Sunday, 20 October 2013

Wywiad w "Innym Świecie"

     W ostatnim numerze "Innego Świata" ukazał się wywiad z Księżycowym Terrorystą, zapraszam do lektury:)





















     Skąd się wziął Księżycowy Terrorysta? No i dlaczego Księżycowy i to w dodatku Terrorysta?

     Zanim zacznę, chciałbym powiedzieć, jak bardzo ucieszyliście mnie propozycją wywiadu. „Inny Świat” znam od dawna, robicie świetną robotę, cieszę się, że mogę w jakiś sposób być częścią tego projektu.

     No więc Księżycowy terrorysta. Kiedy napisałem już kilka piosenek i zdecydowałem się nagrać je w lepszej jakości, może jeszcze nie „studyjnej”, ale już przynajmniej nie w jakości z nadpsutej kamery dziesięcioletniego aparatu fotograficznego, pojawiła się kwestia nazwy. To nie taka prosta rzecz. Wiedziałem, że kiedy raz się na coś zdecyduję, to już przylgnie i będę się musiał tego trzymać. Chciałem zawrzeć w tej nazwie klimat tego, co mi gra w sercu.
     Gałczyński to mój ulubiony poeta, a u niego wszystko jest księżycowe, srebrzyste, gwiezdne. Czuję w nim bratnią duszę, kogoś zagubionego w tym często nieprzyjaznym świecie. W poezji Gałczyńskiego widać eskapizm, ale jest to eskapizm transcendentalny – nie bierny, pełen rezygnacji, ale twórczy. Poeta stwarzał sobie swój własny, idealny świat, który inspirował innych. Przymiotnik „księżycowy” w nazwie to mój hołd dla Gałczyńskiego no i pewna deklaracja mojego nastawienia do świata.
     Co do „terrorysty”, to było kilka wersji. Miał być „księżycowy zbój”, „księżycowy pirat”, „księżycowy łotrzyk”, ale ostatecznie zdecydowałem się na „terrorystę”. Podobał mi się prowokacyjny oddźwięk tego słowa, szczególnie w kontekście naszej epoki, gdzie termin „terrorysta” stał się przysłowiowym młotem na czarownice. Nie oznacza już tylko faceta z brodą, w turbanie, obwiązanego ładunkami wybuchowymi. Nie, teraz terrorystą jest każdy, kto w najdelikatniejszy nawet sposób kwestionuje władzę państwa. To co większość czytelników „Innego świata”  pewnie nazwałaby postawą obywatelską, nazywa się teraz terroryzmem. Zapał z jakim jest obecnie używane, powinien być ostrzeżeniem dla ludzi wierzących w demokrację. Cnotą demokracji jest niezależność myślenia obywateli i zdolność kwestionowania autorytetów. Kiedy te cechy zostają napiętnowane, to trzeba zacząć się zastanawiać, w jaką stronę idziemy. I czy da się jeszcze zawrócić.

     Twoim głównym instrumentem jest ukulele a nie gitara klasyczna, jak to bywa u większości bardów. Nie wszyscy zapewne nawet kojarzą ten instrument – możesz więc powiedzieć dlaczego akurat ukulele?

     Ha, ha, już któryś raz z kolei ktoś nazywa mnie bardem. Nie myślałem, że zasłużę kiedyś na tak zaszczytne miano.
     Dlaczego ukulele? Nie ma tu większej tajemnicy. Do gitary robiłem kilka podejść jeszcze za szczeniaka, ale brakowało mi determinacji. Później zakochałem się w akordeonie. Obiecałem sobie, że zostanę wirtuozem. Po paru latach stwierdziłem, że daleko nie zajdę, to jednak skomplikowany instrument, a ja szczególnego talentu nie wykazywałem. Przez jakiś czas dałem sobie spokój z muzyką, aż pewnego razu trafiło mi w ręce ukulele. I wtedy zdałem sobie sprawę, że cztery struny to nawet taki ignorant muzyczny, jak ja, opanuje. I faktycznie, z ukulele poczułem się w domu. Mieszkałem wtedy w Kopenhadze, miałem paskudną pracę (dwunastogodzinne zmiany w restauracji), czułem się obcy w obcym kraju, więc z radością powitałem rozproszenie uwagi. Przez kilka miesięcy spędzałem długie godziny, ucząc się instrumentu, frustrując przy tym współlokatorów, jak również moją żonę, z którą mieszkaliśmy w jednym małym pokoju.
   
     W Polsce nie mamy zbyt bogatej tradycji pieśniarzy wolnościowych. Za PRL-u byli co prawda Kaczmarski, Gintrowski, Kelus czy Kleyff. No i jeszcze Zespół Reprezentacyjny ze swymi pieśniami Brassensa i Lluisa Llacha. Później jakby nurt ten zanikł poza może wyjątkami Janusza Reichla - który skupiał się bardziej na aspektach ekologicznych, czy Maćka Roszaka – który z kolei bardziej wpisywał się w nurt pieśni socjalistycznych. Czy czujesz się w jakiś sposób kontynuatorem tej tradycji? 

