Thursday, 31 March 2011

Jasna Polana 5

Wrzuciłem dziś w sieć kolejny numer Jasnej Polany, dzięki łasce bogów już piąty;) Zachęcam z całego serca do lektury, włożyłem w to wiele energii i myślę, że warto. Pozdrawiam wszystkich zaglądających.



• Słowem wstępu

• Królestwo Boga jest w tobie
Lew Tołstoj
• Aby Ameryka żyła, Europa musi umrzeć
Russell Means
• O znaczeniu stowarzyszeń
Edward Abramowski
• Znaczenie konfederacjonizmu
Murray Bookchin
• Życie w rewolucyjnej Barcelonie
Manolo Gonzales
• Posiadanie i bycie w doświadczeniu codziennym
Erich Fromm
• Podróż
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 5 - pobierz tutaj

Saturday, 26 March 2011

Zwykły dzień i niezwykły wieczór



Zwykły dzień i niezwykły wieczór
(Kopenhaga)

Siedzę na Højbro Plads. O piątej mam wizytę u lekarza, USG wątroby, dokucza mi cholerstwo ostatnio. Zostało mi parę godzin, ale wyjechałem z domu wcześniej, żeby być trochę sam, pomyśleć, odetchnąć. Stres ostatnich tygodni zaczyna się powoli odbijać na nastroju, drażliwość, próbuję znaleźć spokój w tym zamieszaniu. Wiadomo, nie jest łatwo, tym bardziej, że problemy zdrowotne sprawiają, iż ciężko powstrzymać czarne myśli. Zacząłem znów palić. Na razie niedużo, choć przez jakiś czas pewnie będę palić więcej, zawsze w okresach przejściowych biorę się za fajki, trochę łagodzą napięcie, pozwalają znaleźć grunt w nowych aranżacjach towarzyskich.

Uspakaja mnie bycie w tłumie. Czuję się jednym z wielu, nabieram dystansu do siebie. Patrzę na młodych, pewnych siebie, głośnych, uśmiechających się bez głębszej refleksji, cieszących się życiem. Szukam siwych głów, wycisza mnie pogodzenie się starych ludzi z upływem czasu, najprostsza mądrość wynikająca ze starości, ze świadomości bycia w ostatnim rozdziale, nie wymaga jakiejś szczególnej głębi, wystarczy słuchać siebie. Dla mnie na razie to okres przejścia pomiędzy ignorującą realność przemijania młodością, a dojrzałością, poprzedzającą nieśmiałą starość, nie nadążającą za zmianami.

Musiałem przesunąć się do słońca, chłodno jeszcze, przecież to dopiero marzec. Siedzę pod fontanną z żurawiami i żabami, porosłe mchem, w kafejce ktoś upuścił szklankę, zadźwięczało szkło, przeszła brunetka na wysokich obcasach z wielkim zadkiem, Cyganka poprosiła mnie o drobne, pachnie czosnkiem z budki kebabowej, brudni, niewyspani młodzieńcy z dredami jedzą falafela i sępią fajki, dwóch młodych homoseksualistów siedzi na ziemi i trzyma się za ręce, dzieląc się półgłosem poważnymi sekretami, gołębie liczą na coś ode mnie, ale nie mam nic, przed USG nie wolno mi jeść przez kilka godzin.

Pomimo rękawiczek, palce zmarzły mi już na kość, kończę.
Niedomyci młodzieńcy wstali, założyli kurtki Green Peace’u i łowią ludzi do ankiet. A ja myślałem, że to ulicznicy. Chyba, że są ulicznikami na pół etatu?

* * *

Czekam na dworcu w Ryparken na Tanię, idziemy na przedstawienie, ma grać Ruthanna.
Już ciemno, co chwila migają pociągi, na niebie widać światła startujących samolotów, po prawej wielkie boisko, niewyraźne postacie biegają z piłką, echem odbijają się ich okrzyki, mieszając się z zapowiedziami pociągów, wieje ostry wiatr, podciągam wyżej kołnierz kurtki, narzucam na głowę kaptur i piszę.
W ciągłej zmianie, w niekończących się podróżach, niedopasowaniu, można uchwycić mignięcie tego, czym jest życie. Ciągłą transformacją, przekładaniem się życia i śmierci, i znów życia, niekończący się kalejdoskop ról. To oznacza samotność i próby zapełnienia tej pustki. Usiłujemy uleczyć się, zawierając znajomości „na peronie”. Kilka rozmów, kanapka, żarty, gazeta, wjeżdża kolejny pociąg, który zabierze nas na kolejny peron.
Dlatego warto być w ruchu – żeby nie zapomnieć o prawdziwej sytuacji i skupiać się tylko na najważniejszych rzeczach. Problem jest jednak z wyborem. Bo co naprawdę jest najważniejsze? Jak odróżnić subiektywne od obiektywnego?
Wjeżdża pociąg Tani. Kończę.

