Friday, 31 May 2013

Fabularne dziury (czyli co mi brak)

 
















     Dni dosyć ciężkie, jakoś nie chcą się zsynchronizować z coraz częstszym słońcem. Mam wrażenie, jakby mnie było tylko jedna trzecia, a reszta gdzieś schowała się na lepsze czasy. Nie lubię tego uczucia. Szaro, pusto, rzeczywistość wydaje się nierzeczywista, nijaka, płytka. Brak wrażenie głębszego sensu. Nie na poziomie intelektualnym (piszę to na wypadek, jeśli ktoś chciałby mi ględzić, że sens jest w miłości, wyzwaniach, Bogu, itp;), z tym nie ma problemu, ale głębiej, na poziomie serca.

     Dziś zrąbałem sporo drwa, głównie buka. Buk fajnie się rąbie - nie ma sęków, rozłupuje się doskonale na równe, ciężkie kawałki, a do tego pali się mocno, powoli, nawet kiedy drewno jest mokre. Nie to, co świerk. Ułożyłem pod ścianą sporą warstwę, ale puściła siatka i wszystko się zawaliło. Musiałem naprawić płot, podparłem deską i ułożyłem od nowa. To mnie wyciszyło zamiast wkurzyć. W trakcie fizycznej roboty lubię zajmować czymś umysł. Uczę się np. piosenek na ukulele. To znaczy uczę się tekstu oczywiście, ciężko byłoby machać siekierą i trzymać ukulele. Ostatnio wkuwałem "Вальс пустоты" Zulyi Kamalovej, pod spodem wrzucam linka do oryginalnej wersji, dziś natomiast był Gogol Bordello: "Through The Roof N Underground". Czasami ludzie czepiają się, że nie gram popularnych kawałków, żeby razem pośpiewać. Przyznam, że irytuje mnie to trochę. Uczę się kawałków, które coś dla mnie znaczą, rezonują w moich głębszych warstwach. No ale to nie jest tak, że mam ten problem często, nie mam zbyt wielu okazji pograć dla innych. A czasami ludzie doceniają, że jest jakaś inna muzyka i udaje się z nimi połączyć.

     Zmusiłem się wczoraj i dziś, żeby kontynuować pisanie trzynastego rozdziału "Najstarszych". Miałem z tym problem, bo za cholerę nie chciało mi się pisać tego fragmentu. Uważałem go za średnio potrzebny, mało interesujący, a nawet nudny. Dziś rano pomyślałem, że po prostu wywalę go. No ale wtedy w powieści pojawiłaby się dziura - nie dziura w fabule, bo jak powiedziałem, rozdział ten nie był tak naprawdę potrzebny, ale inna dziura - ten rozdział jest poświęcony dwóm ważnym postaciom, które troszkę zeszły na pobocze. W końcu zacisnąłem zęby i zacząłem żmudne gryzmolenie. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, jak wprowadzić inne postacie, które kiedyś zostawiłem w pustce. Z tego przyszedł kolejny pomysł, z tego następny i nagle okazało się, że rozdział ten interesujący, czadowy i nieodzowny dla kompozycji całości. I tak z niczego powstało coś. To mi dało miły moment satysfakcji. Kiedy jest ich tak niewiele, to łatwiej docenić.

     Ciągle zastanawiam się, jak zacząć zarabiać na życie. Myślę, że ta ekonomiczna enigma jest głównym powodem mojej apatii, lęków i braku motywacji. Pomyślałem, że może naskrobałbym kilka artykułów i rozesłał po czasopismach. Mam na myśli głównie czasopisma historyczne. Mój konik to wojna domowa w Hiszpanii z 1936, rozwój imperializmu USA na przełomie ostatnich 500 lat, jak również ludy indiańskie na terenie Ameryki Północnej. Myślę, że mógłbym napisać kilka artykułów w tych "areach". Największym problemem jest ta wewnętrzna apatia, ale myślę, że dam radę się zmusić do pracy. Potrzebuję tylko ("tylko"- ha ha) trochę samodyscypliny.

     Brakuje mi bardzo ważnego elementu w życiu - kontaktu z osobami, które nadają na podobnych jak ja falach. To też jest powodem tych moich stanów "nieżycia". Większość czasu mam wrażenie, że wszystko, o czym myślę, co bym chciał powiedzieć, kisi się w środku, bo nie mam z kim się podzielić. Nie mam na myśli tylko jednostronnego wygadania się, ale wymiany. Powiedzieć, ale też posłuchać, co gra komuś innemu w duszy i w ten sposób się dożywić. Nic mnie tak nie męczy, jak rozmowy z osobami, które operują na zupełnie obcych i nie interesujących mnie płaszczyznach. Zarówno emocjonalnie jak i intelektualnie. I nie jest łatwo mi dogodzić:) Czasami ktoś ma tą soczystość emocjonalną, ale brakuje mu przestrzeni intelektualnej, oczytania, doświadczenia życiowego, i wtedy miło obiecujący kontakt utyka gdzieś w przestrzeni. Z kolei czasami trafi się na kogoś, kto przeczytał te wszystkie książki, operuje na abstrakcyjnych rejestrach, ma rozwiniętą świadomość polityczną, społeczną, filozoficzną. Ale nie ma rozwiniętego serca - wszystko dla niego jest ćwiczeniem intelektualnym. To już wolę tą głębię serca, bez obycia. No ale większość ludzi nie ma ani tego ani tego. Piszę to bez arogancji (mam nadzieję), nie mam nikomu nic za złe, nie krytykuję zwykłych, codziennych ludzi, wszyscy są tam, gdzie są, większość idzie jednak powoli do przodu. Po prostu brakuje mi.
     No dobra, spadam coś zjeść i wracam do czytania ("Amerykańscy bogowie" Gaimana po raz enty).

     PS. Nie zapomnijcie posłuchać tej dziewczyny poniżej, Zulyi. Naprawdę cudna. Pochodzimy z jednej planety.

     PPS. Też jestem zwykłym codziennym człowiekiem. Tylko moja rodzinna ulica znajduje się na Księżycu, a za sąsiada mam Il de Fonsa, Poncjusza Piłata oraz Sandmana. Kiedyś, przechadzając się w świetle Ziemi, pomyślałem jak by to było na Błękitnej Planecie, no i wylądowałem tutaj. Nie podoba mi się póki co, ale na Księżycu nie istnieją eksmisje, więc jeszcze trochę mogę tutaj się poszwendać, moja księżycowa chatka zaczeka.

Wednesday, 22 May 2013

Wyprawa z trzy grosze


























Kiedyś wklejałem fragmenty, pierwszy raz udostępniam całość, tej poetycko/czaderskiej podróży:)

Wyprawa z trzy grosze
(Polska, Dania, Hiszpania,Polska)

22.03.2004
     Niedługo będę mógł zacząć dziennik autostopowicza - pojutrze ruszam. Dziś spędziłem sporo czasu w sieci, szperając po różnych podróżnych rupieciach, ale nic konkretnego nie znalazłem, żadnej oferty, że ktoś szuka pasażera do Hiszpanii. Za to wciągnął mnie pamiętnik Kingi, potrzebowałem dziś właśnie czegoś takiego - wyciągniętej reki, bo przyznam się trochę, że opadł mi entuzjazm i pojawił się lekki niepokój. Przecież zostawiam dom, dziewczynę i jadę dosyć daleko sam, nie wiem po co, nie wiem, co mnie spotka, a w dodatku zima nie chcę się skończyć.
     Fajnie byłoby spotkać kogoś po drodze, byłoby raźniej, ale może właśnie tego potrzebuje: trochę samotności, żeby oczyścić wewnętrzną atmosferę.

***
     Dziś skończyliśmy z Tanią ostatnie, wykończeniowe prace nad moim boskim pokrowcem na akordeon. Zajął nam trzy dni pracy, z przerwą na posiłki. Jestem z niego dumny. Wygodny (małe niedogodności niweluje jasiek włożony w odpowiednie miejsce) i mocny (mam przynajmniej nadzieję, ale przy tylu ściegach powinien trzymać się kupy przez lata). Jesteśmy wielcy.
     Będzie mi brakowało Tani przez najbliższe tygodnie (i pewnie miesiące). Jutro ostatnie przygotowania, a w środę zaczynam od Krakowa.

23.03.2004
     Ostatni wspólny wieczór z Tanią i w ogóle w domu. Ojciec kupił mi na pożegnanie butelkę wina i jeszcze postawił sałatkę owocowa z winogronami. Jest miła atmosfera, wszyscy się trochę o mnie martwią.
     Cieszę się, że zobaczę Kraków. Spędziłem tam kilka fajnych lat, najpierw jako mnich, to był naprawdę świrnięty, ale budujący okres, a później z Tanią (jeszcze bardziej świrnięty i jeszcze bardziej budujący).
     Mam nadzieje, że spotkam dobrych ludzi. Gdzieś przecież muszą być.

23.03.2004, Kraków
     Dojechałem do pierwszego przystanku na drodze. Kraków. Wyjechałem z domu wcześnie rano, złapałem stopa do samych Kęt, gdzie czekałem jakieś piętnaście minut i złapałem pewnego faceta, urzędnika z biura podatkowego, jadącego do Andrychowa, a stamtąd po jakiejś pół godzinie podwiózł mnie sympatyczny pan, kopcący jednego od drugiego. Wysadził mnie w wiosce pod Krakowem. I jeszcze jeden stop, prawie pod same drzwi znajomych.
     Nawet mi bardzo nie dolało, tylko parę kropel pod koniec podróży, a pogoda tak dopisała, że po godzinie gawędzenia z Iwoną (Arek był gdzieś w trasie biznesowej) pojechałem do centrum.
     Na starym mieście odżyły stare wspomnienia, szczególnie z okresu, kiedy poznałem Tanię. Zrobiło mi się smutno, a potem postanowiłem zagrać trochę, żeby zdobyć parę groszy i w ogóle spróbować sił w nowym miejscu. Było cieniutko. Kasa ledwie co kapała, a oprócz tego czułem się bardzo niepewnie, zero kontaktu z ludźmi, ale co poradzę, nie jestem szołmenem. Ostatecznie jednak i tak znalazło się parę osób, które doceniły moją muzykę. Grałem trochę na Floriańskiej, później na Grodzkiej (chyba), a kiedy zaczęło lać,  wróciłem do mieszkania. Wysłałem parę emaili, kilka też dostałem: od Tani i Ricarda, który teraz mieszka w Danii. Poczytam jeszcze "Wojownika Światła" i do spania.

25.03.2004, Kraków
     Senny poranek. Leje jak z cebra, zimno i za bardzo nie wiem, co z sobą zrobić. Czekam, aż Arek pójdzie do pracy, żeby podłączyć się do internetu. Napiszę parę listów i jeszcze poszukam czegoś, co mogłoby pomóc mi w drodze, sam nie wiem czego. Tak w sumie to potrzebuje tylko dobrej pogody.
     Nawet jeśli miałoby lać cały dzień i tak pojadę na miasto. Odwiedzę Jacka w jego zakładzie krawieckim, spróbuję też załatwić od Arka numer do Maćka i Marka - może zmieniłbym lokum na weekend. No i jeśli się rozpogodzi, pewnie w poniedziałek ruszyłbym dalej, bo nic tutaj po mnie.
     Gdzie ja w ogóle chcę jechać? I po co?
     Czyżbym się łamał? Już? Poczytam dla inspiracji dziennik Kingi. Cholera, gdybym miał trochę więcej kasy, czułbym się pewniej, ale co zrobić, będę musiał sobie radzić tak jak teraz. Wyzwanie i przygoda.
     Może po drodze narąbię komuś drwa za parę euro albo miskę strawy. A propos - zgłodniałem. Mogłem jednak kupić wczoraj jakąś zakąskę. Zostało mi tylko cztery złote. Mam w sumie jeszcze stówę, ale na razie nie chcę jej rozmieniać, niech zostanie na czarną godzinę, choć z tą pogoda to czarna godzina tuż, tuż.

tego samego dnia później
     Już w dobrym humorze, choć przez chwile myślałem, że się kompletnie zdołuję. Zimno, leje, teraz to już nawet nie deszcz, ale deszcz ze śniegiem.
     Umówiłem się z Maćkiem na popołudnie. Żeby zabić czas postanowiłem połazić trochę po mieście, ale nie bawiłem się za dobrze. Przemokły mi buty, a poza tym jestem spłukany. Zobaczyłem kilku ulicznych muzyków, którzy pomimo pogody próbowali pracować, no więc idąc za ich przykładem wszedłem pod Sukiennice (żeby deszcz nie zmoczył akordeonu) i zacząłem. Pierwsze czterdzieści minut z Amelią - kiszka - Yann Tiersen nie przemawia chyba za bardzo do Krakowiaków.  W końcu się wkurzyłem i zacząłem grać reggae. Od razu wyrwałem ludzi (i siebie przy okazji też) z obojętności. W parę minut zarobiłem dziesięć złotych. Nie chodzi nawet o kasę, ale po prostu podbudowałem się, że jednak wszystko jest możliwe.
     Kiedy grałem, niedaleko stała pewna para - chłopak sprzedawał aparaty i filmy Kodaka, a dziewczyna czekała - jak się później dowiedziałem - na niego, żeby razem iść do kina. Przez cały czas śpiewali ze mną piosenki Marleya i tańczyli. Od razu inaczej się gra, mając przed sobą kilka życzliwych osób. Teraz jadę do Maćka porozmawiać o dawnych czasach.
     Szukając znaków.

26.03.2004, Kraków
     Wczoraj u Maćka było bardzo przyjemnie. Pogadaliśmy, zjadłem u niego obiad, zagrałem parę melodii i około szóstej wyszedłem. Nie chciało mi się wracać do mieszkania, więc pojechałem na miasto, połazić bezcelowo, pooddychać tutejszą atmosferą i w sumie z nadzieją, że kogoś spotkam albo coś się wydarzy.
     Nic się nie wydarzyło. Bardziej cieszyłbym się tym spacerem, gdyby pogoda była inna, a tutaj śnieg, wiatr i zimno. Ma się zmienić od wtorku.
     U Arka zostanę jeszcze do jutra, a dziś wieczorem zadzwonię do Marka, czy mógłbym się u niego zatrzymać na parę dni. Jeśli nie, to sprawdzę jeszcze w Hospitality Club. Poza tym mam jeszcze namiot. Najwyżej znajdę jakiś przytulny kącik na Plantach i tam się rozłożę.
     Dziś w księgarni widziałem parę dobrych książek. Serce bolało. Najbardziej miałem ochotę na  Hodżdżę Nassreddina. 59 zeta. Niestety, nie tym razem. Cholerne pieniądze. Ojciec zawsze mówił, że ukraść książkę to nie przestępstwo, bo książki należą do wszystkich, ale z tymi kamerami i czujnikami ciężko podążać ścieżką ojców.
     Znalazłem jakiś "piwniczny" pub, żeby się ogrzać i wypić piwko na otuchę. Zarobiłem dziś siedemnaście złotych i gdyby mnie nie wyrzucili spod Sukiennic, poszłoby jeszcze lepiej, ale co tam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj Amelia nie chwyciła, ale Bob Marley to hit. Od razu łapię dobry kontakt z ludźmi. Dziś jakieś dzieciaki spędziły ze mną godzinę, tańcząc i śpiewając, a ilu ludzi wysłało uśmiechy i pozytywne energie to sam nie wiem. Jestem doładowany.
     Oprócz tego ta para którą spotkałem wcześniej (chłopak z aparatami i jego przyjaciółka), też dziś przyszła, żeby pogadać (Ewa i Robert).
     Ewa powiedziała, że spróbuje załatwić mi nocleg u swoich znajomych. Sympatyczna dziewczyna, studiuje coś ze sztuką sakralną. Zaprosili mnie na przegląd muzyki gitarowej na Kazimierzu, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. Chciałbym dziś jeszcze zagrać na Floriańskiej.

później tego samego dnia
     Coraz bardziej się rozpogadza i czuję, że ciężko mi będzie rozstać się z Krakowem, zawsze lubiłem to miasto, ale teraz czuję to jeszcze bardziej, tak jakby to miejsce naprawdę mnie przyjęło.
     Granie dziś było extra. Najpierw grałem pod Sukiennicami, skąd wyrzuciła mnie straż miejska, ale wcześniej jakiś facet z jednej galerii wziął ode mnie kontakt i chciałby się ze mną skontaktować, żebym grał na spotkaniach młodzieży.
     Później przeniosłem się na Floriańską i było jeszcze lepiej, zebrałem jakieś pięćdziesiąt złotych, a później spisało mnie dwóch uprzejmych policjantów - mieli zgłoszenie o zakłócaniu porządku. Żadnych problemów - po prostu musiałem zmienić miejsce, ponieważ mieszka tam jakaś upierdliwa kobieta.
     Później roześmiana sympatyczna para wrzuciła dziesięć złotych i nauczała mnie o Jezusie (ale bez fanatyzmu).
     Czuję, że muzyka daje mi możliwość kontaktu z ludźmi. Zawsze tego chciałem, ale nie miałem mocy ani odwagi. Odkąd gram, to jest tak, jakby otworzył się świat.

27.04.2004, Kraków
     Dziś Ewa i Robert zaprosili mnie do irlandzkiego pubu. Spotkaliśmy się tam z całą ich paczką. Był zespół na żywo, przepięknie wymiatali, jednak irish folk rocks. Kiedy zespól miał przerwę, moi nowi znajomi namówili mnie, żebym chwycił akordeon i zagrał Boba Marleya. Oj, podskoczyła mi adrenalina, w pubie było ze sto osób, ale zebrałem się na odwagę i już po chwili cała sala klaskała i śpiewała Jaimming.
     Impreza skończyła się późno. Złapałem ostatni autobus do Arka, ale przejechałem przystanek i następne parę godzin spędziłem, krążąc po krakowskich zaśnieżonych osiedlach, szukając mojej jaskini.

29.03.2004, Kraków
     Dziś na ulicy młoda rastamańska para wrzuciła mi w czasie grania list do kapelusza:

     Dzień dobry!
     Jezus! My tak bardzo uwielbiamy Amelię. Skąd pan to wiedział? To takie cudowne, że są ludzie, którzy stoją na ulicy i grają. Myślimy, że to zasiewa w sercach przechodniów kwiaty pokoju.
Więc DZIEKUJEMY!
Życzymy uroczej Wiosny , pełnej hipisowskiego ducha!
Robert i Natalka

To ja wam dziękuję, dzieciaki.
Żegnaj Krakowie.

01.04.2004, Świnoujście
     Uffffffff...
     Nic więcej mi się nie nasuwa. Tylko długie ufffffffff...
     Zmuszę się jednak, żeby skrobnąć parę słów. Od wczoraj rano jestem w trasie. Kalejdoskop twarzy, samochodów, dróg. Myślałem, że będę pisał jak Kinga o każdym, ale nie mam siły. Cieszę się, że jestem tutaj, w tym przytulnym schronisku, po kąpieli, kolacji, ze słuchawek leci dobra muzyka. Jutro znów czeka mnie zamieszanie, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Muszę nabrać sił.
     Wczoraj wieczorem, po dniu jazdy rozbiłem namiot gdzieś pod Gorzowem Wielkopolskim. Koszmar. Było już ciemno, kiedy go rozkładałem. Wpakowałem się w jakieś chaszcze, które, jak się okazało w świetle dnia, porastały stary zapomniany śmietnik. Było zimno i wilgotno. Mam bardzo małą, podłużną jedynkę, do której trzeba się wczołgiwać. W środku nocy zaczęło padać i nad ranem sufit przygnieciony śniegiem opadł mi na twarz. Śpiwór – co za ściema z tym komfortem przy minus dwudziestu. Zeszłej nocy nie było nawet minus pięciu i myślałem, że po mnie.
     Korzystam teraz z okazji i suszę śpiwór oraz namiot na schroniskowych kaloryferach.
     Jeśli chodzi o plany, to trochę się zmieniły. (Dlatego jestem w Świnoujściu). W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Krakowa, dostałem email od Artura, że byłaby dla mnie praca w Kopenhadze, na budowie, tylko nie jest jeszcze pewien. Kiedy dziś, już tutaj, w Świnoujściu sprawdziłem pocztę, okazało się, że praca jednak nie wypaliła. Ale już za późno - postanowiłem odwiedzić ziemię Wikingów. Poza tym nie widziałem Artura i Ricarda szmat czasu, stęskniłem się za nimi. Więc Kopenhaga.
     Niestety okazało się, że nie da się złapać stopa na prom. Wprowadzili teraz prawo, że choć kupuje się jeden bilet na samochód, za tę samą cenę, bez względu na ilość osób, to jednak trzeba imiennie zarejestrować wszystkich pasażerów w momencie kupowania biletów. Więc autostop na prom odpada. Pozostaje więc droga przez Niemcy. Jutro, albo pojutrze uderzę na Hamburg i stamtąd na Danię.
     Pożyczę parę groszy od ojca, bo gdzie ja tu mam grać w Świnoujściu? W ogóle myślę, że ludzie z północy są trochę ciężsi, widzę jak trudniej jest tutaj złapać stopa. Pewnie i granie nie szłoby za dobrze. Ale nie chcę oceniać. Ludzie są różni, nie ma co generalizować. Myślę, że z tego zmęczenia wszystko widzę teraz w krzywym zwierciadle.
     Tęsknię za domem i Tanią. Maminsynek ze mnie. Kiedy jest się w drodze, to tak, jakby nie istniało się dla nikogo. Chciałem doświadczyć tej samotności, ale teraz nie mam pewności, czy jestem gotowy. Brakuje mi ludzi.
     Boję się tego obojętnego świata tam za oknem. Ale podjąłem się tej podróży, ponieważ chcę uwierzyć, że nie jest tak obojętny, jak się wydaje. Chcę spotkać bratnie dusze rozrzucone po świecie, chcę czuć braterstwo z ludźmi. Dziś kiedy stałem na stopa, to byłem rozwalony. Setki samochodów, kilka godzin czekania i nic. Zupełna obojętność, a czasami nawet złośliwość. Nie wszyscy tacy byli, inaczej nigdy nie dojechałbym do Świnoujścia, ale większość była właśnie taka - obojętna i chłodna. To mnie najbardziej zniechęciło i zmęczyło.
     Chcę jednak jechać dalej. Cieszę się, że spotkam w Kopenhadze Ricarda i Artura. Coś się będzie działo.

02.04.2004, Świnoujście
     Siedzę na ławce na deptaku koło plaży. Mam straszną ochotę pograć, choć ludzi niedużo, ale zagram i tak, dla siebie, dla przyjemności. Sprawy trochę się wyklarowały. Czekam na przekaz z domu, czterysta złotych, później przekraczam granicę dla pieszych tutaj, w Świnoujściu i jadę do Rostock, a stamtąd promem do Danii. No i wtedy będę miał jeszcze jakieś sto dwadzieścia kilometrów do przejechania. Pestka. Może wieczorem byłbym już w Kopenhadze?
     Tak jak myślałem, zmęczenie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu. Dziś, po nocy w schronisku, czysty, wypoczęty, z pełnym brzuchem, patrzę na świat inaczej.

04.04.2004, Kopenhaga
     Jestem w Kopenhadze u Ricarda. Przyjechałem późnym wieczorem, ale nie odpocząłem, ponieważ porwali mnie od razu na koncert. Nie bawiłem się za dobrze, byłem wykończony. Teraz jest piąta rano, właśnie wróciliśmy i zdycham. Będę spał cały dzień.
     Zleniwiłem się podróżując tutaj. Przejście graniczne w Świnoujściu przeszedłem pieszo, później wziąłem jeden pociąg, później następny, z Rostock prom (pięć euro) i z wioski w Danii autobus do jakiegoś miasteczka, aż w końcu pociąg do Kopenhagi. Z dworca zadzwoniłem do Ricarda. Strasznie się ucieszył, że już dotarłem, ja zresztą też. Choć czasami mieliśmy ciężkie momenty mieszkając w tamtej komunie w Hiszpanii, to jednak lubimy się i jesteśmy w stanie się dobrze zrozumieć. Mieszkanie przez półtora roku w jednym miejscu może połączyć ludzi.
     Ricardo powitał mnie pizzą, po czym rozpocząłem edukację jeżdżenia na gapę środkami komunikacji miejskiej. Ricardo jest ekspertem. Dreszczyk emocji na start. No ale dojechaliśmy bez problemu.
     Po powrocie z Indii Ricardo poznał w Kopenhadze dziewczynę z Finlandii i są teraz razem. Jestem pewien że długoterminowy związek dobrze mu zrobi. Dziewczyna spoko. Ma irokeza, gra na flecie i zjeździła stopem całą Europę. Mieszka tutaj też kilka innych osób. Sami artyści uliczni, studenci szkoły cyrkowej, aktywiści. Ich dom nazywa się Solarplexus. W całej Kopenhadze wiadomo, że robi się tutaj najlepsze Full Moon Party w mieście.
     No dobra. Do łóżka kolego.

później tego samego dnia
     Długo nie pospałem. Dziś idziemy z Ricardo do świątyni Hare Kryszna na festiwal, ma tam być Artur, pogadamy, a jutro zagram na ulicy i zobaczę, czy to ma tutaj w ogóle sens. Jeśli będzie dobrze, to zacznę szukać jakiegoś miejsca, żeby mogła przyjechać Tania, a jeśli niedobrze, to jadę dalej. Podobno jakiś znajomy Ricarda pojechał do Hiszpanii i ma kontakty z pracą. Ricardo poprosił go, żeby coś dla mnie znalazł.
     Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, ale cieszę się, że tutaj jestem. Wszystko wydaje się łatwiejsze i cieplejsze wśród ludzi.

05.04.2004, Kopenhaga
     Jestem zmęczony, ostatnio się tyle dzieje. Wczoraj mieliśmy w domu Full Moon Party. Najpierw był koncert reggae Cafa i jego zespołu. Caf jest rastamanem, ma z czterdzieści lat i wygląda jak biblijny prorok. Po koncercie wszyscy usiedliśmy razem i każdy musiał coś opowiedzieć. Jedna dziewczyna ze szkoły cyrkowej wykonała niesamowity monolog o wampirach. Nawet ja się odważyłem i opowiedziałem parę historii z czasów, kiedy eksperymentowałem z eksterioryzacją. Ricardo poszedł spać wcześniej, tak że trochę czułem się obco, nikogo tutaj jeszcze nie znam, ale jakoś się przełamałem.
     Dziś rano poznałem faceta z Islandii. Nie pamiętam imienia. Cały czas palił haszysz i przez jakieś dwie godziny opowiadał mi o swojej teorii, że stosownie do ukrytych kodów wszystkich pism świętych i zapisków historycznych, to właśnie Islandia jest kolebką ludzkości. Niech mu będzie.
     Wczoraj w świątyni spotkałem się wreszcie z Arturem. Stęskniłem za tym gościem. Rozmawialiśmy parę godzin. Artur też się cieszy, że jestem, nie ma tam zbyt wielu przyjaciół. Dziś wieczorem mam wpaść do Govindy i Artur (który tam pracuje) ma wynieść mi jakieś jedzenie. Podobno mają system, że jeśli do godziny ósmej coś zostaje, to rozdają to za darmo każdemu, kto przyjdzie. Fajnie.
     Zaraz idę grać. Tzn. idziemy całą paczką. Ruthanna będzie grała na skrzypcach, dziewczyna Ricarda (Sana) na flecie, Ricardo na bębnach a ja na akordeonie. Zobaczymy jaką kasę ma tutaj dla mnie los. Nie mogę się przyzwyczaić do tych koron. Oni tutaj nie używają euro ale korony i przelicznik jest tak nierówny, że nie mogę zajarzyć, co ile kosztuje.

06.04.2004, Kopenhaga
     Byliśmy wczoraj pograć na ulicy. Ricardo, Sana, Ruthanna i ja. Był czad, kiedy wystartowaliśmy z całą grupą i zaczęliśmy śpiewać oraz tańczyć, skacząc wysoko.
     Ludzie tutaj są bardzo pozytywni i otwarci. Myślę, że pokocham to miasto i wydaje mi się, że jeśli przyjechałaby tutaj Tania, to też by się jej podobało.
     Spotkałem dziś na ulicy paczkę chłopaków z Chile i Ekwadoru. Żyją z tego, co sprzedają na ulicy, tzn. nic trefnego, po prostu jakieś koraliki, kolczyki i inne duperele. Nawet robią na tym niezłe pieniądze. Mówią, że w lecie potrafią wyciągnąć dziennie z dwieście euro, a czasami i więcej. Fiu, fiu.
     Ja zarobiłem dziś trzydzieści euro (przeliczam z koron) i zaczynam odkładać.
     Po graniu, poszedłem wreszcie do tej sławnej Christianii. Super miejsce. Jest to alternatywna społeczność, istniejąca w centrum miasta od ponad trzydziestu lat. Kiedyś był to wojskowy fort, ale któregoś dnia, w latach siedemdziesiątych, grupa hippisów, aktywistów i artystów zajęła go i postanowiła zamieszkać tam na stałe. W końcu dostali pozwolenie od rządu na pozostanie tam na dobre.
     Christiania otoczona jest murem, poza który nie mogą wjeżdżać samochody. Po przekroczeniu bramy ma się wrażenie, że wchodzi się do innego świata - świata wiecznej imprezy. Przed chwila było się jeszcze na ulicy, mijając ludzi w dobrych garniturach, dobrych samochodach, biegających w pogoni za kasą, aż nagle wchodzi się w miejsce rozleniwienia i relaksu. Ludzie przechadzają się bez celu, stoi tam kilka starych stoisk z falafelami (Pycha! Tylko 15 koron), muzyką i sprzętem do palenia różnych substancji. Kopcą tutaj nieźle. Co chwila dolatywał mnie aromat palonego haszyszu.
     Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o to miejsce. Z jednej strony widzę, że jest tu dużo ludzi straconych, zabijających czas paleniem zioła i piwem, ale z drugiej strony czuję do nich sympatię. O wiele bardziej swojsko można czuć się z ludźmi, których główną myślą nie są pieniądze, niż z kapiszonami, którzy mają w oczach tylko licznik i zwykle patrzą nie na ciebie, ale przez ciebie (po tym jak skalkulowali, że na nic się im nie przydasz).

07.04.2004,  Kopenhaga
     Wczoraj granie było odlotowe. Wprawdzie lalo, padał śnieg i było zimno jak cholera, ale daliśmy czadu. Najpierw grałem sam, ale po chwili dołączyły do mnie latynoskie chłopaki. Zebrała się duża grupa, zaczęli tańczyć, śpiewać. Chłopaki z Chile, Boliwii i Ekwadoru kupowali co chwila wino na rozgrzewkę - mróz był niezły i jeszcze ten wredny duński wiatr.
     Planują uzbierać tutaj trochę kasy, zabrać swoje wysokie białowłose duńskie dziewczyny i kupić u siebie autobus, którym chcą zjechać całą Amerykę Łacińską. Zazdroszczę im. No ale każdy ma swoją wyprawę.
     Ostatnio tyle się dzieje, pędzę i nie jestem w stanie zapisać ani połowy z wydarzeń. Tak naprawdę piszę tylko z obowiązku. Zatrzymaj się chłopie. Pomyśl trochę nad życiem.

No dobra- przyszedł czas
i znowu muzyka gra,
znajoma twarz, znajomy rytm,
znajomych marzeń garść.
Lubię patrzeć na łąkę miejskich gwiazd,
obcego świata światła
rozjaśniają noc
i wkrótce przyjdzie brzask
w tym mieście obcych słów
i znajomych gestów.
Tak bardzo lubię świt tutaj

10.04.2004, Kopenhaga
     Od dwóch dni pracuję razem z Ricardo u hinduskiej rodziny. Nie rozumiałem dlaczego potrzebują dodatkowej osoby do opieki na niepełnosprawnym dzieckiem, ale po pierwszym dniu zajarzyłem. To nie jest po prostu opieka nad dzieckiem, ale rodzaj rekonwalescencji. Chłopaczek ma porażenie mózgowe. Kilka lat temu odkryto, że można to wyleczyć, czasami nawet całkowicie, ale co to dziecko musi przechodzić. Horror. Jakieś osiem godzin dziennie ćwiczeń. I to nie jakieś tam lekkie rzeczy, ale ciężka harówa. Robi to już od kilku miesięcy i jest takie silny, że we czwórkę nie możemy go utrzymać.
     Biedny dzieciak. Ciężka karma. Mam nadzieje, że Rahul nie jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, jak bardzo cierpi.

11.04.2004, Kopenhaga
     Padam już na ryj, ale jeszcze skrobnę dwa słówka. Fajny dziś miałem dzień. Milo się grało, spotkałem dużo Polaków, złapałem ich na polskie piosenki. Później poznałem super chłopaka z Chile i jego żonę, Dunkę, która jest w ciąży. Alex i  Maria. Ona pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, on robi warsztaty rzemiosła dla dzieci. Dziewczyna ma rodzić za dwa miesiące, tak że na razie siedzą tutaj, a potem jada do Ameryki Południowej. Podróżowali już po Meksyku, gdzie teraz chcieliby wrócić, a później wybierają się do rodzinnych stron Alexa w Chile. Pytałem ich, jak tam jest i powiedzieli, że świetnie, szczególnie w Chile. Kiedy podróżujesz stopem, to ludzie zapraszają cię do domów, stopa łapiesz w dwie minuty. Można dobrze zarobić na graniu i sprzedawania artesanias (koralików, itd).
     Pytam o tę Amerykę dużo ludzi i wszyscy mówią to samo - że jest wspaniale. Może kiedyś się wybierzemy z Tanią?
     Dziś znów pracowałem z Rahulem. Fajnie bo raz: widzę, że ta praca zmusza mnie do refleksji nad naturą tego świata, a po drugie extra gotówka zawsze mile widziana, szczególnie, że po dobrym starcie, nie zarabiam już na ulicy tyle, co na początku.
     Ciągle nie wiem, co dalej. Dania miała być tylko przystankiem, a widzę, że teraz skończyła mi się inwencja twórcza i chęć do zmian. Z drugiej strony nie mogę się tutaj teraz osiedlić, to co zarabiam, nie wystarczyłoby na przeżycie dwóch osób.
     Tęsknię za domem, ale czuję, że nie ma sensu jeszcze wracać.

20.04.2004, Kopenhaga
     Wczoraj przeniosłem się do Artura. Zrobiłem większe pranie w pralni publicznej (Artur ma darmowa kartę), później pojechałem na miasto i było ciekawie. Najpierw grałem na tym placyku, który tak bardzo lubię (pod wieżą, na której przesiadywał Hans Christian Andersen), później zjadłem obiad w Govindzie, a później poszedłem na główny rynek. Najpierw dostałem wielkiego, haszyszowego jointa do kapelusza, a jeszcze później pewien facet zrobił ze mną wywiad dla hiszpańskiej telewizji publicznej. Miałem darmowa reklamę telewizyjną przed przyjazdem.
     Oprócz tego spotkałem jeszcze Ruthannę. Powiedziała mi, że zna kogoś, kto być może miałby dla mnie pracę przy zbiorze truskawek. Jeśli by się udało, zostałbym te trzy tygodnie dłużej, żeby zebrać trochę więcej kasy, a jeśli nie, to są już moje ostatnie dni z piękną Kopenhagą.
     Wpadłem po uszy w fajki. Życie uliczne wyciska na mnie stopniowo swoje piętno. Mówię sobie, że kiedy dołączy do mnie Tania, to rzucę, ale nie wydaje mi się, że będzie łatwiej. Odkładam to na później. Leń ze mnie.

22.04.2004, Kopenhaga
     Czas Kopenhagi dobiegł końca. Mam mieszane uczucia, ale z przewagą pozytywnych, szczególnie po tym, jak dziś pożegnali mnie Alex i Maria. Przygotowali prawdziwą, wegetariańską ucztę. Rozmawialiśmy wiele godzin, opowiadając sobie historie z życia, oglądając zdjęcia z ich wypraw, słuchając muzyki, paląc trawę. Alex mieszkał gdzieś na krysznowskiej farmie, ale później postanowił praktykować życie duchowe na własną rękę. Zbliża nas ta wspólna przeszłość.
     Na koniec dostałem od nich prezent: CD z muzyka zespołu Alexa, rękawiczki bez palców (do grania na akordeonie) i dla Tani ludziki z Gwatemali, które zabierają od nas zmartwienia, jeśli wyszepczemy je do nich przed snem i włożymy pod poduszkę. Mi się na pewno przydadzą na drogę. Jedną z nich odstąpiłem Arturowi. Niech też ma kogoś do pomocy w walce z jego zmartwieniami.
    Przed obiadem u Alexa i Marii byłem jeszcze w Solarplexie, ale nie zastałem prawie nikogo. Pożegnałem się tylko z Cafem, Ruthanną i Tomem.
     Caf poczęstował mnie obiadem, który Ricardo przyniósł wczoraj z Govindy. Później poprosił mnie, żebym nagrał z nim jeden z jego kawałków. Chciał spróbować, jak to będzie z akordeonem. I zagraliśmy. Choć cienko mi szło, to byłem szczęśliwy, że na koniec mogę z nim zagrać. Bardzo go cenię i lubię.
     No a teraz jestem tutaj, z kochanym Arturem i słuchamy w milczeniu muzyki.
     A przede mną Hiszpania...

24.04.2004, gdzieś pod Hamburgiem
     W drodze! Nareszcie. Wyjazd z Kopenhagi był najłatwiejszą rzeczą na świecie. Super się tam łapie stopa. Pożegnałem się z Arturem, dostałem od niego na drogę parę grubych flamastrów, którymi mogę napisać na kartonie dużymi literami nazwy miejsc, do których chcę się dostać.
     Wczoraj dojechałem do Hamburga i spędziłem pierwszą samotną od paru tygodni noc. Samotną i smutną. Rozbiłem namiot w parku przy autostradzie i napisałem długi list do Tani, przy świetle latarki, w ciasnym kokonie namiotu. Niedaleko przemykały samochody, jakieś zwierzęta łaziły po parku, ktoś sprzedawał komuś coś trefnego, ale na szczęście nie zauważył namiotu (przykryłem go wcześniej zielonymi gałęziami). Rano okazało się, że nie mam jak się wydostać, bo facet, który mnie tutaj wczoraj przywiózł, wysadził mnie w paskudnym miejscu. Wprawdzie przy samej autostradzie, ale bez żadnego porządnego zjazdu. Tak, że na drogę mogłem sobie popatrzeć tylko z mostu.
     Ale po raz kolejny przekonałem się, że w autostopie jest jakaś mistyka. Nie mając żadnego pomysłu, postanowiłem iść przed siebie w jakimkolwiek kierunku i zaczekać, co się stanie. W pewnym momencie zobaczyłem chłopaka naprawiającego samochód. Zapytałem go, co mam zrobić.
     Okazało się, że Michael, sam był podróżnikiem i przez wiele lat jeździł po Europie i Azji, czasami stopem, a czasami swoim vanem. Powiedział mi, żebym wsiadał do samochodu i przywiózł mnie tutaj - jakieś dwadzieścia kilometrów dalej. Pierwszej klasy stacja benzynowa, z postojem dla tirów. Michael jest wegetarianinem, zaprosił mnie na sute śniadanie. Okazało się, że jego dziewczyna też gra na akordeonie i szuka jakiejś ekologicznej farmy, na której mogłaby żyć i uczyć się metod ekologicznego rolnictwa. Mistyka. Po jakichś dwóch godzinach rozmowy dal mi namiary na swoje mieszkanie w Berlinie i powiedział, że jeśli kiedyś zawitam, mogę u niego zamieszkać, jak długo zechcę.
     Kiedy odjeżdżał, zobaczyłem, że krzywi się przy schylaniu. Okazało się że cierpi na silne bóle pleców. Wyciągnąłem z plecaka tubkę fastum gel i sprezentowałem mu na pożegnanie. Znów mam energie do życia i trochę więcej wiary w ludzi. Byle do przodu.
     No to łapię dalej.

później tego samego dnia, pod Heidelbergiem
     Od rana widać, że jestem już na południu Europy. Słońce świeci, nie ma chmur i wieje ciepły wiatr. Daleko dziś zajechałem, zważywszy na to, że to weekend i nie jeżdżą tiry. Nawet jeśli utknę dziś tutaj, to się nie załamuję. Obok rośnie miły zagajnik, więc mam gdzie spać.
     Złapałem dziś szefa Bosha na Japonię. Pierwszy raz w życiu jechałem 260 kilometrów na godzinę.

25.04.2004, pod Fraiburgiem
     Wstał nowy, piękny dzień na południu Niemiec. Wczoraj miałem szczęście - zabrał mnie jeden kierowca ciężarówki. Fabian, dwieście kilometrów, fajny gość. Zdziwiłem się, że kierowca tira jest ubrany w garnitur, ale okazało się, że on sprzedaje tiry i wraca właśnie z prezentacji. W trakcie rozmowy wyszło, że Fabian też gra na akordeonie, tzn. kiedyś grał, a teraz wciągnęła go praca i nie ma czasu ani energii. Zagrałem mu parę kawałków i aż się popłakał. Później nadrobił dla mnie z pięćdziesiąt kilometrów i na koniec dał mi dwadzieścia euro.
     Zaprosiłem go do Polski w góry.
     Ok - no to połapmy trochę szczęścia.
     Wziąłem właśnie prysznic na stacji. Co za cudowne uczucie!

26.04.2004, Barcelona
     Dojechałem do Hiszpanii. Najpierw próbowałem złapać stopa do Madrytu, ale nie szło, więc pomyślałem, że spróbuję Barcelony.
     We Fraiburgu zatrzymałem sympatycznego Kanadyjczyka na wakacjach, który planował pojeździć po Francji. Zostawiłem mu na pamiątkę CD z irlandzką muzyką, w której się zakochał, kiedy załączyłem ją w samochodzie.
     Później utknąłem gdzieś we Francji. Po kilku godzinach stania z palcem w górze, na zjeździe ze stacji, postanowiłem odpocząć. Przysiadłem się do paczki austriackich autostopowiczów, żeby było raźniej. Skręcili wielkiego jointa, ale podziękowałem, chciałem na razie utrzymać jasny umysł. Postanowiłem poszwendać się wśród kierowców tirów.
     Niedaleko stała jedna grupka. Okazało się, że to Bułgarzy i jeden Boliwijczyk, pracujący w Hiszpanii. Niestety Bułgarzy wracali do domu, a Boliwijczyk nie chciał ryzykować pasażera. W słowiańskiej solidarności Bułgarzy powyklinali trochę na niego (po swojemu tak, że nie zrozumiał) i zaprosili mnie na obiad. Kotlety i rosół. Podziękowałem, mówiąc, że jestem wegetarianinem i wróciłem do Austriaków, którzy  byli już nieźle "wyluzowani". Postanowiłem nie martwic się na razie i po prostu poleżeć, patrząc w chmury. Po pół godzinie zjawili się Bułgarzy, mówiąc, że mają coś dla mnie i żebym do nich przyszedł. Okazało się, że nasmażyli mi frytek! Co za goście. Kiedy zajadałem z nimi ciepły posiłek, okazało się, że przekonali Boliwijczyka, żeby mnie zabrał. Magia działa. Ciekawe jak długo.
     Wystartowaliśmy. Był już wieczór, Boliwijczyk jechał do samej Barcelony. Widziałem, że chciałby, żebym z nim gadał całą noc, to jednak zauważył, że ledwo co trzymam się już na nogach i pozwolił mi spać.
     Tak dojechałem do Barcelony. Tzn. najpierw na stację pod Barceloną, gdzie zaznałem przedsmaku tego, jak będzie wyglądał autostop w Hiszpanii - nijak. Każdy patrzy na ciebie jak na kosmitę. Ale wreszcie po paru godzinach zabrał mnie do siebie kierowca ciężarówki jadący do Saragossy. Ulżyło mi. Pablo najpierw miał pojechać do centrum Barcelony, rozładować towar, a później dalej. Sympatyczny facet. Niestety po paru minutach zorientowałem się, że jest kompletnie na haju. W pewnym momencie widzę, że wyciąga z szuflady wielką grudę haszu i jedną reką prowadząc, drugą bez problemu skręca jointa. Humor mi się zepsuł. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale przecież pędzimy po autostradzie, a nie leżymy na zielonej trawce w parku! Nie chciałem go jednak urazić i nic nie powiedziałem. Spytałem tylko, jak to jest, że pali i nie ma wypadków. Na to Pablo się zaśmiał i powiedział, że cały czas ma wypadki. Jakby na potwierdzenie tego przejechał krawędzią zderzaka po barierce oddzielającej nas od głębokiego rowu. Później zaczął z coraz większym zażarciem rozwodzić się o „tych zasranych imigrantach”, którzy zabierają Hiszpanom pracę. Kiedy jego głos doszedł do poziomu krzyku, a twarz zalała się ciemnym rumieńcem, przestałem próbować go uspakajać i już tylko bezradnie patrzyłem w okno.
     Kiedy dojechaliśmy do centrum Barcelony, zebrałem swoje bagaże i podziękowałem. Postanowiłem na razie zostać w Barcelonie.
     Poszukam jakiegoś miejsca do spania, pewnie na plaży i pogram trochę na ulicy. Zobaczymy, jak magia działa tutaj.

27.04.2004, Barcelona
     Nie wyspałem się. Tak jak planowałem, rozbiłem namiot na plaży. Ciepło, miło, pusto, świeci księżyc i gwiazdy - marzenie. I pośrodku tej sielanki poczułem nagle silne kopniecie w namiot (i we mnie przy okazji też) które o mało co nie połamało mi żeber. Pomyślałem, że najprawdopodobniej ktoś po ciemku mnie nie zauważył i potknął się o namiot. Oszołomiony wystawiłem głowę z namiotu. Natychmiast dostałem następnego kopa, tym razem w twarz. Przede mną stało jakichś pięciu wyrostków, na oko po jakieś siedemnaście, osiemnaście lat, wyglądających na Arabów.
     "Dinero, hijo de puta!" (pieniądze skurwysynu!) wrzasnął jeden z nich i znów dostałem kopniaka. To nie były żarty, ale nie chciałem rozstać się z całą gotówką, jaką zarobiłem w Danii, gdzieś z trzysta euro. Odpowiedziałem, że nie mam. Najwyższy z nich, o najgroźniejszej twarzy, wyciągnął nóż i przystawił mi go do gardła. Przekonał mnie. Podałem mu cała torbę, w której niestety była też moja mp3jka.
     Chłopaki zabrali wszystko i oddalili się szybkim krokiem.
     Zostałem bez grosza. Tzn. prawie, bo wieczorem coś mnie tknęło i oddzieliłem od zwitku pieniędzy pięćdziesiąt euro, które schowałem w inne miejsce. No więc tylko tyle mi zostało. Mam za co dojechać do Madrytu i tam zobaczę. Bardziej od utraty pieniędzy zabolała mnie jednak utrata muzyki.
     Ale przygoda. Magia ma dwie strony. Widać był czas na twardą lekcje.

później tego samego dnia, autobus do Madrytu
     Trochę ochłonęły już emocje i nie jestem taki roztrzęsiony, ale muszę przyznać, że nastrój mi opadł drastycznie. Znów zniknęło gdzieś poczucie sensu tego wszystkiego. Ale wierzę, że nic nie dzieje się ot tak, po prostu, ale wszystko jest częścią naszej kosmicznej edukacji. W końcu po to jest ten świat materialny, nie? Więc dalej do przodu. Kiedy będę miał już wracać, to będę o tym wiedział.

28.04.2004, Finca Santa Clara
     Wczoraj dotarłem na farmę. Pogoda mi nie dopisała, jeśli chodzi o spanie w namiocie - rozszalała się burza. Oprócz tego, kiedy jadłem obiad, rozmawiając z Karolem i Lucyną, jakiś kundel, chcąc schronić się przed deszczem, wykopał podkop do mojego namiotu. Kiedy okazało się, że nic mu to nie dało, wygryzł w poszyciu metrową dziurę.
     Jak tu dotarłem?  W Madrycie na styk złapałem autobus do Brihuegi. Okazało się, że jedzie nim też Ivan, ten Włoch, który zamieszkał na farmie, kiedy ja tam jeszcze byłem. Trochę pogadaliśmy, o tym co się dzieje na farmie i w jego życiu.
     Pamiętam, kiedy przyjechał pierwszy raz - długie włosy, broda, pełen życia i wiary w duchowość i ludzi. Teraz wyglądał trochę inaczej. Zniknęła broda i długie włosy, razem z nimi podział się gdzieś entuzjazm i życie. Nic dziwnego. W końcu mieszkałem na tej farmie ponad rok i wiem jak potrafią tam zabić chęć do życia. Niebezpieczeństwo mieszkania w małych, odseparowanych społecznościach z hierarchicznym, a nie egalitarnym systemem zarządzania..
     Nie idź w tę stronę. Staraj się pamiętać o dobrych ludziach i rzeczach jakie cię tam spotkały. Było ich przecież dużo.
     W Brihuedze zadzwoniłem do Karola, ale nie odbierał. Ivan zaprosił mnie na kawę, a później przeszliśmy prawie całą drogę (pięć kilometrów) pieszo. Dopiero przed samą farmą zabrał nas do samochodu Pablo. Był zmieszany, kiedy mnie zobaczył. Pierwsze pytanie : „Jak długo planujesz zostać?" Czyli nic się nie zmieniło. Ciągle pamiętają mnie tu jako troublemakera Uspokoiłem go, mówiąc, że najwyżej kilka dni.
     No więc dojechałem. Dziwnie tak. Minął rok, nic się nie zmieniło, ci sami ludzie, to samo miejsce, tyle wspomnień. Poczułem się trochę, jakbym wrócił do domu, choć to już nie mój dom. Mam im to za złe.
     No więc pies zżarł mi namiot i nie miałem za bardzo gdzie spać, ale Karol z Lucyną zaprosili mnie do siebie. Przyjęli mnie bardzo ciepło i miło. Dziś Lucyna ugotowała prawdziwą ucztę z okazji mojego przyjazdu. Zawsze ich lubiłem. Trzymaliśmy tutaj sztamę przeciwko tym wszystkim politykom. Stare dobre czasy.
     Zadzwoniłem do Tani. Miło było po tylu tygodniach usłyszeć jej glos. Chciałbym, żeby przyjechała tutaj jak najszybciej. Tylko do czego? Nic się nie może wyklarować.
     Dziś w nocy dojechał Tirtha  i Laksmana. Rano poszedłem ich odwiedzić. Są kochani. Ucieszyłem się bardzo na ich widok. Spędziliśmy parę godzin, rozmawiając o tym, co się dzieje u nich i co do diabla ja tutaj robię, zarośnięty, z akordeonem, bez Tani. Żebym to ja wiedział.
     Zaprosili mnie, żebym u nich spał. Z chęcią skorzystałem z zaproszenia. Pracują teraz nad nowym projektem. Nazywa się Dhira i nagrali już parę kawałków. Dla mnie pierwsza klasa, nie mogę się doczekać, aż usłyszę całość.
     Sprezentowałem im na pamiątkę anglojęzyczny egzemplarz "Proroka" Khalila Gibrana (czy ja to dobrze piszę?). Prezent jeszcze z Krakowa od Marka. Piękna książka.
     Wieczorem Tirtha pokazał mi, jak się gra skalę w różnych tonacjach i jak improwizować. Poczułem, jakby otwarły się przede mną drzwi, milowy krok w mojej muzyce.

29.04.2004, Madryt
     Samotność. Czyta, kliniczna samotność. Jest północ, siedzę na dworcu kolejowym i zastanawiam się, jak się w to wpakowałem. Czy ja sam wybrałem tę sytuację? Naprawdę? Jestem w środku wielkiego, nieprzyjaznego miasta, tysiące kilometrów od domu i dziewczyny, nie mam pomysłu, siły, ani pieniędzy i to jest mój wybór? He he - nie wierzę.
     Miałem dziś spać u znajomych w Madrycie. Niestety, kiedy wróciłem około dziesiątej wieczór, okazało się, że nikt nie odpowiada na domofon ani na telefon.
     Jestem więc na dworcu Atocha Renfe i chcę mi się spać, ale właśnie przyszedł policjant i powiedział, że mogę siedzieć, ale nie wolno mi leżeć. Ciężko więc będzie zasnąć. Miałem nadzieje, że los się odmieni - poszedłem do kasyna i wydałem zarobione dziś pieniądze. Los nie okazał się łaskawy, niestety.
     Marokańczycy, pies, policja, kasyno, bezdomny włóczęga, głód... Jak w książce.
     To o czym teraz marzę, to dom, cieple łóżko, kochająca osoba obok mnie i nikogo więcej. Łamiesz się chłopie, co?
     Różnią się  te zapiski od tych sprzed wyjazdu z Polski. Ale fortuna kołem się toczy i jakkolwiek źle rysowałaby się sytuacja, ciągle ma to sens. Chyba.

* * *
     Ok, znalazłem w miarę spokojne miejsce. Mam nadzieje, że nie za spokojne i że znów nie opędzlują mnie jakieś rzezimieszki. Spróbuję się zdrzemnąć.

* * *
     Świt w Madrycie.
     Nie pospałem za dużo. Okazało się, że Atocha Renfe zamykają o północy i mnie wyrzucili. Siedziałem parę godzin przy wejściu do metra, które też było zamknięte, ale wiało stamtąd ciepłym powietrzem. W międzyczasie poznałem szalonego, ale miłego bezdomnego, który zawinięty w śpiwór spał na przystanku. Przyjacielsko podał mi namiary na wszystkie schroniska dla bezdomnych i darmowe jadłodajnie. Wydawało się, że wszystko z nim w porządku, dopóki nie powiedział, że teraz przekaże mi największy sekret. Cały świat jest iluzją stworzoną przez obcych, którzy żywią się nasza krwią. Jemu udaje się widzieć poprzez iluzję i dlatego musi się ukrywać, żeby go nie zabili.
     Szkoda mi było tego miłego, chorego pana.
     Kiedy się już trochę rozjaśni, poszukam internetu i rozejrzę się w Hospitality Club.

później tego samego dnia
     Położyłem się już spać. Dziś śpię w łóżku. Nie docenia się takich rzeczy,  dopóki nie zazna się spania na schodach metra. A ile ludzi jest zmuszonych tak żyć? Aż nie chcę o tym myśleć, bo coś w środku boli, a już i tak jestem bliski całkowitej frustracji.
     Poczucie samotności nie popuszcza.
     „Kiedy samotność staje się tak wszechogarniająca, że zabija całe piękno, to jedyne, co można zrobić, to pozostać otwartym" - pisze Coelho w "Wojowniku Światła".
     Tyle mogę zrobić.
     Pogoda jest ciężka, ludzie jeszcze bardziej. Oprócz tego mam ciężkie serce i ciężkie powieki.
     Czuję się trochę jak ostatnio w Paryżu, kiedy Tani wysiadły plecy i zostałem sam. Ludzie tutaj są tacy sami jak tam: obcy i zimni, żadnych reakcji, obserwują cię jak rybę w akwarium, chłodnym, taksującym okiem.

01.05.2004, Madryt
     Dołek przeszedł, może dlatego, że wpadło trochę grosza, a poza tym wyspałem się porządnie, no i mam jakąś bazę, a to też pomaga się uspokoić.
     Dostałem inspirujący list od Tani, który naprawdę postawił mnie na nogi.
     Dziś zarobiłem trzydzieści dwa euro, w jakieś sześć godzin. Oprócz tego Manuel, chłopak którego spotkałem kiedyś na farmie, dał mi dwadzieścia euro.
     Na mieście poznałem Gordona, chłopaka z Niemiec. Gra na gitarze. Kiepściutko, ale jakoś tam mu idzie. Strasznie zagubiony i nieśmiały. Kiedy go spotkałem pierwszy raz, był boso, ale później ktoś dał mu buty i marynarkę.
     Szkoda mi było gościa. Przyniosłem mu jabłek.
     Widzę, że jest tak, jak pisze Coelho - trzeba być otwartym, bez względu na to, jak inni nie byliby zimni i obojętni. Dobrych ludzi zawsze można spotkać.
     Świat nie jest zły z natury. Czasami jest bardzo głupi, ale na pewno nie jest zły.

02.05.2004, Madryt
    Spotkałem dziś na ulicy Marcela, Argentyńczyka, który robi statuę demoniczną. Pokazał mi różne miejsca, gdzie dobrze się gra. Miło się z nim rozmawiało, brakowało mi tego po dniu walki na ulicy. Marcel planuje zostać tutaj jeszcze dwa miesiące, a później jedzie na północne wybrzeże i oprócz statui będzie robił jeszcze uliczny monolog. Rozmawialiśmy trochę o wolności i życiu. Zarabianie też nie idzie mu za dobrze, ale jest mu łatwiej, bo ma tutaj swoich bliskich tzn. dziewczynę i przyjaciół.
     Co jeszcze? Tania nie przysłała mi dziś emaila. Mam nadzieję, że wszystko w porządku, ale na razie nie chcę jeszcze wydawać na kartę telefoniczną. Zaczekam do jutra. Oprócz tego czeka mnie jeszcze wydatek na notatnik na nowy dziennik, bo w tym już ostatnie kartki, a teraz kiedy nie mam do kogo otworzyć gęby, to piszę więcej.
     No i nie ma tak źle. Chcę podziękować wszystkim życzliwym duszom, które spotkałem w drodze. Mimo wszystko widzę, że jest ich dużo, jak na ten chory świat.

04.05.2004, Madryt
     Nowy notatnik znów zaczęty w drodze. Siedzę właśnie w metrze i jadę na Mendeza Alvaro sprawdzić, o której mam jakiś autobus do Malagi.
     Wczoraj miałem zabawny dzień. Lało jak z cebra, zdecydowałem, że nie będę grał, ale przynajmniej zamienię drobniaki na banknoty. Uzbierało się chyba z kilogram. Okazało się, że nigdzie nie chcą mi tego wymienić. W Danii wystarczyło wejść do jakiegokolwiek banku, podejść do maszyny, wsypać bilon, wyciągnąć karteczkę, podejść do okienka i dostawało się  banknoty, bez zbędnych komplikacji. Tutaj nic z tego.
     Przeszedłem kilka banków, z których mnie spławiono (bardzo nieuprzejmie), aż wreszcie jakaś miła, normalna dziewczyna uratowała mnie z opresji. Powiedziała, że zamieni mi monety, tylko muszę je sam zapakować do plastykowych pojemniczków. Nie ma problemu. Zajęło mi chyba z godzinę, ale byłem o kilogram lżejszy.
     Potem wkurzyli mnie na poczcie. Wysłałem list do Tani i po wyjściu zorientowałem się, że machnęli mnie na dwa euro. Cały w nerwach postanowiłem zadzwonić do Tani, ale kilka kolejnych budek telefonicznych okazało się zepsutych. No więc leje jak z cebra, nie mogę zadzwonić, jestem zmęczony hiszpańskim buractwem – po prostu mam dosyć.
    Wreszcie zatrzymałem się, podniosłem wzrok do góry i mowię: Co jeszcze?! Więcej niespodzianek?!
    W tym momencie poczułem, jak wielka, ciepła kropla deszczu uderza mnie w twarz i rozpryskuje się po całym ubraniu. Tylko, że to nie był deszcz, ale ogromne, rzadkie ptasie gówno.
     Ulżyło mi i zacząłem się śmiać. Przechodnie z przestrachem i obrzydzeniem omijali mnie łukiem, zastanawiając się, czy nie rzuci się na nich ten wysmarowany guanem włóczęga. Na szczęście obok był park. Oczyściłem się z grubsza trawą, resztę oblacji zakończyłem w kiblu Mac Donalda.
     Później już bez problemu zadzwoniłem do Tani. W domu na szczęście wszystko dobrze, tęsknią za mną. Ja za nimi też.
     W końcu pomyślałem, że na złość wszystkiemu i wszystkim pogram trochę. Był to mój najlepszy dzień w Madrycie. Nie pod względem kasy (choć też nie było źle) ale spotkałem dziś ludzi, którzy docenili z głębi serca moją muzykę i okazali się otwartymi osobami.
     A jutro znów w nieznane. Mam nadzieje, że uzbieram dziś choć na bilet do Malagi. Sprawdziłem w internecie prognozę pogody. W Maladze cały tydzień ma lać.
     Ok, mój przystanek, Mendeza Alvaro.

później tego samego dnia
     Dzisiaj chyba nici z zarobku. Policja przegoniła mnie już z trzech miejsc, nie chce mi się szukać następnego. Kupiłem chipsy, avocado, wino (Don Simon w kartonie) i wyleguję się na Plaza Mayor, mając nadzieję na jakąś ciekawą rozmowę. Jak na razie siedzę sam.
     Ciepło. Upał. Pęcherz popycha mnie, żeby wstać, ale nie chce mi się, jest za gorąco, żeby się ruszać. Ktoś obok gra flamenco, dźwięki gitary łączą się z promieniami słońca, prawie nie słychać samochodów, jest czas sjesty. Gdzieś zawyła syrena. Kiedy leciutko rozchylam powieki, widzę nogi przechodniów, głównie turystów; Hiszpanie śpią po do mach. Trochę dalej stoi biała statua, której poświęciłem wcześniej garść miedziaków, w zamian za szczyptę złotego piasku.
     Miły gwar.
     Gdyby nie ten pęcherz, to bym sobie odpłynął.
      A tak trzeba jednak wstać.

05.05.2004, Malaga
     Śniła mi się dziś wojna, chyba II Wojna Światowa, ale nie jestem pewien. Było tam coś o wieloletniej rozłące z przyjaciółmi. Po wielu latach spotykam się z Tomem. Jestem kulawy, a może nawet nie mam nogi, Tom też wygląda nie lepiej. Jest coś fajnego i ciepłego w tym spotkaniu - to że po tylu ciężkich, prawie niemożliwych do przeżycia latach udaje nam się jednak spotkać i wiemy, że teraz już będzie dobrze.
     Jadę do centrum Malagi spróbować pozarabiać. Jak zwykle mam wielką tremę przed występem w nowym miejscu. Jaka będzie policja, jacy ludzie, jak będą reagować itd.

później na mieście
     No i już wiem jak się będzie grało w Maladze. ******wo. No dobra, wymiękam. Uzbieram jeszcze parę groszy i spadam do domu. Hiszpania to jeden wielki niewypał.
     Całkiem inaczej się czyta o podróżnikach i wagabundach, a całkiem inaczej spróbować żyć tak samemu. Brakuje romantyzmu, który tak łatwo zobaczyć w książkach. Kiedy się czyta, że kogoś obrabowali na plaży, albo że nie mógł sobie znaleźć miejsca do spania, łatwo powiedzieć, że też by się chciało posmakować przygody, ale kiedy zdarza się to w rzeczywistości, mamy po prostu do czynienia z gołym, nieprzyjemnym faktem. Trzeba mieć naprawdę talent i wewnętrzną muzykę, żeby wtedy gdy to się dzieje, uchwycić urok przygody.
     Do tego dochodzi samotność. Też przereklamowana. To wcale nie takie przyjemne być samemu. Jestem sam od prawie dwóch miesięcy i zdycham za towarzystwem. Nie tylko towarzystwem do piwa, takie zawsze się znajdzie (choć czasami jest to kwestia sporna), ale za prawdziwym towarzystwem, z głębi serca, z przyjaznym dotykiem i słowem otuchy.
     Samotność jest wysuszoną na słońcu kością z lodu.
     Czuje się trochę jak astronauta wystrzelony na Marsa, choć jestem w o tyle lepszej sytuacji, że ciągle jest nadzieja, że kogoś spotkam na tej pustyni.
     Hiszpania jest ciężkim miejscem. Albo też trudno jest mi to znosić tutaj, bo podróżuję sam, a przedtem w Holandii byłem z Tanią, we Francji też, w Danii było parę osób, z którymi byłem blisko.
     A tutaj nie istnieję.
     Nie ma mnie dla nikogo.
     Człowiek jednak jest zwierzęciem stadnym.
     Czy można napisać wiersz będąc tak ogołoconym z iluzji i związków, jak ja teraz? Potrzebuję juice’u. Nie chcę, żeby świat był taki zimny i suchy, jak widzę go teraz. Wielki Duchu, postaw jakieś otwarte dusze na mojej drodze, albo przynajmniej nabij mi kieszeń, żebym mógł w dobrym humorze wrócić do domu.
     Wydaje mi się, że w poszukiwaniach siebie dobiłem swoich granic.

Przestałem słyszeć wycie wilka
wzywające na bal.
Zniknęła szara gęstwina
niewidzialnych grubych pni
i zapachu zgniłych liści.
Zapodział się senny kompas,
który kiedyś bezbłędnie
wskazywał kierunek.
Wiązałem tyle oczekiwań
z przyjęciem, które miało się odbyć
na niedostępnych polanach.
Dziesiątki mioteł,
wytworne fraki,
wieczorowe suknie,
tajemnicze oczy,
pełne tajemniczych historii,
zagadkowe uśmiechy,
pełne zagadkowych buntów.
Zaproszenia do miejsc ze snów,
kurtuazyjne wymiany uprzejmości.
Tak wiele mnie ominęło.

Myślę, że nadszedł czas,
by znów czujnie wsłuchiwać się
w nocne szmery.

07.05.04, Malaga
     Kręcę się bez celu. Nie mam najmniejszej inspiracji do grania, wręcz przeciwnie, na samą myśl robi mi się niedobrze. Miałem dziś pomysł, żeby połazić po barach i popytać o pracę, ale też tego nie czuję. No ale trzeba coś robić.
     No to co? Gramy? Nie ma tutaj za dużo ludzi (Plaza de Feliz Grenz), ale tak wolę, kameralnie.

później
     Atmosfera się zmienia. Poznałem Mike’a, Irlandczyka, około sześćdziesiątki. Trochę szalony gość, alkoholik i uliczny muzyk od trzydziestu lat. Zobaczył mnie, jak grałem i usłyszał, że śpiewam po angielsku (czego na ziemi hiszpańskiej rzadko uświadczysz). Dołączył do mnie. Gra na gitarze i nieźle wymiata, choć jeśli chodzi o głos, to widać, że lata picia i palenia nie zostawiły dużo. Miał kiedyś żonę, ale umarła, miał też syna, ale nie słyszał o nim od lat. Teraz po prostu podróżuje. Powiedział, że jeśli chodzi o sztukę uliczną, to Hiszpania jest gówniana (jakbym już sam tego nie wiedział). W Londynie jest w stanie uzbierać sto funtów w trzy godziny, ale przyjeżdża tutaj, bo lubi ciepło.
     Ponieważ jest stałym klientem linii lotniczych z Anglii do Hiszpanii, przysługuje mu jeden darmowy bilet i jeśli chcę, może mnie zabrać do Londynu. Moglibyśmy wspólnie pograć i powłóczyć się.
     Jutro mamy jechać do Granady i jeśli dobrze pójdzie, może odwiedzilibyśmy Maroko, później z powrotem Hiszpania i samolot do Londynu.
     Fajnie by było, ale choć Mike jest sympatyczny i czuć od niego pozytywną energię, to nie wiem, na ile mogę liczyć na to, co mówi. Pażiwiom uwidim. Dobrze, jeśli w końcu coś by się ruszyło.

później
     Przygody ciąg dalszy. No więc graliśmy na zmianę i szło nam obłędnie, myślę, że po trzech godzinach mieliśmy już w futerale ze sto euro. Tylko Mike był bardziej i bardziej pijany. Kiedy przyszła znów jego kolej grania, zjawiła się policja i poprosiła, żebyśmy się wynieśli. Grzecznie zacząłem pakować nasze rzeczy, ale Mike dostał nagle ataku szalu i rzucił się na gliniarzy! Próbowałem go uspokoić, ale nie było szans, sami gliniarze nie pomagali i w końcu go zwinęli.
     Cały dzień grania, szło nam pierwsza klasa, miałem plan na przyszłość, a ostatecznie zostałem bez kasy. Na autobus dostałem od dwóch Szkotów, którzy najpierw słuchali jak gramy, a później obserwowali całe zajście.
     Może jutro rano pojadę na miasto, tak wcześnie, jak się da i poszukam Mike’a, ale wątpię, że uda mi się go spotkać. Pech to pech. Wykończony jestem.
     Znów najem się tych dziwnych owoców, które rosną koło namiotu (nie mam za bardzo wyboru) i idę spać. Cholerna kasa.
     No ale może przyjdzie coś dobrego z tej sytuacji? Ciągle (nie wiem dlaczego!!!) próbuję postrzegać rzeczywistość w taki sposób, że wszystko co się wydarza, ostatecznie przynosi dobry skutek. Być może nie natychmiastowy, ale długoterminową lekcję. Amen.

08.05.2004, Malaga
     Ok - walczę dalej. Jadę do Granady. Poszwendałem się jeszcze po mieście, szukając Mike’a, ale nic z tego, możliwe że zwinęli go na dłużej. Siedzę w autobusie do Granady. Przyłączyłem się do dwóch punkowców. Dziewczyna jest stąd, Andaluzyjka z krwi i kości, a chłopak (czterdziestoletni) jest Niemcem. Nie wygląda za dobrze. Wczoraj napadli ich skinheadzi i nieźle go stłukli. Ma zszyte czoło i palec, ale nie wydaje mi się, żeby ten palec mu się zrósł, jest cały siny i wygląda na zainfekowany.
     Mówią, że w Granadzie można spać w jaskiniach, a poza tym jest trochę squattow. Zobaczymy. Póki co jestem głodny jak zwierz.

później, Granada
     Jestem w Granadzie. Na razie trzymam się z moją punkową parą. Chłopak to Ed, dziewczyna Selga. Sympatyczni.
     Miasto wydaje się mieć bardzo fajną wibrację, zupełnie inaczej niż Madryt czy Malaga. Na ulicach jest mnóstwo młodzieży najróżniejszej maści. Wielu czeskich punkowców, rastamanów i po prostu włóczęgów. Tubylców można poznać po tym, z jaką niechęcią patrzą na ten kwiat młodzieży.
     Miasto jest stare i piękne. Otaczają go góry, podziurawione jaskiniami jak ser szwajcarski. Podobno w średniowieczu mieszkali tam Cyganie, a teraz zamieszkują je podróżnicy i w ogóle lokalna "bohema" .
     Kiedy szliśmy przez miasto, w pewnym momencie wynurzyła się przede nami góra z ogromnym zamkiem otoczonym murem. Przepięknie. Chyba to ta słynna Alhambra - największy i najlepiej zachowany zabytek muzułmański.
     Dziś śpię w punkowym squattcie.

09.05.2004,  Granada
     Ufff. Czasami jednak lepiej jest podróżować samemu, niż w takim szalonym towarzystwie. Wczoraj dołączyliśmy do większej grupy punkowców. Wszyscy się schlali i poszli na koncert. Choć chcieli mnie wyciągnąć, zostałem. Najpierw spało się dobrze, ale w nocy dzieciaki zaczęły się schodzić z różnych imprez, ognisk i koncertów. Trwało to prawie do rana. W międzyczasie jedni wymiotowali, inni śpiewali, a jeszcze inni się chędożyli na cały regulator.
     Kiedy w końcu zaczęło się robić jasno, pozbierałem swoje rzeczy i wymknąłem się na cichą i świeżą ulicę. Cóż - młodość ma swoje prawa - przecież kiedyś zachowywałem się dokładnie tak samo. No nic - odwiedziny w krainie dzieciństwa zakończone.
     Teraz siedzę w kafejce. Zaszalałem. Kupiłem sobie churros con chocolate i sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Zaraz pójdę się poszwendać, a od dziesiątej będę już mógł pracować.
     Z kasy którą zebraliśmy wczoraj razem z Selgą i Eddim nic nie zostało, ale niech im będzie. Powiedzmy, że wczoraj ja stawiałem.
     Śniło mi się dzisiaj, że była tutaj ze mną Tania. Wspięła się na tę górę, którą widziałem z autobusu. Bardzo się o nią bałem. Później zeszła lawina i nie wiedziałem, czy Tania zdążyła uciec. To był straszny sen, bardzo realistyczny. Może to stąd, że Ed opowiedział mi swoją historie. Siedem lat temu dowiedział się, że jego żona ma raka, a miesiąc później już nie żyła. Los czasami potrafi kopnąć w dupę.

To Ty? Nie, niestety,
to tylko szelest skrzydeł
szarej ćmy
na tle nocnej szyby.
To Ty? Nie, to znowu
tylko wiatr,
a może mój umysł
kpi ze mnie,
jak zwykle, jak od lat.
To Ty? Powiedz – tak -
ten jeden raz.
Niestety to tylko gwiazdy
szepczą kosmiczne plotki
w uszy niechcianych psów.
To Ty? Ten błysk,
tam, za granica widzenia,
obietnica nowego dnia...
Nie, to znowu ćma,
zderzyła się z gwiazdą
i spadła gdzieś w piach
pod oknem.
To Ty? I znów nic...

10.05.2004, Granada
     Dziś jest ciężki, deszczowy poranek. Wczoraj trochę pograłem, później pospacerowałem po uliczkach Granady. To miasto naprawdę ma urok. Jakby się było w "Pamiętniku znalezionym w Saragossie".
     Miasteczko nieduże, ale pełne ulicznych artystów, muzyków itd. Na jednej ulicy jest chyba z dziesięć statui (jak się to odmienia!?) stojących obok siebie. Wydaje mi się, że robią kasę. Najlepsza moim zdaniem była egipska królowa, która w jakiś sposób przymocowała się łańcuchem do płotu i kiedy ktoś wrzucał monetę, przechylała się w jego stronę pod ostrym kątem. Wyglądało to z przodu, jakby miała moce mistyczne.
     Wczoraj znalazłem miejsce w hoteliku, nawet tanio, piętnaście euro, chciałem się wykąpać i wyspać w czystym łóżku, ale nie mogę tutaj zostać za długo. Jeszcze tylko jedna noc, a od jutra mam miejsce w Albergue - jest to coś w rodzaju schroniska dla bezdomnych, ale wygląda raczej jak polskie schronisko młodzieżowe.
     Byłem dzisiaj na obiedzie w darmowej jadłodajni, wszystko było wegetariańskie. Spotkałem tam Juana z Pampeluny. Pomaga mi trochę zorientować się w tym miejscu, pokazując miejsca, gdzie można za darmo zjeść, wyspać się, zrobić pranie itd.
     Nie planuje jednak zostać. Już nadszedł czas powrotu do gniazda. Chcę tylko zebrać choć ze sto euro, żeby coś przywieźć do domu i ruszam z powrotem.
     Teraz czekam w kolejce na kolację. Kupa ludzi, w większości Marokańczycy i punkowcy.
     Spotkałem Eda i Selgę. Edowi obcięli wczoraj palca, wdała się gangrena. Ta zaszyta rana na głowie też nie wygląda za dobrze. Jak ma się wyleczyć, nie myjąc się, nie śpiąc i pijąc cały dzień? Ale nie wydaje mi się, żeby zależało mu na tym, żeby wydobrzeć. Wydaje się, że tylko czeka, żeby w końcu wydostać się z tego pieskiego świata.
     Tylu ludzi porzuciło zmaganie się w tym świecie i teraz po prostu czeka na koniec filmu, nie licząc już na nic. Wstyd się przyznać, ale czasami czuję ulgę wiedząc, że wybrałem takie życie tylko na chwilę, podczas gdy niektórzy nie maja już odwrotu ani wyboru.

11.05.2004, Granada
     Jednak udało mi się uniknąć Albergue. Nie byłem za bardzo chętny zatrzymać się tam i to nie z powodu towarzystwa, ale ogólnie atmosfera była dziwna. Czuło się ten podział: my (kierownictwo, pracownicy) i oni (czyli my) - włóczędzy, Marokańczycy, loserzy. Nie lubię tego.
     Zostawiłem tam swoje rzeczy i poszedłem na targ warzywny, gdzie spotkałem Polaków: Kasię i Jurka, dziecko Kasi i jej chłopaka, Mathew (Anglik). Porozmawialiśmy chwilę i zaproponowali, żebym dołączył do nich w jaskini na wzgórzach. Pozbierałem więc rzeczy i wydostałem się z tego dziwnego schroniska.
     Zajęło nam jakieś dwie godziny dotarcie tutaj, do jaskini na Sacromonte. Nie było łatwo z moimi rzeczami, ciężko podróżuje się z akordeonem, ale wspólnymi siłami doszliśmy. Rozbiłem namiot przed wejściem do jaskini. Nie czułbym się dobrze śpiąc w jaskini, a poza tym śmierdzi tam zgniłym osłem. Poprzedni właściciel trzymał tam osła, który w końcu zdechł i zapach wgryzł się już na stałe w ściany.
     Mathew gotuje teraz obiad z rzeczy, które zostawili na targu warzywnym sklepikarze. Uzbierała się z tego niezła ilość produktów pierwszej klasy. Pomogłem pokroić warzywa (wszyscy są wegetarianami). Poradzili mi, żebym nie jadał w darmowych jadłodajniach, bo dodają tam do jedzenia różnych uspokajaczy, żeby motłoch się nie burzył. Jezu.
     Piękny jest stąd widok. U moich stop rozciąga się cała Granada, a dookoła widać góry (Sierra Nevada? Muszę sprawdzić na mapie). Po lewej stronie widzę mury Alhambry. Któregoś dnia przed wyjazdem będę musiał tam jeszcze zawitać, bo to byłby wstyd, jeśli nie zwiedziłbym tego miejsca.

później
     Jest wieczór. Pali się ognisko. Kasia, Jurek i Mathew palą jointa i wspominają dawne czasy, znają się od dzieciństwa. U Kasi na kolanach drzemie Wawa (jej sześcioletni synek), a ja leżę przed namiotem i cieszę się tą atmosferą. Teraz w nocy widok jest jeszcze piękniejszy. Całe miasto lśni jak skrzynia klejnotów. Nasza góra i góry obok też świecą światełkami ognisk, wydaje się, że większość z tych jaskiń jest zamieszkała. Z jednej strony dobiegają nas uderzenia bębnów, z drugiej dźwięk gitary i jakaś hiszpańska pieśń. Moi towarzysze palą trawę i śmieją się do siebie. Choć nie się nie odzywam i po prostu patrzę, to jest mi dobrze i cieszę się, będąc z tutaj nad Granada z ludźmi.

12.05.2004, Granada
     Jutro chyba się stąd zwijam. Myślę, że nie ma sensu już tu być. Tak naprawdę to chciałbym, żeby ta droga była już za mną. Gdzie się podział ten entuzjastyczny włóczęga sprzed miesiąca?
     Jak szło granie? Cieniutko. Miałem coś uzbierać, a tak naprawdę jestem bez złamanego grosza, a jeść mi się chce, że aż kiszki skręca. Jest wieczór, moi nowi znajomi poszli razem na miasto, nie chciałem się narzucać. Głupio mi też było przyznać, że nie mam ani grosza, żeby kupić choćby kawałek chleba, nie chciałem wyjść na żebraka. Trudno, jutro coś zjem. Teraz zapalę, żeby zabić głód.

13.05.2004, Granada
     Siedzę pod "Hogar Corazon Maria". Podobno można się tutaj wykąpać i wyprać ciuchy, może nawet udałoby mi się wyprać plecak, (kiedy byłem na punkowym squacie, oblepił się jakimiś dziwnym substancjami, podobnie jak mój śpiwór), no i dają darmową kawę z mlekiem. Tylko, że jest zamknięte i nie wiem, czy dziś w ogóle będzie otwarte, a jeśli tak, to o której.
     Dziwne jest to uczucie bycia biedakiem, obieżyświatem i bezdomnym. Trochę tak, jak to opisał Edi Pyrek - jesteś odgrodzony od reszty świata wysokim murem. Oczy ludzi prześlizgują się z niechęcią po twojej powierzchni i już nie masz tylu praw, co „normalni” ludzie. Samotność staje się głęboką, wtopioną w jaźń częścią ciebie.
     Miejsca, w których ludzie ci pomagają, jak te jadłodajnie czy schroniska - widzisz ile za tą pomocą jest nieszczerości. Nie mówię, że wszyscy są nieszczerzy, ale czuć silną barierę miedzy pomagającymi i pomaganymi. Nie potrafię tego dokładniej teraz uchwycić… Widzisz, że dla wielu z nich pomaganie żebrakom i włóczęgom jest tylko narzędziem do czucia się lepiej.
     Nie jest łatwo wyciszyć się w takich warunkach. Kiedy uczucie bezsilności i odrzucenia jest tak silne, to trudno cokolwiek poskładać w środku, cała jaźń jest zwinięta w pięść. Tylko "Dezarie" mnie trochę teraz łagodzi, swoim silnym, kobiecym głosem.
     Otworzą wreszcie ten cholerny "Hogar Corazon Maria" ?!!!
     No dobra, czekam jeszcze jakieś dziesięć minut i spadam. Pójdę na internet, później wykupię pokój w hotelu, żeby doprowadzić się do jakiegoś kształtu przed powrotną drogą.

14.05.2004, pod Granada
     Ruszyłem! Poszedłem na stację benzynową i złapałem stopa. Tylko, że w drugim kierunku! Na Sewillę! Po prostu chciałem wydostać się z Granady. Wiedziałem, jak ciężko łapie się tutaj stopa, tak że zabrałem się z pierwszą możliwą osobą. Sympatyczny Portugalczyk. Niestety nie pomyślałem, ponieważ okazało się, że do samej Sewilli nie mam możliwości zawrócenia i przejścia na drugą stronę autostrady, żeby skierować się na Murcję i Walencję. W końcu wysadził mnie na jakiejś stacji, z sześćdziesiąt kilometrów od Granady.
     Ruchliwa autostrada, wielka stacja benzynowa, tiry itd., tylko że wszyscy jadą w drugą stronę. Dumałem chyba z godzinę. Zapytani ludzie odpowiedzieli mi, że nie ma żadnej możliwości przedostania się na drugą stronę.
     Na plecach akordeon, na wózku plecak. Stoję na poboczu autostrady, próbując wypatrzyć lukę pomiędzy sunącymi z zawrotną szybkością samochodami, żeby przedostać się na środkowy pas trawy. Teraz! Biegnę. Udało się. Uff. Jeszcze drugi pas - znów przygotowanie do startu, czekam chyba z  piętnaście minut. Znów, bieg i jestem po drugiej stronie! Jeśli ktoś to kiedyś przeczyta - NIGDY TEGO NIE RÓBCIE!!!!
     Dopiero teraz widzę, że po drugiej stronie stoi kierowca tira, który chciał zapalić papierosa, kiedy zobaczył mój wyczyn. Patrzy na mnie jak na świra. Podchodzę, wyciągam mu z dłoni paczkę Marlboro, zapalam jednego, oddaję paczkę i trzęsąc się jak osika na wietrze, uświadamiam sobie, że przekraczanie autostrady w takim miejscu było bardzo głupią rzeczą.

później
     Po moim szalonym numerze, szybko coś złapałem, tym razem we właściwym kierunku.  Sympatyczny Marokańczyk zabrał mnie do tira i suniemy teraz w kierunku Murcji. Jeśli szłoby dobrze, to może już jutro udało by mi się wydostać z Hiszpanii. Byłoby fajnie. Spróbuję pojechać przez Szwajcarię, Austrię i Słowację. Mógłbym wjechać do Polski w Zwardoniu, albo w Glince, czyli praktycznie w domu.
     A z Marokańczykiem to fajna sytuacja, bo po tym napadzie w Barcelonie, na plaży, miałbym uraz do Marokańczyków, a tak świat znowu jest pozytywny.
     Wczoraj napisałem list do Coelho, że mam wątpliwości, jeśli chodzi o te całe poszukiwania legendy. Taki czarny humor, mam nadzieję, że zrozumie.

15.05.2004, pod Murcją
     Idzie jak krew z nosa, ale jakby co, to mogę się zabrać do granicy z Francją z jednym z litewskich tirowców. Ale on wyjeżdża dopiero o ósmej wieczorem.
     Ale wczoraj wylądowałem! Sympatyczny Marokańczyk, Abdul-a-tiw troszeczkę niejarząco wysadził mnie w miejscu poza trasą, przy jakiejś rozładunkowej hali dla tirów, ale nie było tam żadnych ciężarówek, a do tego zaczęła się ulewa. Jedyne samochody jeżdżące tamtędy należały do pracownic z tej hali. Stałem z dwie godziny w strumieniach deszczu z gazetą na głowie, na odludziu, praktycznie w szczerym polu, przeklinając mój los. Byłbym tam zapewne musiał spędzić noc, gdyby nie pewna miła pani, której przypomniałem syna. Podrzuciła mnie do Almohy. Ładna wioseczka, tylko że - no właśnie - wioseczka.
     Wieczór, najtańsze hotele po trzydzieści euro, dworzec zamykają o 22.30, pełno podejrzanych elementów, rozmawiających po rosyjsku albo arabsku, łypiących na mnie spod oka.
     Było już ciemno, kiedy postanowiłem znaleźć miejsce na biwakowanie. Przez godzinę szukałem miejsca, żeby zniknąć niezauważony przez nikogo. Nie uśmiechała mi się konfrontacja z jakimiś gangsterami poza światłami miasteczka. Wreszcie wziąłem głęboki oddech i czmychnąłem sprzed nieprzyjaznych oczu. Niestety wpakowałem się w jakieś sady i plantacje, wszystko ogrodzone, wszędzie ujadające psy. Przeszedłem chyba z pięć kilometrów, zanim w końcu znalazłem coś, co od biedy można by uznać za miejsce do biwakowania. Były to jakieś ruiny. Najpierw myślałem, że prześpię się po prostu pod dachem i nie będę rozbijał namiotu, ale kiedy tylko usiadłem i zacząłem rozkładać śpiwór wewnątrz zrujnowanego budynku, poczułem nagle taką "duchową" atmosferę, że od razu postanowiłem się wynieść. Nie mogłem jednak odejść daleko, parę metrów dalej znów zaczynały się sady, więc rozbiłem namiot obok ruin. Lało, wiało i musiałem rozbić się praktycznie w błocie. Przenikliwy smród szlamu wdzierał się do nosa, nie było przed nim ratunku. Mokry, brudny, spocony wczołgałem się do namiotu, nawet nie trudziłem się rozbieraniem. Noc miałem niespokojną, ciągle wyły psy i za każdym razem, kiedy udało mi się zasnąć, nawiedzał mnie paskudny koszmar. Brrr. To miejsce było ohydne. Kiedy tylko zaczęło świtać, pozbierałem się i z ulgą wyruszyłem do miasta.
     Kiedy odchodziłem, mogłem prawie przysiąc, że usłyszałem chichot dobiegający z ruin, w których wiła się zielonkawa mgła.
     Z Almohy od razu złapałem dwóch facetów jadących do Murcji. Podrzucili mnie na sporą stację benzynową, na której teraz jestem. Opowiedziałem im trochę o moim życiu, chyba się im spodobało. Jeden z nich popatrzył na mnie z zazdrością i powiedział, że jeśli by mógł, to od razu by się ze mną zamienił. Uśmiechnąłem się w duchu. Chciałbym go widzieć, jak po kolana w błocie rozbija namiot o północy, z pustym żołądkiem, przy akompaniamencie wyjących kundli.
     Kiedy dojechaliśmy na stację, kierowca dał mi dziesięć euro i powiedział, żebym zjadł jakieś porządne śniadanie na jego konto. Dzięki.
     No i teraz jestem tutaj. Trochę mnie ścina po nocy w nawiedzonych ruinach, ale nie ma tutaj żadnego kawałka trawy, na którym mógłbym się wyłożyć, tylko parking i restauracja, a jedyne miejsce z trawą jest ogrodzone i obłożone opłatą. Co za ludzie. Chcę już stad wyjechać. (Zatęsknisz jeszcze za tą podróżą "za jeden uśmiech", stary, zatęsknisz).
     Rozłożyłem się cichaczem na tarasie restauracji - czyściej tutaj i wygodniej. Na plecaku przylepiłem karton z napisem Walencja - Barcelona i odpoczywam. Może przy okazji ktoś mnie zabierze? Tylko, że jeśli byłby to stop tylko do Walencji, to chyba bym nie pojechał - tutaj mam na wieczór pewniaka do Francji (tego Litwina).
     Dzyń, dzyń, dzyń - ale ktoś właśnie trzepnął kasy w jednorękiego Jacka w restauracji. Skurczysyn.

później
     Już wieczór, a ja ciągle w tym samym miejscu. Litwin, który miał mnie zabrać do Francji, pojechał o piątej, a nie o ósmej, jak mówił. Czyli teraz nie mam już żadnego planu awaryjnego. Byli Polacy, ale okazało się, że już wzięli kogoś do samej Polski. Szczęściarz.
     Jestem zły. Najbardziej wkurzył mnie ten Litwin.
     Dwa dni w drodze i jestem dwieście kilometrów od Granady. A myślałem, że dziś będę już we Francji. Jeszcze wyjeżdżają tiry, ale teraz to już sami Hiszpanie, czyli nie ma szans.

16.05.2004, pod Murcją
     Spałem dziś w tirze u Andrzeja. Wczoraj poznałem się bliżej z chłopakami z Polski. Oglądaliśmy telewizje, piliśmy wódkę, gadaliśmy i poszliśmy spać o drugiej w nocy. Trochę mnie łeb nawala, ale w sumie to najbardziej jestem zły, że ciągle jestem tutaj, zamiast ciąć autostradę setkami kilometrów. Andrzej powiedział, że prawdopodobnie jutro dostanie załadunek i będzie jechał w kierunku Polski, ale to nic pewnego. Jacek z Darkiem, też nie wiedzą, kiedy wyjeżdżają. Jeśli by jechali, to i tak nie mogli by mnie zabrać - jest ich dwóch, a we Francji jest dużo kontroli i mogliby mieć problemy za trzeciego pasażera. No i co?
     Tak czy inaczej będę próbował złapać coś dzisiaj, ale niestety odpadają tiry międzynarodowe - jest weekend i mają zakaz jazdy. Czuję się trochę w rozterce, no bo mam tutaj pewnego tira, tylko że na jutro, a jeśli ktoś podrzuci mnie do głupiej Walencji, to co mi to da?
     Tylko, że ja bez względu na wszystko chcę już jechać!
    Najfajniejszy z tych polskich chłopaków to Jacek. Wygląda całkowicie jak Machulski (ten z Vabanku) ale to dosłownie, jak brat bliźniak. Poza tym jest jarzący, można z nim pogadać. Reszta zresztą też jest w porządku, bardzo pomocni i szczerzy.
     Wczoraj czekając na stopa próbowałem praktykować mistyczną medytację. Byłem zły, że utknąłem w tym miejscu, że uciekł mi Litwin i że Polak, który jechał do Polski miał już pasażera. Byłem wściekły. Załączyłem na walkmanie Dezarie i pomyślałem, że być może wszystko jest w doskonalej harmonii. Ta przyroda, te góry, to że ciągle jestem tutaj, że ludzie patrzą na mnie z samochodów jak na małpę w zoo - że cały wszechświat jest dokładnie taki jaki ma być - doskonały. Nie tylko to pomyślałem, ale poczułem głęboko w środku. Przez chwile było bardzo mistycznie. Ale szybko wszystko wróciło do  normy – znów byłem zrzędliwym, zmęczonym włóczęgą.
     Fajnie będzie wspominać tę wycieczkę, ale teraz nie ma w niej nic ciekawego. Jest tylko wszechogarniające uczucie bezsilności.

później
     I nic i nic i nic i nic.
     Stoję przy zjeździe ze stacji, jedyny i unikalny alien na całej tej planecie, to czekanie wydaje się jak wieczność, czas jest długi, ciągnący się i obcy. Upał. Chyba ze czterdzieści stopni. Oślepiające słońce. Suchość w ustach, piekąca skóra, lekko opuchnięte oczy, głód.
     Czy istnieje uniwersalna miłość i harmonia? Czy wszechświat jest tylko bezosobową maszyną? Czy moje koszmary, te najgorsze - że życie to tylko sen, a prawdziwa rzeczywistość to walka o punkty, dobra karma, zła karma, żadnej przyjaźni, żadnej bezinteresowności - są prawdą?
     To też mistyczne przeżycie. Doświadczenie wyobcowania i separacji od wszystkiego i wszystkich. Nie wiedziałem, że ta droga da mi tyle odlotów. Ostatnie dwa dni na tej stacji są uwieńczeniem tej podróży. Piszę to w połowie serio, w połowie ironicznie.
     Czy lekcją z tej drogi ma być samotność? Nie ma prawdziwej komunikacji między ludźmi, a tzw. miłość i przyjaźń to po prostu iluzja i narkotyk, żeby nie czuć tak bardzo swojego więzienia?
     Nie chcę tak myśleć, ale każda minuta tutaj jest jak uderzenie bezosobową pięścią.
     Upał.
     Czas.
     Przestrzeń oddzielająca mnie od domu i zrozumienia.
     Czuje się jak Indianin na swoim pierwszym Vision Quest. Zaraz powinny przylecieć sepy, a w końcu, kiedy przyjdzie oświecenie, zjawi się zwierzę, które będzie od tej pory moim opiekunem. Wkrótce wrócę do mojego plemienia z nowym imieniem. Będę cały i spójny.
     Niech coś się wydarzy.
     Teraz.
     Czuje, że ta chwila zawiera bardzo ważną lekcję, ale nie rozumiem jaką.
     Niech to będzie coś pozytywnego. Może mam nauczyć się, jak przebić się przez obcość i nauczyć się dostrzegać duszę w innych i w sobie?
     Brązowieję. Słońce wczoraj i dziś jest naprawdę hiszpańskie. Gorąco i głodno. Zostało mi jeszcze trzynaście euro (nie licząc dwudziestki, którą zostawiłem na Polskę). Muszę oszczędzać, jak na razie nie ujechałem daleko. Później kupię trochę chleba i jogurt.
     Ciekawe, czy to czują astronauci.
     Ciekawe, co czuje kierowca, który zasalutował mi drwiąco.
     Ciekawe, kiedy będę się z tego śmiał.
     Oprócz tego czuję jeszcze gniew. Gniew na Hiszpanów, że są tacy prostaccy i pozbawieni empatii. Chcę walczyć z tym uczuciem, dlatego przypominam sobie tę kobietę, której przypominałem syna i tych dwóch facetów, którzy podwieźli mnie tutaj i postawili śniadanie. I wielu innych.

Na drodze bezludnej
w żarzącym upale
pochylił swą głowę zgnębiony
na piersi wychudłej
ostatnim gestem...

... to miał być auto-humor, ale mi nie wyszedł. Może nie jest mi do śmiechu?

wieczór
     Dobrze, że spotkałem chłopaków, zawsze to raźniej, a poza tym podjadłem i to dobrze (jak na obecne warunki). Z wegetariańskich rzeczy mieli zupkę chińską, ogórki konserwowe, cebulę, musztardę, a ja dokupiłem chleb i ser. Ale uczta! Jutro mają dostać zlecenia i mam nadzieje, że dostaną je szybko i w stronę domu!
     Nie wierze, że coś tutaj złapię. Co najwyżej udar słoneczny.

17.05.2004,  Jadę!
     Good bye Spain! Myślałem, że zostanę tam do końca życia, ale jednak udało się. I to nie z Polakami, jak myślałem, ale Dave, Anglik z którym rozmawiałem pierwszego dnia, przyjechał sprawdzić, czy ciągle czekam. Kiedy mnie zobaczył, to powiedział, że nigdy nie bierze autostopowiczów, ale nie może mnie tutaj zostawić, widząc, że czekam trzeci dzień. Czyli są dobrzy ludzie. Jedziemy do Francji. We Francji będzie już łatwiej, więcej polskich tirów i przede wszystkim bliżej. Dave dał mi namiary do siebie i zaprosił do domu pod Londynem.

18.05.2004, pod Lyonem
     Podróży za jeden uśmiech ciąg dalszy. Siedzę na pace tira i jak wszystko pójdzie dobrze, to dojadę do samej Polski. Dostałem się tutaj z francuskiej granicy z pewnym Polakiem, który załatwił mi przez CB kurs do Lyonu, ale zgubiliśmy tamtego tira, więc zostałem tutaj.
     Zacząłem szukać i z pewną dozą nadziei podszedłem do polskiego tira w podwójnej obsadzie. Powiedzieli, że nie mogą mnie zabrać, mogliby mieć problemy. Poczęstowali mnie za to chlebem, a inny polski kierowca, jeżdżący tirem z irlandzkimi rejestracjami, dołożył jeszcze sera i zaproponował, że jeśli chcę, może mnie zabrać do Dublina. Podziękowałem i poszedłem usiąść gdzieś pod drzewem i zjeść prowiant zesłany przez los.
     W połowie posiłku podeszli do mnie Polacy "od chleba" i powiedzieli, że naradzili się i  nie mogą mnie tak zostawić - krajanie muszą się trzymać razem - jeśli chcę, mogę wsiadać na pakę.
     Myślałem, że w XXI jest to niemożliwe wieku, gdzie wszystko jest kontrolowane i ograniczone setkami zakazów.
     Siedzę już w środku. Doceniam to, że zaryzykowali, przecież mogliby mieć niezłe problemy, jeśli natknęliby się na kontrolę. Zostawili mi mały otwór w plandece, żebym nie był całkiem zamknięty i poprosili, żebym nie wychylał się za bardzo. Nie ma sprawy. Życie nabiera barw.
     Ruszamy.

19.05.2004, gdzieś pod Norymbergą
     Chłopaki zasuwają jak pershingi, przerwy dwuminutowe na siusiu i nie ma, że boli. Ciekawe jak wyglądają ich tachometry, nie wierzę, żeby nie ściemniali. W tym tempie przed wieczorem będziemy już w Zgorzelcu i tam może jeszcze dziś coś złapię, a jeśli nie, to rozłożę namiot i od jutra znów powalczę.
     Ale upał. Wprawdzie nie taki jak wczoraj, ale i tak siedzę w samych slipkach i wystawiam twarz na wiatr z otworu w plandece. Jest tutaj jak w szklarni na kółkach.
     Kiedy dojedziemy do Zgorzelca, zmienię ciuchy na jakieś mniej usyfione, bo wyglądam, jakbym pracował na kopalni. Ciężko by mi było coś złapać.
     Nie mam za bardzo o czym pisać, jestem wykończony, ale myśl, że to już końcówka, podtrzymuje mnie na duchu. Żywię się tylko chlebem i cebulą, to jedyne wegetariańskie potrawy, jakie mają moi gospodarze, ale nie narzekam. Z musztardą smakuje jak nektar.

wieczorem
     Wrocław. Siedzę w pociągu do Katowic, w domu będę jutro rano. Dawniej myślałbym sobie, że czeka mnie długa droga ale teraz odległość i czas wyglądają inaczej. Mam wrażenie jakbym był na spacerze i tę trasę mógłbym pokonać w kapciach i szlafroku.
     Dobrze, że zachowałem to dwadzieścia euro. Kupiłem bilet do domu, reklamówkę jedzenia, oszronione Tyskie i ostatni numer Angory. Żyć nie umierać.
     Jutro rano zobaczę się z Tanią i wszystkimi.
     To była dobra podróż.


Monday, 20 May 2013

Cygańska pokusa



     Coraz bardziej mnie ciągnie na nową wyprawę. Dziś rano obudziłem się z pomysłem na leitmotiv tej podróży - wziąłbym kamerę i nagrywał spotkania i opowieści ludzi na potkanych po drodze. Bez kasy, na plecach ukulele (utrzymywałbym się z grania na ulicy), śpiwór, namiot, no i stopem - nie, nie zwariowałem, robiłem to już wcześniej:). Zacząłbym od Skandynawii, mam sentyment, Na pewno Dania, może Szwecja, a stamtąd w dół: Francja, Hiszpania, może Portugalia, no i powrót.
     To nie jest tak, że ogarnął mnie żar przygody. Prawdę mówiąc jestem przerażony ideą rzucenia się w świat, w tym momencie. Chciałbym jednak to zrobić, żeby wyłamać się z tego emocjonalnego i myślowego kanału, w jakim utknąłem ostatnio - kanału, w którym jestem nieudacznikiem, bez wiary w siebie, ani w ludzi. Znów złapać ten klimat, co kiedyś, otworzyć się na podszepty Duszy Wszechświata, polegać na mistycyzmie Drogi.
     Przy okazji zrobić ten film, no i oczywiście dużo zapisków, z których może wykluła by się jakaś niewielka książka z podróży. Co do filmu, potrzebowałbym pomocy przy edycji, no ale to już szczegół, ktoś się znajdzie.
     Pomysł jest, pora roku też dobra. Teraz jeszcze tylko przekonać Tanię, że nie zginę po drodze z rąk zbójców, ani że nie zgwałci mnie gang krwiożerczych feministek. Zaczekam z tym do powrotu z komunii Szymka. Za tydzień. No i jeszcze kwestia, czy nie stchórzę, albo czy nie ogarnie mnie leń. Zobaczymy. Na razie wczuwam się i przygotowuję psychicznie.

Saturday, 18 May 2013

Marudzenia

















     Już wieczór. W telewizorze w kuchni jakiś koncert czy recital. Tania wyszywa koszulkę indiańskimi wzorami. Palimy w piecu, żeby nagrzać bojler, wezmę prysznic na wieczór.
     Dzień był w miarę w porządku. Od wczoraj byłem w dobrym nastroju, rano biegałem nad rzeką, to już trzeci dzień joggingu, fajnie poczuć jak serce mocno bije, nawet zakwasy są w pewien sposób przyjemne. Na blogu spotkałem miłą dziewczynę. Zostawiła parę komentarzy u mnie, zajrzałem z ciekawości i spasowała mi swoim klimatem, otwartością i młodością. Przydałoby się na co dzień spotykać takich ludzi, w realu, a nie w sieci. W Krakowie trochę tak zaczynało być.
     No a później nastrój zaczął mi opadać błyskawicznie. Poszedłem do ogródka, ćwiczyłem „Sun Is On My Side” Gogolla Bordello na ukulele, wypaliłem fajkę, wypiłem piwo, dla ukojenia nerwów, ale wcale nie zrobiło mi się lepiej. Rozrzedziłem sałatę na grządkach. Później ciężkie sprawy: X ma kolejny romans, Y jest załamana, a ja nie mam siły się w to mieszać. Nawet gdybym chciał, i tak nie pomogę. Tanię też to zdołowało, szkoda jej Y. No a do tego standardowe zmartwienia nasze: co dalej? Skąd wziąć kasę? Jak spłacić długi? Czy uda nam się pozbierać na tyle, żeby wziąć się za jakąś pracę, czy też mamy rozwiać się w powietrzu, jak duchy, skoro nie ma dla nas miejsca nigdzie? Ależ nudne są już te rzeczy. Przeszedłbym dalej, gdzie czeka na mnie inny set prolemów, te mi się okrutnie już przeżarły.
     Wygrzebałem z dna szafy stare DVD z „Archiwum X”. Wrzucam teraz na laptopa wszystkie odcinki (oczywiście do sezonu siódmego – po odejściu Duchovnego, nie interesuje mnie, co tam się dalej dzieje:) i może wejdę w historie Muldera i Scully, jak kiedyś.
     Cholernie jestem nieszczęśliwy tonight.

* * *

Mówili – jakby co, to pisz wiersze.
Kiedy w duszy zamiast prerii i bizonów
ciasny pokój bez zbędnych ozdób
oraz tlenu dosyć na jeden płytki oddech,
to najlepiej piórem stworzyć sobie świat.
Moi aroganccy, choć ukochani przyjaciele –
to tak nie działa.
Kiedy dusza głęboka tylko na stopę,
poezja nie sięgnie krainy wnętrza Ziemi,
ani nie pofrunie na Księżyc.
Tuż pod podszewką rzeczywistości
będzie wsłuchiwała się w kroki
i nieśmiało marzyła o nieograniczoności.

Friday, 17 May 2013

Rozdział 12

   

 













     Nie wierzę w to:)
     Dziś skończyłem ostatnią scenę dwunastego rozdziału Najstarszych. Tak się bałem kolejnego podejścia do skończenia tej książki, powstrzymywałem się ponad dwa lata, a okazuje się, że jakoś to idzie, zrobiłem w tydzień cały rozdział. Przyznaję - bez natchnienia i twórczych ekstaz, ale jednak krok po kroku do przodu. Zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog, razem będzie około 600 000 znaków ze spacjami, czyli niezła cegła.
     Najważniejsze to skończyć pierwszy szkic, nawet jeśli miałoby to przypominać streszczenie a nie faktyczną powieść. Chodzi o świadomość, że "najgorsze za mną". A później szlifowanie, dopracowywanie, łatanie dziur - to moja ulubiona część.
     Najważniejsze - dyscyplina.
     Rano, nawet przed śniadaniem przynajmniej jedna scena. To samo po południu bądź wieczorem. Tak że dziennie od dwóch do czterech scen da się zrobić. W tym tempie miałbym pierwszy szkic najpóźniej do lipca, albo patrząc realniej do sierpnia.
     Na zdjęciu jeden z bohaterów. Ktoś rozpoznaje gębę? ;)

Wednesday, 15 May 2013

Sanatorium (sen)

     Jeden z tych realistycznych snów, które przylepiają się na długo. Smutny nastrój, utrata, może dobry pomysł na opowiadanie.





















Sanatorium
(sen)

     Wyglądam zmęczony za okno, gdzie nad głową wzeszła już zielononiebieska Ziemia. Ciężki dziś był dzień. Sporo turystów, których trzeba było oprowadzić po księżycowej bazie. Tania kończy sprzątać korytarze i pokoje z papierków po batonach, niedojedzonych hot-dogów, butelek po coli. Słyszę, jak ktoś otwiera zewnętrzne drzwi. Zastygam ze strach, kiedy tlen z bazy ucieka z hukiem, a do środka wdziera się kosmiczny mróz. Trwa to tylko chwilę, drzwi się szybko zamykają, ale wystarczy, żebym prawie stracił przytomność. Drzwi zamykają się i powietrze wraca do normy. Idę sprawdzić, czy wszystko w porządku z Tanią. Jest. Siedzi na ławce i ciężko dyszy.
     - Co za idiota projektuje kosmiczną bazę bez śluzy powietrznej? – mówię chyba już po raz milionowy. Za każdym razem kiedy ktoś wchodzi, czy wychodzi, tracimy atmosferę. A co, jeśli ktoś w ogóle zapomni zamknąć drzwi? Będzie po nas.
     W tym momencie znów słyszę syk rozsuwających się drzwi. Znów tracimy powietrze. Tym razem trwa to długo, zbyt długo. Przewracam się na podłogę, obok pada Tania. Leżymy, próbując złapać choć łyk powietrza. Czuję, że tym razem to koniec. Mróz ścina moje oczy. Tuż zanim umieram, widzę kilka postaci w mundurach. Nie mają skafandrów. Jak udaje się im przeżyć?

     Ku swojemu zdziwieniu odzyskuję przytomność. Klęczę na wielkim placu, otoczony tłumem podekscytowanych ludzi. Rozglądam się dookoła. Za mną stoi jakiś człowiek. Elegancki garnitur, na głowie kaptur kata. Z głośników rozlega się głos:
     „Witamy wszystkich na egzekucji groźnego kryminalisty. Po latach więzienia Zapomnienie, w makiecie księżycowej bazy, gdzie przechodził karę ciągłego zagrożenia, dziś nadszedł dzień zakończenia wyroku. Śmierć przez rozstrzelanie. Niech umrze z godnością!”
     Tłum odpowiada entuzjastycznym rykiem. Skandują coś. Z trudem rozróżniam słowa: „Z godnością! Z godnością!”
     Boże, jak bardzo się boję. Zaczynam płakać, kładę się na ziemi i błagam o litość, czuję ciepło w kroku – oddałem mocz. Tłum wrzeszczy z dezaprobatą. Kat podnosi mnie na kolana i szepce do ucha:
     - Pokaż, że jesteś mężczyzną. I tak umrzesz, ale umrzyj z godnością.
     Dochodzi do mnie, że to koniec. Zmuszam się do opanowania. Głęboko oddycham. Skoro i tak po mnie, to równie dobrze mogę to przyjąć z odwagą. Wstaję i wyprostowuję się dumnie. Uspakajam oddech. Tłum cichnie. Rozglądam się dookoła, tym razem spokojnie. Czuję z tyłu głowy nacisk lufy pistoletu.
     - Mogę mieć chwilę na modlitwę? – pytam. Kat odsuwa pistolet. Mówię tylko „Hare Kryszna” i odwracam się do mężczyzny. – Już.
     Tłum mruczy z aprobatą.
     Znów dotyk lufy na głowie. Jestem gotowy.
     Zamiast strzału, czuję nagle ogromną ulgę, oczyszczenie. I nie tylko to – wraca pamięć.

     Tłum znika. Zostaję tylko ja, mój kat, który wcale nie jest katem i kilku zatroskanych lekarzy. Ze smutkiem przypominam sobie, kim jestem i co tutaj robię. Nie jestem żadnym kryminalistą. Jestem po prostu chory – żyję w świecie swojej wyobraźni, jestem szaleńcem, nie pamiętającym nic ze swojego prawdziwego życia. Mieszkam w sanatorium, gdzie jest nas wielu. Do niedawna nasza choroba wydawała się nieuleczalna, lecz ktoś wymyślił eksperymentalną terapię – kontakt ze śmiercią. Okazało się, że kiedy pacjent przezwycięży strach przed śmiercią, wraca mu pamięć i normalność. Niestety nie na zawsze. „Wyleczenie” trwa zaledwie od kilku minut do kilku godzin. Przypominam sobie kilkadziesiąt ostatnich razy, kiedy w ten sam sposób – przezwyciężając śmierć, udało mi się przez chwile znów być sobą.
     Podchodzi lekarz. Klepie mnie po plecach.
     - Jak się pan czuje?
     Wzruszam ramionami.
     - Jak zwykle. Dobrze. - Patrzę na niego z nadzieją. – Udało się wam?
     Jak wiele razy wcześniej, lekarz opuszcza wzrok i kręci głową.
     Znów wzruszam ramionami. Przyzwyczaiłem się trochę. Choć rozczarowanie pali.
     - Zaprowadźcie mnie do niej.
     Idziemy długim korytarzem, mijając w większości otwarte pokoje. Siedzą tam ludzie. Patrzą w ścianę pustym wzrokiem, poruszając bezgłośnie ustami, dając dowód widmowym rozmowom w ich małym, wewnętrznym świecie. Wreszcie dochodzimy.
     W jednym z pokojów siedzi Tania i patrzy martwo przed siebie. Siadam obok.
     - Jak z nią? – pytam.
     - Przywróciliśmy ją.
     - Kiedy?
     Lekarz milczy przez chwilę.
     - Kiedy? – powtarzam.
     - Jeszcze pół godziny temu była tutaj.
     Patrzę na jej nieobecną twarz. Za każdym razem, kiedy próbują ją ściągnąć, próbują też ze mną, żebyśmy mogli się spotkać, zsynchronizować, ale nigdy się nie udaje. Zawsze mijamy się o parę chwil.
     Chcę coś powiedzieć, ale zapominam co. Chcę powiedzieć coś innego, ale też mi ucieka. Czyli to już. Głaszczę ją po policzku. Nie reaguje. Odwracam się do lekarza.
     - To chyba już  - mówię.
     Chwyta mnie za łokieć i podnosi na nogi. Nie opieram się. Chwiejnie stawiam krok za krokiem. Odwracam się. Na łóżku siedzi jakaś dziewczyna. Wydaje się dziwnie znajoma. Ładna. Wychodzimy z pokoju. Patrzę na mężczyznę, który mnie prowadzi.
     - Kim pan jest? – pytam.
     Odpowiada coś, czego nie rozumiem. Idziemy powoli przez to obce miejsce.