Sunday, 26 February 2012

Pozdrowienia z Pomorza






















      Niespodziewanie wylądowaliśmy w Polsce. Szkoda tylko, że w tak smutnych okolicznościach - w czwartek dowiedzieliśmy się, że tata Tani miał wylew. Rzuciliśmy wszystko w diabły i przyjechaliśmy tutaj, żeby być ze wszystkimi. Rokowania kiepskie. Jutro mają wybudzać go ze śpiączki. Cieszymy się, że mogliśmy się spotkać z resztą rodziny. Na dole Tania gra z Ewą, Iwoną i Łukaszem w monopol, ja się urwałem do naszego pokoju, chciałem trochę być sam. Jutro jej urodziny. Z tego wszystkiego nic dla niej nie mam.
     Ostatnie parę lat życie doświadcza nas dosyć intensywnie a już ostatni rok, to kulminacja - wszystko się sypie: stare koncepcje, zdrowie, pomysły na życie, wszystko.
     Nie jesteśmy załamani, to nie tak, że się skarżę. Już tak mam, że wierzę w większy obraz życia, wiem, że są rzeczy, wzorce, któych nie dostrzegamy, ale które mają wielkie znaczenie dla naszego rozwoju. Dlatego akceptuję smutek i zagubienie, jako część tego momentu życiowego.
     No ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy zmęczeni. Przepadł plan zostania w Kopenhadze na dłuższy okres. Minął już prawie rok od wyjazdu, a dopiero wyszliśmy z długów, w jakie wpadliśmy po przyjeździe, czyli jesteśmy na zero.
     Jeśli chodzi o życie towarzyskie to jest podobnie - nie zawarliśmy nowych przyjaźni, nie natrafiliśmy na głębokie związki z innymi rozbitkami. Pracę mam paskudną, nużącą i nieprzyjemną, nie zarabiam za dobrze.
     Wydaje się, że każdy wysiłek, jaki robimy, natrafia na opór. Może to sygnał, że powinniśmy przestać się zmagać i wrzucić na luz? Pozwolić życiu iść gdzie chce i zobaczyć, co z tego wyniknie? Biorąc po uwagę, że nie mamy pojęcia gdzie iść i co z sobą zrobić, to ma to chyba sens.
     Dlatego postanowiliśmy znów wrócić do naszej małej wioski. Oczywiście jeszcze nie teraz (choć bardzo byśmy chcieli) - jak już wspomniałem, finansowo jesteśmy na zerze, ale za jakieś trzy miesiące będziemy mieli parę groszy, żeby przez jakiś czas nie musieć zastanawiać się skąd wziąć na chleb.
     A co później? Nie mam pojęcia. Najpierw odpoczynek, ogródek, rąbanie drewna, parę wycieczek w góry, a później mieć oczy otwarte i może coś, gdzieś się pojawi? Coś z zupełnie innej beczki?:) Coś już by mogło. Mam już bliżej do czterdziestki niż do trzydziestki. Pewnie będę ciągle pisał, ale nie wiążę z tym finansowej przyszłości (chyba, że w marzeniach).
     To tyle w skrócie. Poczytam jeszcze Bhagavad-gitę do poduszki, żeby się podbudować duchowo.
     Pozdrowienia z Pomorza.

Wednesday, 15 February 2012

Mr. Bobby (Manu Chao) - uke

Kończy się ostatni dzień weekendu Tani i pierwszy mojego. Na zakończenie dnia (pomiędzy słuchaniem Gotye a Kwejkiem) zrobiliśmy małe duo. Widać tylko mnie, ale chórki i mandolina w tle to właśnie ona:)

Sunday, 12 February 2012

Whiskey in the jar - ukulele cover

Ciąg dalszy moich ukulelowych podróży po świecie;)



As I was going over the far famed Kerry Mountains,
I met with Captain Farrel, and his money he was countin',
I first produced my pistol, and than produced my rapier,
Sayin': "Stand and deliver for you are a bold deceiver".

Chorus:
Musha ring dum a doo dum a da,
Whack for the daddy ol',
Whack for the daddy ol',
There's whiskey in the jar.

I counted out his money and it made a pretty penny,
I put it in me pocket, and I took it home to Jenny,
She sighed, and she swore that she never would deceive me,
But the devil take the women for they never can be easy.

Chorus

I went into my chamber all for to take a slumber,
I dreamt of gold and jewels and for sure it was no wonder,
But Jenny drew my charges and she filled them out with water,
Then sent for Captain Farrel, to be ready for the slaughter.

Chorus

'Twas early in the morning just before I rose to travel,
Up comes a band of footmen and likewise, Captain Farrel,
I first produced me pistol for she stole away my rapier,
But I couldn't shoot the water, so a prisoner I was taken.

Chorus

Now there's some take delight in the carriages a rolling
and others take delight in the hurling and the bowling
but I take delight in the juice of the barley
and courting pretty fair maids in the morning bright and early

Chorus

If anyone can aid me 'tis me brother in the army,
If I can find his station, in Cork or in Killarney,
And if he'll go with me we'll go roving in Kilkenny,
And I'm sure he'll treat me better than me old a-sporting Jenny.

Tuesday, 7 February 2012

Wędrowcy 2012


   Zapraszam do lektury opowiadania w kliamatach mistyczno-fantastycznych. Jest reinkarnacja, są starożytni Mayowie, obcy, punkowcy, krysznowcy, hiszpańska wojna domowa, współczesna Warszawa (kiedy mówię współczesna, mam na myśli lata '90:) i średniowieczna Granada, i to jeszcze nie wszystko:) Jakoś nie miałem szczęścia do znalezienia wydawcy, więc w końcu stwierdziłem, że zamiast kisić je na komputerze, podzielę się z czytelnikami. Planuję wydać zbiór opowiadań, ale jeszcze do tego daleko, tak że jak na razie macie przedsmak. Pozdrawiam.

Wędrowcy 2012

1

     Napastliwe terkotanie telefonu wyrwało mnie z koszmaru. Znajomy dźwięk rozpędził hordy zielonych obcych i skruszył monumentalne, granitowe pytajniki, starsze od piramid Egiptu. Usiadłem sztywno na łóżku. Mokre prześcieradło odkleiło się od spoconych pleców. To telefon, czy łomotanie serca obijającego się o żebra? Na wpół przytomny omiotłem wzrokiem chaos pomieszczenia. Splątane zwoje pościeli, telewizor, puste puszki po piwie, popielato-żółtawe wysepki niedopałków w słoikowych zakrętkach, brudne talerze na podłodze obok drzwi, grube tomisko. „Drogi wolności” Sartre’a.
      Terkotanie nie ustawało. Gdzie ten cholerny telefon? ... Kurwa, jaki telefon?! Przecież od paru miesięcy byłem odłączony!
     Natychmiast otrzeźwiałem. Dzwonek ucichł, widać zbyt szybko wszedłem na wibrację jawy. Nie miało sensu próbować dostroić się na nowo. Za dużo czasu, a zresztą, to było tylko wezwanie do kontaktu.
     Zerwałem się z łóżka i wciągając spodnie, zerknąłem na budzik. Za piętnaście czwarta. Niedługo zacznie się rozjaśniać. Spodnie, buty, sweter, nóż, zapobiegawczo chwyciłem kurtkę - z pewnością było jeszcze chłodno – i wybiegłem na ciemną klatkę schodową.
     Trochę za mocno trzasnąłem drzwiami. Ujadanie wrednego kundla Maciejowskich z góry, wypełniło korytarz echem. Nie przejmując się zamykaniem drzwi na klucz, zbiegłem w dół, próbując po ciemku trafić w rękawy kurtki.
     Wcale nie było zimno. Przebiegłem przez parking, przeskoczyłem siatkę i już po chwili siedziałem na ławce w parku. Rozejrzałem się dookoła, ale nie zauważyłem nikogo, nawet pijaczków, którzy lubili spędzać tam sierpniowe noce.

     Wziąłem głęboki oddech i zmrużywszy lekko oczy, wbiłem wzrok w iglicę Pałacu Kultury, wyzierającą spoza drzew. Mógłbym wejść trochę wyżej, skąd Pałac byłby lepiej widoczny, ale nie chciałem już tracić czasu. Zresztą, tutaj też nie było źle. Używałem tej ławki już wcześniej, bez większych zakłóceń w transmisji.
     Koncentrując się na odległej iglicy, wyrównałem oddech i z niemałym trudem oczyściłem głowę z myśli. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Rytmicznie i powoli. Lśniący na tle granatowo-czarnego nieba Pałac Kultury rozmył się we łzach. Wdech. Wydech. Złota iglica z aureolą. Wdech. Wydech. Sięgam poza...
     - Pankracy? Jesteś? – Odbity od odległej wieży myślokształt uderzył mnie w twarz. Choć byłem przygotowany, odruchowo cofnąłem głowę. Nie przerwałem  jednak medytacji. Ulepiłem w myślach kilka słów i posłałem je przed siebie. Moja jaźń poszybowała za nimi. Zobaczyłem pod sobą światła miasta. Pęd nocnego powietrza na twarzy. Z wysiłkiem wróciłem do ciała. Nie było czasu na wygłupy.
     - Jestem. Co się dzieje?
     Odpowiedź przyszła natychmiast. Rozpoznałem ostre kontury i konkretność myślokształtów Jabola.
     - Przebiliśmy się przez Barierę.
     Mało brakowało, a wypadłbym z połączenia. Jedynie wielkim wysiłkiem woli spróbowałem oczyścić wstrząśnięty umysł.
     - Przeszliście Barierę?! – rozchwiana myśl wystrzeliła ponad Warszawą. Musiała odbić się rykoszetem od kilku budynków, bo echo opadło mnie z kilku stron równocześnie. „Barierę? ... Barierę? ... Barierę! ...”
     - Uwaaaż...aaaj staaaeery, ni...eee wyyyodzieeraaj sii...ę – to był poszarpany, rozmyty styl Toudiego.
     - Przepraszam.
     Na chwilę zapadła cisza. Chłopaki dawali mi moment na uspokojenie. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Żeby wydmuchać wszystkie myśli spomiędzy uszu. Pustka. Czysty odbiornik. Spokojny warsztat myślokształtów.
     - Już – wysłałem prostą myśl. – Mówcie.
     Wdech. Wydech.
     - Dziś w nocy. Wędrowaliśmy. Próbowaliśmy znaleźć wyłom w Barierze. Jak zwykle. Najpierw nieprzenikniona ściana. Głową w mur...
     - Powieeedz muuu ooo...ee tym kuuurrr...ewskimm klauuunie – wysłał Toudi. Ledwo zrozumiałem jego mentalny bełkot. Dni tego Wędrowca były już policzone. Pomyślałem to ostrożnie, starając się nie ucieleśnić słów. Nie lubię ranić.
     - Spotkaliśmy klauna. Sylwestrowy przebieraniec. Przynajmniej tak myśleliśmy. Zawędrowaliśmy sześć lat do przodu. 1999, odliczanie, Plac Defilad, setki ludzi, ostatnie chwile starego roku - standard. Czekamy na zderzenie z Barierą. Żartujemy z tamtejszej mody. Klaun stoi z szampanem, tyłem do nas...
     - Ogg...glądaaałeś „Tooo” Kiii...iinga? – Hybryda myślokształtu z chichotem o mały włos nas nie rozłączyła. Powstrzymałem złość.
     - Toudi, zamknij się. Jabol, kontynuuj.
     Niebo było coraz jaśniejsze. Nie wiedziałem, czy będę w stanie utrzymać kontakt bez tłumiącej zmysły ciemności.
     - Klaun odwrócił się znienacka. Popatrzył prosto na nas. Widział nas, jestem pewien. Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. Prawie się astralnie zesrałem. Przysięgam. Podniósł butelkę do góry, jakby wznosił toast. Obrzydliwy gość. Nieczłowiek.
     - Nieczłowiek? – przerwałem.
     - Nie. Nie wiem... Odliczanie... Klaun się śmieje... Jesteśmy przerażeni... Coś jest nie tak... trzy... dwa... jeden... I nic. Nie odbiliśmy się. Bariera znikła. Byliśmy po drugiej stronie tysiąclecia...