* * *

Najpierw na scenę wyszła wysoka, głośna dziewczyna z charakterem, ubrana jak kurtyzana z odległej epoki, w burzę włosów wplątała się rolka papieru toaletowego i mały, stylowy abażur.
- Dziś wieczorem – zaczęła ściszonym głosem, wodząc po widowni potępieńczym wzrokiem – zabierzemy was na drugą stronę, gdzie króluje ciemność i szaleństwo. Ale nie obawiajcie się! Sprowadzimy was z powrotem! Ujrzycie straszne rzeczy, włos się wam zjeży na głowie, będziecie szczękać zębami, a czasami wydrze się wam okrzyk zgrozy. Wspaniale, krzyczcie, to dobre dla przedstawienia – mrugnięcie i cisza.

Zza łaciatej kurtyny, pokrytej pajęczynami i pająkami, zalanej przyćmionym barowym światłem, rozległy się ciche takty powolnej, swingowej muzyki, trąbka, kontrabas, pianino… Czyjaś niewidzialna ręka zarzuciła na szyję konferansjerki zwłoki lisa. Nagle lis podniósł głowę i zaczął śpiewać zachrypniętym głosem swoją historię – twardego mężczyzny, któremu każda kobieta w życiu sprawiła ból i każdy związek kończył się zranieniem i krzykiem, aż ostatnia wypróżniła w jego brzuch cały magazynek rewolweru.

W półmroku, publiczność siedzi w rozgorączkowanym milczeniu, nie roniąc ani słowa, słychać hamowane chichoty. Choć skończyło mi się podłe wino, nalane do plastykowego kubka, przez dystyngowanego, zblazowanego kelnera – wampira, nie wstaję od stołu, dając się uwieść opowieści i atmosferze. Po śmierci lisa podnosi się kurtyna. Zza instrumentów widać kawałki szalonego zespołu, absurdalna pstrokacizna i jarmarczne kontrasty. Konferansjerka podnosi akordeon i grając cicho walca, zapowiada kolejny punkt programu.

- Następna historia jest przerażająca: to dzieje rodzinnej tragedii na wschodzie Rosji. Historia brzydkiej, łysej dziewczynki mieszkającej w piwnicy – Petruszki, której brzydzi się cały świat i jej pięknego, podziwianego brata. Nie mogąc znieść swego upodlenia i jego chwały, zakrada się w nocy i obcina mu głowę. Wzburzona rodzina i mieszkańcy wioski karzą ją w okrutny sposób – oddają ją do cyrku, gdzie występuję jako wybryk natury, wraz z głową swego martwego brata.
- Petruszka! Petruszka! – woła głowa brata ze szklanego słoja. – Zaśpiewaj! Zaśpiewaj! Pokaż swój ohydny głos!
- Nie zaśpiewam, mój braciszku! Nie zaśpiewam! – woła piskliwie przez łzy brzydka Petruszka, manekin. – Zbyt wielkie moje cierpienie.
- Petruszka! Petruszka! – woła drwiąco głowa brata. – Zatańcz! Zatańcz! Pokaż swoje koślawe ciało!
- Nie zatańczę, mój braciszku! Nie zatańczę! Zbyt bardzo boli mnie mój grzech.

Po nieudanych próbach ożywienia plastykowych gołębi przez ruchliwą, malutką i nieśmiałą asystentkę kurtyzany, z imbryka wypełza niemowlę bez nóżek i w potępieńczych drgawkach pełznie po scenie wydając dziecięce kwilenia. Nagle imbryk unosi się w powietrze, powoli zbliża się do niemowlęcia, po czym oblewa go krwią. Na widowni ojciec zasłania oczy czteroletniego chłopca.

Słabną tony muzyki, cichnie blaszana trąbka i brzdękanie kontrabasu. Konferansjerka spogląda taksującym okiem na publiczność i zaczyna grać wesołą piosenkę na akordeonie. Jej asystentka zakłada sobie na ramiona maszynę do pisania i akompaniuje jej, z dziecięcą dumą i nieśmiałością oczekując na pochwałę. Uderza z entuzjazmem w klawisze, w maszynie przesuwa się zapisana kartka, głośny dźwięk dzwonka ogłasza skończoną linijkę. Urywa się muzyka, asystentka ciągnie za rękaw konferansjerkę i szepce jej coś do ucha. Konferansjerka podnosi rękę.
- Napisała piosenkę. Wielkie brawa!

