Wednesday, 29 September 2010

Proces twórczy 8



Próba wyzwolenia słów.
Na początku było Jajo, a z Jaja wykluł się człowiek, z człowieka wykluł się smok, ze smoka mop, mopem starłem żłob, analfabetyczny krok, podcieraj nosa maładiec i zmykaj na rewolucję, nad ołowianym niebem złoci się słońce, pola bitew zakwitną łopianami, kaczeńcami, wesołymi wierzbami, a z czasem kilka grządek kapusty, ziemniaki i chatka pokryta strzechą, wielopokoleniowe rodziny, Kajtek, wakacje, szkoła, pierwszy września i znów. Znów?

Kosmiczny dowcip.

Nieskończenie mała kruszyna w nieskończenie dużym kosmosie, a ludzie utrudniają sobie życie, zrzucają zubożały uran i mówią, że to dla demokracji. Już lepiej nic nie robić, niż robić aż tak źle. Jesteśmy sami w kosmosie? Czy spotkamy sympatycznego ET? Czy na każdej planecie, w którymś z szalonych wymiarów są ludzie, tacy jak my, rozrzuceni tu i tam boską dłonią, aby uczyć się życia?

Złoty parostatek, turyści piją szampana i podziwiają aligatory, dzikich z łukami, zieloną dżunglę, stary Jack London, prawie całkiem pijany opowiada, jak kiedyś w Klondike o mały włos nie zjadły go komary, a niektórzy popełniali samobójstwo, nie mogąc znieść żądeł. Obok Jules Verne konstruuje batyskaf z dyni i skórki z pomarańcza, nic z tego nie będzie – mówi spod nosa Huckelberry Finn i szczypie w tyłek Pippi Langstrumpf. Złoty parostatek w amazońskiej dżunglii.

Z góry obserwuje nas dziadek księżyc, rzuca srebrzystymi łzami, żeby delfiny mogły popluskać się w jeziorkach srebra. Klęska. Po co gadać o klęsce, skoro wojna jeszcze nie przegrana? Bitwy stracone, łzy opuszczonych, groby straconych, a przecież to nie kaniec filma, jeszcze nie rozdano Oskarów, nie powieszono reżysera i scenarzystów, nie ma więc co płakać. Delfin, przyjaciel człowieka. W teleekspressie kiedyś powiedziano, że stadko delfinów uratowało rozbitka. Good for him.

Księżycu! Księżycu! W nocy przyjdź do mej żony i opowiedz jej coś na pocieszenie, albo zabierz ją na krótkie wakacje, coby zeszło z niej napięcie stu żyć, w których zbytnio się stresowała. Palisz? Nie? A ja zapalę. Rak płuc, czy krtani? Do bani. Niech spada. Nie się skryje strach, niech jego głowa na szafocie skończy a dla mnie szata króla. Król jest nagi.

Sunday, 26 September 2010

Proces twórczy 7



Here we go, zwarci i gotowi. Przez chwilę myślałem, że za oknem przeleciał dwupłatowiec i nie wiadomo dlaczego zrobiło mi się ciepło na sercu, przyjemnie w stylu retro. Skoro ciągle latają dwupłatowce, to może ostatnie osiemdziesiąt lat się nie zdarzyło? Nie ma bomby atomowej, USA nie zaczyna niezliczonych wojen, nie ma nawet plastyku, ani telewizji. Milej się zrobiło, naprawdę.

Nie lubię czasów w których żyję. Coraz większe spłycenie. Postęp jest w stu procentach iluzją. Tak naprawdę od końca dziewiętnastego wieku cognęliśmy się. Wtedy prawa jednostki zaczynały być big thing. Teraz wielkie imperia znajdują racjonalizacje dla swoich zbrodni, mordują tysiące osób, a ludzie jak osły łykają wszystko i nie zdają sobie sprawy, że nie ma żadnej racjonalizacji dla gwałtu na jednostce. Cofamy się, cofamy.

Dwupłatowiec, skarby króla Salomona, Indiana Jones, skórzana czapka z nausznikami, miłość na sianie, upał, i możesz się turlać z górki, nie martwiąc się wężami i skorpionami. Chciałbym wrócić do dzieciństwa świata.

