Wednesday, 27 February 2013

Rzeczywistości alternatywne (sen)


















Rzeczywistości alternatywne
(sen)

     Jestem w domu, w mojej rodzinnej wiosce. Nagle tracę przytomność, by po chwili się obudzić. Patrzę na zewnątrz, na podwórko i widzę, że wszystko jest inne, jakby biedniejsze – ściany z odłupanym tynkiem, rozlatujący się płot, wyschnięte badyle na klombach, jakieś deski z gwoździami oparte o ścianę. Czyżbym cofnął się w czasie? Może to koniec lat ’70, zanim się tu sprowadziliśmy? Zauważam jednak kilka anachronizmów: współczesna zabawka w piaskownicy, nowoczesny rower. Zdaję sobie sprawę, że to nie przeszłość, ale rzeczywistość alternatywna. W którymś momencie coś poszło inaczej, niż w mojej rzeczywistości i z tej małej (bądź dużej) zmiany wyrosła odrębna realność.
     Odczuwam ogromną ciekawość. Kim jestem w tym świecie? Jak potoczyło się moje życie? Czy jestem z Tanią? Co z rodziną? Przyjaciółmi? Wszyscy zdrowi? Żyją? Wychodzę na zewnątrz, ale zanim udaje mi się kogokolwiek spotkać, znów tracę przytomność. Kiedy dochodzę do siebie, nadal jestem na podwórku. Tym razem jednak sceneria jest inna – wszędzie drzewa owocowe, niemożliwie dorodne jabłka, śliwki, gruszki, inne owoce, których nawet nie znam, pełno grządek z wielkimi warzywami, nie mieszczącymi się w czarnej, tłustej ziemi, ściany domu porasta winorośl, wiszą okazałe, pękające w słońcu winogrona. Brzęczą pszczoły, świergotają ptaki, powietrze przenika słodki, odurzający zapach owoców i kwiatów.
     Z domu wychodzi uśmiechnięta mama. Macha mi ręką, po czym zaczyna zbierać do koszyka owoce i warzywa. Podchodzę.
     - Skąd to wszystko? – zataczam łuk ręką. – Jak to możliwe? Coś z klimatem?
     Patrzy na mnie dziwnie.
     - Jak to skąd? To twoje dzieło. Od lat nad tym pracujesz – nawozisz, krzyżujesz, eksperymentujesz. Nikt w ciebie nie wierzył, ale miałeś swoją wizję, trzymałeś się jej, i teraz nikt nie ma takiego ogrodu. To cud.
     Rozglądam się po moim Edenie. Czuję radość i dumę, ale zaraz ogarnia mnie smutek. Przecież to nie moja praca. W mojej własnej rzeczywistości, nigdy nie miałem wizji, nigdy nic nie osiągnąłem, nie ma niczego, z czego mógłbym być dumnym.
     Chciałbym dowiedzieć się więcej, lecz znów tracę przytomność.
     Tym razem budzę się w domu rodziców. Meble są inne, niż pamiętam, ściany inaczej pomalowane. Mama się krząta przy garnkach, Szymon z Łukaszem oglądają coś w telewizji. A tata? Może w tej rzeczywistości ciągle żyje? Fajnie byłoby się znów spotkać.
     - Gdzie ojciec? – pytam niby od niechcenia.
     Wszyscy podnoszą głowy ze zdziwieniem.
     - Co to masz za dowcipy? Tata umarł w 1989. Atak serca w wannie – mówi mama z wyrzutem.
     W moim świecie zmarł w 2008.
     Rozglądam się po kuchni z ciekawością. Nie widzę żadnych zdjęć Ani. Widać w tej rzeczywistości nigdy nie przyszła na świat.
     Chciałbym mieć więcej czasu, zbadać ten świat dokładnie, ale nie dostaję szansy, znów tracę przytomność.
     Tym razem nie przenoszę się do rzeczywistości alternatywnej, ale wpadam do całkiem innego snu. Główny motyw to latanie. Wiem, że śnię, więc mogę robić, co chcę, nie ma granic. Jak zwykle w świadomym śnie, chcę sobie najpierw pofruwać. Unoszę się trochę, ale coś trzyma mnie przy ziemi. Kilka metrów do góry, z wielkim wysiłkiem i znów w dół, jakby ściągał mnie potężny magnes. Wkurza mnie to, bo wiem, że to tylko sen, nie mam tu wagi, co w takim razie trzyma mnie przy ziemi? To muszę być ja sam.
     Budzę się.