Asystentka zżerana tremą wyciąga kartkę z maszyny i przebierając w miejscu stopami, podnosi ją na wysokość twarzy. I znów rozbrzmiewa skoczna muzyka. Kojarzę znajome tony, ale nie potrafię jeszcze określić, co to jest. Dopiero kiedy zaczyna się śpiew, w zniekształconym głosie rozpoznaję doskonałą parodię Shakiry. Sala wybucha śmiechem, wszyscy klaszczą do rytmu, a nawet wstają, żeby lepiej widzieć, co wyzwala reakcję łańcuchową; ci z samego tyłu, w tym też ja, wspinamy się na krzesła i stoliki.

Trzeba by jeszcze wymienić irytującego królika – pianistę, tańczące na linie nogi, orkiestrę myszy, więcej muzyki, więcej piosenek, więcej makabry, śmiechu i szaleństwa.

Po przedstawieniu zaczęła się impreza, stara muzyka, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Najpierw siedzieliśmy z Tanią w kącie, obserwując nieśmiało, ale z przyjemnością, jak serdecznie witają się ludzie, uśmiechy, objęcia, żarty. Kiedy Ruthanna odłożyła trąbkę i zeszła ze sceny, opadli ją adoratorzy i przyjaciele, nie chciałem się więc przepychać, dopiero kiedy zrobił się wokół niej luz, dałem jej znać, że jesteśmy. Wycałowały się z Tanią, nie widziały się już siedem lat, przekrzykując gwar i muzykę, zaczęły opowiadać sobie ostatnie dzieje. Przysiadł się Joachim, elegancki, w kremowej, starej marynarce ojca, wziął trochę mojego tytoniu, zaproponowałem mu piwo.
- Jak się czujesz?- spytałem.
Pokiwał głową z uśmiechem, wypuszczając niebieski dym.
- Dobrze, dobrze.
- Depresja przeszła?
Pokazał palcem za siebie, na chłopaka, którego spotkałem kilka dni wcześniej.
- Janus ma ostatnio przesrane w życiu, wyrzucono go z mieszkania, wprowadził się do nas. To dobra rzecz, bo teraz zamiast skupiać się na sobie, skupiam się na jego problemach. Pomagam w ten sposób i jemu i sobie. Lubię to. Cieszę się, że przez nasz dom przewija się tyle ludzi. Jesteśmy jak gniazdo dla ptaków z połamanymi skrzydłami. Kiedy jest im już lepiej, frrrruuuu – zatoczył szeroki ruch ręką - wylatują przez okno i robią miejsce następnym.

Ruthanna tańcząc ruszyła do kolejnej grupki znajomych, machając nam, żebyśmy szli za nią. Przedstawiła nas paru osobom, a później gdzieś zniknęła.
- I co myślisz? – pytam Tani, z której twarzy, tak jak i z mojej, nie schodzi szeroki uśmiech. – Czad, nie?
- Prawdziwy czad. Co za ulga - odpowiada.
Dokładnie – ulga. Czuję się żywy, pulsuje gorąca krew w żyłach, mogę być sobą, blisko innych, przyjaźń, wolność, nieprzewidywalność jutra, nieodgadnione perspektywy. Oddycham głęboko, oszołomiony radością, sztuką i winem.

Thursday, 17 March 2011

Kopenhaga - pierwsze dni



Kopenhaga – pierwsze dni

***

Kiedy wygramoliłem się o szóstej rano z autokaru, z bagażami i akordeonem, było jeszcze ciemnawo. Czułem się zbyt zmęczony, żeby cieszyć się z przyjazdu. Dwadzieścia cztery godziny w podróży może wyjałowić człowieka z emocji. Coś tam jednak czułem, albo raczej próbowałem. Widok znajomego dworca i ścieżki rowerowej, którą tyle razy śmigałem po mieście zadziałał optymistycznie.
Prawie wpadłem pod rower wysiadając z autobusu.
Wyciągnąłem z kieszeni numer Joachima, u którego miałem się zahaczyć na jakiś czas. Jeszcze za wcześnie na dzwonienie. Wybrałem z konta parę koron i usiadłem w kawiarni, z kawą i drożdżówką. Co mnie tu czeka? Nie mam na myśli oczywistych wrażeń, jak szukanie mieszkania, roweru, pracy, załatwianie papierkowej roboty, itd. Co czeka mnie głębiej? Co się we mnie zmieni? Kogo spotkam, co zrobię? Jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc, czy rok?