     Przyznam się, że czuję się trochę oderwany od polskiej tradycji. Przez kilkanaście ostatnich lat w Polsce byłem tylko gościem, a i to nie za często. Mieszkałem w Anglii, Irlandii, Danii, Hiszpanii, Holandii, więc dla mnie wolnościowe idee są mocno zakorzenione w kosmopolityzmie. Oczywiście znam Gintrowskiego, czy Kaczmarskiego, ale o większości artystów, których wymieniłeś, nigdy nie słyszałem. Na Janusza Reichla trafiłem kilka miesięcy temu, kiedy ktoś porównał z nim Księżycowego terrorystę. To już prędzej mogę wymienić wpływy z moich czasów punkowych, z lat dziewięćdziesiątych, tutaj nie będzie żadnej niespodzianki: Dezerter, KSU, Defekt Muzgó, Smar SW, Brygada Kryzys, Armia, Ga-Ga. Na tym wyrastałem. Tyle tylko, że wtedy mój anarchizm nie był pozytywny, nastawiony na aktywizm, ale to było raczej „no future”, nie było w tym głębszej filozofii. Ostatecznie sfrustrowałem się „punkowaniem” i zostałem… mnichem Hare Kryszna. No ale to już inna historia.

     A co z inspiracjami nie wywodzącymi się z polskiej tradycji? Bliżsi są ci klasyczni wolnościowi bardowie, pieśniarze folkowi czy może młodzieżowy buntu spod znaku riot folk?

     Moja główna inspiracja to anarchizm latynoski. Chodzi mi bardziej o inspirację światopoglądową, niż muzyczną. Mieszkałem w Hiszpanii przez prawie dwa lata, z okresami przerw. Wśród Hiszpanów, jak również mieszkańców Ameryki Łacińskiej, dążenia wolnościowe, anarchizm są naturalne i spontaniczne. Tak był przynajmniej mój odbiór. Mieszkając tam błyskawicznie nawiązywałem przyjaźnie, rozmowy same schodziły na temat albo wolności albo miłości (to są dwa nierozerwalne składniki latynoskiej mentalności). Wystarczy zresztą popatrzeć na historię Hiszpanii. Nigdzie na świecie ruch anarchistyczny nie rozwinął się tak, jak tam. Z tego, co wiem było to jedyne państwo, gdzie od samego początku Bakuniniści byli silniejsi od Marksistów. A później rewolucja z 1936. Coś pięknego. Jak naturalnie hiszpańscy chłopi i robotnicy przyjmowali anarchizm, jakby to nie było coś nowego, ale raczej powrót do naturalnego stanu rzeczy. Myślę, że ślady tego można zobaczyć u nich do dzisiaj.
     A muzycznie? Oczywiście Manu Chao. On zawsze będzie dla mnie bardem numer 1. Ale nie tylko on. Amparanoia, Quinto Parpadeo, Macaco, G-5, Sargente Garcia, lista jest długa. Nie są tą stricte anarchistyczni artyści, ale mają to coś, “freedom quality”.

     Masz w swym repertuarze również kilka coverów – co musi mieć w sobie wykonawca/zespół byś sięgnął po jego repertuar?

     Ciężko byłoby mi wskazać coś konkretnego. Przede wszystkim muszę czuć wewnętrzną więź z konkretnym artystą. Wiem, brzmi to dosyć enigmatycznie, ale trudno określić to dokładniej. Mówiłem już o Manu Chao. On to ma. Ostatnio zasłuchuję się Gogolem Bordello, pracuję właśnie nad polską interpretacją piosenki „When Universes Collide”. On też to ma. Kiedy go słucham, to czuję, że tak, ten facet nadaje na tych samych falach, myśli podobnie, ma to, czego potrzebuję. Od razu zaskakuje w odpowiednie miejsce. Kiedy wyczuwam u kogoś choć odrobinę pretensjonalności, fałszu, nieszczerości, to nie jestem w stanie słuchać jego muzyki. Proces obcowania z czyjąś sztuką oznacza dla mnie zupełne otwarcie serca na przekaz i wibrację artysty. To nie jest tania rzecz.

     Jak w Twoim przypadku wygląda proces twórczy? Najpierw pojawia się motyw muzyczny czy może pierwszy jest tekst piosenki? Wszystko nagrywasz przeważnie sam – nie jest to chyba łatwe zadanie?