Czytałem dziś kawałek Gałczyńskiego. Cudotwórca z Mejdugosze (na 100% to brzmiało inaczej). Małe słuchowisko po wizycie u białego Jogina, po drodze z Wilna. Zrobił mu regressing i Gałczyński cofnął się do bycia Hiszpanem – nawet mówił płynnie po hiszpańsku. Przestraszeni uciekli, Kot i Natalka, na dworzec, zdyszani, zdumieni, przytłoczeni głębią tajemnic wszechświata.

Ludzi za mało przytłaczają tajemnice wszechświata. Myślą, że są na granicy odkrycia wszystkiego. Eee tam, jestem pewny, że wielu uważa, że nauka odkryła już wszystko. Co za arogancka bzdurka. Wszechświat jest po prostu… no wielki, głęboki, nieprzewidziany, nawet milion żyć nie starczy, żeby go zbadać, jak jezioro ziarnek maku, a każde ziarnko to wszechświat. Co za głupota, Jezu…

Wczoraj wprowadziłem Gałczyńskiego do Najstarszych. Niespodzianka dla mnie, bo miała być Cyganka, no ale cóż, koty chadzają swoimi drogami. Lampka wina, smooth jazz, niepotrzebny ogien w kominku, dziś słońce przygrzewa wyjątkowo miło.

Wednesday, 22 September 2010

Proces twórczy 6



No, no, no, no es directo, buscalo en dentro… Przez okno widzę psa. Ogromna bestia, owczarek kaukazki, potulny jak owca, przynajmniej jeszcze taraz, to jeszcze szczeniak.

Zapach cebuli i podsmażanych ziemniaczków, piec huczy, w żołądku burczy, niepewność, co do następnych stron – za każdym razem, gdy zasiadam do „Najstarszych” wydaje mi się, że niemożliwe jest spłodzenie choćby jednego słowa. Po prostu niemożliwe. No ale przeciez powoli to idzie.

Wczoraj oglądałem film o francuskim artyście. Zapomniałem imienia. Sergio Guinsberg, czy coś takiego (nie mylić z amerykańskim Guinsbergiem z epoki hipisów). Ten co zrobił "Je t'aime mon amour". Początek spodobał mi się, fantazja dziecka, ale później za dużo pozbawionego substancji dekadentyzmu, promiskutyzmu, samozniszczenia. Nic w tym nie ma złego, artyści tacy są, ale reżyser nie wszedł dość głęboko i wydawało mi się zbyt powierzchowne.

Dostałem dziś email od Kasi z poprawkami do opowiadania. Lubię dziewczynę, błyskotliwa, dobre poczucie humoru, wyczuwa głębsze warstwy rzeczywistości. Osobowość z tych, co mnie onieśmielają, przy których czuję się jak burak. Zawsze miałem ten problem. Kompleks wioskowy, czy coś. Wiem, że nie powinienem, a jednak.

Brakuje mi towarzystwa ludzi na jakimś poziomie intelektualnym i duchowym, z podobnym kątem postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duża część mojej depresji wynika z samotności, z niemożności komunikowania się, wyrażenia siebie tak, żeby ktoś zrozumiał i z drugiego bieguna zadziwić się głębią przemyśleń i doświadczeń innych ludzi. Tego mi brakuje, ale za bardzo nie wiem, co z tym zrobić.

Słucham dziś muzyki hiszpańskiej. Quinto Parpadeo, Jarabo del Palo, La Pegatina, Macaco, Amparanoia. Ta muzyka ma moc. Żadna tak do mnie nie przemawia, z żadnej innej części świata. Pokochałem Hiszpanię. Coraz bardziej czuję, że zbliża się czas kolejnej wyprawy. Tulasi nie będzie zadowolona, ale na wiosnę spakuję plecak, akordeon i ruszę znowu, sponiewierać się po iberyjskich ulicach, pogłodować, nadużywać haszyszu i riojy. Mam nadzieję, że do tego czasu książka będzie już skończona, a przynajmniej pierwszy draft.

Tuesday, 21 September 2010

Świątynia Sharon Tate



Świątynia Sharon Tate

Sharon Tate,
elfia bogini,
nie wielbię twojego ciała,
została tylko kupka kości
w spróchniałej trumnie
po drugiej stronie globu.
Nie o to chodzi,
nie w tym rzecz.
Twój uśmiech
i nieśmiało-uwodzicielskie
spojrzenie
żyją własnym życiem.
Jak na przykład dla niektórych, Elvis, the King.
Przezroczysty duch, muśnięcie eteru,
krążysz po telewizorach,
żywiąc się uwielbieniem
miłośników staroci.
Jesteś boginią.
Masz swoją świątynkę
na moim desktopie.

