzieję, że bogini, patronka Minions of the moon usłyszała mnie w swojej wiedźmiej jaskini, gdyż moim celem było spotkać włóczęgów i Cyganów, którzy zamieszkują peryferie cywilizacji i polują na uczciwych ludzi, wykorzystując swoją wiedzę o dziwnej muzyce i tańcu, rozpalających zmysły i doprowadzających do szaleństwa.
     Zastanawiam się, czy włóczędzy posiadają paszporty? Mój był całkowicie w porządku, z wizami do Węgier i Rumunii. „Wszyscu włóczędzy i Cyganie świata nie przeprowadzą cię przez granicę, jeśli twój paszport nie jest w porządku” – powiedział rumuński konsul w Genewie, kiedy uiszczałem dziesięcioszylingową opłatę w angielskiej walucie (nie przyjmował żadnej innej). Na jednej z wiz zauważyłem napis: „Posiadacz wizy zobowiązuje się, iż nie będzie zarabiał żadnych pieniędzy w czasie pobytu na Węgrzech”. „Cóż za małostkowy zakaz” – pomyślałem. – „Nie brzmi zachęcająco dla cudzoziemskiego grajka bez grosza przy duszy”. Pocieszyłem się jednak myślą, że w wiejskich noclegowniach, chłopskich chatach, czy też na węgierskich drogach nie spotkam raczej związków zawodowych włóczęgów i Cyganów.
     Tak czy inaczej, w tej podróży żadne autorytety nie zabiorą pieniędzy, które już zarobiłem. Zakupiłem kanapke z szynką i kawę ze śmietanką, po czym ułożyłem się do snu na niewygodnej, drewnianej ławce.

