Friday, 16 November 2012

Om


     Kiedy kartka pusta i nie przychodzi ani jedna poukładana myśl, to trzeba wziąć się za te niepoukładane i z nich coś ulepić... 

     Kamienie staczają się po zboczu góry, lawina przez wszechświat, akcja, reakcja, boska dłoń i odwieczne pytanie – czy dłoń tylko raz to dotknęła, żeby wprawić w ruch, czy też ciągle jest, ciągle działa. Myślę, że to drugie. Bóg… Bóg to też człowiek. Chce dotykać, chce brać udział i chce kochać. Dlatego ogrom wszechświata, te miliony galaktyk uchwycone przez Hobbsa, straszą tylko, gdy nie widzimy niczego poza tym wszystkim. Straszy nas wtedy ten ocean, w którym jesteśmy tylko małą, połyskliwą rybką. Czarne dziury, pulsary, planety, komety, galaktyki, kwarki, próżnia, nieograniczona przestrzeń, nieograniczony czas… 

     Kiedyś, kiedy byłem sporo młodszy, oddawałem się z zapałem astralnym podróżom. W nocy wysuwałem się z ciała i brykałem jak wypuszczony na spacer kundel. Fruwałem nad drzewami, wzbijałem się do księżyca, beztrosko wywijałem podniebne koziołki i nieodpowiedzialnie zbliżałem się do kosmicznych wędrowców, którzy nie wiadomo czego chcieli, skąd byli i o co im chodziło. Czasami płatałem psikusy, straszyłem bezsenne dzieci, czasami podglądałem sąsiadki w kąpieli, a jeszcze innym razem wylatywałem bardzo daleko, szukając mądrzejszych ode mnie, którzy by mi co nieco wyjaśnili. Najczęściej jednak po prostu się bawiłem, fruwałem bez celu, rozkoszując się pędem, wolnością i tajemniczością tego wszystkiego. 

     Pamiętam, że nie istniał dla mnie strach. Dokładnie w momencie wyjścia poza to trójwymiarowe, ograniczone ciałem continuum, okazywało się, że wszystko ma sens, że wszechświat jest uporządkowany, że stoi za nim idea, i wszystko – ja, oni, wy, niebo, duchy, zmieniający kształty, astralni uwodziciele i zwykli spacerowicze, a nawet ludzie pozostający w swoich malutkich ciałach – jest w harmonii, jest dokładnie takie, jakie ma być. 

     Tęsknię za tamtym uczuciem.
     Kiedyś podróżowałem autostopem. Wiosna, pył, upał, tym upalniejszy, że hiszpański. Wracając do domu z dwumiesięcznej podróży, utknąłem na małej stacji benzynowej pod Murcją (na południu Hiszpanii). Spieszyło mi się do domu, byłem zmęczony, zniechęcony, przeładowany doświadczeniami. Parę dni wcześniej pobiło mnie kilku nastoletnich gangsterów, i teraz chciałem po prostu być już z Tanią w jakimś azylu, liżąc rany. Mimo chęci, nie dałem rady, utknąłem na dobre. Przez trzy długie dni czekałem na stopa. Godzina za godziną, dzień za dniem żar wylewał mi się na głowę. Byłem głodny, bez pieniędzy, a ludzie byli obcy, drwiący i bezduszni. 

     Poczułem, że dobiłem do pewnych granic. Nie jestem pewien jakich, ale to było mocne uczucie. Poczułem się całkowicie sam w nieprzyjaznym wszechświecie (uczucie, które zresztą wraca do mnie czasami). 

     Nadszedł drugi zachód słońca na tej przeklętej stacji benzynowej. W najgłębszej desperacji patrzyłem na czerwień chmur na zachodzie, wciągałem w nozdrza zapach rozpalonej, ale już powoli stygnącej ziemi, czułem ssanie w okropnie pustym, obolałym żołądku, a każda obojętna twarz z obojętnymi oczami przesuwającymi się obojętnie po mojej zakurzonej zgarbionej postaci, raniła mnie głęboko. 