Sunday, 19 September 2010

Kołysanka



Kołysanka

Dim dam dom
Kosmiczna pierzyna,
pod płótnem puch,
pod puchem sny,
pod snami bije źródło –
duch.

Wolność czasami przychodzi w tańcu,
pamiętasz Flight of the Hawk?
Czasami jest w kurzu na butach,
w wędrówkach po cygańskich ścieżkach Sacromonte
albo po kopenhaskich ulicach –
zapach haszyszu, falafela i rupieci ze strychu.
Kilka razy dotyk wolności przypłynął z modlitwą,
szczerym wołaniem do Absolutu,
tak też bywało,
ale to najcięższy sposób.

Śniłem kiedyś o trzech wędrowcach
wysłanych przez Boga.
Zabrali mnie w Himalaje.
Po drugiej stronie gór
stały drzwi do raju.
To była szczęśliwa podróż.

Proces twórczy 5



Wentylacja wykuta, a piecyk ciągle dymi. Taka już widać jego uroda. Ręka się goi, ale spod bandaża lekki swądek, na szczęście jutro zmiana opatrunku. Ciąg świadomości, nie myśl, nie wysilaj się, pozwól płynąć słowom, za każdym razem to takie trudne, cholera. Grzeję nogi na termoforze, nogi ciepłe, a dusza lodowata, przed południem w pochmurną niedzielę. Skąd tu brać juice w taki dzień? Z nieba nie spadnie, trzeba pokopać w środku. Wbrew apatii, wbrew bezwładności. To dowód, że jesteśmy uwięzieni w materii – duch jest dynamiczny, materia statyczna.

W stanie wolnym działanie jest naszą naturą. W stanie uwięzienia w materii przejmujemy cechy materii, czyli statyczność i bierność, która prowadzi do entropii. Filozofia. Wkurza mnie ten dym. Jak łatwo umysł zakotwicza się w nieważnych rzeczach. Szkoda. Wysiłek. Nawet tutaj nie robię wysiłku. Jest jedna rzecz, którą się robi bez wysiłku (przynajmniej pierwszy raz). Seks. No ale to też materia, czyż nie?

Jazz, swing, swing, alkohol, papierosy, zadymiona piwnica, drewniany kontuar pomalowany na zgniłą zieleń, obłupuje się już lakier, tam bym dziś usiadł. Bez wysiłku obserwował dekadencki świat, upijał się powoli, rozmawiał z obcymi o ich problemach, porażkach – w takich miejscach nie rozmawia się o zwycięstwach. Zwycięzcy chodzą do innych lokali. Tam gdzie światło, szampan i suknie z dekoltami. Brakuje mi angielskich pubów, gdzie mogłem usiąść na wytartej kanapie, anonimowo, nikt mnie nie napastował i mogłem pić jeden po drugim cidery, palic papierosy w tajemnicy i nikt nie patrzył z potępieniem, każdy miał gdzieś raka płuc, czytać napisy na starych posterach, jeszcze przedwojennych, albo czytać jakąś dziwną książkę wygrzebaną z Oxfamu.

Nie udaje mi się do końca tutaj odetchnąć. Poczerpać natchnienia z siły bezwładności. Przecież tak też można. Bierz skąd możesz, jeśli nie z kosmosu, to z głębiny morza. Wszędzie są iskry Boga, nie?

Friday, 17 September 2010

Proces twórczy 4



Brandywina była rzeką w Shire. Rysie nie zachodziły w te okolice, bały sie krwiożeczych wydr. Stalin był demonem, stworzył biurokratyczne piekło i nie wypuścił Bułhakowa za granicę. Za cara wydawało się, że jest źle, ale nawet za Iwana Groźnego nie było tak źle, archipelag Gułag.

Śliwka węgierka, słodka, lekko zgniła z jednej strony, skojarzyła mi się z dzieciństwem, strzela ogien w piecu, na ręce mam sześć szwów, siekiera ściągnęła skórę jak kawałek plasteliny, pod nią plastykowa kość, jesteśmy tylko maszynami. Nie. Mieszkamy w maszynach. Tak lepiej. Chodzi o to, że wierzę w transcendentalną iskrę antymaterii – ducha, wierzę, że ta nieograniczona cząstka świadomości jest obuta w ograniczony kawałek materii. Żyjemy w jaskiniach, bojąc się wyjść na przestrzeń, odgiąć ograniczone trzema wymiarami horyzonty, posmakować nieskończonych pól eterycznych. Zbyt wiele abstrakcji, nawet sam ich nie czujesz, operuj w świecie znanych pojęć i to właśnie je łącz w nieznane formacje.

Śniłem dziś o ucieczce i torturze. Byłem detektywem schwytanym przez możnych tego świata w dębowym lesie za murem żydowskiego cmentarza. Możni torturowali mni, bili, nie zważali na błagania i wyparcie się mojej pracy – chcieli się po prostu zemścić za to, jak ich szkalowałem, obnażałem przed publicznym okiem. Tych kilku ludzi było symbolem wszystkich przywódców tego świata, chciwych władzy, bezwzględnych. Ukamieniowali mnie. Najciekawsze, że byłem w stanie wyprzec się wszystkiego w zamian za darowanie życie.

Spod stalowoszarych chmur nie przebija dziś niebo. Ręka trochę kręci, ale wziołem ibuprofen extra forte, powinno pomóc. Apatia, lenistwo, brak motywacji do pisania. Dlaczego chcę opowiedzieć tę historię? Czy jest czegoś warta? Czy jest jedynie narzędziem, którym chcę coś osiągnąć? Nie wiem. Zakładam, że to przeszkody umysłu, entropia bezwładnej materii – dlatego mimo wszystko trzeba próbować nadać jej kierunek – żeby się nie cofać. Dlatego wracam do „Najstarszych”. Scena Zuzki z afrykańskim bożkiem i bitwa Tecumseha.

Monday, 13 September 2010

Proces twórczy 3



Eh zazdrość człowieka zżera, gdy czyta takiego geniusza. Dla mnie Neil Gaiman to prawdziwy mistrz. Otwierasz pierwszą stronę i po tobie, wsiąkłeś, nawet King nie ma takiej mocy (choć moc Kinga nieogarnięta jest również:). Gaiman ma w sobie poezję, oj tak moi mili, facet dokopał się do ukrytych poziomów, których pilnuje Cerber, na których przechadzają się dusze czyśćcowe i gdzie uczniowe dawno spalonej szkoły grają w twista (co to cholera jest ten twist – nigdy się nie dowiedziałem).

Zmiana tematu, ale na jaki? Coś co pomoże mi w pisaniu? Coś co ruszy akcję? To sobie zachowaj do książki, nie marnuj pomysłów, tutaj na kartkach free writing po prostu pisz, co ślina na język przyniesie.

Sąsiadowi spaliła burza telewizor i dekoder cyfrowego polsatu (czy innego z tych ustrojstw, skąd mam się znać?). Siedział później cały dzień w naszej kuchni, pokorny, zmartwiony i szczęśliwy, że w centrum. Co kto wszedł opowiadał mu o swojej tragedii. My też mieliśmy burzową przygodę: wszystko wyłączyliśmy z gniazdka, ale kiedy piorun uderzył gdzieś blisko, odłączona lampka buchnęła białym światłem prosto w twarz, omal się nie zesrałem.

Oj ciągnie się dzisiaj to free writing, nie wróżę łatwego pisania, ale 6 stron ma był i już, taki standard wrzuciłem. Gdyby nawet szło jak z nosa, to w kilka miesięcy zakończę pierwszy draft i można będzie się wziąć za ratowanie tego tworu. Jak na razie nie jestem zadowolony, szczególnie po przeczytaniu kilku stron „Amerykańskich Bogów”. Jak nadać treścią taką trójwymiarowość? Jak, cholera, jak?

Wczoraj w nocy wypiłem kawę i pisałem. Chciałem sprawdzić, czy jestem rannym, czy nocnym pisarzem. Ciągle nie mam pojęcia. Chyba wolę napisać dużo rano, bo wtedy nic nade mną nie wisi, a wieczorem zobić ekstra robotę, żeby czuć się lepiej. Dobre samopoczucie to fajna rzecz. Kiedy się skończy ta strona? Nie zatrzymuję się dłużej niż na sekundę, żeby rozuszać zesztywniały umysł, ale w jakiś sposób cieńko dzisiaj.

W mojej dawnej szkole, tu zaraz, dwa domy dalej – to było częste miejsce moich koszmarów. Fruwałem na strychu. Byłem duchem. Życie było nudne, puste i niebezpieczne, bo nigdy nie brakowało większych duchów, polujących na takie małe łazęgi jak ja.

Sunday, 12 September 2010

Nieustraszeni

Po raz enty obejrzałem "Nieustraszonych Pogromców Wampirów" Polańskiego. Pomijając, że film jest genialny, za każdym razem jestem po uszy zakochany w roli Sharon Tate. Popatrzcie sami.








Mój ulubiony moment z filmu:

Thursday, 9 September 2010

Proces twórczy 2



Wrzucam jeszcze kawałek ostatnich sesji free writing. Ulubiona część pisania:)

* * *

Free writing, free writing, żeby rozgrzać pióro, a spod pióra nic się nie chce lać, żadne piękne słowa, metafory, chwytające za serce konstrukcje, archetypy i marzenia dzielone z zludzkością – kiedy piszesz o marzeniu dzielonym z ludzkością, archetypowym znaczysię, wtedy rezonans się odzywa w sercach czytelników i myślą, że piszesz prosto do nich, że skądś się znacie, z mitycznych szlaków, podniebnych ścieżek, balów o północy w astralnych frakach, mentalnych garniturach, przy szampanie półbogów, po którym nie ma kaca, a wręcz przeciwnie – człowiek się rano czuje jeszcze lepiej niż się czuł przed imprezą.

Mieszkałem kiedyś na Księżycu. Nie na tym, którego sięgają lunety, ale tym z innego wymiaru. Żyłem 10 000 lat, pijałem soma rasę, miałem przyjaciół, przechadzaliśmy się w niebieskim świetle Ziemi w pełni i rozmawialiśmy o filozofii. Pewnego dnia, po tysiącach lat relaksiku skończył mi się karmiczny kredyt i w trymiga wyskoczyłem z półboskiego ciała. Pod stopami przyjaciele, ukochana, przytulny dom, przewiewany wonnym, mroźnym powietrzem, cyk i po wszystkim. Zabolało mnie, że nikt nawet nie spojrzał w górę, każdy kontynuował rozmowy, zajęcia, recytowania poezji, a ja po prostu przestałem dla nich istnieć. Cholera, nie za miła sytuacja. Później wylądowałem na Ziemi i od teraz to Księżyc mam nad głową, a Ziemię pod stopami, i nie ma soma rasy, ludzie gadają o politycce i meczach, nie o filozofii i poezji, no a zamiast żyć 10 000 lat, żyjemy zaledwie 60, 70, czy sto. Niedużo, co?

Ok – wyczerpuje ci się bateria, czy brakuje ci słów? Nie wyczerp wszystkich, to przecież tylko rozgrzewka. O czym planujesz dziś pisać – chcę przedstawić Zuzkę, Zuzannę, Zuzannę … Nie wiem, jak na nazwisko, nieważne, jeszcze nie teraz. No więc miła dziewczyna, dziewczyna z moich marzeń – samodzielna, o ostrej urodzie, trochę egzotycznej, potrafi mówić ze wzgardą, potrafi się śmiać krystalicznie, choć na co dzień ma głos lekko zachrypniety, jak chłopak. Zuzka. Wylądowała w niezłej kabale, nie ma już grzebienia, nylonowych rajstop, piwa i koleżanek. Wylądowała w mało sympatycznej krainie, i to wcale nie jakaś opowieść fantasy, ale kawał ciężkiego chleba i traumatycznych przejść. Zuzka to nie jest senny cień, ale konkretna dziewczyna. Patrzę na jej zdjęcie, ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest za ładna. A mi się podoba.

Wednesday, 8 September 2010

Proces twórczy



Pracuję obecnie nad książką. Jednym z ćwiczeń, jakie używam to przed rozpoczęciem właściwego pisania, robię sobie sesje free writing, czyli kilkuminutowe pisanie, co ślina na język przyniesie, żeby rozruszać duszę. Poniżej próbka.

* * *

Skąd ta pustka? Słowa, które ze mnie wylatują wydają mi się puste, myśli miałkie, brak temu idei, spójności, jakbym wszystko robił na siłę. Jakbym teraz powiedział sobie: Jestem Pisarzem i sam fakt zaszufladkowania się sprawił, że pisanie zaczęło być pracą, a nie twórczym procesem. Być może słowo „praca” zabija we mnie duszę? Pisanie musi być swobodnym przepływem energii, idei, ucieleśnieniem mojego pragnienia wolności?

Te sesje free writing są ważne. Uczę się procesu twórczego. Próbuję zrozumieć, jak pozostać swobodnym duchem, równocześnie trzymając się jednego zadania przez długi okres czasu. Nie wychodzi mi na razie za dobrze. Czuję się jak płatny robotnik, idący do pracy. Każda strona to łopata piachu, którą przerzucam bez entuzjazmu, gromadząc zapisane strony i myśląc o przyszłości, o jakimś mistycznym momencie, kiedy wreszcie zacznie się proces twórczy. Proces twórczy już się zaczął i nie będzie lepszej sposobności, żeby przywołać muzę. Muzo, bądź ze mną zawsze.
Tołstoj napisał, że trzeba mieć jeden pogląd w ciągu pisania powieści i być mu wierny. Powieści, w których narrator zmienia swoje poglądy na każdej stronie jest bezsmakowa, nijaka.
Nie o tym chciałem pisać.

Czego mi brakuje. Kolorów, srebra, zapachów, niewinności bohatera – niewinności, która zapewnia świeże spojrzenie na rzeczywistość. Przypomnij sobie karciane opowieści – zwykły bohater, o zwykłych marzeniach, barwny przykład szczerego, baśniowego eskapizmu z odrobiną pieprzu (latająca, naga bestyjka).

Możesz to połączyć z „Najstarszymi”. Możesz patrzeć na tę opowieść, jak na magiczną historię, którą naprawdę przeżywasz? Przecież nie mogłeś się doczekać wejścia do Łaciatych Rubieży. Dlaczego ci przeszło? Powiem ci dlaczego – bo wcale tam nie weszłeś. Ślizgasz się po warstwie lodu, pod którą kwietnie prawdziwe życie. Jak go znaleźć? A jak piszesz teraz? Wcale nie używasz tylko słów. Piszesz to, co naprawdę czujesz, słowa płyną same, jesteś zsynchronizowany z ich melodią, rytmem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ok. Więc wyobraź sobie, że zaczynasz nastepną scenę Najstarszych… I nie bądź jak Chandler w odcinku Friendsów, w którym Monika zabiera go do fotografa i za każdym razem, kiedy obiektyw skupia się na nim, jego twarz zastyga w sztuczną maskę. Czy tak samo jest z tobą? Dopóki tak sobie piszesz, wszystko jest dobrze. Kiedy wracasz do powieści, nagle okazuje się, że znów jesteś zaspanym robotnikiem z łopatom, czekającym na fajrant i piwo z kolegami. ok. Więc spróbuj.

Tecumseh podszedł do… I już – maska zastygła, fotograf chce zrobić zdjęcie, ale zamiast Chandlera, na krześle siedzi manekin bez duszy. Cholera. Czuję bezsilność. Jeszcze raz.
Tecumseh popatrzył na...

Friday, 3 September 2010

Usterka w materii czasu



Usterka w materii czasu
(sen)

Samolot leci za nisko. Cholernie za nisko. Próbuję sobie powiedzieć, że pilot wie, co robi, staram się myśleć o czymś innym, ale jedyne co widzę do linia drzew i krótki pas trawy, który z pewnością nie wystarczy jako pas do lądowania. Inni pasażerowie też to zauważyli. Słychać coraz głośniejszy szmer wzburzonych rozmów, szybko jednak zagłusza go dźwięk wyjącego silnika. Chwytam za rękę Tulasi. Już nie mam wątpliwości – samolot ląduje.

Kiedy w miarę gładko uderzamy o ziemię i ciągle jesteśmy żywi, przez chwilę mam nadzieję, że uda się wyjść z tego cało, ale wtedy widzę las, w który wjedziemy za kilka sekund. To koniec. Ściskam mocno dłoń Tulasi, zamykam oczy i staram się myśleć o Bogu.

Moment przed wybuchem trwa wieczność. Myślę, że może to normalne, że przed śmiercią czas rozciąga się kilkakrotnie, tak człowiek próbuje przedłużyć swoje życie.
Ale tak długo? I dlaczego zrobiło się tak cicho?

