Wednesday, 31 December 2014

Tuesday, 30 December 2014

Obrazkowe poematy - c.d.


























Kolejny z obrazkowych poematow o samotnosci. Bazgrze wieczorami, zeby zabic czas, nie wariowac z nudow. Czytam eseje Orwella, relaksuje mnie jego trzezwosc i ironia. Slucham Bakszyszu. Ciągle nie mam klawiatury piszę myszka, więc już mam dosyc. Dobrej nocy.
   PS Zepsul sie bojler, nie ma ogrzewania ani cieplej wody:)

Monday, 29 December 2014

Kolejna nocna ilustracja


























   Pierwszy obrazek w nowym szkicowniku. wczoraj wydalem kupe kasy na art supplies, konto puste. ale musialem sobie ulzyc:) Klawiatura ciagle zepsuta, pisze myszka na on-screen keyboard, tak ze koncze. Pa.

I wiecej staroci



Starocie:)














Pięć głupiutkich snów

Kosmiczna awaria

     Mieszkam w bazie kosmicznej. W poszyciu kadłuba zrobiła się dziura. Ubieram skafander i wychodzę na zewnątrz. Mróz jest tak wielki, że pomimo skafandra parzy mnie cała twarz, usta, nos, skóra od razu pokrywa się warstewką lodu. Na granicy śmierci szybko udaje mi się załatać dziurę od środka. Robię to w ten sposób, że przykładam rękę do otworu, a uciekające powietrze zamarza, w końcu całkowicie blokując wyciek. Teraz muszę wyjść na zewnątrz i założyć łatkę. Na zewnątrz okazuje się, że ktoś już to zrobił. A przecież na stacji jestem tylko ja. Podejrzewam, że to jakiś obcy.
     Jakiś czas później jestem na nieznanej planecie. Mieszkam w szczelnym, tlenowym namiocie, na zewnątrz którego panuje straszliwy mróz, a powietrze nie nadaje się do oddychania. Napada mnie lokalne zwierzę, podobne do tygrysa. Nie mogę do niego strzelić, bo otwarcie namiotu oznaczałoby śmierć (a gdzie skafander? Bez sensu:)

Flirt z Sigourney Weaver

     Jestem w autobusie pełnym dzieci, wybierających się na wycieczkę. Ich opiekunką jest Sigourney Weaver. Rozmawiamy w zrelaksowanej atmosferze. Żartuję sobie z niej, nazywam ją „Alien”, ale wreszcie przyznaję, że jako nastolatek byłem w niej zakochany. Śmieje się zadowolona, pochlebiłem jej. Później opowiadam jej o Camino de Santiago, ale w trakcie opowieści Sigourney zamienia się w inną kobietę, którą w ogóle nie interesują moje hiszpańskie przygody.

Szafot

     Jestem w Kopenhadze. Za jakieś przestępstwo zostaję skazany na śmierć. Czuję wielki smutek i bezsilność w zetknięciu z potężną, biurokratyczną machiną prawa. Ogarnia mnie rozżalenie, że zostanę zabity, aby spełnić wymogi martwego prawa, nie ma znaczenia kim jestem, co myślę, co czuję, o czym marzę, za czym tęsknię. Nie ma żadnego wyjścia, już po mnie. Uświadamiam sobie bezsens i nieludzkość idei, że przepisy prawa mogą być ważniejsze od żywej materii duszy, osobowości. Leżę na pryczy i płaczę.

Melancholia

     Spaceruję z Tanią po dziwnym, niepokojącym mieście. Spomiędzy drzew wygląda nienaturalnie wielka tarcza księżyca. Patrzę na nią z lękiem. Boję się nie tylko jej rozmiarów, ale też tego, że całkowicie inna jest rzeźba kraterów, które układają się w niesympatyczny uśmiech. To druga strona księżyca, do tej pory odwrócona do nas plecami. Ten uśmiech zawsze tam był. Zdaję sobie sprawę, że czeka nas koniec. Księżyc wypadł z orbity i zbliża się do Ziemi, w bezwładności odwracając do nas ciemną dotychczas stronę. Pokazuję Tani.
     - Widzisz?
     Potakuje i przytula się mocno, jakbym mógł ją ochronić. Boję się i jest mi przeraźliwie smutno.

Niedźwiedź

     Jestem w domu na wsi. Pod okno przyplątuje się niedźwiedź. Nie za wielki, i nie otwarcie wrogi, ale uparty, silny i obcy. Wiem, że jeśli zechce, może wyrządzić mi krzywdę, nie ma w nim strachu, a dla mnie nie ma ucieczki. Zerkam za okno. Niedźwiedź już wspina się po rynnie. Słyszę, że coś do mnie mówi. Jest to starożytny język niedźwiedzi. Wiem, że to gatunek bardzo nam obcy w swojej świadomości, ale jednak rozumny. Żałuję, że nie znam języka, choć coś mi mówi, że bariera gatunkowa jest zbyt wielka, żebyśmy mogli się porozumieć.





Saturday, 27 December 2014

Koszulka



























Koszulka
Jaromír Nohavica

Zdejmij moja miła koszulkę swą
zapadła noc gwiazdy na niebie śpią
do świtu daleko do serca nie
to piękne gdy ludzie kochają się

Wczoraj mi uciekłaś dziś jesteś tu
tak jak ja nikt nie kołysze do snu
już lody topnieją i szumi las
być może to jest nasz ostatni raz

Zdejmij swą koszulkę z porcelany
piękniejszej dziewczyny nie da mi los
już krwawa jutrzenka na niebie drży
będziesz mą pierwszą ja twoim pierwszym

Wednesday, 24 December 2014

Prezenciki:)

   Kolekcja ozdóbek choinkowych wysłanych do domu. Niestety nie doszły dzisiaj, mam nadzieję, że żaden chciwy listonosz nie połasił się, licząc na zwitek funtów:) Jeszcze może dojść.

Anulek


 Kubek






 Łuksio i Monia
 Mama
 Ja
 Naduś
 Rafcio
 Szymon i Rosa
 Tania
Wikuś

Nastrój świąteczny



   Nastrój świąteczny na dziś. Plus dużo wina, dużo papierosów i pierogi ze sklepu polskiego. Tak że trochę dekadencko:)

Sunday, 21 December 2014

Przedświątecznie, rysowniczo

 

























   W ciągu rysowniczym. Dziś zrobiłem rysunek na prezent dla Petii. W nocy z Kryszną śmiga po Londynie na rowerze. Jutro poszukam w Lewisham fotografa i dowiem się ile kosztowałoby mnie zrobienie plakatu. Potrzebuję teraz przerwy. Ostatnie trzy tygodnie rysowałem prawie codziennie i choć lubię, to jednak były to zobowiązania prezentowe, więc trochę mnie to wymęczyło.
   W środę Wigilia. Zrobię chyba krokiety z kapustą i grzybami i może jeszcze "śledzie" sojowe w jabłku i cebuli, jak co roku. Smutno trochę. Pierwsze święta bez Tani, kolejne poza domem. Na wsi zasypało ich śniegiem, zazdroszczę. Widzę ich, jak siedzą przy kominku, obok gigantycznej choinki świerkowej ukradzionej tradycyjnie z lasu, popijając wino, napychając się specjałami, podekscytowane dzieciaki, psy, prezenty. Tęsknię. Mam nadzieję, że dojdzie na czas mój prezent.

Wesołe miasteczko

   Niedziela w łóżku. Wczoraj byliśmy w wesołym miasteczku. W Hyde Parku co roku w zimie rozkłada się niemiecki Winterfair. Drewniane budy z kiełbasą, kurczakami, wielkimi kuflami piwa, grzanym winem, a do tego wielkie, straszne i mniej straszne karuzele.
   Nie miałem ochoty za bardzo iść, ale w sumie było fajnie. Byłem na czterech karuzelach, adrenaliny się najadłem, ale z chęcią poszedłbym dziś znowu. Do tego dwa kubki wina grzanego i frytki z kiszoną kapustą.
   Dziś się wyleguję. Rano obejrzałem odcinek Arabeli, zjadłem kanapek, później grałem na bejeweled przez dwie godziny, aż do zrzygania. Lubię się czasem ponudzić. Chyba poczytam książkę. Znalazłem fajny zbiór reportaży o Hiszpanii z lat siedemdziesiątych.


Saturday, 20 December 2014

W balonie - Fernanda i Ana

 

 






















    Późno już, po północy. Skończyłem właśnie obrazek, który obiecałem Fernandzie na święta (chciała coś oryginalnego na prezent dla swojej siostry).
   Zmęczony.