Rozdział 3
Mulatni
Cyganie – kobiety – wino – czardasz

     - Wiesz mój drogi bracie – powiedział Cygan Karoly – w języku węgierskim istnieje słowo „mulatni”, oznaczające zabawę z Cyganami. Dziś wieczorem doświadczysz mulatni, które sprawi, iż twoja niemrawa, północna krew zacznie szybciej krążyć.
     Siedzieliśmy w ogrodzie kawiarni w małym miasteczku Siofok. Kilka jardów od nas rozpościerały się błękitne wody Balatonu, mieniąc się w prażącym, sierpniowym słońcu.
     „Mulatni” musi być zatrważającą siłą.” – pomyślałem. - Choć mam obolałe nogi i jestem wykończony, to na dźwięk tego słowa budzi się we mnie energia.
     Wczesnym świtem dojechałem pociągiem do Nagy Kanisza, małego miasteczka na węgierskiej granicy. Na pół śpiący wyruszyłem z plecakiem na ramionach i skrzypcami pod pachą wzdłuż zakurzonej drogi. Wędrówka bez żywej duszy, z którą można by zamienić słową jest nużąca. Od czasu do czasu drogą przemykał samochód, dusząc mnie pyłem i nie miałem nawet satysfakcji z tego, żeby kierowca usłyszał moje przekleństwa. Współczesna cywilizacja jest nieprzyjazna wagabundzie i nawet węgierska wieś nie sprzyja już trubadurowi. To ciekawe, jak skupiamy się na sobie, kiedy pozbawieni jesteśmy możliwości rozmowy. Moja umiejętność węgierskiego była ograniczona do trzech słów, których nauczyła mnie dziewczyna w wagonie trzeciej klasy z Rakek. Dwa z tych słów to „Kezet Csokolom”, co, jak rozumiem, oznacza uprzejmy zwrot i odkryłem, że są bardzo użyteczne. Trzecie słowo to Szeretlek, które, jak powiedziała moja znajoma dziewczyna, odnosi się do miłości. Słowa te wydawały się jednak bezużyteczne, kiedy pytałem o drogę wieśniaków. Kłaniali się, kiedy mówiłem: „Kezet Csokolom”, ale kiedy przechodziłem na niemiecki, francuski, a nawet włoski, wzruszali tylko ramionami.
     W końcu jednak ujrzałem w oddali błękitne wody jeziora Balaton. Poczułem się, jak towarzysze Ksenofona, kiedy krzyczeli: „Morze! Morze!”. Chłodne wody jeziora były oazą dla podróżnika o obolałych stopach. Balaton nazywany jest węgierskim morzem i każdy Węgier czuje się głęboko dumny z jego szerokich przestworów. Idąc wzdłuż jego brzegów mijałem wiele przyjemnych miasteczek, z któyrych wszystkie miały przedrostek odnoszący się do Balatonu – Balaton Gyorgy, Balaton Komavaras, Balaton Boglar. Kiedy dotarłem do miasteczka Siofok, zdecydowałem, że zatrzymam się tam dzień lub dwa dla odpoczynku. Wieczorem znalazłem się w towarzystwie mojego cygańskiego przyjaciela, Karoly Arpada, kierownika cygańskiej orkiestry w kawiarni na świeżym powietrzu.
     Karoly Arpad jest jednym z najbardziej znanych cygańskich skrzypków na Węgrzech, grywał też w Paryżu i w Londynie. W zimie grywa w wielkich restauracjach w mieście Szeged, ale w lecie migruje ze swoim zespołem do wielu turystycznych, nadwodnych miejscowości, których tak wiele położonych jest nad Balatonem. Arpedowi towarzyszyło sześciu innych Cyganów, każdy z nich bardzo różnego typu, lecz wszystkich łączyła śniada cera. Jeden z nich pochodził z Odessy i miał wystające policzki typu mongolskiego, inny z Jugosławi, lecz najbardziej interesujący z nich był rumuńskim Cyganem, skrzypkiem, o imieniu Zsika.