     Shit! To był pierwszy raz, odkąd odkryliśmy blokadę na Milenium. Szykowało się coś wielkiego. Kim był ten klaun? Może tylko wizją? Czasami umysł nie był w stanie przesiać rzeczywistość od mentalnego szumu. Tym bardziej, że chłopaki zniszczyli już kilka warstw umysłu – to nie byli ostrożni psychopodróżnicy.
     - Co dalej? – moja blada, dwuwymiarowa myśl zawisła w powietrzu i upadła w trawę obok ławki. A niech to. Przerwałem połączenie.

2

     Czerwone słońce zachodziło za pasmem Sierra Madre. Niknący blask oświetlał tajemniczą scenę – stu nagich mędrców siedziało w kręgu. Zwróceni plecami do siebie, a twarzami do niknącego w ciemnościach świata, milczeli. Patrząc na ich przymknięte powieki można by pomyśleć, że spali, ale skupione twarze zadawały temu kłam. Odbijały się w nich burzliwe emocje i myśli.
     Mędrcy rozmawiali, choć ucho zwykłego śmiertelnika nie usłyszałoby słów. Myśli, niczym elektryczne iskry, przeskakiwały pomiędzy umysłami najpotężniejszych ludzi z narodu Majów.
     O czym rozmawiali?
     O końcu, który ujrzeli w wizjach.
     O pewnym dniu, kiedy zapłonie Ziemia.
     O zagładzie ludzkości.
     O tym, czy można zmienić przeznaczenie.
     Mędrcy radzili, aż krwawy rąbek słońca zniknął za krawędzią gór, a niebo rozjaśniły tysiące jaskrawych gwiazd i później, kiedy nadchodzący dzień zamienił czerń w granat, zaś granat w złoty wschód.
     Mędrcy znaleźli wyjście – postanowili podróżować przez czas, zasiewając wśród ludzi ziarna wolności i braterstwa. W ten sposób mogli zmienić historię i sprawić, że Dzień Zagłady stałby się Dniem Przemiany. Nazwali swoją misję Wędrówką, a siebie Wędrowcami.
     Wraz z nastaniem poranka, znów popatrzyli w przyszłość. Nad zieloną planetą jutra wstawał nowy dzień nowej ery – ery pokoju i miłości. Mędrcy wstali i objęli się ze śmiechem, a później wrócili do swoich miast i wiosek, gdzie czekały już uczty, kobiety i muzyka.
     Minęły tysiące lat. Dzień Przemiany był coraz bliższy. Wędrowcy zasypiali, budzili się, rodzili i umierali, nigdy nie zapominając o swojej misji.
     Aż pewnego dnia zdarzyło się coś, czego nie zobaczyli w wizjach – przybyli  Najeźdźcy. Nikt nie wiedział skąd się wzięli i dlaczego ich przyjście umknęło oczom starożytnych mędrców.
     Zło rozpełzło się po całej planecie, Czerń zatruła umysły ludzi. Był to początek wojny. Wędrowcy walczyli z odwagą i determinacją, pamiętając krąg mędrców i wizję zagłady. Wydawało się, że Najeźdźcy zostaną pokonani, że dobro zwycięży nad złem.
     Wtedy pojawiła się Bariera, która zasłoniła Dzień Przemiany. Nie mogła jej przebić żadna myśl. Pierwszy raz od tysiącleci w sercach Wędrowców obudził się prawdziwy strach. Co czaiło się po drugiej stronie?  

3

     Najbliżej miałem do przystanku na Okopowej. Było już po piątej, bez problemu złapałem więc dwudziestkę szóstkę. O tej porze podróż nie powinna zająć więcej niż pół godziny. Chciałem spotkać się z Wędrowcami tak szybko, jak to możliwe. W wagonie siedział jeszcze tylko mamroczący do siebie bezdomny staruszek i zapatrzona w okno młoda dziewczyna. Zmęczona twarz, podkrążone oczy. Pewne wraca z imprezy... Głośny oddech, coraz szybciej poruszające się biodra. „Nie kończ we mnie” – szepczę mu do ucha. Nie słucha. Ogląda się na stolik, czy łapie nas kamera… Mam ochotę go odepchnąć. Debil. Nie mam jednak dość odwagi…
     Potrząsnąłem głową, strzepując obce myśli. Odetchnąłem, oparłem się wygodnie w siedzeniu i patrząc przez szybę na coraz jaśniejsze miasto, pozwoliłem płynąć myślom.

     Bariera. Odkąd ją odkryliśmy, nie było sposobu, żeby się przebić. Będzie z siedemdziesiąt lat. Policzyłem dokładniej. Siedemdziesiąt pięć. 1919.
     Najbardziej pamiętałem twarze. Po kilkudziesięciu latach potrafiły zamazać się słowa, idee, miejsca, ale twarze pamiętałem tak dokładnie, jakbym je widział wczoraj.

* * *

     Zmarszczone brwi, ciemne, przeszywające oczy, czarne, sterczące dziko na boki włosy, pełne, ładne usta, prawie jak u kobiety.
     - Jesteś pewny, Michaił?
     - Tak. Jest jak Chiński Mur. Nic się nie przedrze – odpowiadam, rozkładając bezradnie ręce. – Próbowałem chyba ze sto razy i to w różnych miejscach. Żeby być pewnym, wybudziłem się kilka razy i znów powędrowałem. Nic nie dało.
     Nestor drapie się po głowie i podchodzi do okna. Jesteśmy w drewnianej, przesiąkniętej dymem chacie. Na szczęście przez otwarte drzwi wiatr przynosi zapachy maja.
     - Kurwya mat – klnie cicho. – Co myślisz? – pyta.
     - Nestor... Może to Najeźdźcy? – Z nadzieją czekam na zaprzeczenie.
     Nie przestaje patrzeć w okno. Przytupuje lekko nogą, jak zwykle, kiedy jest podenerwowany.
     - Tego nam brakowało... Za kilka tygodni Ukraina zapłonie, w Hulaj-Polach nie będzie miejsca, gdzie można by się skryć przed czekistami i zbirami Denikina, a teraz jeszcze to... gdzie jest granica?
     - Na dwutysięcznym.
     Odwraca się do mnie. Lubię na niego patrzeć. Jest niewysoki, powiedziałoby się przeciętny, ale ma coś takiego, że człowiek by w ogień skoczył...
     - Ponad siedemdziesiąt lat. Sporo... – Widać, że próbuje podjąć decyzję. Przestraszony zdaję sobie sprawę, że patrzy na mnie z oczekiwaniem, jakbym to ja miał zadecydować. W końcu wzdycha zrezygnowany i mówi: – Teraz i tak nic nie możemy zaradzić.
     - Co w takim razie robimy?
     Znów patrzy w okno.
     - Mamy wojnę do przegrania, Michaił. Nie pierwszą i nie ostatnią... A z tamtym... Czekamy. Jak zwykle.

     Czekanie. W tym jesteśmy najlepsi. Nic już nie mówię. Wychodzę na podwórze. Uśmiechnięte twarze, gdzieś gra harmonia, wszyscy myślą, że już czas, świat się zmieni, wolność, równość, braterstwo, koniec wojen. Jakże się mylą. To tylko rozgrzewka. Próba odwrócenia przeznaczenia. Czwartego czerwca Hulaj-Pole spłynie krwią. Nestor Machno patrzy przez szybę. Chyba płacze, ale nie jestem pewien.

* * *

     Kiedy tramwaj stanął za Mostem Śląsko-Dąbrowskim, wiedziony impulsem wyskoczyłem, choć planowałem wysiąść dopiero koło Katedry. Za dużo ostatnio robiłem na wyczucie.
     Do kamienicy Grubego miałem parę kroków, a stamtąd na Okrzei, to przecież rzut beretem. Jabol i Toudi mogą poczekać pół godziny dłużej.
     Zrobiło się już całkiem jasno. Na ulicy widać było więcej ludzi. Trochę za wcześnie na wizytę, ale mama Grubego przyzwyczaiła się już do moich dziwactw. Doszedłem do kamienicy. Popatrzyłem w okna. U Grubego się świeciło. Dobrze.
     Poprawiłem kurtkę, przygładziłem włosy i przeszedłem przez śmierdzącą moczem bramę. Później, po schodach, na górę.