Monday, 25 February 2013

Pięć głupiutkich snów














Pięć głupiutkich snów

Kosmiczna awaria

     Mieszkam w bazie kosmicznej. W poszyciu kadłuba zrobiła się dziura. Ubieram skafander i wychodzę na zewnątrz. Mróz jest tak wielki, że pomimo skafandra parzy mnie cała twarz, usta, nos, skóra od razu pokrywa się warstewką lodu. Na granicy śmierci szybko udaje mi się załatać dziurę od środka. Robię to w ten sposób, że przykładam rękę do otworu, a uciekające powietrze zamarza, w końcu całkowicie blokując wyciek. Teraz muszę wyjść na zewnątrz i założyć łatkę. Na zewnątrz okazuje się, że ktoś już to zrobił. A przecież na stacji jestem tylko ja. Podejrzewam, że to jakiś obcy.
     Jakiś czas później jestem na nieznanej planecie. Mieszkam w szczelnym, tlenowym namiocie, na zewnątrz którego panuje straszliwy mróz, a powietrze nie nadaje się do oddychania. Napada mnie lokalne zwierzę, podobne do tygrysa. Nie mogę do niego strzelić, bo otwarcie namiotu oznaczałoby śmierć (a gdzie skafander? Bez sensu:)

Flirt z Sigourney Weaver

     Jestem w autobusie pełnym dzieci, wybierających się na wycieczkę. Ich opiekunką jest Sigourney Weaver. Rozmawiamy w zrelaksowanej atmosferze. Żartuję sobie z niej, nazywam ją „Alien”, ale wreszcie przyznaję, że jako nastolatek byłem w niej zakochany. Śmieje się zadowolona, pochlebiłem jej. Później opowiadam jej o Camino de Santiago, ale w trakcie opowieści Sigourney zamienia się w inną kobietę, którą w ogóle nie interesują moje hiszpańskie przygody.

Szafot

     Jestem w Kopenhadze. Za jakieś przestępstwo zostaję skazany na śmierć. Czuję wielki smutek i bezsilność w zetknięciu z potężną, biurokratyczną machiną prawa. Ogarnia mnie rozżalenie, że zostanę zabity, aby spełnić wymogi martwego prawa, nie ma znaczenia kim jestem, co myślę, co czuję, o czym marzę, za czym tęsknię. Nie ma żadnego wyjścia, już po mnie. Uświadamiam sobie bezsens i nieludzkość idei, że przepisy prawa mogą być ważniejsze od żywej materii duszy, osobowości. Leżę na pryczy i płaczę.

Melancholia

     Spaceruję z Tanią po dziwnym, niepokojącym mieście. Spomiędzy drzew wygląda nienaturalnie wielka tarcza księżyca. Patrzę na nią z lękiem. Boję się nie tylko jej rozmiarów, ale też tego, że całkowicie inna jest rzeźba kraterów, które układają się w niesympatyczny uśmiech. To druga strona księżyca, do tej pory odwrócona do nas plecami. Ten uśmiech zawsze tam był. Zdaję sobie sprawę, że czeka nas koniec. Księżyc wypadł z orbity i zbliża się do Ziemi, w bezwładności odwracając do nas ciemną dotychczas stronę. Pokazuję Tani.
     - Widzisz?
     Potakuje i przytula się mocno, jakbym mógł ją ochronić. Boję się i jest mi przeraźliwie smutno.

Niedźwiedź

     Jestem w domu na wsi. Pod okno przyplątuje się niedźwiedź. Nie za wielki, i nie otwarcie wrogi, ale uparty, silny i obcy. Wiem, że jeśli zechce, może wyrządzić mi krzywdę, nie ma w nim strachu, a dla mnie nie ma ucieczki. Zerkam za okno. Niedźwiedź już wspina się po rynnie. Słyszę, że coś do mnie mówi. Jest to starożytny język niedźwiedzi. Wiem, że to gatunek bardzo nam obcy w swojej świadomości, ale jednak rozumny. Żałuję, że nie znam języka, choć coś mi mówi, że bariera gatunkowa jest zbyt wielka, żebyśmy mogli się porozumieć.





Sunday, 24 February 2013

Polska - Księżycowy terrorysta




1
Ponad dwadzieścia lat przeszło
Jak nastała wolność
Zrzuciliśmy obce jarzmo
Rozpędzili ciemność

Buha ha ha, wolny rynek,
Misja pokojowa,
Z Waszyngtonu przybył cesarz
A w Krakowie zamilkł dzwon

2
Gdzieś tam w radiu populiści
Krzyczą o ojczyźnie
Że zdradzona, że tu Żydzi
Geje, komuniści,

Unia, krzyże i mohery,
Zwolennicy ganji
Z jednej strony mord katyński
A w mtv soft porn gra