     Zsika, ciemniejszy jeszcze niż jego towarzysze, zafacynował mnie swoją wyrazistą osobowością. Jego skóra miała ten piękny miedziany odcień spotykany wśród murzynów, zęby lśniły niezmąconą białością, a włosy były głeboko czarne i kręcone. Natychmiast przypomniał mi Jozsiego, cygańskiego podopiecznego Liszta. Zsika charakteryzował się urokiem i dowcipem, ale był równie dandysowaty, jak Beau Brummel. Wszystkie swoje pieniądze wydawał na upiększanie siebie i miał najbardziej uwodzicielskie oczy, jakie widziałem w życiu. Nie mogła go minąć ani jedna dziewczyna, żeby zaraz nie zaczął się puszyć jak Chanticleer. Grając z zespołem na skrzypcach, wybierał sobie jasnowłosą dziewczynę siedzącą ze swoją mamą, po czym wysyłał je tak tęskne spojrzenia, że dzieczyna oblewała się rumieńcem i próbowała ukryć swoje zmieszanie przed surowym rodzicem.
     W miłym chłodzie wieczora udałem się ze Zsiką wykapać w jeziorze, leczy było to dla mnie żenujące doświadczenie. Ja chodzę na plażę, aby się wykąpac i popływać. Jednak nie Zsika. Dla niego kąpiel była pretekstem do flirtowania i zalegalizowanej rozwiązłości z osobnikami płci przeciwnej. Dla niego cała atmosfera przesiąknięta była misterium kobiecej obecności, dotykaniem dłoni, szeptaniem pokus, umawianiem się na nocne schadzki, obietnicami zmysłowych przyjemności.
     Plaża zatłoczona była opalającymi się i kąpiącymi ludźmi. Mężczyźni, kobiety i dzieci każdego wieku, grube stare babcie, piersiaste niemieckie gospodynie w ciasnych strojach kąpielowych, mizerni starcy na krzywych nogach w okularach, otyli mieszczanie, owłosieni troglodyciu łypiący pożądliwie okiem na wymalowane i upudrowane cocottes, młodzi, opaleni Adonisi o szerokich brakach, z których każdy koniecznie musiał nosić minę Rudolpha Valentino, jasnowłose, germańskie dziewki, wyglądające jak spragnione seksu Brunhildy, czarnowłose Węgierki o bladych twarzach i ognistych oczach.
     Węgierska dziewczyna nadawała tej scenie egzotyczności. Opiszę ten typ: niewielka osóbka o jasnej skórze, włosy czarne jak węgiel, głowa niewielka, o delikatnych kształtach, jakby modelował ją artysta, nosek niewielki i wyrazisty, czoło szerokie, nadające jej twarzy dynamiczne cechy Valkiryi, brwi tak gęste, że wydają się tworzyć jedną nieprzerwaną prostą linię nad oczyma. Jej cała postać jest proporcjonalna, z tendencją do szczupłości. Szczupłość tą jednak łagodzą pełne biodra, kołyszące się łagodnie, kiedy idzie. Wszystko blednie jednakże przy jej oczach. Może i jej wygląd nie jest tak klasyczny jak u Rumunek, może i jej postać nie jest tak gietka jak u Szwedek, lecz jej oczy mają hipnotyzującą moc. Kiedy budzi się w niej gniew, z jej czarnych, agatowych oczu strzelają iskry. W innych momentach pali się w nich pogodny blask. W pewnym sensie wygląda na Włoszkę, lecz bez jej doskonałych proporcji. Jest bardziej niepokojąca, ponieważ w jej oczach kryje się tajemnicza dzikość, nęcąca mężczyzn. Widziałem wiele dziewcząt tego typu, i wszystkie napełniały mnie niewysłowioną tęsknotą. Zsika wydawał się odgadywać moje myśli, ponieważ przedstawił mnie żonie swojego cygańskiego przyjaciela. Powiedział mi, że była jego kochanką, ale zmęczył się nią, a poza tym padł ofiarą uczucia do jasnowłosej, polskiej dziewczyny z Warszawy.
     Śniada dziewczyna, Anna, była ucieleśnieniem typu, który właśnie opisałem, jeśli nawet nie bardziej pociągająca. Kąpaliśmy się razem, wyzwałem ją na wyścig pływacki, który przegrałem z kretesem. Miała dziwny, trochę pogardliwy sposób bycia, jakby uważała, że mężczyźni są w ogóle nieważni. Kiedy leżała w słońcu, pomimo obfitych krągłości bioder i ud, było w niej coś atletycznego, przez co myślałem o niej, jako o młodym Hermesie. Na początku nie miała o mnie pochlebnego zdania. Stojąc przed nią w moim stroju kąpielowym, czułem wstyd burżuja w średnim wieku, zmuszonego do paradowania w kąpielówkach na konkursie piękności. Kiedy ujrzała mnie pierwszy raz idącego z Zsiką, wybuchnęła śmiechem i zawołała: „O, idzie Biały i Czarny!” W jej cygańskim umyśle moja białość w porównaniu do śniadego ciała Zsiki, miała w sobie coś nieprzyzwoitego.