Otwieram oczy. Wszystko zastygło jak zatrzymana klatka filmu. Po chwili zdaję sobie sprawę, że odnosi się to tylko do samolotu – ludzie poruszają się, oddychają, rozglądają z niedowierzaniem i milczą, podobnie jak ja zaskoczeni, że jeszcze żyją. Wyglądam za okno. Skrzydła są już oderwane, z okaleczonego wraku tryskają nieruchome płomienie, wyglądające jak szklana imitacja ognia. Przód pokładu również zanurzony jest w zastygniętym płomieniu. Wydaje mi się, że w jego głębi widzę zwęglone, nieruchome postacie.
Odwracam się do Tulasi.
- Uciekajmy stąd.
Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Część osób odzyskała już rozsądek na tyle, żeby wiedzieć, iż mają jeszcze szansę na przeżycie, choć za cholerę nie potrafiliby sobie wytłumaczyć, jak to się stało.

Przeciskamy się pomiędzy ludźmi. Ciekawa rzecz – choć wszyscy są pogrążeni w panice, panuje cisza. Ludzie boją się odezwać, boją się obudzić los, chcą uciec w ciszy jak przerażone myszki, licząc na to, że nikt nie zauważy ich nieposłuszeństwa, ich niezgody na pokorne przyjęcie swojego losu.

Komuś udaje się otworzyć drzwi. Wyskakujemy na trawę i odbiegamy parę kroków. Odwracam się i patrzę na widok, którego nigdy nie zapomnę – płonący samolot zastygnięty jak w bursztynie, płonący w zupełnej ciszy, ogromny potwór wydający się zupełnie nie na miejscu w spokojnym, zielonym lesie. Słyszę szum drzew. Czyli czas zatrzymał się tylko dla samolotu. Ta obserwacja otrzeźwia mnie. Ciągnę za sobą Tulasi.
- Musimy biec! Jak najdalej!
Niektórzy z ludzi usiedli u stóp wraku, są wyraźnie w szoku.
- Uciekajcie, kurwa, uciekajcie! – wołam. Tylko część z nich słucha mojej rady. Nie wiem skąd, ale wiem, że trzeba znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Zaraz wydarzy się tu coś strasznego.

Nie wiem, jak długo biegniemy. Czuje coraz większą ulgę. Oglądam się za siebie i widzę, że dziwna poświata płonącego samolotu znika między drzewami. Nieliczni pasażerowie przemykają przez las. Nie zwalniam. Jeszcze nie.

Jęk przeciążonego silnika rozdziera ciszę. Huk wyrywanych z korzeniami drzew zlewa się z ogromną eksplozją. Chwytam Tulasi za rękę i wskakujemy w rów strumyka. Rów jest płytki, ale na szczęście ma stromy brzeg. Zanurzamy się w lodowatej wodzie. Kiedy dosięga nas podmuch gorąca, zanurzamy się jeszcze bardziej. Modlę się, żeby nie zabiły nas szczątki samolotu. Kawałki rozgrzanego do czerwoności metalu, rozerwanych kawałków turbin, płonącego plastyku przelatują nad naszymi głowami. Słyszę okrzyki bólu, wycie płonących ludzi. Kiedy wszystko się uspakaja, wychodzimy z potoka.

Kilkaset metrów dalej płonie las. Tym razem ogień jest prawdziwy, czuję na twarzy gorąco, migoczący odblask na drzewach wygląda tak, jak powinien.

Odwracam się do Tulasi. Uśmiecha się, choć to niepewny uśmiech, brak w nim radości z ocalenia. Widzę w jej oczach to samo, co czuję w sercu – nie powinniśmy przeżyć. Powinniśmy razem z resztą spłonąć we wraku. Coś poszło bardzo nie tak. We wszechświecie pojawiła się usterka i jestem pewny, że ten, kto jest odpowiedzialny za porządek rzeczy nie zostawi tego w spokoju.

Słyszę kolejny wybuch. Odruchowo pochylam głowę, ale Tulasi pokazuje na horyzont. Zbliża się przerażająco czarna chmura burzowa, rozświetlana przez kotłujące się rozbłyski wyładowań. Patrzę w górę i z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że zaczęło się polowanie. Nie jestem sam. Reszta rozbitków również stoi bez ruchu i patrzy z przerażeniem na chmurę. Wszyscy czują to samo. Pojedyncze osoby odwracają się plecami do burzy i zaczynają biec przed siebie, pochyleni, chowający się za krzakami jak ścigane zwierzęta.
Tulasi ciągnie mnie za rękę. Patrzę na nią z rozpaczą.
- Musimy uciekać – mówi. – Tu nie jesteśmy bezpieczni.