3
Na uniwersytach rosną
Chciwi konformiści
Nikt nie czyta już Homera
Nie zna Kropotkina

Coca-cola, diablo cztery,
McDonalds, Tupolew,
Polska nie zagra w finale,
A w Toruniu lata cyrk

4
Z polskiej ziemi globtrotterzy
Funty i dolary
Na Londyńskiej ławce kloszard,
Przybył spod Warszawy

Tralalala, Wieża Eiffla,
Golonka i piwo,
Magda Gessler, Wojewódzki,
Ciemny Cygan czyli Rom

5
Usiądz ze mną ma dziewczyno
Napijmy się wina
Kiedyś może się przemieni
Smutna ta kraina

Pif paf hej ho, hej dziecino
Marzenia nie giną
Niech nas jutro uratuje
Tytus albo Janek Kos

* * *
Muzycznie to interpretacja kawałka finskiego artysty, Paleface - Helsinki - Shangri-la, tekst i wykonanie własne.

Friday, 22 February 2013

Dziura w bucie






















Dziura w bucie


21.02.2013 Kraków

     Zimno jak cholera, ale i tak wybraliśmy się na wieczorny spacer. Ubrałem kalesony i wełniany sweter pod spód, tak, że nie było źle, ale Tanię trochę wyziębiło, a w dodatku podeszwa się jej oderwała i tak klepotała po mieście ze skarpetką na wierzchu, bidulka, dobrze, że ma jeszcze jedną parę. 
     Ładnie było, choć wczoraj wieczorem, kiedy padały wielkie, powolne kryształy śniegu, to było jeszcze ładniej. Przeszliśmy przez rynek, na Planty, w stronę Wawelu, a później pod Muzeum Narodowe, na 159-tkę, która zawiozła nas pod sam blok, na Miechowity. Teraz Tania ogląda na laptopie program National Geographic o katastrofie smoleńskiej, a ja oderwałem się od szalonego i krwawego serialu (Breaking Bad), żeby parę słów naskrobać. 
     Pracy ciągle nie mamy. Codziennie chodzimy do biblioteki albo kawiarni na internet, żeby wysłać parę CV. Z kasą kiepsko. Zostało nam jakieś czterdzieści złotych plus dwadzieścia złotych zaskórniaka, które zaczaiłem na czarną godzinę. Dobrze, że mamy trochę ryżu, mąki i jakiejś fasoli, będziemy to gotować, jakoś przetrwamy. Zresztą dobrze nam zrobi dla zdrowia może, jeśli nie będziemy się obżerać, zero słodyczy, czy smażonek, skoro nas nie stać. 

     Mam trochę cięższy dzień, jeśli chodzi o stronę motywacyjną. Staram się trzymać głowę do góry, ale dziś jakoś bardziej się martwię naszym życiem – jaką pracę znajdziemy (jeśli w ogóle jakąś), skąd wziąć na życie, czy damy sobie rady, jak wygospodarować czas na nasze projekty twórcze, skoro ni ma na chleb, etc. No i jeszcze echa starych marzeń, które jakby wyblakły, ale ciągle gdzieś tam się odzywają – czy jeszcze znajdę prawdziwych przyjaciół, towarzystwo twórczych, mądrych ludzi, plemię, ogień…