     Szybko odkryłem, że pomimo mojej bladości, Anna nie czuła do mnie fizycznego wstrętu. Niedługo okazała mi dowody swego zainteresowania. Najpierw przemaglowała mnie odnośnie mojego życia; chciała wiedzieć, czy byłem żonaty, ile miałem kochanek, ile dzieci. Dodam, że rozmowa toczyła się w kiepskim niemieckim, gdyż Anna znała po cygańsku tylko kilka słów. Zatopieni w rozmowie, zupełnie zapomnieliśmy o Zsice, kiedy rozejrzeliśmy się dookoła, okazało się, że zniknął. Wtedy Anna eksplodowała stekiem wściekłych obelg. Powiedziała mi, że zawsze ją oszukiwał. Tak, była jego kochanką, bardziej niż jakakolwiek inna kobieta, dała mu wszystko, miesiącami żył jej kosztem. Na koniec wybuchnęła płaczem.
     Zdenerwowałem się, ponieważ znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a jej krzyki ściągnęły na mnie sporą uwagę. Wydaje się, że ludzie uważali mnie za powód. Jednakże Węgry, w przeciwieństwie do Europy Północnej, są rozkosznie dyskretnym miejscem. Sceny pełne pasji wybuchają bardzo często w retsauracjach, powietrze zapełnia się gniewnymi słowami, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Przypuszczam, że ludzie są wdzięczni, że nie przyszła jeszcze ich kolej, więc nie przerywają rozmów i pozostawiają rozwścieczonych ludzi samym sobie.
     Nie wychowałem się na Węgrzech. Mój umysł pełny był kompleksów przedmieść. Zalałem się rumieńcem i cąły się trząsłem, próbując uspokoić moją ładną rozmówczynię, przypominającą jednego z tych dzikich demonów napadających mężczyzn w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”. Nie mogłem, co spowodowało tą namietną scenę. Zsika powiedział mi przecież: „Była moją kochanką, zostawiłem ją, ale nie ma między nami żalu”.
     Nagle jej gniew i łzy dobiegły końca. Chwyciła mnie za ramię.
     - Chodźmy do Kavehaz.
     Po trzech czy czterech szklankach wiśniówki ogarnęła ją dzika gadatliwość i opowiedziała mi swoją historię. Była córką węgierskiego ojca i cygańskiej matki. W wieku piętnastu lat uciekła z domu i dołączyła do trupy wędrownych artystów, jako tancerka. Po kilku latach włóczęgi wyszła w Budapeszcie za gracza na cymbałach, z którym ciągle żyła.
     - To stary człowiek – powiedziała. – Cyniczny. Wie, że mam w sobie diabła młodości, ale biedaczek chce spokojnego życia. Pozwala mi mieć kochanków, ale muszę zachować ich w tajemnicy. Kiedy uda mu się mnie nakryć, bije mnie, ale lubię to; skaczę mu wtedy do twarzy i wydrapuję oczy. Dziś wieczorem musisz pójść ze mną. Zatańczę dla ciebie kilka cygańskich tańców.
     Przyznam się, że moja towarzyszka budziła we mnie niepokój. Była zbyt egzotyczna, jak na mój smak. Mężczyzna to prosta istota; lubi wyobrażać sobie urok ciemnych występków, jego fantazja daje się uwodzić niebezpieczeństwom, ale przyprowadźcie go do jednej z tych lśniących, fatalnych piękności, a natychmiast zacznie tęsknić za spokojnym miejscem przy kominku i ciepłymi kapciami. Kiedy Circe mówiła do mnie o podnietach magicznych okien otwierających się na zaczarowane krainy, w sercu paliła mnie żałość, ale nie przestawałem powtarzać w głowie słów piosenki: „Le Belle Dame Sans Merci”:

„Ah, cóż cię to trapi, rycerzu w zbroi?
Tak samotny i niemrawo się ruszasz.
Z brzegu jeziora zniknęła turzyca,
I zamilkł śpiew ptaków”

     Moja donkiszoteria popychała mnie do przyjęcia roli paladyna i towarzyszenia pięknej damie, bo czyż życie nie składa się ze świetlanych wyczynów w nieznanych krainach? Poza tym wagabunda nie zasługuje na swoje miano, jeżeli nie jest gotowy na posmakowanie radości chwili. Ale wtedy moja wrażliwa tożsamość Sancho Pansy zaczęła ciągnąć mnie za połę płaszcza, mówiąc: „Dlaczego pchasz się w to ryzyko? Jesteś obcy w obcym kraju, a ta dziewczyna z jej cygańskimi sztuczkami zostawi cię bez grosza, a może nawet dorzuci do interesu cięgi z rąk znajomego rzezimieszka”.  Moja wewnętrzna dyskusja nie miała jednak znaczenia, gdyż dziewczyna zadecydowała za mnie; chwyciła mnie pod rękę i rozkazała zaprowadzić się do restauracji na świeżym powietrzu, gdzie mieliśmy doświadczyć Mulatni.
     Była niedziela, więc wszystkie ławki pod drzewami zapełniał głośny tłum. Na małej, drewnianej scenie pod drzewem grał cygański zespół. Kiedy tylko podeszliśmy, Karoly Arpad zagrał dla nas piosenkę, zwaną „Hullamszo Balaton”, którą Anna zaczęła śpiewać na cały głos.
     Chwilę później powiedziała mi, abym poszedł zagrać z zespołem. Arpad podał mi skrzypce. Rozpocząłem słynną melodią węgierską, „Cserebogar”. Szybko dołączyła się orkiestra z akompaniamentem. Później zagrałem słynną nutę „Chinka Panna” oraz „Repulj Fecskem”, czyli pieśń ptaka autorstwa Remenyi, aż zacząłem grać „Farewell” Emersa, jedną z najpiękniejszych irlandzkich melodii. Pierwszy raz zagrałem ją sam, orkiestra nie spróbowała nawet się dołączyć, ale za drugim razem wszyscy muzycy dołączyli się z zaimprowizowanym akompaniamentem. Dar improwizacji akompaniamentu dla jakiejkolwiek melodii jest jedną z najbardziej niezwykłych cech Cyganów, gdyż żaden z muzyków, poza Primas, mógł czytać nuty.
     Następnym punktem wieczoru była kolacja z cygańskim zespołem. Cóż za hałaśliwa była z nas grupa. Posiłki na Węgrzech mają jedną szczególną właściwość: każda potrawa musi być doprawiona papryką. Najpowszechniejszym daniem jest Gulyas, rodzaj potrawki z duszonego mięsa, w bogatym smakowo sosie. Na deser zjedliśmy słodkie csorge fank, czyli jabłka w cieście, którym towarzyszył tokaj.
     Cyganie powiedzieli mi, że to narodowy bohater, Rakoczy, książę Transylwanii rozsławił to złote wino, znane na Węgrzech jako wino królów, oraz król win. Tokaj powinno się pić z deserem, gdyż nie jest to wino stołowe, jak plater czy burgund. Dla mnie pice tego złotego trunku, siedząc przy stole, było świętokradztwem. Powinno się je pić wędrując pod drzewami, słuchając muzyki, tak aby smak mógł utrzymać się dłużej, jak długa, podwójna nuta zagrana na skrzypcach. Tokaj ma bukiet subtelnie utrzymujący się na języku, jak Oloroso Sherry. Kiedy pociągniesz łyka, jego aromat wydaje się rezonować, niczym echo strun pianina. Znane są legendy o klasztorze na Węgrzech, gdzie tokaj przechowywano w jaskini. Jego reputacja była taka, że nikt nie mógł się zbliżyć, chyba że w stroju dworskim, niosąc srebrny kandelabr. Podobno papież Pius IV na Soborze w Trent, otrzymał w prezencie od biskupa beczkę wina, jako najcenniejszy podarunek, jaki można było ofiarować. Po spróbowaniu papież ogłosił: „Summum Pontificem talia vina decent”: to wino nadaje się dla Jego Świątobliwości. Jestem pewny, że papież Leon X pił właśnie tokaj, kiedy Rafael opowiadał mu historie, albo gdy wracał z wypraw myśliwskich i papiescy słudzy podawali mu złote kielichy pełne nektaru. Tokaj jest węgierskim winem i symbolizuje szczodrość węgierskiej rasy. Jak tutejsi ludzie, jest szczere i żadne sztuczne dodatki nie psują jego smaku. Wino to pije się, kiedy Tzigan stroi skrzypce, i kiedy ciemna dziewczyna obok czeka na rytmiczne pulsowanie Czardasza. To wino prowadzi nas do magicznej Mulatni, gdzie znikają wszystkie zmartwienia świata.
     Po kilku szklankach tokaja zmieniła się cała sceneria, a oświetlone drzewa wyglądały jak płonący las. Odurzająca muzyka i wino wypełniały się nawzajem, przykrywając nasze oczy opalizującym welonem, przez który oglądaliśmy świat. W oddali słyszałem cymbały Corybantic tancerzy w Tracji, wołających do Bożka Wina i Rytmu. Muzyka i wino zamieniły się w ostateczną orgię – biada Pentheus, wrogowi Bachantek, jeżeli zbliżyłby się zbytnio do ukoronowanego laurami zespołu.
     Ognista rytmiczność muzyki zwiększała swoją intensywność, aż nagle rozpoczął się czardasz. W tańcu tym jest coś uroczystego i strasznego, kiedy spływa rozszalałą falą na zgromadzenie ludzi i niczym sztorm rozrzuca wszystko na wietrze.
     Ludzie w pośpiechu wstali z miejsc i ruszyli na otwartą przestrzeń. Każdy mężczyzna pochwycił partnerkę i pociągnął ją ze sobą. Każda twarz napięta była emocjami. Z trudem rozpoznałem Annę; zamieniła się w dziką bestię (maenad?). Bez słowa zerwała się z miejsca i pobiegła na spotkanie młodego mężczyzny, który przywołał ją z sąsiedniego stolika. Oboje dołączyli do rozszalałej chmary. Mężczyźni położyli ręce lekko na ramionach kobiet, one zrobiły to samo. Mężczyźni zaczęli przebierać nogami szybciej i szybciej, kobiety ruszały ramionami niczym opętane przez wiedźmy, przestrzeń napełniła się okrzykami, w szaleńczym tempie brzdękały skrzypce, a jęczący, nieubłagalny kontrabas wciągał nas w niekończącą się plątaninę rytmów.