     Piosenki zacząłem pisać w szczególnym okresie życia (który do pewnego stopnia ciągle trwa). Wylądowałem na terapii nerwic. Po latach podróży, szukania sensu, szukania łączności z ludźmi, z ideami, poczułem, że natknąłem się na twardą ścianę. W wieku trzydziestu sześciu lat zrozumiałem, że mimo tylu prób ciągle nie mam swojego miejsca na Ziemi, nie mam pojęcia, czym się zajmować, nie znalazłem swojego plemienia, a świat dookoła mnie wydaje się staczać coraz szybciej. Zamiast wchodzić w erę coraz szerzej pojmowanej wolności i odpowiedzialności za siebie, za swoją społeczność, ludzkość radykalizuje się, dobrowolnie oddaje władzę państwu, pogrąża w bezrefleksyjnym konsumpcjonizmie, karmiąc kapitalistyczne molochy. Poczułem się na rozdrożu. Nie był to przyjemny moment. Okres wewnętrznego wyjałowienia. Postanowiłem wtedy, mimo przeciwności, zrobić coś twórczego, coś co pokazałoby mi, że nie jestem jałowy, czy złamany. Chciałem też, żeby było to coś, z czym mogę dotrzeć do większej ilości ludzi. Wtedy powstała moja pierwsza piosenka, „Polska”. To był pierwszy krok, ale naprawdę poczułem bluesa, kiedy napisałem „Tajemnicę”. Odzew zupełnie mnie zaskoczył.
     Proces twórczy? Przyznaję się tutaj bez bicia, że nie czuję się naprawdę muzykiem. Wiecie, takim gościem, który zamyka oczy i nagle zalewają go melodie, nuty, rify i rytmy. Dobrze czuję się ze słowem pisanym. Co do muzyki, część moich piosenek powstała w ten sposób, że słuchałem jakiejś muzyki i nagle poczułem, że tak, ten określony kawałek brzmiałby świetnie po polsku, jest w nim jakaś wibracja, która doskonale dopasowałaby się do przekazu, który chodzi mi po głowie. W przypadku takich utworów, zawsze wskazuję na oryginał.
     W innych przypadkach najpierw układam muzykę, melodię i dopiero na bazie tego piszę tekst. Słowa zawsze dopasowuję do muzyki.
     Co do nagrywania, to chciałem być niezależny. Zastanawiałem się, jak zabrać się za nagranie. Stwierdziłem, że najlepiej to kupić własny mikrofon, program do nagrywania, zbudować własne studio (mam na myśli położenie gąbek na ścianie pokoju i skonstruowanie pop-filtra ze starych rajstop i sitka), no i zrobić wszystko samemu. Na szczęście mam kolegę, który zajmuje się miksowaniem i masteringiem, dał mi wiele cennych rad, resztę nauczyłem się z internetu oraz metodą prób i błędów. Ci z was, którzy słyszeli, wiedzą, że nie jest to nagranie najwyższej jakości, ale ja jestem zadowolony.
     Większym problemem była sama muzyka. Każdą ścieżkę nagrywam sam. Z ukulele nie ma problemu, czuję się dosyć pewnie z tym instrumentem, ale nagrywałem też ścieżki akordeonowe, czy basowe, a na tych instrumentach niezbyt się znam. Nieraz zdarzało się, że nagrywałem ścieżki po kilkanaście razy, a później i tak musiałem poprawiać już wirtualnie, szatkując i układając dźwięki w odpowiednich miejscach myszką.

     „Anarchia” to wyraźna deklaracja Twojego anarchizmu. Czym więc dla Ciebie jest anarchizm?

     Pytanie rzeka. Nie wiem, z której strony zacząć. Jestem zakorzeniony w Kropotkinie i jego idei naturalnej skłonności gatunków do wzajemnej pomocy. Anarchizm oznacza dla mnie dążenie do naturalnego stanu równowagi, który obecnie zakłócony jest przez sztywne struktury i idee państwa oraz kapitalizmu. Państwo samym swoim istnieniem stwierdza, że naturalnym stanem ludzkości jest chaos, entropia i żądza krwi, dlatego instytucja państwa potrzebna jest, żeby kontrolować i powstrzymywać ludzką zwierzęcość. Z drugiej strony mamy kapitalizm, który również uważa, że człowiek to istota z natury zdziczała, samolubna i okrutna, tyle tylko, że kapitalizm podjudza tę dzikość w człowieku. Kapitalizm promuje współzawodnictwo i egocentryzm jako najwyższe wartości. W ten sposób napędza się ekonomiczna maszyna.
     Prawda wygląda jednak tak, że są to „samospełniające” się przepowiednie. Państwo budzi w ludziach strach przed nimi samymi, kapitalizm rozdmuchuje w nich egoizm i rywalizację. W takich warunkach ciężko na rozwinięcie naturalnych, pozytywnych cech człowieka. Zwolennicy nieodzowności egzystencji państwa i kapitalizmu podają jako argument przeciwko anarchizmowi istnienie u ludzi aspołecznych, niebezpiecznych cech, które przecież zostały rozdmuchane właśnie przez państwo i kapitalizm! Co za hipokryzja (albo głupota).
     Anarchizm ma dla mnie również metafizyczny oddźwięk. Mówiłem o kropotkinowskim dążeniu do wolności i współpracy w świecie natury, uważam jednak, że to dążenie jest naturalną cechą duszy. Wiem, że tutaj posypią się na mnie gromy, ale nie będę ukrywał, że nie jestem ateistą. Anarchizm jest dla mnie nierozerwalnie związany ze sferą duchową. No ale myślę, że nie będę tutaj wchodził w filozoficzne dyskusje na temat istoty ducha i jego dążenia do wyzwolenia się z materii. To zbyt obszerny temat.

     Czy kończące utwór „Wilcze szczenię” słowa: „Nie pomogą szubienice, To już było, już za dużo krwi” można odebrać jako krytykę krwawej rewolucji, która zawsze zjada swoje dzieci?

     Tak, dobrze to odczytałeś. Jestem pod dużym wpływem Tołstoja. Nie zaprzeczam, pociągają mnie bakuninowskie idee rewolucji, szczególnie kiedy włączę czasami wiadomości i widzę w telewizji te aroganckie, zadowolone z siebie gęby, czy kiedy słyszę o kolejnych ofiarach propagandy państwowej albo chciwości korporacji. Co jednak zmieniłaby krwawa rewolucja? Po pierwsze w obecnych czasach środki przemocy w rękach państwa są niewspółmiernie większe od tego, czym mogą kiedykolwiek dysponować zwykli ludzie. Epoka masowej rewolucji skończyła się z rewolucją hiszpańską z 1936 i nie zmienią tego współczesne porywy, których ostatnio trochę jest, jak choćby obecne niepokoje w Turcji. Im większa agresja obywateli, tym więcej usprawiedliwienia dla zwiększenia swojej agresji znajduje państwo. Powiedzmy jednak, że ludziom udałoby się obalić struktury państwa. Co wtedy? Czym byśmy je zastąpili? Jak bardzo ludzie przygotowani są do budowania nowego, lepszego świata?
     Tutaj znowu powołam się na wojnę domową w Hiszpanii. Kiedy anarchiści obalili władzę państwa w Katalonii, okazało się, że lokalne, niezależne, nieoficjalne struktury, zarówno wiejskie jak i miejskie działają lepiej, niż wcześniejsze struktury państwowe. Dlaczego? Po pierwsze na wsi wzajemna pomoc była naturalnym stanem świadomości chłopów. Co do miast, to przez kilkadziesiąt lat działały wolnościowe organizacje robotnicze, wydawano setki czasopism anarchistycznych, nie wspominając o socjalistycznych. Istniały trupy artystów, pisarzy, poetów, które podróżowały do najodleglejszych krańców kraju, i uświadamiały ludzi. Jak mówiłem – kilkadziesiąt lat ciężkiej pracy, od lat sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy Bakunin wysłał Giuseppe Fenelliego do Madrytu aż do 1936 roku.
     A czego my oczekujemy? Że społeczeństwo przez dziesięciolecia żyjące pod dyktando neoliberalnej propagandy z jednej strony, bądź też pod ciepłym płaszczykiem państwa w postępowych socjaldemokracjach z drugiej, nagle pochwyci idee samorządności, niezależności i odpowiedzialności? Nie ma szans.
     Przede wszystkim edukacja – edukowanie zarówno historyczne, filozoficzne jak i praktyczne, czasopisma wolnościowe, ale nie skupiające się tylko na ataku na państwo i kapitał, ale prezentujące alternatywy, ponadto niezależne grupy samopomocy, samorządy, spółdzielnie. I dopiero kiedy te idee zakorzenią się w ludziach, wtedy można zacząć mówić o rewolucji. Mam nadzieję, że przy takim rozwoju świadomości byłaby to już rewolucja bezkrwawa.

     Kawałek „Apokaliptyczny dowcip” zadedykowałeś jednemu z „ojców anarchizmu” – Michałowi Bakuninowi. Czyżby ta dedykacja nawiązywała do jego słów, iż „duch zniszczenia jest zarazem duchem tworzenia”?

     Tak. Do Bakunina mam ogromną sympatię, mam jednak na tyle optymizmu, żeby wierzyć, że nie trzeba wszystkiego zburzyć, aby zbudować coś mądrego, mocnego, pięknego. Bakunin mówił, że ciężko budować na zgniłych fundamentach, lepiej zbudować nowe. Coś w tym jest, ale z drugiej strony być może ludzie mają w sobie więcej dobra i energii, niż się wydaje. Wybieram tutaj optymizm Kropotkina.

     Z kolei w utworze „Afganistan” w pięknych słowach opisałeś dramat tego nękanego przez możnych tego świata kraju. Co cię zainspirowało w tym przypadku?

     Politycy, a za nimi media lubią operować czarno-białymi schematami, uogólnieniami. „Muzułmanie to, chrześcijanie tamto, czarni, biali, pierwszy świat, trzeci świat, Amerykanie, Irakijczycy” itd. Ale co ze zwykłymi ludźmi? To jest największa porażka zachodniej cywilizacji. Nie dostrzegamy, że „obcy” to tak naprawdę my, tyle że po drugiej stronie lustra. W piosence śpiewam: „Jaką kołysankę, jaką kołysankę zna zza muru wróg” i to jest ironiczne ale i smutne podsumowanie całej tej głupoty – agresji podsycanej przez rządzących tym światem. Wróg po drugiej stronie muru również był dzieckiem, również miał matkę, siostrę, jeździł na rowerze, łowił ryby, zakochał się, podbił komuś oko, czytał książkę, może nawet tą samą co my (może jako dziecko emocjonował się Tomkiem Sowyerem albo Juliuszem Verne?). Nam jednak każe się wierzyć, że to nieprawda. Że określa nas religia, narodowość, pochodzenie etniczne. Obcy nigdy nie będzie taki jak my, a jeśli nie będziemy ostrożni, to grozi nam zalew obcości, która nas zniszczy. Ta sama propaganda od tylu lat. Ludzie z Zachodu są tak bardzo nadęci swoim postępem technicznym, a nie zdają sobie sprawy, że znajdują się na tym samym poziomie co sto lat temu, kiedy Tołstoj pisał o propagandzie i szkodliwości państwa, patriotyzmu i kapitalizmu.

     Ciężko się nie zgodzić z tekstem twojej piosenki „Polska” – obraz naszego kraju nie napawa optymizmem, jednak na samym końcu utworu wyrażasz pewne nadzieje na przyszłość… Czy naprawdę wierzysz w to, że w tym kraju da się jeszcze coś naprawić?

     Zobaczyłeś tam nadzieję na przyszłość? Gdzie?:) „Usiądź ze mną ma dziewczyno, napijmy się wina, może kiedyś się przemieni smutna ta kraina”? Hmm. To raczej było stwierdzenie, że czasami trzeba przestać się szarpać, dać sobie spokój, bo i tak tego bajzlu już się nie da opanować. Czasami tak myślę. Na szczęście nie zawsze.

     Nie obce są ci też utwory bardziej osobiste, czasem nawet o miłosnym charakterze… Czy powstają ona na bazie własnych doświadczeń życiowych, zasłyszanych historii czy po prostu, są wytworem twojej wyobraźni?