Sunday, 17 February 2013

Dobrej nocy, friends


Breathe Me by Sia on Grooveshark

Dobrej nocy, friends

15.02.2013 Kraków

     Wieczór. Nie wiem skąd to uczucie. To nie do końca Coma z kawałkiem „Spadam”, bo czułem się już tak wcześniej, już w wannie, kiedy z głośników piała Sia, „Breath Me”, albo jeszcze wcześniej, na mieście, kiedy słyszałem tylko szum samochodów, iskrzenie tramwajów i ludzki gwar. Może ten program o Agnieszce Osieckiej? Wzruszyła mnie szczerość, prostota i młodzieńcza, niewinna radość, emanująca z jej słów i postawy, pomimo siwych włosów i drżących dłoni. Od dziś zajęła dla mnie honorowe miejsce u boku Gałczyńskiego i Jeremiego Przybory.
     Odzyskuję siebie. Dwa cholerne lata mi to zajęło, setki dni oszołomienia, niepewności i niezrozumienia, których nie zamieniłbym jednak na nic. I teraz wreszcie zaczyna wracać spokój i sens istnienia. Jeszcze mam momenty zagubienia, cichej desperacji, fragmentacji, ale są coraz rzadsze, bledsze, niestraszne. Czy to ta wyczekiwana integracja wtórna Dąbrowskiego? Na to wygląda. Kolejny etap za mną.
     Dziś wieczorem czuję wdzięczność, nostalgię, spokój, dumę, nadzieję, zdziwienie, niedowierzanie (że życie jest magiczne, że pod podszewką rzeczywistości kryje się mądrość, że udało mi się przebrnąć przez to wszystko i że jeszcze tyle niespodzianek).
     Tania włączyła mix „na smutno”. Akurat zaczął się celtycki kawałek, z płyty „Celtic Tale”. Pierwszy raz usłyszeliśmy to w Coo, w kantabryjskich górach, jedenaście lat temu. Przez tydzień padał deszcz. Z namiotów uciekliśmy do przytulnej, górskiej chatki, zostawionej dla nas przez właścicieli, którzy wyjechali na wakacje. Oblazło nas po kilkadziesiąt kleszczy, które wybieraliśmy sobie nawzajem z nagich zakamarków przez kilka godzin, a później na spacerze w górach zaatakował nas wściekły byk, uciekaliśmy ile sił w nogach, a Tania rozpłakała się ze strachu. Pamiętam smak domowego chleba i truskawek z grządki. Jednej nocy kochaliśmy się pięć razy, jakbyśmy mieli nazajutrz umrzeć. Aż w końcu spakowaliśmy plecaki i ruszyli wąskimi, kamiennymi uliczkami na przystanek autobusowy i z powrotem do naszego ówczesnego domu, pod Madrytem, gdzie czekało nas trochę bardziej i mniej radosnych przygód.
     Dobrej nocy, friends. Hare Kryszna.

Friday, 15 February 2013

Życie Pi



















Życie Pi

14.02.2013 Kraków

     Z powrotem w Krakowie. Tania przeziębiona, tak że sam dziś łaziłem po mieście, załatwiałem sprawy. Wydrukowałem nasze CV w piętnastu kopiach, na początek powinno wystarczyć, dorobiłem klucze, przedłużyłem bilety miesięczne, doładowałem Tani telefon, byłem u dentysty, no i dom. 
     Tania zdrzemnęła się na „gombie” (ni to gąbka, ni to materac, ni to kanapa, fajna sprawa). Ja włączyłem „Życie Pi” i całkowicie wsiąkłem. Cudowny film. Pod każdym względem – wizualnym, aktorskim, uczuciowym, filozoficznym i duchowym. Z filmami mam tak, że daję im szansę przez pierwsze kilka, kilkanaście minut. Wtedy decyduję, czy mam zaufanie i otworzę serce, czy też wyczuwam zgrzyty tu i tam, więc oglądam i tak, ale z lekkim niesmakiem i na koniec jestem zmęczony. „Życie Pi” zdobyło moje zaufanie w pełni. 

     Czytałem kiedyś książkę, chyba z dwanaście lat temu. Pewnej zimy zajmowałem się górską bacówką i tak się jakoś złożyło, że którejś nocy byłem zupełnie sam – środek lasu, najbliższa wioska dwie godziny drogi, żadnych turystów, Tani też nie było. Nie było też prądu, a że duch we mnie strachliwy, to spędziłem całą prawie noc przy świeczce, czytając tą książkę. Pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, choć z fabuły zapamiętałem tylko chłopca i tygrysa na łodzi.
     Film mnie chyba bardziej poruszył. Może dlatego, że dotyka tematów, które teraz akurat są mi bliskie. Na przykład Bóg, którego chyba pojmuję podobnie jak bohater filmu – bardzo uniwersalnie. Jak to powiedział w filmie? „Wiara to wielki dom, w którym jest wiele pokoi”? Coś w tym rodzaju. 

     Na samym końcu Pi pyta swojego słuchacza, którą historię woli (nie rozwijam tego, nie chcę psuć filmu tym, co nie oglądali). Ten odpowiada, że woli tą z tygrysem. „This is just a better story”. Wtedy Pi odpowiada: „Tak samo jest z Bogiem”. Nie wiem, czy uchwyciliście ten moment. Zrozumiałem to w ten sposób, że może Bóg jest, a może go nie ma, jednak możliwość, że istnieje, jest o wiele bardziej pociągająca („just a better story”). Trochę podobnie jest ze mną. Moja wiara nie jest niezachwiana, ortodoksyjna, czy dogmatyczna, nie mam logicznych argumentów na istnienie Boga. Jednak idea wszechświata, którego źródłem jest świadomość, a nawet głębiej – miłość, ta idea wygrywa na całej linii z koncepcją wszechświata bezosobowego, zimnego, przypadkowego. Która z nich jest prawdziwa? Nie mam pojęcia (choć serce ciągnie mnie w stronę teizmu). Jeśli wszechświat jest przypadkowym tworem, a nasza świadomość zaledwie nieskończenie króciutką fluktuacją, fałdką na materii doskonałej pustki, wtedy i tak nie ma znaczenia, co myślę. Jeśli jednak świat postrzegany zmysłami jest tylko małym wycinkiem rzeczywistości, poza którym istnieje duchowy kosmos oparty na porządku, opartym na świadomości, opartej na miłości, to wtedy jak pasjonującą i ciekawą jest nasza wędrówka przez życie! Szukanie sensu, próba zerknięcia „pod spód” codzienności, i trening serca, ćwiczenie go w sztuce poświęcenia, miłości, w szukaniu Stwórcy, „leap of faith”, który może przenieść nas z racjonalności, ze świata trójwymiarowego, rządzącego się znanymi, stosunkowo prostymi prawidłami, do trans-racjonalności, do krainy, która jest naszą ojczyzną, której szukanie nadaje sens i smak naszej egzystencji.