     Czułem wstyd. To moje pierwsze odwiedziny, chyba od miesiąca. Kiedyś bywałem tutaj codziennie. Zapukałem do drzwi. Otworzyła mi zapłakana kobieta.
     - Pani Aldono... Wszystko w porządku?
     Matka Grubego nie mogła nic wydusić przez łzy. Pokiwała ręką, żebym wszedł. Zamknąłem drzwi. Czułem się bardzo niezręcznie. Coś nie tak z Grubym? I co to za zapach?
     Wszedłem za kobietą do kuchni. Wreszcie opanowała trochę szloch.
     - Tomka nie ma...
     - Co pani mówi? – Nie czekając na odpowiedź, wybiegłem z kuchni i otworzyłem drzwi od pokoju Grubego. Pośród półek pełnych lekarstw, kremów na odleżyny, strzykawek, leżało puste, rozkopane łóżko. I było jeszcze coś... Teraz, z bliska poznałem. Smród Czerni.
     Pani Aldona stanęła za mną.
     - Jak to się stało? – spytałem.

     - W nocy obudził mnie hałas. Myślałam, że to złodzieje, albo co, więc nic nie robiłam, czekając, żeby zabrali co chcą i sobie poszli, przecież i tak nic nie mam, niech sobie biorą, żeby tylko krzywdy nie zrobili, ale potem ktoś wszedł do kuchni, otworzył lodówkę, a przecież jaki złodziej by tak robił? Wyszłam więc i patrzę, a to Tomek, Tomeczek siedzi przy stole i je kotlety z wczoraj, jakby nigdy nic, uśmiecha się przy tym i mówi: „Cześć mamo, przepraszam, że cię obudziłem, głodny jestem jak pies”. I nie wiem, co powiedzieć, wszystko takie dziwne, a później Tomek wstał, uściskał mnie i powiedział, że musi coś załatwić. Ale co załatwić? Przecież to już cztery lata, jak tak leży, bez rozumu i co on teraz chce załatwiać? Myślałam, że majaczy i mówię mu, żeby się położył, że rano wszystko załatwimy, ale on nie słuchał, tylko popatrzył jakoś tak dziwnie, groźnie, jakby nie on, aż mnie dreszcze przeszły i już nic nie powiedział, tylko wyciągnął z szafy swoją starą kurtkę, tą z ćwiekami, co sam robił i poszedł... – Kobieta znów wybuchnęła płaczem.

     Objąłem ją - chyba tego oczekiwała i nie wierząc w ani jedno swoje słowo, powiedziałem, żeby się nie martwiła, wszystko będzie dobrze, że zaraz znajdę Tomka i przyprowadzę go do domu, całego i zdrowego.
     Już na ulicy, wypuściłem głośno powietrze i przyłożyłem czoło do zimnych cegieł. Co się dzieje? Najpierw Jabol z Toudim przechodzą Barierę, teraz Gruby porwany przez Czerń. Kurwa, myślałem, że jeszcze mamy czas przed konfrontacją. (A dlaczego tak myślałeś? – złośliwie zapytał wewnętrzny głos).
     Rozejrzałem się dookoła, jakby oczekując, że Gruby stoi gdzieś obok i na mnie czeka, jak kiedyś, pokazując szczerbaty uśmiech i odsłaniając ukryte za pazuchą wino. Zapiekły mnie oczy. Dobra. Najpierw idę na Okrzei. Może razem  z chłopakami coś wymyślimy.

4

     Ze śpiączką Grubego i z odkryciem, że jesteśmy Wędrowcami, było tak.

     Cztery lata temu pojechaliśmy na koncert do Brodnicy. Gruby, jak zwykle - dusza towarzystwa - już po pół godzinie nasz przedział wypełnili radośni i pijani ludzie, spoglądający z zachwytem na jego wygłupy.
     Piliśmy wino, śpiewaliśmy piosenki Dezertera i KSU, opowiadaliśmy zmyślone i prawdziwe - więcej tych pierwszych - historie z koncertów, zadym, imprez. W końcu zmęczyłem się zamieszaniem i hałasem, zresztą była już noc.
     Wypatrzyłem sympatyczną punkówę, która przyglądała mi się od samego początku.
     Mrugnąłem, kiwnąłem głową i przedarłszy się przez zatłoczony korytarz, zniknęliśmy na pół godziny w pociągowym kiblu. Później pożegnaliśmy się długim pocałunkiem, dziewczyna poszła szukać swojej grupy, a ja wróciłem do przedziału.
     Gruby drzemał. Próbując znaleźć sobie miejsce, potknąłem się o jego wystającą nogę. Łypnął na mnie jednym okiem i uśmiechnął się szelmowsko.
     - Jak tam poszło z czarnulką?
     - Nie narzekam.
     Cmoknął z podziwem.
     - Jak to robisz, że tak lecą na ciebie?
     - Nie gadam za dużo, jak niektórzy.
     - He, he, dobre.
     Znalazłem wreszcie wygodną pozycję, ale kuksaniec przyjaciela pozbawił mnie złudzeń. Nie pośpię.
     - Słuchaj. Miałeś coś dla ciała, może teraz coś dla duszy? – Gruby odchylił lekko klapę plecaka. Butelka. Znajomy kształt korka.
     - Zgłupiałeś? Schowaj to – syknąłem.
     - No co ty? Nie masz ochoty na podróż?
     Miałem.
     - Ale gdzie?
     - A gdzie miałeś to swoje rendez-vous?

     Znów wylądowałem w kiblu. Ciepłe, sierpniowe powietrze i rytmiczny stukot kół miło odprężały. Gruby sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwa woreczki. Usiadłem na desce klozetowej, on na podłodze. Odkręcił butelkę. Pomieszczenie wypełnił ostry zapach. Napełniliśmy woreczki. Otworzyłem szerzej okno, żeby zapach wylatywał na zewnątrz, nie na korytarz. Choć zmęczony masą pijanej młodzieży konduktor już dawno przestał się pokazywać, nie chcieliśmy kusić losu.
     Byliśmy gotowi do podróży.
     - Czekaj, spróbujemy czegoś nowego – powiedział Gruby, wyciągając do mnie kawałek brudnego materiału.
     - Co mam z tym zrobić? Zawiązać oczy, czy co?
     - Czemu nie? Spróbujmy.
     Założyłem opaskę i kompletnie odcięty od wrażeń wzrokowych, zacząłem wdychać rozpuszczalnik. Rytm szeleszczącego woreczka dopasował się do stukotu kół. Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta...

     Cała jaźń skupiła się na wewnątrz, na oddychaniu, rytmie, umyśle. Najpierw w całkowitym mroku, który już po chwili, z klaustrofobicznego odbicia pod powiekami, przerodził się w pozbawioną granic czerń kosmosu. Nieskończenie wielka przestrzeń i moja nieskończenie mała dusza... Czerń wypełniła się kolorami, plamami, dźwiękami, fragmentami dawno usłyszanych zdań, zapomnianą muzyką, szeptami... Gubiłem siebie. Moja jaźń zaczęła znikać, rozpuszczać się we wrażeniach... Musiałem się czegoś chwycić, czegokolwiek, nie wytrzymam tego dłużej...
     Kiedy zacząłem zrywać zakrywającą mi oczy chustkę, silna ręka chwyciła mnie za nadgarstek.
     - Nie bój się – usłyszałem wewnątrz siebie. – Trzymaj się mnie.
     Pomogło. Uspokoiłem się. Zostałem. Znów skupiłem uwagę na rytmie pociągu. Pozwoliłem kolorowym plamom zbudować obrazy. Najpierw niejasne, migoczące, niestabilne - lewitujący w pustce but, twarz, książka... W końcu wizje stały się bardziej dotykalne, pełne, złożone, aż powstał z nich świat. Ja, inni, słowa, rozmowy, sytuacje, które pamiętałem, krok po kroku, do tyłu...

     Cofałem się! Zrozumiałem. Podróżowaliśmy po linii życia, aż do początku. Serce zabiło mi mocniej.

      Widzę wspomnienia, po których, jak myślałem, nie został już żaden ślad, coś sprzed roku, sprzed dwóch, liceum, konflikty z ojcem, lipiec, rzygam pierwszą wódką... coraz szybciej... jestem młodszy, mniejszy, szkoła, czerwony pasek na świadectwie, pierwsza masturbacja, jeszcze wcześniej... świat jest większy, dorośli jak bogowie, potężni, ogromni, wszystko wiedzą, a ja nie wiem nic, ale ufam, czuję, że jest jakiś sens w tym wszystkim, tylko jeszcze go nie rozumiem, prosty świat, proste słowa, a później słowa nie mają już sensu, nic nie ma sensu, nie wiem gdzie góra, a gdzie dół, jest tylko ciepło, zimno, dobrze, źle, głodny, syty... ogromna, ładna, uśmiechnięta twarz, tajemnicza jak Sfinks, nachyla się nade mną... poznaję mamę, Boże, jaka młoda! ... wszystko rozmazuje się w złotych plamach, nie ma mnie... to co zostało, pływa w ciepłym płynie, niezrozumiały sen o nicości... czyli dotarłem do początku... Tak się zaczęło... Jak dziwnie... Bez bólu i bez radości, bez myśli...

     Ale nie zatrzymałem się. Złotą nicią wystrzeliłem z łona, pod prąd czasu. Przez chwilę byłem tylko iskrą szukającą ciała, bezdomnym pyłkiem zagubionym we wszechświecie, pędzącym wśród innych, takich jak ja, pomiędzy życiami - ciągle zdziwieni, pełni czci, strachu, podziwu... to już? po życiu? co teraz? niebo? piekło? nirvana?...

5

     A później (wcześniej) siedziałem w zadymionym pokoju madryckiego mieszkania na Calle de Tribulete, wieczorem 14 lipca 1973 roku.
     Manuel kroił chleb na kanapki. Esperanza trącała go łokciem i chichocząc, podkradała oliwkę. Z trudnością oderwałem wzrok od jej zgrabnej, drobnej sylwetki. Czarne, związane w warkocz włosy opadały prawie do bioder. Do tego ten śmiech... que guapa... Manuel odwrócił się i mrugając, pogroził palcem. Rozłożyłem bezradnie ramiona. Popiół z papierosa spadł na kanapę.
     „Wybacz” – wysłałem skruszoną myśl, nie uściślając, za co przepraszam i starłem smolistą grudkę z wytartego obicia.
     Pablo (Gruby?!) szturchnął mnie w ramię.
     - Ty mnie w ogóle słuchasz?
     - Przepraszam – tym razem werbalnie. – Powiedz jeszcze raz...
     Pablo w geście przesadnej rozpaczy zmierzwił sobie włosy i wzniósł oczy do góry.
     - I z takimi ludźmi muszę ratować świat, Dios mio, pomóż mi!
     Manuel i Esperanza parsknęli śmiechem. Trzeba umieć się śmiać w każdych warunkach. Tacy już jesteśmy, my – Wędrowcy – bez humoru chyba już dawno dalibyśmy sobie spokój. Widziałem jednak, że pod zwykłą przykrywką wygłupów Pablo był śmiertelnie poważny.
     - Segunda Brigada de Investigacion Social – powiedział już normalnym tonem. – Mówi ci to coś?
     - Co ma do tego bezpieka?
     - I o tym właśnie mówię. Bezpieka nie powinna o nas wiedzieć nawet w snach. Jesteśmy duchami... Nas nie ma! Powietrze. Tymczasem twoja - za przeproszeniem - gęba, Ricardo i twoja... Esperanza! – Odwrócił się w stronę kuchni. – Może byście dołączyli? – zawołał. – Mówimy tutaj o ważnych sprawach.

     Szybko wrzucili na talerz niedokończone kanapki, garść oliwek i kawałek sera, po czym dosiedli się do stolika. Pablo pokazał palcem na wymięte kartki papieru. Z listów gończych spoglądały na nas dwa groźne oblicza. Moje i Esperanzy.
     - Jak to się mogło stać? Wytłumaczycie mi?
     Faktycznie, jak? Już nikomu nie było do śmiechu. Odpaliłem kolejnego papierosa. Kiedyś zabije mnie to ścierwo (nie, nie umrzesz od papierosów, zginiesz za godzinę, od ciosu noża, krztusząc się krwią...).
     - Jeśli chodzi o mnie, wiem i mogę przysiąc, że nikt nie zrobił mi zdjęcia, wyczułbym, przecież wiecie... Esperanza?
     Dziewczyna popatrzyła na mnie z lekkim wahaniem, ale pokręciła głową.
     - Może nie jestem tak czujna, jak Ricardo, ale nie przegapiłabym czegoś takiego. Ten, który robił to zdjęcie, musiał przecież pomyśleć o nas, skupić swoją uwagę i w końcu fizycznie nakierować obiektyw. To tak, jakby ktoś mnie opluł z bliska. Mogę nie być najlepszym z Wędrowców, ale tego bym przecież nie przegapiła.
     Manuel objął ją ramieniem i drugą ręką pogładził po włosach.
     Pablo ciężko westchnął.
     - W takim razie pozostaje jedno wytłumaczenie... Ktoś osłaniał fotografa, albo nawet on sam był w stanie się zakamuflować.
     - La puta madre... Najeźdźcy? – powiedziałem.
     A kto inny?
     - Słuchaj, Pablo – Manuel włączył się do rozmowy. – Jak długo już unikamy Najeźdźców? Sto pięćdziesiąt? Sto sześćdziesiąt lat? Myślisz, że akurat teraz nas namierzyli? I dlaczego akurat naszą czwórkę? Co z resztą Wędrowców? W Chinach, w Rosji, Francji, Ameryce? Może to tylko przypadek. Może jednak Ricardo i Esperanza przeoczyli fotografa i są poszukiwani jako zwykli dysydenci? W porządku – to też nie jest bezpieczne, ale jaki problem? Spakujemy się z samego rana i spadamy z Madrytu. Przeczekamy we Francji, u naszych, przecież zostały jeszcze tylko trzy lata. Generalissimo zdycha, wchodzi demokracja i możemy dalej spokojnie działać. Dlaczego oczekiwać najgorszego?
     Esperanza uśmiechnęła się blado, z nadzieją. Gdzieś niedaleko zawyła syrena. Policyjna. Miała dźwięk wyższy o pół tonu od karetki. Nie tylko ja poznałem. Zastygliśmy na chwilę w napiętym bezruchu. Dźwięk rozpłynął się w oddali. Odetchnęliśmy.
     - Nie. Powtarzam: nie przegapiłbym fotografa. To był ktoś od nich – powiedziałem zdecydowanie.

     Chwila milczenia, Pablo nerwowo podrapał się po nieogolonym policzku. Kto jak kto, ale on powinien bardziej dbać o wygląd. Uderzył się po udach.
     - W takim razie nie ma co zwlekać. Nie wolno nam ryzykować. Kto wie, co Najeźdźcy mogliby zrobić, gdyby ktoś z Wędrowców wpadł w ich ręce. I gdyby przez tego kogoś udało im się namierzyć resztę z nas...
     - Więc co?
     - Tak jak powiedział Manuel, musimy zniknąć, ale dalej i na dłużej. Jeśli to Najeźdźcy, to śmierć Franco nic nam nie da. Wyjeżdżamy na dobre. Być może już nie wrócimy.
     Manuel westchnął niezadowolony.
     - Kurwa, no, przyzwyczaiłem się, lubię ten kraj, lepiej mi tu, niż przez ostatnie parę żyć...
     Esperanza nic nie mówiła, ale widać, że była po jego stronie.
     - Wyjeżdżamy jutro z rana – uciął Pablo. – Przykro mi – dodał po sekundzie. – Też lubię tutaj być. Gdyby ode mnie zależało... Ale jesteśmy coraz bliżej Bariery. Jeszcze tylko niecałe trzydzieści lat, a kto wie, co czai się po drugiej stronie. Nie ma czasu na odpoczynek...

     Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Znów zastygliśmy. Głośne kroki na schodach. Ściszone głosy. I jeszcze coś. Przez szparę pod drzwiami wpłynęła smuga Czerni. W sekundę wypełniła powietrze. Wciskała się do nosa, ust, uszu - szepty o zniszczeniu, o śmierci, nicości, nienawiści, armageddonie.
     - Na zewnątrz! – trzeźwy głos Pabla wyrwał nas z transu. Rzuciliśmy się do drzwi. Jedyna droga ucieczki prowadziła do góry. Czerń płynęła po korytarzu bulgoczącą falą. Funkcjonariuszy jeszcze nie było, ale tupot butów stawał się coraz głośniejszy. W panice wbiegliśmy na schody. Próbowaliśmy nie oddychać, nie mówić, byle dalej stąd, dalej od tego ohydnego smrodu. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko Czerni. Biegnąc, ze wstrętem podnosiłem wysoko stopy, choć przecież to nic nie mogło dać, Czerń była wszędzie. Oblepiała skórę, ubrania, płuca.
     Dotarliśmy na dach. Na dole ktoś stukał do drzwi.
     - Policia! Abran la puerta!

     Biegiem przez dach, do gzymsu. Najpierw skacze Pablo, za nim Esperanza, Manuel i ostatni, ja. Byle szybciej, bieg, następny budynek, bez zatrzymywania się, bez myślenia. Znów gzyms, tym razem trochę większy odstęp pomiędzy ścianami, ale udaje się, bez problemu, tam już czekają na nas drzwi, droga na zewnątrz, do ukrytego samochodu. Odwracam się przez ramię. Nie widać pościgu - tylko przerażająca ściana Czerni przesuwa się powoli w naszą stronę.
     Wbiegam do kamienicy jako ostatni, zatrzaskuję zamek, potykamy się w ciemności, ale oddychamy, przejrzyste powietrze, już jest lepiej, zdążymy i kurwa, uwierz mi Pablo, wyjeżdżamy stąd już teraz, zaraz, na zawsze, pierdolić słońce, flamenco, manchego i śniade dziewczyny....
     Jesteśmy już na ulicy. Ciasno, ciemno, bez przechodniów, dobrze wybraliśmy miejsce, Pablo dobiega do samochodu, wyciąga z kieszeni kluczyki, wsadza w zamek. Zabezpieczam tyły, rozglądam się, serce głośno pompuje krew, „szybciej, kurwa, szybciej” – myślę. Nie chcę więcej widzieć, dotykać, wdychać Czerni, szybciej! Manuel trzyma Esperanzę za włosy. Dziewczyna wymiotuje. Pablo otwiera drzwi. Macha.
     - Ruszać się!

     I wtedy nas dostali. Trzy postacie wyłoniły się z cienia. Manuel sięgnął po pistolet. Tamci byli szybsi. Pierwsza kula roztrzaskała mu ramię i przeszedłszy przez ciało, uderzyła Esperanzę w szyję. Druga trafiła go w skroń. Upadł martwy na drgające ciało dziewczyny. Pablo skrył się za drzwiami samochodu.
     Podniosłem ręce do góry. Byliśmy bezbronni - jedynie Manuel miał przy sobie pistolet.
     - Nie strzelajcie! – zawołałem. Bardziej w odruchu zachowania życia, niż jako część racjonalnego planu.
     - Ty, za samochodem, wyłaź! – krzyknął jeden z napastników. Po akcencie wydawali się Hiszpanami, chyba z Andaluzji.
     Pablo wychylił się zza samochodu.
     - Wychodzę. Nie strzelajcie.
     Boże, mam nadzieję, że choć on ma jakiś plan.
     Widząc, że nie mamy broni, podbiegli, wykręcili nam ręce i wrzucili do samochodu. Pomimo zamaskowanych twarzy rozpoznałem jedną kobiecą i dwie męskie sylwetki. Kiedy ruszyliśmy, zerknąłem za okno, na nieruchome już ciała. „Do zobaczenia piękna Esperanzo. I ty też, Manuel” – pożegnałem się melodramatycznie, z lekką zazdrością, że na razie mają spokój, a tutaj, wśród żywych nie wiadomo czego się spodziewać.

     Zatrzymaliśmy się w małej uliczce, niedaleko Parque del Oeste. Pomyślałem o uroczej kawiarence, na ulicy obok, gdzie przedwczoraj zamawiałem chocolate con churros.
     Wyciągnęli nas z samochodu i ani na chwilę nie opuszczając pistoletów, wprowadzili do kamienicy. Zmartwił mnie fakt, że nie zawiązali nam oczu. Nie zależało im, żebyśmy nie znaleźli tego miejsca. To mogło oznaczać tylko jedno. (Tak, masz rację, zostało ci jeszcze dwadzieścia minut życia).
     Popchnęli nas na kanapę. Rozejrzałem się po pokoju, wyglądającym prawie jak lustrzane oblicze tego, z którego wykurzyli nas skażeni Czernią funkcjonariusze bezpieki. Niedojedzone tapas na stoliku, przesypująca się popielniczka, puste butelki po winie, książki.

     Poziom adrenaliny zaczął powoli opadać. Myśli zwolniły, zmiękły, ciągle przecież żyłem. Nie miałem jednak pojęcia, co właśnie zaszło. Przez chwilę myślałem, że tam, w tamtej uliczce, gdzie zginął Manuel i Esperanza, dopadła nas tajna policja, ale teraz byłem już prawie pewien, że nie. Nie było przecież Czerni. Jakiekolwiek zło reprezentowali porywacze, było ono nasze, ludzkie.
     Spróbowałem sięgnąć do umysłu dziewczyny. Niewidzialnym palcem dotknąłem misternej, pajęczej konstrukcji. Uderzenie było niczym porażenie elektrycznością. Tyle, że dużo gorsze. Zawyłem i zwinąłem się na kanapie. Boże, jak zabolało!
     - Z nami nie próbuj, bo też się sparzysz – powiedział jeden z mężczyzn. Następnie ściągnął maskę. Nie, tylko nie ściągaj maski! Teraz będziesz musiał nas zabić! Jego towarzysze zrobili to samo. Tak jak myślałem – ciemni Andaluzyjczycy, arabsko-hiszpańsko-cygańska mieszanka.
     - Czego od nas chcecie? – spytał Pablo.
     - Informacji. – Ten wysoki, który się odezwał, wyglądał na przywódcę. Przysunął sobie krzesło i usiadł przed Pablem. Mniejszy i dziewczyna nie przestawali w nas mierzyć. – Najpierw powiedzcie dla kogo pracujecie.
     Pablo wzruszył ramionami. Powoli wracał do siebie. Gdyby jego rozmówca przysunął się bliżej, moglibyśmy spróbować... Nie, nie z lufami skierowanymi w głowy.
     Wysoki odpalił papierosa. Dostrzegłem, że trzęsą mu się ręce. Był tak samo zdenerwowany jak my. Czy możliwe, że są to jacyś nieznani nam Wędrowcy? Ale jak...?
     - Kim jesteście? – zapytałem.
     Wysoki spojrzał na mnie poważnie.
     - Prawdopodobnie nie wyjdziecie stąd żywi. Wiecie o tym?
     Skinąłem głową.
     - To dobrze. Dlatego wam powiem...
     - Jose... – dziewczyna spróbowała zaprotestować. Wysoki powstrzymał ją gestem dłoni.
     - Natrafiliśmy dziś na zagęszczenie Obcych...
     - Obcych? – przerwał Pablo.
     - Nie udawaj idioty, człowieku. Wiesz o czym mówię. Kiedy was znaleźliśmy, byliście tym oblepieni... Ciemnością.
     - Masz na myśli Najeźdźców... – powiedziałem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.
     Wysoki potwierdził skinięciem głowy.
     - Wyłapujemy ludzi, którzy im służą, próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej, o tym kim są, czego chcą, jak można ich pokonać. Do tej pory udało nam się złowić kilku funkcjonariuszy bezpieki, generałów, biznesmena, ale pierwszy raz trafiliśmy na kogoś takiego jak wy...
     - Jakiego? – spytał Pablo.
     - Ciężko was czytać. Inni nie mieli osłony, czytało się ich jak książkę, spomiędzy smug Ciemności wyławialiśmy ich myśli jak krewetki... co nie znaczy, że dowiedzieliśmy się czegoś przydatnego... ale wy jesteście inni.
     Choć zaczynałem rozumieć, moje wnioski wydały mi się zbyt fantastyczne. Istnienie równoległej grupy, walczącej z Najeźdźcami, bez naszej wiedzy... Przecież to nie była powieść SF! Czyżby jednak? Ale w takim razie możemy się dogadać. Muszę spróbować.
     - Słuchajcie – zacząłem. – Wydaje mi się, że jesteśmy po tej samej stronie.
     - Jaka to strona capullo?! – warknął cichy do tej pory mężczyzna.
     Nie miałem pojęcia, ile wiedzieli, do jakiego stopnia byli świadomi całego obrazu. Nie wiedziałem, gdzie zacząć. Pablo syknął w moją stronę.
     - Zamknij się.
     - Zaufaj mi – odpowiedziałem i znów zwróciłem się do wysokiego. – My też walczymy z Obcymi. I to od dawna, od samego początku...
     Nawet nie mrugnął. Jeśli coś go ruszyło, nie dał po sobie poznać.
     - Mów dalej.

     - Jesteśmy Wędrowcami. Od bardzo dawna podróżujemy po Ziemi, chroniąc tę planetę i pomagając ludziom... to długa historia... Kiedy rodzimy się, nie zapominamy poprzednich żyć...
     - Ricardo! Powiedziałem, żebyś się zamknął!
     Może byłem naiwny, ale czułem, że się nie mylę. Zignorowałem rozkaz Pabla.
     - Parę tysięcy lat temu, odkryliśmy, że świat skończy się w 2012 roku...
     Za oknem z piskiem opon podjechał samochód. Dziewczyna pobiegła do okna i lekko odsłaniając firankę, zerknęła w dół. Wysoki wstał i do niej dołączył.
     - Nie mamy czasu - powiedział.
     Dziewczyna wskazała na nas.
     - Co robimy z nimi?
     Spróbowałem się wtrącić.
     - Zabierzcie nas z wami! Wszystko wam wytłumaczę!
     Mężczyzna pokręcił głową.
     - Lo siento, nie możemy ryzykować. Zbyt śmierdzicie Ciemnością, żeby wam wierzyć... – Sięgnął pod płaszcz i wyciągnął nóż. – Przykro mi  – powtórzył i kiwnął na dziewczynę. – Zobacz, czy naprawdę mogą pamiętać poprzednie życia. Jeśli tak, to zrób coś z tym.

     Dziewczyna w pośpiechu uklękła przed nami i przymknęła oczy. Coś miękkiego, ale silnego pomacało sieć mojego umysłu. Pomimo osłony?!
     W końcu dziewczyna musiała znaleźć to, czego szukała. Miejsce, gdzie tysiące lat temu zmieniono mały szczegół. Pod powiekami wybuchło białe, oślepiające światło. Poczułem jak część mojej mentalnej konstrukcji rozsypuje się w pył. Łzy spłynęły mi po policzkach. Takiego końca się nie spodziewałem.

     Gdy dziewczyna odwróciła się do Pabla, mężczyzna stanął obok mnie. Zobaczyłem w jego oczach lekkie wahanie, zanim jednak zdążyłem na nim zagrać, gdzieś na dole trzasnęły drzwi.
     - Jeśli się mylę, przepraszam – powiedział cicho i poderżnął mi gardło. Zakrztusiłem się. Próbowałem dłońmi zatamować krew, ale wiedziałem, że nie ma to sensu. Umierałem już przecież setki razy. Ale dziś w nocy to będzie naprawdę. Moja pamięć zostanie przy pustym ciele. Usłyszałem jeszcze urwany krzyk Pabla, kaszlnąłem i odfrunąłem w kosmos.

6

* * *

     Ta kib’ Chaahk chwyciła mnie za dłoń. Ścisnęła mocno, po męsku. Tak jakby chciała mnie zranić.
     - Co robisz, bogini deszczu i burzy? –  żartem próbowałem złagodzić jej gniew. – Chcesz mnie ukarać, bo zbyt łaskawym spojrzeniem uraczyłem Ti Tomaj K’awiil? Ale przecież sama wiesz, że nie jest łatwo przejść obojętnie obok jej krągłych bioder i stojących wysoko piersi...
     - Jesteś głupi – odpowiedziała nadąsana, ale przestała ugniatać mi palce. Podniosła na mnie wielkie, brązowe oczy, w których mógłbym zatonąć. – I nienawidzę cię.
     Opuściłem głowę. Wiedziałem, co powie.
     - Nasza wioska dawno obróci się w pył, nasi potomkowie nie będą pamiętać naszych imion, a być może nawet góry zdążą zmienić kształt, a ty... a ty ciągle będziesz pamiętał naszą miłość... beze mnie...

* * *

     L. Julius Cornelius wyłożył się wygodnie na sofie. Nie przestając oglądać pojedynku Flaviusa i Cassipora – swoich najsilniejszych i najbardziej biegłych w walce niewolników, przechylił kielich, po czym wyciągnął go w moją stronę.
     - Chłopcze! Dolej wina staremu głupcowi, który nie wie, kiedy przestać! – zawołał, mrugając przyjacielsko.
     Wypełniając złoty puchar, poczułem litość. Mój pan miał zginąć w pierwszym tygodniu powstania, z rąk swych własnych niewolników...


* * *

     - Mówisz, że świat miał się skończyć w roku pańskim 2012? – Szabo Istvan parsknął śmiechem i z uciechy uderzył blaszanym kuflem o blat. Rozmowy ucichły i nieprzychylne spojrzenia omiotły nas przez chwilę, ale natrafiwszy na blask stali, ludzie zostawili nas w spokoju.
     - Ano miał – wybełkotałem pijacko, po czym beknąłem głośno i też zarechotałem.
     - I tyś to nas uratował, Laszlo, tak?
     Pokręciłem przecząco głową. Żołądek podszedł mi do gardła. Żadnego więcej kręcenia głową. Nienawidzę rzygać po karczmach.
     - Nic żeś nie zrozumiał, Istvan. Nas jest więcej. Świat się miał skończyć za pięćset lat od teraz, bo ludzie wielką nienawiść między sobą rozniecili, a taki oręż mieli, że całą Ziemię mogli spalić, że garść popiołu by jeno została. I spaliliby, ale cztery tysiąclecia temu żeśmy siedli i wymyślili, co zrobić...
     Gębę mojego kompana wykrzywił pijacki spryt.
     - Nie pogniewaj się Laszlo, nie żebym myślał, że łżesz, ale ty mi nie wyglądasz na więcej niż trzydzieści wiosen, no chyba żeś z diabłem pakt jaki zawarł, to rozumiem... – Mrugnął i znów się zaśmiał.
     - No toś mnie złapał, przyjacielu! – Czknąłem, po czym z trudem podniosłem do góry kufel. – Za króla Janosa i cały ród Hunyadi! Na pochybel Turkom! – zaryczałem z całych sił.
     - Za króla Janosa! – podchwycił Istvan i wychylił cały garniec piwa jednym łykiem...

* * *

     Nabrzmiała twarz wisielca wykrzywiona była w uśmiechu. Przyłożyłem do nosa chusteczkę nasączoną perfumami, ale i tak z wielką trudnością pokonałem odruch wymiotny.
     - Wszystko w porządku, sir? – zapytał zatroskany konstabl. Zdziwił się, że tak ostro zareagowałem na widok zwłok. Przecież nieraz widział mnie w  miejscach o wiele drastyczniejszych wydarzeń i nigdy nie wahałem się udzielić kilku rad zagubionym oficerom Scotland Yardu.
     Jednakże to wcale nie martwe ciało wzbudziło we mnie taki wstręt i niepokój. Poczciwy konstabl nie mógł widzieć, że skóra denata pokryta była cienką warstwą Czerni, podobnie zresztą jak podłoga, meble i szyby w oknach.
     Nikły blask słońca, jaki przez nie wpadał, z trudnością oświetlał brudny pokój. Smród zgnilizny, zniszczenia i nicości drażnił nozdrza i budził paniczny lęk.
     Musiałem stamtąd jak najszybciej uciec.  W pośpiechu skierowałem się w stronę drzwi.
     - Proszę wezwać mi dorożkę – poprosiłem zdławionym głosem i zniknąłem sprzed oczu osłupiałego mężczyzny...

7

     Z wizji wypadłem wprost na zaszczaną podłogę kibla. Tysiące myśli równocześnie próbowało przebiec mi przez głowę. Setki wspomnień, znajomych jak rozchodzone trampki, procesja twarzy i imion – wszystko to rozpierzchło się w szalonym tańcu, pośrodku kruchego umysłu.
     Czułem, jakby mój mózg miał zaraz eksplodować, chciałem, żeby ten kołowrót zatrzymał się, żeby zapadła cisza, żeby wszystko było normalne.
     Uświadomiłem sobie, że moja głowa opiera się na czyichś kolanach i silne ręce trzymają mnie za skronie. Gruby? Nie. Gruby leżał pod oknem. Szkliste, puste oczy wbijały się nieruchomo w sufit. Strużka śliny spływała po brodzie prosto na kołnierz skórzanej kurtki.
     Spróbowałem popatrzeć do góry, poza siebie. Z trudem odchyliłem głowę. Buddyjski mnich wpatrywał się we mnie z powagą. Drugi próbował zablokować drzwi, przy których tłoczyli się już gapie. Ludzie nie wiedzieli, na czym zatrzymać wzrok - na leżących punkowcach, czy pomarańczowych szatach mnichów...
     Dostrzegłem kosmyk włosów z tyłu ogolonej czaszki tego, który zmagał się z drzwiami. Czyli krysznowcy. Spróbowałem się podnieść, wyrwać z silnego uchwytu, ale mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa.
     - Kurwa... kurwa... Jezu, co się dzieje... Jezu... – wycharczałem z trudem.
     Ten, który trzymał mnie za głowę, przyłożył palec do nosa.
     -Tsss. Nie walcz, nie mamy dużo czasu.
     Drugi zatrzasnął wreszcie drzwi i kucnął przy Grubym. Zerknął tylko na niego i odwrócił się do towarzysza, kręcąc z rezygnacją głową.
     - Za późno.
     - Pomóżmy jemu – usłyszałem nad głową.
     Mnisi przymknęli oczy. Kibel wypełnił się dźwiękiem mantr.

Om Viśvam Visznuvashatkaro
bhuta bhavya bhavat prabhuh...

     Szalona karuzela zaczęła zwalniać. Poczułem, jak napięta do granic możliwości kryształowa siatka umysłu rozluźnia się, puszcza, wreszcie przestaje jej grozić wewnętrzna eksplozja...

...Bhutakrudbhutabhrud bhavo
bhutatma bhuta bhavana...

     Spokojne głosy intonujących krysznowców wlewały się w uszy, płynęły przez ścięgna, żyły, kości – prosto do steranej duszy, która zestarzawszy się w kilka minut o pięć tysięcy lat, stanęła nad przepaścią szaleństwa.

...Agrahyah sasvatah krishno
lohitakshah pratardanah...

     Zdawałem sobie sprawę, jak wielkie grozi mi niebezpieczeństwo. Wpuściłem do serca starożytne mantry, starając się nie myśleć o martwym wzroku Grubego.
     Powoli wszystko wpadło w swoje miejsca. Klik, klik, klik... Wspomnienia odnalazły swoje drogi, osobowości przestały walczyć, stapiając się w jedną, harmonijną istotę.

...Prabhutas-trikakubdhama
pavitram mangalam param...

     Znowu byłem Pankracym, jechałem do Brodnicy, przed godziną uprawiałem wolną miłość ze śliczną, odważną dziewczyną, a oprócz tego byłem Wędrowcem, zbawicielem świata, na tajnej misji, żołnierzem walczącym z Najeźdźcą.

     Modlitwy ucichły. Odetchnąłem z ulgą, ale nie pozwoliłem sobie na odpoczynek. Z wysiłkiem odwróciłem się do Grubego. Dotknąłem jego czoła. Ciepłe, nawet gorące.
     - Co z nim? Dlaczego mu nie pomagacie? Przecież żyje.
     Ten, który mnie wcześniej trzymał, pokręcił głową.
     - Przepraszam, nie udało się. Nie zdążyliśmy. Umysł twojego przyjaciela był już w strzępach.
     Wzdrygnąłem się. Straszny koniec. Biedny Gruby... Pablo...
     Za drzwiami robiło się coraz większe zamieszanie. Ktoś wzywał konduktora.

     Narkomani jacyś się tam zamknęli... Ćpają, nie wiadomo co, chyba jakieś kleje, śmierdzi na cały wagon...
     Już całkiem trzeźwo popatrzyłem na mnichów. Jeden z nich przypominał mi kogoś. Wrażenie, że skądś go znam, było tak silne, że aż bolesne...
     - Kim jesteście? Jak wiedzieliście...
     Znałem tę twarz... Może nie to, co na zewnątrz, ale coś przebijało ze środka... Już miałem wtargnąć do jego umysłu, ale w porę wyczułem zagrożenie. Całe szczęście. Kiedy ostatni raz włożyłem paluchy w osłonę...
     - Ty! Pamiętam! – zawołałem. Odruchowo dotknąłem szyi. – To ty mnie zabiłeś!

8

        Zapach Czerni uderzył mnie tuż przed blokiem. Nie musiałem używać domofonu, drzwi były niedomknięte. Popchnąłem je lekko i niechętnie spojrzałem w ciemną, śmierdzącą szczynami klatkę schodową.
     Cienkie pasma Czerni wiły się w powietrzu. Z mieszkania na parterze dobiegły mnie okrzyki i przekleństwa domowej kłótni. Zrobiłem krok do przodu i pociągnąłem nosem. Zapach nie był zbyt mocny – choć mocniejszy, niż bym chciał – prawie miałem pewność, że Najeźdźca już sobie poszedł.

     Pomimo to, włożyłem rękę do kieszeni i wymacałem rękojeść sprężynowca.
     Pod mieszkaniem Jabola zapach był intensywniejszy. Wyciągnąłem nóż, wysunąłem ostrze i przez rękaw kurtki dotknąłem oblepionej Czernią klamki. Drzwi były tylko przymknięte.
     Starając się nie robić hałasu, otworzyłem je lekko i wcisnąłem się do środka. Cisza. W przedpokoju nie płonęło żadne światło, ale było wystarczająco jasno, żeby dostrzec kontury mebli.
     Wyciągnąłem szyję i przymrużyłem oczy, wyczulając się nie tylko na dźwięk, ale i na coś subtelniejszego, jakąś nieostrożną myśl schowanego napastnika, albo wołanie o pomoc.

     Usłyszałem cichy głos. Dobiegał z kuchni. Fala adrenaliny wpłynęła w żyły. Popatrzyłem na rękę trzymającą nóż. Trząsłem się jak osika. Prawdziwy wojownik – pomyślałem z ironią i na palcach ruszyłem w stronę kuchennych drzwi. Nagle wdepnąłem w coś mokrego. Schyliłem się i dotknąłem kałuży. Podniosłem mokre palce. Krew.
     Głos nie milkł. Wziąłem głęboki oddech i wychyliłem się na tyle, żeby widzieć wnętrze pomieszczenia. Włosy zjeżyły mi się na głowie, żołądek podszedł do gardła. Kuchnia wyglądała jak plan filmowy jakiegoś horroru.
     Bezgłowe ciało Toudiego leżało obok lodówki. Starałem się nie patrzeć na poszarpane krawędzie tchawicy, żył i wystający fragment kręgosłupa. Szeroka kałuża krwi łączyła się z mniejszą, która wypłynęła z leżącej obok głowy. Oczy wywróciły się tak bardzo, że widać było tylko białka.
     Jabol leżał po drugiej stronie pomieszczenia. Widziałem tylko bezwładnie rozrzucone nogi. Widok na resztę ciała zasłaniała klęcząca przy nim postać.

     Serce przyśpieszyło jeszcze bardziej. Wstrzymałem oddech. Podniosłem ostrze. Miałem jakieś cztery kroki do nieznajomego. Wbiję mu nóż w kark. Przygotowałem się do skoku. Pomyślałem jeszcze, że może, jeśli nie odwiedziłbym Grubego, zdążyłbym ich uratować.
     Skrzywiłem się, wiedząc jak nie nadaję się do zabijania. Nigdy się nie nadawałem.

     I już mam zaatakować...
     ... kiedy nieznajomy odwraca w moją stronę twarz. Spod daszka czapki patrzy na mnie...

     - Sadaruci?! – Opuściłem rękę. – Co ty tu robisz?
     - Hare Kryszna. – Mnich pozdrowił mnie skinieniem głowy. – To samo, co ty. Wezwali mnie. – Wskazał na ciała.
     Poczułem wątpliwość. Przez sekundę nie byłem pewny, nie chowałem ostrza...
     Włożyłem nóż z powrotem do kieszeni.
     - Nie poznałem cię w cywilu.
     - Nie chciałem przyciągać uwagi.
     Podszedłem do Jabola. Gdybym nie wiedział, że to on, nie rozpoznałbym go. Czarna, spalona skóra twarzy, w kilku miejscach odsłaniała czerwone mięso.
     Obok leżała butelka po rozpuszczalniku. Pewnie ta sama, której używali do podróży.
     Czy morderca podpalił go na żywca? Dostrzegłem plamę krwi z boku. Nachyliłem się. Spod pachy wystawała rękojeść kuchennego noża. Odetchnąłem z ulgą. Czyli napastnik mógł oblać go rozpuszczalnikiem i podpalić już po.
     - Udało ci się jeszcze nawiązać połączenie?
     Sadaruci pokręcił głową.
     - Byli za daleko...
     - Shit, nie ma więc co liczyć na kontakt wcześniej, niż za cztery, pięć lat.
     Sadaruci ciężko westchnął.
     - Pankracy...
     - Co jest?
     - Pamiętasz, co zrobiliśmy ci tamtej nocy? W Hiszpanii?
     Skrzywiłem się z niechęcią. Wydawało się, jakby dopiero wczoraj tamta dziewczyna zniszczyła część mnie.
     - Czyli nie będą nic pamiętać... W takim razie sami ich namierzymy, tak jak wy namierzyliście mnie i Grubego. Coś się poradzi.
     - Przykro mi, Pankracy, ale to, co ktoś im zrobił, jest o wiele gorsze. Tamtej nocy usunęliśmy tylko część twojego umysłu. Napastnik zniszczył ich sieć prawie doszczętnie. I to w głębokich warstwach...
     Poczułem, że robi mi się duszno.
     - Najeźdźca nigdy wcześniej... Jezu...
     Nie potrafiłem wyobrazić sobie gorszego losu. Jabolowi i Toudiemu może zając setki lat, zanim odbuduje się ich mentalna konstrukcja i znów urodzą się jako ludzie.
     Myśl, że i tak można by ich odnaleźć i może jakoś się zaopiekować przeraziła mnie do szpiku kości. Co za ładny piesek! Jak się wabi? Jabol?

     - Powiedzieli ci, co zobaczyli za Barierą? – Lepiej było zająć myśli teraźniejszością.
     Pokręcił głową.
     - Nie. Połączenie było bardzo złe. Wsiadłem w autobus i od razu przyjechałem tutaj.
     - Moglibyśmy sami spróbować...
     - Przecież wiesz, że się nie da.

     Wiedziałem. W ciągu ostatnich kilku dekad wpływ Czerni był tak mocny, że tylko niektórzy z nas mogli zaglądać w przyszłość, a i to nie samodzielnie, ale z pomocą dragów. Średnia wieku Wędrowców zmniejszyła się ostatnio drastycznie. Dla mnie, podglądanie przyszłości było już przeszłością.
     - Zostało tylko jedno – powiedziałem wreszcie. Sadaruci wykrzywił twarz. – Możesz zaczekać w pokoju, albo na zewnątrz – zaproponowałem.
     - Zostanę.
     - Na pewno?
     - Gdyby coś poszło nie tak, wolę być w pobliżu.
     - Dzięki.
     Przyjrzałem się zwłokom. Gdybym mógł wybierać, spróbowałbym z Jabolem; zapewniłoby mi to większą przejrzystość, ale potrzebowałem oczu, a jego twarz była kompletnie spalona.
     Zbliżyłem się do ciała Toudiego. Sadaruci usiadł na krześle i odwrócił się. Wyciągnął z kieszeni korale i wbił wzrok w okno. Jego wargi poruszały się bezgłośnie.
     Usiadłem po turecku. Podniosłem odciętą głowę i położyłem ją sobie na kolanach. Najgorzej było pokonać wstręt. Mogłeś chociaż rozłożyć ścierkę, albo worek na śmieci, a tak cały się ubabrzesz...
     Nie robiłem tego już chyba z dwieście lat...

9

     Nekromancji nauczył mnie Mojżesz ben Jacob Cordovero. Spędziliśmy całą noc przed jaskinią na Sacromonte.
     Mury Alhambry lśniły złotym blaskiem odbitego księżyca. Granada spała, a Cyganie z okolicznych jaskiń rzucali niechętne spojrzenia w stronę naszego ogniska – czułem je w ciemności, niczym dotknięcia sztyletu -  i śpiewali pieśni, prosząc Najwyższego, żeby chronił ich przed złym urokiem.
     Była wiosna 1491 roku. Powiedziałem mu, że za rok królowa Izabela wyrzuci z Hiszpanii wszystkich Żydów.
     Opuścił głowę. Wydało mi się, że kilka łez zgubiło się w siwej brodzie, ale szybko powstrzymał emocje. „Jeśli taka jest wola Adonai, z radością się jej poddam” – powiedział spokojnie i spojrzał na leżące poniżej miasto, na światła Albayzin, a później wyżej, na łańcuch Sierra Morena, którego ośnieżone szczyty tonęły w mroku.
     Milczałem.
     Wreszcie starzec westchnął i wskazał na leżące przed nami ciało jego ucznia, który zginął tego ranka z rąk fanatycznego katolika.
     - Przekażę ci teraz wiedzę, którą kapłani mojego narodu znają od tysięcy lat. Nigdy, żaden goj nie miał tego zaszczytu, więc pamiętaj, że ciąży na tobie wielka odpowiedzialność.
     Skłoniłem z szacunkiem głowę.
     Ben Jacob zamilkł na chwilę, jakby ciągle nie był pewny swojej decyzji. Wreszcie przemówił.
     - Masz ważną pracę do zrobienia i czeka cię jeszcze wiele trudu. Może przyjść taki czas, że to, co teraz usłyszysz i zobaczysz, przeważy szalę w walce o przyszłość... I dlatego złamię święte zasady mojego ludu... – głos starca zawisł w powietrzu. Wydawało się, jakby światło księżyca przybladło, a głosy Cyganów zabrzmiały jeszcze głośniej i bardziej desperacko. – Nauczę cię rozmawiać ze zmarłymi...

     ... Wbiłem wzrok w wywrócone oczy Toudiego. Nachyliłem się bliżej. Zapach rozpuszczalnika i Czerni nabrał intensywności. Otrząsnąłem się z niepotrzebnych wrażeń, przytłumiłem zmysły i zacząłem spadać, wpływać w oczodoły Wędrowca.
     Ciało było już puste, dusza i zraniony umysł znajdowały się Bóg wie gdzie, na pewno poza zasięgiem. Ale jak pokazał mi czcigodny Mojżesz ben Jacob, istniało miejsce, gdzie umysł zostawiał odbicie, pozbawiony życia film, do którego sprawny nekromanta mógł znaleźć drogę. Najtrudniej było odszukać  pierwszą klatkę...
     Przerzuciłem niepotrzebne szpule, odbicia wspomnień, myśli, rozmowy... Wreszcie trafiłem na to, czego szukałem. „Powieeedz muuu ooo...ee tym kuuurrr...ewskimm klauuunie” – Myślokształt Toudiego, który kilka godzin wcześniej odbił się od Pałacu Kultury, żeby trafić na moją ławkę, znowu zabrzmiał mi w głowie. Musiałem cofnąć się jeszcze kawałek... Mam!

     ... Jabol zawiązał rogi woreczka.
     - Są dosyć mocne, nie powinny się przepalić – powiedział(em) Toudi.
     Jabol wzruszył ramionami.
     - Przezorny zawsze ubezpieczony.
     Toudi odsłonił(em) firankę, żeby wpuścić światło księżyca. Czasami łatwiej wystartować po jego srebrzystym promieniu.
     - Gotowy? – zapytał Jabol.
     - Gotowy – odpowiedział(em).
     Usiedli(śmy) na podłodze, wbijając wzrok w okno. Ostry zapach rozpuszczalnika wypełnił pomieszczenie. Kilka pierwszych wdechów i kontury przedmiotów nabrały ostrości, podobnie jak dźwięki. Za to myśli zmiękły, słowa płynące przez głowę rozciągnęły się, odbiły echem, zawirowały...

     Powoli wyciszył(em) szum. Teraz istniało tylko zimne światło księżyca. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Silne wibracje zaczęły się w stopach. Jak warkot silników samolotu. Kości drgały w rezonansie. Wibracje wzniosły się do góry ciała. Łydki, kolana, uda, genitalia (erekcja), brzuch, klatka piersiowa (palpitacje), szyja i... Byli(śmy) w drodze!
   