Monday, 15 December 2014

Lista przedświąteczna











   1. Skończyłem rysowanie świątecznego, sekretnego projektu:) Od jutra część rękodzielna, no i poczta. Po świętach wrzucę tutaj całość.
   2. Dziś miałem szkolenie PBS (Positive Behaviour Support). Jutro druga część. Bolą mnie plecy, sporo było fizycznych ćwiczeń, ale warto było, dużo ważnych rzeczy zajarzyłem. Z minusów: miejsce szkolenia było dosyć daleko. Bilet kosztował mnie 17 funtów. Jutro drugie tyle. A do tego przegapiłem swoją stację, pojechałem o trzy za daleko.
   3. Smutno mi, że nie będę w domu na święta. Wyjechałem do Anglii w czerwcu 2013. Był to ciężki rok, nie miałem kasy na wyjazd, zmagałem się finansowo, do tego rozstanie z Tanią. Eh... Teraz powinno już być lżej, może uda się pojechać na Wielkanoc.
   4. Tęsknię za nią. Wraca z Indii za kilka dni. Niestety, nie spotkamy się.
   5. Od środy urlop do 5 stycznia!:)

Saturday, 13 December 2014

Sobotni, spokojny wieczór

 









   Sobota. Miły dzień. Trochę na kacu, bo wczoraj mieliśmy staff party. Za cholerę mi się nie chciało, wolałbym spędzić wieczór w domu niż w klubie, ale teraz, skoro dostałem stałą pracę, czuję się trochę zobligowany do integracji. Ale bardziej niż to, chciałem się pożegnać z Fernandą. Wyjechała na święta do Hiszpanii, widzimy się dopiero w styczniu.
   Rano poszliśmy z Petrą na zakupy. Dostała wypłatę i chciała mi coś kupić z ubrań, bo się mi już sypie garderoba. Kupiła mi super jeansy za 35 funtów, domowe spodnie w kratkę i świąteczny sweter. No i czapkę z pomponem.
   Wyskoczyliśmy też do indyjskiej restauracji, gdzie zaskoczyli nas gigantycznymi porcjami. Nie dojedliśmy, wzięliśmy większość do domu. Podzieliłem się ze współlokatorami. Zieją ogniem. Mariusz stwierdził, że jutro będzie srał kometami:)
   Później rysowałem, powyżej skrawek. Zostały mi jeszcze trzy obrazki do zrobienia. Mam nadzieję, że uda się wysłać w środę, najpóźniej w czwartek. Nie wiem tylko, czy dojdzie do domu przed Wigilią.
   W poniedziałek i wtorek szkolenia w pracy no i wreszcie urlop świąteczny do piątego stycznia.

Tuesday, 9 December 2014

Extravaganza

 










   Rysuję ciągle projekt świąteczny. Pewnie zejdzie mi do połowy przyszłego tygodnia. Dziś bez papierosa. Wczoraj prawie się udało, ale wieczorem zmiękłem. Pobiegłem do kontenera, gdzie rano wyrzuciłem tytoń i wygrzebałem. Tak więc bilans: przedwczoraj trzy fajki, wczoraj dwie, dzisiaj zero. Najgorszy jest brak motywacji. Jeśli chodzi o fizyczne łaknienie to nie mam problemu. Najgorsze są jednak momenty, kiedy pojawia się myśl: "a, po chuj to wszystko":)
   Czytam Nocny pociąg do Lizbony. Świetna książka. Przypomina mi Cień Wiatru.
   W pracy mieliśmy dziś festiwal Extravaganza. Nasza grupa przygotowała święta angielskie, które uznaliśmy za wyjątkowo egzotyczne, zważywszy, że to południe Londynu. Przebiliśmy wszystkich ilością i jakością jedzenia i atmosfery. Inne klasy świeciły pustkami, nasza była pełna do końca.
   Chwyta mnie przeziębienie, ale walczę. Jeszcze tylko trzy dni pracy, trzeba dotrwać.
   Zdjęcie dzisiejsze, z collegu, z Fernandą.


Monday, 8 December 2014

Lista 298

 








   1. Poniedziałek. Ostatni przed urlopem! Trzy tygodnie odpoczynku. Żałuję, że nie będę w domu, tęsknię za wszystkimi bardzo, ale nie chciałem się już bardziej zadłużać. Spróbuję się wyrwać na urlop Wielkanocny.
   2. Dzień zacząłem od ćwiczeń z Chodakowską. Wczoraj postanowiłem znów spróbować. Rano zrobiłem sesję Skalpela. Dziś o szóstej, przed wyjściem do pracy, mimo zakwasów, powtórzyłem. Lubię. Mało brakowało a bym nie wstał, ale śniło mi się, że rzuciłem fajki, alkohol, że oczyściłem życie i to było bardzo miłe uczucie. Tak że wyskoczyłem z łóżka i spędziłem czterdzieści minut z ćwiczeniami.
   3. Wczoraj zrobiłem tez podejście do rzucania fajek. Pękłem po obiedzie i w sumie w ciągu całego dnia wypaliłem trzy, ale chcę dalej próbować.
   4. Kontynuuję projekt świąteczny. W tym tempie powinienem dać radę. Czekam na przesyłkę. Dziś powinna dotrzeć paczuszka z podstawkami do piwa (część projektu:).

Saturday, 6 December 2014

Lista odniechcenia

 
























   Parę dni przerwy w pisaniu. Zacząłem projekt rysunkowy-świąteczny, seria kilkunastu ilustracji, ale nie chcę wklejać po trochu (tym bardziej, że to ma być prezent). Wrzucam po prostu oskrawkowany collage dla smaku. Muszę wyrobić się w dwóch tygodniach, żeby prezent dotarł pod choinkę.
   Co tam ostatnio?

   Lista odniechcenia:
   1. College zaoferował mi stałą pracę. Jakoś w styczniu kończę z agencją i przechodzę na pełny kontrakt. Ulga, bo nie wyrabiałem finansowo. System pracy tymczasowej to zwykłe niewolnictwo. Poza tym wewnętrznie dobrze się poczułem. Że ktoś mnie docenił. Chloe (nauczycielka) bardzo się ucieszyła. Zaraz zadzwoniła do menadżerki, że bardzo by chciała, żeby Fernanda i ja, po przejściu na stały kontrakt, zostali w jej klasie.
   2. Wczoraj po pracy Olga zaprosiła mnie na falafela i piwo. Miło się gadało. Zaprosiliśmy do stolika Lodge'a, angielskiego chłopaka, który samotnie sączył Guinessa przy stoliku obok. Poczęstowałem go kubańskimi papierosami od Carelis. Śmialiśmy się, że tym ekstremalnym przeżyciem skróciliśmy sobie życie o rok.
   3. Dziś zakupy. Na obiad knedle ze śliwkami ze sklepu polskiego, z jogurtem.
   4. Rano oglądałem na youtube stare video z 1991, z kirtanu na farmie w Czarnowie. Dziwne uczucie. Młode twarze bhaktów, których teraz znam jako ludzi może nie w podeszłym wieku, ale na pewno w zaawansowanym. Ja przyłączyłem się pięć lat później. Przyszło mi do głowy, że chciałbym zawrócić czas i jeszcze raz przeżyć to wszystko. Szczególnie od poznania Tani. Żeby wszystkie nasze przygody były ciągle przed nami.
   5. I żeby wróciła prosta, niewinna wiara w Boga.

Tuesday, 2 December 2014

Może jutro?


























   Z wieczornych smutów narodziło się to. O tęsknocie, samotności, wyobcowaniu.
   Już po północy. Zapalę jeszcze papierosa, dokończę zimną herbatę i do spania. Jutro trzeba wcześnie wstać. Ciągle nie wiem, czy dostałem pracę. Mieli dzwonić dzisiaj z Human Resources, ale póki co cisza. Może jutro?

Sunday, 30 November 2014

Wolność i psy

   Niedziela wieczór. Wziąłem prysznic, żeby rano mieć trochę więcej luzu. Jestem sam. Trochę na kacu. Wczoraj mieliśmy u Olgi małe party, głównie ludzie z pracy. Wino, zioło, dużo fajek, jam session, śmiech, wygłupy. Wróciłem do domu około drugiej w nocy. Większość dnia spędziłem w łóżku, oglądając The Big Bang Theory i Elementary. Wstałem tylko, żeby ugotować barszczu, będzie na jutro na lunch w pracy.
   Samotność tli się w środku, jak zwykle, dziś może mocniej niż ostatnie parę dni. Świadomość, że ona nie wyjechała tylko na chwilę, ale na zawsze. Nie zjawi się zaraz w drzwiach z jakimś problemikiem albo wieścią.
   Pewnie temu, że kac. Jutro będzie lepiej.
   Piękny ten filmik o psach.

Saturday, 29 November 2014

Sentinelczyk


























Sentinelczyk *

Sentinelczyku niewielki,
co ci chodzi po głowie?
Ciekawi mnie to niezmiernie,
i spać nie daje po nocach.

Czy paleolityczne masz sny,
czyste od Pitagorasa,
Homera, Lenina i Dody?
Czy śnisz o rybach, o Bogu?

Gdy patrzysz w gwiazdy po nocach
to rzeczy rozważasz kosmiczne?
Czy myślisz nielinearnie
i widzisz tylko rzeczy śliczne?

Czy zmarłych zakopujesz w ogródku,
sadząc na grobie sałatę?
Czy też robisz z nich gulasz,
a później pląsasz w żałobie?

Czy na tantrycznych wyżynach
w wersji sentinelskiej się gzisz,
czy też pączkujesz cichaczem,
bądź jajka składasz na plaży?