     Filozoficznie to brzmi, dla niektórych pewnie też naiwnie (w świecie, w którym cynizm mylony jest tak łatwo z mądrością, nic dziwnego). A prościej? Lubię prostą wiarę, sprawia mi radość prosta, nie zarozumiała modlitwa. Pociąga mnie charakter osób, które porzuciły ego, rozwinęły spokój, pokorę i współczucie, oraz rozbudziły w sobie przywiązanie do Wielkiego Ducha. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć.
     „Życie Pi” to naprawdę dobry film. Bardzo poetycki i uniwersalny. Polecam.

Thursday, 7 February 2013

Mr. Bobby (Manu Chao cover)

Po dłuższej przerwie mam dla was coś nowego: cover mojej ulubionej piosenki Manu Chao - "Mr. Bobby". Tekst w dosyć wolnym tłumaczeniu, jeśli chodzi o ducha Manu, to mam nadzieję, że zachowałem wiernie:)

 Mr Bobby (Manu Chao)

1
Czasami śnię, że nie mogę zbudzić się
Czasami czuję się tak sam
Czasami śnię o tym dzikim świecie
Czasami czuję, że mnie nie ma, nie

Ref:
E, Bobby Marley
Zaśpiewaj mi jeszcze raz
To jest szalony świat
I tak tak szybo ucieka czas

2
Dziś wieczorem śnię o miłości i przyjaźni
Dziś wieczorem mówię: pewnego dnia
Pewnego dnia spełnią się wszystkie marzenia
Jak Bobby powiedział mi w moim śnie

Ref:
E, Bobby marley…

Wednesday, 6 February 2013

Odwaga


     Kiepsko u mnie z odwagą. Ostatnio bardziej to widać, przy niedawnych wydarzeniach, depresji, zmaganiu się z lękami. Ale wcześniej też. To, co urodzonym wagabundom, wolnym duchom przychodzi łatwo – zmienianie miejsc, wyzwania, podróże, ryzyko,  u mnie było świadomym wysiłkiem. Jakaś część mnie tęskniła za wolnością, odwagą, wyzwaniami, nieznanym, marzyła o spaniu pod gwiazdami w obcym kraju, graniu na ulicy, zaprzyjaźnianiu się z szemranymi dziećmi ulicy. Ale druga część trzęsła portkami. Zwykle nie dopuszczałem jej do głosu, ale w różnych kryzysach mogłem słyszeć: „a nie mówiłem?”. Na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy gang marokańskich dzieciaków pobił mnie w nocy na plaży i zabrał całą kasę. Leżąc na rozgrzanym piasku, czując smak krwi z rozbitej wargi i dotyk zimnego ostrza na gardle, myślałem, że to może być koniec i w tamtej chwili uznałem, że wszystkie moje decyzje były głupie (skoro skończyłem tak idiotycznie). Po prostu głupi, skopany dzieciak na obcej ziemi. Albo wtedy, gdy spałem głodny i brudny w opuszczonych ruinach pod Murcją, w błocie, w deszczu, psy rozpaczliwie wyły, duchy szemrały mi koszmary do ucha, a ja wiedziałem, że czeka mnie jeszcze dwa tysiące kilometrów drogi do czystej pościeli, prysznica i ciepłego posiłku, jeśli w ogóle nadejdzie ten pieprzony ranek. Też wcale się nie cieszyłem. Albo w Kopenhadze, gdy nawtykałem szefowi i straciłem miłą, spokojną, dobrze płatną pracę o świetnych godzinach, żeby zaraz później wylądować w Dublinie, w piekielnej restauracji Krwawej Mary, gdzie przez kilka miesięcy byłem białym niewolnikiem wrednej czarownicy, która jednym słowem potrafiła doprowadzić dorosłych facetów do płaczu (widziałem to na własne oczy). 
     W tych chwilach moje tchórzliwe alter ego bezczelnie kwestionowało mój styl życia. „Niedojrzały”, „głupi”, „nieodpowiedzialny”, „eskapista” – słyszałem za uszami. - „Patrz, do czego doprowadzają twoje decyzje”. Czasami ciężko było nie uwierzyć. Kiedy kilka lat temu straciłem na kilka nieskończenie długich godzin zmysły po eksperymencie z magicznymi grzybami, nie miałem wątpliwości, że jestem największym idiotą, który poszedł o jeden krok za daleko.
     A jednak… Szperałem dziś po starych wpisach na blogu, czytałem fragmenty dzienników sprzed dekady i czułem ogromną satysfakcję. Niczego nie zrobiłbym inaczej. Może dałbym sobie spokój z grzybami, ale to jedyna rzecz, z której bym się wycofał, za dużo mnie to kosztowało. Co z resztą? Co by ze mną było, gdybym od początku słuchał mojego wystraszonego „ja”? Gdybym nie zebrał się na odwagę, nie rzucił wszystkiego, żeby zostać mnichem? Gdybym nie posłuchał cygańskiego wezwania i nigdy nie ruszył z akordeonem na ulice Europy? Jakoś smutnie by to wyglądało. Pewnie nie słuchałbym wtedy Manu Chao (który przejmująco śpiewa mi właśnie w słuchawkach o „infinita tristeza”), nie wiedziałbym jak zrobić halavę, nie przemierzyłbym Camino, nie zagrał na akordeonie Yanna Tiersena u stóp wieży Eiffla, nie poznał Tani, nie nauczył się hiszpańskiego, nie spróbował chocolate con churros, nie przeczytał Bhagavad-gity… 
     Jestem wdzięczny – zarówno mojemu głębszemu „ja”, które mnie prowadzi i którego zawsze nasłuchuję, jak i Wielkiemu Duchowi, który z góry śledzi moje kroki i nie pozwala mi upaść za daleko. 
     Trochę zabrzmiało to jak rozliczenie. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Keep ‘em comming, Friend, keep ’em comming…

Tuesday, 5 February 2013

Wyspy szczęśliwe


Wyspy szczęśliwe
04.02.2013 pociąg z Katowic















Prośba o wyspy szczęśliwe
K.I. Gałczyński

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp,
otumań
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć
zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

     Za oknem pociągu już ciemno, choć to dopiero koło szóstej. Przed chwilą była stacja w Bielsku, jeszcze półtorej godziny do domu („dom” – z jaką nieśmiałością i niewiarą używam tego słowa). W Krakowie przed samym wyjazdem spędziłem prawie dwie godziny u dentysty. Okazało się, że rana po wyrwanym zębie wcale się nie zagoiła, krater do samej kości, infekcja, a na dokładkę ząb obok wymagał kanałowego leczenia. Leżałem zrezygnowany, poddając się wierceniu, łupaniu, wkładaniu, szarpaniu, co jakiś czas pojękując tylko cicho, a łzy łaskotały mi policzki. Gdy na koniec miła pani dentystka pokazała mi rachunek, znów jęknąłem. Prawie sześćset złotych. Miałem tylko dwieście pięćdziesiąt i zostałem wpisany na listę dłużników. Na szczęście są gdzieś tam rozsiani przyjaciele. Akurat w Katowicach na dworcu zerknąłem na maila i okazało się, że Kris miał o nas sen – że znów zmagamy się z małym kryzysem. Spytał, czy to był  sen proroczy i jeśli potrzebuję pomocy, to żebym śmiało do niego pisał. Miło. Poproszę go o małą pożyczkę na spłacenie dentysty i przetrwanie najbliższych tygodni.

     W pociągu jest mi dziś nawet miło. Przytulona obok siedzi Tania i na Kindlu czyta baśnie. Wcześniej razem poczytaliśmy trochę Gałczyńskiego. Wciągnął mnie powyższy wiersz. Czytam go sobie w kółko i może nawet nauczę się na pamięć. Kiedyś ludzie uczyli  się na pamięć poezji. Fajnie byłoby znać chociaż te ulubione. 

     Wyspy  szczęśliwe. Myśli spokojne, rozmowy gwiazd, wody ciche… Eh, jak to brzmi. Z obolałą szczęką, dziurą w kieszeni, skołatanymi nerwami, to ciężko tam odlecieć. Ciężko nawet sobie wyobrazić takie miejsce. Ostatnio świat wydaje się obdarty z magii. Dobra karma, zła karma, walka o punkty, metka z ceną na wszystkim. Nie odnajduję się w tym. Powiem szczerze, że nie chcę się odnaleźć. Dlatego nie porzucam swoich marzeń i ciągle, wbrew wyczerpaniu próbuje ten świat pokolorować na nowo. Zapraszam z niebiańskich zagajników mądrego, sympatycznego Boga, który bardzo pragnie się ze mną zaprzyjaźnić, w swojej miłości próbuję widzieć najczystsze spotkanie dwóch połówek przepołowionej kiedyś duszy, w przyszłości dostrzegam zarysy spokojnych wieczorów przy kominku, z wyśmienitą, starą książką na kolanie, rozmowy z oczytanymi przyjaciółmi o dobrych sercach, przytulna praca, bez stresów, za godziwą, niewygórowaną płacę, pod mądrym okiem opiekuńczych duchów i zatroskanych przodków.
     Znosi mnie:)

     Nie piję i nie palę od jakichś trzech tygodni. Myślę, że zacząłem mieć problem alkoholowy. Nie upijałem się, nie lubię, ale od dwóch lat (a chyba nawet dłużej) leczę swoją nerwicę małymi dawkami alkoholu. Piwo, lampka wina, okazyjny papieros. Ostatnio próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałem cały tydzień bez alkoholu. Kiedy dotarło do mnie, że nie pamiętam, stwierdziłem, że czas zakręcić kurek i szukać spokoju gdzie indziej. Mam przecież swoje praktyki duchowe, Krysznę, mistrza. Kiedyś znajdywałem w tym dużo spokoju i radości. Jeśli chodzi o abstynencję, myślę, że to działa, choć trzy tygodnie to za mało, żeby coś konkretnego powiedzieć. Na pewno czuję się silniejszy, bardziej mężczyzną (bo „nie jestem mazgajem, który ucieka od swoich problemów w kieliszek”).

     Już dojeżdżamy. W domu przywitam się z dzieciakami i resztą, wezmę prysznic (mama napaliła nam w piecu, więc woda powinna być już gorąca), napiję się melisy i może pooglądam jakieś głupoty  w telewizji. I na tym koniec poniedziałku.

Pierwsze krakowskie człapania


Pierwsze krakowskie człapania
03.02.2013 Kraków



     Wieczór, Kraków, mała kawalerka na Olszy. Tutaj nazywają to garsonierką. Podoba mi się. Brzmi trochę jak mieszkanie dziewiętnastowiecznej kurtyzany. Ząb boli już od tygodnia, tzn. najpierw myślałem, że to rana po zębie wyrwanym w poniedziałek, ale rana się zagoiła, a rwie dalej, tak że to pewnie ząb obok. Czyli nie tego zęba wyrwałem, co trzeba.

     Dziś z Tanią mieliśmy długi spacer po Krakowie. Zaliczyliśmy dwa muzea (niedziela - wstęp wolny!): Dom Matejki i muzeum w Sukiennicach.
     Przyznaję się bez bicia – u Matejki najbardziej zafascynowała mnie sytuacja mieszkaniowa malarza. Taka chata i to na Floriańskiej. Marzenie. Mieszkając we dwójkę na 15 metrach z aneksem kuchenno-kiblowym, patrzy się na kilkupiętrową kamienicę dla jednej rodziny, jak na statek kosmiczny. Co do twórczości Matejki, to jakoś nie znajduję u niego nic z mojego klimatu. Wprawdzie wszyscy u niego mają wyłupiaste oczy jak ja (i dwie trzecie mojej rodziny), ale jak powiedziała Tania, za dużo tu ludzi, gnieżdżą się na każdym płótnie, jak mrówki. Może dlatego, że mieszkał przy zatłoczonej ulicy? Poza tym tematyka też dla mnie nieciekawa. Królowie, rycerze, biskupi, wydarzenia polityczne. Smętne to. Za to dobrze mu z oczu patrzy, tak że nie krytykuję go jako osoby. U niego to jeszcze duże wrażenie zrobił na mnie pokoik, gdzie spędził ostatnie dni i zmarł po przewlekłej chorobie wrzodowej. Taki jakiś ciemny, smutny, maleńki, z wąskim oknem, którym pewnie uleciała jego zdziwiona, artystyczna dusza.
     Później szybko zbiegłem po schodach do łazienki, żeby popić dwa ibuprofeny (wredny ząb!), które prawie nie zadziałały.