     I w tym wszystkim nagle przyszła do mnie myśl: a może wszystko, ale to dokładnie wszystko we wszechświecie, wliczając w to moją smętną postać, jest dokładnie takie, jakie powinno być. Nie istnieje nic poza harmonią, nawet te rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zgrzytem w porządku świata, jak choćby to moje cierpienie i desperacja. Poczułem, że ciąg wypadków, które doprowadziły mnie do tego miejsca w życiu, moje narodziny, dorastanie, poszukiwania, odkrycia, zamęt, decyzje, wszystko to, co budzi we mnie niepewność, żal, nadzieję i beznadzieję, dumę i wstyd, strach, odwagę, jest doskonałym składnikiem, doskonałej opowieści. Nic nie jest przypadkowe, głupie czy nie pasujące. To było wrażenie przenikające na wskroś, potężne. Na chwilę wzniosłem się ponad codzienny odbiór rzeczywistości, ponad dualizmy. To było uczucie podobne do tego, z astralnych wędrówek, choć brakowało mu delikatności i zrelaksowania, jakie charakteryzowały tamte doświadczenia. Tam byłem rozochoconym ale rozespanym dzieciakiem na kolanach czegoś przyjaznego, swojskiego. Tutaj stanąłem przed surową, ogromną, ale i piękną prawdą

     Poszukujemy harmonii. Nawet ci z nas, którzy wydawałoby się nie mają głowy do takich przemyśleń. Nawet te rzeczy, które w moim dziennym „ja” wzbudzają niechęć i protest, jak choćby nacjonalizm, to przecież próby nadania sensu światu, a przez to usensowienie świata, odnalezienie harmonii i ostatecznie doświadczenie ulgi w jedności. 

     Wszyscy próbujemy nadać sens wszystkiemu. Może jest tak dlatego, że boimy się, że ten sens nie istnieje sam z siebie, dlatego na nas spoczywa odpowiedzialność poukładania tej bezsensownej na pierwszy rzut oka układanki? Też biorę w tym udział. A jednak czasami przypominam sobie podniebne szybowania, samotne wędrówki po obcych krajach, wstawanie o świcie i próby doświadczania Boga, kiedy jeszcze byłem mnichem, miłość do kobiety i parę innych rzeczy. I wtedy mam wrażenie, że ten sens, ta harmonia już jest, sama z siebie, nie potrzebuje naszych wysiłków, żeby ją zbudować, nie musimy wypruwać sobie żył, żeby uporządkować „ten bajzel”, nie musimy się bać, że jesteśmy bezsensownym pyłkiem w bezsensownej przestrzeni.

     Czasami wiem, że jestem jak najbardziej sensownym pyłkiem, w zupełnie sensownym wszechświecie, który opiera się na całkowicie sensownej i pięknej idei. Trzeba tylko pozwolić temu płynąć, nie walczyć, nie kombinować. Om.

Thursday, 15 November 2012

Istota rozumna



     Kim jest istota rozumna? Co dzieje się, kiedy rozumny człowiek, czy jakakolwiek rozumna istota natyka się na brata w rozumie? Pofantazjujmy.

    Myślę, że najpierw taki ktoś musi zdecydować, czy ta druga jednostka świadomości, jest świadoma, czy jest rzeczą. To jest łatwe. A przynajmniej dla rozumnej istoty. Świadomość przebija spod skóry jak światło. Rozumna istota jest wyczulona na objawy świadomości. Czy to będzie człowiek, czy zwierzę, czy mieszkaniec Alfa Centauri – nie ma znaczenia. Istota rozumna nie określa siebie ani innych w oparciu o narodowość, kolor skóry, status społeczny, gatunek, kształt, planetę. To są sprawy nieważne. Zewnętrzne materialne desygnaty, definicje, katalogowanie – te czynniki nie mają znaczenia dla istoty rozumnej. Jedyne, co ma jakiekolwiek znaczenie to iskra antymaterii - świadomość.

     Kiedy już nastąpi kontakt i ustanowi się, iż druga strona dzieli z nami skarb świadomości, dzieje się coś ciekawego i zapierającego dech w piersiach: rozumna istota nie czuje potrzeby zmieniania innej rozumnej istoty. Wręcz przeciwnie. Akt spotkania z inną cząstką rozumu jest czymś tak magicznym, transcendentalnym, że w istocie rozumnej budzi się ogromny szacunek i docenienie sposobu, w jaki rozum i uczucia przejawiają się w kimś innym. I to bez względu na różnice w poziomie przejawiania się świadomości. Bo to fakt – te przejawy mogą się różnić – inaczej przejawia się świadomość delfina, inaczej człowieka, inaczej mrówki, a jeszcze inaczej Enta, Marsjanina, czy mędrca zamieszkującego jaskinię w Himalajach. Istota rozumna nie ma jednak najmniejszej skłonności do świadomościowego apartheidu. Taka skłonność nie jest możliwa w istocie rozumnej. Jest to rzecz po prostu nieprawdopodobna i tyle. No bo, czy widzimy niewielki palec porannego słońca wsuwający się przez szparę w suficie na strychu, czy  też kąpiemy się w tysiącach promieni, leżąc na leśnej polanie, nasze doświadczenie jest to samo – obcujemy ze słońcem. Tak samo jest ze świadomością. Jakim wyrazem głupoty i arogancji byłoby stopniowanie, ocenianie, a nawet wywyższanie się nad przejawami świadomości w jakiś sposób odmiennymi od tego, jak my przejawiamy siebie? Na całe szczęście istota świadoma nie widzi świata w ten sposób.

    Wyobraźcie sobie planetę, gdzie rzeczywistość – społeczna, duchowa, religijna, spożywcza, ekonomiczna, polityczna, rodzinna – opierałaby się na świadomościowej dyskryminacji. Duchowy apartheid. Co to byłoby za straszne miejsce! Pomyślcie – ludzie, bogowie, zwierzęta, a każdy z nich żyjący tylko w swoim odizolowanym, obmurowanym ego, małym światku, idąc przez życie zajęty tylko etykietowaniem, ocenianiem, szufladkowaniem. „Ten jest mądry, ten jest głupi, tego będę słuchał, tamtego uczył, tego zmienię, tamtemu dam się zmienić, a tego małego, brzydkiego, włochatego zjem. To mi się może przysłużyć, a tamto nie. To będę kochał, a tamtym gardził”. Dreszcze przechodzą na samą myśl.

     Można by pójść jeszcze dalej. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym całkowicie odmawiałoby się świadomości innym istotom, tylko dlatego, że istoty te różnią się od nas. Jak gdyby kształt naczynia, czy jego kolor, mógłby mieć wpływ na jego zawartość! Co za absurd!
   
Pierwszy mróz

Gdy przyszedł pierwszy mróz
wyskoczyłem przez dziurki w nosie
i zostałem wilkiem

Pod uśmiechniętym okiem Brata Księżyca
biegłem po skrzypiącym śniegu
jak rozbrykane szczenię

Z moich boków buchała para,
chłeptałem krew wiewiórki,
którą później przeprosiłem,
ale że byłem wilkiem,
martwiłem się tylko chwilkę

Na polanie leżałem na plecach,
żując słomkę i patrząc,
jak igrają gwiazdy
(też się urwały spod kołder,
karier, rachunków, terapii,
niedzielnych obiadów,
kinowych seansów,
sensów, bezsensów
i przeplatania się tych dwóch?)

Kiedy wreszcie cichaczem
zaczął mnie z boku zachodzić
ten łobuz Świt,
warknąłem nonszalancko
i w kilku susach
skoczyłem
przez dziurki w nosie,
zostawiając za oknem
mroźną noc i wilcze kły

Monday, 5 November 2012

Wilcze szczenię

Kawałek powstał pod wrażeniem Akli D - Anfas Tranquil. Spodobała mi się energia kawałka, zrobiłem więc do niego polski tekst i trochę zmieniłem muzykę.