     Zwykle piszę o tym, czego doświadczam. Domyślam się, że chodzi ci o „Onirkę eskapistyczną”? Napisałem tą piosenkę dla mojej żony, która towarzyszy mi w tej burzliwej wędrówce życiowej od ponad czternastu lat. Kiedyś napisałem też tekst o historiach życiowych osób z mojej terapii, które bardzo mnie poruszyły („W tej piosence”). Nie udało mi się tego jeszcze nagrać studyjnie, ale można znaleźć to na youtube, w wersji garażowej.

     Utwory zamieszczone w Sieci zapowiadane były jako zwiastun większego materiału. Czy nagranie i wydanie pełnej płyty nadal znajduje się w Twoich planach?

     Taki był plan. Najpierw chciałem wrzucać swoje nagrania, utwór po utworze, przyzwyczajać do siebie słuchaczy, a później nagrać to gdzieś w studio, z muzykami, dołożyć kilka dodatkowych piosenek i spróbować dotrzeć do szerszego grona. Na razie plan utknął. Mam trochę niestabilną sytuację materialną w tym momencie. Po powrocie zza granicy ponad rok temu nie mogę przyzwyczaić się do sytuacji w Polsce. Bezrobocie, marne zarobki, arogancja pracodawców, biurokracja, ciągłe współzawodnictwo, nieufność. Męczące. Mieszkając na Zachodzie tęskniłem za Polską, wyobrażałem sobie, że zamieszkam w Krakowie albo Wrocławiu, znajdę jakąś spokojną pracę, będę mógł zająć się twórczością, aktywizmem na rodzimym polu. Doznałem sporego szoku.
     Ciągle piszę piosenki, ale rzadziej no i nie mam energii, żeby zrobić z tego coś większego. No ale wierzę, że przyjdzie taki czas, że pozbieram się do kupy.

     Czy Księżycowy Terrorysta stanie się kiedyś zespołem bądź solistą koncertowym? Wydaje mi się, że wciąż nam brakuje takich właśnie wykonawców na scenie?

     Solistą koncertowym raczej nie będę. Ukulele to jednak dosyć spokojny, cichy instrument, nie widzę siebie przebijającego się z nim do większej grupy ludzi. Myślę jednak, że Księżycowy terrorysta mógłby świetnie funkcjonować jako zespół. Gitara basowa, perkusja, akordeon, może gitara. Myślałem nad zebraniem zespołu. No ale jak pisałem wcześniej, muszę najpierw ogarnąć swoją sytuację materialną.

     Wspomniałeś o swym epizodzie w Hare Kryszna. Podejrzewam, iz była to wtedy odtrutka nanegatywy i nihilistyczny tyryb punkowego życia. Co dało ci zagłebienie sie w zorganizowanej - jakby nie było - regilii? Czy okres ten uważasz za czas stracony z pekrspektywy swego dzisiejszego anarchizmu?

     Na pewno była to odtrutka na nihilizm, z którym nie czułem się szczęśliwy, potrzebowałem poczucia głębszego sensu, harmonii, a mój wczesny anarchizm nie dawał mi tego. Wręcz przeciwnie - świat wydawał się chaotycznym, nieprzyjaznym, niesprawiedliwym i bezsensownym miejscem. Ale zostanie mnichem Hare Kryszna nie było wówczas dla mnie przyłączeniem się do zorganizowanej religii, nie odczuwałem tego w ten sposób, nie była  ucieczka, czy rezygnacja z siebie na rzecz religii. Dla mnie wówczas było to wyzwanie i szansa na rozwinięcie swojego potencjału. Potrzebowałem skupienia, zadedykowania, dyscypliny. Mogłem iść na ochotnika do wojska, ale wolałem jednak coś głębszego (to żart z tym wojskiem). Mnichem byłem przez trzy lata i jest to ważny okres w moim życiu. To wtedy rozwinąłem określoną wizję świata i pojęcia wolności, rozumianej jako wolność nie tylko od zewnętrznych czynników, jak np. państwo, ale również wolność od swoich wad, egoizmu. Obecnie patrzę na to trochę inaczej, mam większą akceptację swoich słabości, no ale mówimy o czasach, kiedy miałem niecałe 20 lat. W tak młodym wieku istnieje tendencja do radykalizmu, trudno tego uniknąć. Z czasem jednak zaczęły uwierać mnie dosyć ciasne ramy instytucji. Po trzech latach poznałem moją żonę (która również była mniszką:) i wspólnie zdecydowaliśmy zacząć niezależne życie.
     Pewnego razu, kiedy mieszkałem w Bristolu, w Anglii. Zrobiłem sobie spacer po mieście. Wszedłem do Oxfamu, żeby kupić jakąś książkę z drugiej ręki i poczytać przy piwku. Trafiłem na jakąś książkę Petera Marshala, zdaje się Demanding Impossible. I wtedy przyszła dla mnie druga fala anarchizmu, tym razem dojrzalszego, bardziej doinformowanego, nastawionego na pozytywne zmiany,alternatywy i w moim przypadku połączonego z duchowością. Po prostu nie mogę oddzielić dążenia do wolności od spraw ducha. To jest dla mnie właśnie owoc doświadczenia z ruchem Hare Kryszna.

    Poza graniem tworzyłeś również e-pismo Jasna Polana. Twór ten wydaje się dziś być już przeszłością… Czy definitywnie zakończyłeś ten projekt? Wydaje mi się, że zainteresowanie nim było dość spore…?

     Jasna Polana to moje ukochane dziecko:) Spędziłem nad nim ponad pół roku, dzień w dzień, głównie robiąc przekłady tekstów, które uważałem za bardzo cenne, a nieznane przeciętnemu polskiemu czytelnikowi. Po pewnym czasie zacząłem odczuwać ciężar samodzielnej pracy. Byłem redaktorem, autorem i tłumaczem w jednym, każdy numer miał ponad sto stron i po prostu nie wyrabiałem. Zainteresowanie czasopismem był jednak duże, otrzymywałem sporo listów, a nawet propozycji współpracy. Siódmy numer, który już się nie ukazał, miał powstać przy współpracy chyba trzech osób.
     Co się stało? Mieszkałem wtedy w Polsce po dłuższym pobycie w Anglii. Wreszcie skończyły mi się oszczędności i musiałem wyjechać „za chlebem”. Wylądowałem w Kopenhadze i tam niestety nie miałem już czasu na Jasną Polanę. Nie wiem, co dalej. Myślę, że przy odpowiedniej atmosferze i sytuacji życiowej mógłbym reaktywować magazyn.

     Jasna Polana była pod silnym wpływem takich zacnych postaci jak Lew Tołstoj czy Edward Abramowski. Wpisywała się przez to jednoznacznie w taki bardziej duchowy, etyczny czy wreszcie pokojowy nurt anarchizmu. Są jednak anarchiści, którzy nie mają zamiaru „nadstawiać drugiego policzka” i na przemoc Państwa, odpowiadają własną. 

     Anarchizm pokojowy wcale nie oznacza nadstawiania drugiego policzka, choć może się tak wydawać na pierwszy rzut oka. Popatrz na Gandhiego i ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa. Czy była w tym bierność? Wręcz przeciwnie. Ludzie zaczęli bojkotować Anglików – ich przemysł, handel, kulturę. Nie musieli stawać przeciwko nim z bronią. Wystarczył bojkot i rozwój niezależnych struktur, a potężne imperium brytyjskie musiało zrezygnować z Indii.
     Moje doświadczenie jest takie, że często zwolennicy krwawej rewolucji przeciwko państwu są bardzo młodzi, nie znają przy tym historii ani nie wiedzą nic o anarchistycznych alternatywach społecznych. Dla nich, kto nie idzie na barykady, to reformista, zdrajca. Barykady, walka – rozumiem to, ale chciałbym, żeby te same osoby pogłębiały też swoje zrozumienie idei wolnościowych, żeby nie był to tylko bunt. Bunt karmi się łatwo, jest tyle rzeczy, które chciałoby się zniszczyć na zawsze, rzeczy przynoszących wstyd ludzkości, ale trzeba pamiętać, że równie ważna, jeśli nie ważniejsza jest umiejętność budowania.

     Innym Twoim projektem ściśle związanym z anarchizmem był blog Un Libertario, gdzie przedstawiałeś „idee anarchistyczne z osobistej perspektywy”. Dlaczego prace na tym blogiem stanęły w miejscu?

     Wiesz, bywa że jestem hiperaktywnym człowiekiem. Mam sto pomysłów, zaczynam sto projektów. Z czasem niektóre z tych projektów gasną, inne żyją, a po drodze pojawiają się nowe. Staram się podchodzić to tego z dystansem – nie martwić się inicjatywami, którym nie udało się poszybować, ani nie ograniczać twórczej fali, która czasami mnie ogarnia. Inna sprawa, że obecnie mam okres lekkiego „wycofania”. Ciągle interesują mnie kwestie społeczne, wolnościowe, ale nie jestem w stanie wejść w to zbyt głęboko – moja (nad)wrażliwość sprawia, że zbyt przeżywam niektóre sprawy, dlatego świadomie odgradzam się od niektórych form aktywizmu. Na ten moment pisanie piosenek wychodzi mi lepiej niż pisanie zaangażowanych artykułów.

     Poza muzykowaniem zajmujesz się również innymi rzeczami – o których piszesz na kolejnym blogu – Garść Drobnych. Możesz opowiedzieć co cię jeszcze kręci, poza muzyką?

     Zaskoczyłeś mnie z Garścią Drobnych. Nie myślałem, że tak łatwo trafić od Księżycowego terrorysty do tego bloga:) Jest to blog dosyć osobliwy, niezorganizowany i miejscami zakręcony. Prowadzę go jakieś cztery lata. Można tam znaleźć codzienne narzekanie na szarość (albo radości) życia, zdjęcia z uprawy ogródka, wiersze, rysunki, relacje z włóczęgi, eseje o tarocie, Bogu, anarchizmie, o wszystkim. Jeśli ktoś chce wpaść, to zapraszam, ale nie oczekujcie spójności i oczywistości. Garść drobnych to czysta improwizacja.
     Jednym z moich ulubionych zajęć jest pisanie. Głównie piszę fikcję. W Jasnej Polanie zamieściłem kilka opowiadań, byłem też publikowany w Akcencie i Magazynie Fantastycznym.
     Obecnie pracuję nad książką, powieścią. Żmudnie mi to idzie, ale myślę, że jeżeli doprowadziłbym to do końca, to mogłoby to być coś fajnego. Jeżeli ktoś lubi fantastykę, podróże w czasie, inne wymiary, oraz nadmierną ilość zwariowanych odniesień literackich, to zapraszam kiedyś w przyszłości do lektury.
     A poza tym? Kręci mnie rower, przywiozłem z Kopenhagi mój ulubiony, stary, czasami robię dłuższe, czy krótsze wycieczki po okolicznych wioskach. Uwielbiam Neila Gagmana, podróże autostopem, choć z tym akurat mam ostatnio zastój. Bardzo kręci mnie Tatiana (moja małżonka) oraz wegetariańskie jedzenie. Czasami wkręcam się w seriale (nie, nie żartuję), ale później staram się nadrobić większą aktywnością w plenerze, np. w ogródku. Niekiedy, gdy nie mam już kompletnie nic do powiedzenie, rysuję.

     Jakieś plany na przyszłość związane z muzyką i poza nią?

     Planuję ciągle pisać piosenki, daje mi to dużo radości. Wspominałem już o książce. No a na teraz muszę sobie znaleźć jakie zajęcie, które zapewniłoby mi podstawy egzystencji. Ciężko żyć z głową w chmurach, kiedy nie ma na rachunki.
     Dzięki. Zapraszam do słuchania, no i do zobaczenia gdzieś w realu.
     Pozdro!

Sunday, 13 October 2013

As I Roved Out - irlandzka przyśpiewka:)



Who are you, me pretty fair maid,
And who are you, me honey?
Who are you, me pretty fair maid,
And who are you, me honey?
She answered me modestly,
I am me mother's darling

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

Will you come to me mother's house,
When the moon is shining clearly?
Will you come to me mother's house,
When the moon is shining clearly?
I'll open the door and I'll let you in
And devil the one will hear us

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

So I went to her house in the middle of the night
and the moon was shining clearly
I went to her house in the middle of the night
and the moon was shining clearly
She opened the door and she let me in
and devil the one did hear us

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

Then she took my horse by the bridle and the bit
And she led him to the stable
She took my horse by the bridle and the bit
And she led him to the stable
"So there's plenty of oats for a soldier's horse,
To eat it if he's able"

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o


Then she took me by her lily-white hand
And she led me to the table
She took me by her lily-white hand
And she led me to the table
"So there's plenty of wine for a soldier boy,
To drink it if he is able"

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

And she got up and she made the bed
And she made it nice and easy
She got up and she made the bed
And she made it nice and easy
And then she took me by the hand
Said: “Blow up the candle”

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

There we laid to the break of the day
And Devil the one that hear us
There we laid to the break of the day
And Devil the one that hear us
And she rose without the cloths
Saying "Darling, you must leave me”

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

When can I return again
And when will we get married?
When can I return again
And when will we get married?
When broken shells make temple bells
That’s when we’ll be married

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

Saturday, 5 October 2013

Kac i parę starych zdjęć

   


 
















   Dziś cały dzień na kacu. Obejrzałem najnowszego Startreka i pięć odcinków Breaking Bad, do samego krwawego happy endu. Wczoraj posiedzieliśmy z Davidem, moim hiszpańskim sąsiadem zza ściany. Zjedliśmy coś razem, gadaliśmy o egzystencjalnych tematach (i o pierdołach też), później graliśmy, on na gitarze, ja na ukulele, w międzyczasie polało się trochę wina, palenie, i ostatecznie położyłem się koło pierwszej, nieźle już sponiewierany.

     Rano wyskoczyłem do Sainsburego, wziąłem paczkę pure ziemniaczanego, kiełbaski sojowe, kiszone ogórki i sernik i tak przygotowany spędziłem dzień na lenistwie. Wiadomo, nastrój trochę w nizinnych rejestrach, zawsze tak mam na drugi dzień, ale w sumie nie jest źle. Zadzwoniłem do Tani. Bardzo ożywiona, dziś były urodziny Rafała, grali wszyscy w kalambury przez parę godzin. Teraz już jest u nas w domku i zabiera się za jakiś program w telewizji. Miło było usłyszeć, że jakoś tam się kręci życie normalnie.

     Wczoraj wysłała mi kilkanaście zdjęć, gdzie jesteśmy we dwójkę, od początku naszego związku w 1999 do 2007, zeskanowała dla mnie. Wrzucam kilka. Kurde, zasuwa czas.

     Co poza tym? Chyba już nic. Za oknem prawie już ciemno, niedługo będzie widać łunę Londynu, trzasnęły drzwi na dole, słucham płyty ze smutną muzyką irlandzką, którą wyczailiśmy kiedyś w Coo, obok drzwi kilka brudnych talerzy, nie chce mi się już dzisiaj myć, piję tonic, staram się nie martwić za bardzo... Że człowiek starszy, że ciągle jakby wszystko nie do końca doskonałe, w sensie, że we mnie, że tak mi daleko do mojego „ideału osobowościowego”, jak by to nazwał Dąbrowski. Kurde, opornie mi to idzie, ale próbuję zaakceptować moje niedoskonałości, ułomności. Tak, jak teraz. Siedzę na tym kacu, oglądam bzdurne seriale, jestem przejedzony, lekko rozdrażniony, myśli trochę powolne, zwykłe, nie za wzniosłe ani nie za twórcze. Ale próbuję nie brać tego do siebie. Trzeba spróbować nie szarpać się, zaakceptować gdzie się jest, popłynąć z prądem, bez spinki.

* * *

     Myślę, że to 1999/2000. Ja tu mam jakieś 24 lata, Tania 22. Jeszcze zdaje się przed ślubem. W pokoju kominkowym. Pamiętam, że kiedy przywiozłem Tanię do domu pierwszy raz, to spaliśmy w oddzielnych pokojach, jak przystało na prawdziwego dżentelmena i damę;)












     Przystanek Woodstock 2000. Ale byłem gładki:) Lubiłem bardzo tę sukienkę.















     Tutaj datę akurat znam dokładną: 1 kwiecień 2000. Zaraz po ślubie, prosto z urzędu. Trochę niewyspani, bo sami gotowaliśmy ucztę weselną do późna i jeszcze wcześnie rano, no ale skoro chcieliśmy poczęstunek wegetariański dla gości, to musieliśmy sami się za to wziąć. Pamiętam, ze dostaliśmy telewizor i gotówki tyle, żeby spłacić pierwsze długi.












     Hiszpania, Cantabria, 2001, wycieczka w góry i samowyzwalacz z patyka. Później pogonił nas byk, myśleliśmy, że nasze chwile są policzone, taka to była groźna bestia.








     Birmingham 2005/06. Ja jako kucharz, a Tania jako kuchcik:) Gęby nam się śmieją, a za oknem już ciemno - to znaczy, że pewnie zaraz będziemy się zbierać do domu. Pół godziny rowerem przez hałaśliwe, kolorowe Birmingham i miłe, zadyszane rozmowy o niczym.







     Santander, Hiszpania, 2006. Czekamy na autobus do Polski. Choć są uśmiechy, to wyjazd był niewypałem. Najpierw pół roku w UK, później miesiąc w Santander, a w ostatecznym rozrachunku wracaliśmy do Polski ze sto euro w kieszeni. No ale opaliliśmy się, poszwendali po plaży, nawet w góry poszliśmy raz.





     I znów Birmingham, koniec 2006 albo gdzieś w 2007.











***

     No i to tyle na dziś. Dobrej nocy.

Tuesday, 1 October 2013

Fajna nuta


     Pewnie niewielu z was zerka na Wayfarer in the UK, więc w skrócie.

    1. Od ponad trzech tygodni pracuję. Jestem asystentem nauczyciela w collegu dla młodzieży niepełnosprawnej. Na razie przez agencję, ale kombinuję jak dostać się na „stałego”. Pracę bardzo lubię. Atmosfera jest świetna, dzieciaki fajne, godziny mam doskonałe (od poniedziałku do piątku od dziewiątej do czwartej), 30 godzin w tygodniu, na zarobki nie narzekam. Tyle, że póki co odkładam każdy grosz, żeby móc coś wynająć niedługo i sprowadzić Tanię. Jeszcze kilka tygodni i powinienem mieć na czynsz i depozyt.

     2. Próbuję żyć za jakieś 15 funtów tygodniowo, co nie jest łatwe, ale jednak łatwiejsze niż myślałem:) Wracając z pracy na rowerze przejeżdżam przez dzielnicę pełną stoisk z warzywami i owocami. Dziś zrobiłem dogłębny field research i okazuje się, że nie muszę kupować warzyw. Zebrałem wielką torbę papryk, cebuli, bananów, sałaty i jeszcze jakichś egzotycznych rzeczy, których nazw nie znam. Wystarczyło wykroić kilka miększych kawałków i okazało się, że mam pierwszej klasy produkty za darmo (no, może drugiej, nie pierwszej:). Ugotowałem dla wszystkich na skłocie makaron, zrobiłem surówkę i czatnej z bananów, starczyło na kolację i jeszcze odłożyłem na jutrzejszy obiad do pracy. Cieszę się, jak dziecko.

     3. Od tygodnia mam maraton Archiwum X. Zapomniałem, jacy Mulder i Scully są zajebiści.

     4. Uczę się nowej piosenki na ukulele. Irlandzkie klimaty. Posłuchajcie, fajna nuta.

     5. Mam wrażenie ostatnio, że odradzam się jakoś wreszcie. Myślę, że znalezienie pracy dało mi pozytywnego kopa do życia. Czuję, że będzie jeszcze lepiej. Zaczynam też otwierać się na zewnątrz, dostrzegam wielu dobrych, przyjaznych ludzi.




Who are you, me pretty fair maid,
And who are you, me honey?
Who are you, me pretty fair maid,
And who are you, me honey?
She answered me modestly, 
I am me mother's darling

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o


Will you come to me mother's house,
When the moon is shining clearly?
Will you come to me mother's house,
When the moon is shining clearly?
I'll open the door and I'll let you in
And devil the one will hear us

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o


So I went to her house in the middle of the night
and the moon was shining clearly
I went to her house in the middle of the night
and the moon was shining clearly
She opened the door and she let me in 
and devil the one did hear us

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o


Then she took my horse by the bridle and the bit
And she led him to the stable
She took my horse by the bridle and the bit
And she led him to the stable
"So there's plenty of oats for a soldier's horse,
To eat it if he's able"

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o


Then she took me by her lily-white hand
And she led me to the table
She took me by her lily-white hand
And she led me to the table
"So there's plenty of wine for a soldier boy,
To drink it if he is able"

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

And she got up and she made the bed
And she made it nice and easy
She got up and she made the bed
And she made it nice and easy
And then she took me by the hand
Said: “Blow up the candle”

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

There we laid to the break of the day
And Devil the one that hear us
There we laid to the break of the day
And Devil the one that hear us
And she rose without the cloths
Saying "Darling, you must leave me”

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o

When can I return again
And when will we get married?
When can I return again
And when will we get married?
When broken shells make temple bells
That’s when we’ll be married

Fiddle dai
You al da fal-de-diddle-da 
Fai-di dai-di
didle-deldi-o