O kuchnię nawet nie pytam.
Pewnie kulki lepisz z morskiej piany
i smażysz je z kiścią bananów,
zapijasz natomiast szampanem
(z winogron marsjańskiej odmiany)

Gdybyśmy razem usiedli
i pogawędkę ucięli,
to czy by nam głowy wybuchły,
czy w kosmos byśmy pomknęli?

Sentinelczyku niewielki i czarny,
za cholerę cię rozgryźć nie umiem.
Więc może dam ci już spokój,
a ty opowiesz mi wszystko już w raju.

* Co to ten Sentinelczyk?

Thursday, 27 November 2014

Dziewczyna na huśtawce i czas

 

























   Za bardzo nie chce mi się dziś wieczorem pisać.
   Obrazek o czasie, który się nami karmi (czerwień - krew), rozświetlając czerń kosmosu nikłymi latarenkami nadziei, na horyzoncie światło, choć jeszcze daleko i spokojna, smutna dziewczyna na huśtawce, która nie symbolizuje niczego.

Wednesday, 26 November 2014

Uśmiech




















    Fajny dzień. Ostatnio mam takich więcej: kiedy jest spokój, światło, bliskość. Rano interview o pracę w moim collegu. Poszło moim zdaniem świetnie, będę wiedział w piątek. Fernanda miała rozmowę zaraz po mnie, też zadowolona.
   W pracy super, świetna atmosfera, dobra współpraca, no i nasi uczniowie są świetni, bardzo się czuję z nimi dobrze. K. popatrzył na mnie dziś uważnie.
   - You've got a haircut - zauważył.
   - I did, indeed, thank you for noticing!
   - It is a very nice haircut - skomplementował uprzejmie.
   - Thank you, K. You are the first one who said so.
   Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
   Chloe spotkała się z jego mamą ostatnio. Mama spytała: "Kto to Marcin i Fernanda? Jego koledzy z klasy? Cały czas o nich mówi". Miło się na sercu zrobiło.
   Fernanda i ja, wyszliśmy kilka minut wcześniej. Zapaliliśmy papierosa pod collegem i obserwowaliśmy wychodzących ludzi.
   - Zobacz - powiedziałem - wszyscy żartują, śmieją się, pozdrawiają. Pracowałaś kiedyś w takim miejscu?
   - Właśnie widzę. Niesamowite.
   W sobotę organizujemy małą prywatkę u Olgi. Parę osób z pracy, może z dziesięć, piętnaście. Część to muzycy, pewnie sklecimy jakiś jam session.
   W domu Petra nasmażyła znowu frytek, sączę Żywca, czytam "Tysiąc lat wkurzania Francuzów". I tyle ze środy.

Monday, 24 November 2014

Lista słoneczno-listopadowa

 
























Lista słoneczno-listopadowa:

   1. Dzień zaczął się słońcem, miłym nastrojem, nadzieją, lekkością. W samochodzie do pracy, z Andym, bez gadania, słuchając przebojów sprzed lat.
   2. W pracy jak zwykle wesoło. Rano na basen z N., wymoczyłem się w ciepłej wodzie za wszystkie czasy. Dlatego lubię poniedziałki. Po południu, zaraz przed wyjściem uczniów włączyłem na youtubie The Pogues. K. wyprostował się na wózku i wbił wzrok w ekran. Widać było, że rozpoznał, ale na ile? Z tymi dzieciakami ciężko czasami wyczuć.
   - Dirty Old Town! - wyjąkał głośno. Zatkało mnie. Przełączyłem na następny.
   - Fairytale of New York!
   Wow. Następny.
   - Rum, Sodomy & the Lash!
   Chłopak znał wszystkie kawałki The Pogues! Zarobił u mnie duży szacun:)
   3. Przed wyjściem Chloe przygotowała Fernandę i mnie na środowe interview. Zrobiła dla nas nawet trochę notatek, czego możemy oczekiwać. Kochana dziewczyna.
   4. Po pracy za ostatnią dychę wyskoczyłem do fryzjera. Zacząłem już zarastać. W okolicy tylko murzyńscy i arabscy fryzjerzy. Z dwojga złego wybrałem perskiego. Wiem, jak to brzmi, ale daję słowo: nie chodzi o rasizm, ale jednak inne zwyczaje fryzurowe mają różne kultury:) Wyjaśniłem uprzejmemu panu, co bym chciał. Obciął mnie bardzo dobrze. Przy okazji zasugerował, że mógłbym zrobić sobie transplant włosów z tyłu głowy na zakola. Przyznaję, zaintrygował mnie, bo coraz szybciej cofa mi się linia brzegowa, ale kiedy powiedział, że tygodniowy zabieg kosztuje 2000 funtów w Iranie albo Turcji, a jakieś 5 do 9 tysięcy w UK, to jednak zdecydowałem się łysieć dalej.
   5. Narysowałem dla Toma obrazek z nami, z dawnych czasów. Obiecałem mu na urodziny. Rano w pracy naszkicowałem, przed wyjściem pokolorowałem, dokończyłem w domu. Przy okazji (skoro już mowa o włosach) przypomniałem sobie, jaką miałem gęstą, długą, bujną grzywę. Czas nieubłagany:)

Saturday, 22 November 2014

Prośba o wyspy szczęśliwe

























Prośba o wyspy szczęśliwe

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

K. I. Gałczyński

Friday, 21 November 2014

Woland

























   I znów weekend. Jak w pralce się kręci. Pamiętam, jak lata temu, niedługo przed śmiercią taty, robiliśmy duszonki na podwórku i powiedział, że im starszy, tym czas biegnie szybciej. Pory roku śmigają jak strzały, ledwo zacznie się lato, a już trzeba ubierać grube skarpetki i brodzić w śniegu.
   Piję wino i znów przytulam siebie baśniowymi ilustracjami. Woland z Behemotem tańczą nad Petersburgiem. Byłem Mistrzem ze swoją Małgorzatą, a nagle zostałem Wolandem. Też jest w tym urok. Noc, wolność, samotność i magia.

Thursday, 20 November 2014

Świąteczna wieczerza

























Śniła mi się świąteczna wieczerza
Słodka muzyka, Jankiel grał na cymbałach
Trochę jazz, trochę flamenco, trochę kołysanka,
Wąsaci Cyganie robili murmurando

Był tam Jezus, śmiał się głośno,
Z Mahometem wznosili toasty,
Za miłość, dziewczyny i młodość
Widziałem też Matkę Teresę,
z Kryszną tańczyła walca
Księżyc zerkał zachwycony
I puszczał kółka srebrnego dymu

***

   Lista zdecydowanie za wcześnie świąteczna

   1. Już czwartek. Jutro tylko trzy godziny i weekend. Ale zasuwa czas!
   2. Przejrzałem się dziś w lustrze. Ale mam siwych włosów. W tym roku ostro zbielałem. Jeśli w tym tempie to pójdzie, to jeszcze dwa, trzy lata i będę siwiutki jak gołąb. Dziwnie tak. Nie ogarniam starzenia się.
   3. Petra najprawdopodobniej wyjeżdża na początku stycznia. Dostałem propozycje wprowadzenia się na skłot w Brixton. Jeśli ciągle będzie aktualna, to po wyjeździe Petry przeprowadzę się. Stracę depozyt, ale nie płacąc czynszu, wreszcie się odbiję. Zobaczymy.
   4. Najważniejsza wiadomość z dzisiaj: moje podanie o pracę przeszło, w środę mam interview! Rano rozmowa, a później obserwacja w pracy z uczniami. Pracuję w collegu od ponad roku, ale przez agencję, co oznacza niepłatne wolne, niepłatne chorobowe, zero pewności, w każdej chwili agencja może mnie wysłać gdzieś indziej. Jeśli dostałbym stałą pracę, to mógłbym się wreszcie zrelaksować. Płaca też będzie większa i przede wszystkim regularna. Gdyby jeszcze udało się z tym skłotem, to wreszcie bym spłacił długi i zaczął coś odkładać.
   5. Samoocenę mam kiepską ostatnio. Odkąd jestem sam, czuje się jakiś niedokończony, niewidzialny. Taki chudy, lekko przezroczysty, zagubiony chłopak w średnim wieku. Dopiero kiedy robię coś twórczego, jakąś piosenkę, czy choćby obrazek, to jestem pełniejszy, bardziej namacalny. No i jeszcze czasami w pracy, kiedy zaangażuję się mocno, zamiast odliczać czas do wyjścia. Odkąd jestem w nowej klasie, pracuje mi się lepiej. Chloe przekazuje nam dużo inicjatywy, przyjmuje sugestie, traktuje po koleżeńsku, nie po "szefowemu", jak w innych klasach. Taki klimat mi sprzyja.