Wednesday, 14 October 2015

Ucieczka z Krainy Snów (sen)






















   Wreszcie udaje mi się uciec z rzeczywistości do Krainy Snów. Mam towarzysza/towarzyszkę (czasami jest to mój brat, czasami Tania albo Petra). Najpierw jestem podekscytowany wolnością. Ale okazuje się, że Kraina Snów rządzi się swoimi prawami. Jest tam władca/władczyni i rząd. Każdy ze śniących ma swoje jasno określone role. Nam przypada rola więźniów. Mieszkamy w wielkim, wielopiętrowym domu. Gotujemy, sprzątamy. Chcemy uciec, ale w labiryncie korytarzy, z wieloma bezdusznymi strażnikami, jest to niemożliwe.
   Spotykamy inną śniącą, której rola polega na podróżach, spełnianiu swoich marzeń, wolności. Ma swoją paralotnię, którą włóczy się gdzie chce. Dla niej nie ma żadnego wielkiego domu, ale bezkresne przestrzenie i wolność. Dziwi się, że chcemy uciec z raju, ale wskazuje nam drogę. Udaje nam się wydostać z budynku, do Bramy Snów jest jednak długa droga. Musimy się spieszyć, zanim władca/władczyni zda sobie sprawę, że się wydostaliśmy.
   Po drodze natykamy się na małą przyjemną chatkę, z sympatycznym skrzatem. Karmi nas cudnymi serami i szynką. Jest tak miło, że nie chce nam się odchodzić, zapominamy powoli o ucieczce. Coś jednak mnie nurtuje, coś nie do końca mi pasuje w tym skrzacie. Mówię mu, że na nas już czas. Próbuje nas przekonać, żeby zostać na herbacie. Moja towarzyszka się dziwi, że chcę odejść, opiera się mi, ale coraz bardziej czuję, że coś jest nie tak. Kiedy wychodzimy, widzę kątem oka, że skrzat szybko biegnie do drugiego pokoju. Wiem, że poszedł zadzwonić do władcy'władczyni. Nie zostało nam wiele czasu.
   Próbujemy biec, ale jak to we śnie, stopy zapadają się w mulistej ziemi, powietrze stawia opór. Biegniemy pochyleni prawie poziomo do przodu i pomagamy sobie, ciągnąc trawę. W tak żółwim tempie docieramy wreszcie do bramy. Są to wielkie obrotowe drzwi z przedpokojem.
   W drzwiach stoi niemy strażnik w kominiarcena twarzy. Jego oczy są chłodne, ale przyjazne. Pozwala nam wejść do przedpokoju. Jesteśmy o krok od wolności.
   Wtedy pojawia się władca/władczyni. Pełen/pełna furii wrzeszczy, że nie udało nam się jednak i teraz zostaniemy ukarani. Jest gigantyczny/gigantyczna. Chwyta nas za kark, jak dwa bezbronne kocięta i chce wyjść. Na jego/jej drodze staje jednak strażnik.
   - Wiesz kim jestem?!! - krzyczy władca/władczyni. Strażnik stoi jednak bez ruchu, jego oczy patrzą zimno, pewnie. Władca/władczyni kładzie nas na podłodze i zamierza się do ciosu.
   Wtedy zdaję sobie sprawę, że jego/jej moc nic tu nie znaczy. Strażnik jest ważniejszy. Kiedy władca/władczyni uderza strażnika pięścią w pierś, cała moc wraca i władca/władczyni znika.
   Budzę się.

***

   Jeden z tych mocnych, realistycznych snów, które zwykle zapisuję. Obudziłem się w nocy i nagrałem na komórkę, żeby nie zapomnieć. 

***

   A w rzeczywistości jest w porządku. Wczoraj długi dzień w pracy, ale w dobrym nastroju. Dziś przyjeżdża w gości Aga z córką, zostają do soboty. Jutro przyjęcie pożegnalne dla Katii, będzie też Petia. No a później weekend i jeszcze tylko tydzień do urlopu!

Tuesday, 13 October 2015

Sny

   Kiedyś sny były moją ucieczką od rzeczywistości. Dziś sny nie pozwalają mi uciec.


Tuesday, 6 October 2015

Kometa

   Obudziłem się o piątej rano, nie mogłem już spać. Zalew ciemnych myśli, bezsilności, żalu. Wreszcie włączyłem Trójkę i jakoś się wyciszyłem. A zaraz do pracy. Tylko na trzy godziny, później jadę do studentów od zębów, popracować nad moją jedynką.
   Próbuję znaleźć sposób na wybaczenie. Sobie i jej. Czasami wydaje mi się, że jestem blisko, ale czasami wraca wszystko, cały postęp, z którego się cieszyłem, wydaje się nieistniejący.
   Czasami puszczam sobie jakiś stary film. Przypominam sobie, że widzieliśmy go razem. Sprawdzam rok i myślę, co wtedy robiliśmy, gdzie byliśmy. Czy to było na laptopie w Kopenhadze, czy w telewizji w Polsce, czy u kogoś w Hiszpanii. A czasami widzę film, który powstał wcześniej. Patrzę na rok i myślę "O, jeszcze cztery (dwa, pięć, piętnaście) lata do mojego pierwszego spotkania z Tanią".
   Śniło mi się, że wplatałem się w gangsterskie rozgrywki. Albański mafiozo łapie mnie i moich trzech przyjaciół. Jego goryle przyciskają nas do ziemi. Albańczyk podchodzi i po kolei strzela moim przyjaciołom w tył głowy. Kiedy dochodzi do mnie, zaciskam mocno oczy i marzę, żeby było już po wszystkim, żebym już był po drugiej stronie, w krainie bez strachu. Wtedy strzela. Czuję tępy ból i budzę się we własnym łóżku, w krainie, gdzie strachu ciągle jest sporo.