***

Mieszkanie Joachima i Matijasa spodobało mi się. Brudna, lodowata klitka na poddaszu, wszędzie instrumenty muzyczne, stare aparaty fotograficzne, ciemnia, zardzewiała koza, nie dająca prawie ciepła, wiatr wiejący przez szpary w okiennicach. Przynajmniej wiedziałem, że mogę czuć się swobodnie. Tym bardziej, że chłopaki okazali się sympatycznymi, otwartymi osobami. Joachim zaoferował się z jajecznicą, chlebem i herbatą, poczęstował tytoniem i powiedział, że mogę zostać ile tylko zechcę. Widząc mój cieniutki, marny śpiwór, pożyczył mi coś cieplejszego i dorzucił poduszkę. Dał też klucze i życzył mi szczęścia w poszukiwaniach mieszkania. Acha – nie ma prysznica, a kibel to wychodek na zewnątrz. W centrum miasta. Kocham Kopenhagę (bez ironii – po prostu szczerze podoba mi się taka pogarda dla XXI wieku). Co nie zmienia faktu, że będę w nocy używał słoiczka. Nie zamierzam nad ranem schodzić z poddasza i przechodzić przez podwórze, żeby się wylać. Rano wyleję zawartość przez okno na Vesterbrogade, jak robiło się w średniowieczu.

No więc znalazłem się na moim pierwszym przystanku. Jak na razie przyjaźnie i inspirująco. Zawsze wstydzę się, widząc jak ludzie pokazują czystą bezinteresowność, ot tak sobie, bo tacy są. Wstydzę się, bo zdaję sobie sprawę, że ja muszę robić wysiłek w kierunku bezinteresowności i zwykle nie jest to naturalny odruch, lecz świadoma decyzja.

***

Kiedy po południu wróciłem z biblioteki, okazało się, że Joachim załatwił mi rower. „Załatwił” znaczy „upolował” - nie mylić z „ukradł”. W Kopenhadze panuje niepisane prawo, że niezapięty rower można uznać za porzucony (nie odnosi się to jednak do nowych rowerów). Najlepszym do tego miejscem jest dworzec kolejowy. Matijas powiedział, że zwykle, kiedy upatrzy taki rower, obserwuje go przez kilka dni i jeśli nikt go nie zabierze, dopiero wtedy się nim zajmuje.
Miło było znów mieć dwa kółka. Od razu ruszyłem na miasto, kupując wcześniej zapięcie i światełka. Choć to damka i łańcuch trochę rzęzi, to cudownie pędziło się przez miasto rozświetlone latarniami i światłami wystaw sklepowych, razem z tłumem innych rowerzystów, szybko, swobodnie, bezpiecznie.

***

Joachim – niski, przysadzisty, kręcone szare włosy i ciemnoniebieskie oczy. Smutny w jakiś sposób. Duże poczucie honoru, opiekuńczość, trochę pogubiony. Z jednej strony jest samotny („Dziewczyny mam rzadko, ale jeśli już, to na poważnie” – powiedziane z lekką goryczą), z drugiej strony ma wielu przyjaciół, znają się od wielu lat, są jak plemię, rodzina, jeden za wszystkich. Mówi, że nigdy by tego nie oddał i jest szczęśliwy wiedząc, że za ścianą ktoś jest, coś tworzy i zawsze można pogadać, podzielić się czymś, wyżalić. Nosi zabawną czapkę. Gruba, stara, filcowa, zwęża się z przodu do szpica, z tyłu wychodzi futro.

Matijas – wysoki, szczupły blondyn, poruszający się trochę niezgrabnie, sztywno, niczym nastolatek, na twarzy zawsze uśmiech, jakby lekko drwiący. Oczy zwężone, błyszczące, pełne łotrzykowskich iskier. Lep na baby. Pierwsze wrażenie – dziecko ulicy, wesoły kombinator, najlepszy przyjaciel dla przyjaciół, dla reszty – lepiej uważać. Okazuje się jednak, że jest nauczycielem muzyki w szkole, prowadzi warsztaty, oprócz tego gra w dwóch zespołach. Inteligentny, oczytany, świetne poczucie humoru. Kiedy rozmawialiśmy o filmach, okazało się, że zna z imienia wszystkich aktorów, tytuły, reżyserów. Joachim nie był zainteresowany. Dla niego, jak mówi, to wszystko „blah, blah, blah”.

***

Dzwoniła Tania. Tęskni, martwi się, czeka aż coś się wyklaruje. I chyba coś właśnie się ustawia. Obejrzałem kilka mieszkań – drogie, brzydkie, w nudnej okolicy – załamka. No i wieczorem Joachim i jego zespół miał próbę. Po dwóch godzinach bałkańskich rytmów wdałem się w rozmowę z Simonem. Gra na czymś w rodzaju cymbałów, tylko że zamiast uderzać w struny pałeczkami, szarpie się je palcami. Zdaje się że to bliskowschodni instrument. W każdym bądź razie okazało się, że w lecie pomieszkuje w kampingu, w posiadłości pewnej kobiety, która zdaje się ma pokój do wynajęcia. Pokój w piwniczce, ale choć brzmi to nieciekawie, według niego to naprawdę świetne mieszkanie, z własnym patio, kuchnią, łazienką. Ma skontaktować się z tą babką i dowiedzieć się, czy to aktualne, da mi znać jutro.
Choć jeszcze nie widziałem tego miejsca, to mam przeczucie, że to jest to. Zdaje mi się, że to jest mój dom, który tu na mnie czekał.

***

Odwiedziłem Ruthannę. Siedem lat temu była tu dla mnie najlepszą przyjaciółką. Teraz to właśnie ona załatwiła mi miejsce u chłopaków. Mieszka za Christianią, w baraku, gdzie razem z kilkunastoma innymi osobami za grosze wynajmują blaszane kontenery. Nie zajarzyłem dokładnie, ale uczy coś z tańcem, gimnastyką, jogą – tyle zrozumiałem. Pogadaliśmy o naszych życiach, co się ostatnio działo – ona opowiedziała mi o utracie dziecka, ja o depresji, wypiliśmy po herbacie ze świeżo zerwanej mięty. Przed wyjściem do pracy dała mi klucz i powiedziała, że mogę wpadać kiedy chcę, wziąć prysznic, przeprać się, skorzystać z internetu.

***

Wieczór u chłopaków. Najpierw siedzieliśmy w kuchni. Gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki (na zmianę – ja puszczałem reggae, którego oni nie cierpią, oni puszczali ciężki hard core i punk, który mi się ciężko trawi), paliliśmy trawę. Później namówili mnie na koncert. Wskoczyliśmy na rowery i pomknęliśmy do Christianii, używając skrótów znanych tylko miejscowym. Koncert był w… Zapomniałem nazwy. Duży budynek, zaraz z brzegu, po przejściu przez bramę. Matijas zaraz zniknął w objęciach jakiejś dziewczyny (zdążyłem się już zorientować, że jego dar, to upajające działanie na płeć przeciwną), tak że razem z Joachimem zaczęliśmy stawiać sobie nawzajem kolejki, a w międzyczasie poznawał mnie ze swoimi znajomymi, których było mnóstwo – wydawało się, że zna wszystkich. Sam koncert nie był za dobry, zespołów było kilka, wszystkie mocne i widocznie amatorskie. No ale miło widzieć, że młodzież robi coś sama z siebie. Po kilku latach mieszkania w Anglii poczułem się tutaj jak w niebie. Nie zostałem jednak do końca. Może jestem już za stary; szybko straciłem entuzjazm i myślałem już tylko o ciepłym śpiworze i spaniu. Wymknąłem się, kiedy Joachim zaczął rozmowę z jakąś dziewczyną i wróciłem do domu. Za cholerę nie mogłem znaleźć skrótu, którym przyjechaliśmy. Jakby wszystkie ścieżki zarosły za nami, otwierając się tylko dla tubylców. Wróciłem głównymi ulicami.

***

Dziś zostawiłem chłopaków i ich gościnne, przewiewne progi. Wprowadziłem się do mieszkania, które załatwiłem przez Simona.
Kiedy Matijas poszedł do pracy, a Joachim pojechał na kilka dni na wieś, odpocząć, poszedłem do supermarketu i kupiłem dla nich dwie reklamówki „dóbr”. Lubią dżin z tonikiem, kupiłem więc butelkę trunku, tonik, sok, dwa rodzaje sera, truskawki, kapary, oliwki i jeszcze inne towary delikatesowe. Zostawiłem im to na stole, z listem dziękującym za gościnę.

I znów ruszyłem obładowany jak wielbłąd. Najpierw na nogach, później kolejką, później autobusem. Mieszkanie leży trochę na zadupiu, ale nie jakoś bardzo daleko od centrum, w pół godziny można dojechać rowerem. Pięknie tu jest, miałem rację, że to miejsce na mnie czekało. Ewa, właścicielka domu, ma tutaj sporą posiadłość, z małym jeziorkiem na samym środku, które otaczają drzewa i małe domki, a w nich w lecie pomieszkują różni ludzie (np. Simon). Nasze mieszkanie jest poniżej parteru, ale piwnicą na pewno nie można tego nazwać. Szklane, rozsuwane drzwi prowadzą na patio ocienione gęstwiną pnączy. Po przekroczeniu kilku stopni wychodzi się prosto na małe molo na jeziorku. Osobne wejście, własna kuchnia, łazienka, ogromny pokój - marzenie. Nad kuchnią i łazienką trzeba trochę popracować, poprzedni lokator zapuścił je trochę, ale wystarczy farba, gumolit i trochę środków czyszczących, żeby doprowadzić wszystko do porządku. Jestem w domu.

Sunday, 6 March 2011

Następna stacja - Esperanza






Następna stacja – Esperanza

Dobiegł końca czas zbierania sił. Okres od powrotu z Anglii do teraz był w pewnym sensie czasem wyłączenia się z praktycznego życia – ale tylko w pewnym sensie – w innym był bardzo dynamiczny i wniósł sporo do mojego życia. Nie pisałem zbyt wiele w tym czasie, dużo działo się na bardzo osobistym poziomie, chciałem przeżywać to samemu. A zresztą nawet jeśli bym nie chciał, to nie miałem za bardzo wyjścia – przez te osiem miesięcy byłem odcięty od świata zewnętrznego, a przez Internet i tak nikt nie mógłby mi pomóc.

Początek był ciężki – depresja i to w takim natężeniu, jakiego jeszcze nie doznałem, poważnie się wystraszyłem. Odwiedziłem dwóch psychiatrów, dostałem jakieś leki (nie skorzystałem), planowałem terapię, zamówiłem z Allegro kupę książek na temat zdrowia psychicznego, szczególnie pomógł mi Kazimierz Dąbrowski i jego Teoria Dezintegracji Pozytywnej, zarzuciłem „heroic dose” grzybków – wszystko w poszukiwaniu drogi ucieczki z tej „nocy duszy”. Ostatecznie udało mi się wyjść na prostą, sam nie wiem kiedy i jak.

Gdybym miał podsumować ten czas – dlaczego był dla mnie ważny? Co z niego wyniosłem?

Na jakimś poziomie zaakceptowałem nieuchronność śmierci i niepowodzeń w życiu. Nie mam na myśli jakichś mistycznych przeżyć i ezoterycznego wglądu w naturę cierpienia oraz umierania, ale zwykłe, ludzkie uświadomienie sobie codzienności - coś, co o wiele łatwiej przychodzi tradycyjnym, żyjącym zgodnie z naturą społecznościom. W normalnych warunkach ludzie akceptują stratę, choroby, śmierć, jako część cyklu życia, coś zwykłego, nawet dodającego otuchy. Dzięki duchowości, rodzinie, bliskim więziom społecznym są w stanie z tym żyć i nie jest to negatywny czynnik w ich życiu, a raczej pozytywny – pozwalający uświadomić sobie związek z naturą, z nurtem życia, zobaczyć siebie jako część rodziny ze zwierzętami, roślinami, słońcem, gwiazdami, ziemią. W społeczeństwie „zachodnim”, „cywilizowanym” jest na odwrót – choroby, nieszczęścia i śmierć uznawane są za coś nienormalnego, dysonans, wstydliwy wrzód, o którym nie wolno myśleć. Życie „pełne” to życie w długim zdrowiu, satysfakcji, sprawności fizycznej, niegasnącej urodzie - stąd operacje plastyczne, viagra, spa dla sześćdziesięciolatek, etc. Naturalne zjawiska życia stają się wrogiem, jak sama natura, od której coraz bardziej odgradzamy się, a nawet niszczymy w jakimś gorączkowym odwecie za naszą własną klęskę. W takim braku harmonii pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością, naturą a świadomością, oczywiste jest, że nieszczęścia, zamiast pomagać w rozwoju jednostki, zamiast budować coraz głębszą, rozumniejszą osobowość, łamią ją, wprowadzają w stan pewnej symbolicznej schizofrenii – człowiek żyje w dwóch światach – w tym zaszczepionym mu przez zachodnią mentalność sukcesu, siły, urody i zdrowia, oraz w tym prawdziwym, gdzie mimo wszystkich naszych wysiłków zawsze będziemy chorować, tracić bliskich, a ostatecznie umrzemy.

Choć może to, co piszę brzmi na pierwszy rzut oka pesymistycznie, to takie nie jest, słowo daję. To jedna z najoptymistyczniejszych rzeczy, do jakich zacząłem dochodzić w tym roku.

Skończyłem właśnie czytać „Ishi – człowiek dwóch światów”, książkę o ostatnim przedstawicieli plemienia Yahi, który, po wymarciu całej reszty, po prostu wyszedł z ukrycia i oczekując śmierci, poszedł do białych. Ostatnie cztery lata życia spędził w San Francisco, poznając europejską kulturę, otwarty jak dziecko, ale nigdy nie porzucając w pełni starego sposobu życia. W końcu zmarł na gruźlicę. Niesamowite, jaką pogodę i stoicki sposób bycia potrafił zachować, w obliczu zagłady całego swojego ludu. Ostatnie kilkanaście lat było ich tylko pięciu, a ostatnie cztery lata przed desperackim ujawnieniem się, był zupełnie sam. Ten człowiek, jak i tysiące innych, żyjących w kulturach nieodciętych od bijącego serca natury, czuł że jest częścią czegoś większego, wierzył w istnienie kosmicznego porządku i swoje miejsce w tym porządku. To jest źródło spokoju i mądrości, od którego odcięli się ludzie kultury europejskiej. Prawdziwa tragedia. Trudno jest to odbudować w sobie samemu, bez pomocy wychowania, rodziców, plemienia, tradycji, ale myślę, że jest to możliwe. Trzeba przynajmniej próbować.

Druga rzecz – rozbieram doświadczenia ostatniego roku na punkty, ale w rzeczywistości łączą się one ze sobą w całość – to silne ugruntowanie się moich poglądów politycznych i społecznych. Intuicyjną, wrodzoną niechęć do hierarchii i narzuconych autorytetów podbudowałem intensywnymi studiami, lekturą i przemyśleniami.

Może i nie potrafię do końca zrozumieć uczonych wywodów ekonomistów, wyjaśniających, dlaczego rzeczywistość oparta na stosunkach rynkowych jest najlepszą z możliwych (albo nawet jedyną możliwą), ale potrafię odróżnić, jak każdy z nas, co jest dobre, a co złe. Myślę, że prawdę można poznać po tym, że jest na tyle prosta i intuicyjnie rozpoznawalna, iż każdy, nawet najprostszy człowiek będzie w stanie ją dostrzec. Kiedy natomiast ktoś mówi, że prawdy nie możemy pojąć, ale mądrzejsi od nas (taki na przykład Friedman) już ją przebadali, więc jedyne, co można zrobić, to ją zaakceptować - węszę w tym ściemę.

Prawda jest prosta – co jest lepsze: społeczeństwo oparte na wartościach humanistycznych, braterskich, duchowych, czy też społeczeństwo oparte na egoizmie i transakcjach handlowych? Czy normalny człowiek może mieć wątpliwości? I to nie jest naiwny idealizm. Idealizm – tak, ale nie naiwny. Istnieje wiele przykładów kultur opartych na zupełnie innych zasadach. Człowiek nie jest z natury egoistą i drapieżnikiem, jak próbuje się nam wmówić. W odpowiednich warunkach jest w stanie rozwinąć się w dobrą, społeczną, niezależną jednostkę, dla której wartości społeczne, moralne i duchowe są najważniejsze. Używając terminologii Fromma – człowiek może żyć zarówno w modus bycia, jak i w modus posiadania. Czyli istnieje wybór!

Dalej o prawdzie: czy można usprawiedliwić zabicie dziesiątków tysięcy cywili w Iraku, w wojnie, która została wywołana w oparciu o kłamstwo (a nawet gdyby Hussain naprawdę posiadał broń masowego rażenia, to czym zawiniliby w tym zwykli ludzie, jak ty czy ja)? Dlaczego więc świat jednogłośnie nie potępia tej zbrodni? A przecież nawet małe dziecko nie miałoby tutaj problemu z rozpoznaniem zła.

Czy można powiedzieć, że masowy przemysł zbrojeniowy jest dobry, bo powoduje wzrost gospodarczy? Kto przy zdrowych zmysłach może tak twierdzić? A zwolennicy wolnego, nieograniczonego rynku próbują przekonywać, że reguluje się on sam w naturalny sposób. Jakby w ogóle można było użyć słów: „naturalny” i „rynek” w tym samym zdaniu.

Podobnie jak i Tołstoj uważam, że zło i dobro to wartości obiektywne i każdy człowiek – jeżeli nie został jeszcze dogłębnie zdeprawowany - jest w stanie ocenić słuszność swojego lub czyjegoś zachowania. A wiedząc, co jest dobre, a co złe, można doskonalić siebie i świat dookoła (mam na myśli doskonalenie ludzkiego społeczeństwa – sam świat jest już wystarczająco doskonały). Problem jest taki, że obecnie ludzie zatracają, albo już zatracili obywatelski zmysł, nie wierzą, że mają wpływ na cokolwiek, stają się leniwi, odizolowani, zmuszeni przez kapitalizm do dbania tylko o własne interesy, o zapewnienie ciągłości i wysokiego poziomu konsumpcji, odwracają głowę od kwestii nie dotyczących ich bezpośrednio. Przestają utożsamiać się ze społecznością, z „plemieniem”. Tym samym znika największa broń przeciwko totalitaryzmowi ekonomicznemu i państwowemu – solidarność. Myślę, że ludzie ciągle w głębi duszy potrafią rozpoznać prawdę od fałszu, ale stali się duchowymi i społecznymi impotentami, i nie potrafią już sprzeciwić się oszustwu.