1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im

Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

Dan, da ri di du du dan dar dej…

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic

A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Sunday, 4 November 2012

Na wasze totemy oddaję mocz



    Nie chcę ględzić, a z drugiej strony chcę wrócić do nawyku pisania. Przynajmniej jedna strona, żeby słowa płynęły, nie zatrzymywały się, żeby przecierały się ścieżki skostniałej kreatywności. No więc… Ręka ma się nie zatrzymywać. No więc… 
     Smoleńsk, kolejny pogrzeb, pomieszane ciała, wymiana trumien, narodowo-katolicki patos, rzygam tym. Tyle lat mieszkałem poza Polską i się odzwyczaiłem. Albo się pogorszyło, tak też może być. Czy mi się zdaje, czy ludzie się już zaczęli bać wyrażać swoją opinię? Na przykład nie wolno powiedzieć złego słowa na polskich najemników dających dupy w Afganistanie, czy Iraku, których w dodatku promuje się na patriotów. Jacy patrioci? Gówniarze, którzy z braku ekonomicznych możliwości w tym polskim bajzlu korzystają z okazji, żeby zarobić na przemocy. A tłuste świnie u koryta, Tuski, Kaczyńscy, Komorowscy, Rydzyki, robią patriotyczno-religijno-histeryczny szoł. Naprawdę można się porzygać. 

     Czy naprawdę chcę się tym katować na wieczór? Powiem szczerze, że mi samemu udziela się ta paranoja. Choćby teraz: waham się, czy napisać szczerze niektóre rzeczy. 

     Na przykład Smoleńsk. Pamiętam po katastrofie czarne wstążeczki na fejsie, patetyczne pierdoły, jakie ludzie pisali z miłości do swoich władców. Moje odczucia były natomiast inne. Radość, ulga. Zastanawiałem się, czy nie kupić szampana. Bo mój odbiór rzeczywistości jest taki, że to są okupanci zwykłych ludzi, pijawki*. Najszczęśliwszy byłbym, gdyby tak wyszykować z tysiąc takich Tupolewów, zapakować światowych prezydentów, ministrów, generałów, bankierów i pierdolnąć nimi o rząd pancernych brzóz. Byłem w szoku, kiedy prawie wszyscy wpadli w sentymentalny żal po martwych okupantach. Żałoba, poezje, msze, modlitwy. Szaleństwo (wiem, że w tym samolocie zginęli też zwykli ludzie i te krytyczne słowa nie odnoszą się do nich). Przecież więcej miałoby sensu płakać nad rozbitym samolotem z normalnymi ludźmi, takimi jak my. To z nimi mamy więcej wspólnego. To zwykli ludzie wiedzą ile kosztuje chleb, ledwo wiążą koniec z końcem, harują dla swoich rodzin, kłócą się, idą na piwo, oglądają Rodzinka.pl. Ale przy takich „zwykłych” wypadkach poziom emocji jest zrównoważony. Człowiek popatrzy na dziennik, skrzywi się, będzie miał pięć sekund refleksji i może jeszcze temat dnia do kolejki w sklepie. I to wszystko. A kiedy rozbija się samolot z ludźmi, którzy nami manipulują, rządzą, żyją z naszej pracy, sami nie robiąc nic, bawią się na bankietach, jeżdżą na konferencje, podlizują się wielkim z innych państw (szczególnie z jednego), to naród przez kilka lat tym żyje, podnieca się, histeryzuje. 

     Wyrażam tutaj swój gniew, na terapii mi wyszło, że to dla mnie dobre, ale nie zachęcam do wysadzania samolotów z politykami (choćby dlatego, że szkoda tych ładnych stewardess). Jestem za obywatelskim nieposłuszeństwem, biernym oporem i tworzeniem pozytywnych rozwiązań, nie za przemocą. Po prostu dziwie się, na jakim świecie żyję, jak bardzo jeszcze większość ludzi jest zacofana, przywiązana do łaszenia się do pańskiej ręki. Dziwię się też, jak mało ludzi protestuje. Powinna być przecież jakaś elita intelektualna, naśmiewająca się z narodowych, religijnych, społecznych bożyszcz i totemów. Żeby utrzymać jakiś balans, odświeżyć krew w narodzie. Nic z tego. Intelektualiści albo milczą (ze strachu?), albo mizdrzą się do polityków, bądź elit finansowych, bądź też do siebie samych. A przecież te nasz śmieszne polskie totemy trzeba wyśmiewać, szydzić z nich, bluźnić przeciwko nim, obszczywać. Bo inaczej ludzie się przyzwyczają. I zamienimy się w Talibów. 

     Niech ktoś nazwie Karola Wojtyłę Jasiem Trzęsiłapką (mój teściu, stary komuch jest mistrzem takich przezwisk), niech powie, że ma w dupie Zbrodnię Smoleńską, albo że religia powinna wypierdalać ze szkół, urzędów i publicznej telewizji, bądź też stwierdzi, że Głowa Państwa to burak… Ok., nie są to głębokie przemyślenia. Dałoby się więcej, bardziej naukowo i historycznie przeanalizować błędy Jana Pawła II, rolę kleru w Polsce, itp. Mi nie chodzi jednak o naukową analizę, intelektualne żonglerki, szpanowanie głębią swojej opinii. Chodzi mi tylko o to, że brzydzi mnie ta polska dzicz podrygująca przed koślawymi, śmierdzącymi totemami. I nie tylko o Polskę chodzi – każdy kraj ma jakiś swój zbiór „świętości”, wszyscy siedzą w oparach ciemnoty, podtrzymywanej przez instytucje religijne, polityczne i finansowe. Łatwo się steruje durną masą, podniecającą się ekshumacjami, meczami, zbrodniami wojennymi sprzed 60 lat. Ciemna masa nie pyta, gdzie idziemy, kto coraz ciaśniej trzyma w garści zasoby tej planety, kto wykańcza Afrykę, kto zarabia na zbrojeniach, kto nas truje, kto pozbawia nas przyszłości. 

     Mdli mnie na myśl, że jakiś gorliwy idiota doczepi się do mnie o obrażanie religijnych i narodowych wartości, i będę musiał z nim dyskutować, bronić się, a może nawet zapłacić karę, jak ten biedny facet, co powiedział, że polscy żołnierze, którzy zginęli w Afganistanie są sami sobie winni, i sąd nałożył na niego 300 złotych mandatu. Zdaje sobie też sprawę, że to nie jest spójny, dobrze napisany esej, którym można by się pochwalić. Ot kilka terapeutycznych zapisków na bloga. Ale czuję się lepiej, że to z siebie wyrzuciłem. Może ktoś się zainspiruje, zobaczy że nie jest sam w tym cyrku, może też skleci kilka słów od serca, co go męczy i brzydzi. 

     Ja sobie tak myślę, że dobrze mieć świętości w życiu. Też mam. Wierzę w Boga, kocham żonę, cenię przyjaźń, lojalność, odwagę, nie jem zwierząt, uważam też, że natura jest wyrazem boskości. Ale nigdy przed żadną z tych świętości się nie kłaniam, ani nie pozwalam, żeby mnie zaślepiła. Bo świętości mają nas napełniać, wzbogacać, nie zamieniać w matołów.

* Chciałem tu rozjaśnić, bo dotykam tematu ekstremalnie drażliwego. No więc nie uważam, że mam tutaj absolutną rację. Może większość tych ludzi była w porządku, może na swój sposób próbowali pomóc, działać dla innych, nie wiem , co w nich siedziało, nie osądzam. Tu chodzi jednak o coś innego – o prawo do mówienia o wszystkim, wyrażania wszystkich swoich emocji, bez neurotycznego zastanawiania się, czy nie wzbudzi się oburzenia, czy nie przylepi się nam opinia zwyrodnialca, albo nawet, czy nie przypieprzy się do nas aparat „sprawiedliwości”. Tego (prawa do wyrażania opinii) jest coraz mniej, i to nie tylko w Polsce, ale wszędzie, nawet w Stanach, tej rzekomej kolebce wolności słowa.

Saturday, 3 November 2012

Fantazje poterapeutyczne


















03.11.2012 
Sanatorium
pod Księżycowym Kraterem

     Drogi Pankracy

     Nie da się ukryć, że sztuka pisania listów dogorywa i raczej nie ma co oczekiwać jej odrodzenia. No ale mam to gdzieś. Brakuje mi zapachu papieru i odcisków od długopisa. Więc na złość będę pisał, a Twoim, mój drogi, psim obowiązkiem jest odpisywanie. Nie mów, że nie podnieca Cię myśl o wizytach listonosza, który miałby dla Ciebie nie tylko rachunki, broszury oraz książki z allegro, ale i żywy list. Dla mnie to by było coś.

     Długo się nie odzywałem, wiem. Mógłbym pewnie podać trochę rzeczy na usprawiedliwienie, ale ma to sens? Nie pisałem i już. 

     Ciekaw jestem, co u Ciebie. To znaczy coś tam mnie dobiegło. Że się rozwiodłeś (przykro mi, stary), że restauracja padła, że zaszyłeś się w Madrycie, pędząc życie wygnańca. Ale czy to wesołe życie uwolnionego wygnańca, czy też smutna wegetacja wygnańca-straceńca, tego już nie wiem. A chciałbym.

     U mnie było trochę cięższych lat. Nie będę podsumowywał wszystkiego, w końcu nasza ostatnia rozmowa telefoniczna trwała prawie godzinę. Kiedy to było? Dwa lata temu? Chyba jeszcze przed wyjazdem do Hrabstwa Miscatonic. 

     Właśnie skończyłem terapię dla nerwicowców. Już widzę, że się uśmiechasz z politowaniem, ale uwierz mi, wcale nie było mi do śmiechu. Ciężki czas. 

     Jak to się stało? W Miscatonic nie poszło. Wpadłem w długi, nie mogłem znaleźć pracy, mieszkania i co najważniejsze, przyjaciół. Bez ludzi usycham. To nie pierwszy raz ugrzązłem w bagnie, ale zwykle nie dawałem się złamać. Krok po kroku wychodziłem na prostą, bez większych blizn. Tym razem jednak rozsypałem się na kawałki. Wiesz, rzeczy, o których się czyta w Kierkegaardzie albo w żurnalach psychiatrycznych – ból istnienia, niepewność, niepokój, lęk egzystencjalny, strach przed szaleństwem, brak sensu, wszechświat widziany jako czarna, pusta przestrzeń, strach przed śmiercią, myśli samobójcze. To tak w skrócie, żeby cię nie męczyć, ha, ha. 

     Powiem szczerze, że przeraziłem się nie na żarty. Sam wiesz, że zawsze miałem skłonności do melancholii, zamartwiania się, widziałeś mnie w gorszych chwilach. Pamiętasz jak odwiedziłem Cię po wyprawie do Barcelony, gdzie o mały włos nie ukatrupiła mnie banda marokańskich rzeziemieszków? Tak, to był dół i utrata wiary w ludzi. Albo ten mój durny romans z Lucitą, kiedy z powodu tej sprytnej argentyńskiej księżniczki o mały włos nie posypało się moje małżeństwo? Był też niewypał z moją podróżą w czasie, kiedy ubzdurałem sobie, że anarchiści będą w stanie wygrać hiszpańską rewolucję z moją pomocą. Eh…

    Tak więc znasz moje upadki. Ten jednak był inny. Tamte historie rozgrywały się w jakimś kontekście, to ja byłem bohaterem przeżywającym przygody. Bolesne, to fakt, ale moje, barwne, mające smak. Natomiast ostatnie dwa lata były pozbawione kontekstu. Mój świat i ja rozsypaliśmy się na pstrokatą drobnicę, która zatraciła jakikolwiek sens. Wiesz, coś jak uświadomienie sobie, że na sto procent nie ma Boga. Albo odkrycie, że twoja ukochana żona jest agentką CIA, której jedynym zadaniem jest pisanie raportów na twój temat. Straciłem grunt pod nogami i zacząłem się miotać. Próbowałem samemu układać sobie ten sens. Próbowałem różnych rodzajów twórczości. Na przykład rysowanie. Widziałeś mój miscatoński blog? „Obcy w Hrabstwie Miscatonic”. Nie przeczę, dawało mi to przez chwilę frajdę. Nauczyłem się grać na ukulele. Dużo czytałem. Dąbrowski, spiritual emergency, Thomas Moore, Scott Peck, archetypy, mistycy, od poradników dla nerwicowców do traktatów o symbolach Tarota. Jak mały pyłek próbujący nadmuchać się do dawnych rozmiarów. I mimo wszystko pozostawałem pyłkiem. 

     Nie będę się rozwodził nad tym, jak myślałem o samobójstwie, bo uważam, że to głupie. Nie będę też pisał o romansach, nocnych bójkach, haszyszowych fajkach, skacowanych porankach, małżeńskich kłótniach, wywoływaniu opiekuńczych (głuchych) duchów. Znasz ten cały pakiet młodego Wertera (a wiesz, że w lutym uderzy mi już 37?! Już bliżej niż dalej). 

     No i jak wspominałem, w końcu wylądowałem na terapii. To był dobry ruch. Spotkanie się z grupą ludzi podobnie popieprzonych jak ja, pozwoliło mi nabrać dystansu do swojego stanu. Nie obyło się bez problemów, to fakt. Przede wszystkim oczekiwałem, że mądrzy ludzie z dyplomami lekarzy zaaplikują mi genialną metodę i moja dusza będzie uleczona. „Wstań Łazarzu, jesteś zdrów”. Jak się domyślasz, to nie zadziałało. Ale stało się coś innego. Nauczyłem się nie walczyć. Wbrew pozorom, to potwornie ciężka umiejętność, tak sobie przestać walczyć. To po pierwsze. Po drugie, nauczyłem się doceniać swój stan, uważać go nie za przekleństwo, lecz za błogosławieństwo. Dlaczego? Facet, ile ja odkryłem rzeczy o sobie. Wspomnienia, które wróciły, uczucia, które zagrzebałem, a teraz znów się odezwały. Nie mogłem uwierzyć, ile ja tam tego pochowałem, i mówię tutaj o cennych rzeczach. Kilkuletni rycerz Jedi, walczący z biedakiem opętanym przez demona alkoholu, i to jak świetlny miecz malca okazywał się spróchniałym kijkiem, a demon zawsze wygrywał (ta metafora mówi o pijaństwie w domu, nie wiem, czy dość jasna dla Ciebie, różnie u Ciebie z bystrością... Żartuję przecież!). Noce w lesie, z rozpuszczalnikiem, szukając przejścia do innych, lepszych światów. Prawdziwe miłości rozsypane po wioskowych chatkach. Sny o przyjaznych wampirach i dalekich rozwiązłych krewniaczkach.

     Uświadomiłem sobie, że chcę się zaprzyjaźnić ze swoją ciemnością, zamiast próbować rozproszyć ją za wszelką cenę. I to była dobra decyzja. Nerwy wyciszyły się, przestałem czuć się bezsilnym pyłkiem, zamiast tego poczułem się pełniejszy, zharmonizowany, silniejszy. Bo nie można być tylko ze światła, albo tylko z ciemności. Żeby być sobą, trzeba przyjąć wszystko, cały pakiet, który ułożył dla nas Najwyższy.

     Ha, ha, chyba zacząłem przesadzać z patosem, co? Zdarza mi się. Na terapii dowiedziałem się, że zbyt poważnie podchodzę do życia. Akurat tę cechę z chęcią bym złagodził, bo męczy mnie czasami.

     Co więcej? Może na razie starczy? Zaczekam na Twoją odpowiedź, jeśli oczywiście dasz się namówić na to zacofane epistolarne zboczenie. Ostrzegam, że na żadne emaile nie będę odpowiadał. Śmierdzi mi ten XXI wiek i nie zamierzam poddawać się mu bez walki. Zresztą powiedz sam – czyż nie będziesz się czuł lepiej opisując swoje madryckie przygody na zwykłej kartce papieru? Jakby wyglądałyby na ekranie komputera pojedynki na szpady z dumnymi Cyganami, schadzki w Retiro z czarnookimi Henriettami i Peppitami, ciemne interesy z arabskimi handlarzami ziół i wonności, przesiadywanie pod Puerta del Sol, pijąc Don Simona z kartonu, za sześćdziesiąt centów? Bo na ile Cię znam, to wierzę, że jesteś jednak wygnańcem przygodowym, a nie złamanym. 

     Trzymaj się, Pankraceńku, pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na list.

     Zawsze Twój,
     Montresor Amontillado