     Za to w muzeum w Sukiennicach miałem ucztę. Dwa słowa: Jacek Malczewski. Kocham gościa po prostu. Nie chodzi tylko o tematykę, całą tą mistykę, wizje, uczuciowość, soczystość, księżycowość, wieczne zdziwienie. Urzeka mnie też jego styl. Klarowność, wierność, skupienie, nie ma przeładowania, nie wiem, jak to nazwać. Uczciwość? Szczerość? Jestem ignorantem, jeśli chodzi o sztukę (nie z własnego wyboru, ale jakoś tak mnie los rzucał tu i tam, pogrążając w różnych uwikłujących zajęciach, że nigdy głębiej nie wszedłem w temat malarstwa. A może jestem zwykły leń?), piszę więc tylko o swoich obiektywnych odczuciach. Za każdym razem, kiedy widzę coś Malczewskiego, mam wrażenie, że „he doesn’t belong”. Jakby był z przyszłości, albo z innego wymiaru, czy planety.

     Nie pamiętam tytułów obrazów, a nie mam internetu, żeby sprawdzić i zabłysnąć renesansowym obyciem. Najdłużej stałem przy „Umierającej dziewczynie” (tytuł wymyślony) Malczewskiego. Na drugim miejscu był „Sejm bocianów” (z kolei nie pamiętam nazwiska artysty). Podobało mi się, jak określiła ten obraz Tania: „Patrz, jaki czad. Jakby to były dinozaury, a nie bociany. Spooky”. Faktycznie, w tym zebraniu bocianów było coś pociągającego, ale i obcego, jakby zebrały się istoty z innej planety, dla których człowiek nie jest wcale władcą stworzenia, ale bytem nieadekwatnym, efemerycznym, nijakim. Zebrały się wczesnym świtem i klekotały o sprawach zupełnie niezrozumiałych, nie zwracając uwagi na ignoranta-podglądacza z płótnem i sztalugami.
     Portrety i scenki historyczne przebiegłem szybko, nuuuda.
     - Jeśli masz dużo cienia, noc, jakieś gwiazdy, czy księżyc, to jesteś szczęśliwy, nie? – zakpiła Tania.
     Faktycznie. I’m a creature of the night.

     Co w tym Krakowie w ogóle robimy? Na razie nic. Zacząłem niby-pracę w jednym miejscu, ale po trzech tygodniach dałem sobie spokój, kiepsko było z kasą, nie chcę się zresztą nad tym rozwodzić. Oboje z Tanią szukamy zajęcia. Tym bardziej, że w kieszeni zostało ostatnie pięć stów, a jeszcze oboje nas czeka dentysta. Dobrze, że mieszkanie od znajomej, na dwa, może trzy miesiące mamy za pół darmo.
     Nie smucę się jednak za bardzo. Dziś, łażąc po Krakowie, cieszyłem się, że wreszcie, po tych wszystkich latach, zaczynamy zakorzeniać się w Polsce. Może „zaczynamy” to za dużo powiedziane, ale na pewno planujemy, próbujemy, chcemy. Dość mam już włóczęgi, biegania, ucieczek. Chcę wreszcie znaleźć dom. Najwyższy czas. Trzydzieści siedem lat wybija za niecałe dwa tygodnie.
     Praca, to jest faktycznie wyzwanie. Tym bardziej bez wyższego wykształcenia ani znajomości. Zerknąłem z ciekawości na gumtree, jak to wygląda z szukaniem pracy w kraju. Dżungla jakaś się otwarła. Tysiące ludzi, gotowych robić wszystko, za prawie nic. Jak tu znaleźć w tym galimatiasie coś dla siebie?
     Wejście na rynek pracy nie jest głównym planem. Ja mam na ten przykład plan przekładowy. Znalazłem starego autora irlandzkiego z lat trzydziestych, który spłodził kilka prześwietnych książek podróżniczych, dziś zupełnie już zapomnianych, nawet w jego kraju. Potłumaczę i powysyłam po różnych wydawnictwach. Let’s hope for the best. Tania z kolei zaczęła serię ilustracji krakowskich. Kiedy się trochę uzbiera, planuje zaatakować nimi krakowskie wydawnictwa i galerie.
     To są plany długoterminowe. Trzeba teraz jeszcze znaleźć coś na teraz, żeby posmarować czymś chleb, zapłacić rachunki i nie zajechać się przy tym na śmierć, jak to już nieraz u nas bywało.

     Tyle z krótkiego streszczenia ostatnich wydarzeń. Wiem, że długo nie pisałem. Miałem sporo problemów ze sobą, terapia, depresja, stany lękowe, wiecie, taki tam zwykły Weltschmerz. Nie mogłem zbyt wiele pisać. Dlatego trochę rysowałem, trochę wziąłem się za muzykę, żeby jednak mimo wszystko utrzymać przepływ kreatywności. Fajnie byłoby jednak wrócić do pisania. Mam nadzieję, że powoli się rozkręcę na nowo, tutaj, na garści drobnych. Zacznę serię zapisków z Krakowa. Na dobrą wróżbę dla nowego miejsca.
     Pozdrowienia.