Monday, 18 June 2012

Na Słowacji - czerwiec 2012







   













Dzień 1

  Piękna jest ta Słowacja. Pomyśleć, że to tylko parę kilometrów od domu, a wszystko jest takie inne – miasteczka, wioski, budynki, ludzie, a nawet natura. Siedzimy z Tanią i Monią w pociągu z Dolnego Kubina do Popradu. Dziś po południu mamy dotrzeć do Abrahamovic, do domu Tomka, gdzie czekać będzie na nas Szymon z Rosą.

     * * *










    





     Pierwszy obraz po wyjściu z autobusu w Janowcu – wzgórze a na nim kolorowe, koślawe dachy, błotnista droga, mrowie biegających między budynkami dzieci i ławki zasiedziałe ludźmi. Dech mi zaparło.
     - Co to jest? – zapytałem Rosy, która przywitała nas na przystanku. – Ja tam chcę.
     - Możesz iść, ale wrócisz w majkach.
     Zajarzyłem. Osada cygańska. Wyglądało to niesamowicie. Jakbym cofnął się w czasie o sto lat, albo odwiedził moje sny, te o starych miasteczkach pełnych Żydów-cymbalistów, wąsatych Cyganów i bałkańskich gierojów. Smutno mi było, że nie mam wstępu do tej innej, niecywilizowanej krainy, ale i tak cieszyłem się, że są jeszcze takie miejsca, odporne na raka XXI wieku. No bo dla mnie to jest rak. Czuję autentyczny wstręt do tej epoki, w której żyję – czasu technologii, biurokracji, konsumpcjonizmu, tandet i uniformizmu. Przeciwnicy komuny walczyli o wolny rynek i zachodnie swobody, mówili o wolności jednostki, a ostatecznie wszystko sprowadziło się do dyktatury tandety, tanizny i głupoty. Wiem, że w tych słowach pojawia się odbicie cieni, które od długiego czasu wiszą mi nad głową, ale mam na tyle trzeźwości, żeby dostrzec prawdę wystarczająco obiektywnie. Niech to wszystko już wreszcie pieprznie i niech ludzie zaczną budować świat od nowa.



* * *
     Już późne popołudnie. Jesteśmy w domu u Tomka. Słowak, myślę, że ma trochę ponad trzydziestkę, jak ja. Spotkaliśmy się niedawno na Pomorzu, kiedy razem z Szymkiem i Rosą odwiedzili nas u teścia. Wegetarianin, zainteresowany duchowością. Od razu poczułem do niego sympatię. Widać w oczach szczerość i zagubienie. „Troubled mind”, jak to mówią. Mam nadzieję, że będziemy mieli trochę okazji do rozmów przez te kilka dni.
     Dziś śpimy u niego w domu. Tania, Monia, Rosa, Szymek i ja. Od jutra przeprowadzamy się do Kamennego Domu, gospodarstwa agroturystycznego, które Roland wynajął na dwa dni.
     O, wyszło słońce! Fajnie. Rozproszą się chmury i wreszcie zobaczymy Tatry, które podobno ciągną się za oknem.

     * * *
     Poszliśmy do Kamennego Domu porozmawiać z gospodynią. Dom wyjątkowy. Z tego, co zrozumiałem to był to stary, kasztelański dworek w ruinie. Nowa właścicielka wyremontowała go i żyje teraz z turystyki. Wszystko kamień i drewniane, stare bale. W głównej izbie palenisko. Kilka pokoi dla gości, w każdym ozdobne skrzynie, ręcznie robione ornamenty na ścianach.
     Posiedzieliśmy chyba z dwie godziny. Gospodyni wyciągnęła domowej roboty śliwowicę i pierniczki. Z pierniczków skorzystałem, co do śliwowicy, to nie piję (co jest świeżym postanowieniem, więc nie było zbyt łatwo). Szymon za to pił za dwóch:)

     * * *

















     Spaliśmy u Tomka. Polegliśmy pokotem na stryszku. Tomek zapalił świeczkę przed obliczem Śivy i opowiedział nam, jak przed dziewięcioma miesiącami spadł z balkonu i przeżył śmierć kliniczną. Po drugiej stronie tunelu spotkał kogoś, kto powiedział mu, że może wybrać, czy chce wracać do ciała, czy umrzeć, ale lepiej skorzysta, jeśli wróci, no więc wrócił. Był w śpiączce ponad tydzień.