Wednesday, 19 November 2014

Ot tak

   Rano ciężkie: zły sen o Tani. Wykrzyczałem jej w tym śnie całą złość, tęsknotę, zawód, wszystko, co mnie męczy.
   Później lepiej. W pracy było fajnie. Czuję się związany z naszymi uczniami. Martwię się o K. Chłopak bardzo nieszczęśliwy. Nie znam jego sytuacji do końca, komunikacja jest trudna. Zapytany o rodzinę albo dom, zaczyna się denerwować. "Nie ma już domu! Nie ma mamy!" krzyczy. Tak, że unikamy tematu. Łamie serce. Wiem tylko, że stracił dom, rodziców i teraz mieszka w ośrodku. Wydaje się zaniedbany, smutny, zmęczony. Próbuję mu jakoś pomóc, ale dużo nie mogę zrobić.
   Dobrze pracuje mi się z Fernandą. Czasami zdarza nam się przegapić godzinę wyjścia z pracy, tak się zagadamy. Nigdy mi się nie zdarzało. Zaprzyjaźniamy się coraz bardziej. Przywiązuję się do ludzi. Po wakacjach planuje wyjechać do Ekwadoru na wolontariat. Będzie mi jej brakować. Rozmawiamy o wszystkim; o świecie, sztuce, żartujemy. W jej towarzystwie czuję się sobą. Uczucia czysto przyjacielskie. Rozmawialiśmy dziś o wolności. Powiedziała, jak bardzo ceni niezależność. Poradziła mi, żebym właśnie w swobodzie poszukał radości. Teraz, kiedy jestem sam, mogę znaleźć w tym siłę i z czasem przyjemność. Podobała mi się ta idea i przez chwilę to poczułem. Później jednak wróciłem do domu i znów wróciły myśli, wspomnienia, tęsknota. Tak, że wieczór tak jak rano, trudny.
   Teraz już w łóżku. Najadłem się frytek z serem. Ciepło od grzejników, za oknem zaczyna być zimowo. Próbowałem obejrzeć odcinek Voyagera, ale nie byłem w stanie, miałkie to. Słucham Afro Celt Sound System. Nostalgia, bo słuchałem tego dużo dziesięć lat temu, kiedy mieszkałem w Irlandii. Długie spacery po kamienistej plaży w Brey, ja pracowałem u Krwawej Mary w restauracji, Tania w domu starców.
   Dopiero ósma, ale chyba powoli zwinę się w kłębek i zasnę.
   Dobranoc.

   Zamiast nowej ilustracji, kartka z dziennika sprzed jakichś 12 lat.


Monday, 17 November 2014

Kołysanka - Księżycowy Terrorysta



Jeden taki chciał polecieć do gwiazd
Bo się znudził mu za oknem świat
W bibliotece dobrych książek już brak,
a ktoś ukradł sernikowi babciny smak

No więc kupił butelkę snów
choć kolega mu powiedział, że nie będzie od niej zdrów
ale gwiazdy go wołały, to silniejsze od słów,
czyżby w kosmos odleciał? zaginął o nim słuch.

Była jedna taka, kto zna jej imię?
się skarżyła często, że czas płynie
Dziwna sprawa, jak się skarżyć na czas?
Młodość z czasem płynie, to dziewczynie nie w smak

Ktoś tramwajom ukradł kolor czerwony
Ludzie na przystankach toczą krwawe wojny
Stary dziadek z podgrzybkami zerka niespokojny
A dziewczyna kamień w wodę, czas niezwyciężony

Czasem siadam przy oknie, patrzę w stronę gwiazd
Boże jesteś? Odpowiedz chociaż raz.
Jeśli nie ma Cię, to co zrobić mam?
Kto da skrzydła nam, kto w niebie powita nas?

Śpijcie wędrowcy, śnijcie o miłości,
opowieści o spokoju, odpoczynku od słabości,
o ucieczce od problemów, od szefowej co się złości,
śnijcie o radości, że dość macie oszczędności

Pod kołdrą ciepłą marzcie o wdzięczności,
sprzedawczyni uprzejmości, o harmonii o całości,
o kochanki uległości, małżonka wierności,
że nie ma samotności, i że nie ma nicości

Sunday, 16 November 2014

Taniec to zabawa Bogów

























Taniec to taka mała zabawa bogów.
Wśród gwiazd grają w berka,
przebrani za ludzi,
w garniturach ze skór i kości,
na zielonych planetach,
grają w przyjaźnie,miłości i złości.
A później wracają do domu
i jedzą ciasta z eteru,
palą kosmiczne papierosy
oraz opowiadają sprośne żarty.
Podsłuchałem kilka,
ale nie zdradzę.

Saturday, 15 November 2014

Niebieska sobota

 















   Ciężki dzień. Kac. Rano kłótnia z Petrą. Później grałem w Bejewled przez kilka godzin, żeby się wyłączyć. Obejrzałem odcinek Star Treka. Ania poprosiła mnie o ocenę opowiadania i wskazówki. Pomogłem na ile się dało. Później coraz gorszy ból głowy, który ciągle trzyma.
   Wcześniej męczące sny. W jednym tata ożył. Zamiast jednak cieszyć się dodatkowym życiem, zaczął pić, zachorował i znów umarł. W drugim śnie Tania. Odległa, chłodna, obojętna, utracona i moja zupełna bezsilność. Miałem te sny już od lat, gdzieś tam się błąkał ten dziwny strach, aż wreszcie stał się rzeczywistością. Kiedyś po takim śnie, w środku nocy, z głośno walącym sercem, spocony, drżący, przytulałem się do niej mocno. Pytała rozespana "Miałeś koszmar?". "Nigdy mnie nie zostawisz?" pytałem cicho. "Co to za bzdurki, głuptasie?" I zapadaliśmy razem w sen.
   Pamiętam,  kiedy widziałem ją ostatni raz. Chyba w lipcu, może jeszcze w czerwcu, zaraz po końcu roku szkolnego w collegu. Dzień wcześniej pokłóciliśmy się, później objęliśmy się i płakali. Później wstała bardzo wcześnie na samolot do Polski. Obudziła mnie przed samym wyjściem. Uściskaliśmy się i odeszła. Pamiętam, jak smutno patrzyła, w drzwiach, z walizką, mały stworek. Nie wierzyłem chyba jeszcze wtedy, że to koniec.
   Dziwnie tak, kiedy kończy się życie, a człowiek ciągle oddycha, je, myśli.

Friday, 14 November 2014

Doña Ferdinanda, górki, weekend oraz remanent używkowy

 

























   1. I wreszcie weekend. Tydzień miał górki i dołki. Choć więcej dołków, to jednak górki były miłe. Do górek zaliczam:
   - przyjaźń z Fernandą, której urodzinowy obrazek zamieszczam u góry
   - szalone dzieciaki w pracy, które uwielbiam i jestem bardzo wdzięczny wszechświatowi, że mogę pomagać tym odjechanym duszom
   - wysłanie aplikacji o stałą pracę w moim collegeu (póki co jestem przez agencję), co dało mi trochę więcej inspiracji do życia, wiarę w siebie i nadzieję, że może nawet sam, ciągle mogę być coś wart
   2. Dziś ugotowaliśmy noodle ryżowe z pastą z czarnej fasoli i smażonymi warzywami, przedtem thai curry, a jeszcze wcześniej yam z jerk seasoning. Innymi słowy tak znudziło nam się nasze żarcie, że co kilka dni gotujemy coś etnicznego, o czym nie mamy pojęcia. Póki co sukces.
   3. Alkohol może nie leje się strumieniami, ale jednak pęka codziennie około butelki wina, albo 2-3 piw/cydrów. Plus około 10-15 papierosów.
   4. Ostatnio napisał do mnie sympatyczny pan, z propozycją użycia jednej z mojej piosenek w słuchowisku radiowym w Jedynce. Bardzo się ucieszyłem, ale niestety w ostatecznej wersji mój kawałek wyleciał. Ciągle jednak pod miłym wrażeniem pana, który to tworzył i organizował. Mam obiecane piwo:)
   5. Tęsknię za panią Tanią. Mam nadzieję, że u niej wszystko dobrze i że układa się jej w życiu.
 

Thursday, 13 November 2014

Above & Beyond

   Dziś nietypowo - trochę muzyki i nic więcej. odkryłem ich kilka dni temu i coś mnie urzekło.
   Dobrej nocy.









Wednesday, 12 November 2014

Poranek

   Ciągle ciemno, za oknem leje jak z cebra. Dobrze, że Andy podwozi mnie do pracy. Słucham piosenki, którą wczoraj skończyłem. Mroczna trochę, smutna. Piosenki to jedyne miejsce, gdzie mogę krzyczeć i płakać, i nie być posądzony o mazgajstwo.
   Waham się, czy ubiegać się o stałą pracę w moim collegu, czy zwinąć się do Polski. Mam czas na decyzję do poniedziałku.
   Nie potrzebuję wiele. Chce mi się tylko normalności i spokoju. Przez lata o tym pisałem, od zawsze marzyłem. A z jakiegoś powodu jestem coraz dalej od celu. Dziwna sprawa z tym życiem. Nie ogarniam.
   Zaraz do pracy. Wczoraj graliśmy w siatkówkę z dzieciakami, robiliśmy kartki świąteczne. Nigdy nie myślałem, że praca stanie się moja ucieczką od problemów. Może jednak powinienem zostać. Nie wiem, cholera.

Tuesday, 11 November 2014

Mam to gdzieś - Księżycowy Terrorysta




Mam to gdzieś

1
Co to kto to pyta szuka prawdy niedomyta
dusza szuka marzy czyta chwyta czasem coś jej świta
gdy rozkwita się wydaje tak obfita znakomita
gdy umiera to żałosna niczym kawa niedopita

w telewizji wiadomości, gdzieś odkryto kupę kości
korporacje się bogacą, w 3D show dla publiczności
w samotności żyje człowiek, choć się pławi w swej wielkości
w wielkiej chwale idzie w przyszłość a tam nic oprócz nicości

ref
a ja leżę w trawie, mam to gdzieś
wśród chmur szukam ciebie, mademoiselle
mówią leń, gamoń, loser, pozbieraj się,
może mają rację, spróbuję w przyszłą środę

2
Biega krzyczy choć na smyczy w kosmos leci to jest wyczyn
tu na ziemi kupa ludzi nie ma co jeść z różnych przyczyn
demokracja-aberracja, wolność słowa, abnegacja,
wolny rynek, alienacja, kapitału dominacja

Wielka Polska, Wielkie Niemcy, każdy naród chciałby więcej,
dumni z powstań, wojen, granic, a ja na to ence pence
filozoficzne traktaty, co to Bóg, jaźń, co to będzie,
Na Krakowskich Plantach dzieci zbierają żołędzie

Monday, 10 November 2014

Plastuś, piosenka i nauka pływania


 Lubię poniedziałki:) Głównie dlatego, że w każdy poniedziałek jeżdżę na basen z jednym z naszych uczniów na hydroterapię. Przez godzinę moczę się w ciepłej wodzie, marzenie. Ostatnie trzy tygodnie Marcin, fizjoterapeuta, uczy mnie pływać. Myślałem do tej pory, że mam genetyczną blokadę, jeśli chodzi o pływanie, ale okazuje się, że wcale nie. Dziś śmigałem już kilka długości basenu różnymi stylami. Mój ulubiony to na plecach. Muszę jeszcze popracować nad moim kraulem.
   Po powrocie do domu spędziłem kilka godzin na nagrywaniu nowej piosenki. Wczoraj ułożyłem tekst i melodię, dziś wszystko zgrałem, wliczając w to melodykę. Jutro to potnę, poskładam, pomiksuję i kawałek gotowy. Tytuł roboczy "Mam to gdzieś". Chyba przy nim zostanę, podoba mi się.
  Kiedy pracuję nad piosenką, to nie jem, nie piję, jedynie oddycham, choć i to z przerwami, ale wreszcie się oderwałem. Zjadłem trochę chleba z pysznym humusem zrobionym przez Sylwię, współlokatorkę. Teraz odcinek Star Treka (eh, Voyager nie umywa się do The Next Generation) i do spania.
   Dziś w pracy mieliśmy warsztaty z gliną. Robiliśmy ozdoby choinkowe. Fernanda oprócz dwóch Mikołajów ulepiła też mnie:)

Sunday, 9 November 2014

Antologia zamotanego człowieka



























   Ciągle kawał czasu do świąt, ale dziś trafiłem gdzieś na kartkę świąteczną, zrobioną przez Tanię. To mnie zainspirowało do pogrzebania po starych polskich i angielskich blogach. Wyciąłem stamtąd parę zdań z różnych lat i miejsc. Napadło mnie na wspomnienia. Wszędzie pełno Tani. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że tak zupełnie, zwiewnie i uprzejmie przewija się przez każdy wpis. 
   Biedna, chaotyczna antologia zamotanego człowieka:)

***
   Późno się zrobiło. Słuchamy z Tanią Manu Chao. Światło latarni wlewa się w piwniczne okienko pod samym sufitem. Nie przeszkadza nam już grzyb i pobielone wapnem ściany. Cieszymy się, że mamy własny kąt. Graliśmy w kości, później w karty. Potem Tania pokazała mi swoją kolekcję obrazków z Władcy Pierścieni. Ma ich chyba z tysiąc i cieszy się z tego jak dziecko. Nie chce mi się spać. Chciałbym uchwycić coś, życie.
Jestem kiepskim artystą. Doszedłem dziś do takiego wniosku. Ale jestem też kiepskim robotnikiem, biznesmenem, kucharzem, etc. Z dwojga złego wybieram bycie złym artystą. Przynajmniej mogę robić to, co lubię.

***
Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

 ***
  I don’t like getting older. Just yesterday I looked at my grey hair and thought how fast it goes. And it got to me – it’s been three months away from Tania, and I felt that it is so stupid to be away, when our lives get shorter so fast. We should be together, live through it shoulder to shoulder.

***
   On the train I had this sadness feeling, very strong, piercing. Tania called me, told me about my nephews, one of them, Kuba, 11 years old boy, got some wounds that can’t heal properly for the last month or two, and generally he’s often sad, lost, more then child his age should be. I’m sorry for him and generally for all my relatives and close people. For all the suffering they have to go through, searching for happiness that will always elude them. I think this is one of the main reasons we don’t have kids.

***
   Tania włączyła mix „na smutno”. Akurat zaczął się celtycki kawałek, z płyty „Celtic Tale”. Pierwszy raz usłyszeliśmy to w Coo, w kantabryjskich górach, jedenaście lat temu. Przez tydzień padał deszcz. Z namiotów uciekliśmy do przytulnej, górskiej chatki, zostawionej dla nas przez właścicieli, którzy wyjechali na wakacje. Oblazło nas po kilkadziesiąt kleszczy, które wybieraliśmy sobie nawzajem z nagich zakamarków przez kilka godzin, a później na spacerze w górach zaatakował nas wściekły byk, uciekaliśmy ile sił w nogach, a Tania rozpłakała się ze strachu. Pamiętam smak domowego chleba i truskawek z grządki. Aż w końcu spakowaliśmy plecaki i ruszyli wąskimi, kamiennymi uliczkami na przystanek autobusowy i z powrotem do naszego ówczesnego domu, pod Madrytem, gdzie czekało nas trochę bardziej i mniej radosnych przygód.
     Dobrej nocy, friends. Hare Kryszna.

***
   Most of the time I feel that all that happens to me is very provisional, temporary, all stuff that I do, plan, etc. Like being a passenger, waiting for the train home, late at night, feeling bit alienated by the strange environment, smell of old cigarette smoke and coffee, indifferent, sleepy people. But holding to the thought that the train arrives shortly, so I’ll be home soon. It’s an unsettling feeling, I don’t really like it. I think most of all because it seems to be lasting for so long now. I just finally hope to get this train to come and pick me up.

***
   Jesteśmy już w Zizur Menor i postanowiliśmy się wybrać na basen. Po drodze okazało się, że basen ten jest praktycznie w następnej wiosce, chyba zostaliśmy źle poinformowani. Niby dwa kilometry to nie dużo, ale kiedy przeszło się dwadzieścia, to jednak boli. Jesteśmy trochę dobici i błądzimy po osiedlach. Ja się bardzo nie przejmuję, ale Tulasi ma coraz bardziej dość. Zobaczymy, czy było warto. Myślę, że kiedy zanurzymy się już w wodzie, to będzie radość.
-Chyba, że basen jest już nieczynny- mruknęła Tulasi.
Tulasi uważa, że pewnie zamykają na czas sjesty.
-Jeszcze coś chcesz dodać? – to ja – powiedz coś jeszcze, śmiało.

***
  After talking to Tania I had a little gratefulness meditation. Swami told me once that right now we think: "Oh, why God has abandoned me, he doesn't care about me", but the day will come when we will think that we get much more then we deserved, we will feel that God's grace is coming to us, even though we feel we haven't earn it. This is the generosity of bhakti. I'm far from this but I start to imagine that it is possible, sometimes, when I put my heart into it, I get those small glimpses.

***
 There were times, Tania and me, we didn’t have a dime to rub against another, we lived in weird places, with not so nice people, we had difficulties in our relationship. But somehow at the end of the day I could sit down, put on some familiar music, take out my Tarot cards (“not new agey, huh?:”), or diary, and chill out completely, writing a poem about longing, my tribe, friends who must be out there somewhere, and feeling connected to a greater story, feeling deep inside that there is a sense to my existence, that someone is watching my steps, and "always being there to catch me".
     Yes, that’s what I’m complaining about. My material situation doesn’t bother me that much, I’ve been worse than that. It’s the feeling of loosing innocence, trust, security, simplicity, all those things that make you feel like a child. Sometimes I feel like I’m just a bare self left in a naked, too literal world.
     So I need you back, my dreams, my carrying spirits, my friendly, boyish God, my quiet evenings without time and thoughts of the end, my bright and filled with unending adventures future together with Tania, my hope to meet my soulmates one day, and the faith in gifts waiting on the camino.

***
   Fajnie się leżało i gadało. Rozmawialiśmy trochę o tym programie, który oglądaliśmy wczoraj w TV. O facecie, który podróżuje do różnych plemion, ludów, żyje z nimi jakiś czas, żeby poznać ich zwyczaje i kulturę. Podobało nam się w Nowej Gwinei. Tamtejsi tubylcy byli jak dzieci. Niewinni i przyjacielscy. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze są tacy ludzie. Aż łzy do oczu napłynęły. Ciągle się śmiali, przytulali, tańczyli, wygłupiali, ich świat był bardzo prosty i mały – kawałek dżungli, kilkanaście osób. Uświadomiło mi to, jak bardzo jestem zmęczony codzienną egzystencją w „normalnym” świecie. Marzy mi się, żeby wreszcie móc się odłączyć od tego wyścigu. Mieć tyle kasy, żeby nie musieć... eh. Lepiej o tym nie myśleć, bo człowiek się tylko dołuje.
Wspominaliśmy też nasze wspólne przygody, podróże, zmagania, ile przeszliśmy, jak czasami bywało ciężko, a nawet niebezpiecznie.

***
   Yesterday – hunger. I’m still waiting for my first wages, and right now I haven’t got a penny. Yesterday returning from work, hungry like a beast, I did a tour behind the supermarkets, to find some “goods”. Didn’t find anything! For a moment I thought that I would go to bed hungry, but then Dominik asked me to the dinner in his room. He invites me tonight too. I really appreciate.

***
   Wczoraj żegnaliśmy Nicka, a dziś przyszła kolej na resztę Klubu Niedołęgów. Ugotowaliśmy u nas w hostalu obiad z trzech dań, kupiliśmy butelkę dobrej Riojy i przed drugą Tulasi poszła po Garego i Martiala, z którymi umówiliśmy się pod katedrą. Przy obiedzie była przesympatyczna atmosfera. Wspominaliśmy Nicka i Martial powiedział na, że miał młodszego brata, którego wykończyły narkotyki i Nick bardzo mu go przypominał. Kiedy Martial poszedł objąć Santiago, poprosił o błogosławieństwa właśnie dla niego. Wszystkim nam napłynęły łzy do oczu i nawet Gary z zażenowanie ściągnął okulary, żeby wytrzeć oczy, a Tulasi uciekła z kuchni do pokoju. Później otwarliśmy drugą butelkę wina, którą przyniósł Gary i kiedy wyszliśmy na pożegnalny spacer, Gary był już na niezłym rauszu. Poszliśmy na kawę do małej kafejki przy katedrze, gdzie wypaliłem swojego ostatniego papierosa, co wszyscy przypieczętowali głośnymi oklaskami. Później jeszcze trochę spaceru, zakupy, aż wreszcie rozstaliśmy się przy supemarkecie, koło fontanny. Kiedy odchodziliśmy w swoją stronę, Gary ciągle stał przy fontannie i nam machał, aż wreszcie straciliśmy go z oczy.

***
    It’s been two weeks in UK already. So what’s the development? Eh, fuck it. I don’t feel like talking about the job hunting and stuff. I’d rather fly away, find some cozy hideout and look at stars, smoking cigarettes (the ones that don’t give cancer and smell of gingerbreads), and feeling safe and looked after. You know what I mean – the feeling of home, belonging, harmony. Something that I’m not sure can be reached on this messed up planet. Soon I’ll be forty (little bit more then in two years). Twenty, even ten years ago I thought that at this age I was going to know what it is all about - who I am, what I want from life, where is my place. It happens that I still don’t have a clue. I’m thirty seven years old dude, sitting alone in a dusty garret, in a crappy town, in a foreign country, without a dime to rub against another, watching The Big Bang Theory, writing bad poetry, and drinking way too much Strong Bow.

***
   When I was waking up after operation I told the doctors and nurses that I love them all, that they are real, beautiful angels, that this trip on the anaesthetics was better then any trip I’ve ever had. Then I forgot Polish and for fifteen minutes I spoke with Tania in English, which seriously freaked her out, he, he. I'm not going back to Amager Hospital for a while, no way.

***
    Może nie działo się nic nadzwyczajnego, ale myślę, że ostatecznie wszystko zależy od tego, jak pokolorujemy te wszystkie rzeczy, wydarzenia, historie. Jeśli nawet puszczę wodzy fantazji, pokoloruję to wszystko, to z czasem będę pamiętał całe Camino, tak jak je sobie zbuduję. Pozostaną migawki, jak na przykład migawka festiwalu w Galicji, z muzyką galicyjską, oraz młoda dziewczyna rozmawiająca z dwoma staruszkami i całująca ich w policzki. Pepe, który płacze, żegnając się z nami, kiedy wraca do domu. Pepe, którego na początku uważaliśmy za gruboskórnego Hiszpana okazał się bardzo miłym, sympatycznym, starszym panem. Starsi państwo, hospitaleros ze Szwajcarii, nie pamiętam, w którym schronisku, którzy nie znali ani hiszpańskiego, ani angielskiego i z wielkim przejęciem, trzymając karteczke w drżących rękach, pan czytał jąkając się wskazówki jak się zachowywać. Schronisko było bardzo zadbane, widać, że oddali tam całe swoje serce ci państwo. To było coś niesamowitego. Albo inne albergue z zapalonymi świecami i kadzidełkami, gdzie czułem się jak w świątyni. Wszystkie te momenty zdarzyły się tak niedawno. Wiem, że wraz z upływem czasu będę patrzył na nie z coraz większym sentymentem.
Kiedy to wszystko zacząłem mówić, łzy napłynęły mi do oczu. Szczęśliwy jestem. Co zrobić?

***
   Anyways… It’s a good evening. Tania is drawing Christmas cards already. She gave me a permission to publish the first one – that’s the one you see above. I so love her style; it brings the cosy feelings of security, purity, carelessness, childhood – all that stuff that matters, that brightens up the soul and helps to colour the reality, to paint over its apparent ugliness. I want to share with you more of her stuff, I’ll ask her if I’m allowed:). You will love it, I promise.

***
   Próbuję więc łagodzić egzystencjalne lęki. Spokojna muzyka gdzieś na granicy słyszalności (moja miłość nazywa ten rodzaj muzyki „plumkaniem’). Zasłona oddziela mnie od strug deszczu uderzających o szybę i podmuchów wiatru z entuzjazmem szarpiących plandeki, pod którymi schowały się rowery. Tania czyta Tolkiena, napychając się makaronem i sałatką z ogórków.
- Nie czytaj już tych anarchistów – radzi mi z troską. – Zwariujesz od tego. Weź się lepiej za jakąś powieść.
Ma rację. Potrzebuję przerwy.
Wyciągam karty Tarota. Może one pomogą mi odwrócić się od zewnętrznego chaosu do wewnątrz. Chyba tylko tam możliwa jest harmonia.

***
   I love those! Last night in the middle of the dream I realized that I was dreaming. I decided to chill out and have some fun - God knows I needed it - so I spent the whole night flying around. I went to Poland and England. It was so cool. I remember enjoying the freedom and rush of the cool air on my face. I laughed like a madman, twirling in the sky, shooting high, diving low. I knew that in reality I was laying in my bed and I was wandering if I laughed out loud and if so, if I was going to wake up Tania. But I didn't.

***
   Jakby tego było mało, sami też mamy problemy między sobą. Kiedyś, nawet w najgorszych momentach (oj, były takie momenty, że myśleliśmy, że już gorzej być nie może) trzymaliśmy się razem, ale ostatnio coś się psuje. Za dużo stresu, za mało nadziei. Ja się boję, że sobie nie poradzę w byciu głową rodziny, ona boi się mi zaufać. Mi umarł niedawno ojciec i mam za złe Wszechświatowi, bo jeszcze przecież mógł sobie żyć, mieliśmy jeszcze tyle rzeczy do pogadania, a jej umarła mama i w gniewie podarła kalendarz z Kryszną, wołając, że już się do Niego nie odzywa i niech sobie gdzieś włoży wiarę w Siebie i miłość, bo jest niesprawiedliwy i głuchy...
Chociaż nie jest tak źle. Dziś tylko trochę ciężko...

***
   Wczoraj rozmawialiśmy o tym z Tanią. Włączyliśmy na chwilę telewizor i patrząc na reklamy, programy rozrywkowe, wiadomości, zdołowaliśmy się jeszcze bardziej niż zwykle. Zażartowałem, że może naprawdę stare milenium zakończyło się końcem świata. Prawdziwych ludzi zastąpiły roboty i tylko nas jakimś cudem przeoczono – najprawdopodobniej w wyniku jakiejś biurokratycznej pomyłki, którą wkrótce ktoś z pewnością naprawi. Teraz błąkamy się bez celu, po wymarłej Atlantydzie, zastanawiając się, czy świat nie ma już sensu, czy to z nami jest coś nie tak. A może tylko, jak wielu Wodników przede mną, wpadłem w pułapkę przekonania, że jestem inny, szczególny, obcy na tej planecie, z daleka od domu i własnego plemienia.