     1994...1995...1996... Nic nowego. Był(em) tutaj już niejednokrotnie, pierwszy raz pięć tysięcy lat temu, niedużo wtedy rozumiał(em), mechaniczne pojazdy, urządzenia, szarość, smutek, brzydkie ubrania, wielkie, ponure budynki, ludzie nie zdający sobie sprawy, że zmierzają ku końcowi... Teraz już rozumiał(em)...w pewnym sensie... samochody, bloki, komuna się skończyła, zmęczeni ludzie... patrząc na nich, można wyobrazić sobie, jak ten gatunek mógł stracić wolę przetrwania... 1997...1998...1999... Zbliżają(my) się do Bariery... Zwalniają(my)... wrzesień... październik... listopad... grudzień... Rutyna. Zaraz staną(niemy) twarzą w twarz z Barierą... Jest ostatni dzień grudnia. Milenium... Zwolnili(śmy) - czas płynie teraz normalnie... Pijany tłum na Placu Defilad wznosi głośne okrzyki. Ludzie obejmują się. Śmieją. Sztuczne ognie wybuchają, otaczając Pałac Kultury szaleństwem barw i rozbłysków... Czekają(my) na zderzenie. Rozglądają(my) się dookoła, szukając czegoś nietypowego, jakiejkolwiek wskazówki... Nic. Jedynie ten przebieraniec. Jaskrawożółty kombinezon, biała bluza w czerwone paski, czerwone włosy. Coś tutaj nie pasuje. Nie wie(m) dokładnie co, ale niepokoi go(mnie) ta postać. Stoi nieruchomo, tyłem do nich(nas), w dłoni trzyma szampana... Klaun odwraca się w ich(naszą) stronę. Choć to przecież niemożliwe, wydaje mu(mi) się, że patrzy prosto na niego(mnie). Powoli rozwiera gębę, w drapieżnym uśmiechu, zgniłe, czarne zęby. Zaczyna się odliczanie... 9...8...7...6... Nie ma już czasu na zbadanie sprawy z klaunem. Zaraz uderzą(ymy) w ścianę czasu i wrócą(imy) do mieszkania... 4...3...2... Mruży(ę) oczy, nie lubię tego uczucia... 1... 0... Sztuczne ognie wybuchają jeszcze intensywniej, ludzie obejmują się, całują... Kurwa mać! Przeszli(śmy) Barierę! Jesteśmy w 2000 roku! Boże, co jest grane? Klaun podnosi do góry butelkę, w parodii toastu.
     - Witamy w naszych progach! – Ohydny głos oblepia ich(nas) czymś cuchnącym... ociera(m) ze wstrętem twarz i patrzy(ę) na dłoń. Czerń! Podnosi(szę) wzrok. Najeźdźcy już nie ma. Odwraca(m) się do Jabola, który desperacko wyciera policzki... schyla się, żeby nabrać w garść trochę śniegu, wetrzeć go sobie w skórę... No co ty, Jabol, przecież nas tutaj nie ma...

     Uspakajają(my) się trochę.
     - Idziemy dalej? – Toudi pyta(m) towarzysza.
     Jabol kiwa, że tak.

10


     Odłożyłem głowę Toudiego i wytarłem zakrwawione dłonie w spodnie. Sadaruci wstał i popatrzył na mnie z niepokojem.
     - I co?
     - Chodźmy się przejść. – Wstałem. - Znajdę tylko jakieś czyste ciuchy.
     Poszliśmy nad Wisłę. Milczeliśmy całą drogę. Było słonecznie, ciepło, miło. Wybrałem pustą ławkę nad samą wodą, skąd było widać Stare Miasto. Mijali nas nieliczni przechodnie, młodzież, kilku meneli.
     - Myślisz, że ktoś tam w górze doceni naszą robotę, nawet jeśli okazało się, że nic z niej nie wyjdzie? – przerwałem ciszę.
     - Aż tak źle?
     Potaknąłem głową.
     - Koniec. Wszystko, na co pracowaliśmy przez ostatnie tysiąclecia, przepadło. Będzie coraz gorzej, a w 2012 stanie się to, czemu próbowaliśmy zapobiec. Totalna wojna, po której pozostanie tylko Czerń. Tak jakby tamtego wieczoru, u stóp Sierra Madre, nigdy nie zebrało się stu mędrców.
     - My usiedliśmy w lesie – powiedział Sadaruci. – Kochałem Indie. Tylko w Naimiszaranyi wiatr tak cudownie potrafił poruszać drzewami, tylko tam zwierzęta były tak spokojne i ufne, że podchodziły do nas bez strachu, jedząc nam z dłoni.
     - Poważnie?
     - No.
     - Fajnie.
     - W sumie mamy jeszcze czas...
     - Myślisz, że usunęliby Barierę, gdyby jeszcze dało się coś zrobić?
     - Fakt.
     Znów zamilkliśmy. Wyciągnąłem z kieszeni pierwszego papierosa tego dnia. Zawahałem się na chwilę.
     - Przeszkadza ci? – zapytałem.
     - Pal, jeśli chcesz.
     Okazało się, że nie mam zapalniczki. Wsunąłem go za ucho, na później.
     - Czyli zostało nam niecałe dwadzieścia lat – westchnął Sadaruci.
     - Na to wygląda.
     Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie jest pewny, czy powinien.
     - Wykrztuś to z siebie wreszcie – zachęciłem go.
     - Myślałeś kiedyś, jak to możliwe, że w dwóch, tak odległych od siebie miejscach globu, w tym samym czasie zebrali się ludzie i wpadli na ten sam pomysł, jak uratować Ziemię? Ameryka i Indie...
     - Pewnie, że tak.
     - I?
     - Co „I”? Przypadek? Przeznaczenie? Nie wiem.
     - A przeszło ci kiedyś przez głowę, że stała za tym jakaś siła? Istota...
     - Bóg?
     Zaczerwienił się lekko.
     - Dlaczego nie? Nie wierzysz, że jest coś poza tym światem? Po tym wszystkim, co przeżyłeś?
     - Kiedyś wierzyłem, a teraz... nie jestem pewny.
     Pokręcił głową.
     - Nie. To nie był przypadek. Ktoś chciał, żebyśmy zostali Wędrowcami. I ten ktoś wiedział o Najeźdźcach. I być może nawet przewidział klęskę naszego planu.
     - Jeśli nawet, to co z tego? Już po nas.
     - A może nie? W końcu zostało jeszcze dwadzieścia lat. Może mamy czas, żeby wymyślić coś nowego. Może nasza rola jest większa niż myślimy. Może wcale nie chodzi o naszą małą planetę, ale o poważniejszą grę, poważniejszą rozgrywkę... Nie możemy się poddawać. Widzę, że coś się za tym wszystkim kryje i wierzę... chcę wierzyć, że wojna jeszcze się nie skończyła.

     Coś było w jego słowach. Może nie miały sensu, ale poczułem pokusę, żeby się ich chwycić, żeby znów być wojownikiem.
     - Co mielibyśmy zrobić?
     Odwrócił się do mnie i chwycił za ramię. Nigdy nie widziałem go jeszcze tak zapalonego.
     - Zwołajmy nową radę. Zbierzmy wszystkich Wędrowców, z twojej i mojej strony. Usiądźmy, jak tamtego wieczoru przed tysiącami lat, odłóżmy osłony i mówmy, poszukajmy sposobu na pokonanie Najeźdźców, na zniszczenie Czerni.

     Świat, który jeszcze przed chwilą wydawał mi się wielką trumną, zaczął wracać do życia. W Wiśle wylądowało stado dzikich kaczek. Grupka dzieciaków podbiegła do brzegu i zaczęła rzucać im kanapki.
     Uśmiechnąłem się szeroko.
     - W takim razie do roboty.

Epilog

     Gruby siedział u mnie na klatce. Myślałem, że śpi – pochylona głowa zwisała na pierś, ale kiedy usłyszał kroki, wstał.
     Krople Czerni krążyły wokół jego głowy. Przypomniał mi się jakiś program edukacyjny o astronautach i o tym, jak w nieważkości zachowuje się ciecz. Patrzył niepewnie.
     Minąłem go i otworzyłem drzwi.
     - Wchodzisz?
     Powłócząc nogami, wszedł do środka. Udawałem spokój, ale w środku walczyły emocje. Strach, wstręt, ale co dziwniejsze, również radość z wizyty starego przyjaciela. Nie rozmawialiśmy w końcu od czterech lat.
     - Zabiłeś Jabola i Toudiego? – spytałem, kiedy usiadł w fotelu.
     Gruby pokręcił głową.
     - Chcieli, żebym to zrobił... – odchrząknął, zawahał się, jakby odzwyczajony od ludzkiej mowy. – Ale odmówiłem.
     - I co się stało?
     - Zawracałem spod bloku Jabola... Przechodził jakiś pijak... Wtedy Czerń spłynęła ze mnie, przeskoczyła na niego... Później przyszedłem tutaj... – Dyszał ciężko, jakby po ciężkim wysiłku. - Nie żyją?
     Kiwnąłem głową.
     - Przepraszam – powiedział. -To moja wina.
     - Coś ty... Powiedz, co się dzieje, bo trochę mi się miesza... Jesteś po ich stronie, czy nie?
     Dziwne pytanie, zważywszy na Czerń, która sięgała już do kostek.
     - Chyba nie... Mogę ich słyszeć... Próbują mi rozkazywać, ale... w jakiś sposób pozostałem sobą... Nitki Czerni zastąpiły uszkodzone połączenia w sieci umysłu... Tak myślę... Nie wiem, dlaczego, ani jak...

     Słowa Sadaruciego o wyższej sile i boskim planie zadźwięczały mi w głowie. Może jednak coś w tym wszystkim jest? Może właśnie okazało się, że mamy asa w rękawie?
     Wyciągnąłem rękę.
     - Witaj z powrotem w grze, Gruby. Mamy sporo do obgadania.
     Uścisnąłem dłoń przyjaciela. Na zmęczonej, szarej twarzy pojawił się nieśmiały najpierw uśmiech, który po chwili zakwitł na całego. Wrócił Gruby, jakiego znałem.
     Podniosłem dłoń do oczu. Krople Czerni wiły się na skórze, jakby próbując uniknąć mojego spojrzenia.
     Byłem prawie pewny, że wyczułem w nich panikę. Wytarłem rękę w spodnie i poszedłem zaparzyć dwie kawy.

Monday, 6 February 2012

Hejo


Dwa dni temu usunąłem konto na facebooku. Ale ulga! Z rozpędu pousuwałem też blogi, ale zdałem sobie sprawę, że tak całkiem się odciąć od świata, to jeszcze nie umiem. Tak, że reaktywowałem garść drobnych, choć pozostałe kilka blogów zostawiłem w niebycie. Próbuję wrócić do prostoty sprzed ery internetowej. Mam nadzieję, że to możliwe, w każdym bądź razie będę próbował.

A tak z innej beczki - dziś nagrałem cover Masters of War Boba Dylana. Coraz bardziej wsiąkam w ukulele, to najlepsza terapia na te zaplątane dni.
Trzymajcie się i odzywajcie się czasami. Brakuje mi ludzi jak cholera.