     * * *
     Nie mogłem zasnąć i przewracałem się z boku na bok chyba do drugiej rano. A potem śniłem, że jestem głową ekspedycji naukowej po morzach północnych. Byłem spokojnym, mądrym profesorem z poczuciem misji. Podobało mi się w tym śnie.
     
Dzień 2

 
















     Z górki nad Pikovami widać łańcuch Tatr. Widok budzący cześć, a z tą koroną chmur to już w ogóle odjazd. Weszliśmy z Tanią, Szymkiem, Moniką i Tomkiem. Usiedliśmy i pogadali o dawnych czasach, kiedy Pikowce były małą osadą oszczepników – wolnych ludzi, którzy nie musieli płacić podatków, ale byli zobowiązani do obrony granicy przed Polakami. Zastanawialiśmy się też nad pieszą wędrówką przez Tatry z Polski na Słowację, a zakończyliśmy rozmową o Moralezie i Hugo Chavezie, i jeszcze jakby to było fajnie, gdyby można było zacząć cały świat od nowa.

  















   * * *
     Reszta dnia to obieranie, krojenie, gotowanie, smażenie. Zaoferowaliśmy się ugotować dla wszystkich (zapowiedziało się jakieś trzydzieści osób). Nie przypuszczałem, że będzie taka frajda. 
     Teraz siedzimy przed Kamennym Domem i zbieramy się na wyprawę do gorących źródeł. Wreszcie basen, w którym nie będę dźwięczał zębami na fioletowo. Juhu!
     Cegła wrócił właśnie ze Slovenskego Raju, a czekaliśmy tylko jeszcze na jego grupę: Aldonę, Siwą i Majkę. No to idziem.


     














* * *

     Tak zrelaksowany, jak na tych gorących źródłach, nie byłem dosłownie od lat. W jednym basenie woda była ciepła, a w drugim gorąca. Pluskaliśmy się całą bandą przez ponad dwie godziny. Zanurzony po szyję w siarczanej zupie czułem rozpierającą mnie radość – że Słowacja, że woda, że ludzie, że nie piję, że szukam, że żyję, że kocham.

  















   Dzień 3

     Kiedy wreszcie wyłożyliśmy na stół spóźnione półmiski i garnki, i popatrzyłem na barwną ucztę, odetchnąłem z ulgą. Udało nam się zrobić coś dobrego. Ludzie byli pod wrażeniem. Widok gości zakradających się do lodówki, żeby dolać sobie schłodzonego słodkiego ryżu z malinami był nadzwyczaj przyjemny.
     Też nażarłem się po uszy.

    















     Później trochę graliśmy. Najpierw z Rodanem i Igorem – oni na gajdach, ja na bodhranie, a później, po projekcji filmu o Cyganach, zagrałem na ukulele parę kameralnych kawałków przy kominku.
     Wreszcie Tanię i mnie zmogło zmęczenie. Nie daliśmy się namówić na oglądanie wschodu słońca.  Około drugiej rano wymknęliśmy się pod kołdrę i do krainy snów.