***
   Byliśmy dziś na wyprawie w górach. Wstaliśmy trochę później niż planowaliśmy, bo około dziewiątej, ale pozbieraliśmy się w miarę szybko, wsiedliśmy do kolejki FEVE i po dwudziestu minutach byliśmy już w Heras – małej wioseczki u podnóża gór. Zapytaliśmy tubylców o ścieżkę na szczyt. Okazało się, że możemy zapomnieć o górskiej, nieuczęszczanej drodze – na górę prowadziła tylko zwykła szosa.
   Na początku było super. Napstrykaliśmy sporo fotek. W końcu jednak natknęliśmy się na stado dzikich kóz. Tania zaczęła się denerwować, mi też się trochę udzieliło. No ale minęliśmy je bez problemu.
   Na krętej, górskiej drodze wyminęło nas kilka samochodów. Dojrzeliśmy nad szczytem kilka wielkich ptaków, chyba jastrzębi. Po chwili dołączył do nich lotniarz. Zastanawiałem się, co myślą jastrzębie, widząc takiego dziwnego ptaka.
Przed samym szczytem okazało się, że drogę blokuje nam wielki byk, a obok pasą się jego koledzy. Pamiętając naszą przykrą przygodę z bykiem, sprzed kilku lat, zaczęliśmy się denerwować. Tania popłakała się, wyklinając na durnych Hiszpanów, którzy nie odgradzają swoich zwierząt.

***
   I miss childhood. That happy time when I could just take a shelter of dusty, honey-sweet books. I swallowed them in the dark attic, lit only by the caring golden arms of sun reaching through the small windows. Jules Verne and Ray Bradbury, my two best friends, I owe you so much! The world was crashing out there; dad’s drinking, school problems, and stuff, but I didn’t mind – I was pioneering Mars, journeying around the world in 80 days, deciphering the ancient messages telling me how to find a treasure or discover the secrets of the long gone people of Atlantis. Aye!

***
   Jak zwykle przeleciało, jak z bicza. Zaraz na rower i do pracy. Gary czekają. Byłem wczoraj pograć na ulicy. Nawet fajnych ludzi spotkałem, nie licząc dwóch narkomanów, którzy wyrolowali mnie na osiem funtów. Ale później mi się zwróciło. Gram, pogoda średnia, miedziaki rzadko dźwięczą.    Podchodzi chłopak, widać, że na ciężkiej depresji. Wyciąga z kieszeni jakiś ciasny zwitek, wrzuca do pokrowca na akordeon i odchodzi wolnym krokiem, rzucając mi tylko jedno, przeraźliwie smutne spojrzenie. Nie przerywam, gram dalej, robi się coraz zimniej, a nie zarobiłem za dużo. Po pół godzinie kończę, przypominam sobie o smutnym mężczyźnie, wyciągam papierowy zwitek, który okazuje się 50 – funtowym banknotem. Z nieba spadło. Byliśmy już bez kasy. Od razu napełniliśmy lodówkę, czym tylko się dało i kupiliśmy z drugiej ręki biurko dla Tani, żeby w końcu miała na czym rysować.

***
   Fear number Four – Loneliness.
   Perhaps this one should be the first. Sometimes I feel like this is the root of all my dissatisfaction. If I had my “crew”, the other things wouldn’t bother me that much. I’ve got a practical experience – the happiest, easiest moments in my life were while surrounded by carrying people – friends, family. And I start to be afraid that maybe this is it – I already had all the friendship and love I was suppose to have, and nothing new is going to happen. Brr, that would be awful. I still dream about that tribe of mine.

***
   Najpierw tańczyliśmy koślawego walca.
Później zakupy, bo wieczorem goście (pękło pięćdziesiąt funtów). Koło jedenastej Tulasi powiedziała, że zabiera się za gotowanie, a ja mam poodkurzać i posprzątać kibel.
- No coś ty. Chciałem iść do parku, porobić zdjęcia, pograć - jęknąłem.
- Może to i lepiej. Idź i siedź tam cały dzień, aż sobie tu na spokojnie nie skończę.
Zakurzony akordeon leżał na dnie szafy. Pomiędzy książkami znalazłem śpiewnik. Zapakowałem aparat. Dobry znak – znów chce mi się grać i robić zdjęcia. To musi oznaczać, że klątwa się kończy – klatwa szefa, hierarachii, godzin pracy, polityk, plotek, póz – czyli jednym słowem klątwa stałego zatrudnienia, które wysysa z człowieka soki życiowe.
I muzyka też smakuje lepiej. I na powietrze jakby więcej miejsca w płucach.

Proxima estacion Esperanza



   Wziął mnie klimat na ukulele, spróbuję stworzyć coś nowego.
   Pamiętam tamten wieczór. Kopenhaga, dopiero co zacząłem uczyć się na ukulele, wolny dzień, po długich dniach w restauracji, Tania siedziała przy stole, rysując coś, jak zwykle, dołączyła się z tzw. mandoliną ustną:)
   Już prawie druga. Zrobiłem placek z masłem orzechowym i kawą, będzie na jakieś 2-3 śniadania do pracy. Wczoraj ugotowałem yam z sosem jamajskim, nawet fajnie to wyszło. Sprawdzałem, czy dałoby się to uprawiać w Polsce, ale nie ma szans, yam rośnie od 8 do 10 miesięcy, a u nas śnieg prawie pół roku.
   Co poza tym? Nostalgia, spokój, tęsknota. Czytam "Tysiąc lat wkurzania Francuzów", miła, zabawna książka. Tęsknię za domem, odliczam dni do ucieczki z Londynu i zaszycia się w górskiej chatce.
   Kilka złych nocy pod rząd. Podobne do siebie: najpierw sen, w którym jestem całkiem sam, przebudzenie i rozmyślanie, czekając aż zrobi się jaśniej i będzie można uciec od czarnych myśli w codzienne sprawy.
   Proxima estacion Esperanza.

   I jeszcze garść starych klimatów:)

 

Thursday, 6 November 2014

Free Writing

 
 Nie wiem, co napisać. Pomyślałem, że może sesja free writting trochę mnie naprowadzi.
   Więc, co w twojej głowie, Marcinku? Sam nie wiem. Dużo głupot, dużo mądrości, dużo żali, marzeń i kompletnie oderwanych myśli, jak na przykład smak paelli w jakimś mieście na Camino de Santiago, część Kajko i Kokosza, która zawsze kojarzy mi się z makowcem, tzw. plumkanie, czyli muzyka do spania, sny o anarchii, najpiękniejsza miłość z najpiękniejszą dziewczyną świata, a pamiętasz taką płytę z trąbkami, bardzo ją lubiliśmy, Touch and Go, użyli ją w reklamie piwa EB z tym francuskim aktorem, zapomniałem jego imienia? A pamiętasz, jak raz przyszedłem nad ranem, bo chlałem z Tomem pół nocy, ale wiedziałem, że jesteś smutna, więc poszedłem na nogach 15 kilometrów, bo było za późno na autobusy, haha. To był dobry czas. Myślałem, że to młodość, a później samo wszystko się jakoś ułoży. Czasami nic się samo nie układa. Czekaj, a pamiętasz, jak miałem sen o Aniele Śmierci idącym przez wieś, a nagle Łajza zaczął szczekać pod oknem jak oszalały, a ty poczułaś, że coś strasznego idzie pod oknem? Wow, to było coś. A na ślub dostaliśmy telewizor, a babcia śpiewała Hare Kryszna z nami, a później spytała, o co chodzi z tym innym, indyjskim Bogiem? Czy to ten sam, co nasz, czy jakiś inny? A ja jej wyjaśniałem, że Bóg jest jeden, tylko inaczej go nazywają w różnych częściach świata, bo świat to spore miejsce, a Bóg jest wielki, to by było głupie, gdyby pojawił się tylko w jednym miejscu. Pamiętasz wszystkie nasze godziny w pociągach, autobusach, samolotach?:) Haha, miało być free writting, a piszę do Ciebie, jak zwykle. Zawsze będę pisał do ciebie, małpoludku:) Dziś zrobiłem zupę drwala - gęstą, pełną czosnku i różnych "śmieci" - marchewki, ryżu, soczewicy i maggi. Nie chciało mi się nic innego wykombinować. Poza tym bida z nędzą, nic już nie zostało w lodówce, a z dnia na dzień biedniej. Ale jest na wino, dobrzy przyjaciele dostarczyli tytoń, a jedzenie kradnę z pracy, więc nie jest tak źle. A mądrości i muzykę wysyłają mi przyjazne duchy. Co więcej? Nie wiem. Dziś wieczorem mi lżej. Może to temu, że zamiast przeszłości, teraźniejszości i przyszłości widzę jedną ciągłą linię, gdzie Ty i ja jesteśmy zawsze, nie ogranicza nas nic. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Niech nas jutro uratuje Tytus albo Janek Kos.

Tuesday, 4 November 2014

Lista nr. 108 (finding way home)

 






















   1. Kolejny dzień z głowy. W pracy dobrze, przeleciało szybko w miłej atmosferze. Szkoda mi będzie to zostawić.
   2. Smutek jest ciągle. Czasami bardziej w tle, czasami wysuwa się do przodu. Myślę o Tani dużo. Szkoda mi jej bardzo. Myślę, że nie może być szczęśliwa w nowym związku, tak jak i ja. To, co mieliśmy, było szczególne, rzadkie. Żadne z nas nie będzie się nigdy i nigdzie czuło w domu z kimś innym. Nie zostawię jej tak z tym, samej. Będę czekał, aż znajdzie drogę z powrotem do domu. Przynajmniej przez jakiś czas, aż się nie upewnię, że wszystko u niej w porządku.
   3. Lekki ból głowy.
   4. Fernanda przyniosła mi tytoniu ze swojego hiszpańskiego zapasu, dobra dziewczyna.
   5. Leje, zimno, ściemnia się już o czwartej. Miło siedzieć w przytulnym pokoju w taki wieczór.
   6. Filmik rozjaśnił mi wieczór:)

Monday, 3 November 2014

Lista numer 48

   1. Pierwszy dzień po urlopie. Fajnie. Dziś wszyscy zostaliśmy przydzieleni do nowych klas. Miałem stres, bo nie ze wszystkimi chciałbym pracować, ale dostałem świetną grupę. Chloe, Carelis, Chantel i Fernanda. Spontaniczny, wyluzowany klimat, koleżeńsko, miło. Szczególnie cieszę się z Fernandy. Bardzo polubiliśmy się z tą extremadurską dziewczyną:) No i będę mógł poćwiczyć mój hiszpański. A Carelis jest z Kuby.
   2. Po powrocie do domu ugotowałem pyszny gulasz sojowy (prawie z niczego:) z ryżem. Petia za bardzo się nie zna na gotowaniu, ale nie byłem zbyt zmęczony po pracy, tak że nie było problemu, z przyjemnością ugotowałem. Później wyskoczyliśmy do sklepu po piwo, mąkę na jutrzejsze kotlety warzywne i koncentrat pomidorowy na pojutrzejsze spaghetti.
   3. Miły wieczór. Kiedy jestem po dniu pracy, czuję się spokojniejszy, cieszę się wolnym czasem. Oprócz tego rano mantrowałem, trochę szczerej modlitwy z rana nadaje dniu jakiegoś ciepła.
   4. Wieczór z 5nizzą i Nohavicą.
   5. Petia zaczyna od przyszłego tygodnia pracę. Tylko jeden dzień w tygodniu na razie, ale i tak dużo nam to pomoże.
   6. To na razie, przyjaciele.

Sunday, 2 November 2014

Dobre życie

 

 Już wieczór. Niedziela, koniec urlopu, od jutra znów do pracy. Dzień spokojny. Rano zrobiłem ciasto ze śliwkami i bananami, po południu placki ziemniaczane. Miało być więcej, żeby zostało coś na jutrzejszy obiad w pracy, ale wyszły tak dobre, że zeżarliśmy prawie wszystkie.
   Jeszcze tylko trzy odcinki Star Treka. Zastanawiałem się skąd tak silne emocje u mnie w związku z tym serialem. Różne rzeczy. Wiadomo - ucieczka od problemów, szczególnie teraz, kiedy wszystko tak się rozsypało. Ale jest też coś innego. Ciężko mi to precyzyjnie opisać. Tęsknię za silnymi zasadami moralnymi, za jasną strukturą życia, i nie mam na myśli nudnego schematu, ale dobre życie kierowane jasną ideą i spójnością, wiernością sobie. Z zazdrością oglądam przygody mądrego, rozsądnego kapitana Picarda, silnego i dowcipnego majora Rikera, opiekuńczej Deany Troi, prostego, analitycznego Daty i patrzę na swoje chaotyczne życie bez planu, bez kierunku, z dnia na dzień - porywy serca, nadzieje, ciągła niepewność i zagubienie. 
   To nie jest tak, że nie lubię takiego życia. Dobijam do czterdziestki i już zaakceptowałem siebie (tak myślę). Cenię w sobie ten kreatywny chaos, prostotę, otwartość, poddanie się życiu i jego podmuchom. To też nie jest łatwe, tak się otworzyć i zaufać. Ale jednak tęskno za jasnym celem, prostym życiem, spokojem. Szczególnie teraz, kiedy straciłem najważniejszą osobę w życiu, która uosabiała dla mnie spokój i normalność.
   Szczerze mówiąc to nie mam wiary na osiągnięcie spokoju i wewnętrznej harmonii. Mam nadzieję, ale od nadziei do wiary jeszcze kawał drogi. Wiem, że Londyn na pewno mnie nie przybliża do tego. Wcześniej, kiedy byłem jeszcze z Tanią, miało to jakiś sens, miałem motywację. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że nie chce mi się tu siedzieć i biegać za każdym groszem, żeby zapłacić rachunki, czynsz i jedzenie. Nie ma w tym sensu. Chcę się wyłączyć. Za jakieś trzy, cztery miesiące Petra wraca do Czech, ja się zwinę na wieś. Żebym przywiózł chociaż z 1000 funtów, to pozwoliłoby mi spokojnie przetrwać parę miesięcy. Na wiosnę rozkopię ziemię na warzywa. Spróbuję założyć jeszcze większy ogród niż ostatnio. Tym razem pocieszę się zbiorami, bo ostatnio wyjechałem za chlebem jeszcze na wiosnę i Tania cieszyła się plonami beze mnie (choć wiernie wysyłała mi zdjęcia dyń do Liverpoolu:). Nauczę się zaprawiać słoiki, lubię takie rzeczy. 
   Może, kiedy wreszcie zejdzie ze mnie gorycz, zacznę znów się modlić, czytać książki Swamiego, szukać pomocy na wyższym planie, ale póki co za dużo mam w środku żalu do Boga, Tani, tzw. przyjaciół, co zamiast wsparcia w momencie kryzysu, rzucili się jak psy na kość, no i najbardziej żalu do siebie. Ciężko mi czasami poradzić sobie z tym rozczarowaniem.
   Idę zapalić na balkon i powoli zbieram się do spania.
   Dobrej nocy.
   

Saturday, 1 November 2014

Jesienny spacer z Petią

   Pogoda dziś dopisała. Zebraliśmy się z Petrą i poszliśmy na spacer, pocieszyć się słońcem i pobawić aparatem. Było spoko, nastrzelaliśmy trochę zdjęć, pogadaliśmy o życiu, wypili piwo, zapalili, było trochę śmiechu. Później w domu ugotowaliśmy na szybko spaghetti  i teraz relaksujemy się przy komputerach. Petra gra w jakieś hidden objects, ja się zaraz zabieram za Star Treka. Kończę ostatni sezon Next Generation. Zabrzmi dziecinnie, ale smutno mi z tego powodu:) Zaprzyjaźniłem się z nimi wszystkimi. Ale zasysam już Star Trek Voyager, dam im szansę.









Friday, 31 October 2014

Lista końcowourlopowa

 
















Piątek. Przeleciał ten urlop. Od poniedziałku do pracy. Nastrój ogólnie lepszy. Liryczna rezygnacja plus odrobina czarnego humoru. Lepsze to niż Werterowska desperacja:)

   Lista końcowourlopowa

   1. Zapłaciłem czynsz, poszliśmy na zakupy i po wypłacie. Ale nie narzekam. W sumie całkiem nieźle - utrzymać dwie osoby (czynsz, jedzenie, autobus) z jednej pracy na pół etatu. W Polsce by to nie przeszło.
   2. Coraz częściej myśl o powrocie do domu. Po półtora roku zmagań w Anglii, ciągle na zerze, rozstaniu z Tanią, czuję się jak na wojnie. Potrzebuję się wyłączyć. Wróciłbym do mojej chatki i popłynął z prądem przez jakiś czas. Życie nic mnie tam prawie nie kosztuje. Zrobiłbym duży ogród warzywny, żeby mieć coś do roboty, nie mówiąc o darmowych warzywach, ziołach, przetworach. Rąbałbym drwa, palił w piecu, zaprawiłbym jakiś dymion albo dwa, czytał stare książki. Może nawet już w lutym? Lubię zimę na wsi. Dziwnie będzie tak samemu tam mieszkać.
   3. Poprosiłem Tanię, żeby zablokowała mnie na fejsie. Nie potrafię jednak być z nią tylko "przyjacielem". Myślałem, że to możliwe, ale nie dam rady. Za dużo czuję.
   4. Petia to dobra dziewczyna. Rozumie wszystko. Sama przeszła przez podobne historie. Gadamy o wszystkim, śmiejemy się z życia, czasem nad życiem płaczemy, czasem mamy się dosyć, a czasami myślimy, że ciężko będzie się rozstać. Ale oboje wiemy, że to nie ma przyszłości. Za bardzo się różnimy, a poza tym nie wiem, czy kiedyś zaleczę tą dziurę w sercu.
   5. Słucham Astrud Gilberto. Bossa Nova, szklanka cydru, Petia gra w jakieś głupiutkie gry, ja rysuję, piszę, zastanawiam się nad jointem, choć jeszcze wczesna godzina. Ogólnie w miarę dobry dzień. Spokojny.

Thursday, 30 October 2014

Migawki

To był zdaje się 2005 albo 2006. Kupiliśmy wreszcie nasz pierwszy cyfrowy aparat i cieszyliśmy się z nieograniczonych możliwości:) Birmingham, jeszcze przed śmiercią taty. Nie cierpieliśmy swojej pracy (oboje w restauracji) i myśleliśmy, że nam nie idzie w życiu. Tak naprawdę jednak to były jedne z najszczęśliwszych chwil.