Nie będę tutaj pisał o całokształcie moich poglądów, dużo rzeczy przedstawiam w Jasnej Polanie, wybieram tam teksty, które uważam za ważne. Chciałem jedynie wyjaśnić, na czym opieram swój światopogląd społeczny i polityczny - na założeniu, że zasady moralne i prawda są proste, i największą obecnie potrzebą jest jasne zaznaczenie granicy między dobrem a złem - i wbrew intelektualnym wygibasom współczesnych sofistów, ta granica istnieje. Jeśli tego nie zrobimy, świat całkiem już wymknie nam się z rąk, będziemy tylko widzami.

Co jeszcze? Czuję, że wzmocniłem się jako osoba, bardziej wiem, czego chcę, mam silniejsze, niż wcześniej przekonanie, że chcę stosować się do pewnych zasad w życiu, bez względu na trudności.

Czuję się też wreszcie gotowy na wyjście poza granice „egoizmu”, robić coś nie tylko dla siebie, ale i dla świata, społeczności. Tak ciężko zobaczyć, że egoizm nas ogranicza, pozwala rozwinąć się tylko do pewnego etapu, ale będąc w jego środku, nie rozumiemy, że krokiem do dalszego rozwoju jest wyjście poza niego. Na razie dużo w tym teorii, broń boże nie mam na myśli, że wyzwoliłem się z egoizmu, do tego jeszcze długa, żmudna droga. Po prostu w silniejszy niż kiedykolwiek sposób uświadomiłem sobie potrzebę wyjścia poza siebie. Kiedyś myślałem, że satysfakcję, której mi brakuje, osiągnąłbym, znajdując odpowiednią dla mnie karierę. Nie myślę tak już. Trzeba pracować, żeby przeżyć, nie neguję tego, chciałbym jednak, żeby stało się to dla mnie sprawą drugorzędną. Powoli odkrywam rzeczy ciekawsze i ważniejsze od „kariery”. Budzi to we mnie niepokój - nie będę ściemniał - ale to dobry niepokój. Jak dreszczyk emocji przed rejsem dookoła światu albo lotem na księżyc. Wczoraj czytałem wstęp do „Losu Buntownika”. Autor napisał tam, że trzeba żyć tak, żeby robić dobrze i żyć ciekawie. Prosto napisane i mądrze. Co złego można oczekiwać, przyjmując taki drogowskaz?

Pojutrze wyjeżdżam do Kopenhagi. Skończył się okres cichej refleksji. Czas na skonfrontowanie przemyśleń i marzeń z rzeczywistością. Jeszcze nie załatwiłem mieszkania, czeka nas trochę papierkowych aranżacji, zawrót głowy, ale jak na razie optymizm jest silniejszy od stresu. Cieszę się, że znów mam szansę zetknąć się ze światem i ciekaw jestem, co z tego wyniknie. Powiem szczerze, że nie znam wielu radości równych rozpoczynaniu od nowa w nowym miejscu. Tak – jest stres, zamieszanie, dużo wysiłku, ale krok w nieznane zawsze jest dla mnie, jak kiedyś oczekiwanie na święta. Rozumiecie – choinka, prezenty, poczucie obecności Wielkiego Ducha. Po prostu warto.

Nie wiem, kto to będzie czytał, ani na ile udało mi się przekazać nie tylko moje myśli, ale i autentyczny stan ducha. Szczerze próbowałem. W każdym bądź razie pozdrawiam, dzięki za odwiedziny, trzymajcie się.
Marcin

Tuesday, 1 March 2011

Jasna Polana 4



Wrzuciłem w sieć nowy numer Jasnej Polany, zapraszam do lektury. Przy okazji przypominam, że przydałaby się pomoc przy przekładzie tekstów, choćby jak nadrobniejsza:)

• Słowem wstępu
• Patriotyzm i rząd
Lew Tołstoj
• Mniejszość kontra większość
Emma Goldman
• Tyrania jest tyranią
Howard Zinn
• Program wykładów nowej etyki
Edward Abramowski
• Wolność i spontaniczność
Erich Fromm
• Twarzą w twarz
Peter Nabokov
• Wędrowcy 2012
Marcin Kreczmer

Jasna Polana 4 - pobierz