     Dzień 4

     Siedzimy na dworcu w Kralowanem. Zaraz mamy pociąg do Dolnego Kubina, Wszyscy zmęczeni. Tania raczy się rozmiękłą od upału czekoladą, a Monia bez przekonania komentuje przechodzących ludzi.
     Z Kamennego Domu na dworzec w Popradzie zawiózł nas Tomek. Ciężko mu dziś było. Widziałem, że zaczęło się już wczoraj wieczorem. Nie jest mu wygodnie ze swoim umysłem, znam ten ból. Mimo jego milczenia i chmurności staraliśmy się być uśmiechnięci i weseli, żeby było mu lepiej i żeby zapamiętał nas pozytywnie.
     Po drodze podjechaliśmy jeszcze raz pod tę osadę, którą zobaczyłem zaraz po przyjeździe. W kilka sekund obległo nas stado ciemnoskórych dzieci.
     - Daj euro! Daj euro!



















      Gąszcz chudych rąk wdarł się przez okno do samochodu. Trochę się wystraszyłem, kiedy od strony osady ruszyło biegiem kilkunastu Cyganów. Zaniepokojony spojrzałem na Tomka, ale ten zamiast odjeżdżać, zaczął żartobliwie podpuszczać dzieciaki i rozdał im trochę kasy.
     - No widzisz – powiedział, kiedy wreszcie wydostaliśmy się z gęstniejącego tłumu. – Takie nasze małe Indie.

     * * *
     W lejącym się z nieba żarze utknęliśmy. Była niedziela i przez najbliższe kilka godzin nie mieliśmy żadnej możliwości wydostania się z Lokcy. Dopytaliśmy się więc, gdzie najlepiej stanąć na stopa na Novot. Po jakiejś pół godzinie złapaliśmy mrukliwego, ale sympatycznego pana do Zakamennej, stamtąd autobus do Novoci, kolejny autostop, już do Polski, autobus, na nogach i wreszcie dwa kilometry od domu Łukasz odebrał nas samochodem.

     * * *
     I tak się skończyło. Później były jeszcze kłęby dymu, bo w piecu znów nie ma ciągu, zimny prysznic, bolące kolano, przegląd maila (jak zwykle, tylko kilka spamów), sms od Tomka, w którym mówi, że „ste super ludie”, zupka chińska i chleb z serem wędzonym i chrzanem, zmęczenie, lekka alienacja i „Test Pilota Pirxa” do poduszki.




Wybór zdjęć




Tomas, nasz gospodarz pierwszej nocy na Słowacji.

*






















Szymek, mój brat, gra na gajdach na ulicy, u jego stóp wierna towarzyszka, India.

*


















Tania i Monia w pociągu do Dolnego Kubina.


*






















W drodze powrotnej, prawie na granicy z Polską, zaraz złapiemy stopa do Ujsół.

*





















Pierwszego dnia poszliśmy do Kamennego Domu spotkać się z naszą gospodynią. Od lewej: Tania, ja, Szymek, Rosa, Tomek.

*


Bez komentarza:)


*



Zdjęcie z ulicznym artystą:) Od lewej: ja, Szymek, Monia, Tania.



*


















Słodki ryż gotuje się około trzech godzin (później chłodzi się go kilkanaście godzin, później ubija się śmietanę, praży płatki migdałowe, robi sos malinowy). Żmudną pracę urozmaicałem ćwiczeniami na ukulele.

*



















Od lewej: Bianka (również się nagotowała, żeby nie było, że tylko Tania i ja), Rosa - druga kucharka, autorka cukini w sosie według przepisu z jej rodzinnych Włoch)

*



Co rano pamiętaliśmy o porannej medytacji, Najczęstszy komentarz na widok białych woreczków na korale japa: co wam się stało w rękę?:)

*
















Kamenny Dom z zewnątrz



*

















Tania i Bianka




*

















Z Szymkiem w gorących źródłach


*























Mieszanie zmrożonego słodkiego ryżu z bitą śmietaną. Boże, ale to było dobre!



*
















Od lewej: Roland - szwajcarski przyjaciel i jeden ze sponsorów zjazdu, Rosa, Kasia, Szymek.



*
















Wegetariańska uczta budziła wielkie uśmiechy na wszystkich twarzach:)




*




Rozgrzewka

I jeszcze mały filmik: